Dzień dobry, kochane żeglarze!...;)

Kilka zdjęć można zobaczyć na stronie #zagli.


Wy już na pewno tego nie pamiętacie, więc przypomnę Wam, jak to jest, kiedy się pierwszy raz wsiada na łódkę... a żeglowanie zna się tylko z opowieści i obrazków ;))

Wersja... dla rodziców:

Kochani Rodzice! Jest pięknie, słoneczko świeci, opalamy się, codziennie jemy smaczne i pożywne obiady, które sami gotujemy pod okiem naszego kapitana, wiatr dmucha spokojnie, po pokładzie chodzimy w kapokach, na śniadanie jest mleko. Tęsknimy za domem! Mazury są śliczne, co widać na pocztówce. Do zobaczenia już w niedzielę!

Wersja... psyche;)

Ojjj, ale odjazd, bez trzymanki!...:))))) Połknęłam bakcyla i teraz mi dziurę w brzuchu wierci, pytając się: kiedy następny raz?....

Podróż do Giżycka postrachem szos KPLa i kumaka minęła szybko i bezpiecznie (nie licząc wyprzedzania na trzeciego na podwójnej ciągłej, pod górkę i na zakręcie na raz hihihi). Już na początku nabyłam kilka siniaków, ponieważ obok mnie siedział Wilczy, a między nami jęczała gitara. Potem okazało się, że ma wygięty gryf... a ja mam sine kolanka ;)

Port, wielki jak świat, zwał się zapewne Giżycko i bujały się w nim łódeczki przy kei... Piwo na dzień dobry wzmogło apetyt, oraz chęci włóczęgostwa. U mnie zaowocowały one spacerkiem wzdłuż kanałku, gdzie odkryłam bandę Orionka - czyli jośka, clippra, sailora, szantymena i Alexa. I to był ostatni raz, kiedy ich widziałam... aż do Sztynortu pozostały same wspomnienia...;))))

Powoli zbierały się dzielne załogi jachtów, które zebrawszy się wreszcie do kupy ruszyły w miasto poczynić zakupy żywnościowe. Głównym produktem, nabytym w ilościach - jak się potem okazało - i tak zbyt małych - był oczywiście napój żeglarzy, czyli co?... Piiiiiwo, kochani, piwo, proszę mi tu nie podpowiadać, że mleko, herbatka czy kawa...;))))))

No to ruszamy!... Z filozoficznym spokojem stałam na środku Tanga i patrzyłam, jak Wilczy i Gniady miotają się obok mnie, do tego krzycząc niezrozumiałe słowa... Udało się odbić i nagle poczułam, że pod sobą mam już tylko dno jeziora a przy łódce nie ma pomostku, swojskiego asfaltu, zapachu spalin, sklepów, knajp... dookoła wody tafla i jakieś drzewka w oddali na brzegu...

Tymczasem Gniady z Wilczym uparli się, żeby mi popsuć ten błogi nastrój i zarysować moje idiotycznie rozanielone oblicze, ponieważ rozmawiali cały czas slangiem; tak sądzę, że się popisywali, bo po co innego?...;))))))) Mogliby równie dobrze mówić do siebie kropka, igrek, G5, tyle samo bym z tego zrozumiała... Zaczęło się szkolenie, ale o co chodzi z tymi sznurkami zielonymi i czerwonymi, do tej pory nie mam pojęcia ;))))) Po dwóch dniach, po przejściu przez Kanał Giżycki, oznajmiłam, budząc tym powszechną wesołość, że ja już umiem postawić Wilczemu maszt!...

