Rejs Pogorią dookoła Półwyspu Iberyjskiego, 20.10. - 4.11.2006 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Lizbona --> Kadyks
Kadyks --> Malaga
Malaga --> Santa Eularia del Riu (Ibiza)
Santa Eularia del Riu --> Barcelona
Barcelona
  Film z Pogorii zrobiony przez Woodza (*.wmv, 120 MB)


Kosztorys
Pogoria: 2630 zł
Samolot WAW-LIS: 530 zł
Samolot BCN-KRK: 235 zł
Uciechy portowe: 350 euro na dwoje

Piątek, 20.10., Warszawa - Lizbona

Na Okęcie docieramy około 19, objuczeni trzema plecakami i workiem żeglarskim. Niepewnie rozglądamy się po hali odlotów, Wilczy zwraca uwagę na grupkę osób, z których jedna ma koszulkę z wizerunkiem Pogorii.
- To nasi - mówi prawie pewnie. Moje bardzo niepewne "Yyyy..." zupełnie go nie zniechęca, podchodzimy zatem i witamy się ogólnie z grupką ludzi stojącą dookoła bagaży. Miał rację, skubany - trafiliśmy bez pudła :-)
Kontrola paszportowa (którą Kasia F. przeszła z telefonem komórkowym przy uchu i tak jej zostało niemal do wejścia na pokład samolotu), rzut okiem na sklepy za bramką (ciągle jeszcze są synonimem tańszych i bardziej luksusowych zakupów), toaleta (jednak nie tak luksusowa, jakiej możnaby się spodziewać). Stoję przed toaletą i czekam na Wilczego, podchodzi do mnie jakiś obcy, bardzo duży jegomość i zaczyna nawijać po rosyjsku. Strachliwa specjalnie nie jestem, zainteresowana też nie, więc leniwie spojrzałam na faceta pytająco. Po czym w odpowiedzi na jego pytania wyjaśniłam, że ja generalnie, proszę pana, to mówię po polsku, w końcu jestem w Polsce, nie? Taki tekst zwykle działa na natrętów, jednak nie na tego. Przeszedł na angielski i zaczął mnie wypytywać, czy na kogoś czekam.
- Ależ jasne, na mojego boyfrienda - oznajmiłam z radosnym uśmiechem i z pewnym zniecierpliwieniem odwróciłam się w stronę drzwi do męskiego kibla. No Wilczy, gdzie ty jesteś, dlaczego mnie tu jakieś góry mięsa zaczepiają, ratunku!...
Zmaterializował się obok Rysiu, zaraz potem pojawił się Wilczy i góra mięsa zaniechała kolejnego pytania o boyfrienda, widocznie uznał, że dwóch mi wystarczy, i się zmył.
- No nareszcie - wymamrotałam z pretensją w przestrzeń.
Lecieliśmy Centralwingsem. Pamiętni naszych poprzednich doświadczeń z nimi uznaliśmy, że i tak się spóźnią, i tak, nie ma się co spieszyć. O dziwo samolot wystartował z niewielkim, kilkunastominutowym opóźnieniem. Wilczy jak zwykle lotniczo odkrył:
- Tym samym samolotem lecieliśmy do Egiptu i z powrotem!... I z Dublina do Łodzi też :-)
Aha. Cudownie, nieprawdaż? ;-p
W samolocie dopadła nas głupawka, czyli dowcipy lotnicze. Okazało się, że siedzimy w przedostatnim rzędzie, za nami Woodz i Gniady, obok nas Kasia F., a dalej Rysiek. Woodz starał się robić zdjęcia, po jednym, niewątpliwie najfajniejszym, sfotografowana pani stewardesa powiedziała do niego chłodnym tonem:
- A teraz skasuje pan to zdjęcie i nigdy więcej tego nie zrobi.
Woodz skasował. Pani widocznie bardzo chroniła swój wizerunek.
- A miałbym taką pamiątkę!... - westchnął Woodz filozoficznie nad skasowanym zdjęciem. I na znak protestu zrobił następne zdjęcie, już bez pani stewardesy.
Na pytanie Maliny: "Gdzie jesteśmy?" pani odpowiedziała wielce rezolutnie: "W samolocie!...". Aha. W życiu bym na to nie wpadła, no!...
- A z tym pilotem to już lecieliśmy - mówi odkrywczo Wilczy. - To ten, co stwierdził, że pogoda w Warszawie jest... odpowiednia do lądowania!...
Pół godziny po północy czasu lokalnego (czyli godzinę wcześniej niż w Polsce) wylądowaliśmy w Lizbonie, wytaszczyliśmy się przed lotnisko, sprawdziliśmy listę obecności i zapakowaliśmy się do autokaru, gdzie Kapitan poinformował nas, kto gdzie śpi i z kim jest w wachcie oraz do której łazienki przynależy. Wylądowałam w ósemce, a Wilczy w kubryku przejściowym. Natychmiast sprawdziliśmy na planie Pogorii, gdzie to jest...:-) Zaraz potem dowiedzieliśmy się, że:

  • trzeba oszczędzać wodę,
  • "nic, co nie przeszło przez zęby, z wyjątkiem papieru toaletowego, nie ma prawa wylądować w sedesie", bo się zapycha,
  • Pogoria jest samowystarczalna, to znaczy na przykład ma agregat prądotwórczy,
  • pobudka jest o 7, o 7.30 jest śniadanie, a o 8 apel, obecność obowiązkowa,
  • na apelu sobie wyjaśnimy resztę.

Załoga Pogorii w wersji skróconej, czyli udział wzięli:

Kapitan: Adam Busz

III wachta:
  • Magda (oficer wachty) - "Magda, Magda, czemuś nas nie posłuchała..." ;-)
  • psyche - no, wiadomo: rude to wredne...;-)
  • Wilczy - prawdziwy wilk szuwarowo-bagienny ;-)
  • Woodz - "Gdy pierwszy raz w morze trza było mi wyjść"...
  • Rysiek - częstował nas na przykład gumą... do żucia :)
  • Kasia - pani nauczycielka, na szczęście bez odruchów belfra ;-)
  • Ania - powinniśmy skakać, jak ona zagra... - pani artystyczna :)
  • Asia - miłośniczka gór :)
  • Piotr - "bez sensu!..." - oraz miłośnik Asi :)
  • Kuba - nasz prywatny kosmita :-)
  • Maciek (starszy wachty) - człowiek-widmo (nie pomnę, skąd to się wzięło :)

    Reszta, niezwiązana z III wachtą, aczkolwiek też istotna: Malina, Gniady, Lowelas, Kasia F., Marecki, Silvii, Krzysiek, Hans (choć krótko) i oficerowie: Kaczor, Jasiu, Bart.
    Udział wzięła także załoga stała, czyli kuk Mirek, mechanik Marcyś i bosman Sieniu.
    Oczywiście byli też inni...;-) W końcu załoga liczyła sobie 40 osób bez oficerów i załogi stałej. Ale wybaczcie, imion nie pomnę... :-)

    W ósemce byłam pierwsza, wybrałam dolną koję na prawej burcie, na samym końcu kajuty. Potem okazało się, że to był generalnie bardzo głupi pomysł, albowiem szliśmy głównie prawym halsem, zatem permanentnie z koi wypadałam, a do fartucha miałam średnie zaufanie, tym bardziej, że nie można go było łatwo zdemontować, bo był przywiązywany. W tej chwili jednak była 3 w nocy i było mi wszystko jedno, zatem sprawdziłam tylko, gdzie jest Wilczy, Woodz i Rysiek, zlokalizowałam łazienkę i poszłam spać.

    Sobota - niedziela, 21-22.10., Lizbona, czyli trudne początki III wachty

    Po pobudce (oznajmianej dzwonkiem, który przestałam słyszeć gdzieś tak po 5 dniach i nie słyszałam go już do końca rejsu) i śniadanku przyszedł czas na apel. Podniesienie bandery i przemowa, co się właściwie dzieje i co będziemy robić. Generalnie będziemy się uczyć jachtu. No świetnie.
    Obszarem działania III wachty miało być śródokręcie, a konkretniej mówiąc: grotmaszt i sznurki w jego okolicach. Wiatr był słaby, zatem na próbę postawiliśmy grota, przebrasowaliśmy reje, a potem jeszcze na nie wleźliśmy. A dokładnie rzecz biorąc na reję drugą i zwisając stamtąd, oglądaliśmy świat. Lęku wysokości nie mam, generalnie dawało radę, najgorszym momentem było przejście z want na reję, szczególnie, że linka, na której należało stanąć, była mało stabilna i wymagało to silnych rąk oraz uwagi. Ale ponoć trening czyni mistrza... (tylko że więcej już na reje nie wlazłam...:). Jednak ganianie po rejach w porcie to zupełnie co innego niż na pełnym, szalejącym morzu, podczas silnego wiatru i sporych przechyłów...

    Lisbon story
    Po obiedzie przyszedł czas na Lizbonę. Niestety, na krótko, bo okazało się, że o 16 rozpoczynamy wachtę kambuzową, do której obowiązków należy także pilnowanie trapu. I tak już zostało do końca rejsu: co postój w porcie, to III wachta ma kambuz... :-( Na szczęście jednak jakoś potrafiliśmy się dogadać i mimo obowiązków dało radę coś zobaczyć :-)
    Cumowaliśmy tuż obok mostku dla pieszych. Mostek dość często bywał obracany, żeby większe jednostki mogły pod nim przepłynąć bez łamania masztu, a w trakcie obracania dzwonił przeraźliwie. W pierwszych chwilach naszego pobytu na Pogorii myśleliśmy, że to jakiś alarm (na statku alarmy były ogłaszane właśnie dzwonkiem), dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy odróżniać dźwięk mostku od dźwięków Pogorii.
    Aby nie tracić czasu, przeszliśmy przez mostek do miasta i poszliśmy w stronę centrum. I zaczęliśmy chłonąć miasto... Oczywiście Wilczy niemal natychmiast zaczyna zachwycać się tramwajami i mierzyć rozstaw szyn (tak, jest węższy niż w Łodzi!...), skręcamy w boczne uliczki, odwiedzamy sklepik z napojami, docieramy do Elevador da Bica, czyli kolejki szynowej jadącej po stromym zboczu... Akurat jedzie wagonik, ustawiam się do zdjęć, gęba mi się śmieje, motorniczy też się uśmiecha, a przejeżdżając obok, woła do mnie:
    - Hola!
    Nim zdążę mu odpowiedzieć, już jest niżej, macham tylko ręką i złoszczę się, bo właśnie skończyło mi się miejsce na karcie. Jak zwykle w niewłaściwym momencie!...

    Lizbona - trochę historii
    Obszar dzisiejszej Lizbony zamieszkany był co najmniej od czasów rzymskich. W VIII wieku miasto zostało zajęte przez Maurów z Afryki północnej i nazwane Lishubną. W 1147 roku została zdobyta przez krzyżowca i pierwszego władcę Portugalii, Alfonsa I Zdobywcę (Dom Alfonso Henriques). W okresie wielkich odkryć geograficznych (XV-XVII wiek) z Lizbony, a ściślej z jej portu Belém, wyruszyło wiele wypraw morskich, które przyczyniły się do rozwoju królestwa i jego stolicy. 26 stycznia 1531 roku miasto zostało dotknięte przez trzęsienie ziemi, w którym zginęły tysiące jego mieszkańców. W dzień Wszystkich Świętych 1 listopada 1755 r. miało miejsce kolejne potężne trzęsienie ziemi (9 stopni w skali Richtera), które pochłonęło ok. 50 000 ofiar i praktycznie zrujnowało Lizbonę. Przetrwały jedynie zabudowania dzielnic Alfamy i Belém. Z inicjatywy ministra króla José I, markiza Pombala, miasto zostało odbudowane.

    Lizbona leży na wzgórkach, wszystko tu jest krzywe, uliczki są wąskie i faktycznie wszędzie za oknami wisi pranie :-) Chodniki wyłożone są kolorową kostką we wzorki, domy obłożone kafelkami (azulejos), z których - jak się okazuje - można ułożyć całe obrazy :-) Ktoś twierdzi, że dzięki temu łatwiej je myć, tylko kto myje budynki od zewnątrz?...
    Wracamy na wachtę trapową, Wilczy twierdzi, że strasznie marudziłam, że się spóźnimy, ale on ma skłonności do przesady ;-p
    Po kolacji wyruszamy znów do miasta w składzie: psyche, Wilczy, Woodz, Rysiek, Kuba, Maciek. Życie nocne przed nami!...:-) Musimy iść naokoło, bo nasz mostek już jest otwarty na noc, zatem okrążamy cały basen portowy, straszy mnie pies (na szczęście na łańcuchu), docieramy do przystanku tramwajowego i rozpoczynamy oczekiwanie na transport. Na przystanku zamontowany jest wyświetlacz, informujący, za ile minut przyjedzie tramwaj, świetny wynalazek, nawet nie kłamie. Podjeżdża tramwaj, średnio zatłoczony, wsiada do niego jedna osoba, motorniczy zamyka drzwi i odjeżdża. Zostajemy ze zbaraniałymi minami na przystanku. O co chodzi?...
    Postanawiamy do następnego tramwaju wepchnąć się siłą, jednak nie ma takiej potrzeby na szczęście - wsiadamy bez problemu i zaczyna się szopka pod tytułem: kupujemy bilety w automacie. Aha.
    Automaty w tramwaju są dwa, obstawiamy jeden i prowadzeni przez menu usiłujemy dokonać transakcji. Najpierw trzeba przełączyć język na ludzki (znaczy angielski), potem okazuje się, że automat sprzedaje po jednej sztuce i nie da się kupić siedmiu biletów naraz, każdy więc przechodzi całą operację od początku. Mniej więcej przystanek przed końcem naszej trasy udaje się wreszcie wszystkim nabyć bilet, zabawa jest przednia (jak zęby - copyright by Ania), wysiadamy na Praça do Comércio i idziemy deptakiem Rua Augusta, podziwiając otoczenie. Sklepy się zamykają, jest już po 21, ale na deptaku pełno ludzi. Dochodzimy do Elevador da Santa Justa, wieży z windą w środku, oczywiście korzystamy z niej natychmiast. Winda jest cudowna, bardzo stara, ma pełno zdobień i miękkie kanapy w środku. I obsługę :-) Wjeżdżamy na górę absolutnie ażurowym i wspaniale oświetlonym szybem, dalej wchodzi się po schodach, na szczycie jest kafejka i fantastyczny widok na okolicę, bez znaczenia, że już patrzymy na Lizbonę nocą - i tak jest pięknie. Oglądamy jeszcze mechanizm windy, to są takie fajne, wielkie koła i inne dziwne rzeczy, kręcą się i wyglądają imponująco :-)
    Tak naprawdę dojechaliśmy na wyższy poziom miasta, wychodzimy zatem na placyk z kawiarenką i zamawiamy piwko. Wyłamuje się Kuba, który upiera się przy soku grejpfrutowym. Pani kelnerka niekoniecznie rozumie, o co mu chodzi, po dłuższych negocjacjach umawiają się zatem na wymieszany sok z pomarańczy i cytryny :-)
    Tradycyjnie zwiedzam toaletę - stan bardziej grecki niż chorwacki, czystością nie grzeszy, ale zadziwia mnie... miękka deska!... Autentycznie deska wyłożona jest skóropodobnym obiciem, jak jakiś fotel...:-)
    Znów wychodzi na to, że bardziej opłaca się zostać alkoholikiem: za 0,25 l piwa płacimy 0,75 €, za tyleż soku: 2,5 €...:-)
    Wracamy do wieży, bo zegarki mówią, że zaraz będzie zamknięta, a mamy przecież bilety do zjazdu na dół. Jeszcze spacer okolicznymi uliczkami i wracamy do tramwaju.
    W tramwaju nie ma okien. To znaczy można sobie wystawić rękę i machać nią za oknem i jest fajnie...:-) Tym razem bilety kupujemy u kumpla motorniczego i cieszymy się jak dzieci, kasując je w kasownikach, które po prostu ucinają rożek kartonika.
    Na Pogorii, na rufie - imprezka integracyjna, na którą jednak nie bardzo mam już siłę, a że rano trzeba podać wszystkim śniadanie, padam do koi i zasypiam natychmiast. Czuję tylko, że mam zapalenie spojówek, ale mam nadzieję, że jutro uda się trafić na jakąś czynną aptekę, gdzie pokażę oko i dostanę kropelki... o, jakże się mylę!...:-)

    Ta ostatnia niedziela...
    Po śniadaniu, sprzątnięciu jachtu (łącznie z umyciem toalet, zejściówek i generalnie całości pod pokładem) urywamy się na miasto. Oczywiście korzystamy z tramwaju (pierwszy się nie zatrzymuje wcale, drugi nas już zabiera), jedziemy do Alfamy, wchodzimy między uliczki i idziemy pod górę, do Castelo de Sâo Jorge. Krótkie wahanie przed kasą, jednak się decydujemy i nie żałujemy - "archetyp zamku średniowiecznego" jest naprawdę świetny: mury, baszty, dziedzińce, kolumienki i łukowate przejścia, armaty natychmiast obsadzone przez panów i ławeczki. Wilczy zanotował: "Mury, murki, portale, fontanny, ławki, przejścia, schodki - masa tego. W bramie gość, który gra na flecie, na nogach ma dzwonki, a pod nogami głuchego kota, ktory śpi na forsie (dosłownie).". Wieje silny wiatr, zastanawiamy się, co się będzie działo na morzu - wszak dziś wieczorem wypływamy. Chwilami coś pada, ale udajemy, że nie zauważamy, z nadzieją, że jak zignorujemy deszcz, to deszcz zignoruje nas. O słodka naiwności!...
    Wychodzimy z zamku i wchodzimy w uliczki Alfamy. Klimat starej Lizbony czuje się każdym brukowym kamieniem. Pamiętając film "Lisbon story" Wima Wendersa, wsłuchujemy się w dźwięki miasta: ktoś gdzieś coś woła, bawią się jakieś dzieci, słychać dzwonek tramwaju. Miejski szum, ale jednak inny niż w Warszawie czy w Łodzi. Może sprawiają to widoki rozwieszonego prania albo rozlewiska Tagu, rzeki, nad którą leży Lizbona, a której drugiego brzegu nie widać. Ile razy jest w tym miejscu szersza od Wisły?...
    Docieramy na podwórko z filmu, idąc dalej trafiamy na ruiny z kolorowym graffiti. Maciek i Rysiek nas opuszczają, wędrujemy dalej z Woodzem. Chodzimy po Alfamie w kółko, panowie z nosami w mapie, zamiast chłonąć widoki. Jest szaro i ponuro, zbiera się znów na deszcz, mamy ochotę na jakąś przekąskę, siadamy więc przy stoliku w ogródku jakiejś bardzo miejscowej knajpki. Zamawiamy oliwki, wino i coś do jedzenia, nagle z małego deszczyku robi się ogromna ulewa, zbieramy w popłochu talerze i kieliszki z winem i chronimy się w środku - na szczęście jest jeszcze wolny stolik. Pogoda zniechęca do opuszczania knajpki. Nad barem wisi tabliczka z zakazem palenia, co jednak nikomu w paleniu nie przeszkadza, na barze stoją popielniczki, a knajpka jest lekko zadymiona. Czas nas goni, zatem wychodzimy na deszcz i idziemy do tramwaju, po drodze zahaczając o sklep (wino trzeba kupić :), w którym pytamy o czynną aptekę. Jest niedziela, wszystko pozamykane, pan w sklepie nie rozumie nas, a my nie rozumiemy jego... Znajdujemy aptekę, zamkniętą, pluję sobie w brodę, że nie pomyślałam o tym wczoraj. Nie dość, że "Krwawe morze", to jeszcze łzawiące oczy... W potokach deszczu wracamy na Pogorię, po drodze oblewa nas jeszcze piękną fontanną samochód i teraz już jesteśmy całkiem mokrzy. Chlupocze mi w butach. Robię się niebezpiecznie wściekła...

