Good Morning, Breslau ;-p Szanty we Wrocławiu, 2-4.03.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Centralny o poranku świeci pustkami przy kasach, spokojnie mogłam kupić bilet na pociąg rano, ale skąd miałam wiedzieć... Doświadczenia z PKP nauczyły mnie tego, że kupowanie biletu tuż przed odjazdem pociągu zwykle napotyka miliony trudności. Przez głośniki oznajmiono nam, że we Wrocławiu będziemy o 13.27. Zdziwiłam się wielce, bo internet twierdził, że o 13.49, no ale chyba wiedzą, co mówią?... Napisałam sms-a do Piotrka, że będę, i oddałam się lekturze.
W pociągu śpiąco było gdzieś tak do godziny 10 z minutami.
Potem rozpętało się pandemonium. Najpierw zadzwoniła Wiedźma.
- Szukamy legala na vendingu - oznajmiła radośnie. - Ale już go znaleźliśmy, śpij spokojnie :-)
Ok.
Potem zadzwonił Piotrek, mamrocząc coś o wannie i przebudzeniu. Sadysta!...
Następnie zaesemesowała Natalia, ucieszyłyśmy się na spotkanie po roku.
Potem zadzwonił Jacek z pracy:
- A ten batonik to skąd wzięłaś? Bo jest jakiś taki rozciągnięty...
- Z płyty. Nic z nim nie robiłam. Przysięgam.
Potem zadzwoniła Pepsi, też z pracy, w sprawie brandingu na samochodzie.
Następnie, tknięta przeczuciem, zadzwoniłam do Jacka znów i zapytałam o batonika.
- No zły jest. Trzeba go będzie podmienić...
Cudownie.
Potem zadzwonił Krzysiek, mój szef, a potem pociąg powiedział, że do Wrocławia jednak dojedziemy o 13.49, wiec natychmiast zadzwoniłam do Piotrka, poinformować go o niezdecydowaniu PKP.
Wreszcie dojechałam, Piotrek też, wyściskaliśmy się na peronie i poszliśmy do hali dworcowej.
- Macie tu KFC?
- Mamy McDonalda.
- No doooobra... o, jednak macie też KFC!...
- Chcesz koniecznie?...
- Nie, tylko sprawdzałam :-)
Weszliśmy do McDonalda, na widok kolejki skrzywiliśmy się potwornie i znaleźliśmy wolny stolik, który zajęliśmy bez skupułów i bez żadnego zakupu. Zaczęło się od standardowego "co słychać", a potem okazało się, że nie możemy się nagadać, a tu już powinien Wilczy przyjechać. No to idziemy na peron.
A Wilczego ani widu, ani słychu... Na peron wtoczyła się kolejka elektryczna.
- Niech mi nikt nie mówi, że to z Łodzi przyjechało!...
Postanowiłam zadzwonić do Wilczego, żeby zapytać, co on sobie właściwie wyobraża.
- Hej, ju, ile mamy tu na ciebie czekać?...

...Dalej mi zabrakło weny, więc będzie w skrócie i podpunktach :-)

