Rodos, 2-9.10.2005 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Rodos
Symi
Lindos
Kalithea
Akwarium
Koty


Kosztorys (w sumie, za 2 osoby)
Koszt wycieczki: 2660 zł
Bilety wstępu + prom na Symi: 64 euro
Przejazdy po wyspie: 76 euro
Knajpy: 220 euro

Niedziela, 2 października, Kraków - Rodos

Siedzimy na lotnisku w Balicach. Pijemy kawę. Poranek jak zwykle był straszny: pobudka o 4.30. Wagon numer 8 miał być bezprzedziałowy, ale zamiast tego okazał się służyć do przewozu rowerów. Miejsce miałam przy oknie, akurat, aby podziwiać widoki, tyle, że za oknem jeszcze ciemno. Smsy powitalne między Łodzią a Warszawą. Mgła - piękna, biała, gęsta mgła poranna na trasie CMK. Śpiąco i zimno...
Kraków powitał mnie zimnym i wilgotnym powietrzem oraz Wilczym i WRonXem na peronie. Wyedukowana przez Internet uparłam się kupić żółte bilety na autobus podmiejski, ale nigdzie ich nie ma. Pani w kiosku twierdzi, że zwykłe, białe, wystarczą, więc zdesperowani kupujemy porządnie 4 białe bilety (bo bagaż), potwierdzamy kolor biletów jeszcze u kierowcy autobusu 192, kasujemy i zapominamy o problemie.
Na lotnisku najpierw oczywiście zwiedzamy toalety. No, powiedzmy...:) Chociaż mogłoby być lepiej... Potem dosysamy się do pana z Orbisu, dostajemy bilety, napięcie z nas opada (cały czas dopuszczaliśmy możliwość, że jednak Travelplanet nam nie zaufał, że ten przelew pójdzie - w końcu wycieczkę rezerwowałam w piątek o 17...), pozbywamy się bagaży, jemy śniadanie, zwiedzamy terminal i siadamy przy kawie w barze. Lot jest opóźniony.
Pewno zaspali na Rodos ;-p (samolot leci właśnie stamtąd).
Bagaże oddaliśmy, więc nic nam nie ciąży, ale nie mamy co robić. Lotnisko jest małe, dwa kioski, jeden sklepik z pamiątkami, bar i restauracja. Siadamy i czekamy. Na telewizorkach Delayed 14.30. Czekamy na zmianę napisu - boarding albo co, ale nic się nie zmienia. Ani numeru bramki, ani nic. Wiadomo tyle, że o 14 wylądował lot z Rodos. Więc samolot już jest. Tylko czemu nie mamy numeru bramki i boardingu?...
Powoli robi się coraz bardziej nerwowo. Ustawiliśmy się w kolejce do odprawy, ale ponieważ nic się nie zmieniło, wyszliśmy z niej. Tresura porządku daje o sobie znać. Potem się okazało, że i tak staliśmy w kolejce do lotów krajowych... Stanęliśmy zatem do odprawy międzynarodowej. Ale ciągle brak informacji o locie na telewizorku. Naprawdę nerwowo powędrowaliśmy do pana w okienku Centralwingsa. Odesłał nas do informacji (no mówiłam przecież!...). W informacji na pytanie o ten samolot pan spojrzał roztargnionym wzrokiem w komputer i odpowiedział:
- No jak to, przecież już wystartował?...
- CO?!?!?!?!?...
I w tym momencie z głośników usłyszeliśmy:
- Pasażerowie psyche i Wilczy proszeni są o pilne zgłoszenie się do...
Matko!... rzuciliśmy się biegiem. Przed bramką trzeba było zdjąć pasek, wyjąć metalowe rzeczy, komórkę, opowiedziałam dokładnie, co mam w plecaku, potem z rzeczami w zębach niemalże pobiegliśmy do odprawy paszportowej. Kolejka. Upychając rzeczy po kieszeniach, uprzejmie wyjaśniliśmy starszej siwej pani, że to nas wołali i samolot poleci bez nas, więc czy by mogła nas przepuścić, na szczęście pośpiech chyba było w nas widać, bo przepuściła nas bez problemu. Pan w okienku tylko spytał:
- Państwo na Rodos?... Taaaaak....
Pan z biletami czekał na nas, a przed nim dłuuuga kolejka na jakiś inny lot. Zahaczyliśmy o siebie wzrokiem, jemu było chyba wszystko jedno, komu odda te bilety, spytał: państwo na Rodos? proszę, to karty pokładowe, tu stoi autobus, do widzenia!...
Samolot tak blisko, a oni nas pakują do autobusu!... Spociliśmy się jak myszy po prostu, weszliśmy do autobusu, a on stoi i stoi, już miałam ochotę wyskoczyć i pobiec do samolotu, ale ruszył. Tylko nie w tę stronę!... Zamiast się przybliżyć - oddalamy się. Zatrzymał się, wziął kumpla, stoi, ruszył, matko, dlaczego to tyle trwa?... Patrzymy na samolot, schodki odjeżdżają, ratunku, wystartuje skubany bez nas, szybciej, szybciej!... Wilczy stuka w szybkę, kierowca się odwraca i patrzy niezrozumiałym wzrokiem, pokazujemy na samolot, kierowca wzrusza ramionami i dalej jedzie sobie powolutku, aaaa!!!!...
Dojechał. Wysiadamy. Biegiem do schodków. Kumpel kierowcy cos do nas jeszcze mówi, rechocząc, nie słuchamy, wszystko nam jedno, niech się z nas śmieją, zdążyliśmy!... Schodki, które odjeżdżały, były tylne, przednie jeszcze stoją, ostatni pasażerowie wsiadają, no dobra, ostatni to my jesteśmy. Ufff... zdążyliśmy. Uśmiechając się promiennie, witamy stewardesy i zajmujemy miejsca, samolot jest w połowie tylko zapełniony, mnóstwo wolnych foteli. Siadamy, oglądamy przedstawienie o maskach i kamizelkach, potem słuchamy informacji, że ze względu na opóźnienie dostaniemy za darmo kawę lub herbatę. Zaraz potem startujemy i słychać głos kapitana:
- Korzystając z chwili spokoju... osiągnęliśmy wysokość przelotową i w międzyczasie zdążyliśmy przelecieć już nad Słowacją... a spóźniliśmy się, bo samolot wcześniej leciał z Lizbony do Warszawy i Warszawa go nie przyjęła, bo przyleciał za wcześnie...
Kapitan pogadał do nas trochę, faktycznie dostaliśmy kawę, za kanapki już zapłaciliśmy, pogapiliśmy się na morze, chwilę się zdrzemnęłam, a Wilczy, blisko celu podróży, wyglądając przez okno, przy każdej napotkanej wysepce mówił, że to jest Symi. Przy czwartej czy piątej Symi nie wytrzymałam:
- Kochanie, daj sobie spokój, tu jest w cholerę wysepek, nie poznasz jej...
- Ech, gdybym tylko miał przy sobie mapę tych rejonów!...
I gapił się dalej. Jak lecieliśmy już nad samym Rodos, ożywił się i zaczął pokazywać mi marinę. I promy. A potem zastanawialiśmy się, który z hoteli jest nasz - ale nie domyśliliśmy się, zresztą potem się okazało, że nasz hotel wcale nie jest takim molochem.

Rodos
Kiedy Zeus został panem Ziemi, postanowił podzielić terytoria pomiędzy wszystkich bogów. Zaprosił więc ich do pałacu. Helios - bóg Słońca - nie przybył na spotkanie, zatem został pominięty w podziale. Zeus jednak nie chciał, by Helios czuł się pokrzywdzony, postanowił więc podarować mu ląd, który się wyłoni z morza. I tak się właśnie stało - Helios dostał Rodos, najbardziej słoneczną wyspę na Morzu Egejskim.


Lot minął błyskawicznie. Jakiś pan zajrzał nam w paszporty, Wilczego bagaż wjechał jako drugi, mojego nie ma i nie ma. Generalnie wyznajemy zasadę, że nie ma się co pchać, bo i tak się doczekamy na swoje, po co się kłębić w tłumie. Ale kiedy taśma przestała jeździć, a mojego plecaka nadal nie było, lekko się zdenerwowałam - co za dzień pełen niespodzianek, no!... Prawie wszyscy ludzie już poszli. Jakieś dzieci zaczęły taszczyć coś, co wpadło za taśmę - oczywiście, mój plecak!... Jako ostatni odebraliśmy pakiet powitalny i wsiedliśmy do autobusu, za to pierwsi z niego wysiedliśmy. Nasz hotel Lito był najbliżej. Razem z nami wysiadła jedna para (potem się okazało, że są w podróży poślubnej :), odebraliśmy klucze od pokoju, jęczącą i wyjącą potępieńczo windą wjechaliśmy na 4 piętro i weszliśmy do pokoju. Z widokiem na morze...:)
Wilczy stwierdził, że widok na morze sukcesywnie nam się poprawia. W Egipcie mieliśmy widok na morze z tarasu na dachu bungalowu - odkryliśmy to ostatniego dnia pobytu... Na Krecie właściwie widzieliśmy głównie trawniczek ze zraszaczami i basen hotelowy. No a teraz jest po prostu cudownie...:)))

Telefonia zadziałała
Witamy w sieci TIM. Ambasada Polski +302 10 679 77 00. Aby wezwać pomoc, wybierz 112, pogotowie 166, policja 100. Pozdrawiamy. Plus GSM.