    Niedziela - środa, 22-25.10., Lizbona - Kadyks, czyli "wykręcał trzewia Neptun nam"

    Już znikają główki portu...
    O 18.00, z pilotem na pokładzie, oddajemy cumy. Rejs się rozpoczął!
    Ruszamy z pozycji 38°71'258"N, 9°13'827"W. Oczywiście mamy nawigacyjną. Niby wszyscy na pokładzie, ale każdy się tylko rozgląda i przygląda, a służbę ktoś pełnić musi. Wiadomo - dzielna III wachta :-) W nawigacyjnej na nasłuchu siedzi Wilczy, reszta towarzystwa zdecydowanie woli świeże powietrze i otwartą przestrzeń. Jak wiadomo, na chorobę morską najlepiej pomaga położenie się pod rozłożystym, zielonym dębem... ale z braku laku dobry i pokład :-) Przepłynęliśmy pod ażurowym mostem Ponte 25 de Abril (od spodu widać samochody!...), nie podnosząc głów, żeby nam się do oczu syf z kół nie nasypał :-) Płyniemy Tagiem, niby rzeka, ale jednak nieźle buja. Wiatr: 4-6, stan morza: 4, temperatura: 18°C. O 20.00 zdajemy wachtę, ale zostajemy jeszcze na pokładzie - na początku rejsu schodzenie pod pokład nie jest zbyt rozsądne...;-) Lada moment okazuje się, że dobrze zrobiliśmy, bo o 21.00 podrywa nas alarm do żagli. Pokład zalewa światło Broadwayu (czyli wielkich i silnych lamp umieszczonych na grotmaszcie), ciemność dookoła się pogłębia, już jesteśmy na morzu (a właściwie na Oceanie Atlantyckim) i właśnie zmieniliśmy kurs na 160°. Płyniemy na południe. A co robi wiatr? ("Wieje!...") Ano wiatr nie ma zamiaru nas rozpieszczać i wieje nam prosto w mordę. Stawiamy grota, grotsztaksla, foksztaksla i kliwra, motając się przy linach makabrycznie, pierwszy raz w przechyle i podczas bujania, pierwszy raz siłując się z linami i wybierając je jak najmocniej. Na polecenia wykrzykiwane przez bosmana reagujemy nerwowym rozglądaniem się i zastanawianiem, o który kawałek sznurka mu chodzi?... Jednak po 45 minutach wszystko jest jak trzeba, a my wisimy na zawietrznej, konwersując z Neptunem o dzisiejszej obiadokolacji. Neptunowi chyba smakowało (brawa dla kuka ;-), bo żądał więcej i więcej, a niektórzy to chyba wykupili sobie abonament na okupowanie burty...;-) Tymczasem ja ewakuowałam się do koi, bo wszak następna wachta o nieludzkiej porze: 4-8 rano.

    O Pogorii słów kilka
    Pogoria to trzymasztowa barkentyna o powierzchni żagli 1050 m2, długości 47 m, szerokości 8 m, zanurzeniu 3,6 m. Jest żaglowcem szkolnym, co objawia się istnieniem na pokładzie pomieszczenia zwanego klasą, gdzie podczas rejsu odbywały się zajęcia, głównie polegające na konsumowaniu zawartości szafek załogi, oraz zajęcia śpiewu i gry na gitarze. Jakkolwiek strojącej, byle grającej :-) A śpiewać każdy może, to też zostało podczas rejsu udowodnione (starałam się nie śpiewać zbyt głośno, naprawdę się starałam...;-p).
    Pogorię zbudowano w 1980 roku, zaraz potem opłynęła Przylądek Horn i generalnie owiana była tajemnicą. W kuluarach szeptano o luksusach na jej pokładzie, o złotych klamkach i koniach (nie złotych, żywych) mieszkających pod pokładem, szał ciał i uprzęży, tymczasem jest wykończona z elegancją lat 70-80 :-) No chyba że te złote klamki podczas poprzednich rejsów odpadły albo zostały odpadnięte ;-p
    Fokmaszt jest masztem rejowym, co oznacza, że podczas rejsu dość często się po nim wędruje w górę i w dół bez windy. Wysokość najwyższej rei to wysokość 10-piętrowego bloku, tylko że widok z balkonu na 10 piętrze przeciętnego wieżowca jest chyba trochę inny?...:-) Za to z pewnością bardziej stabilny!

    Wsunęłam się w śpiworek i spróbowałam jakoś ułożyć. W nogach miałam koc i plecak, obok szafkę z kapokiem, z drugiej strony stała szafa. Przechył głównie na lewą burtę powodował, że bez zapierania się i kombinowania mogłam sturlać się z koi na podłogę, zahaczając po drodze o tę szafę. Nie bardzo mi się ta perspektywa podobała, spróbowałam zatem przybrać jakąś pozycję mało turlającą się. Przypomniałam sobie nabyte podczas Masters of Rock doświadczenia spania na 40-stopniowym spadku i dołkach, ale nie pomogły, tam spadek był przynajmniej stały, tutaj z każdym ułamkiem sekundy poziom koi się zmieniał. Bujało. Rzucało. Zaczęłam mamrotać inwektywy pod nosem, uderzyłam się kolanem w szafkę na kapok, łokciem w burtę i znów mnie rzuciło w stronę podłogi. Zdesperowana położyłam się na plecach i spróbowałam zająć koję po przekątnej. Na chwilę dało radę, a potem znów mną rzuciło, tym razem o burtę...
    Zmęczenie i choroba morska wzięły górę, udało się zapaść w drzemkę, z której co chwila byłam wyrywana gwałtownym przemieszczeniem się mojego kadłubka w którymś kierunku. No najbardziej bałam się tej podłogi...:)

    Już nie wrócę na morze, nigdy więcej, o nie!...
    Poniedziałek. Nie wiem, kiedy zasnęłam naprawdę, nagle jednak okazało się, że jest 03.40 i za chwilę mamy wachtę. Pobudka, znaczy. Szybka toaleta, wbijam się w polarek, związuję włosy, zakładam czapkę i nadal mokry sztormiak. I kalosze. Potem szelki, masa żelastwa, rękawiczki, przez śpiący statek wędruję do zejściówki oficerskiej i na pokład.
    Ewentualne gwiazdy nie robią na mnie żadnego wrażenia. Generalnie nie jest dobrze, Neptun nie daje za wygraną, przy pierwszej lepszej okazji przysysam się do zawietrznej burty i zostaję tam jakiś czas, podziwiając widoki. Nie pytajcie, jakie widoki można podziwiać o 4 nad ranem na morzu, kiedy żołądek wywraca się na lewą stronę...;-p Do przechyłów, chlapiących fal i atrakcji żołądkowych dochodzi deszcz. Woda z góry, woda z boku, woda z dołu... AAAA!... Kto, do cholery, wymyślił ten rejs?!? Może ja, co?!?... Niech mnie ktoś stąd zabierze pod ten zielony dąb, błagam!...
    Ale nie ma lekko. Staję na oku, na nawietrznej co prawda, rzyga się na tę drugą stronę - zawietrzną, ale w razie potrzeby nie będę miała czasu na bieganie po pokładzie. Przypięta szelkami opieram się szlachetną częścią mojego ciała o nagielbank tuż przy nadbudówce nawigacyjnej. Wieje 4-6, stan morza 3, błędnik wariuje, chociaż bujanie niby nie jest duże. Temperatura: 16°C. Okutana maksymalnie, tylko oczy i usta wystają spod kapturka, stoję i staram się gapić w ciemność za burtą. Do obowiązków oka należy meldowanie o każdej zaistniałej sytuacji, jaką się zauważy. W nocy głównie o światełkach, bo w falach nic nie widać i ewentualne bojki mają szansę zostać przez nas stratowane, człowiek za burtą ma szansę zostać niezauważony, a przemytnik kokainy rozjechany. Oczywiście przypadkowo :-) No dobra, przemytnika kokainy powinien teoretycznie wyłapać radar...;-)

    "Lord Nelson dobrze poznał choroby morskiej smak.
    Wymyślił na nią sposób, jego sekret zdradzę wam:
    Choremu żeglarzowi zawsze pomoc trzeba nieść,
    Więc jeśli jesteś chory, to usiądź w cieniu drzew."

    Z repertuaru zespołu Cztery Refy

    Smętne rozmyślanie o tym, że mam serdecznie dość wszelkich rejsów na resztę życia, przerywa mi dłuuuugi dzwonek, czyli... alarm do żagli. No tak. Zbliżyliśmy się do brzegu, którego ja nie widzę, bo stoję ze złej strony statku. Czas na zwrot, musimy skręcić, bo po lądzie niekoniecznie da się pływać... Do zwrotu poderwana zostaje śpiąca załoga, mamy żagle na dwóch masztach, trzeba wielu rąk, żeby je przełożyć na drugą burtę. Połowa załogi jest chora, druga połowa słaba, ale nie ma wyjścia, robimy zwrot przez rufę, dostawiamy bomkliwra, dolnego i górnego marsla i jedziemy dalej - teraz prosto w ocean: kurs ze 140° zmienia się na 320°. Siadam sobie na ławeczce przy nawigacyjnej, przypinam szelkami i dogorywam. Niekoniecznie jestem w stanie robić cokolwiek - Neptun dał mi popalić, jest środek nocy, ciągle buja, pada, chlapie, mam całą twarz słoną i nie mogę się położyć spać. Masakra!... I to na własne życzenie...
    Godzinę ósmą witam jak zbawienie, na szczęście dziś nie ma apelu, schodzę na dół wąską i stromą zejściówką, podłoga ucieka mi spod stóp, obijam się o korytarz między mesami, po drodze mam damską toaletę, Neptun pcha mnie do niej ogromną siłą, dość mam już tej choroby morskiej... Zmywam sól z twarzy, przechodzę przez mesę, aha, kończy się śniadanie. Mój żołądek gwałtownie protestuje przeciwko wszelkim śniadaniom świata. Rozbieram się z mokrego sztormiaka, właśnie zaczynamy wachtę bosmańską, nie powiem głośno, co o niej myślałam - o ile w ogóle byłam w stanie wówczas coś pomyśleć :-) Pakuję się do koi, przywiązuję fartuch - może jednak ochroni mnie przed wylądowaniem na podłodze. Zasypiam natychmiast. Przechyły przestają mieć znaczenie.
    Budzę się na obiad, jakie to szczęście, że nie my mamy teraz kambuz, siadam przy stole. Talerze stoją na podkładce antypoślizgowej, kubki leżą oparte o inne elementy wystroju stołu. Podają zupę, nalewam sobie odrobinkę, pachnie może i zachęcająco, ale mój żołądek nadal pamięta ostatnią noc. Po skonsumowaniu czterech łyżek stołowych zupy jestem absolutnie przekonana, że się najadłam i bardzo dziękuję za drugie danie. Patrzę z niedowierzaniem na Wilczego, który wsuwa drugie danie, jakby mu je miał ktoś odebrać. Niemniej jednak nie ma tłumu w mesie, inni chorują tak samo jak ja, niektórzy wspomagają się jakimiś dziwnymi lekami (aviomarin podobno usypia, a na chorobę morską nie nadaje się wcale). Ja wracam do koi. W kajucie czuć stęchliznę, z braku miejsca większość naszych rzeczy wisi na sobie i nie mają jak wyschnąć, spodnie skąpane jeszcze w Lizbonie niedługo nabawią się skrzeli i odpłyną w siną dal, wchłaniając plankton, plastikowy sztormiak jest tak samo mokry, jak go zakładam na wieczorną wachtę, jak był, kiedy go zdejmowałam rano. Ciągły przytłumiony warkot agregatu działa usypiająco, ale fale walące co jakiś czas wściekle w burty wybudzają. Bosman nam odpuścił, zresztą nie wiem, jakiej siły musiałby użyć, żeby zmusić mnie do jakichkolwiek działań w takim stanie.
    Kolacji konsumuję jakieś 10%, więc wyraźnie wracam do zdrowia. Zaraz po kolacji mamy znów wachtę nawigacyjną. Nadal mi słabo, chociaż żołądek jakby się uspokoił. W ciągu dnia wchłonęłam chyba ze 4 sucharki, to jednak rewelacyjna metoda na mdłości (odkryta przypadkiem podczas mojego pierwszego rejsu morskiego), cała reszta pożywienia - nawet jak ma zapach - jest pozbawiona smaku, a sucharki są całkiem ok.
    - Mam już dość tego rzygania - skarżę się Wilczemu. - Uważam, że już mi powinno przejść, mija przecież już doba.
    Wilczy nie odpowiada, tylko patrzy na mnie współczującym wzrokiem.
    - Łatwo ci tak patrzeć - marudzę z wyrzutem. - Ty nie chorujesz.
    - Ale też mi było już słabo w tej nawigacyjnej - mówi solidarnie. Akurat ;-p
    Wychodzimy na pokład w pełnym rynsztunku, czyli sztormiaczki, kalosze, czapeczka i szelki. Widzę dostawione dwa górne żagle rejowe: bram i bombram oraz bezana. Mimo tego płyniemy wolniej niż rano: raptem 3 węzły. Wieje trójeczka, stan morza: 1, temperatura: 19°C. I co?...
    - Alarm do żagli, alarm do żagli, nie obowiązuje wachty kambuzowej... - mówią głośniki głosem Kapitana.
    Oczywiście wachtę zaczynamy od zwrotu!... Zwrot trwa chyba z godzinę, komendy podaje Kapitan przez głośniki, lokalnie - przy masztach - pilnują właściwego wykonania prac oficerowie i bosman.
    - Lewa burta będzie wybierać brasy. Lewa burta to jest ta, gdzie mnie nie ma - oznajmia Jasiek.
    - No i jeszcze raz!... Wybierajcie!... Mocniej!... Co jest, chłopaki, siły nie macie? Pomóżcie im, jeszcze jeden do pompowania brasów!... Prawa burta luzuje, ale spokojnie, lewa wybiera, jeszcze raz, nie tak - do siebie i w dół!... No, jeszcze raz i dość!... Obkładamy!
    Ufff. Kto mógł, ocierał pot z czoła, takie ciągnięcie liny potrafi nieźle rozgrzać, tym bardziej jeśli ma się na sobie kilka warstw. Niby jest ciepło, ale to zależy od okoliczności: podczas pracy te polarki to naprawdę przesada, podczas sterczenia na oku - przydałby się jeszcze jeden, bo wiatr pozorny potrafi nieźle dać w kość...

    Lęk na morzu ma zupełnie inny wymiar niż na lądzie - ma w sobie więcej szacunku i pokory wobec natury i wszechświata niż zwykłego strachu. Kazimierz Robak ">>Pogorią<< na koniec świata"

    Osiągamy kurs 300, wiatr jeszcze bardziej słabnie, pokład się wyludnia, zostają tylko ci, których jeszcze męczy Neptun, i my. W nawigacyjnej, na nasłuchu radiowym, twardo Wilczy i Kuba, ja obejmuję zawietrzne oko, tak zupełnie na wszelki wypadek, chociaż odruch wymiotny już mnie powoli opuszcza. Stoję i usiłuję nie zasnąć. Dookoła ciemno, jaśnieją tylko grzywki fal, jedynymi dźwiękami są szum morza i wiatru, ewentualnie łopot żagli - dźwięk, którego nie chce się słyszeć, bo może oznaczać znów zwrot... albo jakieś inne prace przy żaglach. Byle nie dziś!...
    Nagle wydaje mi się, że ktoś rozmawia na pokładzie, bliżej dziobu. Przecież tam nikogo nie powinno być!... Rozglądam się, czuję się jak przebudzona z drzemki, nikogo nie ma, na drugiej burcie jest tylko drugie oko. Wydawało mi się.
    Teraz widzę coś w wodzie. Mrugam oczami, nie ma tego. Wpatruję się w tamto miejsce intensywnie, znów czuję, że odpływam. Och, położyć się choć na chwilkę na stabilnym łóżku!...
    Światło!...
    Nie. Wydawało mi się.
    Ciągle jakieś zwidy, majaki, chwile odpływania i przebudzenia, zasypianie na stojąco, nawet z otwartymi oczami. W końcu ktoś przychodzi:
    - Zmienić cię? - pyta bardzo niechętnie.
    - Jeśli możesz, to ja z przyjemnością zejdę z oka... - odpowiadam z wdzięcznością. Teoretycznie zmiany powinny następować co pół godziny, ale bywa z tym różnie, szczególnie jeśli wykonuje się manewry i właściwie nie wiadomo, kiedy minęło to pół godziny. A w nocy szklanek się nie wybija, korzystamy więc z zegarków, żeby sprawdzić, że minęły już całe 4 minuty od ostatniego sprawdzania godziny...
    Nagle znów zauważam światło w wodzie, tym razem nie są to majaki - to meduzy!... Nieprawdopodobnie wielkie, świecące meduzy unoszą się w wodzie tuż koło naszych burt. Są ogromne, mają chyba ponad 30 cm średnicy i ewidentnie świecą - widać dokładnie całe ich ciała. Nie mam siły iść po aparat fotograficzny, zresztą w tych ciemnościach i falującej wodzie ciężko byłoby zrobić fajne zdjęcie, przyglądam się więc im tylko zachłannie i wypatruję następnych.
    - A podobno chciałaś zejść z oka? ;-)
    Ocean nocą świeci. Na falach bardzo wyraźnie widać małe iskierki, które początkowo powodują gwałtowne mruganie oczami i niedowierzanie. Coś mi się zrobiło z oczami? Od czego to światło? Skąd się bierze?...
    O północy schodzimy z wachty, zostawiając za sobą 119 przepłyniętych mil i wiatr oczywiście w mordę. Nawigację przekazujemy IV wachcie i padamy do koi. Jest szansa na jakieś 7 godzin snu, chyba że wymyślą alarm do żagli...

