Suwalszczyzna - 19-22.06.2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Galeria - trochę deszczowych zdjęć

Czwartek

Pobudka o 8, to jest środek nocy! Pakujemy auto, dwa razy wracam się do domu, w końcu obieramy kurs na Białystok. lekko ciasno na trasie wylotowej, ale za Markami robi się spokojnie. Martwimy się o Wyszków, bo tam korki (tak wszyscy mówią), ale okazuje się, że niepotrzebnie się martwimy. Tuż za wyjazdem na Marki robię się głodna. Mijamy makdonalda, przy którym mężnie twierdzę, że nie chcę jeszcze jeść i pół kilometra dalej oznajmiam, że coś bym zjadła... Wilczy patrzy na mnie dziwnym wzrokiem, ale jedziemy dalej. W Starym Jeżewie zjeżdżamy w bok, mijamy śliczny Tykocin i zatrzymuje nas procesja w Korycinie. Zgrzyt zębów, oglądanie okolicznych domków i płotów, kotów oraz mapy, żeby znaleźć objazd... Jest uliczka w bok! Skręcamy! Wylądowaliśmy między jakimiś polami i lasami, na polnej drodze, w końcu minęliśmy przejazd kolejowy i dojechaliśmy do jakiegoś asfaltu. Hmm, w którą stronę teraz? Strzelamy, że w lewo... Ufff! Trafiliśmy :-)
Suwalszczyzna coraz bliżej i burczenie w żołądku się nasila. Wilczy zmuszony moim marudzeniem zatrzymuje się przed samym Augustowem w knajpie "Stary Młyn" czy jakoś tak. Mają tu rybkę, więc czujemy się skuszeni bardzo. Rybka lubi pływać, ale tym razem pływa w soczku a my oglądamy zmagania młodocianych wędkarzy nad rzeczką przy młynie.
Wreszcie wcinamy ościstego okonia i szczupaka i jedziemy dalej. W Suwałkach skręcamy w bok na Filipów i potem skrótem chcemy dojechać do Stańczyków. To nasz cel...
Pierwsza część planu udaje się bez pudła. Gorzej z drugą - w Przerośli mapa podstępnie ukryła przede mną cmentarz i w rezultacie znajdujemy się we wsi, która leży w zupełnie innym kierunku niż Stańczyki. No dobrze, wracać nam się nie chce, jedziemy dalej. Droga robi się bardziej terenowa niż dotychczas, nawet wóz konny źle by się na niej czuł. Auto jakoś jedzie, kurzy się potwornie, obieramy kierunek na rozdrożach i... wjeżdżamy facetowi na podwórko. Grzecznie się pytam, czy możemy zawrócić, pozwala łaskawie ale patrzy na nas jak na kosmitów. W pewnym momencie atakuje nas podstępnie głaz leżący na drodze. Zatrzymujemy się ze zgrzytem podwozia. Oględziny kurzu nic nie dają, postanawiamy się powolutku wycofać, zgrzyt ustępuje i jakoś z duszą na ramieniu jedziemy dalej. Dookoła piękne widoki, górki, dołki, lasy, wszędzie krowy i nigdzie ani jednej chałupy... Robi nam się nieswojo. Nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, chociaż te krowy sprawiają wrażenie, że gdzieś powinni być też ludzie. Wreszcie!... dojeżdżamy do drogi, przy której są jakieś chaty. Uff, trafiliśmy do Stańczyków, z drugiej strony co prawda, ale jednak! Mosty widzimy już z daleka, są piękne. Wjeżdżamy na parking (po lewej - bezpłatny, po prawej - płatny, w jakim celu???) i idziemy na mosty. Oczywiście najpierw pod nimi (chociaż tablice informują, że zabrania się, bo wszystko się wali i sypie). Ciężkim podejściem pchamy się w górę i już oglądamy świat z wysokości Bóg wie ilu metrów, bo każde źródło podaje inaczej. Mosty zrujnowane są strasznie, ale widać, że kiedyś musiały być dumą budowniczych. Na tablicy informacyjnej czytamy, że budowane były dwa, żeby w razie dywersji któryś się ostał. Ale po co w takim razie budowali takie wielkie, w które łatwiej trafić bombą? No, bo musiało być widać przepych...
Schodzimy i jedziemy szukać miejsca na nocleg. Pierwsze miejsce odpada z założenia - jakoś tak łyso na tym polu nad rzeczką. Następne pole jakieś takie zarośnięte i zaludnione co nieco. Jedziemy dalej. Kierunek - Gołdap. Nad jeziorem Gołdap zwiedzamy prywatne działki, ruiny oraz nieistniejące ośrodki wypoczynkowe, zastanawiając się, kiedy skończy się nam Polska, bo droga niewątpliwie wiedzie ku granicy. W końcu trafiamy na czynny ośrodek z domkami, sanitariatami i polem namiotowym, na którym stoi jedna przyczepa kempingowa z mercedesem i mnóstwem ludzi i dzieci. Jest nawet przygotowane ognisko. Pakujemy się na odległy kraniec pola i rozstawiamy namiot. Jest nawet sympatycznie, chociaż pogoda się psuje. Jemy kolację pod piwko, idziemy zwiedzić okolicę w poszukiwaniu ustronnego miejsca (klucza od toalet nie dostaliśmy jakoś), brzdąkamy na gitarze ale już w namiocie, bo zaczyna padać... Zwiedzamy okolice rzeczki wpadającej do jeziorka przy samym polu i dzięki temu wpadam w muł po kolana. Powędrowaliśmy nawet na molo i pooglądaliśmy sobie jezioro nocą... i poszliśmy spać.