A tymczasem wpadliśmy na mieliznę, która udawała, że jej tam wcale nie ma i siedziała cicho, udało nam się wyrwać jej z objęć, po czym inny fragment tej zdradliwej mielizny wchłonął łódkę Woodza. Na pomoc pospieszył im Śmigacz ze swoją dzielną załogą i w rozrywkowych nastrojach dopłynęliśmy na pierwszy nocleg na jeziorze Bocznym, gdzie przeprowadziłam inspekcję, co jest na kolację na której łódce ;)))

Obudziło nas skoro świt (kole południa...) piękne słońce i krzyki wołającego na puszczy Tspoona, który z drugiego brzegu darł się, coby go zabrać ;)) Woodz, nie spiesząc się zbytnio, popłynął na poszukiwania zagubionego załoganta, a my ruszyliśmy dalej znaną już trasą: kurs - na niegocińskie mielizny!!! Tym razem pomachaliśmy im wesoło z daleka i dzielnie przeszliśmy przez Kanał Giżycki na upstrzone wyspami Kisajno. Na kanale przeżyłam wstrząsającą rzecz: składanie masztu! Potem trzeba było go postawić i to poszło mi już całkiem nieźle hihi ;)))) Oczywiście pogubiliśmy się od razu, bo pozostałe łódki przepływały starym kanałem, a potem znajdowaliśmy się dzięki szalenie rozbudowanej sieci telefonii komórkowej (nie, to nie jest żadna kryptoreklama....;-pp). Kierunek - Zimny Kąt (rzeczywiście było zimno...). Coś głupiego musiało się stać, więc rozpętała się burza z piorunami, co nam zupełnie nie przeszkodziło w przygotowaniach do grilla. Głównoprzygotowującym stał się Gniady - tak poznawaliśmy ukryte zalety naszego przyjaciela, który okazał się być dyplomowanym dżentelmenem i rewelacyjnym kucharzem ;)))) Uraczył nas szaszłyczkami-marzeniem!... (do tej pory się oblizuję hihi). Śmigacz zaprezentował zdolności akrobatyczne - pętał się po stole lub pod stołem pstrykając świetnie oddające klimat zabawy zdjęcia ;)) A jak już napełniliśmy żołądki, przyszedł czas na strawę duchową (w końcu kulturalne żeglarze jesteśmy, nie?!...) i impreza przeniosła się do kopulodromu na łódce Woodza ;))) I wcale nie było tak, jak na zdjęciach, było dokładnie odwrotnie, ale co ja tu będę tłumaczyć...

Kolejny dzień zakończył się w pięknym Sztynorcie, gdzie królowała Andzia w najpiękniejszej z Zęz ;)) Pomijam takie kwiatki jak prysznic za 7 zł oraz drobne różnice zdań na temat trasy rejsu między załogami Tang i Oriona (czytaj: połamane kości, podarte żagle, karetki na sygnałach i ogólna bitwa morsko-lądowa ;-pp), bo zabawa w Zęzie była wspaniała - smaczne żarełko, mocno stojące stoły do tańczenia, cudowne drinki...;))) Był już wśród nas Świtza, a josiek został barmanem serwującym drink "Teraz Polska" (którego w końcu nawet nie spróbowałam, no!... rejs się nie liczy!... robimy powtórkę!...) Marynarze się roztańczyli i rozśpiewali a potem rozleźli po okolicach ;)) Andzia zaśpiewała pięknie "Szantę dla dziewicy" i to było najlepsze wykonanie tej piosenki, jakie kiedykolwiek słyszałam, i obiecuję już, że się odczepię od tej szanty, no!...;))))

