Sandomierz i okolice, 26.07 - 28.07.2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Galeria

Celem wyjazdu był Szantomierz, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wzięła przewodnika do ręki i nie znalazła ciekawych miejsc w okolicy :-)
W sobotę po godzinie 13 byliśmy już w Sandomierzu. Upał panował nieziemski. Korzystając z wynalazku zwanego telefonem komórkowym, ustaliliśmy, że mamy prawo złamać przepisy i wjechać samochodem na rynek. Oczarował nas wjazd, czyli kręta brukowana droga prowadząca porządnie pod górę, z jednej strony skarpa, z drugiej mury obronne zamku... No czad :-) Na wybitnie krzywym rynku znajdował się Kapitanat, gdzie zameldowaliśmy się po materiały reklamowe i socjalne (jak ja lubię te wyjazdy!...), potem zameldowaliśmy się w noclegowni ("internat", czyli 6 pokoików w wydzielonej części Wyższej Szkoły Przyrodniczo-Humanistycznej albo jak ją zwali, w chyba najbardziej oddalonej części tej szkoły, szło się tam z recepcji ładnych kilka minut, zmieniając poziomy w dodatku...), a potem to już rzuciliśmy się w wir zabawy.
Relacja z Szantomierza dostępna jest na szanty.art.pl, ale tutaj mogę pozwolić sobie na prywatne wrażenia z imprezy.
Poszliśmy na obiad. Knajpa na rynku, zwana Restauracją Kasztelanką, wyglądała nieźle. Usiedliśmy akurat tu, bo tu mieliśmy do zrealizowania tak zwane kupony żywieniowe. Więc siedzimy. Pokazaliśmy jednej kelnerce kupony. Poszła naradzić się z szefową. Nie było jej całe wieki, aż zaczęła nas obsługiwać druga. W końcu dowiedzieliśmy się, co nam przysługuje, Wilczy wymienił natychmiast zupę-nic na barszcz czerwony z uszkami, ja z zupy zrezygnowałam w ogóle i czekamy na jedzenie. Po jakichś 10 minutach przyszły soczki. Nie jest źle, myślę sobie... przynajmniej w taki upał pić dali... bo na jedzenie to czekaliśmy jeszcze chyba ze 20 minut. Nie wiem, jaki problem jest w podgrzaniu kubka czerwonego barszczu i uszek w nim. Ale widocznie jest. Fakt - restauracja była pełna, ale kelnerki ruszały się tak, że w Warszawie to już dawno straciłyby pracę... Spędziliśmy w Kasztelance ponad godzinę, to sporo jak na obiad. Znaczy, mój kulinarny pech nie zniknął! :-) W trakcie czekania na obiad wyraziłam chęć udania się na jakieś zakupy słowami:
- Mam nadzieję, że są tu jakieś fajne sklepy i będę mogła dać upust swoim namiętnościom i twojemu portfelowi...
Wilczy przejął się tym średnio, czego dowodem jest fakt, że jeszcze żyję...
Potem słuchaliśmy na rynku recitali zespołów konkursowych, plotkując z zaprzyjaźnionym zespołem Canoe, a potem to już była impreza nad Wisłą, koncert galowy. Rano miałam tylko średniego kaca. Postanowiliśmy zjeść śniadanie w Kasztelance, bo jakoś tak tam nas poniosło. Zrezygnowaliśmy, kiedy nie tylko kelnerka nie wytarła rozlanych na stoliku lodów, ale wodę - podkreślam, WODĘ - niosła do nas jakieś 15 minut!!! Wodę z lodem. I jednym plasterkiem cytryny. To rzeczywiście była skomplikowana czynność...
Obiad zjedliśmy naprzeciwko, czyli po drugiej stronie rynku, w Restauracji Trzydziestki. Było drożej, smaczniej i o niebo kulturalniej i szybciej. I z widokiem na scenę, na której odbywał się koncert zespołów nagrodzonych w konkursie. Nagrodzony był każdy zespół :-)


