Wrocław, babski weekend, 7-10.06.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Jeżeli można wykorzystać kawałek weekendu, to czemu tego nie zrobić? Tym bardziej że po przejściu przez Manufakturę w Łodzi razem z siostrą odczułyśmy przemożną chęć wejścia do sklepów, zatem należy spotkać się na zakupach!... W ten prosty sposób wybór padł na długi weekend czerwcowy oraz samolot jako środek transportu do Wrocławia. Że burżujstwo?... Ależ skąd, postarałam się o takie godziny lotu, że bilet w obie strony kosztował mnie 250 zł :-)
Lot ATR-em był przeżyciem niezapomnianym, ledwo wystartowaliśmy, a już podchodziliśmy do lądowania, nie zdążyłam przeczytać gazety nawet. Za to zdążyłam rąbnąć się w głowę, bo samolocik jest malutki i ma nisko sufit ;-p Wrocław powitał mnie pięknym słońcem i znudzoną siostrą z nosem w gazetach z przepisami :-) Najpierw zatem pojechałyśmy kupić coś do żarcia. Ustaliłyśmy na wieczór grilla. Ale żeby kupić mięsko, trzeba ustalić, ile będzie osób na grillu... Zadzwoniłam do Groszka. Zapowiedział się ze swoją panną. Siostra wydzwoniła Harpa, który akurat łaził po górach, ale na grilla się zapowiedział również. Z zakupami wróciłyśmy do domu i natychmiast zaczęłyśmy przymierzać bieliznę...:-) A zaraz potem zajęłyśmy się przyjemniejszą częścią, czyli gotowaniem obiadku: pasta penne z sosem 4 sery i brokułami. Szwagier, powiem Ci, że się nie znasz, jeśli tego nie jadasz ;-p Bo jest po prostu PYYYYYSZNE!...:) Na deser lody z musem z truskawek i można iść na spacer. Piesek był bardzo zadowolony, a my obejrzałyśmy plenerki - park, ogród japoński przez kraty i miejsce wesela.
Wreszcie przyszedł czas na grilla, tylko nie miał go kto rozpalić. Uznałyśmy, że to męskie zajęcie, więc wystarczy, jeśli my przygotujemy mięsko, ale jakoś goście się spóźniali... Wreszcie przyjechali Groszek z Anią i można było zacząć grillowanie, bo żołądki już domagały się pożywienia. Przy pierwszej porcji z grilla zadźwięczał dzwonek i objawił się Kuba, zaproszony w międzyczasie, który cały wieczór zabawiał nas opowieściami o tym, jakie nieszczęście mu się ostatnio przytrafiło. Repertuar miał całkiem porządny...:) Harp natomiast wyczuł moment i zadzwonił do furtki dokładnie w momencie, kiedy wyjmowałam piwo z lodówki. No dobrze, wyjęłam od razu dwa... Pies zamknięty w piwnicy trochę marudził, w końcu chyba się obraził i przestał się nami przejmować. Na grillu co chwila lądowało kolejne mięsko, aż grill był zgasł, a następnie się zapalił, co zaowocowało przyniesieniem wody w misce do ogródka. A komary, gryzące od czasu do czasu, zostały podejrzane o wyklucie się w ciągu 3 minut w tej wodzie... Groszek z Anią nie wytrzymali komarowego napięcia i wyłopotali się z imprezy, reszta przeniosła się do domu, Asia zaległa na kanapie, piesek usiłował zjeść zawartość Harpowego talerza, ale Harp był dzielny i sam ją zeżarł, aż w końcu panowie postanowili oddalić się, a my - pójść spać.
Piątek był pięknym dniem, bo czynne było centrum handlowe...:-) Jak już wstałam i doprowadziłam się do przytomności, po śniadanku i innych przyjemnościach, wybyłyśmy na Grunwald do galerii handlowej...
...wyszłyśmy stamtąd późnym wieczorem...