Piątek

Pada całą noc, rano też. Budzimy się w nijakich humorach. Śniadanie jemy w namiocie. Poszukiwania pana zarządzającego przynoszą efekty - mamy klucz od kibelków i nawet jest coś w rodzaju ledwo ciepłej wody. Pan w ramach zachęty i promocji - jako,że jesteśmy pierwszym namiotem - liczy nam połowę stawki. Fantastycznie:) Na chwilę przestaje padać. To co? - jedziemy do Stańczyków! Stańczyki od poprzedniego dnia nie zmieniły się wcale, tylko przybyło chmur. Zrobiło się też zimniej. Włazimy na mosty, robimy zdjęcia, podziwiamy widoki i... nagle poczułam, że brakuje mi gruntu pod nogami. Padając na glebę zdążyłam przekręcić się tak, żeby uratować aparat, którym co prawda i tak grzmotnęłam o ziemię, ale jednak tylko trochę i zdjęcia robił dalej. Natychmiast znalazłam dobre strony w całej historii - w końcu wpadłam w taką dziurę, że cudem chyba nie złamałam nogi w kostce no i uratowałam aparat. Nie jest źle :-) Wilczy miał przerażoną minę jak leciał mnie podnieść z ziemi. No, trochę się potłukłam (bioderko boli do dziś). Ale zdjęcie, które sobie zaplanowałam, zrobiłam! :-)
Mosty podobno ktoś kupił za śmieszne pieniądze i ma je remontować. Ciekawa jestem, czy rzeczywiście - warto by było, są naprawdę wspaniałe.
Ze Stańczyków poniosło nas drogą nad granicą do Suwałk. Blisko granicy zaczął nas spamować PlusGSM, żebyśmy sprawdzili, które taryfy roamingowe są najtańsze... Po drodze oglądaliśmy widoki... Znowu wszędzie pełno krów. Do towarzystwa miały bociany i czasami koniki. Ustaliliśmy, którędy przebiega granica polsko-rosyjsko-litewska i dumni z siebie pojechaliśmy dalej, coby nas ruscy nie zastrzelili za to, że się gapimy na ich granicę. Udało nam się nie zgubić już i dojechaliśmy do Suwałk, gdzie poszukaliśmy sobie knajpy, bo jednak bez jedzenia jakoś nie idzie. Weszliśmy do opisanej w Pascalu pizzerii Rozmarino, usiedliśmy na stoliku w podwórku i podziwialiśmy wystrój wnętrza. Trzeba przyznać, że postarali się - knajpa była naprawdę ładna. Oprócz pizzy podawano także normalne jedzenie, więc zamówiłam... "łupki-chrupki", cokolwiek by to miało znaczyć... Już niedługo dowiedziałam się, że oznacza to kawałki indyka w panierce z płatków kukurydzianych... Ale było smaczne. Wilczy pochłonął pizzę (znów on dostał pierwszy jedzenie!!!!! Ja protestuję!!!!), wychłeptaliśmy dzbanek herbaty i na deser jeszcze wsunęliśmy pucharek lodowy. Zdaje się, że było całkiem smacznie i miła obsługa. Polecam... Menu mam do zachowane, bo było w formie gazetki. Z knajpy powędrowaliśmy do księgarni i utknęliśmy na dobre 20 minut przy półeczce z mapami. Nad nami stała pani, pilnująca, czy przypadkiem nie kradniemy map za 4 złote, ale byliśmy bezczelni i tylko rozkładaliśmy każdą mapę po kolei porównując ją z innymi i mamrocząc pod nosem różne inwektywy na temat producentów tych map. W końcu wybraliśmy dwie i dumnie poszliśmy zapłacić kilkanaście złotych. Po czym w samochodzie sprawdziliśmy numer wydania posiadanej przez nas mapy pt. "Suwalszczyzna" i poleciałam do tej księgarni spowrotem po nowe wydanie. No, czwarte od pierwszego powinno się trochę różnić, nie? Potem szczegółowo sprawdzaliśmy, czym się różni. Więc jedna droga zyskała status drogi żółtej i przybyło kilka gospodarstw agroturystycznych... Wilczy odgrażał się, że pobawi się w "znajdź 10 szczegółów", ale zdaje się, że nie zrobił tego... ;-p
No to wracamy. Żeby nie było, że tą samą drogą, to skręciliśmy do Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Pooglądać głazowiska. Bo jakoś te stosy kamulców nas zafascynowały... w zasadzie nie wiadomo, dlaczego. No kamień jest kamień, nie?... Na pierwszy ogień poszło Głazowisko Rutka, czyli kupa kamieni rozwalona na porządnym terenie łąk. Ogrodzona w dodatku jakimś drutem i zarośnięta wysoką trawą. Za to czasami pojawiało się słońce a trawa w tym silnym wietrze ślicznie falowała...:-) Potem następne głazowisko - Bachanowo nad Czarną Hańczą. Tam zaskoczył nas traktor, który jechał sobie dróżką przez łąki i dojechał do trzech krówek pasących się przy samym głazowisku niemal... Wysiedli z niego pan i pani i zabrali się - jak gdyby nigdy nic - do dojenia krówek!... No to my poszliśmy ścieżką w dół oglądać kamulce, porządnie zakopane w ziemi i z racji oświetlenia jakoś tak burzowego przybierające kolorek niebieskawy.

