Zrujnowany sylwester, 30.12.2009 r. - 2.01.2010 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Zrujnowane okolice :)

Zrujnowany wyjazd

Coby nie siedziec w sylwestra przed komputerem, uparłam się, że gdzieś pojadę. Owo "gdzieś" było mocno niesprecyzowane, poza tym, że miało być blisko i tanio. No dobrze...
Agnieszka szukała zawzięcie ofert i podsuwała je pod mój kapryszący nos. Mój nos w pewnym momencie odmówił w ogóle współpracy i powiedział, że wszystko jedno, gdzie, byle mnie tam zawieźć. W rezultacie licznych perypetii ustrzeliliśmy Góry Świętokrzyskie i gospodarstwo agroturystyczne państwa Pacygów.
W środę, 30 grudnia, zerwaliśmy się skoro świt, zapakowaliśmy do astry i po odkopaniu auta z zaspy ruszyliśmy w siną południową dal. Pierwszy przystanek był już w Jankach, gdzie należało nabyć niebieską kredkę do oczu - taki kaprys :) Następnie było już z górki: do Radomia dwupasmówka, w Radomiu jedno centrum handlowe, jak się okazało, bez jedzenia, potem McDonalds za drugim centrum handlowym, potem podejrzanie wyglądająca droga do Łagowa, sypiący śnieg i panienki lekkich obyczajów na poboczach.
- Ty, one są w pracy? - zapytał mnie Wilczy z lekkim niedowierzaniem.
- Na to wygląda...
Uch... aż nam się zrobiło ich żal normalnie - mróz, sypiący śnieg, a one stoją i prezentują się w tej lepkiej brei.
W Łagowie zgubiliśmy się od razu, bo prowadzący nas telefonicznie Seweryn był przekonany, że przyjechaliśmy z innego końca świata. Ale w końcu się znaleźliśmy, zaokrętowaliśmy w pokoiku ze skrzypiącymi łóżkami, telewizorem, szafą, szafkami, stołeczkami i stołem. Łazienka wspólna na korytarzu i brak ręczników. Za to dwie poduszki :)
Po czym powędrowaliśmy do miasta zobaczyć, jak to wszystko tu wygląda i gdzie my właściwie jesteśmy...
Seweryn obszedł wszystkie możliwe sklepy w poszukiwaniu chleba. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że w Łagowie na ryneczku są 4 piekarnie oraz apteka :) Był też fryzjer i musiałam mocno się powstrzymywać, żeby do niego nie wstąpić ;-p
Po dwudaniowym obiedzie, serwowanym przez gospodarzy w kuchnio-jadalni (pyzy z mięsem i zupka), padliśmy na łóżka w pokoju i dość niemrawo zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej.
- Może coś obejrzymy...
- Nooo... mooooże....
Cztery westchnienia z różnych łóżek popłynęły w zintymniałą atmosferę. Na pierwszy ogień poszedł film "Zack and Miri Make a Porno", a potem ustaliliśmy, że obejrzymy pierwszy odcinek pierwszej serii "Lie to me". Po włączeniu komputera okazało się, że mamy tu nawet bezprzewodową sieć, więc mój plan oderwania się od komputera spalił na panewce natychmiast. Ale - ograniczałam się, tak? ;-p
Po pierwszym odcinku poleciał następny i następny, aż zastała nas noc i poszliśmy spać. Z perspektywą zerwania się znów skoro świt, bo o 9 ma być śniadanie...;)


View Świętokrzyskie in a larger map


Śniadanie było, owszem, z jajecznicą na boczku, pycha. I herbatką ziołową :) Z miodem była rewelacyjna.
Po śniadanku zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy zwiedzać. Seweryn potulnie odśnieżył auto (sypało cały czas) i ruszyliśmy na wycieczkę objazdową szlakiem ruin. Na pierwszy ogień poszedł Opatów.
W Opatowie zaliczyliśmy podziemną trasę turystyczną (bilet normalny: 8 zł, za fotografowanie: 5 zł) z przewodnikiem, który wpuścił nas pomiędzy godzinami zwiedzania - pewnie nie podejrzewał, że pojawią się jacyś inni chętni w sylwestra... Opowiedział nam o legendach i historii miasta, odtajaliśmy trochę i mogliśmy wyjść na zawieruchę. Następnym punktem był kościół bernardynów, który obeszliśmy w kółko, na krótko zatrzymując się przy ogłoszeniach parafialnych. Z Opatowa ruszyliśmy na południe, do Ujazdu, obejrzeć ruiny zamku Krzyżtopór.
Mimo zasp i ciągle sypiącego śniegu, Krzyżtopór było dobrze widać i nie musieliśmy błądzić. Bilety po 6 zł sprzedała nam pani z okienka i powędrowaliśmy do środka. Tutaj spędziliśmy sporo czasu, bo na koniec Wilczy uparł się, ze on chce na pięterko. No dobrze, skoro się upiera... Agnieszka zaczęła farbować śnieg na czerwono butami, ja robiłam zdjęcia z półobrotu (bo sypie na aparat), Wilczy biegał, szukając wejścia na pięterko, Seweryn stał niezdecydowany w połowie drogi między pięterkiem, a autem, gotowy do odwrotu, ale nie, nie, nie, nic z tego, pięterko wygrało ;)