Welcome to Vodafone in Greece. Dial 14247 for tourist info, directory assistance, news&sports, help travelling around and much more!! Have a pleasant stay.

Nowy w mieście? Co zobaczyć i robić? Co zwiedzić? Szukasz taksówki? Zadzwoń 1404. Najlepszy przewodnik turystyczny tylko w sieci COSMOTE.

WELCOME TO TURKEY! JUST DIAL 7523 FOR TOURISTIC INFORMATION. ENJOY YOUR STAY WITH TELSIM.

Turecka sieć zgłosiła się, jak płynęliśmy do Symi. Faktycznie było blisko...:-)


Lodówka nie działa. Za to śmierdzi... ??? Miała działać. A nie śmierdzieć. Łazienka maleńka, z wanną, żeby skorzystać z sedesu, trzeba wykonać akrobację z zamykaniem drzwi i przecisnąć się między nimi a umywalką i wanną. Tak jest ciasno...
Rozlokowaliśmy się i poszliśmy obejrzeć otoczenie i coś zjeść. W stronę Rodos. Do miasta mamy ponoć 4 km.
Trafiliśmy do knajpki - rzecz jasna - na gyros, tzatziki i piwko. Kilka sklepów i tawern, wszystko po jednej stronie ulicy, po drugiej - deptak, plaża i morze. A dalej - ląd - to Turcja, w co w pierwszej chwili ciężko nam uwierzyć... Doskonała przez pierwsze 3 dni widoczność potem się psuje i już Turcji nie widać...

Poniedziałek, 3 października

Pobudka o barbarzyńskiej godzinie 8.20. Gdyby nie te śniadania, spalibyśmy do południa, wiedząc o tym doskonale, uparliśmy się na hotel ze śniadaniem. Dzięki temu jesteśmy w stanie cokolwiek zwiedzić...:) Restauracja jest na dole, pod recepcją, dla windy to poziom zero - parter z głównym wejściem to poziom 1. Na śniadaniu full samoobsługa, dwa rodzaje wędlin, jaja na twardo, żółty ser, feta, pomidory, serek z owocami albo miodem, mleko z płatkami, fasolka (chyba dla Angoli), kawa, herbata, soki, pieczywo, słodkie bułeczki, dżem. Generalnie na Krecie karmili nas lepiej, ale w sumie nie było źle, bo jedzenie było smaczne.
Spotkanie z rezydentką o 16, jedziemy więc zwiedzać Rodos. Ciężko się połapać w autobusach, ale wsiadamy w to, co przyjechało, trafiamy bez pudła na dworzec autobusowy w mieście.

Autobusy na Rodos
Tutaj sprawa wygląda zupełnie inaczej niż na Krecie. Przede wszystkim SĄ przystanki - normalnie wiaty z kawałkiem ławeczki, na zielono pomalowane, z citylightem zupełnie jak w cywilizacji :) No, znaczka autobusu może im brakuje, ale i tak uważam, że jak na Grecję to wielki postęp :) Na niektórych przystankach niby wisi jakiś rozkład. Ale po pierwsze: ciężko się zorientować, jakiego autobusu on dotyczy (prawdopodobnie linii lotnisko - Rodos), a po drugie: godziny odjazdów są podane wyłącznie przy przystankach końcowych, więc będąc w połowie trasy, można jedynie spekulować, o której godzinie pojawi się tu autobus, co będzie miał napisane na tabliczce i czy zechce się zatrzymać... Za to zauważyłam, że z dworca autobusy ruszają w miarę punktualnie.
Natomiast sprawa z biletami wygląda też inaczej niż na Krecie: bilety kupuje się w autobusie. Wsiadasz, podchodzi do ciebie człowieczek z paletą różnokolorowych papierków i przybornikiem na drobne pod pachą, wyrywa taki kolorowy papierek i musisz bulić. Wie doskonale, kto wsiadł, nie ma szansy przejechania się bez biletu... :) Natomiast na dworcu kupuje się bilety w budce. Stoi sobie taki kiosk, w środku jest miejsce na dwie osoby i kawałek blatu, tam kupione bilety nie są tak kolorowe, za to zapewniają pierwszeństwo wsiadania do autobusu przed osobami bez biletów. Takie osoby nie są wpuszczane wręcz - wygania się je do budki. Za to który autobus z dworca będzie jechał w którą stronę, to okazuje się zwykle w ostatniej chwili - nie zawsze napisy na tablicy w autobusie pokrywają się z rzeczywistością. Za to trudno przeoczyć kierunek czy dworzec docelowy, bo przed autobusem zwykle stoi jakiś człowiek i co sił w płucach drze się na całą okolicę, dokąd jedzie ten autobus. No ja myślę, że łatwiej byłoby im tabliczki zmieniać, ale widać jestem aspołeczna :)))
Poza tym autobusy są droższe niż na Krecie - a przynajmniej tak nam się wydaje. Jeden bilet z hotelu do miasta kosztuje 1,7 €, sporo jak na codzienne wycieczki...

Po przyjeździe do Rodos sprawdzamy mniej więcej, o której odjeżdża autobus do Ixia (bo tam mieszkamy) i idziemy w miasto. Port jachtowy Mandraki, kościół obcego wyznania (zapalamy świeczkę, lubię to robić, takie podziękowanie za zdjęcia...), babcia pod kościołem, jeleń i łania - czyli główki portu (przemianowane potem przeze mnie na osła i laskę, jakoś tak mi było łatwiej o nich mówić). Akwarium.
Spacerujemy uliczkami nowego miasta, trzeba coś zjeść, ze zdziwieniem orientujemy się, że taniej jest nad morzem niż w głębi, ze względu na wiatr czy co?...

Wiatry
Wiatry wieją z zachodu, co oznacza, że "nasz" brzeg wyspy (tam mieszkamy) jest wietrzny. Za to po prawej stronie, czyli wschodniej, jest cisza i spokój. Najlepiej poczuliśmy to w Kalithei, gdzie pojechaliśmy pływać - nagle okazało się, że jest upał i ani trochę wietrzyku, nie ma jak się ochłodzić...:)

W akwarium (wstęp 3,5 € od osoby) jest cudownie pięknie. Same potworki za szybkami. Akwarium to korytarze w grocie, z niewielkimi podświetlonymi co kawałek akwariami. Potworki są niesamowite, mają gigantyczną ilość odnóży, czułki, oczy na czułkach, są podobne do niczego i mają kolce. Są też ślimaki i rybki, mureny i kraby. Migawka w aparacie miała co robić...:)
Obiad - tradycyjnie, gyrosek i tzatziki, o które się jak zwykle tłukliśmy.
Wróciliśmy do hotelu, autobus nawet całkiem dobrze się zatrzymał, przystanek jest przy naszym hotelu, ale autostrada ruchliwa jak diabli i ciężko trochę przejść - a świateł dla pieszych nie ma, zresztą w ogóle nie bardzo mają tu w poważaniu pieszych, nic to, że jakieś sieroty stoją na środku ulicy, jak będzie luka, to przejdą, a póki co niech stoją... Matko. Jakieś zupełnie niecywilizowane podejście do sprawy :)
Na spotkaniu z rezydentką, która zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie, okazało się, że jednak lodówki mają działać i już. Niemniej jednak pani z recepcji nie była do tego przekonana. Po kilku telefonach ustalono, że pani z recepcji otrzyma przyzwolenie od swojego szefa i wyda nam kluczyki do lodówki (??? swoją drogą my to jesteśmy niecywilizowani dopiero, lodówki na kluczyki, coś takiego!...), zatem trzeba się zgłosić później. Pani rezydentka poopowiadała nam o interesujących miejscach na wyspie, druga para z naszego turnusu zapisała się na wieczorek grecki (my taktownie milczeliśmy...;-p bo wiadomo, że na takie imprezy się nie jeździ, to pijaństwo jest i tyle... a jeśli już, to wycieczkę należy kupić w miejscowym biurze, kosztuje połowę taniej...), my nie wykupiliśmy żadnej wycieczki i po skończonym spotkaniu zabraliśmy zabawki i poszliśmy nad morze. Plaża faktycznie jest żwirowa bardzo.
- Aaaale ci zazdroszczę!... - westchnął nagle Wilczy, brnąc przez kamyki.
- Czego? - zainteresowałam się, brnąc za nim.
- Butów do chodzenia po wodzie...
No faktycznie. Wieje silny wiatr i wysokie fale przy brzegu rzucają żwirem na kilka metrów. W butach zawsze byłoby przyjemniej, pomimo poobtłukiwanych kostek i łydek... Plaża praktycznie pusta, stoją tylko samotne leżaki. Wilczy wchodzi do wody, ja za nim, do kostek.
- O, chyba nie wziąłem swojego ręcznika - mówi.
- Nie martw się, jest mój, możemy się nim oboje wytrzeć.
- Mój położyłem na twoim... - kontynuuje Wilczy.
- O, cholera - odpowiadam uprzejmie. - Mojego też nie wzięliśmy...
Bardzo porządnie przygotowane ręczniki zostały na łóżku, bo zapomnieliśmy je zapakować do torby na płetwy...
Brodzę w wodzie w porywach do kolan. Wilczy wlazł cały. Na głębokości - normalnie - 40 cm zalewa go całego wielka fala. Słychać te turlające się kamienie.
Wracamy do basenu hotelowego, woda ciut zimniejsza niż w morzu - tam była naprawdę ciepła! Basen teoretycznie ma głębokość 3,5 metra, ale chyba aż do krawędzi absolutnie najwyższej, bo od dna do poziomu wody jest na pewno mniej. Chwilę pływamy i wracamy do pokoju, po drodze dostajemy kluczyk do śmierdzącej lodówki oraz pilota do klimy.
Pilota nie zamawialiśmy, ale skoro dali, to wzięliśmy, znaczy, należy się nam. I tak nie będziemy z klimy korzystać, śpimy przy otwartym balkonie. Telewizor wyłączyliśmy już pierwszego wieczora z gniazdka i wpięliśmy tam świństwo na komary, chyba skuteczne, bo nic nas nie pogryzło (a może o tej porze roku tam już po prostu nie latają żadne gryzonie). Gniazdek generalnie jest mało strasznie, więc komórkę ładujemy na zmianę, jednego dnia Wilczy, drugiego ja. Człowiek obrasta w te urządzenia wymagające prądu i naprawdę może to stanowić problem: bo telefon, aparat, dysk i jeszcze Postrach Komarów!... o lodówce nie wspominając.
Swoją drogą tak marzyliśmy o tej lodówce (jest maleńka, ale jest), a potem korzystaliśmy z niej wyłącznie do przechowywania napojów - bo ambitne plany jedzenia w pokoju, żeby było taniej, spaliły oczywiście na panewce...
Wyruszamy potem w drugą stronę - w stronę lotniska - szukać atrakcji. Kilka sklepów i tawern z wciągaczami. Spotykamy Adriana i Monikę z naszego hotelu w którymś typowym sklepie. Wracając, dajemy się wciągnąć do knajpy Alexandros - naganiacz oferuje nam 10% discount oraz second drink for free. Zestaw obowiązkowy: gyros, tzatziki, piwo. Nie liczymy na żaden discount, ale o dziwo dostajemy go - wychodzimy zatem zadowoleni, niecałe 13 € za kolację, jest nieźle :) Co prawda niesamowicie długo czekamy na rachunek - tutaj dość szybko dają jedzenie, ale z rachunkami im się nie spieszy, jakby nie chcieli kasy, a może mają nadzieję, że jeszcze coś zamówimy? No i nikt nie wyrzuca nas z knajpy, przyjęte jest siedzenie po jedzeniu i gapienie się - w telewizor, w morze, przed siebie, rozmawianie itd.
Wracając do hotelu trochę marznę - wieje naprawdę zimny wiatr od morza.

