Przystanek Woodstock, Kostrzyn nad Odrą, 4-5.08.2012 r.

psyche.osx.pl / wyprawy


Krótkie podsumowanie:
Spędziliśmy 22 godziny w podróży, żeby posłuchać prawie dwugodzinnego koncertu, spotkać się z Sabatonem, spotkać się z Batalionem, dwa razy kompletnie zmoknąć, wypić 1 Carlsberga, 3 Somersby, 1 cydr, 1 nalewkę, dać się raz pogryźć przez jakąś niezidentyfikowaną francę oraz zarwać jedną noc. A ja myślałam, że wreszcie dorosłam ;p

Jak Sabaton zjadł mi cukierki ;)

Kiedy okazało się, że Sabaton będzie grał na Woodstocku, w dodatku 4 sierpnia, to już wiedziałam, jak to się skończy. Będę musiała przejechać pół Polski, nie da rady inaczej... Ciągle się łudziłam, że może uda się to połączyć z jakimś krótkim urlopem, żeby przy okazji zahaczyć o niewidziane jeszcze w tamtych okolicach bunkry, ale niestety. Wyjazd mógł być tylko weekendowy.

Psyche obsypana kwiatami

PKP jak zwykle zadbało o to, żebym się nie nudziła. Wyszli naprzeciw Woodstockowi i zrobili dodatkowe pociągi specjalne, ale na wszelki wypadek w jakiś dziwny sposób utajnili je przed własnymi pracownikami. Dzięki czemu panie w kasach na Centralnym nie miały pojęcia o ich istnieniu. Co więcej, nic o nich nie wiedział pan w informacji:
- Ja takiego pociągu nie mam w komputerze!...
No i basta. Dwie kasy na całym dworcu miały pojęcie, że takie pociągi istnieją. I też nie z komputera, a ze specjalnej kartki, leżącej wśród innych papierów na biurku... No ale grunt, że w końcu, po dwóch dniach walki, udało się kupić bilety. Powrót zaplanowaliśmy Polskim Busem. Prąd tam mają...;)
Sobota, siódma rano, okulary na nos, plecak na plecy, Zuzanna przypięta, w drogę! Najpierw oczywiście uciekł mi tramwaj, nie szkodzi, pojechałam jakoś naokoło z przesiadkami. Kawa na dworcu otworzyła mi o ułamek milimetra szerzej oczy, znalazłam peron, znalazłam pociąg, już na wstępie spóźniony. Usiadłam na szalenie wygodnym i skrzypiącym fotelu w zdegradowanym wagonie pierwszej klasy i usiłowałam cokolwiek poczytać. Ale odpłynęłam...
Obudziłam się w Łowiczu i zaczęłam wypatrywać Wilczego. On wypatrywał mnie, więc szanse mieliśmy zwiększone, trafił do właściwego wagonu, obsypał mnie kwiatami ( :D ) i poszedł poszukać dwóch miejsc obok siebie. Znalazł :) Dalsza droga do Poznania upłynęła bez fajerwerków...
W Poznaniu najpierw poszliśmy na suty obiad (czyli sałatka Cesar w KFC ;p), potem przemieściliśmy się w okolice pociągu do Kostrzyna. Wyjątkowo wszyscy byli zorientowani, że mają ogarnąć pociąg woodstockowy. Z głośników co i rusz leciała informacja, że niekonwencjonalne zachowanie podróżnych może skutkować wypadkami, więc drogie bydło, jadące na Woodstock, zachowujcie się. Przyjęliśmy do wiadomości i poszliśmy na właściwy peron, gdzie przed wejściem panowie konduktorzy sprawdzali bilety, przeszliśmy do pierwszej jednostki, znaleźliśmy uroczy kawałek wagonika i klapnęliśmy na miękkich siedzonkach. Pociąg był prawie pusty. Upał dawał się we znaki, chłodny jeszcze kwas chlebowy robił nam dobrze na zmianę z cydrem, pociąg w końcu ruszył i większość czasu spędziliśmy, gapiąc się w okno. Wilczy wypatrywał zwierzątek, ja gapiłam się tępo. Czasami pociąg zachowywał się jak rollercoaster - tak trzęsło i rzucało. Wilczy postanowił się zdrzemnąć, bardzo długo szukał odpowiedniej pozycji, w końcu spróbował mojej - z nogami na przeciwległym siedzeniu, na skos. I pierwsze, co zrobił, to zjechał z siedzenia...;)