W: No piękna wycieczka! Patrz, jaki piękny głaz!
P: To naprawdę ładny głaz!

Potem poniosło nas nad jezioro, gdzie dopadła nas burza w promieniach słońca, co zaowocowało podwójną piękną tęczą, niestety szybko blednącą. Szukaliśmy punktu widokowego oznaczonego na mapie i trafiliśmy na niego w tak zwanym gospodarstwie agroturystycznym na podwórku... No to jak tak, to już wleźliśmy do środka, dostaliśmy kawę, ulotkę reklamującą gospodarstwo, popatrzyliśmy sobie na to wszystko zrobione typowo pod turystów, ucieszyliśmy się, że mamy jakby co miejsce na biwak i pojechaliśmy do domu. Oczywiście skrótem... Ale tym razem udało nam się trafić na dobrą drogę, która - mimo żółtego koloru na mapie - była jednak kawałkiem polna zdecydowanie a kawałkiem kociołbowa, ale trafiliśmy gdzie trzeba. To znaczy, do Gołdapi, bo uparliśmy się jeszcze obejrzeć to miasteczko. Wilczy z daleka już krzyczał, że piękną wieżę widzi, jak się potem okazało te ruiny wieży to wieża ciśnień z 1900 roku, w dość opłakanym stanie, ale rzeczywiście kiedyś musiała być ładna. Gołdap zwiedziliśmy po amerykańsku. Nie wysiadając z samochodu... I udało nam się dostrzec klubo-kawiarnię... :-)

Dialogi po drodze wyglądały tak:
P: Gdzie my jesteśmy?
W: Nie wiem, ale czekaj, bo tak... Gdzie my jedziemy?
P: To już powinniśmy być blisko Gołdapi chyba nie?
W: Może ja już przejechałem Gołdap?
P: Ta. I nie zauważyłeś?...
W: Zobacz, morza nie widać?
P: Morza? Jakiego morza?... Nie pojechałbyś na przykład drogą numer 65 do przejścia granicznego w Gołdapi? Na 54 stopnie i 20 minut nie wiem czego?
W: No właśnie.
P: To jest szerokość chyba nie?
W: Tak, to jest szerokość.
P: (zadowolonym z siebie tonem) No właśnie, 54 stopnie szerokości. To szeroko, 54 stopnie, hihi :-)

W: Dlaczego tu są takie zakręty?
P: Nie wiem, a wtedy ich nie było, jak jechaliśmy?
W: Nie! Albo wiesz co, już wiem, o co chodzi. Te zakręty były w drugą stronę.