Wtorek, 4 października - Kalithea, Koskinou

Pobudka skoro świt - 8.20 :) Śniadanko, pakujemy się i idziemy do autobusu. Ciągle mi się myli i zamiast "Rodos" mówię "Rethymnon".
- Trudno, zakochana jestem w Krecie i nic na to nie poradzę!... - usprawiedliwiam się.
- Psyche uprawia zoofilię!... Kocha kreta!... - podsumował mnie Wilczy. Wredny, nie?
Autobus przyjeżdża później niż wczoraj. W Rodos przesiadamy się do autobusu do Faliraki, a potem dość nerwowo zastanawiamy się, gdzie wysiąść. Wilczy z nosem w mapie - wreszcie może sobie odbić te wszystkie wyjazdy, kiedy to ja się gapiłam na mapę, a on trzymał kierownicę. Zatem ja gapię się za okno.
- Kalithea, Thermes! - drze się kierowca (już pisałam, że po co robić tabliczki z informacjami stałymi, skoro można się podrzeć przy tej okazji - oni lubią się kontaktować głosowo, jak widać :)
- Kalithea Beach? - pyta roztropnie Wilczy.
- The same!

Kalithea
Właściwie same plaże - miejsce słynne ze względu na termy tureckie. Kiedyś biły tu lecznicze źródła, teraz jest plaża i miejsce, gdzie wolno nurkować w ekwipunku.


Wysiadamy czym prędzej. Po lewej stronie - zarośnięta krzakami góra. Po prawej - drzewka. Koniec świata, jaka Kalithea, o obecności człowieka świadczy tu szosa i przystanek... Przechodzimy przez ulicę - wymaga to dużo uwagi, bo jeżdżą i jeżdżą, a o przejściach dla pieszych nikt tu nie słyszał (i co z tego, że jest przystanek? ;-p). Idziemy za ludźmi na położoną wśród skał plażę. Są tu trzy czy cztery takie jakby zatoki wśród wysokich skał, z dolinkami stanowiącymi bardzo żwirowe czy wręcz kamienne plaże, zagospodarowane, a jakże, leżaczki, barek, toaleta, parasole. Lokujemy się na najbliższej, na rozłożonym na skałce ręczniku. Wilczy idzie pływać, ja staram się chwycić trochę słońca, zero wiatru, faktycznie ta strona wyspy jest kompletnie osłonięta, nic dziwnego, kawał góry jest w końcu na środku...
Dzwoni telefon, Klub Peugeota znalazł mnie aż tu :)
Wilczy wraca, ja idę pływać, woda jest jakaś zimna, pewnie przez to siedzenie na słońcu. Szybki prysznic i idziemy szukać kolejnych zatoczek. Patrzymy na nie z góry - kamienne płyty zanurzone trochę w wodzie, burdel straszny.
- Budowniczowie tego świata strasznie się spieszyli - mówi Wilczy. Pratchetta się naczytał, no :)
Kolejnym punktem wycieczki jest Koskinou.

Koskinou
Małe miasteczko, położone na górze bliżej już środka wyspy, w stylu rodyjskim. Bardzo kolorowe domki, mnóstwo malowanych zdobień, kwiatów. Miejsce, w które należy się wybrać, żeby zobaczyć typowo rodyjską architekturę.