W pewnym momencie przyszła ulewa, krótka acz rzęsista, potem znowu wyszło słońce i dojechaliśmy do Kostrzyna.
Dzięki informacjom od Ashki wiedzieliśmy, skąd, odjeżdżają autobusy woodstockowe, 3 zł za kurs, wsiedliśmy i kilka minut później byliśmy już na przedpolach przystanku. Chwilę poczekaliśmy na naszych, ale ponieważ nie nadchodzili, w przeciwieństwie do burzy, ruszyliśmy sami szukać wioski.
Nie zdążyliśmy. Lunęło. Nie mieliśmy szans się nigdzie schować, bo każdy fragment prowizorycznego schronienia przed deszczem był już zajęty. Udało nam się wepchnąć pod jakiś namiot, ugniatając ludzi w środku, ja okryta płaszczem przeciwdeszczowym, więc mokra od ud w dół, Wilczy - okryty kurtką przeciwdeszczową, mokry mniej więcej tak samo, za to przecież chroniliśmy plecaki...;) Poza zacinającym poziomo deszczem co jakiś czas spadała na nas nagromadzona woda na plastikowym daszku namiotu i było mocno zabawnie.
W końcu deszcz nieco zelżał i poszliśmy dalej, usiłując twardo zlokalizować wioskę. Przeszliśmy obok alejki handlowej, poszliśmy pod scenę i dalej, gdzie - jak mi się wydawało - mieli koczować nasi. Nic z tego, tu ich nie było, za to znowu przyszła ulewa... udało nam się wleźć w kilka potężnych kałuż i w końcu stanęliśmy na brzeżku namiotu z żarciem. Mokra byłam już niemal wszędzie, bo okazało się, że mój uroczy płaszcz przeciwdeszczowy ma dziurkę na karku, przez którą wlewały mi się potoki wody. Wilczy miał już przemoczone buty. Podszedł do tego wyjątkowo spokojnie - normalnie aż jestem zdziwiona, bo ja na jego miejscu zabiłabym mnie za idiotyczne pomysły jeżdżenia na woodstock!...;)
W końcu deszcz sobie gdzieś polazł, ja dodzwoniłam się na infolinię woodstockową i wreszcie mniej więcej zlokalizowałam wioskę, chociaż ciężko się rozmawiało przez telefon, bo jakaś scena hałasowała ;p
Poszliśmy we właściwym kierunku. Przeszliśmy przez miasto toi-toi i w końcu Wilczy wypatrzył flagę PPB między drzewami. Tam!... Trafiliśmy :D
Potem były uściski i powitania, Zuzanna majtała mackami, ja częstowałam cukierkami, coś się działo :) A potem - batalionowy wymarsz pod scenę na spotkanie z zespołem, autografy na plakatach, koszulkach i... gołym ciele (panie przodowały ;), pamiątkowe zdjęcia i kupa śmiechu.
Podsunęłam cukierki pod nos Robbanowi, tłumacząc, że to urodzinowe i w ogóle fajnie jest. Nie krępował się. Wziął całość, razem z torebką...;))) Mam nadzieję, że się podzielił z resztą zespołu :D
A potem poszliśmy jeść, zwiedzać, oglądać, wczuwać się w atmosferę (szczególnie w okolicach toi-tojek ;). Trafiliśmy do namiotu z merchem, pooglądaliśmy koszulki woodstockowe. Przeszliśmy się alejką handlową, czego tam nie było!... Biżuteria wszelkiej maści, ręcznie malowane koszulki, koszulki zespołowe, cała reszta koszulek świata, militaria, wybijanie nieśmiertelników na miejscu, kapelusze, sukienki, ubranka dla dzieci, naszywki... Oficjalne stoisko Woodstocku było tak oblegane, że nie udało nam się dostać do lady ;p
