Zamek Tuczno, 31.12.2004 r. - 3.1.2005 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki zamkowo-sylwestrowe

Podróż "tam"

Barbarzyńska godzina 5.30 wybiła i zaczął terkotać budzik. Wyłączyłam go pełna wściekłości i obudziłam się natychmiast. Bezceremonialnie ściągnęłam Wilczego z łóżka i zrobiłam śniadanie, chociaż o tej porze zupełnie nie chciało nam się jeść.
Trochę przed wpół do siódmej zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy na Poznań. I zaraz za zjazdem z trasy popsuły się kierunkowskazy... Pierwszą reakcją było niedowierzanie - jak to? Nie, to niemożliwe, przecież jedziemy na sylwestra!... One nie mają prawa zepsuć się właśnie dzisiaj!!!...
Ale jednak nie działają. Szybka decyzja - jedziemy do serwisu. Najbliżej, na Bitwy Warszawskiej.
Wielki hangar, ASO Daewoo i gdzieś tam na końcu trzy czy cztery wciśnięte w kąt stanowiska Peugeota. Pan mechanik pokręcił głową, pomyślał, po czym zaprosił do magazynu. Niestety, okazało się, że pożądanej części nie mają, odesłali nas w aleję Krakowską. No to pojechaliśmy...
Wielki serwis (o najgorszej opinii w mieście) był jeszcze zamknięty. Sympatyczny pan ochroniarz wpuścił nas jednak na teren i pozwolił zaczekać za bramą. Mechanik idący do pracy i drapnięty przed drzwiami pomamrotał coś pod nosem i powiedział, że on właściwie to nie wie, co mają w magazynie. Resztę czasu pozostałą do otwarcia spędziliśmy na zgadywaniu, kto jest kim z wchodzących.
- Ten jest magazynierem, przyjechał Partnerem z reklamówką...
- Żeby miał gdzie pakować części, które wywozi na lewo...
- O, a ten to mechanik, widać, że śniadanie w torebce...
- A ten to jakiś ważniejszy, bo miał aktówkę!...
- No ale ten to jakiś szef - przyjechał japońcem i miał teczkę!...
- No pewnie, on wie, co to za szajs te Peugeoty...
W końcu otworzyli i Marcus poszedł negocjować. Po dłuuuuugim oczekiwaniu okazało się, że części nie mają i w ogóle są niemili. Opinia niestety potwierdziła się...
Pojechaliśmy zatem w Aleje Jerozolimskie. Stamtąd odesłali nas z kwitkiem i w rezultacie pojawiła się wizja przesiadki do 206. Ale jeszcze spróbowaliśmy telefonicznie ponegocjować...
W Carimpexie nie odbierali.
Kolejny telefon na Bitwy Warszawskiej dał nam informację, że poszukiwana część jest w Łomiankach, więc ruszyliśmy na północ. Na trasie Marcus stwierdził:
- Jadę tędy dziś już trzeci raz...
W Łomiankach trochę krążyliśmy, bo rozsądnego zjazdu z trasy nie było, ale w końcu trafiliśmy, usiedliśmy przy śniadanku, kawie i gadającym telewizorze i poczekaliśmy, aż panowie mechanicy zrobią coś z migaczami. Najpierw mechanik przyszedł i oznajmił, że włączył się antynapad i tego.... :)))) Ale więcej niespodzianek nie było, po pół godzinie auto dostaliśmy z powrotem sprawne i jeszcze sprawdzone przed trasą. Chyba nam się spodobał ten serwis....:))) Przed 10 wyruszyliśmy wreszcie w trasę...
Reszta drogi upłynęła szalenie szybko, chociaż ostatnie kilometry każdemu dały w kość - zmęczeni byliśmy jakoś czy co? Śpiący?... Na pytanie, czy jeszcze daleko, Wilczy dał odpowiedź właściwą:
- No wiesz, nie chcieliśmy ci nic mówić, ale przygotuj już paszport...:))
Dojechaliśmy do zamku przed 15. Boczna, na szczęście nie polna droga do niego prowadziła, potem było troszkę pod górkę i zaparkowaliśmy na dziedzińcu. Zameldowaliśmy się w recepcji...
Uśmiechnięta pani napomknęła coś o rozliczeniu się za pobyt, ale pozwoliła nam najpierw wejść do pokojów. Apartament Marcusa i Iwonki mieścił się częściowo w baszcie i wyposażony był w wieeelkie łóżko oraz obraz nad nim wiszący.
- Dajcie spokój - powiedział Marcus dnia następnego. - Ciągle się zastanawiam, czy ten obraz nam na głowy nie spadnie!...
Nasza komnata była nieco skromniejsza i miała oddzielne łóżka, co zaraz naprawiliśmy. Łazienka była zupełnie w porządku, chociaż jakby bez ciepłej wody (no, leciało coś, co przy odrobinie dobrej woli można by uznać za wodę letnią...). Nieodzowny telewizor (nawet go włączyłam, bardziej z ciekawości niż z potrzeby i potem kawałek jakiegoś filmu obejrzeliśmy, ale był nudny ;-p), przedpotopowy telefon (niestety nie na korbkę...) i prośba o niezużywanie prądu w nadmiarze. O tej interesującej prośbie dowiedziałam się od Marcusa i Iwonki, gdyż sama tej ulotki nie znalazłam (jak się potem okazało, leżała pod telewizorem a ja ten mebel jednak z założenia omijam). Najbardziej z całego pokoju podobał mi się parapet - miał chyba z metr szerokości, z czego większość leżała na murze, szerokie te mury zamkowe były :) Okno bardzo fajne, składające się z wielu małych szybek, wychodziło na jezioro i kawałek parku zamkowego.
Interwencja w recepcji w kwestii temperatury wody dała rezultat i wkrótce można było się wykąpać. Zjedliśmy obiad za 25 zł od łebka (zdzierstwo jak na wielkość porcji i temperaturę jedzenia). Policzyli nam za parking 12 zł za dobę - jak na hotel *** to raczej dziwna praktyka, ale potem okazało się, że czeka nas więcej atrakcji... ale póki co szykowaliśmy się na BAL.