Żadnych drogowskazów, tabliczek, strzałek, nic. Idziemy w ciemno w jedyną odbijającą w prawo drogę. Pod górę. Gorąco. Z rzadka przejeżdża jakiś samochód. Bardziej z uporem niż z sensem pchamy się dalej. Dochodzimy do ruin jakichś budynków, być może wojskowych. Na jedynym niezrujnowanym smętnie zwisa grecka flaga. Kończy się asfalt, wydaje nam się, że to już koniec świata, dalej jest tylko wielkie żwirowe pole, z którego wybiegają trzy żwirowe dróżki. Przejeżdża jakieś auto, kierowca potwierdza kierunek, więc idziemy dalej. Po lewej spora dziura w ziemi - wygląda na opuszczoną kopalnię odkrywkową, teraz zasłaną śmieciami (pralka... telewizor...). Widok mamy piękny - rozpoznajemy Rodos, zatokę, w której jest nasz hotel... Droga powoli schodzi w dół, docieramy do zabudowań - ciekawe, gdzie jesteśmy?... Schodzimy niżej, do asfaltówki, nadal żadnego człowieka, same ogrodzone rezydencje z tabliczkami "uwaga, zły pies" (i na potwierdzenie tabliczki pojawia się pięć maleńkich ujadających potworków, które być może kiedyś będą złymi psami... a na razie pewnie siła ich wszystkich razem zebrana do kupy stanowi siłę jednego złego psa :). Place budowy. Pył, żwir, upał.
- Te wszystkie antyczne domy (które miały być w Koskinou) dopiero budują - mruczy Wilczy.
Pytamy jakiegoś gościa na budowie o Koskinou, pokazuje kierunek i mówi, że jeszcze jakiś kilometr, więc idziemy. Po prawej - przepaść, droga obchodzi ją dookoła, to dlatego jest tak daleko, gdyby zrobić most byłoby o połowę krócej, ale pewnie nie przewidzieli, że kiedyś przyjadą tu psyche i Wilczy i będą pchać się na piechotę...;-p
W końcu, minąwszy tysiące budujących się domów, docieramy do już zbudowanego miasteczka.
- Przepraszam pana, gdzie jest Koskinou?
- No... tu.
- O, super. A gdzie jest centrum?
- Tam.
Tak mniej więcej wyglądała rozmowa z miejscowym, no ale skąd mogłam wiedzieć, że JESTEM w Koskinou, skoro nigdzie nie ma żadnych tabliczek?... Do centrum pokazał w prawo, my jednak, wiedzeni instynktem macierzyńskim, poleźliśmy w lewo i trafiliśmy na te stare zabudowania.
No, trafiliśmy. Miasteczko wymarłe kompletnie. Wszystko zamknięte, domki jakby opustoszałe, tylko koty na miejscu... Jest 14.00, czas na obiad, tymczasem wszystkie knajpy są zamknięte na głucho, tylko przy niektórych wisi sobie menu. A nam cieknie ślinka i burczy w brzuchach. Z rzadka ktoś przejedzie na motorku. Kiczowate kolorki domków. Ale tym się nie najemy...
Obeszliśmy wymarłe siestą miasteczko, wracamy na dół, do autobusu. Zmęczeni jesteśmy strasznie i głodni, na szczęście te autobusy często jeżdżą na tej trasie. Dopiero w połowie drogi na dół trafia się tawerna - o dziwo - czynna! Taverna Panorama. No widok był średnio piękny...
Wchodzimy natychmiast, siadamy i zamawiamy zimne piwo a potem jedzenie. Gyros jest z chrząstkami, sałatka grecka bez oliwek i z sałatą, ale wszystko nam smakuje. Chrząstki zjada spasiony kot, który bierze je w zęby z ogromnym obrzydzeniem i zachowuje się, jakby wcale nie miał na nie ochoty, ale skoro wołają i każą jeść, to już zje, no trudno...:)
Odpoczęliśmy, płacimy i schodzimy dalej, do autobusu - o, właśnie nam jeden uciekł... No trudno. Na szczęście niedługo jest następny. Przesiadka w Rodos, to trochę męczące, ale docieramy do hotelu, padamy na pyski i...
- No przecież nie zmarnujemy tak wieczoru...
- No nie...
- No to wstawaj...
- Ty pierwsza...
- Nie, ty pierwszy...
- Musimy wziąć prysznic.
- No, to nas obudzi...
W końcu jednak wstajemy, szybki prysznic i czeka nas "nocne szaleństwo" w Rodos. Idziemy do miasta na piechotę, najpierw chodniczkiem przy ulicy, potem promenadą nadmorską. Jest piękna, ścieżka między skałkami, z lewej rozszalałe morze, spienione fale biją o brzeg, z prawej - wysokie skały, a jeszcze wyżej ulica. Niestety, oświetlenie wyłączone, pewnie dlatego, że jest po sezonie i tak naprawdę gówno widać. Niemniej jednak upieram się robić zdjęcia. Głaz w pianie morskiej, proszę bardzo. Aparat cierpliwie stara się ustawić ostrość, ale jest tak ciemno, że nie jest w stanie. Ja przez wizjer też niewiele widzę...
- Twój aparat nie widzi takiego wielkiego głazu? - naśmiewa się ze mnie Wilczy.
Kiedy wchodzimy między skały, robi się cicho, huk fal zostaje za nami, a potem przybiera na sile. Jest piękny romantyczny wieczór, chusta, którą mam w roli spódnicy, rozwiewa mi się co krok. Wilczy głupio się uśmiecha, a ja zastanawiam się, co z tym zrobić, ale potem, w mieście, nie ma już takiego wiatru i problem znika. Zanim dotrzemy do miasta, robię się już jednak zmęczona...
Z luksusowego hotelu przed nami wysypują się angielskie babcie, wąziutkie uliczki niemal bez chodników sprawiają, że cały pochód idzie gęsiego do miasta, do centrum, na starówkę, do knajp. Mijamy babcie, przechodzimy obok ulicznych rysowników, zachęcają do skorzystania z ich usług, no ładnie rysują, ale jednak może innym razem. Jeden z nich na naszą odmowę reaguje smutnym "szkoda, ładna dziewczyna", robi mi się miło, no tak, to przez ten strój i... kucyki. No co, uczesałam się ;-ppp Mijamy bramy starego miasta i zatapiamy się w inny świat...
Wszystko dla turystów!... Sklepy, knajpki, sklepy, tawerny, sklepiki, bary, uliczki wyłożone otoczakami (małe kamyki w różnych kolorach, najczęściej czarne lub białe), kolorowo, szał ciał i uprzęży, światło i dźwięk. Chcemy się czegoś napić, proponują nam miejsce na dole, ale skąd, my chcemy na górze, roof garden rulez, rozglądamy się po bajecznie oświetlonym placu, każda ściana to knajpa, stoją przed nimi naganiacze, typujemy jedną i wspinamy się po wąskich i stromych schodkach na górę, świetny wybór, jesteśmy najwyżej jak się dało i mamy piękny widok na plac z góry. Knajpka prowadzona przez dwóch młodych chłopaków, jeden z nich cały czas stoi przy barierce i zachęca do wejścia na górę, stoliki w jednym rzędzie na tarasie. Dostajemy dwa kolorowe drinki i miseczkę pełną jakichś czipsów, wyjątkowo smaczne te czipsy są, jakieś zielone opakowanie, tyle udaje nam się podejrzeć, normalnie nie jadamy takiego świństwa, ale może by tak kupić?... Do końca pobytu szukamy takich czipsów w sklepach, ale w końcu nie wiedząc, jakie to były, kupujemy dwa różne zielone opakowania i nie trafiamy na te właściwe.
Spacer uliczkami, docieramy do jakiegoś placyku, budynek z kamienia, dwa łukowate wejścia, schodki na górę, zielone drzewka i bluszcze, czerwone oświetlenie, miejsce nas zauroczyło, podchodzimy bliżej. Stoliki wystawione na zewnątrz, może jednak się jeszcze czegoś napijemy, kawy na przykład, czemu nie, przy barze zmieniamy zamówienie na czekoladę i siadamy na zewnątrz. Przy najciekawiej ustawionym stoliku, na fotelu wyłożonym wielkimi poduchami, leży sobie wielki kot.
- Przepraszam, czy możemy się dosiąść? - pytam uprzejmie.
Kot na moje pytanie otwiera jedno oko, macha ogonkiem i generalnie nie robimy na nim żadnego wrażenia. Siadamy więc na pozostałych dwóch fotelach.
Pan przynosi nam czekoladę, nic sobie nie robi z kota na fotelu obok, dostajemy też wodę do popicia i od razu rachunek. Woda jest gratis. Kot leniwie czasem zmieni pozycję, zamieram, kiedy zaczyna mu się zsuwać łapka, jemu jednak jest wszystko jedno, całe udko wisi w powietrzu, ale nic z tym nie robi, staram się podsunąć go trochę, ale nie da się tego zrobić bezinwazyjnie a nie chcę go wystraszyć, niech sobie tu śpi, jak mu wygodnie.
Potem jeszcze spacer wąskimi uliczkami, nie wszędzie są sklepy i turyści, trafiamy w wymarłe zupełnie miejsca, śpiące, ciemne, nieoświetlone, tajemnicze. Fajnie...
Zmęczeni docieramy na dworzec, wsiadamy w ostatni autobus, jakiś koleś wyrywa dwie młode Angielki. Jedna jest w miarę sensowna, druga to typowa lalka Barbie, w różowej sukience i z głosem z agencji towarzyskiej, nie sądziłam, że na świecie naprawdę takie cudaki istnieją. Ble.
W ogóle tutaj jest sporo Anglików, za to prawie nie ma Niemców.

Środa, 5 października - Lindos

Wczoraj chcieliśmy jeszcze wykupić rejs na Symi, ale biuro było "zaraz wracam", a do portu jakoś nie trafiliśmy. Postanowiliśmy zatem wstać z samego rana i wykupić wycieczkę bezpośrednio w porcie. Budzik zadzwonił o 7 rano, zareagowaliśmy przekręceniem się na drugi bok i spaliśmy dalej... Wstaliśmy tradycyjnie i po śniadaniu wybraliśmy się do Lindos.

Lindos
Miasto na wschodnim wybrzeżu, w połowie wyspy, niegdyś bardzo ważny port. Bielone domki, wąziutkie uliczki, jako atrakcja turystyczna - przejażdżka na ośle. Domy Kapitańskie, zatoka świętego Pawła i drugi w Grecji akropol.