Po czym panowie znaleźli klatkę schodową i ucieszyli się z odkrycia jak dzieci, machając rękami w powietrzu tłumaczyli sobie, gdzie były schody, a gdzie podeścik... Wreszcie wróciliśmy do auta.
- Agnieszka, żyjesz? - pytaliśmy wszyscy, bo te buty farbowały z jakichś przyczyn. - Masz jeszcze palce u nóg?
- Spoko - odpowiadała twarda niewiasta, pchając nogi bez butów (za to w skarpetkach) pod nawiew ciepłego powietrza.
No to jedziemy dalej - do Kurozwęk.
Tutaj mamy do czynienia z odbudowanymi ruinami, pałac prezentuje się zupełnie nieźle, w oranżerii jest kawiarnia, nieopodal stadnina koni i hodowla bizonów, a nawet mini zoo czy quady. Decydujemy się na zwiedzanie pałacu (bilet: 5 zł), ale okazuje się, że możemy obejrzeć tylko podziemia, bo w części głównej trwają przygotowania do balu sylwestrowego. No jasne. Idziemy zatem do podziemi.
Od pani przewodnik dowiadujemy się, że właściciel pałacu, potomek ostatnich przedwojennych właścicieli, ma ośmioro dzieci, pałac odzyskał na początku lat 90, wyremontował i teraz działa tu na przykład hotel. Okazuje się, że ceny noclegów nie są porażające - 130 zł za pokój dwuosobowy to cena zupełnie przyzwoita, tym bardziej za nocleg w prawdziwym pałacu :) Oglądamy pokoje, urządzone skromnie, ale ciepłe i każdy z łazienką. Pewnie każde z nas pomyślało wtedy: może by tu skoczyć na jakiś weekend?...;)
Po zwiedzaniu decydujemy się na kawę z ciastkiem w oranżerii, przy kominku. Cieszymy się, że bilet za zwiedzanie odejmiemy od rachunku w kawiarni, ale okazuje się, że ta atrakcja działa dopiero od nowego roku. Chociaż już wszędzie jest ogłoszona... Na szczęście ceny nie są wysokie, więc nikt z nas się nie awanuruje i kulturalnie, w zapadającym zmroku, jedziemy dalej. Kierunek - Szydłów.
To już nasz ostatni przystanek. Szydłów, pretendujący do miana polskiego Carcassone, to miasteczko wyrosłe na murach obronnych niegdysiejszej twierdzy. Zamek jest co prawda mocno zrujnowany, ale udaje nam się do niego trafić dzięki planowi atrakcji, znalezionemu na starej synagodze. Od cmentarza, przy którym zaparkowaliśmy, prowadzi nas pies - przewodnik, który przyplątał się przy resztkach murów obronnych, stanowiących mur cmentarny i tak sobie z nami idzie. Właściwie przed nami, co jakiś czas tylko oglądając się, czy grupa podąża za nim. Przechodzimy obok szkoły i zaraz za nią skręcamy na jej tyły, gdzie właśnie rozpościeraja się ruiny zamku. Oświetlone latarniami ulicznymi wyglądają na całkiem zadbane, nikt tu za bilety nie kasuje, ale nam się już spieszy do domu, na obiad, zatem podziwiamy budowlę z pewnej odległości. Latem pewnie dzieciaki ze szkoły grają tu w piłkę. Ciekawe, jak to jest - żyć patrząc codziennie na taką historię...
Wracamy pod cmentarz, piesek wbiega w bramę, macha nam ogonem na pożegnanie i znika. Po chwili z cmentarza wyłania się stara, gruba i ponuro wyglądająca baba... Hmmmm....;)
Wróciliśmy wreszcie do Łagowa, do domu, Seweryn zaparkował naprzeciwko chaty, bo jego miejsce zajął jakiś samochód na śląskich numerach. To pięciu chłopaków. Zajęli pokój obok nas i okazali się być miłośnikami Plastikowej Biedronki...;)
- A, Sylwester, to dzisiaj?... - zorientowaliśmy się nagle. No tak, faktycznie, to dzisiaj, po obiedzie umówiliśmy się z gospodarzami na śniadanie godzinę później, czyli o 10, po czym zapadliśmy w letarg przed komputerem i następnymi odcinkami "Lie to me"...;)
Pomiędzy kolejnymi odcinkami robiliśmy przerwy na kilka słów, żeby nie zapomnieć, jak się mówi ;-p A ostatni odcinek skończył się na tyle przyzwoicie, że zdążyliśmy umyć szklaneczki i otworzyć szampana. A co ;)
Miasteczko bawiło się na rynku, nasi koledzy zza ściany też tam poszli, dzięki czemu nie musieliśmy słuchać po raz siedemdziesiąty o plastikowej biedronce, za to naszło nas na rozmowy o wszystkim i o niczym. Poszliśmy spać, zanim wrócili koledzy. Na nic się to nie zdało, gdyż obudziła nas plastikowa biedronka...;)