Bal sylwestrowy

Rozebranie się do kreacji wymagało samozaparcia, gdyż temperatura w komnatach była raczej na sweter. Zresztą w reszcie zamku było podobnie, pomimo grzejących (aczkolwiek słabo) grzejników. Potem zrobiło się ciepło - czy to za sprawą alkoholu (hmmm...) czy ilości osób...
Na dole byliśmy jednymi z pierwszych gości, mogliśmy zatem na spokojnie komentować zastawione stoły. Ze dwie czy trzy sałatki, zimne nóżki w galarecie, półmisek wędlin. Świece w potężnym świeczniku. Akurat w naszym kącie pod ścianą stało pudełko z wódką :) Orkiestra się przygotowywała, sala powoli się zapełniała, podano obiad. A może kolację, kto to wie :) W każdym razie na stól wpełzła dziczyzna...
...Potem ustalilliśmy, że po okolicznych lasach biegał sobie przez ostatnie 30 lat niedźwiedź. Biegał, biegał, oni na niego polowali, ale w końcu niedźwiedź sam padł ze starości, więc go podali na tę kolację. Był to niedźwiedź grizzly (my go tak grizzly i grizzly i w końcu wypluwali, bo pogryźć się nie bardzo dało...). Napoczęliśmy za to wódkę, bo czymś trzeba było zapić ową dziczyznę, która już nawet z talerza nie miała szans uciekać...
Orkiestra dała czadu.
Wokalista miał głos jak z typowej kapeli discopolo. Ale śpiewał weselno-rockowe kawałki i wychodziło mu to śpiewanie hmmm.... przemilczmy. Poza tym wokalista był jednocześnie perkusistą i w związku z tą podwójną rolą wszystko grał na jedno kopyto. Znaczy, jeden rytm. W końcu nie jest łatwo naraz śpiewać i walić po garach... Gitarzyści stali z szalenie smutnymi minami. Ruch sceniczny i choreografia ograniczona do minimum (tzn. oddychali chyba...). Ludzie jednakże tańczyli - sala, początkowo pusta, bardzo szybko zapełniła się po brzegi.
A my piliśmy wódkę... Przypadało pół litra na parę. Jak już trochę po północy skończyliśmy obie butelki, to czułam lekki ból głowy, ale pijana nie byłam. Ciekawostka przyrodnicza, to pewnie przez tego niedźwiedzia...:)
W przerwach między jednym daniem a drugim, jednym kieliszkiem a drugim, jednym zdjęciem a drugim, wpadaliśmy czasem na salę i udało nam się zatańczyć kilkakrotnie. Jak już się wpadło w rytm, to potem jakoś szło, chociaż byłam lekko zestresowana, bo podłoga była szalenie śliska i już oczami wyobraźni widziałam wszystkie możliwe lądowania... ale na szczęście udało się obyć bez niespodzianek :)
Ciasto podano jeszcze przed północą ("to co, kawa, ciasto, palto" - powiedział Marcus). Ciekawe zwyczaje...
Dotrwaliśmy do barszczyku czerwonego (papierowy i zupełnie niesmaczny... odmówiłam spożycia), potem był wreszcie szampan, sto lat, życzenia i zaręczyny jakiejś pary... i sztuczne ognie przed zamkiem. Gdyby nie chaos, pokaz mógłby być całkiem ciekawy, bo ognie ładne były. Ale kilka rakiet poleciało między ludzi... W dodatku cały czas coś mżyło :( Na szczęście było dość ciepło.
Potem przyszedł czas na kurczaka z ryżem (bardzo smaczny - to im się naprawdę udało!), koniec wódki i powędrowaliśmy do łóżek. Zmęczenie dało o sobie znać ogromnie, poprzednia prawie nieprzespana noc, wczesna pobudka i daleka podróż z przygodami sprawiły, że i tak ledwo dotrwaliśmy do tej dwunastej :)
W pokoju nawet nie było bardzo zimno. Zrzucenie z siebie szmatek i butów było priorytetem. Pedant Wilczy postanowił jednak nie rzucać tego byle jak na fotel... Popatrzyłam na niego, jak się mocował z wieszakiem i spytałam:
- Skarbie, co robisz?
- Staram się powiesić te spodnie... jak windowsa...
- Windowsa łatwiej - stwierdziłam.
I poszliśmy spać.