Trafiliśmy idealnie na autobus, okazało się, że ten, co stoi na drugim końcu "dworca autobusowego", czyli po prostu krótkiej uliczki, jest dla nas. Budka zamknięta na głucho, bilety kupiliśmy u kierowcy. A potem zapadliśmy w drzemkę, budząc się co kilka kilometrów i podziwiając widoki - Tsambikę, która jest szalenie wysoko położonym klasztorem, koryta suchych rzek. W Lindos najpierw sprawdziliśmy godziny odjazdów autobusów powrotnych, a potem poszliśmy w dół do miasta...
Uliczki w Lindos, wszystkie wyłożone kamienną mozaiką lub otoczakami, są wąskie i nic dziwnego, że obowiązuje tam zakaz wjazdu dla samochodów - po prostu nie zmieściłyby się. Jeżdżą za to takie węższe półciężarówki, czymś muszą wozić towary do sklepów. Ale w tych wąskich uliczkach smród spalin długo się utrzymuje, niestety... Między uliczkami rozpięte są płachty materiału, sznury, na których rosną pnące roślinki, dające trochę cienia - dzięki temu jest tam przyjemnie mimo upału. A ponoć jest to najgorętsze miejsce na wyspie...:)
Weszliśmy do uroczej knajpki, zrobionej w jednym z domów kapitańskich, na frappe. Usiedliśmy na wyłożonej poduszkami ławce w zaułku, obok po rurach wspinała się jakaś zieloność, szalenie miłe miejsce, nie można się napatrzeć. W łazience - umywalki w kształcie muszli...:)
Spacer uliczkami, trochę spanikowałam, że mi zamkną akropol, w końcu jesteśmy w Grecji a oni te zabytki mają dziwnie krótko czynne, np. Pałac Mistrzów czynny jest do 15...
Więc idziemy w stronę wzgórza, bardzo śliskie schodki, rany boskie, jak się stąd nie spieprzę, to będzie cud. Aleja obrusowa, mnóstwo Polaków. Bilety - 6 €, wchodzimy. Kamienie. Kamienie. Kamienie. Ludzie, którzy chcieliby sobie zrobić zdjęcie na fajnych schodkach. Kolejka do schodków. Każda para po kolei - ona wchodzi, odwraca się, on robi jej zdjęcie, wchodzi za nią, znikają za murem. Następni...
W skale wykuty wizerunek jakiejś łodzi. Wchodzimy wyżej, olewając fotogeniczność schodków. Kamory. Świątynia Ateny - w remoncie, właśnie antyczni budowniczowie w całkiem antycznych kaskach i ciuszkach stawiają kamień na kamieniu. Za jakieś 200 lat odbudują...:) Widok na port, zatoczki, miasto. Jakaś para prosi nas o zdjęcie, normalnie, po polsku. Potem następna. Podchodzę do muru, chcę popatrzeć na dół, na morze...
- Stąd się nie wypada, kochanie. Nie skacz - przypomina mi co chwila Wilczy.
Fajne zielone kamienie pod murami w morzu. Jeziorko z motorówką, potem oglądamy pocztówki, jeziorko okazuje się być zatoczką... Gorąco. Smaży. Schodzimy...
Osiołki, czyli postój taksówek. Wydają się być zmęczone życiem. Wracamy do miasta i do roof restaurant, na dach, z widokiem na akropol i resztę miasteczka. Obiad... Kot, który nas kompletnie ignoruje. Tzatziki są dobre i jest ich dużo, ale sałatka grecka znów z jakąś kapustą i marchewką (???). Bierzemy pół litra wina i wodę. Wino dostajemy w karafce, wodę w litrowej szklanej butelce. Mieszamy. Przychodzi pani nakrywać od nowa stoły, zmienia obrusy i układa sztućce, minę ma taką, jakby robiła to za karę. Boimy się odezwać...
Po sutym obiedzie idziemy spacerować po uliczkach, żeby trochę strawić. Jest ślicznie. Pachną mydełka, kupujemy trzy, jest ciut taniej niż w Rodos na targu. Drogie, ale śliczne ciuchy. Jeśli czasem coś chce przejechać uliczką, wchodzimy do sklepu, inaczej się nie zmieścimy. Powoli wracamy do autobusu. Z daleka dochodzi do nas śmiech, rechot, właściwie coś strasznego, ewidentnie jakaś wiedźma... - okazuje się, że jakaś babka jechała uliczką na osiołku!...
Autobus odjeżdża nie wiadomo skąd. Siadamy przed zamkniętą oczywiście budką tutejszego PKS-u i obserwujemy ruch uliczny. Przed nami skrzyżowanie w kształcie T, nóżka T biegnie z dołu, z Lindos i z jednym ramieniem T tworzy drogę z pierwszeństwem przejazdu. Czyli: prosta droga w kierunku Rodos, docierając do skrzyżowania z prawej strony z uliczką w dół, do Lindos, staje się drogą podporządkowaną, ze znakiem STOP. Matko jedyna, co ci kierowcy wyprawiają :) Mało kto respektuje STOP, większość przejeżdża, nie zastanawiając się zbytnio nad skrzyżowaniem, ci jadący z dołu też rzadko kiedy wiedzą, że mają pierwszeństwo i zatrzymują się, dając wolną drogę tym jadącym prosto... Generalnie bałagan niezły i mimo to żadnej sytuacji podbramkowej, jakoś sobie ci kierowcy dają radę. Obok koleś łapie stopa.
Przyjeżdża wreszcie autobus do Rodos i... zjeżdża w dół. To po cholerę my drałowaliśmy na górę w pocie czoła, skoro, jak widać, spokojnie mogliśmy poczekać na dole?... Czekamy trochę skonsternowani, ale wyjeżdża, robi kółeczko po placu i zatrzymuje się naprzeciwko nas, po drugiej stronie ulicy. No tak, tam też jest napisane "Bus stop"...
Po przyjeździe do Rodos pierwsze kroki kierujemy na środek targu, tam w budyneczku pod prześliczną kopułką jest toaleta publiczna, panie na lewo, panowie na prawo. Standard tych kibelków ciągle mnie zadziwia - w niektórych kabinach są normalne sedesy (bez deski, bo deska chyba jest niepotrzebnym wynalazkiem w tym kraju), a w innych - łapy kolejowe...
Budyneczek ów w ogóle naszym zdaniem kiedyś był centrum targowiska i sprzedawano tu ryby i inne owoce morza. Oczywiście to wyłącznie nasze domysły - ale na górze, pod kopułą, są kamienne wielkie lady i coś w rodzaju koryt na towar, miejsce na wagi oraz koryto z wodą. No coś tu musiało kiedyś być...
Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych człowieka idziemy na spacer do portu jachtowego, kawałkiem mola, kończącym się drugą główką portu - łanią. Jakoś ciężko mi zapamiętać, że główki portu tutaj to łania i jeleń, uparcie mówię na nich laska i osioł...:) Ponoć niegdyś właśnie w tym miejscu stał Kolos Rodyjski, który jest uparcie ożywianą legendą, bo nikt go nigdy nie widział i nawet nie wiadomo, jak wygląda. Bo wizerunków jest kilka, nie wiadomo, który prawdziwy. Za to wszystkie źródła uparcie podają, że "słabym punktem Kolosa okazały się kolana" :) No zupełnie jak pięta achillesowa :)))
Po drodze do łani mijamy stado kotów, tym razem więcej ich jest niż zazwyczaj, okazuje się, że ktoś się nimi tutaj opiekuje, natykamy się na puszkę z napisem "na jedzenie dla dzieci" - w domyśle - kocich :) Wrzucamy pieniążek i robimy zdjęcia. Z zazdrością gapimy się na jachty zacumowane przy nabrzeżu, czemu żaden z nich nie jest nasz?... Dochodzące nas dziwne dźwięki kwalifikuję jako radio, po chwili okazuje się, że to facet gadający przez telefon w budce. Mijamy go, docieramy do twierdzy na końcu mola, facet wychodzi z budki, rozgląda się, zauważa nas, uśmiecha się szeroko i zaczyna gadać do nas.
- O, good evening, where are you from? Poland? Brawo!... Good holidays!...
I tak przez 10 minut. Czy nam się podoba, na ile przyjechaliśmy, czy good holidays, czy wrócimy tu za rok, czy jesteśmy małżeństwem. Nie jesteśmy? Ooo, to musimy tu wrócić za rok już jako małżeństwo!... Jeszcze nam zdjęcie zrobił i w końcu nas pożegnał i poszedł sobie.
A nas poniosło na starówkę. Na drinka i lody. Skręciliśmy tym razem w prawo i dotarliśmy do knajpki Socratous Garden. Wejście przez łukowate sklepienie skusiło nas kolorami - ze środka buchała żywa zieleń i... papuga. Stanęliśmy zauroczeni w wejściu do ogrodu - oczywiście knajpa dachu żadnego nie posiadała, urządzona - jak większość tu - na świeżym powietrzu, między drzewkami i klombami kwiatów, umiejętnie podświetlona, z fontanną i wodospadem. No i ta papuga!... Wilczy skomentował:
- Właściwie to nie musieli jakoś specjalnie tej knajpy urządzać. Sama im urosła...
Zamówiłam drinka i lody - Banana Split. Potem w drodze do kibelka przyuważyłam kiść bananów rosnącą na drzewku - knajpianym, rzecz jasna. Ciekawe, skąd biorą te banany do lodów...:)
Potem poszłam w rejs po knajpie robić zdjęcia. No tak mi się podobało, że nie chciałam sobie odpuścić. Zaraz pojawił się za mną cień - jeden z kelnerów oparł się od niechcenia o drzewko za mną i zaczął mnie pilnować...:) Wróciłam więc do stolika, żeby gościa nie denerwować i zaczęłam obserwować koty. Było ich ze 3 sztuki, maleńkie, szalenie strachliwe i nerwowe, przebiegały pod stolikami i głównie zajęte były uciekaniem przed własnym cieniem :)
Koty generalnie tutaj turystów mają w dupie - z rzadka któryś jest nastawiony na czułości ze strony człowieka, na jedzenie czy cokolwiek. One tu po prostu są częścią krajobrazu ale wcale nie czują potrzeby zawierania z ludźmi bliższej znajomości. Jakieś jedzenie, no dobra, niech będzie, ale nie udawajmy od razu takich głodnych, co to od tygodnia nic w pysku nie mieli... Duma i olewka, czyli kocia natura w powiększeniu...
Idziemy do autobusu, czas do domu. Na dworcu autobusowym spotykamy tego rozgadanego faceta z portu, wita nas jak starych znajomych, oferuje miejsce siedzące obok siebie na ławeczce i opowiada, że pił kawę z kolegami a teraz wraca do domu, do Faliraki. No proszę...:)

Czwartek, 6 października - Symi

Pobudka o 7 rano - to boli. Śniadanie - ledwo zdążamy zjeść. Wczoraj wykupiliśmy rejs na Symi, więc to nas zmobilizowało do zerwania się o świcie z łóżek... Jesteśmy pewni, że autobus mamy mniej więcej o 8.10. Po dotarciu na przystanek okazuje się, że guzik prawda... skąd w ogóle ten pomysł z 8.10?... Autobus będzie, owszem, ale według wyliczeń o 8.35. Trochę za późno, może i zdążymy, ale na styk... Szybka decyzja: jak za chwilę nie będzie autobusu, idziemy do taksówki, no już trudno.
Jednak przyjechał autobus, wsiadamy szczęśliwi, w środku praktycznie sami miejscowi. W Rodos przechodzimy przez Nowy Targ, na środku facet sprzedaje ryby prosto z paki samochodu, śmierdzi to wszystko niemożebnie. Nasz dealer prowadzi nas do autobusu, który ma nas zawieźć na prom. Ale autobus jedzie w przeciwną stronę... Siedzimy jednak cicho, przyzwyczajenie mówi, że w tym kraju wszystko wydaje się stać na głowie - i proszę, autobus zawraca na najbliższym placu i obiera już właściwy kierunek. Obiecujemy sobie, że przestaniemy się już wszystkiemu dziwić...:)
Na prom docieramy właściwie w ostatniej chwili, praktycznie nie ma na nim już miejsca, ale udaje nam się znaleźć dwie miejscówki koło Rosjan. I jakiejś babki z plecakami, wyglądającej, jakby dla niej ta podróż to nie była pierwszyzna. Potem okazuje się, że faktycznie - płynie na Symi kolejny już raz, zakochana jest w tej wyspie i generalnie marzy o osiedleniu się tu na stałe.