Po kojącej stargane nerwy i leczącej kaca nocy ruszyliśmy w dalszą drogę, czyli na jezioro Dobskie. Po drodze obejrzeliśmy zeżartą przez kormorany ich własną wyspę i przez jakiś czas miałam wrażenie, że miłe ptaszki zagłuszają nawet pomruki nadchodzącej burzy, która straszyła nas niestrudzenie... Ale my - dzielni żeglarze (i żeglarki, jeszcze dzielniejsze, rzecz jasna...) podziwialiśmy uroki błyskawic szukając rozsądnego noclegu, czego efektem było zahaczenie masztem o drzewka przy brzegu i chęć staranowania mielizny (a może sieci?), aż wreszcie zatrzymaliśmy się przy nieszczególnie wyglądającym pomostku (no dobrze, kei :-ppp) naprzeciwko Doby. Po naszym odpłynięciu następnego ranka pomostek przestał wyglądać nieszczególnie, a właściwie to w ogóle przestał wyglądać...;))) Kolacja przygotowana wspólnie przez Gniadego i Martynę powaliła nas na kolana, piwo znikało w przyspieszonym tempie, okolica była śliczna a powalone drzewko przy brzegu następnego dnia zbadałam dość dokładnie organoleptycznie (co, ja nie wejdę na to drzewko?!...). Zmywanie naczyń z rana skończyło się uszczupleniem zastawy stołowej łódki Śmigacza, a pożegnał nas prawdziwy rak, który bardzo się z Wilczym zaprzyjaźnił...;))))

Rozleniwiliśmy się koszmarnie i z okazji wesołych humorów połączyliśmy się w katamaran z łódką Śmigacza, a drogę uprzyjemniała nam gra Wilczego i Świtzy oraz generalne wycie pozostałych załogantów w rytm muzyki (hmmm...). Niestety, radość nasza nie trwała długo, ponieważ pogoda się popsuła dramatycznie, od spodu mokro, od góry mokro, ciuchy mokre, piwo tylko miało ciągle ten sam smak ;)))) W deszczu minęliśmy "Biegnącą po falach", w deszczu z Kirsajt powędrowaliśmy do Sztynortu po zakupy. A jakby było mało wody dookoła Świtza oblał nią z mostu naszą łódkę (tak, tak, celował w Wilczego, a trafiło na mnie... Świtza, gdzie ty masz oczy? ;))))))). Wilczy wykazał się anielskim sercem i zapragnął dokarmiać zwierzątka, tylko dlaczego pożywieniem dla łabędzia była herbatka z brandy?... I jak wreszcie przestało padać, to zrobił się piękny zachód słońca a my przybiliśmy w Kietlicach. Pamiętam pierogi i długo ich nie zapomnę!...;))))) Obrady pod bocianim gniazdem przeistoczyły się w wieczór kultury cyrylicy, bo Remik (menedżer EKT Gdynia) grał i śpiewał piosenki w języku naszych sąsiadów zza wschodniej granicy.

No i nastał Dzień Dziecka ;)))) Powitaliśmy go jak na dzieci przystało: w piaskownicy i na huśtawkach ;))))) Prawdziwe bociany upolowane przez Śmigacza po piętnastominutowym czyhaniu patrzyły się na nas z góry, a my lepiliśmy babki oraz ganialiśmy jaskółki gnieżdżące się pod wejściem do męskiego prysznica...;))))) Wilczy do dziś twierdzi, że go te niewinne ptaszki atakowały, ale znając zapędy krwiożercze drapieżnika nie należy mu ufać... Za to nie rozumiem, dlaczego jeden spacerujący bocian na mój widok przyspieszył i schował się w krzakach, przecież nie miałam złych zamiarów...

Wypłynęliśmy z Kietlic i postanowiliśmy zrobić zakupy w Ogonkach, co też uczyniliśmy, zapominając jednak o obiedzie i przed śmiercią głodową uratowali nas KPL i kumak, dostarczając ćwierć pieczonego kurczaka (w końcu nie samym piwem człowiek żyje, nie?...). Nocleg zafundowaliśmy sobie na przystani EC Siekierki, w koszmarnych luksusach, kibelki z kafelkami, ciepła woda i inne tego typu szaleństwa, włącznie z regulaminami co krok, które to regulaminy zostały potraktowane przez nas wyjątkowo, a jak - to już proszę pytać się kolegów...;)))) Dość dokładnie przestudiowaliśmy też kod flagowy i do niektórych flag przypisaliśmy pasujące im sytuacje z życia wzięte (w stylu: kumak prowadząca zawianego KPLa powinna wywiesić flagę "uwaga, wlokę kotwicę!"...). Wieczór umiliła nam jak zwykle twórczość Wilczego i Świtzy, oraz piwo i inne trunki ;))))