    ...poznałem więc morza smak...
    Wtorek. Dzwonek na pobudkę jest krótki, ale świdrujący. 7 rano, trzeba wstać, o 8 zaczynamy znów nawigacyjną, szybkie śniadanie, pytania: "Jak tam na górze?", odpowiedzi: "Spokojnie, prawie nie wieje", wychodzimy na pokład. Zapalenie spojówek przerodziło się w wielką czerwoną plamę w prawym oku, na szczęście pod powieką, więc nie straszę. Lokuję się na oku, buja względnie, stan morza 1, wiatr SW 4, 18°C. Ściągamy żagle rejowe, teraz płyniemy tylko na grocie, grotsztakslu, foksztakslu, kliwrze i bomkliwrze. Załączamy silnik. Prędkość osiągamy do 6,5 węzła, temperatura powolutku rośnie, czasami zza chmur pojawia się słońce. Wszyscy jesteśmy zmęczeni wymaganiami Neptuna, ale światło dzienne i przebywanie na pokładzie ma na nas zbawienny wpływ. Zdajemy wachtę o 12.00 zupełnie z siebie zadowoleni, lada moment będzie obiad, powoli robi się całkiem normalnie :-)
    Po obiedzie słyszymy przez głośniki Kapitana:
    - Uwaga, alarm przylądkowy, nie obowiązuje nikogo :-)
    Na takie dictum wynosi nas na pokład. Oczywiście w sztormiakach i szelkach, wszak nadal buja i chlapie. Po lewej burcie widać ląd!... Jakieś szare skały z latarnią morską, ciągle jeszcze Portugalia. To Cabo de Sao Vicente, zwany Przylądkiem Ciepłych Gaci :-) Albowiem kiedy z Atlantyku wpływa się w obszar Morza Śródziemnego, ściąga się ciepłe gacie...:) Jak mieliśmy się przekonać - to tylko częściowa prawda... Tymczasem pierwszy ląd od wypłynięcia z Lizbony, oglądany na trzeźwo i we w miarę dobrych nastrojach, wzbudził ogólny entuzjazm i szał fotograficzny.
    - Zrób mi zdjęcie - słychać było zewsząd, każdy się pchał do burty z aparatem albo filmował zamieszanie na pokładzie. No przylądek jak przylądek...:)
    Malina wybiega na pokład w samej koszulce rejsowej, bez żadnego sztormiaka, i gromkim głosem domaga się zdjęcia, wyrywając napotkanym przypadkowym osobom aparaty. Przy okutanej w kurtkę Sylwii wygląda interesująco :) Niestety, słońce postanowiło nas nie zaszczycać swoją obecnością, niebo zaścielają deszczowe chmury i generalnie jest szaroburo. IV wachta ściąga żagle, I później znów stawia, III, pozostająca ciągle na pokładzie, pomaga. Po kolacji, podczas której pilnujemy kubków przed przechyłami, udajemy się na drzemkę, bo od północy znów mamy nawigacyjną...

    Każdemu powiem: "Mam już morza dość"
    Środa. Budzą nas przed północą, bardzo niechętnie wypełza się z ciepłej koi i wędruje na pokład. Czuję się cała poobijana, podczas prysznica przyuważyłam przepiękne, kolorowe siniaki na całym ciele, ale ten na lewym kolanie spokojnie może startować w konkurencji Siniaka Roku 2006. Co ciekawe, nie boli jakoś specjalnie, chociaż wielkość, kształt i kolor ma imponujące...:-)
    Kurs: 100, kierujemy się do Kadyksu. Wiatr S o sile 6, stan morza 2, temperatura 21°C - ciepło, jak na północ. Zupełnie przyzwoita noc, mdłości już nie męczą nikogo, teraz co najwyżej chce się spać. Ze zmartwieniem zauważam, że pękają mi spodnie od sztormiaka w kroku. Ok, plastik is fantastik, ja wiem, że zbyt wiele od nich wymagać nie można, ale to dopiero początek rejsu!...:) Jedziemy na grocie, grotsztakslu, foksztakslu, kliwrze i obydwu marslach. Trochę po 03.00 zrzucamy kliwra. To znaczy chcielibyśmy go zrzucić, ale okazuje się, że... ktoś odwrotnie zaknagował lewy szot i nie jesteśmy w stanie go odknagować!... Całą dostępną wachtą rzucamy się na dziób. Kilka osób usiłuje naciągnąć szot od strony żagla, reszta trzyma szot za knagą, żeby wiatr nam go nie wyrwał, jak już zluzujemy... Wiatr szarpie sztormiakami, dziób unosi się i opada, warunki nie są zbyt łagodne, szot nadal na knadze, napieramy, ciągle za słabo, chwila przerwy i od nowa, jeszcze raz, jeszcze raz!... Spoceni, widzimy tylko plecy poprzednika, znów odpoczynek, dookoła ciemne, wzburzone morze, za chwilę próbujemy jeszcze raz, kalosze ślizgają się po pokładzie, zapieramy się o różne elementy pokładu, o relingi, o co się da, mocniej, mocniej, wreszcie jest, udało się!... Teraz ostrożnie, żeby wiatr nie wyrwał nam żagla z rąk, rękawice wrzynają się w palce, kliwer w dół, wiatr szarpie żagiel, jajo (czyli blok szotowy) zaczyna się miotać po okolicy i walić raz po raz w reling, kliwer powoli zjeżdża w dół, szot wyrywa nam się z rąk, jajo wali, wiatr dmie, hałas, żywioł, podłoga ucieka spod stóp, wreszcie jest już po wszystkim, klarujemy żagiel, mocujemy liny, ufff!... To było bardzo ciężkie pół godziny wachty...
    O 04.00 Jasiek pyta Kasię:
    - Kasiu, nie walnęłabyś szklaneczki?...
    Konsternacja. Chwila zamyślenia. No bo jak to, tak przed śniadaniem?!?...
    W końcu każdy załapuje, zaczynamy się śmiać i Kasia idzie do dzwonu wybić czwartą szklankę. Trochę nietypowo, po cichutku, wszak nadal jest noc, a właściwie w nocy się nie wybija szklanek. Wachta dobiega końca, czekamy jeszcze tylko na sakramentalne: "Wachcie III dziękujemy" i wracamy do koi.

    Wybijanie szklanek
    Wybijanie szklanek to stary zwyczaj odmierzania czasu za pomocą dzwonu okrętowego. Wzięło się to stąd, że kiedyś na okrętach do mierzenia czasu używano klepsydry, w której przesypywanie piasku trwało pół godziny. Wachtowy co pół godziny musiał zatem odwrócić klepsydrę, a marynarz uderzał wówczas w dzwon okrętowy, sygnalizując przemijający czas wachty. Każda pełna godzina to podwójne uderzenie, każda połówka - pojedyncze. I tak po pierwszej półgodzinie uderza się raz, po godzinie - dwa razy, po półtorej - dwa razy i raz (godzina i pół) itd. Maksymalnie może być 8 uderzeń (4 podwójne), bo 4 godziny trwa wachta. Nazwa "szklanka" pochodzi od szklanego zbiorniczka klepsydry.

    Dzwonka na pobudkę już nie słyszę - do końca rejsu wyeliminowałam go ze swojego życiorysu. Budzę się, bo dziewczyny zaczynają się krzątać. Aha, zaraz będzie śniadanie, trzeba wstać...
    Po śniadaniu apel, Kapitan ma nadzieję, że przestaniemy wreszcie chorować i opowiada o Kadyksie, gdzie zamierzamy dziś zawinąć. Potem tradycyjnie pyta, czy załoga stała i oficerowie chcą coś dodać. Zamiast nich zgłasza się Malina:
    - Ja chciałam zapytać, czy ktoś nie widział mojego polarka, granatowy z napisem "Żagle", jakby ktoś znalazł, to ja na niego czekam!...
    Pogoda nie jest zbyt zachęcająca, coś jakby od czasu do czasu pada, chmury nad nami nie dają za wygraną. Wiatr jest nadal dość silny, od 6 w górę, miotają nami porządne przechyły, szczerbią się talerze i szklanki, podobno nietłukące. Bulaje w mesie, normalnie będące oknem na świat, teraz co chwila stają się oknami łodzi podwodnej.
    - A wcale bym się nie zdziwił, jakby tu teraz podpłynęła taka rybka i noskiem w tę szybkę tak puk, puk, puk... - powiedział Piotrek podczas porannej kawy i nagle wszyscy zaczęli intensywnie wpatrywać się w bulaje w oczekiwaniu na ową rybkę. Nie przypłynęła jednak żadna, co za niefart!...
    - Co tam się działo w nocy na pokładzie? - pyta ktoś z I wachty. - Waliło i waliło w pokład, hałasowaliście strasznie!... Spać się nie dało!...
    Tia... Nie komentujemy.
    Okazuje się, że jedna z toalet w damskiej łazience jest zatkana. No tak, a mówili, że trzeba długo spłukiwać, że są wąskie rury i łatwo o zatkanie... Niestety, w tej chwili mamy do dyspozycji tylko jeden kibelek, w dodatku nieszczelny. Co za pech!...
    Spędzamy czas pod pokładem, częstując się nawzajem a to czekoladką, a to gumą do żucia, a to czymkolwiek innym.
    - Chcecie gumę? - pyta Rysiek, wyjmując jakieś szeleszczące opakowanie pełne ogromnych zielonkawych kul.
    - Ale wielka!... - ekscytuję się i natychmiast wyciągam rękę. Spróbować przecież trzeba, nie? Guma jest w sumie niezła, dość twarda i gumowa, ale jej wielkość wcale się nie zmniejsza, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że zaraz całkiem mnie zaklei. Może o to chodziło?...:-)
    - A wiecie, że my dziś przejmujemy wachtę kambuzową? - pyta nagle ktoś złowieszczym tonem.
    - No tak, akurat na postój w Kadyksie...
    - Znów w porcie? To niesprawiedliwe!...
    - Właśnie, trzymanie trapu, a gdzie jakieś atrakcje portowe? Tawerny, dziewczynki...
    - Alkohol...
    - Czekolada...
    - Owoce...
    - Właśnie, trzeba zapasy uzupełnić!...
    - Koniecznie!... Sklepów, sklepów!...
    - Sklepów ze sztormiaczkami...
    - Z jedzeniem i piciem!...
    Aha. Jeszcze nie dopłynęliśmy, a już mamy mnóstwo planów :-)

    "W górę raz, hej! ciągnąć tam,
    Wieczorem urżniemy się w Bristol Town.
    Przez całą dobę robota trwa, a jak!
    Nie masz sił, to spływaj!"

    Jerzy Ozaist

    Tuż przed naszą wachtą (którą tym razem zaczynaliśmy o 12.00) rozlega się alarm do żagli. Oczywiście nieobowiązujący obecnej wachty kambuzowej!... Chociaż jesteśmy nadwachtą (czyli przejmujemy służbę po obecnej wachcie nawigacyjnej) i nie mamy obowiązku wychodzić na pokład, wychodzimy jednak już w pełnym rynsztunku, ściągamy dwa marsle i obejmujemy stanowiska. Do Kadyksu mamy ze dwie godziny drogi, może trzy, wieje ósemka, stan morza 4, mówi się o sztormie. III wachta wyszła na pokład, to od razu mocniej wieje!... Służba w ciągu dnia jednak, mimo mocnych przechyłów, silnego wiatru i fal wdzierających się na pokład oraz piany latającej w powietrzu, jest bardziej przyjazna. Widać innych ludzi, można się do nich przysiąść. Kto może, chowa się za nadbudówkę nawigacyjnej, ona trochę chroni przed wiatrem i falami.
    Dziób Pogorii to wznosi się, to opada, raz celuje w niebo, raz w głębiny. Siadam na pokładzie za sternikiem, ruchy mam trochę ograniczone gumą sztormiaka, wyplątuję się z wąsów, żeby się przypiąć do camela (stelaż przy kole sterowym), przychodzi porządny przechył, zjeżdżam z dużą prędkością na Woodza i razem jedziemy dalej, w stronę burty, na Ryśka. Zatrzymujemy się na nim szczęśliwie, Piotrek komentuje:
    - Może byś się tak przypięła, co?
    - Nie zdążyłam - odpowiadam skruszona, czując, że rozdarcie spodni od sztormiaka nie jest już tylko rozdarciem...
    Faktycznie - lewa nogawka wyrywa się na wolność, dziura w kroku jest niczym w porównaniu z tym, że za chwilę będę miała sztormiak w postaci bardzo krótkich spodenek... Pal sześć sztormiak, nie szkoda mi go wcale, ale nie uśmiecha mi się chodzenie w mokrych dżinsach!...
    Im bliżej portu tym większy ruch, oczy co chwila meldują o kolejnych dostrzeżonych statkach. Trochę po 14.00 ściągamy żagle i dalej jedziemy na silniku, godzinę później cumujemy w Kadyksie.

    Środa - niedziela, 25-29.10., Kadyks - Malaga, czyli "Chociaż łajbą zakołysze sztorm"

    Po klarze obejmujemy wachtę kambuzową i trapową i z zazdrością patrzymy, jak inni wychodzą do miasta... Ustalamy jednak dyżury i urywamy się na trochę rozejrzeć po okolicy.

    Kilka słów o Kadyksie
    Kadyks jest najstarszym miastem w Hiszpanii. Wedle obliczeń miejscowych taksówkarzy liczy sobie 3017 lat ;-) Leży na półwyspie oddzielającym odnogę Zatoki Kadyksu od Oceanu Atlantyckiego. W przeszłości miasto stanowiło kolonię handlową, która była portem eksportującym miedź i cynę. W XVI wieku miało swój złoty okres. W 1812 roku w Kadyksie została odczytana publicznie liberalna konstytucja. Tak więc Kadyks można uznać za kolebkę hiszpańskiej demokracji, często wcześniejszej niż w wielu innych krajach Europy.

    Port jest tuż przy Starym Mieście, do najważniejszych atrakcji turystycznych mamy blisko. Najpierw trafiamy jednak do apteki - czynnej!... Podchodzę do lady i olewając jakąkolwiek konwersację w jakimkolwiek języku, pokazuję panu za ladą moje śliczne czerwone oko. Pan się uśmiecha i mówi łamanym angielskim, żebym spadała, bo i tak mi nic nie sprzeda, to się samo zagoi i w ogóle nic nie trzeba z tym robić.
    - Jak to? - pytam z niedowierzaniem. - Ja chcę krople na zapalenie spojówek!...
    - To trzeba było mu tego oka nie pokazywać... - mówi rezolutnie Wilczy. - Bo teraz to on nie wie, że miałaś zapalenie spojówek, teraz to masz pęknięte naczynko w oku...
    - No wiem, że to nie to samo, ale miałam nadzieję na jakiekolwiek kropelki...
    - Dziwny jakiś, swoją drogą - nie chciał zarobić?
    - No właśnie, przecież kupiłabym wszystko, co by sprzedał...
    Wychodzimy z apteki z kwitkiem i idziemy dalej. Głównym punktem miasta wydaje się plac przed katedrą - prędzej czy później każdy tam trafia. Docieramy tam i my, skręcamy za katedrą w kierunku morza, wieje bardzo silny wiatr, który wybija nam z głów spacery, wchodzimy w jedno śliczne podwóreczko i wtedy zaczyna lać. Nie padać, tylko lać - strugi deszczu lecą z nieba na wyścigi. Cieszymy się, że jednak stoimy pod dachem, ale zaczyna nam się nudzić. Obserwowanie spadającej wody nie jest tym, co nas specjalnie fascynuje, czekamy niecierpliwie na przerwę w deszczu, żeby jednak gdzieś się jeszcze przejść, wreszcie deszcz łagodnieje, wracamy do katedry, odpuszczamy zwiedzanie (5 €) i wędrujemy dalej. Sklepy pozamykane, dopiero minęła 17.00, jeszcze jest to czas sjesty, na zakupy zapraszamy po 19.00...;-) Martwi mnie to trochę, albowiem liczyłam na jakiś sklep żeglarski albo przynajmniej sportowy z nieprzemakalnymi spodniami. Muszę przecież czymś podmienić mój sztormiakowy plastikowy szajs...
    Póki co wracamy na Pogorię, kolacja generalnie została potraktowana bardzo luźno, załoga dorwała się do stałego lądu i opanowała nadmorskie tawerny i nikomu się nie chce wracać na pokład. Zastanawiamy się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem, spotykamy się w mesie, potem przenosimy się z gitarą (i winem) do klasy, pojawiają się nawet ze dwa śpiewniki, ale jednak ciągnie nas do miasta. Uciechy portowe czekają!...
    Całą wachtą (plus Jasiek) wędrujemy wąskimi uliczkami w poszukiwaniu odpowiedniej tawerny. Dochodzi 22, miasto żyje i baluje, sklepy pootwierane, knajpy powychodziły na ulice, kolorowo, ciepło i nie pada - sama radość! Sadowimy się w miniaturowej knajpce na pięterku, gdzie wnosimy dostępne jeszcze stołki - knajpka fajna, ale ledwo się mieścimy ;-) Pod winko płyną morskie opowieści nie tylko o Pogorii w wykonaniu Magdy, Jaśka i Maćka. Winko jest ok, ale generalnie ciasno tu i gorąco, a w dodatku obawiamy się, że zlecimy prosto na bar, wynosimy się więc i szwendamy uliczkami dalej. Po drodze Magda z Jaśkiem nie mogą dojść do porozumienia w kwestii kolejnej knajpki i w rezultacie lądujemy w typowej lokalnej tawernie na piwku.
    - Jestem z was zadowolona i stawiam piwo - mówi Magda. Wszyscy czujemy się podbudowani i nikt nie protestuje :-) Fajnie mieć takiego oficera...
    Pogoda jednak nas prześladuje i znów z nieba zaczyna lecieć woda, przenosimy się więc pod dach, zamawiamy kolejne piwko, zwiedzamy toalety (dla bardzo szczupłych osób, naprawdę bardzo...). W knajpce jest telewizor, jakiś dziadek ogląda film, nie protestuje, kiedy mu podbieramy krzesełka od stolika, jest całkowicie przyjaźnie nastawiony. Właściciel przed 24.00 zamyka drzwi na klucz i zaczyna sprzątać, to wiadomy znak: państwu już dziękujemy. No dobra, zbieramy się i wychodzimy na deszcz.
    - Prawie nie pada - mówi Woodz.
    - Taaaa, przestaje - wtóruje mu ktoś.
    No, faktycznie, teraz tylko pada, nie leje. Na szczęście na statek mamy blisko, kolejny napad deszczu przeczekujemy pod wiatami przystanku autobusowego, ale przecież nie będziemy tak stać całą noc!... Ruszamy - jedni biegiem, inni, opatuleni w kapturki, swobodnym krokiem, inni nie przejmując się kompletnie mokrymi szczątkami doczesnymi ("Przecież nie jestem z cukru!...") krokiem zwykłym, acz lekko przyspieszonym.
    Na Pogorii imprezka w klasie trwa. Dołączamy się, bo przecież bez nas to żadna imprezka :) Pojawiają się kolejne butelki/kartoniki z winem, jest gitara, kilka śpiewników krążących po zgromadzeniu, każdy ma własny typ:
    - Zagrajcie to!...
    - Ale ja tego nie znam.
    - A co? O, to ja mogę zagrać, ale niech ktoś inny śpiewa...
    - Dajcie mu tę gitarę!...
    - Ale dajcie ten śpiewnik!...
    - Masz wino...
    - A jest jakaś wolna szklanka?
    - Wszystkie są szybkie.
    - Co ty z tą szklanką, z gwinta pij!...
    Gitara przechodzi z rąk do rąk, gra Malina, Krzysiek, Woodz, Wilczy... Śpiewniki też krążą, w ślad za nimi krążą butelki. Pojawia się czekolada, która dość szybko niknie w gardzielach. Integrują się głównie wachty I i III, ale są też szczątkowi przedstawiciele wachty IV :-)
    Malina pokazuje swoje oko - jest prawie tak czerwone jak moje, pokazuję więc swoje dla porównania. Zgromadzeni mówią jednomyślnie: łaaaał!...
    - Byłam w aptece - zwierzam się konfidencjonalnie.
    - Naprawdę? Ja też!... Ale nic mi nie sprzedali - mówi Malina.
    - Mi też nie sprzedali. A w której byłaś?
    - Zaraz tu obok, jak się idzie pod katedrę...
    - Obawiam się, że byłam w tej samej...
    - Farmaceuta musiał mieć niezły ubaw ;-)
    Koło 02.00 zmywamy się do koi pospać w warunkach w miarę stabilnych.