Symi
Wyspa położona tuż u wybrzeży tureckich. Słynie z gąbek, właściwie całe miasto Symi jest jednym wielkim sklepem, w którym głównym artykułem są gąbki i pochodne. Po drugiej stronie wyspy jest Panormitis - klasztor z ikoną Archanioła Michała, słynącą z cudownych uzdrowień.


Przepływamy tuż obok tureckich wybrzeży, zastanawiamy się nad kwestią wód terytorialnych, w końcu Turcy z Grekami raczej się nie lubią. Zatoczka, już widać miasto Symi, jeszcze opływamy cypelek i cumujemy. Jest oczywiście ślicznie: na wznoszącym się wzgórzu pobudowane domki, jedne nad drugimi, coraz wyżej i wyżej, kolorowo, tutaj nie dominuje błękit i biel, tu jest wielokolorowo. Domki w tym samym stylu, z portalem, podobno każdy nowo budowany dom musi trzymać styl, nie można postawić sobie czegoś odbiegającego od reszty.
Wysiadamy, chcąc oddzielić się od tłumu, idziemy między domki, w miasto. Plan miasta jest mało dokładny, generalnie idziemy na czuja, jest to raczej wąskie miasto położone wzdłuż zatoki i na okalających wzgórzach, ulica przez miasteczko biegnie właściwie jedna z pobocznymi odnogami i schodami. Schody, schody, schody. Siadamy w najbliższej przyzwoicie wyglądającej knajpie na kawę i szejka truskawkowego, jest pyszny. Potem idziemy wzdłuż portu, czyli praktycznie - wzdłuż zatoki. Musimy się odganiać od naganiaczy, cały tłum ich tu pracuje. Robię zdjęcie interesującemu budynkowi, a Wilczy: to budynek policji. Ściemniam...:)
Wracamy na "naszą" stronę zatoki, przezroczyste dno, Wilczy obserwuje rybki, kociaki się łaszą, są jakieś inne niż na Rodos. Idziemy do Muzeum Morskiego, wizytę zaczynamy od wpisu do księgi gości :) Muzeum (wstęp 3 €) jest prześliczne, ale malutkie - zajmuje jedną izbę. Wśród okazów są modele żaglowców, Wilczy tłumaczy mi, jak się nazywają różne części takiego żaglowca, oglądamy prehistoryczny strój nurka i części wyposażenia statków przed wiekami.
Postanawiamy wleźć na górę, te 375 stopni kusi, tylko jak znaleźć tę drogę?... Na mapce sprawdzamy, no niby jest jakieś wejście, idziemy przez podwórko jakiegoś kościoła (?), szkoły, pod górę, wyżej i wyżej, żadnych tam stopni, piekarnik i smażalnia, czujemy się jak rybki na ruszcie. Brakuje sił. Wychodzimy spomiędzy zabudowań, teraz to już idziemy ścieżką z kamiennych płyt ułożoną na zboczu skały, przed nami niby są jakieś zabudowania, tam daleko, daleko, pod nami powoli zostaje w dole miasto. Z góry schodzi jakiś pies, zmarnowany. Jakiś facet leży na murku i robi zdjęcia krzaczkom. Po skałkach biega malutka jaszczurka, może to gekon.
- Już nie mogę - jęczę co kawałek. - Jest strasznie gorąco!... Serducho mi skapituluje!... Matko, co za męczarnia!... Nie dam rady. Nie mam już siły - marudzę.
- To co, wracamy? - pyta Wilczy.
Patrzę na niego ze zgrozą. To po to się tak męczyłam i pchałam na górę, i przeszłam już taki kawał, żeby teraz wracać? Chyba oszalał!...
Wreszcie - udało się, weszliśmy!... Obok ruin skręcamy, chcemy widoku na morze, na dolne miasto, na port i zatokę. W końcu pojawia się piękny widok - no dobra, warto było!... Jest cudownie. Wracamy w drugą stronę, tym razem trafiamy na opisywaną w przewodnikach drogę ze schodkami. Tia... My to zawsze musimy pod prąd...
Zaczyna nam się trochę spieszyć, żeby nam przypadkiem nie zwiał prom, głupio będzie tutaj zostać na noc, ciekawe, czy jeszcze daleko... Biegną za nami koty, nie idzie się opędzić. Schodki rozdwajają się, którą stronę wybrać?...
Po zejściu na dół - czasem schodkostradą, czasem wąziutkimi przejściami między budynkami (czułam się, jakbym przez cudze podwórko przechodziła) okazuje się, że mamy jeszcze 15 minut wolnego, siadamy więc na szybkie piwko w knajpie ulokowanej tuż przy wejściu na prom. Widzimy trap. Niezłe miejsce, swoją drogą, gość musi mieć dobry interes :) W momencie, kiedy wstajemy od stolika, prom buczy - ok, no przecież już wsiadamy! :) Teraz płyniemy do Panormitis, osady po drugiej stronie wyspy, składającej się głównie z klasztoru. I na szczęście z knajpki też. Bo robimy się porządnie głodni...
Śledzimy z mapą przesuwający się brzeg. Każdą zatoczkę. Wilczy wspomina, gdzie pływał 5 lat temu, na rejsie - w której zatoczce cumowali, gdzie się kąpali i te de. Po drodze pojawiają się delfiny, cała masa ludzi rzuca się na burtę oglądać (ja mam wstręt do tłumów). My dodatkowo rzucamy się, jak widać żaglowiec - ale jesteśmy jedyni, nikogo innego to nie rusza. Dopływamy do Panormitis, tym razem nie będziemy czekać w kolejce do wyjścia, bo stoimy już przy samym wyjściu. Panowie z obsługi promu zapewne myślą o nas jak o stonce. Obrzydliwe to strasznie, ale płaci, więc wiadomo...:)
Cała masa ludzi w Panormitis rzuciła się oglądać klasztor, my jak zwykle wybraliśmy alternatywną drogę zwiedzania i poszliśmy opłotkami, przez dormitoria, do knajpki, zamawiamy sałatkę grecką (wreszcie bez sałaty!...), tzatziki, mineralną i wino. Dzięki temu nie zobaczyliśmy słynnego ołtarza, może następnym razem... Prom stoi tu tylko godzinę, na tą jedną godzinę osada się ożywia, knajpa się otwiera, mnisi wychodzą z kryjówek. Może jeszcze coś się dzieje wieczorem, bo w zatoce stoi kilka zakotwiczonych jachtów. Szybko pochłaniamy jedzonko i wracamy na prom, bo ten pływa wyjątkowo punktualnie, zupełnie nie jak w Grecji.
Część ludzi przypłynęła w jedną stronę tylko, więc na promie jest trochę więcej miejsca. Słońce jest coraz niżej. Na horyzoncie - samotne białe żagle. W tak pięknych okolicznościach przyrody Wilczy sprowadza mnie na ziemię, mówiąc, że debąbelkuję wodę...
Dopływamy do Rodos, po zejściu z promu idziemy bezpośrednio najbliższą bramą na stare miasto. Po zdecydowanie starożytnych kawałkach zabudowań jeżdżą dwie dziewczynki na rowerach w kółko, jedna z nich usiłuje rozjechać pieska, piesek jednak za każdym okrążeniem ucieka po to, by na nowo podbiec pod koła. Idziemy możliwie wąskimi, nieturystycznymi uliczkami, opłotkami, trafiamy w ślepe zaułki, pełne kotów, donic z roślinkami pnącymi, porzuconych motorków - najpopularniejszego środka lokomocji. Jak w końcu dotarliśmy do cywilizacji, po obejściu miasta dookoła, przy murach, dopadli nas naganiacze. Najeżyłam się od razu, nie lubię tego wciągania do knajpy, na namolność od razu reaguję negatywnie. W rezultacie wylądowaliśmy w knajpce w wąziutkiej uliczce, stoliki po lewej stronie, po prawej - przejście. Souflaki w promocji i winko. Pojawiły się dwie wiedźmy z dziećmi, wyglądało to jak żony/matki właściciela knajpy, dostały stolik i jedzenie jakoś tak w międzyczasie, sałatkę przyniosła dziewczynka własnoręcznie. Rodzinna kolacja we własnej knajpie?...
Po kolacji powoli zaczęliśmy wracać. Nadal opłotkami. Zauważyliśmy, że w zaułkach - mimo, iż są niemal do tego stworzone - nie śmierdzi. Tubylcy chyba nie mają w zwyczaju - jak polscy menele - sikać "po bramach", toalety są tu w każdej knajpie, za darmo, publiczne też są i też za darmo. Nawet kotami nie śmierdzi za bardzo...
Na przystanku spotkaliśmy naszego znajomego starszego pana z wczoraj. Powitał nas jak starych znajomych...:-)