P: A tam były Jurkiszki i tam na pewno było coś w bok.
W: No właśnie, skoki w bok ci się marzą!
P: Jakie skoki, nigdzie nie skaczę, już dzisiaj sobie skoczyłam. Z mostu...

W: O, tu jest ten most, którego nie ma, widzisz?
P: A co się z nim stało, że go nie ma?

P: O, jaki fajny most.
W: Też chciałaś zdjęcia ale chyba nie teraz.
P: (po chwili zastanowienia) Nie?
W: Teraz?
P: Nieeeeeeeee!....
W: To nie.

P: Ale tu jest fajny... ten most... o Jezu!!! Mógłbyś...
W: Ale piękny był!
P: ...jakoś mówić, że będziesz hamował? Jak tak hamujesz? Czy nie?....
W: Ale jak hasło jest takie, że patrz jaki piękne coś, to pewnie, że ja hamuje!
P: Musisz wolniej jechać, żeby oglądać mosty.
W: (z niedowierzaniem) Ja mam wolniej jechać?!
P: Teraz to możesz szybciej jechać, bo nie ma żadnych mostów...

W: Ty, ten hangar jest fajny normalnie, nie?
P: Tak? (z powątpiewaniem) Dla mnie to on jest ohydny... No ale jak chcesz...
W: No on jest ciekawy!...
P: Ale ciekawy czego?....
W: (ze zniechęceniem) Świata.
P: Chcesz powiedzieć, że się szykuje do drogi?...
W: Tak. Może odjedzie po tych torach. Nieczynnych.

P: (o wieży) No ale ona jest jakaś taka na czubku tylko a wcześniej to jest chuda...
P: (komentując sytuację na drodze) Rozjedź babcię!

W: Dobra, pojedziemy prosto, co?
P: Ale może najpierw przepuścimy tych wszystkich, co są na rondzie?
W: Tak uważasz?...

Po długiej gadce na temat zakupów, w której Wilczy ciągnął do sklepu a ja byłam przeciwna:
W: Dobra, skoro już nic nie potrzebujemy... Ani nawet żadnego piwa... Nie potrzebujemy już nic... W ogóle...
P: (ze zniecierpliwieniem) Słuchaj, jak chcesz, to możesz pójść do tego sklepu. Może uda ci się coś kupić, bo widzę, że cierpisz... no przepuść już te baby na tych pasach... widzę, że cierpisz na syndrom blondynki. Chcesz zrobić koniecznie jakieś zakupy.
W: Jaaaaa? Blondynka? (do sklepu nie pojechaliśmy)

W: Ty, no ta wieża jest... (Wilczemu zabrakło słów).
P: No, ta wieża jest.

W: No dobra, zrobimy stop. (zatrzymując się przed znakiem stopu)
P: Po co?
W: Zrobimy stop po to, żeby popatrzeć na tory. Jakie są śliczne.
P: Tak, i teraz stańmy na tych torach i akurat znienacka przyjedzie pociąg... (tory są nieczynne)

P: Jezus!....
W: No co, tu są dziury.
P: No ja wiem, ale to przez dziury nie należy przejeżdżać tak.
W: A czy ja przejechałem przez dziure? Wcale nie przejechałem przez dziurę zauważ!
P: Nie, przejechałeś obok po mniejszej dziurze...
W: O Jezu, to nie była mniejsza dziura, to było mniejsze zło!... Mniejsza dziura!.....

P: Gołdapskie Spotkania Transgraniczne... Boże, co to jest?....
W: Jest żywność transgra... transgeniczna.
P: To takie... od pedałów? Transwestyci... a nie, to nie pedały?...
W: Transwestyci to są transportowcy.