    ...nie wiem jak wy, ja w miasto zaszywam się...
    Czwartek. Śniadanie nie wzbudza entuzjazmu, chociaż załoga powoli jednak się schodzi. Bardzo powoli, tylko że my musimy potem jeszcze posprzątać jacht, zanim wyruszymy w miasto. Na apelu Kapitan mówi, że wypływamy o 23.00, cudownie, mamy jeszcze cały dzień na włóczęgę po Kadyksie. Malina tradycyjnie pyta o swój polarek :-) Robimy szybki klar, kwestia obiadu jest pomijana wzgardliwym milczeniem, ustalamy dyżury na trapie i lecimy w miasto. Twardo postanawiam znaleźć nieprzemakalne spodnie (kretynka, nic innego...). Włóczymy się po uliczkach starego miasta, skręcamy w stronę morza, kolejny deszczyk przeczekujemy pod jakimś daszkiem, na szczęście szybko przechodzi. Woodz, nauczony doświadczeniem, wędruje w kaloszkach. My tachamy ze sobą kurtki przeciwdeszczowe. Wędrujemy dookoła Kadyksu bulwarem nadmorskim. Miasto, położone na cyplu, nie jest duże, więc dajemy radę :-) Pytamy w sklepach prawie-sportowych o nieprzemakalne spodnie, o sklepy żeglarskie, po angielsku, w łamanym hiszpańskim, wszędzie jednak sprzedawcy patrzą na nas jak na małe zielone ludziki i nawet nie wiadomo, czy chcą pomóc, czy nie, bo bezmierne niezrozumienie maluje się na ich twarzach. W końcu daję za wygraną, najwyraźniej tutaj nie mają pojęcia o sztormiakach ani o żeglowaniu, tylko w takim razie skąd mają tyle łódek? I co, w dżinsach na nie wsiadają?... Niepojęte!...
    Mijamy Punta Candelaria, wychodzi słoneczko i wreszcie można zrobić jakieś fajne zdjęcia. Kierujemy się do Parque Genovés, bo podobno mieszkają tam papugi i faktycznie - w zieleni palm i innych drzew coś potwornie się drze, jak już zaczynamy rozróżniać jedną zieleń od drugiej, okazuje się, że drą się tam małe, zielone papugi. Pod całą tą zielenią siedzą sobie leniwie koty. Pewnie czyhają na upadłą papugę...;-)
    Park jest niewielki, ale ślicznie urządzony i zadbany. Przycięte fantazyjnie krzewy fascynują Wilczego, błotniste alejki trochę zniechęcają do wędrowania opłotkami, więc zostajemy przy głównej alejce, ale tu też jest zabawnie. Na drugim końcu parku natykamy się na Kaczora fotografującego jakiś pomnik, natychmiast zaczynam go małpować, dalej już wędrujemy we czwórkę.
    Ze szkoły wysypuje się młodzież.
    - O rany - mówi Wilczy - kompletnie nie myślałem o tym, że przecież jest rok szkolny!...
    - No właśnie, dla nas wakacje, a to przecież październik...
    - I nawet nie niedziela...
    - Jakoś tak dziwnie się czuję :-)
    - Szczeniaki mają przerwę na papieroska...
    Pod szkołą pełno skuterków i grupek młodzieży, ledwo się przeciskamy. Idziemy dalej uliczkami w stronę katedry, mijamy całkiem ładne budynki teatru i muzeum, wchodzimy do sklepików, jak uliczkami przejeżdża samochód - jest tak wąsko, że we wnętrzu budynku czujemy się pewniej :-) Pochłaniamy winogrona - są pyszne, słodkie i lepkie, kompletnie niemyte, ale rewelacyjne. Bardzo żałuję, że nie kupiłam ich więcej na jacht, potem do końca rejsu mieliśmy potworny niedobór owoców, a już żadne miasto nas tak nie rozpieszczało otwartymi sklepami jak Kadyks.
    W końcu wracamy na Pogorię, teraz nasza kolej na trap, dzielimy się tą przyjemnością i ja - zostawiając chłopaków na trapie - idę pod prysznic. Tym razem w porcie, zupełnie spokojnie można się wykąpać, bez żadnych stresów i przechyłów.
    Kwestia brania prysznica na jachcie nie jest prosta. Po pierwsze, trzeba oszczędzać wodę. Moczysz ciało, odcinasz pobór wody, namydlasz, spłukujesz. Do tego momentu łatwe, nie? No więc spróbuj to zrobić, kiedy statek idzie w przechyle i to niejednostajnym, bo miotają nim fale, wiatr i generalnie w każdej sekundzie masz podłogę ustawioną pod innym kątem, czasem jest to spora różnica... Ponadto woda również wtedy leci w różnych kierunkach. Ze ścian wystają elementy, o które można sobie rozwalić kawałek siebie: kran, mocowanie prysznica. Podłoga pod prysznicem jest oczywiście śliska, a w dodatku stoisz po kostki w wodzie, bo odpływ znajduje się po nawietrznej... czyli wręcz przeciwnie do kierunku przechyłu :-) No i, rzecz jasna, rzuca tobą o ścianki kabiny prysznicowej... Zabawnie? ;-) Tylko do momentu, kiedy nie puści któraś ścianka kabiny albo nie wpadniesz na coś wyjątkowo twardego/ostro zakończonego...
    Żeby było jeszcze śmieszniej, toaleta damska była dokładnie naprzeciwko kajuty bosmana (wejście z korytarzyka między mesami), a w dodatku była wieloosobowa, czyli naga hasająca po niej dziewoja nie miała szansy na intymność, bo ciągle ktoś do toalety wchodził/wychodził. Cudownie! ;-)
    Załoga zmniejsza się o Hansa, który na początku rejsu pechowo się potłukł i teraz postanowił wrócić do domu. Hans odjeżdża taksówką, my stoimy na pokładzie i machamy mu na pożegnanie, jakoś tak szkoda... Teraz I wachta jest mniejsza.
    O 16.00 zdajemy kambuz II wachcie i urywamy się na miasto. W międzyczasie podniósł się poziom wody i trap sterczy teraz wysoko nad nabrzeżem, stoimy blisko i nie da się go umocować inaczej, zejście z jachtu wymaga więc skakania. Jest rozrywkowo :-) Przy okazji pęka jeden odbijacz...
    Woodz upiera się przy kąpieli w morzu, idziemy w okolice katedry i zaraz za nią skręcamy na nabrzeże. Jesteśmy po drugiej stronie cypla, nie jest tu daleko od morza do morza... Z lewej - plaża miejska, z prawej - miasteczko, przed nami wściekle bijące o skały fale i ostre słońce. Nas ciągnie w uliczki, Woodza na plażę, rozstajemy się, ale zatrzymujemy na nabrzeżu, żeby porobić zdjęcia falom wpadającym za falochron, na deptak. Niektóre fale są bardzo agresywne i wielkie, rzucają się na ludzi idących chodnikiem, ludzie uciekają ze śmiechem, ale jednak nie jest miło dostać solą po twarzy. Zaparkowane obok auta pokrywa gruby biały nalot. Ja też czuję już sól w zębach i na twarzy, mamy dość fal, idziemy w miasto.
    Na placu przed katedrą sprzedają wielkie lody za niewielkie pieniądze. Jedna kulka rewelacyjnych lodów odpowiada mniej więcej naszym polskim trzem kulkom. Świetny smak i roześmiany, rozgadany sprzedawca dopełniają uroku, wędrujemy z lodami przez miasto i rozglądamy się. Trafiamy na knajpkę z Maćkiem i Ryśkiem, kończącymi miks z owoców morza, przysiadamy się i zamawiamy paellę, typowe hiszpańskie danie, oczywiście z owocami morza. Paella jest bardzo smaczna, kalmarki, ośmiorniczki i krewetki są świeże i doskonale przyprawione, nie chce się wstawać i wychodzić, ale jednak zbieramy się szukać reszty załogi.
    Po drodze zahaczamy jeszcze o katedrę i jej wieżę, ale już jest za późno na zwiedzanie - plujemy sobie w brodę, przecież mogliśmy tam wleźć wcześniej, ale bardziej nas urzekły uliczki... Teraz możemy sobie wieżę conajwyżej pooglądać na obrazkach w folderze reklamowym :-)
    W rezultacie lądujemy wszyscy w knajpce pod katedrą, kelnerzy w białych garniturach, szał ciał i uprzęży, pełna kultura. Kilkanaście osób siada przy zsuniętych stolikach, lewa część zamawia jedzenie, prawa picie, wymieniamy sms-y z pozostałymi, informując ich, gdzie jesteśmy. Niestety, od 20.00 znów mamy wachtę nawigacyjną, czyli trzymamy trap (w porcie nawigacyjna obejmuje trap od 20.00 do 08.00). Po drodze na Pogorię zahaczamy o miejscowe Tesco, drobne zakupy w postaci taśmy klejącej (z nadzieją na sklejenie sztormiaczka...) i jakieś tam smakołyki.
    Taśma klejąca kompletnie ignoruje sztormiaczek, biorę więc igłę z nitką i zszywam gumowe płachty ze sobą. Zawsze to lepsze niż nic, chociaż mam wrażenie, że pierwszy lepszy gwałtowniejszy ruch i ze sztormiaka zostaną strzępki :-)
    O 23.30 zaczyna się alarm manewrowy - opuszczamy Kadyks!
    Wypływamy na silniku. Kurs 155, siła wiatru 4-5 SSE (znów w twarz!...), temperatura 20°C. Chwilę po opuszczeniu główek portu udajemy się na zasłużony wypoczynek :-)

    Ciężka robota tam szybko też przygięła mój sztywny kark
    Piątek. O 04.00 wychodzimy na pokład, na wachtę. Pogoria idzie równo, chociaż trochę buja, płyniemy w kierunku brzegu Afryki nadal na silniku, żadnych żagli, ciągle mamy wiatr w twarz. Nikogo nie obchodzi już bujanie, nikt nie rzuca się na zawietrzną, błędniki się wreszcie przyzwyczaiły. Kto może, śpi na ławeczce przy nadbudówce, panuje raczej spokój. O 06.10 zmieniamy kurs na 110 i przebrasowujemy reje. To właściwie cała nasza aktywność podczas tej wachty...
    O 08.00 schodzimy z wachty nawigacyjnej na śniadanie, po którym mamy wachtę bosmańską. Tym razem się nam nie upiecze: Sieniu wręcza Maćkowi trzy druciane szczotki, które ten natychmiast przekazuje dalej. Dziewczynom dostaje się papier ścierny do polerowania. Bosman tłumaczy, co należy z tym zrobić: będziemy skrobać framugi drzwi do kajut. Z niektórych miejsc bardzo poodłaziła już farba...
    Część załogi pracuje na pokładzie: trzeba go umyć, spłukać, wyczyścić.

    "Codziennie pokład zmywać
    Od soli i od kurzy,
    Mosiądze wyglansować,
    Mosiądze wyglansować
    W ciszy czy w czasie burzy."

    Z repertuaru zespołu EKT Gdynia

    Tymczasem Kapitan podrywa nas przez głośniki:
    - Uwaga! Mały alarm delfinowy, mały alarm delfinowy, nie obowiązuje nikogo. A mały, bo i mało delfinów...
    Załoga mimo to wylega na pokład. Delfiny delfinami, faktycznie skaczą sobie dookoła nas, ale jest ich tylko kilka i zaraz odpływają, natomiast po prawej burcie widać Afrykę! Zbliżamy się do Cieśniny Gibraltarskiej, w najwęższym miejscu między lądami jest tu raptem około 12 mil, no normalnie strasznie ciasno, jak my się tu zmieścimy?!? ;-) Widoczność jest niby dobra, ale jednak - płynąc tuż przy afrykańskim brzegu - Gibraltaru nie zdołamy zobaczyć.
    Dostajemy radiowy nakaz wejścia w TSS Gibraltar. To wytyczony korytarz między Europą a Afryką, niby nas nie obowiązuje ze względu na długość statku, ale kontrola ruchu jednak zaprasza nas na tę autostradę. Przez radio trwają negocjacje z Melillą i Ceutą (hiszpańskie enklawy na afrykańskim brzegu), będziemy się starali zahaczyć o Afrykę własnymi stopami. Tymczasem wieje 5-6 ENE, ciągle mamy pod górkę, ciągle płyniemy na silniku, zarefowany grot smętnie zwinięty na bomie. W pentrze hałasują talerze.
    - Czego tu taki hałas jest?...
    - Bo płyniemy zygzakiem!
    - A co, Malina jest za sterem?...;-)
    Podczas obiadu znów są spore przechyły, trzymamy talerze i kubki z kompotem, wdzięcznie nazywanym "moczem pawiana". Bulaje mesy co chwila znajdują się pod wodą. Woodz zapatrzony w okno zalewane wodą mówi:
    - Kurczę, czemu ta woda jest taka gorąca?!... O, cholera, szmata!...
    To, co poczuł na łokciu, to nie była woda, tylko zupa z talerza...;-)
    Ze względu na wiatr nie damy rady dopłynąć do Melilli - na silniku zajęłoby nam to zbyt wiele czasu, który już zaczyna nam się kurczyć. Próbujemy dogadać się z Ceutą, jest tuż-tuż.
    - A macie emergency albo technical problem? - pytają w Ceucie.
    - No nie...
    - No to sorry, nie mamy dla was miejsca w porcie!
    Aha.
    Koło 15.00 zatem oglądamy sobie Ceutę przez lornetki i aparaty fotograficzne z pełnego morza i zgodnie twierdzimy, że wygląda szalenie nieciekawie i w ogóle wcale nie chcieliśmy tam płynąć.
    Korzystając z chwili wolnego czasu, postanawiam - mimo przechyłów - skorzystać z prysznica. Właśnie jestem na etapie namydlania się, kiedy do łazienki wchodzi Gniady, rzuca okiem na mnie pod prysznicem i wycofuje się od razu, mamrocząc pod nosem:
    - Sprawdzam stan toalet...
    Yhm. No to chyba nie sprawdził, bo akurat była zajęta...;-)
    Kierujemy się w stronę Malagi. Wpływamy na Morze Śródziemne i niedługo potem podrywa nas alarm do żagli. Na te alarmy wychodzi zawsze ta sama ekipa, niektórzy zachowują się, jakby ich ten długi dzwonek nie dotyczył - ale jakoś sobie radzimy :-)
    - Panowie - mówi Bart. - Mamy problem. Stamtąd, gdzie teraz stoicie, nie da się sięgnąć tego szota!
    Stawiamy grota, grotsztaksla, foksztaksla i kliwra, odłączamy silnik. Wiatr się wzmaga, wieje już 7-8, stan morza 4-5.
    W oczekiwaniu na swoją wachtę spędzamy czas w kubryku przejściowym, to zupełnie fajne miejsce jest, nie dość, że przestronne, to jeszcze ze stolikiem.
    - Ktoś chce gumę? - pyta Rysiu, chętny jak zawsze do częstowania.
    - To jest ta wielka, zielonkawa? - pytam.
    - Ta sama...
    - To nie, dzięki, ona mi się do buzi nie mieści - odpowiadam, nie zastanawiając się nad skutkami wypowiedzi.
    - Co ci się do buzi nie mieści?!?...
    - No i co ja mam teraz powiedzieć?... Że guma Ryśka?...;-)
    Wychodzimy na pokład o 20.00. Dostawiamy dolnego marsla.
    - Kto chętny na reje? - pyta Magda.
    Zgłaszają się jak zwykle Piotrek i Woodz - naczelne rejołazy III wachty ;-)
    Dekuję się w nawigacyjnej, czas zobaczyć, o co tam biega. Trzeszczą dwie UKF-ki, każda nastawiona na inną częstotliwość. Radar się kręci i pokazuje różne śmieci, głównie duże fale, ale czasem obiekt pływający. C-map wydaje się być najbardziej interesującym obiektem: laptop z mapą cyfrową, sprzężony z GPS-em, pokazuje przebytą trasę i różne inne interesujące rzeczy - jak to mapa :-) Navtex wypluwa co jakiś czas informacje o pogodzie z zaprogramowanych stacji. Spisuję dane z barometru, GPS-a, termometru, nanoszę naszą pozycję na mapę papierową. Zaczyna mi się to podobać, ale w końcu opuszczam nawigacyjną, żeby stanąć tradycyjnie na oku.
    Wachtę kończymy o 24.00 i spadamy do koi.
    - Nareszcie lewy hals - cieszę się na dobranoc. - Wreszcie nie będę wypadać z koi...