Powędrowaliśmy w drugi koniec pola, do sekcji gastronomicznej. Tu królował Carlsberg i Olewnik. Od tego pierwszego było klasyczne piwo i Somersby. Od tego drugiego - jedzenie. Więc był kebab, zapiekanka, hot dog, schabowy, naleśniki, pomidorówka, karkówka, no i kiełbasa w bułce. Kiełbasa miała 40 cm długości. Zapodaliśmy sobie po takiej jednej. Wilczy zjadł z trudem, ja poległam gdzieś 4 cm przed końcem :))) Ale przyznać trzeba - smaczne to było :)
Przygoda z toi-tojkami też nas nie ominęła, na szczęście skończyło się to Prima Victorią :D
Powoli zbliżał się czas koncertu, więc batalionem zrobiliśmy wymarsz pod scenę. Wszechobecne błoto, tłumy, kałuże, spocone ciała, ścisk... Moje nogi, obute w sandały, były całe w błotnych smugach przynajmniej do kolan ;) I nawet jakoś mi to specjalnie nie przeszkadzało ;p
Kończył się koncert The Darkness. Zajęliśmy miejsce, chłopaki pomachali trochę flagą, Jurek powiedział ze sceny kilka ciepłych słów, zaczęło nam się nudzić... W tle leciało "The Final Countdown" Europe. W końcu wyszli! :)
Zaczęli od Ghost Division, potem przyszedł czas na Uprising, ludzie zaczęli skakać, tłum oszalał!... Powoli zaczęłam się wycofywać, bo trochę mnie poobijali z lewej i zaczynało brakować powietrza. No i kwiatki, zatknięte za paski plecaka, nieco ucierpiały. A koncert było słychać praktycznie zewsząd :)
Poleciało sporo "szlagierów", ale też trzy kawałki z nowej płyty "Carolus Rex", wszystko doskonale przyjęte przez publiczność, ściśle zgromadzoną pod sceną. A na "40:1" pojawiła się zapowiadana przez Jurka Owsiaka niespodzianka - spod sceny została rozwinięta gigantyczna polska flaga, zasłaniając sporą część publiczności! Wyglądało to naprawdę zacnie :)
W ramach ostatniego bisu pojawił się "Panzer Battalion" i to już niestety koniec koncertu. Jedyna nadzieja na przeżycie go jeszcze raz to nagrywany materiał na płytę DVD, na którą wielu niecierpliwie czeka :)
To był doskonały moment, żeby jeszcze coś zjeść, więc poszliśmy na kebaba. No niestety, w przeciwieństwie do kiełbaski nie był zbyt smaczny - do mięsa ciężko było się dostać przez całą masę kapusty polanej sosami, a samo mięso też nie grzeszyło smakiem. Tak naprawdę najsmaczniejsza była bułka. Nawet Wilczy nie dał rady zjeść całego :)
Potem pożegnaliśmy się z batalionem i powędrowaliśmy do miasta, do pociągu. W teorii mieliśmy go mieć o 3 w nocy, więc szliśmy sobie, nóg nie czując, ignorując autobusy wożące woodstockowiczów raz za razem. Po drodze pozbyliśmy się reszty kwiatków, bo już niestety nie nadawały się do niczego, a taki piękny bukiet był!... Wilczy złożył go pieczołowicie pod słupkiem drogowym.
Dotarliśmy pod dworzec, zobaczyliśmy koczujące na trawnikach tłumy i zdrętwieliśmy.
- Yyy - powiedział inteligentnie Wilczy.