Nowy rok

Z rana, kole południa, powędrowaliśmy na śniadanie. Zastaliśmy tłum :) Oraz wspomnienie po żurku. Udało się dopchać do stołu, systematycznie ogołocanego z całego dobra. Jednak dorwaliśmy się do żarcia, a na żurek zapolowaliśmy i udało się - pani przyniosła wazę, postawiła ją i zleciały się sępy, ale my też się załapaliśmy. Najedzeni i nadal senni postanowiliśmy przejść się na spacer po okolicy...
Spacer zaczął się od oglądania tv w apartamencie, bo akurat pokazywali coś śmiesznego. Potem jednak wyszliśmy na dwór i najpierw zmarzliśmy strasznie, a potem się przyzwyczailiśmy. A jeszcze potem okazało się, że po prostu przy zamku jest zimniej niż gdzie indziej...
Na pierwszy rzut poszedł kościół z fajną wieżą, ale zamknięty - a szkoda. Zaraz za kościołem był kot. Niee, to był kocur wielkości małego tygryska...:) Wielki kawał spasionego kota, który natychmiast po pierwszym zachęcającym spojrzeniu ze strony Wilczego opuścił swoje miejsce w furtce i wylazł na środek, żeby tylko zarobić jakieś pieszczoty. Ale grubas...:)
Poszliśmy drogą przez wioskę, potem skręciliśmy w plener i znaleźliśmy się w lesie na górce, z której trzeba było zejść. Zrobiło się śmiesznie, ale jednak udało się bez strat w ludziach i sprzęcie jakoś przejść i dotarliśmy nad jeziorko przy - chyba - byłym młynie. Wodospad i mostek oraz zamek za jeziorkiem :) Jeziorko potem obejrzeliśmy jeszcze od strony zamku i w końcu dość mieliśmy spacerków, wróciliśmy do zamku i powędrowaliśmy do podziemi na piwko.
Po szalenie długim oczekiwaniu pojawił się barman... Piwo było w aż dwóch rodzajach, zapodaliśmy zatem na stół kufelki i rozpoczęły się popołudniowe Polaków rozmowy. W połowie pierwszego kufla okazało się, że jestem bardziej pijana niż po wczorajszej wódce. No ładnie!... Na drugi kufelek przenieśliśmy się już na górę do kominka i tam jeszcze trochę pogawędziliśmy w większym gronie i odbębniliśmy sesję fotograficzną ostro kombinowaną.
Podano kolację...:)
Zupa grzybowa z kluseczkami była całkiem smaczna, zdaje się, że drugie danie też dało się zjeść, chociaż te porcje dla dwóch osób chyba były dla dzieci. No ale spoko, z głodu nie umarliśmy, na koniec były też lody...:) I właściwie w planach dyskoteka, ale w stanie byliśmy raczej padniętym, zatem powędrowaliśmy do łóżek.
Po ablucjach wieczornych i nastawieniu budzików wyłączyliśmy telewizor, który grał coś tam w tle i położyliśmy się spać. Już zaczęłam przysypiać, ale trochę przeszkadzał mi hałas dobiegający z dyskoteki na dole. Tymczasem Wilczy zerwał się z łóżka i zaczął miotać się po komnacie. Poszedł do łazienki, coś tam pomedytował, wrócił i zamiast się położyć stał i się zastanawiał.
- Co jest? - zapytałam szalenie inteligentnie, przysypiając.
- Bo coś tu kapie!...- odpowiedział zdenerwowany.
Jakie kapie, co kapie, gdzie kapie, nic nie kapie, dyskoteka gra!... Żadnego kapania nie słyszę!...
