Skok ze spadochronem, Chrycynno, 20.06.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Zdjęcia z Chrycynna - fot. psyche i A'mal

Nogi razem, głowa do tyłu iii!...

- Chcesz skoczyć ze spadochronem? - zapytał mnie A'mal któregoś dnia.
Yyy... Potrzebowałam chwili, żeby oswoić się z pytaniem. Spadochron? Skok?... No generalnie tak, wiem, że są ludzie, którzy to robią, tylko po co?...
A potem - zupełnie jakoś nie zastanawiając się nad tym - powiedziałam: "Ok!" :)
Potem był dłuuugi etap wybierania szkoły spadochronowej, lotniska, a może tu, a może tam, ale tam to za daleko, nie chce mi się tak daleko jechać; w końcu ustalenia terminu. Wszystko się wreszcie ustabilizowało, zaliczka się wpłaciła i w piątek wieczorem, w deszczu-nie deszczu pod mostem Grota wsiadłam w czerwoną hondę i pojechałam na północ.
Do Nasielska jechaliśmy przez Chrycynno, Stone zastanawiał się, czy nie zajechać na lotnisko, bo w końcu przejeżdżaliśmy obok, ale odwiedliśmy go od tego zamiaru, zameldowaliśmy się w hotelu i pojechaliśmy coś zjeść. Wieść gminna niosła, że obok stacji Bliska jest pizzeria, więc zajechaliśmy tam. Miejscowa młodzież właśnie się lansowała, przed knajpą mnóstwo ludzi, w środku dość luźno. Pizza była w miarę smaczna, na piwo pojechaliśmy już do hotelu, który był bardziej hotelem robotniczym, o czym świadczyły wywieszki typu: "Zostaw zabłocone buty i ubranie robocze poza hotelem" ;)
Pod "Hannibal: Po drugiej stronie maski" wypiliśmy piwko Czarna Hora i Perła Export i przekonując samych siebie, że ależ będzie fajnie, poszliśmy spać...
Rano musiałam chłopaków zwlekać z łóżek. Na śniadanie przyjechała reszta ekipy: Budyń, Kropka i Giętki. Po wściekle drogiej jajecznicy wsiedliśmy w auta i chwilę później byliśmy już na lotnisku, gdzie początkowo plątaliśmy się bez celu, nie mając pojęcia, gdzie właściwie wśród tych wszystkich baraków i namiotów jest ten nasz. Dookoła - mnóstwo ludzi, po części poprzebieranych w kombinezony, kilka psów, trochę dzieci. Stajemy przed tabliczkami: Strefa lądowania i gapimy się na tych, co już na ziemi - ludzi ciągnących za sobą czasze spadochronów. Nie wyglądają na zbyt zmarnowanych, znaczy: sprawa do przeżycia. Są też tandemowcy - tacy jak my - ci są raczej roześmiani, że jednak się udało i w lekkim szoku rzucają się na szyje osób towarzyszących :)

Cessna 208B - samolot skoczków

Pogoda jest zdecydowanie lepsza niż dnia poprzedniego. Niebo jest lekko zachmurzone, ale pojawia się często słoneczko, nie ma groźby deszczu, jest super.
Znajdujemy wreszcie swój barak, czyli miejsce szkoły spadochronowej Omega. W środku - Paula, szczupła blondynka trzymająca w garści całą organizację. Zajmujemy stolik z widokiem na lotnisko w oczekiwaniu na naszą kolej, tymczasem okazuje się, że będzie jedno wolne miejsce w locie szóstym. Decyduję się od razu, i tak miałam sama lecieć, co za różnica, na początku czy na końcu - mogę już. Zostawiam rzeczy pod opieką reszty towarzystwa, podpisuję lojalkę, że nie będę się czepiać w razie wypadku, i dostaję kombinezon do ubrania się. Jest trochę za długi, biało-pomarańczowy, w sumie całkiem gustowny, z takimi grubymi naszywkami na rękach i nogach po bokach. Jak już uda mi się w niego wbić, Paula zakłada mi uprząż. Trochę bardziej skomplikowana niż jacket do nurkowania...;) Potem okazuje się, że przed skokiem sprawdza się 17 punktów tej uprzęży - przed nurkowaniem sprawdza się pięć punktów. Mam na sobie całe mnóstwo paseczków, szelek, złączek itd. Paula przekazuje mi podstawowe informacje: jaką pozycję mam przyjąć podczas skoku, co potem, kiedy mogę rozłożyć ręce, jak wygląda sterowanie spadochronem, jak się ląduje... W międzyczasie zza drzwi wyłania się uśmiechnięta twarz, to mój pilot - Michał. Jeszcze pytanie - jakiego koloru będzie spadochron? Pomarańczowy - ok, wiadomo, kogo fotografować z dołu :) I już w towarzystwie Michała idę na ławeczkę oczekujących na start. Obok Wąsiu - skoczek-kamerzysta, będzie fotografował innego takiego, co to pierwszy raz :)
Za chwilę podjeżdża samolot, lecimy do niego niemal biegiem, wsiadamy pierwsi, w środku dwie ławki, siada się na nich okrakiem, Michał siada za moimi plecami, będzie mnie w czasie lotu do siebie przypinał, przede mną siada Wąsiu.
- Rozłóż nogi, dziewczynko! - żartuje.
- Już szerzej nie mogę, chłopczyku! - odpowiadam mu tym samym tonem.
Wreszcie są wszyscy, jedziemy na start, chwilę później jesteśmy już w powietrzu, zaczyna się dociąganie pasków, przypinanie, siadam Michałowi na kolanach, żeby mógł mnie mocno ścisnąć. Wąsiu pomaga dociągać i znów żartuje:
- Coś kiepsko ciągniesz, dziewczynko!...
- Ano kiepsko, ale widzę, że ty masz wprawę ;)
Pytam, czy często zdarzają się wypadki wymiotowania podczas skoku.
- A dużo jadłaś?...
Okazuje się, że nie, rzadko ktoś pozbywa się posiłku.
- A co z ludźmi, którzy panikują i nie chcą skoczyć?
- Jeśli rzeczywiście nie chcą, to wracamy z nimi na ziemię samolotem. Nic na siłę.
- Ile macie skoków na koncie?
- Ja w tym roku już ponad 300 - mówi Kudłaty.
- Ja około 150 - mówi Michał.
- A czemu wy macie kaski, a my nie?...
- Żebyście nam krzywdy nie zrobili podczas lotu... a poważnie, jak lecicie raz, to luz, ale jak my skaczemy kilka razy dziennie, to żeby nas nie przewiało. Tam na górze jest jednak zimno.
- Jak bardzo zimno?...
- Około -5 stopni.
Lecimy i lecimy. W końcu samolot wyrównuje lot - jesteśmy już na 4000 m - i rozlega się sygnał - czas i miejsce zrzutu.