    Tymczasem u Wilczego w kubryku przejściowym:
    - Nareszcie lewy hals - cieszę się na dobranoc. - Wreszcie nie będę wypadać z koi...
    O ile psyche śpi na "parterze", to ja wybrałem sobie najwyższą, trzecią od dołu koję, z której spadnięcie grozić może co najmniej kalectwem. Fartuchowi również nie można ufać, przytrzymać się na górze nie ma czego, więc włażenie na nią to nierzadko niezła ekwilibrystyka. Koja również znajduje się na prawej burcie, więc przy prawym halsie, na dużej fali wchodzenie do niej wygląda tak, że czekam na odpowiedni moment, kiedy Pogoria nieco się wyprostuje z przechyłu, rzucam na górę i natychmiast kładę na płask, jednocześnie starając się zaczepić fartuch. Inaczej mógłbym wylądować na dole - trzy razy szybciej, niż wskakiwałem na górę...
    Wiecie, jak wygląda chodzący po ścianie gekon? No to taką właśnie pozycję na brzuchu czasem musiałem przyjąć, żeby nie wylecieć z koi na fali, nie chcąć zawierzać życia mocno sfatygowanemu fartuchowi ochronnemu.
    - Raaaany, lewy hals, przecież się nie wyśpię! To katorga, w tej koi nie da się teraz leżeć!!! - wyje Piotrek, którego koja znajduje się na przeciwległej burcie.
    - He he he he he he heeee... - wzdycham współczująco.
    Wilczy


    Szalony wiatr znów żagle rwie...
    Sobota. W nocy znów wzrasta siła wiatru z 6 do 8B. Nie wytrzymał tego bryt kliwra przy rogu fałowym i się zerwał. Nie przeszkodziło nam to jednak spać spokojnie i poderwaliśmy się dopiero na śniadanie. No, poderwaliśmy, jak poderwaliśmy... ledwo się zwlekliśmy - człowiek na rejsie wiecznie czuje niedobór snu ;-) Szybkie śniadanko, które wyjątkowo zjeżdża ze stołu w stronę pentry, a nie w stronę burty, a po nim od razu wachta nawigacyjna. Nie da rady się nudzić!...
    Wieje E 7-8B. Stan morza 4. Płyniemy kursem 165, o 10.30 zmieniamy go na 015. Grot, grotsztaksel, foksztaksel, marsel dolny i górny wdzięcznie błyszczą w słońcu. Pokład zalewany przez fale, w powietrzu lata sól, fale mają spienione grzywy. Ktoś komentuje:
    - Jak wchodzicie na wachtę, to od razu zaczyna mocniej wiać!...
    - I szybciej płyniemy...
    - Wiadomo, III wachta ;-)
    Zacerowane spodnie od sztormiaka nadal się jakoś trzymają. Staram się nie odwracać dolną połową ciała w stronę fal, bo skończy się to mokrymi spodniami, robię więc dziwaczne figury akrobatyczne, żeby osłonić od fal i wiatru tylko twarz.
    - Żeglarz powinien mieć jedną nogę krótszą...
    - I trzecią rękę...
    - I chwytny ogon!...
    - O, to, to...
    Idziemy znów prawym halsem, lewa burta co i rusz znika pod wodą... Wilczy ma jeszcze cały sztormiak, wysyłam go zatem na lewą burtę, żeby porobił zdjęcia. Fotografuje wdzierające się na pokład fale i wiatromierz. Widać na nim ponad 40 węzłów...
    - Ludzie, którzy mówią, że widzieli fale jak domy, muszą pochodzić z bardzo małych miasteczek.
    - Domy jak domy, ale jakaś nieduża budka z hot-dogami to by się tu zmieściła...
    O 12.00 zdajemy wachtę. Przejmuję aparat fotograficzny, przychodzi mocniejszy szkwał, większa fala, coś w przyrodzie się zmienia i nagle pęka nawietrzny sztender szota dolnego marsla. Przy tej okazji jest gwałtowny silny przechył, przewracamy się oboje z Wilczym na pokład, na szczęście przypięci, ale stłuczony paznokieć natychmiast robi się fioletowy... Widzę, jak żagiel łopocze na wietrze, nie jest dobrze, ściągamy żagle rejowe, trzeba to naprawić...
    - Znów nadwachtogodziny - wzdycha Woodz i maszeruje na śródokręcie.
    - No co, dzięki temu rejs nam taniej wychodzi - komentuje Piotrek.
    - Jak to?...
    - Inni za tę samą cenę mają mniej godzin wachty niż my...
    Koło dziobowej nadbudówki robi się tłoczno, zrzucamy dolnego i górnego marsla w potokach wody zalewającej pokład, widzę, jak kolana załogi nikną w falach, ależ to jest żywioł!... Po akcji ratowniczej schodzimy pod pokład zrzucić z siebie mokre sztormiaki. Kubryk przejściowy staje się salonem towarzyskim, siedzimy tam wszyscy, komentując wydarzenie. Schodzi z pokładu Marecki:
    - Dzień dobry, zastałem Jolkę?
    - Wyłopotała się!... - odpowiada Piotrek.
    - A to latawica jedna, no!...
    Obiad zjeżdża ze stołów już we właściwą stronę: pod bulaje. Siedzę akurat pod samą burtą, całe towarzystwo zjeżdża na mnie z częstotliwością 10 razy na minutę. Nie udaje mi się utrzymać w poziomie zupy cebulowej:
    - Szmata!... - drę się wniebogłosy. Zupa cebulowa zostaje na stole, najgorsze są fragmenty rozgotowanej cebuli, wpadające między oczka podkładki antypoślizgowej.
    - Co jest na drugie?
    - Zielony groszek... - pada grobowa odpowiedź. No tak, znów coś, co ma skłonności do uciekania z talerza...
    - Cudownie - mówię. - Nie będę go łapała, tylko położę się pod bulajem i otworzę buzię. Poczekam, aż sam wpadnie...
    Po obiedzie mamy czas wolny, część z nas wykorzystuje go na sen (na przykład Maciek, który po rejsie stwierdził, że wyspał się jak nigdy i odespał wszystko - był chyba jednostką potwierdzającą regułę niedospania na statku...:), reszta się snuje po okolicy. Po kolacji, w oczekiwaniu na wachtę 00.00-04.00 dekujemy się w mesie oficerskiej i zaczynamy grać w kości w pokerka. Kości oczywiście turlają się bez opamiętania po stole, ustawiamy na jego końcu zaporę z ksiąg pamiątkowych Pogorii, kubeczków, ocalałych resztek czekolady i butelek po coca-coli. Kubeczki zawierają właściwą treść i to z cytrynką, wynegocjowaną przez Kasię u kuka. Mirek bardzo polubił Kasię, która była naszym ukrytym asem w rękawie jeśli chodzi o cytrynkę. Wyszliśmy na tym zdecydowanie lepiej, niż kolega Lowelas, który wynegocjował u kuka jedną cytrynę a po zakupach w porcie oddał... kilogram :-)
    Gra wzbudza emocje i zainteresowanie wszystkich przechodzących. W kości wygrywa Kasia, zostawiając o kilka długości za sobą całą resztę, drugi jest Wilczy. Na szarym końcu - ja. Nie zrażam się kompletnie i komentuję:
    - Kto nie ma szczęścia w grze, ma szczęście w miłości :-)
    - To znaczy, że ja nie mam szczęścia w miłości? - pyta Wilczy podstępnie.
    - Na to wychodzi. Ty lepiej w toto-lotka zagraj!...
    Mesa oficerska staje się jaskinią hazardu, po kościach przychodzi czas na karty, dołączają do nas Magda i Bart. Nie wiem, skąd się wzięła "dupa biskupa", ale padło takie hasło...;-) Wybuchy śmiechu doprowadzają do łez Malinę, która ma wachtę 04.00-08.00.
    - Kiedy idziecie na wachtę?... - pyta złym głosem co jakiś czas, wychodząc rozczochrana z koi, obudzona naszym śmiechem.
    - No już zaraz, śpij spokojnie - odpowiadamy jej radośnie.
    - Ta... sami spróbujcie spać, jak jakieś stado baranów się drze tuż pod drzwiami kajuty - warczy Malina i chowa się z powrotem w koi. Na chwilę się uciszamy, ale emocje znów biorą górę...
    Służbę nawigacyjną pełni II wachta. Co jakiś czas ktoś z nich schodzi z góry, mamy więc najświeższe informacje, co się dzieje na pokładzie.
    - Płyniemy tylko 2 węzły... - mówi ktoś z II wachty.
    - Nic nie szkodzi - odpowiadamy pewnie - jak tylko wejdziemy na pokład, przywieje ósemka, to podgonimy!...
    - A wiecie, że dziś w nocy jest zmiana czasu?
    - No, znów na naszej wachcie, znów będziemy o godzinę dłużej...
    - Krócej!...
    - Nie, dłużej.
    - No faktycznie...
    - Oj, co się czepiacie, taniej nam rejs wychodzi przecież...
    Wreszcie nadchodzi 24.00 i musimy skończyć hazard.

    "Więc załóż, bracie, drelichy,
    Z uśmiechem na pokład wejdź
    I powiedz, żeś dobrym żeglarzem jest,
    Bo przysłał cię Paddy West."

    Z repertuaru zespołu Ryczące Dwudziestki

    I statki stojące na redzie przed Plymouth...
    Niedziela. Wachtę zaczynamy od zrzucenia wszystkich żagli i załączenia silnika... Potem okazuje się, że tak naprawdę, żeby było sprawiedliwie, każda wachta powinna mieć czas służby dłuższy o 20 minut, ale jakoś za późno to zostało ustalone, więc i tak będziemy mieć najdłuższą wachtę. Sarkamy, ale pogodnie, humory dopisują. Nie dzieje się nic specjalnego, wieje 3-4, stan morza 2, temperatura twardo 20°C. Oczy nie są już pojedyncze, są podwójne, a nawet potrójne, nikt nie chowa się za nadbudówkami, noc można spędzić na rozmowach, takich o życiu i w ogóle (a rano zrobię jajecznicę... - obiecał kuk Kapitanowej i dotrzymał słowa! :)
    O 03.00 przesuwamy wskazówkę zegara na 02.00 i wzdychamy: przed nami jeszcze 2 godziny i 40 minut wachty. Na jachcie obowiązuje czas polski, przypadkiem zbieżny z czasem lokalnym (tylko w Portugalii się nie zgadzało, ale w końcu tam byliśmy krótko i nie zdążyliśmy dostać rozdwojenia jaźni).
    Ze słodkiego nicnierobienia i przysypiania wyrywa nas coś w rodzaju alarmu manewrowego - podpływamy na redę Malagi, musimy wypatrywać bojek, światełek, główek portu. O 04.00 rzucamy kotwicę na redzie, klarujemy pokład, w końcu zdajemy wachtę i idziemy spać.


    Morze w nocy świeci, a właściwie świeci to, co się w nim porusza. Nie powinno więc dziwić, że świecą też... delfiny! Ale wyobrazić to sobie to jedno, a zobaczyć to zupełnie inna sprawa. Pływające przy Pogorii delfiny wyglądają jak żywe torpedy. Doskonale widać ich kształt, także płetwy, a za sobą zostawiają długo niegasnący ślad torowy. Podpływają z oddali, przyspieszają, aby ścigać się z żaglowcem, przepływają pod dnem, wyskakują nad wodę, a wszystko to zaznaczają świetlistymi liniami w wodzie :) Mało który widok może wywołać na twarzy tak szeroki uśmiech, jak ten! Kto nie widział, nie uwierzy. :)
    Wilczy


    Niedziela - środa, 29.10.-1.11., Malaga - Santa Eularia del Riu (Ibiza), czyli "Czy z wiatrem, czy pod wiatr"

    Po śniadaniowej jajecznicy spotykamy się na pokładzie na apelu. Kapitan mówi, że nie wpuszczą nas do portu, bo nie ma dla nas miejsca, zatem będziemy desantować się na ląd pontonem, który zgodził się prowadzić Kaczor. Brawa dla Kaczora :-)
    A Malina powtarza mantrę o polarku... Nadal się nie znalazł...
    Tymczasem my znów przejmujemy o 16.00 wachtę kambuzową - znów w porcie!... Ustalamy, że wrócimy jednak później, na kolację, żeby jednak kawałek tej Malagi zobaczyć.
    Podczas manewrów z pontonem słychać trzask - ulega uszkodzeniu przedni żurawik. Musimy się z nim ostrożnie obchodzić...
    Koło południa pakujemy się do pontonu z plecakami (z nadzieją na dobrze zaopatrzone sklepy), z aparatami fotograficznymi (z nadzieją na doskonałe widoki) i z pewną taką niecierpliwością (no postawmy wreszcie stopy na lądzie!...). Ponton zabiera naraz 8 osób razem z Kaczorem, kursów będzie kilka, przecieramy szlaki. Odbijamy od burty Pogorii i kierujemy się do małego basenu portowego, całkiem pustego, w dodatku bliskiego, dla nas idealnego. Kaczor przyciska gaz, siedzę na dziobie, zaczynam idiotycznie podskakiwać na falach...
    - Hej - krzyczę, bo silnik mnie zagłusza - odwłok mi się poobija!...
    - To może będziesz robić za galion, co? - słyszę w odpowiedzi.
    - Psyche rozpuści włosy, to się jeszcze wkręcą w kierownicę!...
    - Żartownisie - kwituję ponuro, starając się amortyzować upadki mojej szanownej niewymownej na twardy, bądź co bądź, pokład pontonu. Nic się nie przejęli, no!...

    Malaga - słoneczne miasto
    Malagę, miasto w Andaluzji, założyli Fenicjanie, nazywając ją Malaką. Dziś jest to ważny ośrodek turystyczny na Costa del Sol (czyli Wybrzeżu Słońca). Tutaj urodził się Pablo Picasso. W okolicach miasta produkuje się słodkie deserowe wino z podsuszonych winogron, o charakterystycznej gęstej konsystencji i o nazwie - oczywiście - Malaga :-)