Zwiedzanie poranne przeszło nam koło nosa, bo cierpieliśmy na kaca, więc postanowiliśmy to po obiedzie nadrobić. Powędrowaliśmy oczywiście do podziemnej trasy turystycznej, gdzie pani, widząc koszulkę Wilczego "Szantomierz" oraz moją plakietkę na torbie, uparła się, że my zwiedzamy bez biletów. Nie chciała słyszeć o zapłacie normalnej, nie i nie i koniec. No cóż, w takim razie dogoniliśmy wycieczkę, która już weszła, i znaleźliśmy się w superpodziemiach pod rynkiem. Głębokość ich dochodzi do 9 metrów, czego oczywiście nie czuje się wcale, chyba że się liczy schodki. W środku natomiast jest zimno, im niżej, tym zimniej (a paradoksalnie środek ziemi jest gorący, to jak to jest, grzecznie się pytam???), aż moje spocone ramiona pokryła gęsia skórka. Przewodniczka opowiadała o Helenie, która uratowała Sandomierz przed Szwedami, sprowadzając ich do podziemi i ginąc tam razem z nimi (straszna historia!...). I generalnie było bardzo miło, ładnie i przyjemnie a wycieczka skończyła się wyjściem pod ratuszem.
Mając wolny czas powędrowaliśmy na wieżę. To pewnie nazywa się baszta albo co. Hmmm.... sprawdzę!... Ha! Brama Opatowska. No właśnie, wleźliśmy po marnie wyglądających schodkach na wieżę i pooglądaliśmy sobie okolice, w tym słynne Góry Pieprzowe, najstarsze w Europie, są częścią Gór Świętokrzyskich. Niestety, widok na starówkę zasłoniły wieże jakiegoś (pewnie też zabytkowego) kościoła, więc miasteczko z góry wyglądało średnio interesująco.
Kolejnym punktem wyprawy były wąwozy, z których udało nam się zaliczyć jeden - Wąwóz Królowej Jadwigi. No fajna sprawa! Autentyczny wąwóz w środku miasta. No, w środku jak w środku, ale w mieście. Wysokie ściany, wąsko momentami bardzo, korzenie drzew wystające na wysokości moich oczu i wyżej... I ciemno :) Bo korony drzew tworzą tunel.
Jako że wieczór jeszcze nie całkiem nastał, postanowiliśmy pojechać na basen. Basen świeżo wybudowany, ma zjeżdżalnię, nic tylko korzystać! Nowoczesny i w ogóle.
Nowoczesny pewnie jest, w każdym razie ładnie i kolorowo wyglądał. Ale okazało się, że bez czepków to nie nada. Nie wpuszczą i koniec. A my czepków oczywiście nie mieliśmy, bo jakoś tak się składa, że na wszystkich basenach, na których bywałam przez ostatnie 3 lata, czepków nie wymagano... Popatrzyliśmy przez szybki na ludziki w wodzie i wróciliśmy na rynek. Na kolację w Kasztelance :-p

Poniedziałek powitał nas słoneczkiem gorącym, czym prędzej zatem zapakowaliśmy się w auto i dalej - na podbój Tarnobrzegu. Ustaliliśmy, że zwiedzanie okolic zaczniemy od śniadania. Napatoczyła się knajpka, zajechaliśmy, zamówiliśmy jajecznicę na bekonie i różne inne frykasy i chcąc nie chcąc, słuchamy rozmów przy stoliku obok. Okazało się, że to kursanci na prawko z instruktorem... Przy okazji przypomniałam sobie przepisy :-))))


W Tarnobrzegu była kopalnia odkrywkowa siarki, po której zostały ogromniaste maszyny i dół w ziemi. Oczywiście przejechaliśmy zjazd, ale ponieważ Wilczy prawie płakał za tą wielką maszyną, zawróciłam przy pierwszej okazji i pojechaliśmy do kopalni. Zatrzymaliśmy się przed wjazdem, bo stał właśnie taki potwór. Gigant!!! Widać na zdjęciu, dokąd Wilczy mu sięga... Żeby się nie wyrażać...
Fantastyczne to było, on poszedł pomacać, ja stałam z aparatem w ręku, cieć z kopalni coś do nas mówił, ale udawaliśmy głuchych, z drżeniem w sercu patrzyłam, jak inne giganty (ale znacznie mniejsze od tego głównego) przejeżdżają obok mojego autka, porobiłam trochę zdjęć i uciekliśmy, żeby przypadkiem cieć nie miał nam za złe fotografowania cudu techniki...:)


Następnym przystankiem był Baranów Sandomierski ze swoim zamkiem. Bardzo ładny dziedziniec, ale najpiękniejsze - sufity krużganków!... Pomalowane bajecznie. Wściekły upał sprawiał być może, że widziałam lepsze niż w rzeczywistości kolorki, ale naprawdę było na co popatrzeć. Oczywiście zwiedzanie zamku w poniedziałki nie istnieje, ale przynajmniej popatrzyliśmy sobie z zewnątrz i napiliśmy się prawdziwej oranżady - wytworu dawnych czasów, obchodzącego teraz drugą młodość, przynajmniej w południowo-wschodniej Polsce.