Po śniadaniu mieliśmy lekką chwilę wahania. Jedziemy, zostajemy?... Jedziemy!
Tym razem obejrzeć kawałek Gór Świętokrzyskich, w końcu jesteśmy tutaj, a aktywnie nie widzieliśmy jeszcze nic...
Najpierw Nowa Słupia, po amerykańsku obejrzeliśmy sobie postać Pielgrzyma, stojącego przy wejściu na szlak na Łysą Górę, do Świętego Krzyża. Szybko się zmyliśmy z parkingu, gdyż już widzieliśmy biegnącego w naszą stronę parkingowego. Wszystkie budy z pamiątkami były otwarte, na parkingu sporo samochodów, co ci ludzie, zamiast siedzieć w domu, to zwiedzają?... A może polecieli na górę na mszę jakąś noworoczną?...
Następnym przystankiem był Bodzentyn i kolejne ruiny. Tutaj zabawiliśmy się w rzucanie śniegiem, a właściwie zamarzniętą jego wierzchnią częścią przed siebie.
- Ale koniecznie musisz powiedzieć: "Ziuuuuu..." - tłumaczyła Agnieszka Wilczemu. Wilczy kręcił, ja fotografowałam, Agnieszka robiła "Ziuuuu...", a Seweryn starał się do nas nie przyznawać ;)
Z Bodzentyna ruszyliśmy przez środek Świętokrzyskiego Parku Narodowego do Świętej Katarzyny, gdzie poszliśmy na krótką wycieczkę do kaplicy św. Franciszka. Potem, klucząc mocno, bo GPS nie znał miejscowości Huta Szklana, zahaczając o stację benzynową z paliwem, kawą, ciastkami, zakupami na wieczór, dojechaliśmy wreszcie do drugiego wejścia na Łysą Górę. Pod wejściem stało kilka par sań. Wsiedliśmy w pierwsze (40 zł za 4 osoby) i siłą mięśni dwóch koni wjechaliśmy na szczyt. Wysiedliśmy przy platformie widokowej, co było głupim pomysłem. Zapadała już ciemność, robiło się coraz zimniej, platforma była potężnie oblodzona i widoków z niej nie było żadnych... A do klasztoru to jeszcze z niej kawał drogi. Powędrowaliśmy jednak na piechotę, zresztą w tłumie ludzi. W klasztorze obejrzeliśmy (za 2 zł) kryptę księcia Jeremiego Wiśniowieckiego oraz kościół z przepiękną szopką, po czym poszliśmy - nadal między ludźmi - w gęstniejących ciemnościach - w dół. W połowie drogi minęły nas trzy zaprzęgi sań, z których tylko pierwsze były oświetlone, za to na szczęście wszystkie robiły hałas dzwoneczkami. I wreszcie wróciliśmy do domu...
Obiad i... "Lie to me". Kiedy skończył się ostatni odcinek, przerzuciliśmy się na "Cztery pokoje" :)
A potem zaczęliśmy naprawiać świat. Na razie ustnie, co prawda, w dodatku świat był dość oporny, zmógł nas w końcu (a w kranie nie było ciepłej wody...) i padliśmy spać. Tej nocy byliśmy lepsi od chłopaków zza ściany...;)

Po śniadaniu zaczęliśmy się zbierać. Seweryn odśnieżył swoje auto, po czym we czwórkę odśnieżaliśmy astrę... Obok chłopaki rozmawiali o braku ładowania swojego wehikułu. My za to myśleliśmy o powrocie do domu. Zostawiając w pokoju przepiękny zestaw butelek, pożegnaliśmy się z gospodarzami i ruszyliśmy w drogę - Agnieszka z Sewerynem w prawo, my w lewo. Najpierw mieliśmy zamiar zatrzymać się w Iłży, skoro jest tu kolejna piękna ruina zamku, to moglibyśmy ją obejrzeć. Ale jakoś nie było gdzie stanąć, w dodatku ruina jest pod górkę i tak pojechaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się dopiero w Radomiu, gdzie w KFC zjedliśmy obiad. Masakryczne tłumy pod centrum handlowym zniechęciły mnie do jakichkolwiek zatrzymywań na zakupy i do domu wróciliśmy już bez żadnych przystanków.
Co to jest, że wystarczy jeden dzień bez handlu i następnego dnia ludzie dostają szału na temat: "kaufen, kaufen"?...:/


Wyszperane w sieci:

Nasz nocleg i wyżywienie
Opatów
Podziemna trasa turystyczna w Opatowie
Oficjalna strona zamku Krzyżtopór
Krzyżtopór w Wikipedii
Pałac w Kurozwękach
Zamek w Szydłowie w Wikipedii
Zamek w Szydłowie
Nowa Słupia w Wikipedii
Zamek w Bodzentynie w Wikipedii
Zamek w Bodzentynie
Święta Katarzyna
Święty Krzyż na Łysej Górze


psyche