Wróciliśmy do namiotu z duszą na ramieniu. Wjeżdżając na pole z naszych piersi wyrwał się okrzyk: stoi!... No bo kto by chciał kraść taka staroć? Niestety, wichura dała o sobie znać: tropik zaczął się rozłazić. Ale chyba jeszcze jedną noc przetrzyma, stwierdziliśmy z zapałem, wyciągnęliśmy piwko i gitarę i zaczęlibyśmy sobie robić dobrze, ale nagle na polu się zaroiło. Babka z dziećmi i psem:
- Dzień dobry, czy państwo to wiedzą, czy w recepcji ktoś jest?
Hmmm.... a niby skąd mielibyśmy to wiedzieć????
- Bo my chcielibyśmy tu wjechać, a wiem, że toalety są na klucz, a tam nikogo nie ma, nie wiadomo, kiedy będzie, czy państwo to mają klucz do toalety???
Hmmm.... pani przerwała na chwilę monolog i Wilczemu udało się wtrącić:
- My dopiero dziś rano dostaliśmy klucz. Wczoraj jeszcze ktoś był koło 20...
- No właśnie, bo my byśmy chcieli klucz, a tam nikogo nie ma, ja nie wiem, co teraz będzie, czy w razie czego państwo nam pożyczą klucz?....
Pani właściwie monologowała, więc mnie pozostało stać i się patrzeć, możliwe, że wyraz twarzy miałam nieszczególny, bo w końcu sobie poszła. Za 10 minut podeszła do nas młoda para:
- Dzień dobry, gdzie tu się można zapytać, czy można postawić namiot?....
Ci zrobili na nas znacznie lepsze wrażenie, więc porozmawialiśmy z nimi uprzejmie. Dzięki czemu oni rozbili się w trzecim końcu pola i przez chwilę był spokój. Do czasu. Podjechał gość autem i nawet z niego nie wysiadając zapytał nas przez okno, przerywając nam rozmowę:
- A państwo to długo tu będziecie???
Szlak mnie trafił z miejsca. A co go to do stu tysięcy czortów obchodzi????
Wilczy zachował zimną krew i odpowiedział mu nieco flegmatycznie:
- No, jeszcze jesteśmy...
Powstrzymałam się, żeby gościowi nie pokazać języka...
- Acha! - oznajmił pan i odjechał. Za chwilę wrócił a za nim facet ciągnący przyczepkę. Wielką strasznie. Wysiedli i rozmawiali na całe pole:
- Bo my to w zeszłym roku tutaj staliśmy - powiedział pan i pokazał na nasz namiot. Staliśmy obok i przyglądaliśmy się z wyrazem znudzenia na twarzach, popijając piwo z puszek.
W końcu pan chyba zrezygnował z agitacji, bo zrozumiał, że nic nie wskóra. Cóż, w tym roku MY tu stoimy i wara mu od nas. Musiał się wściec następnego dnia jak zobaczył, że odjechaliśmy. I dobrze mu tak!
Wilczy pograł na gitarce a ja mu podsuwałam piosenki ze śpiewnika. I tak sobie grał, póki nie zaczęło padać. Wtedy szybkim ruchem chował gitarę do auta, chował stołeczki i chował się. Tak siedzieliśmy czekając, aż deszcz przejdzie, przechodził zwykle po kilku mintach, wysiadaliśmy i znów grał i śpiewał. Do następnego deszczu :-) I tak kilka razy... Wreszcie, przy końcu drugiego piwa, stwierdziliśmy, że spytamy tej młodej parki o namiot - w końcu musimy jakiś kupić, a oni mogą mieć jakieś wskazówki być może cenne. Więc powędrowaliśmy w trzeci koniec pola namiotowego i zaczęliśmy pogawędkę, która skończyła się zaproszeniem na kawę, do której dorzuciliśmy czekoladę. Strzelającą hihihi :-) Kawa była bardzo dobra i miło się gawędziło z Marcinem i Urszulą, niestety przerwał nam deszcz - a cóżby innego!... I pouciekaliśmy do swoich namiotów. Tak skończył się drugi piękny dzień...