Piątek, 7 października - Kalithea, Rodos

- Zgadnijmy - powiedział Wilczy na dzień dobry - na śniadanie pewnie będą dwa rodzaje wędlin, serek pokrojony w trójkąciki i jajko...
Ciekawe, że trafił, no ;-p
Pojechaliśmy na plaże przy termach w Kalithei. Przeszliśmy przez całą plażę, dookoła zatoki, znaleźliśmy ustronny kącik, ciężko dostępny, bo po skałach trzeba łazić, rozkładamy się z majdanem, a tu... wycieczka w naszą stronę. Cztery sztuki, niemiecko-anglojęzyczne, przywędrowały do naszej ustronnej części plaży i rozłożyły się obok. Jak pragnę zakwitnąć, ci ludzie po prostu lubią towarzystwo!...
Poszliśmy się kąpać oczywiście, wejście do wody wymagało pewnego wysiłku, bo oczywiście dookoła same skały, więc po obrośniętych glonami kawałkach skałek powolutku, powolutku, zakładając płetwy i całe ABC. Woda ciepła, ale słońce się kryło za chmurkami. W wodzie - duże skały, między nimi - przepaście, glony, zielono wszędzie, bardzo głęboko, a obok bardzo płytko. Z drugiej strony zatoczki - banda nurków, mają właśnie "plenerek", Wilczy patrzy z zazdrością, oni dołem, my górą, przepływamy nad skałą, z której unoszą się tysiące bąbelków - jacyś nurkowie płyną pewnie pod nią... Fajne uczucie tak wpłynąć w te bąbelki, czuję je na całym ciele, jak jacuzzi ;-p Dopłynęliśmy do jakiejś bardzo tajnej i fajnej groty, ale na wszelki wypadek już w nią nie wpływaliśmy. Koniec moczenia zadków, prysznic i wędrujemy do następnych zatoczek, po drodze zahaczając o WC.
Ta toaleta, stojąca na szczycie wzgórza, ukryta za gajem palm i innych roślinek, wygląda zupełnie jak nasz toy-toy, ale w środku ma normalny sedes i prawdziwą kanalizację. Ciekawe rozwiązanie i bardzo przyjemne...
Dotarliśmy do kolejnej zatoczki, najpierw nabyliśmy lody, a potem powędrowaliśmy w głąb, między skały, znów w upierdliwy w dostępności rejon. I co? I oczywiście przydreptali zaraz do nas ludzie i zajęli leżaczki obok nas... No co za instynkt stadny, no!...
Po powrocie do miasta poszliśmy na Nowy Rynek coś zjeść. Zakotwiczyliśmy w fast-foodzie, bo się na nas nie rzucił, kupiliśmy piwo, gyros w picie i frytki. Gyros był rewelacyjny. Wilczy zamówił drugiego...
Nad naszymi głowami w klatce siedział ptaszek. To znaczy wisiała klatka, w ktorej podejrzewaliśmy zastać ptaszka, ale nie śpiewał, więc zaczęliśmy się zastanawiać, czy tam ten ptaszek jest, czy może już zdechł albo na przykład zeżarł go kot. A może ten ptaszek jest plastikowy i ma pozytywkę?...
Kompletnie zmęczeni wróciliśmy do hotelu i padliśmy na łóżka...
Obudziliśmy się późnym popołudniem i oczywiście - jedziemy do Rodos na drinka i zakupy.
Wychodząc z hotelu, przyuważyliśmy, że właśnie ucieka nam autobus. No to idziemy na piechotę. Żeby nie stać w miejscu. Ledwo ruszyliśmy z drugiego przystanku - zwiał kolejny autobus. Na trzecim przystanku usiadłam i postanowiłam wrosnąć, a kolejnego autobusu nie przepuścić. Wilczy patrzył w dal, wypatrując autobusu. Naprzeciwko miały swoje gniazdo taksówki. Wreszcie przyjechał jakiś autobus, nie dość, że nie dostaliśmy papierka w ramach biletu (za który wszak zapłaciliśmy), to jeszcze wyrzucił nas w środku miasta zamiast zawieźć na dworzec. Ech, ta Grecja!... Wilczy w związku z tym przeciągnął mnie opłotkami i na starówce znaleźliśmy się z zupełnie innej strony niż dotychczas. Jak zwykle poszliśmy w boczną uliczkę i zatrzymał nas... kot na wystawie. Wiadomo: witryna sklepu, czyli półeczki z bibelotami wystawione na ulicę, przy ścianie budynku, mnóstwo drobiazgów na tym stoi i leży, jakieś ceramiczne zabawki, a między tym wszystkim, na dolnej półce, pomnik kota. Zaraz, czy to na pewno jest pomnik, bo wygląda jakby miał prawdziwą sierść???... I wtedy kot ruszył łebkiem. No tak!... jakie wrażenie. Miejsce dla kota zostawione, a kot majestatycznie siedział sobie wśród towaru na sprzedaż...
Następnie zatrzymał nas sklep z żółwiem, właściwie weszliśmy tam zapłacić za mydełka, które jeszcze nabyliśmy, a pani tak się rozgadała przy tej okazji, że zaczęła nam pokazywać swoje żółwie w akwarium, on i ona, wyjęła jednego i posadziła Wilczemu na ręce, nie bała się, że on jej ucieknie z tym żółwiem?... w sumie, co by z nim miał zrobić?...
W końcu dotarliśmy do naszego ulubionego sklepu, niby ze zdrową żywnością itd., a naprawdę przyciągnęła nas linia Mastiha Shop - bardzo pięknie opakowane kosmetyki, cukierki itd. Spędziliśmy tam naprawdę dużo czasu...:) I wydaliśmy dużo pieniędzy :)))
A potem poszliśmy na drinka do mijanego wcześniej baru w cichej, bocznej uliczce. Usiedliśmy przy malutkim stoliku w malutkiej uliczce. Zanim jeszcze dostaliśmy drinki, do drzwi w ścianie naprzeciwko zaczęli się włamywać młodzi ludzie. No dobra - otwierać. 10 minut później cicha, spokojna uliczka zatętniła życiem... Była 22.10 - właśnie otworzyły się trzy kolejne knajpy w naszym zaułku... Obserwowaliśmy tę naprzeciwko nas - była naprawdę bardzo ładnie urządzona, witraże w oknach, na dwór, na ulicę wyjechały kanapy, stoliki i poduszki, zaczęła grać muzyka i zapaliły się kolorowe światła. Zaczęliśmy żałować, że przyszliśmy tak wcześnie... Na szczęście smak drinków nam wszystko wynagrodził - naprawdę było smacznie, nie dość na tym, jak skończył nam się popcorn w ramach przegryzki, dostaliśmy nowy...:) Po drodze do autobusu wstąpiliśmy jeszcze do fast foodu na pita gyros souvlaki. W autobusie byli chyba sami miejscowi, a w hotelu obok - imprezka: dziś uczymy się tańczyć Greka Zorbę...

Sobota, 8 października - Rodos

Po śniadaniu jedziemy oglądać Pałac Wielkich Mistrzów. Najwyższy wszak czas. To znaczy, utknęliśmy na przystanku na chyba 40 minut - czekamy, czekamy, czekamy, wokół coraz większy tłum. Wilczy zawsze kracze, że autobusu nie będzie i proszę - wykrakał wreszcie... W ogromnym tłoku dojechaliśmy do dworca (bo w końcu przyjechał ten parszywy autobus...) i poszliśmy na starówkę, podziwiając po drodze widoczny z daleka stojący w porcie żaglowiec rejowo-cośtam. Oczywiście Wilczy od razu zaczął gdzieś zbaczać i musiałam go pilnować, żeby mi nie uciekał na boki. Opierał się, ale dałam radę...:) Skręciliśmy w Ulicę Rycerską (zajazdy rycerskie tam były) i ujrzeliśmy tłum. Pierwsza reakcja była: uciekajmy stąd!...
- To chyba nie jest kolejka do Pałacu?...

Pałac Wielkich Mistrzów
Coś jak nasz Zamek Królewski czy Wawel. Kiedyś siedziba Wielkich Mistrzów zakonnych, teraz potężne muzeum. Zniszczony podczas wojny, odbudowany przez Włochów, robi wrażenie.