Kolejnego dnia powitał nas wiatr i już z nami pozostał. Postanowiliśmy zdobyć Węgorzewo, do którego droga prowadziła przez wąski przesmyk; okazał się on być dla nas nie do przejścia!... Łódka niewątpliwie łagodnie się przechylała, co wprowadziło mnie w stan gorączki, niepewności, chęci napisania testamentu, przerażenia oraz innych niezidentyfikowanych uczuć i emocji szalejących w mojej duszy niewspółmiernie potężnych do zagrożenia. Hehe, zawsze mogę się tłumaczyć, że chodziło mi o aparat fotograficzny, ale oni i tak mieli ze mną niezły ubaw ;))))) W przesmyku zaczęliśmy kręcić się w kółko niczym pies ganiający własny ogon, bo jakiś trup uwiązał nam się do miecza i nie pozwalał płynąć dalej. W końcu dotarliśmy do Węgorzewa, zmęczeni ale szczęśliwi, i na pocieszenie zaprosiliśmy się na obiadek (rybka!) oraz lody (wchłonięte na kei), przy których wyglądaliśmy jak stado wygłodniałych szakali ;)))))

Zanim dopłynęliśmy na nocleg do Mamerek, polubiłam nawet to huśtanie i spodobało mi się, nareszcie coś się działo na tej wodzie! ;)))) W rozrywkowych nastrojach obejrzeliśmy bunkry z wojny no i dzień skończył się mega-imprezą, uświetnioną śmigaczowym winkiem ;))))) Oj, dobre to winko było, dobre, ino czemu mam wrażenie, że nikt inny nie pił prócz mnie? Czy to dlatego, że następnego dnia miałam problemy z utrzymaniem równowagi?...;)))))) A była potrzebna, bo urządziliśmy sobie wycieczkę szlakiem zabytków II wojny światowej, obejrzeliśmy niedokończony Kanał Mazurski wraz z przyległościami, czyli mostami, ruinami mostów oraz śluzą. Wyprawa zaowocowała nawiązaniem bliższej znajomości z fauną tych terenów, Gniady bowiem stwierdzil, że goniły go dziki, przy śluzie ratowaliśmy wysychające z tęsknoty za wodą żaby, a gdzieś w międzyczasie obserwowaliśmy życie kijanek;))))) Przechadzka była wyczerpująca, dlatego zgłodniałe towarzystwo rzuciło się na rybki serwowane w przydrożnej knajpie, resztkami karmiąc i tak już spasionego kota ;))))

Późnym popołudniem wyruszyliśmy na ostatni nocleg na jeziorze Dargin. Znów wiało i było fajnie, potem tradycyjnie zachwycił nas zachód słońca, a potem zdobyliśmy Pieczarki, odpracowaliśmy bitwę na szyszki, a od suszy uratowało nas piwo przywiezione przez Radwana i clippra;))))

I zaczął się ostatni dzień rejsu. Wszystkim tym, którzy jeszcze zostali, zrzedły miny, humory się popsuły, ale trzeba było wracać. Giżycko powitało nas siąpiącym deszczem, wstrętnym asfaltem, spalinami, nieczynnymi sklepami... Obiad w knajpie spożyliśmy ku czci obchodzącego urodziny KPLa i szampan troszkę poprawił nam samopoczucie, aczkolwiek z każdym kilometrem zbliżały się domy, praca i cała szara rzeczywistość. Zwizytowaliśmy Mika na jego rancho zaszytym w środku lasu, jeszcze tylko ostatnie łyki kawy i... czas się rozstać. Siniaki jeszcze długo przypominały mi, że przeżyłam niewątpliwie najwspanialsze wakacje w życiu i - jak zawsze w takich chwilach pojawiło się pytanie - czemu tak krótko????

Ale ja się nie dam. Właśnie, że popłynę znów!