Sobota

Postanawiamy, że zbieramy się stąd i jedziemy niżej. Niżej na mapie, rzecz jasna. Ale jak to zrobić, skoro od rana leje? Przestało na chwilę, którą to chwilę wykorzystaliśmy do wędrówki do łazienki. Ciepła woda z poprzedniego dnia stała się niedościgłym marzeniem, teraz była lodowata, chyba zimniejsza niż ta w jeziorze. Zamknięci w namiocie robimy śniadanko pod wodę mineralną, bo jak tu gotować, jak pada... Chociaż nadzieję mamy - wydobyliśmy z głębin bagażnika butlę i przykręciliśmy do niej kuchenkę. I na tym się skończyło :-) Deszcz i wiatr nie pozwoliły nam na nic ciepłego do śniadania...
W pewnym momencie okazuje się, że mój sweter jest mokry. Tropik rozwalił się przez wichurę bardziej i teraz położył się na sypialni. Do mojej ścianki dotykać się nie można. Trochę ciasno w tym namiocie... Z coraz smętniejszymi humorami wyglądamy czasem przez wywietrznik sprawdzając, czy przypadkiem się nie przejaśnia. Oczywiście przejaśnia się cały czas... tylko jakoś nie tu! Pada non stop, czasem tylko przybierając na sile. Pożyczamy kluczyk od toalet naszym znajomym z zeszłego wieczoru, po czym złośliwie odpowiadamy sąsiadom z przyczepki, że już go nie mamy (kluczyka). Cwani, dziecko przysłali po kluczyk... Buraki. Przestaje na chwilę padać, szybko robimy klar w bagażniku i pakujemy bety. Na końcu materac i składamy namiot... Ogarnia mnie nostalgia. Starszy niż ja, pewnie ma ze 32 lata. Śliczny. Służył wiernie tyle lat. Ale co zrobić!... Trzeba mu dać odejść na wieczną wachtę... Już czas. Zbieram więc śledzie i szpilki, resztę składając byle jak. Wepchnięte do torby foliowej szczątki namiotu wyglądają żałośnie. Oddaję je Wilczemu, żeby sam zrobił pogrzeb mojemu ślicznemu namiocikowi. Wilczy znika gdzieś za krzakami. Wsiadam do auta, zaczyna padać...
Jedziemy! Nad Serwy - tym razem Wilczy tam ciągnie. Więc znów drogą nad granicą. Po drodze zatrzymujemy się na zdjęcia przy ślicznym mostku - zaczyna padać. Jeszcze w Puszczy Rominckiej zatrzymujemy się na drugie śniadanko. Przy parkingu zaczyna się Ścieżka Dydaktyczna "Niezapominajka" (żadnej niezapominajki tam nie było!), więc z bułami w garści wędrujemy w las. Co kawałek postawione są tablice informacyjne, na przykład które owady są dobre a które są szkodnikami. Interesujące są zwłaszcza obrazki, niektóre mogą się przyśnić i najgorszemu wrogowi tego nie życzę... Chociaż nie, najgorszemu to życzę!
Las o charakterze tajgi jest naprawdę przepiękny. W jednym fajnym miejscu znajdujemy stos kijków przygotowanych na ognisko, idealnie... tylko co one tu robią? W środku lasu???...
Wracamy do auta i jedziemy dalej. W Szypliszkach zastanawia nas Straż Graniczna, stojąca sobie smętnie na środku dróżki. W Sejnach postanawiamy zjeść obiad, bo kusi nas opis knajpy w przewodniku Pascala. Wchodzimy do środka. Zadymione wszystko strasznie. Zwalnia się jeden stolik, siadamy przy nim, te bliny litewskie, które rozpływają się w ustach, kuszą strasznie. Pani przynosi karty, rzeczywiście, bliny są, ale bałagan w karcie straszny, nie wiadomo, które bliny są które i dlaczego w trzech miejscach i do tego w różnych cenach?... Podchodzi pani, której zadaję to pytanie. A pani, zamiast mi odpowiedzieć, mówi tak:
- Dziś nie podajemy nic smażonego, bo zaraz mamy wesele, więc możemy podać tylko pierogi.
Ręce mi opadły. Mogła powiedzieć wcześniej, że z powodu wesela lokal czynny tylko na kawę na przykład a nie na obiad. I co to za kultura?... Wyszliśmy. Nawet nie trzaskaliśmy drzwiami. Same się zamknęły...
Dojeżdżamy do jeziora Serwy. Poszukiwania - agroturystyka. Zatrzymujemy się przy pierwszym szyldzie "pokoje do wynajęcia". Wilczy idzie oglądać pokoje. Nie ma go i nie ma. W końcu wrócił i ustaliliśmy, że jednak jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy następnych pokojach i tu już zostajemy. 20 zł za noc od osoby, kuchnia i łazienka z ciepłą wodą... Wreszcie napijemy się ciepłej herbaty nie w knajpie :-) Zostawiamy bagaże i jedziemy dalej.
Pierwszy przystanek - śluza Gorczyca. Akurat trafiamy na kajakarzy, więc możemy popatrzeć, co wyczyniają w tej śluzie. Niektórzy zupełnie nie wiedzą, do czego służy kajak, czekamy tylko, kiedy się wywrócą... Ale udaje im się, wypływają. A zachowują się przy tym jak dzieci... No to może do następnej śluzy? No to śluza Paniewo. Ale jakoś jej nie ma... Zginęła! Zajechaliśmy aż do śluzy Mikaszówka, bardzo ładnej, ale nie tej szukaliśmy. No to wracamy. Wypatrzyliśmy w końcu skręt do Paniewa, tam jest podwójna śluza, akurat pętał się po niej tłum ludzi. Trochę przeczekaliśmy podziwiając krajobrazy i samą śluzę, trochę porobiłam zdjęć, ale pogoda ciągle była marna, niebo zachmurzone...
No to jedziemy. A może by tak do Augustowa, bo psychuś nabrała ochoty na coś dobrego?... Wilczemu nie trzeba dwa razy powtarzać. Tak znaleźliśmy się w Augustowie i szukaliśmy pączków z lodami, a właściwie to szarlotki na ciepło z lodami. To sobie właśnie wymyśliłam... Obleźliśmy rynek. Znaleźliśmy miejsce, gdzie można napić się piwa, czemu nie. Ale jakoś żadnej porządnej kawiarni nie... W końcu wleźliśmy do knajpy o intrygującej nazwie "Greek Zorbas". Przetłumaczyłam to sobie na "greccy zorbowie", tylko nie kumam, dlaczego ich musi być wielu?... Miła obsługa, karta dań z kuchnią grecką i włoską... Nie dało się inaczej. Zamówiłam sałatkę grecką, to mój przysmak, a Wilczy tzatziki, to mój drugi przysmak. Na deser on - lody a ja biszkopt z lodami. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś głupiego nie wymyśliła... Do tego kawa i soczek.
Siedzieliśmy niedaleko toalety i widzieliśmy, co się dzieje, jak w knajpach instaluje się inteligentne urządzenia. Otóż światło w środku zapalało się jak ktoś wszedł i zamknął drzwi. Ludzie nie mając o tym pojęcia szukali wszędzie włączników i czuli się porządnie zdezorientowani, nie mogąc ich nigdzie znaleźć. Ale raz światełko w męskim się zacięło i zostało zapalone, chociaż klient wyszedł. Do drzwi podszedł kolejny Zobaczył światło w środku, to stanął i zaczął czekać. W końcu znudziło mu się czekanie i poszedł sobie. Nie wiem, jak się skończyła ta historia ze światłem, bo my też sobie poszliśmy...
Czas najwyższy wrócić do domu. Po wjechaniu na podwórko gospodarz wita nas słowami:
- Myśleliśmy, że się gdzieś zgubili...
Poszliśmy jeszcze nad jezioro z piwem, ale było zimno bardzo. Kilka zdjęć kaczkom i innym perkozom oraz bocianom, ogólne rozejrzenie się po jeziorze i polu na namiot na przyszłość ewentualnie i powrót do łóżeczek. Ciepłych. Nareszcie nie będzie słychać w nocy stukania kropel deszczu o tropik :-) Jeszcze trochę pograliśmy (czytaj: Wilczy pograł) na gitarze, porozmawialiśmy po hiszpańsku i spać :-)