- Yyy - zawtórowałam mu. - Pchamy się. Nie ma rady. Musimy się dostać do jakiegoś pociagu...
Bilety sprawdzają w wejściu na peron, stąd przed bramką jakiś potworny ścisk, płacz, zgrzytanie zębów i rwanie włosów z głów. Oraz odgrażanie się, co, kto i komu zrobi. Oraz komentarze na temat organizacji... Megafony prosiły, żeby nie pchać się na perony, jeśli ma się pociąg później, tylko że nikt nie wiedział, kiedy przyjedzie pociąg dokąd, bo okazało się, że plany sobie, a życie sobie. Udało nam się przejść przez bramki, ustabilizowaliśmy się na peronie wśród innych i czekaliśmy grzecznie na jakiś pociąg.
- Odsuńcie się za białą linię!... Podstawimy pociąg do Wrocławia! Ale musicie się odsunąć, inaczej nie wjedzie!... - mówił jeden z wielu przedstawicieli którejś ze spółek kolejowych. Na peronie roiło się od sokistów, którzy starali się pilnować, żeby żaden z woodstockowiczów nie wpadł pod pociąg. Ludzie rzucili się do wejść i zapełnili pociąg w kilkanaście sekund. Szczęśliwcy zajęli siedzenia, reszta klapła w przejściach między siedzeniami i w przedsionkach wagonów. Megafony oznajmiły, że wolne miejsca są jeszcze w tylnej części składu.
- Tylna część składu merda ogonkiem - skwitował Wilczy. O 3 w nocy niczemu już się nie dziwiłam...
W końcu pociąg odjechał, bardzo powoli i okazało się, że teraz podstawią pociąg do Krakowa. Przez Poznań.
- Walcz - rozkazałam mężczyźnie. - Byłoby super zająć miejsca siedzące...
- Gdzie będą drzwi? To nasza jedyna możliwość... Stanąć tam, gdzie będą drzwi... Jeśli pociąg zatrzyma się w tym samym miejscu, to drzwi będą tu - pokazał miejsce oddalone od nas o 2 metry. Przesunęliśmy się błyskawicznie, starając się oczywiście robić to nieznacznie. Grupka ludzi, już stojąca w tej okolicy, też szykowała się na desant.
- Rzucamy się. W razie czego kto pierwszy zostanie wepchnięty z tłumem, łapie miejsce - wymamrotałam do Wilczego. Kiwnął głową na znak, że rozumie. Zaczęło się nerwowe wyczekiwanie, w końcu pociąg nadjechał i otworzył drzwi. Tłum się rzucił, siłą nacisku wepchnięto mnie do środka, skierowałam się w prawo i rzuciłam na pierwsze siedzenie, oglądając się w panice, czy Wilczy też wsiadł do tego pociągu... Wsiadł!... Udało się :D
Zaczęliśmy się mościć. Obok nas zapełniała się podłoga. Pociąg powoli zaczynał pękać w szwach, ludzie posiadali wszędzie, gdzie się dało, sokiści przestali wpuszczać do środka, ufff, jednak mieliśmy dużo szczęścia :) Ruszyliśmy o 3.30 i do Poznania podrzemaliśmy conieco. Pod naszymi nogami spali inni. Generalnie pociąg chrapał...
W Poznaniu nabyliśmy rogale świętomarcińskie, poszliśmy na kawę, a potem pojechaliśmy na Dworzec Górczyn do autobusu Polskiego Busa do Warszawy, gdzie znowu zapadliśmy w drzemkę, podpiąwszy się wcześniej do prądu komórką. Po drodze zatrzymał nas korek na autostradzie, a potem to już było z górki...
I jak padłam spać w domu, to z krótką przerwą na ogarnięcie siebie spałam do rana w poniedziałek :D
Więc... gdzie to DVD? :)

Wyszperane w sieci:

Przystanek Woodstock
Polish Panzer Battalion - Sabaton.pl
Setlista koncertu Sabaton
Polski Bus


psyche