  • Pociągi kłamią, obsługa nie może się zdecydować, o której godzinie będzie w którym mieście, zmieniają zdanie w trakcie trwania podróży. Bilet z Wrocławia do Warszawy jest droższy niż z Warszawy do Wrocławia, mimo tej samej trasy i takiej samej klasy pociągu. Po pociągach grasują jednokomórkowcy z pecetowymi laptopami. Na pytanie: jak zdalnie komórką popsuć windowsa, Wiedźma odpowiada: jak będziesz długo waliła tą komórką w laptopa, to powinien się popsuć...
  • Pratchett atakuje: Kot w stanie czystym to kot, wokół którego nie ma myszy, w szczególności białych myszek na drugi dzień po imprezie. "Może tabletkę z suszonej żaby, kwestorze?" ;-)
  • Shrek nie pozostał w tyle: "Daleko jeszcze?", "Ośle!..."
  • Asia staje się kawożłopem - wszystko przez autobus Jacobsa, stojący przed wejściem do Wytwórni. Asia przestaje być kawożłopem - wszystko przez kawę z mleczkiem w kawiarnio-ciastkarni (kawa była pośledniej jakości).
  • Piątek pod znakiem ogólnego zmęczenia i kiepskiego piwa w Wytwórni. Na otarcie łez - naprawdę świetny koncert pamięci Józka Kanieckiego, ze skrzypcami w roli głównej i Messaliną w roli konferansjera. Właściwie to nie było na otarcie łez, tylko to był istny południowoamerykański wyciskacz łez :-)
  • Impresje mieszkaniowe, czyli kto gdzie śpi i w jakiej konfiguracji, czyli testujemy kanapę wrocławiaków, Piotrek śpi w wannie, Wilczy chowa po kieszeniach srebra rodowe, psyche uprawia szaber wśród książek, "Kochanie, czy my mamy cztery łyżki?", "Gdzie jest jeszcze jeden talerz?", "A widelców też podobno mieliśmy tylko trzy...", fantastyczny widok z jednego okna, ściany, które zostawiają ślady, Linksys w pozycji wisielca, kolejka do lustra w łazience i nieźle przetrzebiony barek :-)
  • Wilczy - prawdziwy Morsky Vlk. Udokumentowano :)
  • "Mogę sobie sprawdzić pocztę?", czyli dzieci epoki internetu i komputerów. Nie da się powstrzymać, kiedy w roli przekaźnika internetu występuje śliczne białe jabłuszko ;-p Gmeranie wśród zdjęć. Zgrywanie zdjęć na dysk w środku nocy. Gniazdka z prądem występują pod łóżkiem, pod rękę z wagą łazienkową - całkiem logiczne, nie? ;-)
  • "Psyche, a ona ma do ciebie prośbę!..." "Yyyyy..." "No?" "Bo ona chce zdjęcie z Koryckim!..." "Ja tylko powiedziałam, że podoba mi się jego głos!..." [...] "Andrzej, jesteś świadomy, że masz wielbicielki?..." [PSTRYK!] "No dobra, to skoro ja się zgodziłem na to zdjęcie, to teraz muszę sobie odebrać zapłatę..." [i do tej pory nie wiadomo właściwie, kto od kogo i w jakiej formie ma tę zapłatę odbierać, chociaż spekulacjom nie było końca :-)]
  • "Ale ja jestem głupi!" - oznajmił Piotrek nagle na tradycyjnym koncercie sobotnim. Nikt przez grzeczność nie zaprzeczył, ale wszyscy zaciekawili się szalenie, jakie są powody tej głupoty. "Przecież mogłem zrobić colę z rumem!...". A teraz proszę zgadnąć, co jest w butelkach po coli na zdjęciach ;-p
  • Ochroniarze co prawda zaczęli mnie rozpoznawać w końcu, ale nie byli tak atrakcyjni, żebym się jakoś specjalnie starała zapaść im w pamięć. Poza tym Wytwórnia jak to Wytwórnia, podłe piwo, jadalna kiełbaska, podobno duża karkówka, orzeszki prażone, Darek Koralik, dwa stoiska z płytami, jedno z ciuchami i czapkami kapitańskimi ("Ciekawe, kto te rzeczy kupuje..." - zastanowił się ktoś, po czym psyche nabyła koszulkę. Na ramiączka. Czapki kapitańskiej nie, naprawdę, mam świadków! :)
  • Klub Łykend zapchany po dziurki w nosie, niemniej jednak miejscóweczka dla spragnionych się znalazła. Gorzej, że na piwo trzeba było czekać potwornie długo. Z rączego hasania po stołach z gitarami nic nie wyszło, zapewne ze względu na tłumne okupowanie stołów przez napoje, ale i tak było miło, chociaż już nic nie pamiętam, prócz głośników, przy których staliśmy podczas występu Bananów. Od tego czasu słyszę tylko na prawe ucho i to pod kątem 35 stopni ;-p
  • Kulinarnie: rewelacyjne powidła na śniadanie, zupka z grzankami zeżarta przez Bosmana (możliwe, że mu trochę pomogliśmy), fantastyczne ciasto i owoce. Pierwszy obiad w Kleopatrze (i co z tego, że Kleopatra była kobietą? ;-p). Ale na te powidła... to ja tam jeszcze wpadnę...:-)
  • Spotkanie na szczycie: Lucy(ferek)!... Obyło się bez pytania: "Czemu mi nie powiedzieliście, że tu będziecie?" ;-p Lucy pohasała trochę pod barierkami, rzuciła się na bilet na sobotni tradycyjny, po czym generalnie zniknęła nam z oczu. Nie szukaliśmy...


    I ja tam byłam, rum z colą piłam, a co widziałam i zapamiętałam, potomnym opisałam, żeby nas mogli szantażować, albowiem jestem szantażystką (czyli śpiewam szanty, rzecz jasna :)

    psyche