Niebo pełne spadochronów

Moment, kiedy gość siedzący przed tobą, zawodowy skoczek spadochronowy, podnosi prawą rękę i wykonuje znak krzyża - bezcenny.
Siedzmy na samym końcu, zatem nie widzę, co się tam dzieje przy drzwiach, ale ławki powoli pustoszeją. W końcu widoczność się poprawia i widzę... za samolotem, trzymający się jedynie dwoma rękoma kadłuba, wisi kamerzysta, na podłodze siedzi przygotowany do skoku tandem, nogi pod samolotem, dają sobie sygnał i...
I teraz my. Bez kamery, więc jakoś tak bardziej - kameralnie ;-p
Siadam na brzegu, gogle na twarzy, jest głośno, nie wiem, gdzie są nogi Michała, widzę pod sobą ziemię i nagle czuję, że nie mam pod zadem już wcale samolotu, błędnik zaczyna wariować, chyba się obróciliśmy w powietrzu, oczy mam co prawda otwarte, ale obraz stabilizuje się dopiero po chwili.
Wtedy też czuję klepnięcie w ramię, ok, mogę już puścić uprząż i rozłożyć ręce na boki, pozycja równie wygodna jak ta przed chwilą, i tak nie jestem w stanie tego kontrolować, czuję się jak w pędzącej w dół windzie albo jak podczas ataku choroby morskiej, cieszę się, że mam gogle, bo inaczej chyba wywiałoby mi soczewki z oczu, zaczynam czuć tę masakryczną temperaturę, tak - jest zimno!... Oddycham przez nos, jak kazali, ale to udaje się tylko kiedy patrzę w kierunku spadania, jak kręcę głową na boki - pęd powietrza zatyka nos i nie ma szansy na oddech. Błędnik już nie wariuje, zaczynam spadać bardziej świadomie...;)
I wtedy słyszę nad sobą ruch, potem czuję szarpnięcie, otworzył się spadochron, pęd zdecydowanie zwalnia, szum nie zatyka już uszu, robi się wręcz sielanka :) Rozglądam się na boki, aha, nie mam pojęcia, gdzie jestem i gdzie jest lotnisko ;)
- Jak tam? - pyta Michał. - Wszystko w porządku?
- Pewnie - mówię i uśmiecham się.
- Zaraz dam ci posterować, tylko najpierw trochę cię poluzuję... Nie martw się, nie odepnę cię ;)
- No ja myślę ;)
Za chwilę dostaję do łapek stery - pewnie mają swoje fachowe nazwy, których niestety nie znam. Działanie jest proste: jeśli chcę skręcić w lewo, ciągnę za lewą linkę, luzując jednocześnie prawą. Można zrobić to delikatnie, można szybko i gwałtownie i wówczas uczucie z pierwszych chwil po wyskoczeniu wraca - winda o prędkości ponaddźwiękowej, błędnik znów nie wie, gdzie jest, świat skręca, a ja się zastanawiam, gdzie się podziało moje śniadanie... Ale nie, śniadanie ma się dobrze, zatem bez paniki - skręty są super ;) Oglądam sobie Nasielsk, Zegrze, wreszcie widzę lotnisko, Michał zabiera mi stery i już przygotowujemy się do lądowania: nogi razem i w górę. Pod nami biegnie pies, mam wrażenie, że koniecznie chce nam wbiec pod zadki, okazuje się, że miał odrobinę instynktu samozachowawczego i chociaż zapewne w pierwszej chwili chciał nas porwać i zakopać w ogródku, potem zadowolił się tylko bieganiem obok nas. Podnoszę nogi, łagodnie zwalniamy nad samą ziemią, pod stopami czuję trawę i już siedzę, bez wstrząsów ;) Spadochron opada spokojnie tuż za nami.
- Poczekaj, już cię odpinam... - mówi Michał i po chwili jestem już wolna, tylko mocno skrępowana uprzężą. Michał jednak luzuje mi ją i mogę już normalnie się poruszać. Zabieramy spadochron i wracamy do bazy... Już po wszystkim!