    Podpływamy do nabrzeża, jest dosyć wysokie, ale dajemy radę wyjść, rozbieramy się z kamizelek, zbieramy zabawki i... podjeżdża do nas patrol policyjny. Smutni panowie mówią, że absolutnie zakazane jest szwendanie sie po tym nabrzeżu, po tym basenie, że tu nie wolno, że kapitanat mógł sobie nam pozwalać, ale to nie leży w gestii kapitanatu i w ogóle musimy się stąd wynieść, gdzie pieprz rośnie.
    Ale jak to?!?...
    Komunikujemy się z Kapitanem, on z kapitanatem, panowie nie ustępują. Stoją przy nas i pilnują, robi się z tego piknik, w końcu, po wielu minutach negocjacji, panowie pokazują, gdzie mamy płynąć. Otóż trzeba opłynąć cały długaśny falochron i tam, gdzie widać te stare maszty, te czarne, to tam sobie możemy przybić i się wysadzać. Toż to drugi koniec świata jest!...
    - To może chociaż my sobie tędy zejdziemy, a następna grupa popłynie już tam?...
    - Nic z tego, nie możecie...
    Rany boskie, ale nieużytki!... Malaga przestaje nam się podobać. Z powrotem zakładamy kapoczki i płyniemy dookoła. Na samym końcu falochronu stoją nasi policjanci z dwoma innymi i pilnują, czy aby na pewno wypełniliśmy ich zalecenie. Płyniemy i płyniemy, odwłok mam już nieźle poobijany, ale przybrałam wygodniejszą pozycję i jest mi dobrze. Kaczor zwalnia w porcie, chociaż bardzo niechętnie, mijamy całą flotyllę optymistów z małolatami w środku, podpływamy do starego żaglowca robiącego za atrakcję towarzyską. Tutaj nabrzeże jest jeszcze wyższe, przybijamy do starej opony wiszącej na jego ściance i staramy się po niej wdrapać na brzeg. Wymaga to trochę kombinacji, ruchy wszak ograniczone są przez kapok :-) Ale okazuje się, że nie ma tego złego... stanowimy niezłą atrakcję turystyczną dla ludu podziwiającego żaglowiec, dwóch panów natychmiast rzuca się nam na pomoc i wyciągają nas na brzeg w tempie ekspresowym, przy ogólnym aplauzie tłumu. Padają komentarze:
    - O, pewnie z Afryki przypłynęli...
    - Nielegalni imigranci z Maroka!...
    Wpadamy w ten ton i zaczynamy cieszyć się jak dzieci:
    - Ziemia, nareszcie ziemia!... Ląd!...
    Ktoś pada na kolana i udaje, że całuje ziemię, tłum jest zachwycony, my też. Ściągamy kapoczki, umawiamy się na powrót i udajemy do miasta.
    Tradycyjnie już trafiamy na zamknięte punkty informacji turystycznej, na szczęście są otwarte małe turystyczne budki z planami miasta i rozplotkowanymi paniami w środku. Wylądowaliśmy tuż przy Starym Mieście, więc mamy stosunkowo blisko w wąskie uliczki, zaszywamy się w nie natychmiast i wędrujemy, zadzierając głowy - fascynują nas balkony, architekturę mają tu naprawdę ciekawą :-) Każdy balkon jest inny, mają różne sposoby ochrony przed słońcem, różne ścianki zewnętrzne, zwykle składające się z interesująco powyginanych prętów. Niektóre balkony są zabudowane całkiem. No naprawdę tu jest ładnie!...
    Tylko że wszystko jest zamknięte na głucho.
    No tak, niedziela...
    Szwendamy się więc po okolicy, docieramy do Plaza de la Constitucion, natykamy się tam na inne odłamy III wachty, rozchodzimy się w inne uliczki, wędrujemy w kółko, ale w końcu wracamy na plac i siadamy w knajpce. Trzeba coś zjeść :-)
    Zamawiamy paellę oczywiście, dosiadają się do nas Rysiek, Kuba i Maciek. Potem pojawiają się Woodz, Magda i Jasiek, para oficerska postanawia jednak poszukać innej knajpki, my pałaszujemy paellę (nie tak dobrą jak ta w Kadyksie, ale też niezłą) i idziemy w stronę zamku. Po drodze zahaczamy oczywiście o lody :-)
    Droga do Castilo Gibralfaro jest długa i bardzo pod górkę. Pniemy się twardo, co jakiś czas robiąc przystanki i fotografując panoramę (na przykład to miejsce, w którym się odbywają corridy, ktoś wie, jak to się nazywa?... Arena walk byków?...). W końcu docieramy na szczyt i wchodzimy w mury obronne. No widok to mieli niezły z zamku, trzeba przyznać, na całe miasto i zatokę... Sam zamek też niczego sobie, kawał terenu, szerokie mury z basztami i strzelnicami, porządny spacer zrobiliśmy, żeby to wszystko obejść. Zajmuje nam to godzinę, potem wybieramy się do Alcazaby, niegdyś fortecy, teraz swoistego parku z fontannami, strumykami i innymi bajerami, położonego niżej niż zamek, ale w gruncie rzeczy ciekawszego. Nawet teraz, pod koniec października, kwitną tu kwiaty i jest zielono, chociaż zieleń ma już szarawy odcień. Słońce przypieka, woda szemrze, mauretańskie zdobienia architektoniczne wprawiają mnie w zachwyt i szał fotografowania. Niestety, kończy się nam czas, musimy powoli wracać do portu, zaglądamy jeszcze tylko do jedynego otwartego sklepu i kupujemy jakieś ciasteczka. Czekolady nie ma - bardzo nas to martwi, jakiś dziwny to kraj...
    Z nadzieją na jakiś inny sklep wędrujemy jeszcze przez miasto, zaczepiam obcych ludzi z pytaniem o supermarket, wszyscy rozkładają ręce, nie ma, jest niedziela, nie dziś!... No fatalna sprawa.
    Wracamy do portu, III wachta plus Jasiek na nabrzeżu, wysyłam sms-a do Maliny: "Kupcie nam wodę!...", w odpowiedzi dostaję: "Nic z tego, muszę kupić wino, nie dam rady!". Cudownie :-)
    Przypływa Kaczor, pakujemy się do pontonu, tym razem nikt nam nie pomaga, wracamy na przecumowaną Pogorię - teraz jest trochę bliżej. Wysiadamy i lecimy przygotowywać kolację, wszak mamy kambuz...
    Po kolacji, o 20.10, odcumowujemy i opuszczamy niegościnną Malagę. Wiatru praktycznie nie ma, stan morza 0, płyniemy na silniku na 090. Następnym naszym celem są Baleary.
    - No jasne, jak my mamy kambuz, to nie dość, że stoimy wtedy w porcie, ale do tego nie ma alarmów do żagli!...
    - I nigdy nie usłyszymy "alarm do żagli nie obowiązuje wachty kambuzowej"...
    - Nigdy...
    Nastroje trzeba było jakoś poprawić. Zebraliśmy się jakoś tak w kubryku przejściowym, rozsiedliśmy się, głównie na podłodze, zaczęliśmy się częstować, czym kto miał. Dość szybko pojawiło się pierwsze wino (jeszcze portugalskie) i inne wynalazki. Jakieś ciasteczka i słodycze, wygrzebywane z czeluści szuflad czy plecaków. Popłynęły morskie opowieści przetykane lądowymi :-) Zrobiło się wesoło :)
    Co jakiś czas ktoś usiłował przejść do rękawa. Uparcie żądaliśmy haraczu, myta, opłaty portowej albo czegokolwiek, ale zbywali nas słowami:
    - Ja służbowo!... Na statek!...
    No i weź tu zaprzecz. Co jakiś czas tylko podrywało nas, jak ktoś lazł przez środek naszego "stołu", który jakoś tak sam z siebie zmaterializował się w przejściu do kubryku dziobowego.
    - Nie po stole!... - darliśmy się głośno. Osoba przechodząca, zwykle mocno spłoszona, podnosiła wyżej nogi, starając się nie deptać wyimaginowanego obrusa.
    - No!... I żeby mi się to więcej nie powtórzyło!...
    - Dobra, już dobra... tu sobie mogę stanąć?...
    - Kawałek dalej, o tam... o właśnie :-)
    Wybiła północ, z pokładu zeszła znudzona I wachta, spojrzeli na nas, siedzących na podłodze, błysk pojawił się w ich oczach, zniknęli na chwilę w kabinie dziobowej i zaraz wrócili. Nie z pustymi rękami, rzecz jasna :-)
    My jednak powoli odpadaliśmy i rozchodziliśmy się po kojach. Na placu boju zostali najtwardsi...
    ...a potem Jasiek powiedział, że to III wachta rozrabia ;-p Niesprawiedliwość społeczna dała nam po mordach, aż zatrzeszczało...:-)

    Gdzie delfiny figlują...
    Poniedziałek. Podajemy śniadanko jak zwykle, potem sprzątamy statek i pijemy kawę. Właściwie to już resztki kawy z resztkami mleka...:-) Dziś zaczynamy grać w kilera. Gra polega na tym, że losuje się osobę do zabicia i potem trzeba ją dopaść w ustronnym miejscu i powiedzieć: "Pif-paf, nie żyjesz". Następnie trzeba odebrać od niej jej zlecenie i poszukać osoby z nowego zlecenia. I tak dalej... Nie wolno zabijać śpiących w koi, morderstwo nie liczy się też, jeśli ktoś usłyszał lub zobaczył akcję. Wygrywa ten, kto zostanie na końcu żywy.
    Od momentu losowania po statku zaczęły chodzić pary, trójki a nawet grupki osób, w celu ochrony przed mordercami. Każdy na każdego patrzył podejrzliwie, dziewczyny do toalety chodziły co najmniej we dwie, blady strach padł na wszystkich, jakaś masakra :-) Dodatkową trudność powodował zapis na karteczkach: imię i nazwisko w większości przypadków były wszystkim obce, ludzie znali się z twarzy, czasami po imieniu lub ksywie, ale imię i nazwisko?... Tylko Malina miała pełną listę załogi, zaczęły się więc do niej wycieczki z pytaniami: "Słuchaj, Malina, a kto to właściwie jest?..." ;-)
    Listę osób grających miała nasza wachtowa Ania.
    - Teraz jestem mężem zaufania - mruknęła, zapisując kolejne osoby.
    - Raczej żoną! - skorygowałam.
    Całe towarzystwo wyniosło się na pokład, korzystając ze słonecznej pogody. Pokład przekształcił się więc w sundeck. Część osób drzemała, Malina wywlokła gitarę, niektórzy usiłowali śpiewać. Wachta bosmańska szlifowała jakieś wielkie blachy i malowała framugi. Normalnie jachting!...
    Ponieważ nasze zapasy słodyczy bardzo niebezpiecznie się skurczyły, wyprodukowaliśmy ogłoszenie o następującej treści: "Uwaga! III wachta przyjmie każdą ilość czekolady!", porobiliśmy karteczki do oddarcia z napisem: "III wachta" i powiesiliśmy to na tablicy ogłoszeń w mesie. I zaczęliśmy czekać...
    Tymczasem damska toaleta znów się zaczęła zatykać - dokładnie ta sama, podejrzewam, że ona ma węższe rury niż inne ;-p Udało się jednak ją udrożnić. Kasia skomentowała:
    - A ja wiem, czemu ona się tak ciągle zapycha.
    - No?...
    - Bo w niej jest napisane, żeby spłukiwać 10 sekund, a w tej drugiej - 15...
    No tak, coś w tym jest ;-)
    Na pokładzie pojawia się ptaszek. Mały, szary, nastroszony, lata zygzakiem, jakby nie mógł się zdecydować, czego chce. Siada chwilami na deskach pokładu, czasem na wantach, pęta się między nami i sprawia wrażenie, jakby się zgubił.
    - O, pasażer na gapę!...
    - Biedny ptaszek, ciekawe, skąd się tu wziął?
    - Wsiadł w Maladze...
    - No, to do domu już nie trafi...
    Wróblopodobny ptaszek jakoś się u nas zadomowił i wcale nie próbował nas opuścić. Do tego stopnia mu się spodobało, że w pewnym momencie wleciał przez otwarty bulaj do klasy i kompletnie nie chciał z niej wylecieć :-) Bosman, szyjący żagle, zdrowo się za nim nabiegał, nim udało mu się wyprosić gościa z pomieszczenia...:-)
    Wachta bosmańska grzebie się w żaglach na dziobie. Po naszej lewej burcie przepływa statek-taksówka - Dockwise Yacht Transport, na pokładzie ma jednego pasażera, jakąś motorówę. To taka forma transportu jachtu dla obrzydliwie bogatych ludzi, którzy nie lubią pływać, a jacht posiadają, bo tak wypada...;-p Patrzymy na to z pobłażaniem i dumni z siebie. Tylko ten brak żagli nam trochę umniejsza dumę, no ale co nam po żaglach, skoro niemal nie wieje?...
    Po obiedzie, do którego pierwszy raz na morzu nie rozłożyliśmy podkładek antypoślizgowych, Ania mówi, że jest już pierwsza ofiara. Kiler zaczął działać!...
    Sprzątamy po obiedzie, w mesie jest tłum ludzi, idę do kubryku przejściowego, Ola z II wachty wpada mi na plecy i mówi:
    - Nie żyjesz!...
    - Ej, no nie bardzo - za dużo osób dookoła - nie zgadzam się.
    - No to co teraz zrobimy?... Bo już wiesz, że to ja...
    - No trudno, będziesz musiała próbować jeszcze raz :-)
    Tymczasem my przejmujemy wachtę nawigacyjną. Większość wachty idzie na dziób w ramach oczu, nagle okazuje się, że oczy nie są pojedyncze, tylko potrójne co najmniej, siadamy wielką gromadą między linami i gapimy się w morze. Potem po jednej sztuce pchamy się na bukszpryt i odwalamy tam sesję fotograficzną. Między pełniącą służbę III wachtą pęta się cały tłum - pogoda zachęca do spędzania czasu na pokładzie, więc nawet najtwardsi okupujący do tej pory głównie koje, wypełzli na górę i oddychają pełną piersią słonym, morskim powietrzem.
    Schodzę pod pokład do łazienki, pętam się po mesie i kajucie, dopada mnie mój morderca i wreszcie mamy sprawę z głowy. Ola pyta:
    - Specjalnie przyszłaś?...
    - Nie, ale nie chce mi się brać udziału w ogólnej panice :-)
    Oddaję jej swoje zlecenie, okazuje się, że to gość z jej wachty, a ja nawet nie byłam pewna, kto to taki... Będzie jej łatwiej :-)
    - Uwaga, alarm delfinowy, alarm delfinowy!... - mówią głośniki i rzeczywiście - dookoła nas nagle pojawia się całe stado delfinów! Jest ich mnóstwo, co najmniej kilkanaście, jak nie więcej, płyną obok dziobu, wyskakują do góry, bawią się, przepływają przed statkiem w tę i z powrotem, czasami wyskakują po kilka naraz - no przepiękne widowisko!... Są większe i tłustsze od tych z Atlantyku, a Woodz twierdzi, że śpiewają (diabli wiedzą, co ten Woodz pił wcześniej, ale tak właśnie twierdzi...:). Oczywiście na pokaz delfinowy przybiegają wszyscy stadami, morskie ssaki mają niezłe wzięcie...:-)
    W końcu jednak delfiny odpływają, dziób pustoszeje, a my podziwiamy powolny i majestatyczny zachód słońca. Wpadam na jakiś czas do nawigacyjnej na służbę. Zanim jeszcze słońce całkiem zajdzie, przebrasowujemy reje i pół godzinki później zdajemy wachtę.
    To znaczy chcielibyśmy zdać, ale właśnie ogłaszany jest alarm do żagli, więc... III wachta zostaje na nadwachtogodziny :-) Wieje 4B z kierunku SW, więc stawiamy foka, górnego marsla, bram i bombram, czyli żagle rejowe oprócz tego jednego, który się zerwał. W rejach straszy teraz taka wielka dziura po nim...
    - Powiedz swojej wachcie, że mogą już schodzić - mówi po wszystkim Jasiek do Magdy.
    - A to nie powiedziałeś im?
    - Ale oni tylko ciebie słuchają...
    Magda odwraca się do nas ze śmiechem i mówi:
    - III wachcie dziękujemy!
    Schodzimy z wachty. No to może imprezka?...:-) Tylko gdzie?...
    - W klasie?
    - E, tam żagle leżą...
    - Ale nie leżą wszędzie, przesuniemy je i dla nas też się znajdzie miejsce...
    Do klasy przywędrowały śpiewniki, gitara i Woodz z sześciopakiem...:-)
    - Woodzu!... - zakrzyknęło społeczeństwo - Jesteś wielki!...
    - Wiem - odpowiedział dumnie Woodz, częstując społeczeństwo.
    Po czym zabrał się za otwieranie pozamykanych bulajów, bo ciepło się zrobiło w klasie niepomiernie. Szło dość opornie, zatem Woodz wziął... śrubokręt w ramach dźwigni i bulaj jednak otworzył :-) W przerwie między jedną piosenką a drugą Magda powiedziała:
    - Psyche.
    Spojrzałam na nią z pewną taką nieśmiałością...
    - Słucham?...
    - Na barometrze są dwie wskazówki: złota i czarna...
    - Aha?...
    - Czarna służy do zaznaczania, jakie jest ciśnienie, żeby można było od razu sprawdzić, czy się podnosi, czy opada...
    - ...
    - ...a złota wzkazuje aktualne ciśnienie...
    - O rany... - jęknęłam.
    - Wystraszyłam się, jak zobaczyłam twój zapis, bo wychodziło z niego, że ciśnienie ostro spada, ale patrzę, żadnych chmur nie ma, to chyba jednak na deszcz się nie zbiera...
    Wszyscy kolektywnie ryknęli śmiechem. No co, każdemu może się pomylić, nie?... ;-p Odwiedził nas Kapitan z żoną, ale na krótko, obecne były głównie wachty I i III. Prócz śpiewania niektórym przychodziły do głów nietypowe pomysły, jak na przykład opuszczanie klasy przez otwarty bulaj... Co zaprezentował imć Kaczor, a w jego ślady natychmiast poszła Malina. I tak potem wystawali z tych bulajów niczym popiersia łosi na ścianach :-) Powrót odbywał się tą samą drogą...

    I nie zaskwierczy w kilwaterze syk szampana
    Wtorek. Znowu zrywają nas przed 04.00 w nocy. Na pytania: "Jak tam na pokładzie?" słyszymy: "Spokojnie". Faktycznie: wieje 3B, stan morza 0, temperatura 20°C. Płyniemy na foku, marslu górnym, bramie, bombramie i grocie. Nic się nie dzieje, znów stoimy na oku po kilka osób, o 07.05 robimy zwrot przez rufę i płyniemy baksztagiem, kursem 50°. Kierujemy się w stronę Balearów, ale prędkość mamy niewielką: od 1,9 do 3,2 węzła.
    O 08.00 zdajemy wachtę, na apelu tradycyjnie już Malina pyta o swój polarek, a bosman zaprasza nas - III wachtę - na spotkanie w mesie o 10.00. No tak, po śniadaniu wszak zaczynamy wachtę bosmańską...
    Spotykamy się w mesie oficerskiej, żeby nie przeszkadzać wachcie kambuzowej sprzątać po śniadaniu. Bosman pyta:
    - Kto chce iść na reje?
    Zgłasza się Piotrek, Woodz, Rysiek, Kasia, Ania, Kuba, Wilczy... Bosman nie jest pewien, czy nie ma omamów, pyta więc jeszcze raz:
    - Dobra, to może inaczej: kto nie chce iść na reje?...
    Podnoszę rękę w górę, jednak jeszcze tym razem reje sobie odpuszczę. Razem ze mną podnosi rękę Asia, dołącza do nas Maciek. Bosman nadal nie jest pewien, co widzi.
    - Jesteście pewni wszyscy, że chcecie iść na reje?...
    - Jesteśmy z III wachty!... - odpowiada ktoś dumnie. No, no, zwykle jednak do ganiania po rejach jest mniej ochotników...:-)
    - Ok - mówi bosman. - To ubierzcie się w szelki i spotykamy się za 20 minut na pokładzie. A ci, którzy zostają na dole, idą ze mną...
    Dostaliśmy tradycyjnie szczoty i papier ścierny i futryny do oczyszczenia z odłażącej farby.
    - Ty będziesz koordynował prace na dole - mówi bosman do Maćka i idzie zająć się resztą III wachty. Kasia wskakuje w moje krótkie spodenki, bo upał się zrobił szalony - termometr pokazuje 25°C!... Na górze ewidentny sundeck, ciało leży przy ciele i wszyscy się opalają, wieje 2 do 3B, pogoda idealnie jachtingowa.

    "Zaciągnąłem się na wielki ship,
    Co do nieba maszty miał.
    Tam na rozkaz kapitana w mig
    Marynarzy tłum na reje gnał."