Na szczęście nie - to były tylko wycieczki oglądające po kolei różne zajazdy i herby. Przecisnęliśmy się przez nie, poczekaliśmy w kolejce do kasy (bilety po 6 €), co z tym zakazem fotografowania?... A! Jest tabliczka głosząca, że zdjęcia robić można, proszę bardzo, byle bez statywu. Też sprytne podejście, wiadomo, że na dłuższym czasie wychodzą lepiej niż z lampą, ale w sumie można i z ręki zrobić ;-p Uzbrojeni w aparat wmaszerowaliśmy do środka. I zaczęliśmy obchodzić sale po kolei... Piękne mozaiki na podłogach, ułożone z otoczaków - przywiezione z Kos co do jednej!... Ogołocili to Kos, słowo daję. Przepiękne świeczniki. Fajne krzesełka. I niektóre sklepienia. Ale generalnie Włosi, odbudowujący pałac, nadali mu cechy socrealizmu, więc właściwie czułam się jak u siebie w domu...;-p
Na parterze - wystawa skorup i inne muzealne sytuacje. Potem drugie muzeum. Uff, dość tych skorup już!...
Ogród pałacowy niestety zamknięty, poszliśmy zatem Ulicą Rycerską w dół i usiedliśmy w najbliższej knajpce na frappe. Bo było blisko. Ale od początku nam się nie spodobało... Brudny od spodu stolik, kelner uciekł, zanim złożyłam do końca zamówienie, skutkiem czego zamiast frappe z lodami dostaliśmy samą frappe. Wyszliśmy zdegustowani i nie zostawiliśmy napiwku. Zapewne pomyślał sobie o nas parę ciepłych słów, zupełnie jak my o nim...:)
Potem wybraliśmy się popatrzeć na port i odkryliśmy tam dwie rzeczy.
Po pierwsze - świeżo wyklute kocięta, niektóre jeszcze ślepe, w skałach nadmorskich, strasznie spanikowane i przerażone.
Po drugie - polski żaglowiec ANTICA, zakotwiczony nieopodal. Ahoj, tam na łajbie!... A...choj was to obchodzi:)
Na jedzonko poszliśmy do babci z fast-fooda na Nowym Rynku na pitę i piwo. Ptaszek nadal był niewidoczny.
Kolejnym punktem wycieczki była Mount Smith, postanowiliśmy pooglądać kamulce oraz Rodos z góry. Szliśmy i szliśmy, dzielnicami mieszkalnymi Rodos, nieraz ulicami, bo na chodnikach zaparkowane stały auta. Odkryliśmy pod jednym kwartałem kamienic wykopaliska - domy postawiono na słupach, a pod nimi normalnie walały się kamulce prehistoryczne oraz na przykład fragment zabytkowej posadzki z kolorowych kafelków... Wreszcie dotarliśmy na górę. No owszem - stadion, amfiteatr i trzy ocalałe kolumienki. Wiało tam na górze nieźle, zastanawiałam się nad solidnością tych kolumienek, wyglądały, jakby lada moment miały się przewrócić, nawet miałam przygotowany aparat, żeby w razie czego móc uwiecznić to wydarzenie, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Ale w sumie kto wie, stało to tyle lat, ten kamień już zmurszał, a wiatry tam naprawdę wieją porządne...:)
Powoli zaczęliśmy wracać, rzecz jasna inną drogą, bardziej po zachodniej, wietrznej stronie. W połowie drogi zaczepił nas Francuz, pokazał palcem tam, skąd schodziliśmy i spytał:
- What is this?
Konsternacja. O co mu właściwie chodzi?... Chciałam wyciągnąć mapę i pokazać mu na mapie, że tam amfiteatr jest i inne takie przyjemności, na co on odpowiedział, że on nie chce mapy, widział mapę, on chce wiedzieć, what is this. Hmmmm... jassssne... Nie dogadaliśmy się niestety :)
Wróciliśmy na starówkę, ostatnie piwko w knajpie z szalonym, wygłupiającym się kelnerem i powrót do hotelu. I na zakupy... Od sklepu do sklepu, oliwa, wino, gifty, wiadomo, do domu nie można wrócić z pustymi rękami...
Wróciliśmy do hotelu, pakujemy się.
- O rany, gdzie mi się to wszystko zmieści... - zaczęłam narzekać. Wilczy na to:
- O rany, chyba o czymś zapomniałem, mam mnóstwo wolnego miejsca!...
No tak. I gdzie tu sprawiedliwość, grzecznie się pytam?...
Poszliśmy na kolację. Okazało się, że jest już bliżej 23 i część knajp u nas na wsi już się pozamykała. Koniec sezonu, koniec dnia. W końcu wybraliśmy jedną, jak zamówiłam Amstelka, kelner niemal się na mnie obraził i powiedział mi, że Amstel to kiepski sikacz, Mythos jest lepszy. Wrrr... co komu do mojego smaku???... Na szczęście jedzenie było smaczne i dużo. Za dużo :) Wyszliśmy o 24, jak zamykali...
Ostatni rzut oka na tablicę - nic się nie zmieniło, wyjazd z hotelu o 7.30. Kończymy pakowanie, idziemy spać.

Niedziela, 9 października, Rodos - Kraków

To była raczej koszmarna noc, ciągle się budziłam i wydawało mi się, że zaspaliśmy. Jak wreszcie zadzwoniły o 6 budziki, pomyślałam, że wcale się nie wyspałam. 6 rano, jak się jedzie na wakacje, to środek dnia. Ale jak się z nich wraca to środek nocy...
Śniadanie. Wracają 3 pary. Zdążyliśmy pożegnać się z morzem. Autobus przyjechał PRAWIE punktualnie, zupełnie nie jak w Grecji. Na lotnisku - kolejki do różnych służb, prześwietlanie bagażu: siedzi sobie pani przed monitorkiem i gapi się na te wszystkie przemycane flaszki i brudne gacie. Strasznie nudne zajęcie :) Odprawa bagażowa, schodkami na górę, sprawdzanie bagażu (oczywiście zapiszczałam komórką), odprawa paszportowa. Dostaliśmy różowe boarding card i czekamy... Usiedliśmy sobie gdziebądź i zaczęliśmy spekulować - ile tym razem spóźni się samolot?... Ostatnie zakupy w sklepie i niespodzianka: Centralwings przyleciał o czasie. Nici z darmowej kawy i herbatki...:) Startujemy punktualnie. Gate numer 2, zapraszamy. Wszyscy stanęli w kolejce, a my usiedliśmy na fotelikach i poczekaliśmy, aż ten cały tłum się przewali, podeszliśmy do gate bez kolejki. Jesteśmy inni. W autobusie, jadącym do samolotu, niestety Polacy - banda debili, zaczęli oblewać się wodą z butelek, drzeć się i rechotać. Przykre jest to, że wracamy do kraju pełnego dzikich zwierząt. Zaokrętowanie, mamy miejsca przy oknie po prawej stronie, tuż za skrzydłem. Kawa 5 zł, kanapki - 10 zł. Wracamy do domu...
Robię zdjęcia z nakręconym filtrem polaryzacyjnym. Wychodzą interesujące, jak rozszczepione światło, kolorowe. Na lotnisku w Krakowie mówię do Wilczego:
- To teraz jeszcze paszporciki do kontroli...
Widzę, jak Wilczy blednie. I zaczyna macać się po kieszeniach. Wychodzimy z kolejki do odprawy paszportowej. Atmosfera gęstnieje. Wydaje mi się to nieprawdopodobne, ale jednak: paszport Wilczego został w samolocie...
Stawiamy na nogi obsługę techniczną lotniska, ktoś jedzie do sprzątanego samolotu po ten jego paszport, ja przechodzę, zbieram bagaże na kupkę po jednym, patrzymy na siebie przez te bramki, ja już w kraju, on w zawieszeniu, zostajemy sami: on tam, ja tu. Na szczęście nikt nam nie zabrania rozmawiać, dzieli nas tylko ta cholerna bramka. Wreszcie przyjeżdża gazik z paszportem Wilczego, ja myślę, że mają nas już w bazie danych: tych państwa nie obsługujemy...:) Wilczy przechodzi przez bramkę, idziemy do autobusu. Wygląd ma skruszony, to prawda, ale nie dam się zwieść, wiadomo, że jest w stanie niejeden numer jeszcze odwalić...:)
Dzwonię do WRonXa, ściągam go na przystanek, ten, z którego tydzień temu odjeżdżaliśmy, witamy się radośnie i ruszamy w rejs po knajpach. Pecha kulinarnego mamy nadal, danie zamówione w restauracji gruzińskiej oczywiście trafia nie do nas, jesteśmy w Polsce, nie mamy się co dziwić... Jayin smsami podsyła rozkład jazdy PKP, dołącza do nas Ania w drodze na dworzec kolejowy, nie mam szans na kupno biletu, pcham się bez, kupuję potem u konduktorki i jadę do domu. Na peronie zostają Wilczy, WRonX, Ania... Głowa pełna wspomnień, plecak pełen skarbów. Ja chcę jeszcze!...

***
Specjalnie dla Blond Wiedźmy, czyli korektorki mojej nadwornej, która walczyła ze mną w kwestii przecinków i innych strasznych językowych sytuacji, uruchamiam komentator. Żeby mogła się wyżyć, sadystka jedna :-)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Rodos: http://www.rodos.gr/
Rodos turystycznie: http://rodos.com/
Rodos po polsku: http://rodos.pl/
Tu kupiliśmy wycieczkę: http://www.travelplanet.pl/
A potem okazało się, że jedziemy z Orbisem: http://www.orbistravel.pl/
Lecieliśmy Centralwingsem: http://centralwings.pl/
Aquarium w Rodos: http://www.hcmr.gr/
Socratous Garden - knajpka na starówce w Rodos: http://www.socratousgarden.gr/
Byliśmy też na Symi: http://www.symi.gr/en/main.php
Mastiha: http://www.mastiha-rd.gr/
Mastihashop: http://mastihashop.com/
Rhodosinfo - The sunniest website on the net [wersja PL :-)]: http://www.rhodosinfo.com/pl/

psyche