Swobodnego spadania było około 50 sekund z prędkością około 200 km/h. I w sumie za bardzo byłam przejęta, żeby zastanawiać się nad pozycją, jaką powinno przyjąć moje ciało, czy nad tym, w jaki sposób sobą kierować ;) Potem, ze spadochronem, było już dużo spokojniej. Podobno cały cymes skakania polega właśnie na spadaniu swobodnym, ale zapewne trzeba do tego dorosnąć ;)
Wracam na lotnisko jako zwycięzca - udało się ;) Gęba roześmiana, szkoda, że ta przyjemność trwała tak krótko.
- To co? Jeszcze raz? - pytają mnie, hmmm, w sumie - rzecz warta rozważenia, z pewnością drugi skok byłby bardziej świadomy ;)
Od Pauli dostaję certyfikat, no proszę, będę miała co powiesić na ścianie, hehe ;)
Tymczasem do lotu numer 8 przygotowuje się trójka "naszych" - Stone, Giętki i Budyń. Ja opowiadam wrażenia, czuję, że bolą mnie nogi jak po treningu rowerowym, to przez tę uprząż, która przeszkadzała w złożeniu nóg razem. Chłopaki się ubierają, potem trenują z Paulą zachowanie, przeżywam więc wszystko jeszcze raz. Potem patrzymy, jak wsiadają do samolotu, idziemy do stolika z widokiem i zaczyna się znów oczekiwanie. Faktycznie, samolot leci i leci, zanim pojawiają się pierwsi skoczkowie, mija sporo czasu, a w barze mają tylko Tyskie i Desperados...;)
Wreszcie - są! Wszyscy trzej mają pomarańczowe spadochrony, oczywiście filmujemy i fotografujemy niebo upstrzone skoczkami, potem moment lądowania i wreszcie - proszę - są już na ziemi, też szczęśliwi, wracają razem i opowiadają swoje wrażenia.
Został A'mal. Poleci lotem numer 10, już jest przebrany w skafander. Ta sama procedura: pilot ubiera go w uprząż i opowiada, jak ma się zachowywać podczas skoku. Myślę, że skoro słyszał to już ze 4 razy, to nauczył się na pamięć, ale musi usłyszeć raz jeszcze wyłącznie dla siebie i przetrenować na sucho ;)
Potem idzie ze swoim pilotem na ławeczkę oczekujących, wsiada też jakoś na początku, czyli będzie jednym z ostatnich skaczących. Samolot tylko startuje i ląduje, co kilka lotów tankując paliwo, przerób mają niesamowity. Pilot ma potwornie jednostajne zajęcie - jak kierowca autobusu...
Siadam z resztą towarzystwa przy stoliku z widokiem, Budyń ogląda nakręcony film, pijemy piwko, Stone mówi, że teraz to już luz, śmieję się z niego, że osiągnął nirwanę, potakuje z zastrzeżeniem, że - gdyby tylko wiedział, co to jest...;)
W końcu znów nad głowami zaroiło się od skoczków, tym razem sporo było pojedynczych, nie tandemowych, oczywiście pomarańczowych jest całe mnóstwo, gdzieś między nimi jest A'mal. Po kolei wykluczamy pojedyncze pomarańczowe, w końcu stabilizujemy się przy jedynym, który pasuje, leeeci i leeeeci, strasznie dłuuugo, ale wreszcie jest bliżej, tak, to on :) Celuję lunetą w niego, obraz się trzęsie, łokcie trzeba oprzeć o stół, inaczej nie da rady :)
Leci bardzo długo, chyba wybrali trasę okrężną, w końcu ląduje - też bez problemu i wraca szczęśliwy.
- Byliśmy nad lasem! - chwali się od razu. - I ręce mi się odmroziły!...
Teraz pozostała do załatwienia najmniej przyjemna część dla nas, a najprzyjemniejsza dla szkoły - trzeba zapłacić za skoki. A'mal zbiera pieniążki i przekazuje je Pauli, i już jesteśmy kwita, możemy wracać.
Stone podrzuca mnie do Warszawy. Wysiadam znów pod mostem, tylko tym razem nie pada...;)


Wyszperane w sieci:

Szkoła spadochronowa Omega
Sekcja spadochronowa Aeroklubu Warszawskiego
Hotel Stary Młyn w Nasielsku


psyche