    Z repertuaru zespołu Spinakery

    Podczas gdy reszta z Magdą i bosmanem wspina się na drugą reję, żeby zamocować dolnego marsla, my bierzemy się rzetelnie za ścieranie farby z futryn od kabin załogi stałej. Asia pracuje przy kajucie mechanika, ja objęłam kajuty kuka i bosmana, a Maciek - kapitańską. Praca jest monotonna, ale trzeba ją wykonać, przykładamy się więc porządnie, potem wywlekamy odkurzacz i sprzątamy rozpyloną po okolicy farbę. Wychodzimy na chwilę na pokład, żeby zrobić zdjęcia naszej dzielnej III wachcie na rejach: wyglądają jak wielkie ptaszyska, które obsiadły jacht, machamy im, oni machają nam, generalnie szał ciał i uprzęży, słoneczko i radocha. Wyglądają na zadowolonych, chociaż musi ich tam nieźle grzać. Faktycznie: po jakimś czasie Woodz schodzi na dół po wodę, wspólnie załapujemy się na fragment czyjegoś imieninowego tortu, jest pyszny i zaspokaja naszą potrzebę słodyczy.
    Woodz wraca na górę, pojawia się bosman, daje nam pędzelki i puszkę z farbą, zeskrobane futryny trzeba teraz pomalować. Bosman znika, pojawia się Ania:
    - Jak poszła koordynacja? - pyta ot tak.
    - No... poszła - odpowiadam, zajęta paćkaniem się w farbie.
    Wreszcie kończymy pracę, wynosimy na zewnątrz farbę i pędzelki, myjemy ręce w benzynie, coby zmyć z siebie resztki farby i wychodzimy na pokład odpocząć. Za chwilę i tak będzie obiad...
    Po obiedzie słychać Kapitana w głośnikach:
    - Uwaga, zaraz będziemy przecinać południk zerowy!...
    Nagie ciała podrywają się z pokładu i rzucają do burt. Koniec opalania, teraz wypatrujemy południka!...
    - No, już!...
    Wszyscy wpatrzeni w morze szukają jakiegoś znaku: linii narysowanej na wodzie, kreski, liny rozciągniętej, bojek chociażby, tymczasem nie ma tu nic!...
    - No to jest niesprawiedliwe - słyszę wokół. - Żeby tak żadnego znaku nie było?... To skąd ja mam wiedzieć, że ten południk to tutaj, a nie trochę w prawo na przykład?!?...
    No i koniec atrakcji, ciała znów rzucają się na deski pokładu, nadbudówki czy plastikowe krzesełka wyniesione z klasy i wystawiają do słońca. Jesteśmy na wschodniej półkuli!...
    III wachta zaległa na lewej części rufy. Ania wyniosła swój śpiewnik piosenek irlandzkich i szkockich i podśpiewywała, Piotrek czasem jej wtórował, reszta siedziała czy leżała wokół i słuchała. Odpoczywaliśmy w oczekiwaniu na wieczorną nawigacyjną. W pewnym momencie usłyszeliśmy od strony zejściówki wrzaski...
    - Kiler - skomentował ktoś.
    Większość z nas i tak już od dawna była martwa, ale zaciekawiliśmy się, kto kogo właśnie utłukł.
    - Kaczor dorwał Silvii...
    Aha :-) Tymczasem jakiś NATO-wski okręt zaczął się panoszyć w eterze i przepytywać wszystkich, kim są, po co i dokąd i dlaczego. Musieliśmy się wyspowiadać i tylko czekaliśmy, kiedy zabroni nam płynąć albo jeszcze może nas ostrzela...;-p Wiała trójeczka, II wachta z pomocą swojej podwachty (czyli wachty pełniącej służbę przed nią) - wachty I - ściągnęła żagle i załączyła silnik. Przejęliśmy nawigacyjną o 20.00 i zaraz potem... padł żyrokompas... ;-)
    A teraz krótki test, czy ktokolwiek w ogóle przeczytał całość: dupa, dupa! Ciekawe, czy ktoś to zauważył...
    Żyrokompas miał wyświetlacz przed sterem i w nawigacyjnej. Pogoria jest wyposażona oczywiście w kompas tradycyjny, ale jest on umiejscowiony... za sterem. Czyli sternikowi raczej się nie przyda na nic, ktoś musi mu czytać wskazania na bieżąco, bo sterować tyłem jest trochę trudno...;-) No ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych dla III wachty!...;-)
    Za sterem stanął Woodz. Za kompasem - Wilczy w asyście reszty wachty. I się zaczął szaleńczy zygzak po Morzu Śródziemnym!...
    - Dwa stopnie w prawo - zaraportował Wilczy. Woodz zareagował ruchem steru. - Teraz za daleko... o jakieś trzy stopnie... O, teraz jest idealnie!... Ale już leci w prawo... Daj trochę w lewo... O, jest dobrze!...
    - Sami sobie sterujcie!... - wymamrotał Woodz, ale posłusznie kręcił kołem dalej. - Wiem, ustawię się na gwiazdy - odkrył i zaczął gapić się w niebo. - Tylko mi mówcie, ile jest stopni. A właściwie to ile mamy płynąć?...
    - Jakoś tak pięćdziesiąt.
    - Ok... ta gwiazda pod bombramreją... A ta pomiędzy tymi dwiema linami... Ok...
    Jak przy kompasie stanęły trzy wiedźmy w porywach do czterech, Woodz zaczął ostro protestować przeciwko chichotom za plecami i w końcu ustabilizował się na gwiazdach. Okazało się, że kompas w ogóle nie jest mu do niczego potrzebny, ale my nie daliśmy za wygraną - to była super zabawa ;-p Nadal czytaliśmy mu, że jedzie zygzakiem :-)
    Trochę po 22.00 na pokładzie pojawił się Jasiek i zaczął składać Magdzie gratulacje. Okazało się, że właśnie stuknęło jej 10 000 mil!... I to na jej wachcie!...:-) Rzuciliśmy się ją wycałować, ale nie zdążyliśmy całkiem okazać swojej radości, bo o 23.00 z nawigacyjnej wyszedł na rufę Kuba i zaczął swój wykład o gwiazdach. Publiczność miał całkiem sporą, byli nawet goście honorowi w postaci Kapitana i jego żony. Kuba opowiadał o tym, jak w przeszłości ludzie korzystali z astronawigacji i czym gwiazdy dla nas są dziś. I wcale nie był to nudny wykład :-)
    O 24.00 zdaliśmy wachtę i powędrowaliśmy do koi...

    Środa - sobota, 1.11.-4.11., Santa Eularia del Riu (Ibiza) - Barcelona, czyli "Rejsu chyba to ostatnie dni..."

    Gdy budzimy się na śniadanie, okazuje się, że właśnie rzuciliśmy kotwicę przy Ibizie. Mamy swoje Baleary!... Stoimy przy miejscowości Santa Eularia des Riu (to po katalońsku) lub - jak kto woli - Santa Eularia del Riu (to po hiszpańsku).
    - Byliśmy tu!... - mówi Wilczy. - Pamiętasz? Pięć lat temu przypłynęliśmy tu Stimulansem - pokazuje mi wejście do portu. - A o tam chodziliśmy na zakupy!...
    - Jasne - odpowiadam. - Chyba oszalałeś, z Ibizy to ja pamiętam tylko miasto Ibizę... Tak, wiem, że tu byliśmy, ale kompletnie tej dziury nie pamiętam. To znaczy, że nie było tu nic interesującego...
    - No bo nie było, same sklepy i knajpy... Alkohol tu kupowaliśmy...
    - No faktycznie :-)
    Kapitan na apelu mówi, że w mieście Ibiza nas też nie chcieli, ale stąd jest blisko, można do Ibizy pojechać autobusem, gdyby ktoś chciał. Bo, oczywiście, planujemy desant na ląd :-) Po kapitanie przejmuje głos Malina i uparcie wraca do tematu swojego polarka...;-)
    Okazuje się też, że ostatniej nocy zakończył się Kiler - najlepszym mordercą został... Gniady!... No a ja z nim na jednej łódce pływałam, no!...;-)

    A w tawernie nasza paka piwo pije
    Wyjątkowo mamy wachtę nawigacyjną, a nie kambuz, ale biorąc pod uwagę kwestię kotwicy, powinniśmy pełnić wachtę kotwiczną... Ciągle ten wiatr w oczy!... Jakoś się dogadujemy, Kaczor jak zwykle robi za kierowcę pontonu i jedziemy na ląd. Tutaj mamy dość blisko do kei, na której wysiadamy, na brzegu czeka na nas Lucy, która przyjechała wcześniejszym rzutem. Patrzy na nas i pyta Kaczora:
    - A gdzie są nasi?...
    - Przyjechali przed chwilą przecież.
    - Jak to?... Przecież ja tu na nich czekam!...
    - Lucynko... poprzednim kursem przywiozłem naszą wachtę...
    Szwendamy się po nabrzeżu, czekając na resztę naszej wachty, coś długo im się schodzi, więc w końcu ruszamy promenadą na spacer. Wreszcie w radosnym gronie całej III wachty powiększonej o Barta siadamy w jednej z knajpek, zamawiamy piwo (pić się chce, bo ciepło!...) i zaczynam szturmować automat z papierosami. Wrzucam pieniążki, wybieram rodzaj fajek, automat oddaje mi kasę, twierdząc, że tych fajek nie ma. Próbuję z następnymi, nie działa. Następne?... Nie ma... W końcu lituje się nade mną właściciel knajpy, podchodzi z kluczem, otwiera ustrojstwo, zaglądam do środka: trzy rodzaje papierosów zostały z chyba kilkunastu!... Wybieram Camele, płacę mu do ręki i sprawa załatwiona.
    Po pierwszym piwie można by się jeszcze czegoś napić, ale właściciel rozkłada ręce:
    - To koniec sezonu, jutro miałem zamykać, nie mam już piwa, zajrzę jeszcze tylko do magazynu, może coś znajdę w puszce...
    Przychodzi za chwilę z porządnie zakurzonym guinnessem, w dodatku przeterminowanym, ale smakuje zupełnie normalnie - jak guinness :-)
    Dociera do nas Magda i fragmenty innych wacht z Lucy, inne wachty siadają i zamawiają cokolwiek (piwa już nie ma...), my ruszamy dalej w miasto. De facto przeszliśmy na sąsiednią ulicę i większość tam zakotwiczyła, tuż obok pierwszego czynnego sklepu - z alkoholem :-) (zwracam uwagę, że jest 1 listopada!...), Maciek z Rysiem postanowili pojechać do Ibizy i zniknęli nam z oczu, my też byśmy chcieli, ale póki co poszliśmy szukać przystanku autobusowego.
    Szukaliśmy go po znakach. Yhm... Znaki wyprowadziły nas w jakieś dziwne miejsce, zawróciliśmy. W końcu, po przejściu przez jedną knajpę i sklep ze słodkimi bułeczkami, dotarliśmy do czegoś, co można nazwać dworcem autobusowym, ale okazało się, że autobus do Ibizy właśnie odjechał, a następnym to już nam się nie opłaca jechać. Odpuściliśmy...
    Wróciliśmy do naszych, siedzących nadal w tej samej knajpie, przysiedliśmy się do nich na chwilę, pochłonęliśmy fajną kanapkę i postanowiliśmy iść pozwiedzać. Bo na górce jest kościółek - tak twierdziła Lucy, która kazała nam go obejrzeć. Proszę uprzejmie :-)
    Poszliśmy schodami, potem drogą, wspięliśmy się na niewysokie wzgórze, z którego rozciągał się fantastyczny widok na zatokę z Pogorią. Kościółek faktycznie był, bielony, z arkadami, z cmentarzem tuż obok. Cmentarz z urnami umieszczonymi w ścianie (kolumbarium, znaczy), przed każdą tablicą wazonik z kwiatami przytwierdzony do tejże ściany, wszędzie szalenie kolorowo i kwieciście, no tak, dziś jest wszak Wszystkich Świętych. Z sms-ów wymienianych z Polską dowiadujemy się, że u nas są -2 stopnie i śnieg...
    Wracamy na dół, do miasteczka, szukamy już opcji "obiad", trafiamy na deptak i wybieramy jedną z knajpek. Obsługę usiłujemy zmylić przesiadaniem się, ale generalnie dają sobie radę, widać zaprawieni w bojach z turystami. Po jedzeniu wracamy na deptak. Słońce powolutku chyli się ku zachodowi.
    - Miałem wracać wpław na Pogorię... - mówi niepewnie Piotrek. - Ale chyba się chłodno robi...
    - No, jakoś tak już chłodniej - wtóruje mu Wilczy. Magda rozgląda się i zastanawia nad sytuacją.
    - No co wy, nie popłyniecie pierwszego listopada?... - podpuszcza ich Ania.
    W Piotrka i Wilczego jakby wstąpiło nowe życie. Zawrócili na pięcie i poszli na plażę, mamrocząc coś gniewnie pod nosem. Za nimi poszli wszyscy...
    - I jak woda? - padło sakramentalne pytanie, bo Piotrek, Magda i Wilczy wleźli po kostki do morza.
    - Zimna - warknął Wilczy. - Ale da się wytrzymać...
    - To co robicie?...
    - No co, płyniemy!... Weźmiecie nasze rzeczy?...
    - No już trudno... dawajcie...
    Do Magdy, Piotrka i Wilczego dołączył po krótkim wahaniu Kuba. Zapakowaliśmy ich ciuchy i buty, obładowaliśmy się jak wielbłądy i poszliśmy w stronę mariny, do pontonu. Co jakiś czas tylko odwracaliśmy się i patrzyliśmy, czy widać jeszcze nad wodą cztery główki...
    - Płyną, płyną... Piotrek się wysforował, reszta za nim w zwartym szyku...
    Wracając pontonem na Pogorię, przepłynęliśmy obok pływaków i pomachaliśmy im wesoło. Miny mieli zadowolone. I nawet nie wyglądali na zmarzniętych. Dopłynęli niedługo po nas, wypełzli na pokład i stali się głównym ośrodkiem zainteresowania:
    - Jak to? Z plaży przypłynęliście? Naprawdę? I co, ciepła woda?...
    - Ciepła, ale teraz to ja bym prysznic wziął...
    No tak, trzeba zmyć z siebie tę sól...
    O 18.30 wciągnęliśmy kotwicę i popłynęliśmy - teraz już prosto do Barcelony. Trochę zmęczeni po całym dniu uciech i nicnierobienia, z perspektywą wachty 24.00-04.00, padliśmy do koi, żeby odpocząć.

    Wilczy:
    Jest 2006-11-01, czyli pierwszego listopada. Około południa włączam telefon. Wcześniej na morzu i tak nie było zasięgu, a poza tym jestem przecież na wakacjach, prawda? Zresztą, zapowiedziałem to wyraźnie u siebie przed wyjazdem.
    Za chwilę docierają trzy wczorajsze SMS'y na raz:
    2006-10-31 16:01, Od: KtoDzwonil? - 1 pol. nieodebrane 31.10.06/16:00 od [numer z pracy].
    2006-10-31 16:06, Od: [kumpela z pracy] - Mam problem ze strona [nazwa klienta]. Wrzucilam do wlasciwego katalogu a nie sa te pliki widoczne.
    2006-10-31 16:21, Od: [kumpela z pracy] - Juz sobie poradzilam.
    Lekki uśmiech błąka mi się po twarzy. Taak... Ciekawe, czy dzisiaj w nocy znowu pojawią się delfiny?

    ...lecz w kółko kręcim tratwą!
    Czwartek. Wieje dwójeczka, kiedy wychodzimy na wachtę. Płyniemy na północ, więc wiatr... wieje z północy. Standard - w mordę przez cały rejs!... Stan morza 1, temperatura 21°C. Zaraz po objęciu wachty stawiamy grotsztaksla i foka, później dostawiamy foksztaksla, ale po godzinie go zrzucamy. Żyrokompas już działa, więc ze sterowaniem nie ma żadnych kłopotów. Do kawy pojawiają się ciasteczka, atmosfera jest zupełnie przyjemna, dopóki Magda nie zwraca uwagi, że część z nas pęta się po pokładzie bez szelek. Trochę ją to denerwuje, więc z pokładu schodzimy po wachcie dopiero po pogadance dydaktycznej i obiecujemy, że to się więcej nie powtórzy. Fakt, przez ostatnie spokojne dni trochę się rozpuściliśmy...
    Schodzimy pod pokład, po drodze do koi zahaczamy o mesę. Siadamy przy ostatnim stole i zaczynamy gadać. Statek płynie równo, bez przechyłów, bujanie w normie, spać się chce średnio. Za mną, obok mikrofalówki, stoi misa ze spaghetti z obiadu i ewidentnie gryzie mnie w plecy. Odwróciłam się do niej wreszcie i spojrzałam groźnie. Niemal usłyszałam, jak makaron mówi do mnie: "Zjedz mnie!... Zjedz mnie!...". No dobra, pomyślałam sobie, dam ci szansę i odwróciłam się do wachty.
    - Nie macie ochoty na spaghetti?...
    Spojrzeli na mnie z bardzo nikłym zainteresowaniem. A właściwie bez zainteresowania.
    - Eeeee...
    - O tej porze?...
    - Raczej nie...
    - Spać trzeba iść...
    Aha. Poszłam więc po talerz i na wszelki wypadek kilka widelców. Zaczęłam nakładać makaron na talerz na oczach wachty, która jakby lekko się ożywiła. Nałożyłam całą furę.
    - Wystarczy? - spytałam, patrząc na reakcje...
    - No, tylko sosu dołóż - doleciała do mnie odpowiedź. Tiaaa...;-) Jasne, bez sosu ani rusz!...:-) Do tego serek i... pakujemy do mikrofalówki.
    Gdy po chwili mikrofalówka brzęknęła na koniec podgrzewania, w wyjmowany z niej talerz wpatrywało się jakieś 9 par bardzo głodnych oczu. Widelcy oczywiście przyniosłam za mało, ktoś skoczył po więcej i wszyscy rzucili się do talerza... Mniej więcej po 30 sekundach talerz był prawie pusty, za to rozgorzała krwawa bitwa o resztki makaronu, zabieranie go innym z widelca było najprzyzwoitszym odruchem bezwarunkowym, ktoś zaproponował, żeby zgasić światło, ale już nie było do czego...
    W pusty talerz wpatrywała się smutno i w milczeniu III wachta...
    - To co? - zapytałam radośnie. - Jeszcze jeden?...:-)
    - Dawaj!... - odpowiedzieli, tym razem już zupełnie pewnie i bez fałszywej skromności.
    Operacja została zatem powtórzona ze wszystkimi szczegółami, łącznie z walką na widelce na końcu. Tym razem jednak towarzystwo się nasyciło i trzeciego talerza już nie wciągnęliśmy.
    A swoją drogą, spaghetti było naprawdę niezłe :-)

    Morze żyje. Często mówi się, że falująca powierzchnia wody to oddech, wielkie sztormowe fale - gniew, gładka tafla - spokój i odpoczynek, ale to tylko przykłady antropocentryzmu*, naszej skłonności do personifikacji wszystkiego, co nas otacza. Morze można znać, kochać, podziwiać, bać się, ale pełne jego zrozumienie przekracza możliwości ludzkiej percepcji, choć dokładamy wszelkich starań, by przełamać i tę barierę.
    Kazimierz Robak ">>Pogorią<< na koniec świata"
    * Chodziło, rzecz jasna, o antropomorfizm :-)