Niedziela

Poranek w okolicach 10 był miły. Śniadanko w kuchni z gorącą herbatką i paskudztwem "danie w 4 minuty" dobrze nam zrobiło, spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z gospodarzami uzyskując jeszcze informację na temat kajaków i... w drogę! Najpierw niedaleko, na koniec jeziora, bo Wilczy musiał znaleźć stare miejsce na biwak. Znalazł.
- To może ja się wykąpię... - oznajmił.
Zazgrzytałam zębami.
- Zwariowałeś, zimno jest. Ja chcę do domu.
- Ale tylko na chwilkę!...
Dusza mi zaczęła warczeć. Kiedy tak się zastanawiał, nad jezioro nadeszła wielka ciemna chmura i za chwilę... zaczął padać grad! No tak. Teraz to ani się wycofać i jechać do domu, bo nic nie widać a w dodatku pole roi się od pieńków, ani się kąpać.
Grad przeszedł wreszcie i Wilczy... poszedł się kąpać!...
- Nie wleziesz nawet do pasa - wróżyłam mu. Zrobił mi na złość i wlazł! A potem wlazł cały, w koszulce, żeby było cieplej i nawet pływał! Uwieczniłam ten moment utraty rozumku mojego osito. W końcu, jak już wylazł i zaczął się przebierać i wycierać, do auta wleciała osa robiąc mi straszne zamieszanie i zażyczyłam sobie wyproszenia jej stamtąd. Wreszcie mogliśmy jechać dalej... Pogoda cały czas była w kratkę, ale bardziej mokro niż sucho i wietrznie niż spokojnie. Aczkolwiek słoneczko momentami też prześwitywało.
Przejeżdżając przez Zambrów moje oczka wędrowały dookoła i ujrzały lody włoskie. Hmmm... Nie dało się inaczej - trzeba było się zatrzymać. I co? Lunęło!... No przecież w taką pogodę nie będę leciała po lody. Przetrzymaliśmy największą ulewę a potem spędziliśmy miłe kilkanaście minut nad lodami, mniam, mniam :-) Potem jeszcze tylko dopadły nas roboty drogowe i ruch wachadłowy na trasie, potężny korek w Wyszkowie i... home, sweet home!...