I wtedy usłyszałam.
Kap.
Kap.
Kap.
- Kapie! - stwierdziłam, podnosząc się nieco, żeby mieć lepszy widok.
Wilczy zapalił światło.
- Kapie do oprawki na światło w przedpokoju! - oznajmił.
- Zgaś światło! - wrzasnęłam, w popłochu zastanawiając się nad związkiem wody z prądem. Jakiś tam ten związek jest, zdaje się, że całkiem ścisły...
Zgasił i patrzył się w ciemnościach na sufit.
- Tu jest już niezła plama - oznajmił radośnie.
Super...
- Pięćset...- wymamrotałam.
- Co pięćset? - zainteresował się.
- Numer do recepcji...
- A, to trzysta.
- A może i trzysta. Trzeba zadzwonić.
Zadzwonił.
- Dobry wieczór, ja dzwonię z pokoju 105. Kapie nam z sufitu woda w przedpokoju... Kapie do oprawki od lampy... Tak.... Trzeba sprawdzić, co się stało...Chcemy inny pokój? - zwrócił się do mnie.
- Nie chce mi się przenosić, niech to naprawią!...
- Jeśli przestanie kapać, to nie... Dobrze... Proszę o wiadomość. Dziękuję.
- No i co? - zapytałam inteligentnie.
- No i zobaczymy...
Wilczy zaczął się na wszelki wypadek ubierać.
- Pani zaproponowała nam drugi pokój - powiedział.
- Nie chce mi się teraz po nocy wstawać, ubierać się i nosić tych gratów...
- No mi też się nie chce. Poczekamy.
Zadzwonił telefon. Siła spokoju, pomimo tego, że dzwonek potrafiłby obudzić umarłego, Wilczy podniósł po drugim sygnale. Porozmawiał chwilę, opowiedział drugi raz o problemie i znów odłożył słuchawkę. Potem było pukanie do drzwi. Przyszła pani, popatrzyła na sufit i znów zaproponowała inny pokój. Do moich uszu dobiegł tekst:
- Państwo wezmą sobie pościel i przeniosą się do pokoju 102...
Coooo???? No też!...
Wilczy zaczął tłumaczyć, że NAPRAWDĘ trzeba sprawdzić, co tam się dzieje, woda kapie do oprawki od lampy, zaraz szlag trafi sieć elektryczną i w ogóle spali się cały zamek. Pani pokiwała głową, oznajmiła, że tam wyżej to pokój jest zajęty, ale państwa nie ma w pokoju, pewnie się bawią... i poszła.
Spojrzeliśmy po sobie z taką beznadzieją, że o rany. No, jasne, państwa w pokoju nie ma, woda się leje, szlag zaraz trafi wszystko, ale przecież nie można wejść, bo państwa nie ma... o matko.
Jednak za jakiś czas pani wróciła. Ciągle nie chciało mi się wstawać z łóżka, więc liczyłam jednak na jakąś reakcję z ich strony, nie przeliczyłam się, tylko czemu to tak długo trwało i dlaczego to my musimy ich namawiać na tego typu działania?...
- No więc weszliśmy tam, faktycznie woda się lała, spłuczka się zablokowała, ale już jest wszystko ok, już nie będzie kapać, gdyby państwo się zdecydowali, to pokój 102 jest wolny, dobranoc.
No brawo!...
Postanowiliśmy poczekać, żeby sprawdzić, czy faktycznie przestało kapać. Strasznie nie chciało nam się ruszać z pokoju na tę ostatnią noc :) Wilczy krążył po przedpokoju, aż w końcu wrócił do łóżka uspokojony i wreszcie mogliśmy zasnąć...