...obładowane siatami...
...dziko szczęśliwe i potwornie zmęczone...
A ona mnie jeszcze na basen chciała wyciągnąć!!!...
Udało jej się. Poszłyśmy na basen, spóźniłyśmy się tylko 8 minut, woda w dużym była potwornie zimna, woda w małym była średnio zimna, ale ok, wlazłam, mały był za mały, więc się jednak przeniosłam na duży, popływałyśmy trochę, poprzyglądałyśmy się ludziom, powyprzedzałyśmy babcie na torze bez migacza i przeniosłyśmy się do małego basenu.
Okazało się, że woda w małym jest obrzydliwie gorąca.
No podmienili chyba, no bo jak?!?...
Z pracy nad zaproszeniem wyszły nici, albowiem padłyśmy na twarz, zdążywszy jeszcze tylko pokroić warzywka na sałatkę na dzień następny...:)
Sobota miała być dniem plenerowym, bardzo proszę: spakowałyśmy się na piknik, potem trzeba było jeszcze podlać kwiatki, wyrzucić śmieci, podjechać na Pomorską, skręcić w zakaz wjazdu (bo stał krzywo i w ogóle go nie było widać) i spróbować znaleźć Harpa. No, znalazł się, uprzejmie przyszedł do nas, chociaż niekoniecznie stałyśmy tam, gdzie się umawialiśmy, no i co, w końcu element zaskoczenia i niespodzianki musi być, inaczej byłoby nudno, nie?...;-p I ruszyliśmy w plenerek. Za jakąś okropną ciężarówką, która uparcie skręcała tam, gdzie my. Dywersja jakaś!...
Dotarliśmy nad stawy, w planach - spacerek dookoła i obcowanie z przyrodą, ale tu grzmi. Po krótkim zastanowieniu: iść czy nie iść, wzięliśmy parasol i poszliśmy. Odkryliśmy łódkę z kierownicą w ramach steru, drugą łódkę robiącą za zabytek klasy zero w stanie agonalnym, mnóstwo ptaszków, komarów i mrówek. Oczywiście stałam się łatwym łupem, wszak wszelkiej maści robactwo uwielbia mnie nadgryzać z każdej strony. Otulona pajęczyną i pogryziona z ulgą wyszłam na polankę nad wodą, gdzie zarządzony został postój w celu pożarcia kanapek Harpa. Harp nie protestował...:) (niezłe te kanapki swoją drogą, szkoda, że tak mało ;-p). Grzmiało cały czas, ale szczęśliwie nie padało. Przeszliśmy przez wieś i asfaltówką wróciliśmy do samochodu, który się schował (tak, to przeze mnie, bo kazałam głębiej wjechać, jestem okropna ;-p) i Asia dostała palpitacji serca. Na resztę pikniku pojechaliśmy na parking leśny, usiedliśmy przy stole jak biali ludzie, na karimatach i pożarliśmy sałatkę. Po czym grzecznie wróciliśmy do domu, pozbywszy się Harpa po drodze :-)
Na popołudnie został zaplanowany spacer po Ostrowie Tumskim w ramach oglądania kolejnych plenerków oraz wycieczka szlakiem krasnoludków wrocławskich. A następnie... zakupy!...:) Z galerii wyszłyśmy po spędzeniu cudownych chwil w Wedlu i kilku sklepach prosto na okropny deszcz. I po co było podlewać te kwiatki?...:)
Naprawdę starałyśmy się jeszcze popracować wieczorem. Ale odleciałyśmy obie, a przecież trzeba było mnie jeszcze spakować i obudzić o 4.40 rano... Zdecydowanie godzina powrotu była zabójcza. W samolocie przespać się nie zdążyłam, bo za krótko leciał, a steward cały czas coś nadawał, a poza tym były okropne turbulencje i spać by się nie dało.
A w ogóle to ja chcę jeszcze raz!...:-)

psyche