Zauważone:

Na suwalszczyźnie są same krowy i ruiny. Ludzi spotyka się rzadko, czasami przyjeżdżają do krów, żeby je wydoić. Widuje się też bociany...
Wilczy nie lubi się zatrzymywać po drodze. Zawsze trzeba go do tego zmuszać. Noga mu się przykleja do pedału gazu...
Zawsze jak wyjeżdżamy to jest brzydka pogoda. Ale jesteśmy twardzi!
Na Suwalszczyźnie rośnie cipała. Bo: "panieńskim rumieńcem dzięcielina pała..." - powiedział Wilczy a ja mu na to: "Ta, chyba ci pała!" i wyszło nam z tego, że rośnie cipała. Cokolwiek by to miało znaczyć...
Dołki z drzewami są podejrzane! (może w nich być jakaś woda, nad którą można postawić namiot).
Człowiek, zarządzający chmurami i deszczem nazywa się Chmurzysław.
A najważniejszy i tak jest Piwomir.
A przyroda jest niekontaktowa i niekompatybilna, bo nie chce współpracować...
Słoneczko nasze, rozchmurz pyska, bo nie do twarzy ci w chmurzyskach... (wersja a la Wilczy)
Kiedy czapla na wodzie siędzie to lać będzie i padać będzie. (z Księgi Przysłów Wilczych)
Chmury dzielimy na dziurawe i połatane.
Nazwy miejscowości są inspiracją. Na przykład takie Degucie...

Dialogi:

P: A tu jest mikrofon. Tu jest mikrofon?
W: Tak, jego się wysuwa trochę. O, pstryk!
P: Ale on się nie chce zrobić pstryk!

W: Może plotę od rzeczy, co?
P: Tak jakbyś kiedyś plótł do rzeczy... Ty jesteś ploter!...
W: Ploter? Tnący może jeszcze i gryzący?...

W: Bo ja chcę sprawdzić, czy słychać deszcz padający o dach samochodu.... (powiedział Wilczy, dotykając dyktafonem do obicia dachu w środku w astrze)
P: Tak, przytknij mikrofon do dachu...
W: Czekaj, bo ja szukam dziury w całym!

W: Co ty miałaś z polskiego, trzy plus czy osiem minus?
P: Ja na ircu się wychowałam...

P: Ała, szyja mnie boli... Ta szyja to mnie pewnie od krzywego spania, przecież chyba nie od upadku nie?
W: No widzisz, jak ty krzywo śpisz to cię szyja boli a ja tylko miałem pierze z jednej strony głowy. Dlaczego ja miałem pierze z jednej strony głowy? Ale jakbym się obciął na łyso to bym nie miał pierza nie?
P: No nie. To wtedy by ci się fałdki porobiły... Głowa by ci się sfałdowała...
W: Misiu, ja mam odpowiednio już sfałdowaną... Już bardziej nie muszę, jestem bardzo inteligentnym człowiekiem...
P: Nie no właśnie... Jeszcze ci czegoś brakuje...
W: Ja wiem, czego mi brakuje, ale tego nie powiem.
[cisza]
P: No świńtuch! (jak już się skończyliśmy śmiać) To nieprawda. Na tym teście na inteligencję wyszedłeś słabiej niż ja.
W: Jakim teście, tym, którego w ogóle jeszcze nie zrobiłem?

P: Pij to moje piwo, co?...
W: Czy ja mogę ten tekst zapamiętać i potem go wykorzystywać?

P: No bo ja chciałabym wreszcie pójść spać a ty mi tutaj opóźniasz działania. Swoim niemieckim piwem w kartonikach...
W: Widzisz, wszystko o piwie...
P: Nie wszystko, z nieba nie pada piwo tylko deszcz. A w ogóle to już nawet deszcz nie pada...

W: To jest rozpijanie społeczeństwa!
P: Jakie społeczeństwo, jeden wilk raptem siedzi...

psyche, 2 lipca 2003 r.