Come back

Okazało się, że śniadanie jest wydawane godzinę krócej, niż byliśmy przekonani. Ta niespodzianka dość nerwowo wyciągnęła nas z łóżek, spod pryszniców, z sedesów itd.:) Pobiegliśmy na dół, żeby się jednak na jakieś jedzonko załapać. Była jajecznica (ale jakaś taka biedna, chociaż smaczna). Śniadanko się oczywiście przeciągnęło, nie tylko my myśleliśmy, że będzie dłużej...:)
Potem czas na pakowanie i koło południa wyruszyliśmy do domu. Trochę żal było opuszczać inne miejsce niż Warszawa, ale co zrobić...
Tym razem uparliśmy się na Poznań. Do miasta jakoś poszło, a potem było:
- To którędy mam jechać?...
- No, na Warszawę...
- Nie! Na Łódź!...
- Jak to na Łódź, Wilczy, ty lepiej nie kombinuj!...
- No ale poważnie wam mówię, że jak chcecie jechać na autostradę, to musicie jechać na Łódź...
Na szczęście od połowy miasta były tabliczki kierujące na A2, więc udało nam się trafić na autostradę, a potem to już właściwie włącza się autopilota i...
Bramki. Nie ma nic za darmo ;-p
Zaczęłam przysypiać, kiedy okazało się, że Marcus testuje moc silnika. Na wszelki wypadek nie patrzyłam na prędkościomierz ;-ppp
Droga minęła dość szybko, a w DC okazało się, że świąteczny nastrój dawno minął i hipermarkety są otwarte i pełne ludzi. No tak, ile można siedzieć za stołem, nareszcie można iść kaufen, kaufen!...:)))
A jadąc potem z Wilczym na dworzec, spotkaliśmy oklejoną 307. Więc zdecydowanie sylwester był klubowy :)



Wyszperane w Sieci:

Zamek Tuczno: http://www.zamek-tuczno.pl/


psyche