    Do śniadania udaje nam się jeszcze trochę przekimać, po śniadaniu i apelu (Malinowy zaginiony polarek wreszcie się znalazł!... Hurraaaa!... Co prawda nie bardzo chciała się przyznać, w czyjej koi...:), o 10.05 stuka nam tysięczna mila. Cieszymy się jak dzieci, zawsze to coś :-)
    Ciekawi jesteśmy, czy dopłyniemy dziś do Barcelony, co jakiś czas sprawdzamy, ile godzin drogi przed nami pokazuje GPS, jego wskazania nie są zbyt optymistyczne, na razie celujemy w jakąś 02.00 w nocy... Póki co siadamy w mesie i... Rysiek, Wilczy i Woodz zaczynają grać w statki. Na statku!... We trzech :-)
    Strzelają do siebie nawzajem, działa wycelowane, przyglądam się, co który ma narysowane, coś mi się nie zgadza, mówię, że się pomylili, skubańce zaczynają sprawdzać i okazuje się, że po prostu mają inaczej opisane osie x i y... No dobrze, usiłowałam zasiać ferment, nie udało mi się, to mogę się już tylko przyglądać, jak do siebie strzelają...
    Wygrywa Woodz, nagrodą ma być randka, ale w tej wygranej jest tyle tajemnic, że do dziś nie wiadomo, z kim ta randka: z Wilczym, z Rysiem, a może z kimś obcym i kto ma tę randkę załatwić i w jaki sposób?... W każdym razie wygrana jest faktem i nie da się jej już cofnąć :-)
    O 12.00 wychodzimy na wachtę, zaczynamy od zwrotu przez sztag i tak z kursu 310 robi nam się 160°. Postawionych mamy całą masę żagli: grot, grotsztaksel, fok, foksztaksel, bomkliwer, marsel dolny, marsel górny, bram i bombram. Wieje 4B z NNE, stan morza 2, temperatura 18°C. Wiatr jednak strasznie kręci, kurs 160 kompletnie nam nie pasuje, idziemy na obiad, a Pogorii pozwalamy dryfować. Po obiedzie wychodzimy na pokład i widzimy... kilwater biegnący jakieś 30 stopni od dziobu po lewej burcie!... A powinien znajdować się za rufą... Rozbawia nas to do łez, ale jednak trzeba z tym zrobić porządek. W międzyczasie okręciliśmy się w kółko, nie to mieliśmy zrobić, do Barcelony nas gna!... Staramy się podebrać żagle, mocujemy się z linami, dajemy z siebie wszystko, chociaż po obiedzie każdy chętniej by się położył do koi niż ciągnął liny, ale jak trzeba, to trzeba. Uznajemy, że są wybrane na blachę, cieszymy się z dobrze wykonanej roboty i wtedy słyszymy głos Kapitana:
    - No tak świetnie się przy tym bawiliście, że nie miałem serca wam przerywać, ale teraz... zrzucamy oba marsle, bram i bombram!...
    Ochhhh... Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem, właśnie przed chwilą je podbieraliśmy, wykonaliśmy kawał świetnej, nikomu niepotrzebnej roboty!...
    Zrzucamy żagle rejowe, potem jeszcze grota, zapuszczamy silnik i obieramy kurs 30 stopni. Po czym zdajemy wachtę nawigacyjną i przejmujemy kambuz...
    - Znów na postój w porcie...
    - Jaki tam postój, przecież my za ruski rok do tej Barcelony dopłyniemy...
    - Fakt, mamy jeszcze z 80 mil...
    - A im dłużej płyniemy, tym do tej Barcelony jakoś dalej i dalej...
    - Kurczę, wiecie, że będziemy musieli posprzątać cały jacht?... Bo z niego schodzimy...
    - No, faktycznie... To już sobie obejrzeliśmy Barcelonę...
    - Ej, nie będzie tak źle, w każdym razie cała noc przed nami :-)
    Pilotujemy prędkość Pogorii, po załączeniu silnika wzrosła do 5-6 węzłów, pojawia się przed nami światełko nadziei. Tymczasem podajemy kolację, po której dekujemy się w mesie nad kartami i innymi rozrywkami rodem z jaskini hazardu...:-)

    A w porcie pokus wielka moc
    Piątek. Noc spędzamy częściowo nad kartami, a częściowo w koi. Na apelu Kapitan rozdziela prace, na szczęście przy sprzątaniu pomogą nam inni. Po śniadaniu bierzemy się za porządki, jacht musi być porządnie wyczyszczony, prócz zwykłych prac myjemy też ściany i sufity z morskiego kurzu. Zbliżamy się już do portu w Barcelonie, jest ogromny, Kapitan mówi przez głośniki:
    - Uwaga, alarm manewrowy, alarm manewrowy, nie obowiązuje wachty kambuzowej...
    Spoglądamy po sobie. Jednak!... Raz wreszcie, na sam koniec rejsu, usłyszeliśmy, że jakiś alarm nas nie dotyczy! Co prawda mała to pociecha, bo to już nie jest zdzieranie sobie rąk linami, ale liczy się fakt!... :-)
    Powoli przepływamy obok wielkich statków, wreszcie o 12.10 cumujemy na pozycji 41°22'3"N, 2°11'1"E. Przebyliśmy 1123 mile.
    Teraz pracuje już cała załoga nad klarem. Jasiek zdejmuje dzwon do czyszczenia, był czyszczony już dwa razy podczas tego rejsu, ale znów przybrał barwy maskujące. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia - III wachta z Kapitanem i cała załoga na nadbudówce. Widać, że kończymy rejs...

    Barcelona
    Stolica prowincji oraz regionu autonomicznego - Katalonii. Powstała w starożytności (III wiek p.n.e.) jako kolonia rzymska, rozwinęła się jako jedna z najważniejszych republik kupieckich w basenie Morza Śródziemnego. Przejściowo zajęta przez Kartagińczyków, a po drugiej wojnie punickiej przeszła ponownie pod panowanie rzymskie.
    W roku 712 Barcelona została opanowana przez Maurów. Przez blisko 200 lat znajdowała się pod ich panowaniem. W latach 874 - 1137 Barcelona była stolicą niezależnego hrabstwa. Po zjednoczeniu z Kastylią jej znaczenie spadło.
    Miasto przeżyło burzliwy rozwój handlu i przemysłu w XX w., a po wojnie domowej (1936 - 1939) stało się centrum oporu republikanów i świadomości narodowej Katalończyków.
    Jest jednym z najładniejszych miast Europy, pełnym urokliwych zaułków i zabytkowych budowli (gotycka katedra św. Eulalii z XIII-XV wieku, Sagrada Familia, aleja Ramblas, Park Guell, dzielnica Barri Gotic, Palau Nacional na wzgórzu Montjuic). Znajduje się tu jeden z największych obiektów sportowych Europy Camp Nou (pojemność 97769 miejsc, własność FC Barcelona).

    Kończymy prace pod pokładem, bierzemy się za własne koje, trzeba wytrzepać koce, spakować się - przynajmniej częściowo. W międzyczasie obiad, to nasz ostatni obiad na Pogorii... Na tablicy ogłoszeń w mesie zauważamy - w miejscu naszego ogłoszenia - przypięte puste opakowanie po jakiejś tabliczce czekolady. To wredne stworzenia, no!...
    Nadal trzymamy wachtę trapową, na nabrzeżu pojawia się dziadek z blokiem i węglem, zaczyna szkicować Pogorię, jeden szkic, potem drugi, odnajdujemy się z Woodzem na tym pierwszym - siedzimy na polerze na nabrzeżu, widać nasze figurki, chociaż żeby je rozpoznać, trzeba mieć bardzo bogatą wyobraźnię :-) Gość zaczyna kolorować szkic, ale wachta trapowa się zmienia, już nie pilotuję rysunków, ciekawe, co z nimi zrobił...
    Wreszcie statek lśni, a my możemy wyjść do miasta, jest już niemal 18.00. Idziemy wachtą dookoła basenu portowego, docieramy pod Kolumba, który ze swojej kolumny pokazuje palcem na morze, skręcamy w Ramble i rozpraszamy się między stoiskami z różnymi turystycznymi atrakcjami. Gdzieś giną nam Asia i Piotrek, dalej idziemy w piątkę: ja, Wilczy, Kuba, Rysio i Maciek. Odwiedzamy sklepiki w poszukiwaniu koszulki dla naszej Magdy, ale niestety, najczęściej trafiamy na koszulki klubów piłkarskich... Nie całkiem o to nam chodziło :-) Kupujemy lody (te lody naprawdę są tam trzy razy większe niż u nas!...), wędrujemy dalej, mijamy Plaça de Catalunya, idziemy dalej Passeig de Gracia, oglądamy kamienice Gaudiego: Casa Batllo z balkonami przypominającymi mi paszczę rekina i La Pedrerę. Tę drugą zwiedzamy, najpierw bajkowo kolorowy dziedziniec, potem wjeżdżamy na dach i oglądamy swoisty ogród - szalone formy, obłożone potłuczonymi płytkami. Ten gość był szalony!...
    Potem idziemy do metra, chcemy zobaczyć Sagradę Familię, dzieło życia Gaudiego. Mapy linii metra dostępne są praktycznie wszędzie, przy każdej stacji na górze i w metrze jest ich kilka, kilkanaście, chłopcy idą we czterech wybierać właściwą linię - to szalenie odpowiedzialne zadanie wszak jest ;-)
    Wysiadamy pod Sagradą. Widzimy wielką ciemną bryłę, górującą nad nami, kompletnie nieoświetloną.
    - Jak to?... Czemu jest nieoświetlona?!?...
    - W ogóle już nieczynna... zamknęli, skubańce!...
    - No jest po ósmej...
    - Obejdźmy ją dookoła, może z drugiej strony jest jakieś światło...
    Idziemy, zadzierając głowy. Sagrada Familia, wybudowana nadal tylko częściowo, ale już trochę bardziej, niż jak ją oglądaliśmy 5 lat temu, robi wrażenie nawet po ciemku. Jednak okazuje się, że druga strona jest oświetlona, stajemy i przyglądamy się z rozdziawionymi buziami, szaleniec czy geniusz? Szaleniec!... Ale genialny! :-)
    Obchodzimy dalej Sagradę dookoła, okazuje się, że właśnie włączyli podświetlenie i druga strona też już nie jest jedynie czarnym głazem czy zwałem błota, z ciemności wynurzają się kształty. Dostrzegamy też napis na jakimś murku obok: "Good tourist! Dead tourist!".
    Wreszcie wracamy do metra i jedziemy do starej dzielnicy poszukać jakiejś knajpki. Usiłujemy zesemesować się z Woodzem i znaleźć gdzieś w tej plątaninie, ale jakoś nam nie idzie, siadamy więc w pierwszej napotkanej knajpce na paellę z owocami morza - to już też ostatnia nasza paella... Kelner jest zakręcony, miota się i mamrocze pod nosem (pewnie inwektywy), to chyba cecha tutejszych kelnerów :-) Jedzenie jednak dostajemy, nie jest tak rewelacyjne jak w Kadyksie, ale też smaczne. Zmieniamy knajpę, siadamy teraz w jakimś klubie dla młodzieży, zamawiamy piwko, a potem już powoli kierujemy się w stronę portu. Po drodze wpadamy na część I wachty, docieramy na jacht, w klasie imprezka - to ostatnia noc!... Jeszcze jakieś winko, whisky, piwko, gitary i śpiew, kończymy się pakować, powoli wszyscy odpływają do koi, jest godzina 03.00, o 04.00 przejmujemy wachtę trapową, nie opłaca nam się iść spać. Biorę prysznic, dopycham plecak, robię kawę, zaglądam Rysiowi przez ramię - rysuje abstrakcję pod tytułem "Pogoria", o 04.00 razem z Woodzem wychodzimy na pokład. Jest zimno i chce się spać, ale humory nadal mamy rozrywkowe. Siedzimy na pokładzie z Magdą, przez trap powolutku skrada się kot, już jest na pokładzie, pcha się w stronę rufy, chowa się za pontonem, ja skradam się z drugiej strony, nie pytajcie, po co!... Kot mnie zauważa, spina się, mierzy mnie dumnym spojrzeniem, ja zamieram, kot majestatycznie odwraca się i powoli, pewnym krokiem, wraca na nabrzeże.
    - No i po co go wystraszyłaś - mówi Magda. - On przecież chciał się zaciągnąć!... Byłby świetnym żeglarzem...
    - No i na pewno bezproblemowo hasałby po rejach... Bardzo przepraszam, to się już więcej nie powtórzy :-)
    Faktycznie się nie powtórzyło, bo kot już nie wrócił. Siadł na nabrzeżu i pochłonął rybę, którą dostał od rybaków... :-)
    O 05.00 rozbrzmiewa dzwonek na pobudkę, opuszczam pokład i idę do koi chociaż na chwilę zamknąć oczy, 05.04 zasypiam, 05.28 budzi mnie Asia:
    - Wstawaj!... Pobudka!...
    No dobra... Ale ciężko!... 24 minuty snu to nie jest to, co króliki lubią najbardziej, ale co zrobić... Kończę pakować plecak, Wilczy wynosi nasze rzeczy na pokład. Wręczamy jeszcze Magdzie poduchę w kształcie byka w ramach podziękowania za rejs i wychodzimy już na pokład na ostatni apel. Rozdanie książeczek żeglarskich, paszportów i opinii z rejsu - to praca ostatniej nocy naszych oficerów. Na drugiej stronie opinii jest mapka z zaznaczoną przepłyniętą przez nas trasą - bardzo fajna pamiątka :-)

    Bo do domu, do domu...
    Żegnamy Pogorię i kolektywnie wędrujemy kawałek nabrzeżem, dalej czekają na nas taksówki. Mają ustaloną cenę: 28€ za kurs na lotnisko. Potwierdzamy jeszcze cenę u kierowcy, pakujemy bagaże do bagażnika, wsiadamy po 3 osoby do samochodów i jedziemy. Pod lotniskiem oczywiście zaczyna się akcja: kierowca żąda od nas znacznie wyższej kwoty za przejazd, my protestujemy święcie oburzeni, on podtyka nam pod nos jakieś karteczki, widzimy, że generalnie wszyscy mają ten sam problem: to dopiero złodziejska korporacja!... Kierowca zaczyna wołać: "Policia!... Policia!", my mu wtórujemy, tak, policja, bardzo chętnie, zobaczymy, kto tu jest złodziejem!... Inwektywy lecą w obu językach, ktoś usiłuje kłócić się z nimi po hiszpańsku, inni klną po polsku, wreszcie stajemy na 30€, dostajemy swoje bagaże i możemy iść na lotnisko.
    Mamy jeszcze sporo czasu, ustawiamy się do odprawy bagażowej, między nami krąży kubeczek, jest wesoło, chociaż chce się spać. Wszyscy się zastanawiają, co ich czeka w Polsce - prócz śniegu (bo to już wiemy...), ciekawe, jaka jest sytuacja polityczna, wszak opuszczaliśmy kraj w gorącym dość okresie.
    - Wy to wy, tylko dwa tygodnie, ale nas nie było cały miesiąc, ciekawe, czy mamy jeszcze do czego wracać... - mówi Magda.

    "Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny,
    Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów,
    Ku brzegom angielskim już ruszać nam pora,
    Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów."


    Oddajemy bagaże, przeprawiamy się przez wszystkie bramki, ostatnie zakupy robimy już prawie biegiem, w końcu jedziemy do samolotu. A w samolocie niemal natychmiast odpływamy - wszyscy jesteśmy tak zmęczeni, że mimo niewygodnych foteli zasypiamy i budzimy się dopiero w Krakowie...
    Po wypełznięciu z lotniska pakujemy się do autobusu, dojeżdżającego do kolejki, która z kolei wiezie nas na dworzec kolejowy w Krakowie. Okazuje się, że autobus nie miał zbyt wielkiego sensu, bo przystanek kolejki jest 300 metrów od lotniska... Wszędzie leży śnieg, jest zimno i paskudnie, wieje jakiś dziwny wiatr, ech, gdzie ta keja, gdzie to hiszpańskie słońce?!?... Wysiadamy na dworcu, zostawiamy bagaże w przechowalni i idziemy do miasta. Mieliśmy spędzić dzień w Starym Porcie - tawernie żeglarskiej, ale niestety będzie ona czynna dopiero od 17.00, więc docieramy tylko do najbliższej restauracji na obiad. Kelner na widok kilkunastu osób wpada w popłoch i ucieka na zaplecze, my - niczym niezrażeni - zsuwamy stoliki i siadamy radośnie, komentując jego zachowanie. W końcu wraca z jakimś drugim, który chyba ma misję życiową zaprowadzenia wśród nas porządku. Przede wszystkim każe pozabierać kurtki do szatni, potem zaczyna zbierać zamówienia, uprzedzając, że podanie obiadu potrwa ze względu na ilość chętnych.
    - Ależ nie ma sprawy, poczekamy!... - obiecujemy mu z promiennymi uśmiechami, bo przecież i tak nie pójdziemy na spacer po mieście w taką pogodę!... Powoli robi się nas coraz więcej, zamawiamy jedzenie, sępię cudze karty z aparatów i zgrywam zdjęcia, dzięki temu będę miała do przejrzenia wszystkie, jeszcze zanim pojawią się na udostępnionym pogorianom FTP-ie.
    Po obiedzie towarzystwo się rozłazi po okolicy - część zostaje, część wraca na dworzec, niektórzy postanowili już dziś wrócić do domu, zbyt mało sił w nas do balowania kolejną noc... Wymykamy się z restauracji i wracamy na dworzec, zahaczając jeszcze o galerię handlową, gdzie na lodach w McDonaldzie spotykamy się z Asią i Piotrkiem - oni też już wracają do Wrocławia. Żegnamy się na peronach, Wilczy wsiada do pociągu do Łodzi, ja i Rysio wskakujemy do pociągu do Warszawy.
    I tak kończy się przygoda z Pogorią...
    Ale...
    Nie z żeglarstwem!...:-)

    ***
    Relację ozdobiły rysunki Blond Wiedźmy. Przecinków też tu nawstawiała całą masę ;-p O komentarze słowne - mam nadzieję - sama się postara...;-)

    A zatem - komentator dla chętnych :-) (krytyka niemile widziana ;-p no chyba, że będzie bardzo dyplomatyczna :-)
    Skomentuj | Pokaż komentarze



    Wyszperane w Sieci:

    Pogoria: http://www.pogoria.pl/
    Centralwings - lot WAW-LIS: http://www.centralwings.pl/
    Skyeurope - lot BCN-KRK: http://www.skyeurope.pl/
    Przewodnik Onetu: http://przewodnik.onet.pl/
    Lisbon Guide: http://www.atl-turismolisboa.pt/home.asp?lng=uk
    Hiszpania online: http://www.hiszpania-online.com/
    Casa Mila (La Pedrera): http://www.casamila.com/
    Casa Batllo: http://www.casabatllo.es/
    Mapa Googli: http://maps.google.com/
    Wikipedia: http://pl.wikipedia.org/

    Spotkanie porejsowe: http://psyche.osx.pl/inne/kojot/


    psyche