Dalej pojechaliśmy do Ujazdu, żeby zobaczyć ruiny zamku Krzyżtopór. Dały się zauważyć, leżały na skrzyżowaniu wręcz dwóch uliczek. Parking na poboczu uliczek - płatny (????), pewnie gdybym zaparkowała i kupiła sobie wodę w sklepie obok, to nie musiałabym płacić... Ale oczywiście gmina (która jest właścicielem owego parkingu...) nie bierze żadnej odpowiedzialności za samochody pozostawione tamże. "Bo zdarzyło się, że kiedyś kombajn zahaczył taki samochód, wie pan..." - super! Przestawiłam się na parking nie na poboczu. Skoro płacę, to niech mam przynajmniej pewność... I weszliśmy wreszcie do zamku.
Od razu okazało się, dlaczego Krzyżtopór. Otóż przed wejściem - po obu jego stronach - są na murze wizerunki krzyża i topora.
Zamek wielki ogromnie. Zeszliśmy do podziemi. Chłodno. Szybkie postanowienie: zostajemy tu, aż się ochłodzi!... Ale nic to, poszliśmy dalej. Obeszliśmy basztę, zajrzeliśmy oczywiście do środka, stwierdzając radośnie, że to z pewnością była toaleta. Taki kibelek po prostu. Wędrując dalej różnymi tajemnymi przejściami, doszliśmy w końcu na dno tej baszty i okazało się, że prowadzą z tego dna jakieś korytarze gdzieś dalej - więc raczej nasza teza nie sprawdziła się... Chyba, że mieli kanalizację :-)
Zamek generalnie robi wrażenie, również porównaniem do kalendarza: ma 4 baszty jak 4 kwartały, 12 sal jak 12 miesięcy, 52 komnaty jak tygodnie, 365 okien. No faktycznie, mógł tyle mieć, bo tych okien było całkiem sporo...
Nie chciało się wychodzić z tego zamku, bo panował tam przyjazny chłód. A dookoła skwar, ukrop z nieba leje się, chyba ze 40 ce... :-)
Pozostał nam Opatów ze swoją trasą podziemną. Liczyliśmy na to, że znów będzie tam chłodniej... Trafiliśmy do wejścia, był to oczywiście oddział PTTK, niestety bez toalety. Chciałam koniecznie umyć ręce, bo kleiły mi się do mnie i do wszystkiego, ale nie dało się i pani powiedziała, że w ogóle to dopiero dostali ten budynek, bo tu w ogóle to sąd jest i oni to tak na przyczepkę. I że jak chcemy zwiedzać podziemia, to musimy zapłacić za przewodnika albo poczekać, aż się zbierze grupa. Ale nie chcieliśmy czekać, więc zapłaciliśmy dodatkowo bodajże 20 zł i weszliśmy z sympatycznym panem do podziemi. Te były troszkę inne niż w Sandomierzu, chociaż widać było podobieństwa. Taki sam chodnik górniczy zostawili górnicy z Bytomia, którzy zajmowali się obydwiema trasami. Żadnej mrożącej krew w żyłach historii pan nie opowiedział, najniżej byliśmy 12 metrów i też było zimno a wychodziło się wejściem. Żal było wychodzić...
Dopadł nas upał, który trochę złagodziła studnia, stojąca na rogu ulic, taka zwykła, pompowana... Genialna rzecz!!! Wsadziliśmy natychmiast co się dało pod tę studnię i od razu zrobiło się lepiej. Koniec wycieczki. Obraliśmy kierunek - Łódź. Najprostsza droga - przez Kielce. Trasami, które kiedyś już obadaliśmy, włócząc się po Górach Świętokrzyskich. Niby wracamy do domu, żadnych niespodzianek po drodze, a tymczasem niebo zaczyna się jakoś tak ściemniać... Przed Kielcami złapała nas burza. Ale taka, jakiej jeszcze nie widzieliśmy! Musieliśmy się zatrzymać, bo nie było nic widać pomimo wycieraczek na najwyższym biegu... Potem okazało się, że to była największa ulewa w kraju i w Kielcach spadło niewiarygodnie dużo wody. Nie pamiętam oczywiście ile, ale dużo :-)

psyche, 15 sierpnia 2003 r.