|
Kosztorys
Pogoria: 2630 zł
Samolot WAW-LIS: 530 zł
Samolot BCN-KRK: 235 zł
Uciechy portowe: 350 euro na dwoje
Piątek, 20.10., Warszawa - Lizbona
Na Okęcie docieramy około 19, objuczeni trzema plecakami i workiem żeglarskim. Niepewnie rozglądamy się po hali odlotów, Wilczy zwraca uwagę na grupkę osób, z których jedna ma koszulkę z wizerunkiem Pogorii.
- To nasi - mówi prawie pewnie. Moje bardzo niepewne "Yyyy..." zupełnie go nie zniechęca, podchodzimy zatem i witamy się ogólnie z grupką ludzi stojącą dookoła bagaży. Miał rację, skubany - trafiliśmy bez pudła :-)
Kontrola paszportowa (którą Kasia F. przeszła z telefonem komórkowym przy uchu i tak jej zostało niemal do wejścia na pokład samolotu), rzut okiem na sklepy za bramką (ciągle jeszcze są synonimem tańszych i bardziej luksusowych zakupów), toaleta (jednak nie tak luksusowa, jakiej możnaby się spodziewać). Stoję przed toaletą i czekam na Wilczego, podchodzi do mnie jakiś obcy, bardzo duży jegomość i zaczyna nawijać po rosyjsku. Strachliwa specjalnie nie jestem, zainteresowana też nie, więc leniwie spojrzałam na faceta pytająco. Po czym w odpowiedzi na jego pytania wyjaśniłam, że ja generalnie, proszę pana, to mówię po polsku, w końcu jestem w Polsce, nie? Taki tekst zwykle działa na natrętów, jednak nie na tego. Przeszedł na angielski i zaczął mnie wypytywać, czy na kogoś czekam.
- Ależ jasne, na mojego boyfrienda - oznajmiłam z radosnym uśmiechem i z pewnym zniecierpliwieniem odwróciłam się w stronę drzwi do męskiego kibla. No Wilczy, gdzie ty jesteś, dlaczego mnie tu jakieś góry mięsa zaczepiają, ratunku!...
Zmaterializował się obok Rysiu, zaraz potem pojawił się Wilczy i góra mięsa zaniechała kolejnego pytania o boyfrienda, widocznie uznał, że dwóch mi wystarczy, i się zmył.
- No nareszcie - wymamrotałam z pretensją w przestrzeń.
Lecieliśmy Centralwingsem. Pamiętni naszych poprzednich doświadczeń z nimi uznaliśmy, że i tak się spóźnią, i tak, nie ma się co spieszyć. O dziwo samolot wystartował z niewielkim, kilkunastominutowym opóźnieniem. Wilczy jak zwykle lotniczo odkrył:
- Tym samym samolotem lecieliśmy do Egiptu i z powrotem!... I z Dublina do Łodzi też :-)
Aha. Cudownie, nieprawdaż? ;-p
W samolocie dopadła nas głupawka, czyli dowcipy lotnicze. Okazało się, że siedzimy w przedostatnim rzędzie, za nami Woodz i Gniady, obok nas Kasia F., a dalej Rysiek. Woodz starał się robić zdjęcia, po jednym, niewątpliwie najfajniejszym, sfotografowana pani stewardesa powiedziała do niego chłodnym tonem:
- A teraz skasuje pan to zdjęcie i nigdy więcej tego nie zrobi.
Woodz skasował. Pani widocznie bardzo chroniła swój wizerunek.
- A miałbym taką pamiątkę!... - westchnął Woodz filozoficznie nad skasowanym zdjęciem. I na znak protestu zrobił następne zdjęcie, już bez pani stewardesy.
Na pytanie Maliny: "Gdzie jesteśmy?" pani odpowiedziała wielce rezolutnie: "W samolocie!...". Aha. W życiu bym na to nie wpadła, no!...
- A z tym pilotem to już lecieliśmy - mówi odkrywczo Wilczy. - To ten, co stwierdził, że pogoda w Warszawie jest... odpowiednia do lądowania!...
Pół godziny po północy czasu lokalnego (czyli godzinę wcześniej niż w Polsce) wylądowaliśmy w Lizbonie, wytaszczyliśmy się przed lotnisko, sprawdziliśmy listę obecności i zapakowaliśmy się do autokaru, gdzie Kapitan poinformował nas, kto gdzie śpi i z kim jest w wachcie oraz do której łazienki przynależy. Wylądowałam w ósemce, a Wilczy w kubryku przejściowym. Natychmiast sprawdziliśmy na planie Pogorii, gdzie to jest...:-) Zaraz potem dowiedzieliśmy się, że:
- trzeba oszczędzać wodę,
- "nic, co nie przeszło przez zęby, z wyjątkiem papieru toaletowego, nie ma prawa wylądować w sedesie", bo się zapycha,
- Pogoria jest samowystarczalna, to znaczy na przykład ma agregat prądotwórczy,
- pobudka jest o 7, o 7.30 jest śniadanie, a o 8 apel, obecność obowiązkowa,
- na apelu sobie wyjaśnimy resztę.
Załoga Pogorii w wersji skróconej, czyli udział wzięli:
Kapitan: Adam Busz
III wachta:
Magda (oficer wachty) - "Magda, Magda, czemuś nas nie posłuchała..." ;-)
psyche - no, wiadomo: rude to wredne...;-)
Wilczy - prawdziwy wilk szuwarowo-bagienny ;-)
Woodz - "Gdy pierwszy raz w morze trza było mi wyjść"...
Rysiek - częstował nas na przykład gumą... do żucia :)
Kasia - pani nauczycielka, na szczęście bez odruchów belfra ;-)
Ania - powinniśmy skakać, jak ona zagra... - pani artystyczna :)
Asia - miłośniczka gór :)
Piotr - "bez sensu!..." - oraz miłośnik Asi :)
Kuba - nasz prywatny kosmita :-)
Maciek (starszy wachty) - człowiek-widmo (nie pomnę, skąd to się wzięło :)
Reszta, niezwiązana z III wachtą, aczkolwiek też istotna: Malina, Gniady, Lowelas, Kasia F., Marecki, Silvii, Krzysiek, Hans (choć krótko) i oficerowie: Kaczor, Jasiu, Bart.
Udział wzięła także załoga stała, czyli kuk Mirek, mechanik Marcyś i bosman Sieniu.
Oczywiście byli też inni...;-) W końcu załoga liczyła sobie 40 osób bez oficerów i załogi stałej. Ale wybaczcie, imion nie pomnę... :-)
W ósemce byłam pierwsza, wybrałam dolną koję na prawej burcie, na samym końcu kajuty. Potem okazało się, że to był generalnie bardzo głupi pomysł, albowiem szliśmy głównie prawym halsem, zatem permanentnie z koi wypadałam, a do fartucha miałam średnie zaufanie, tym bardziej, że nie można go było łatwo zdemontować, bo był przywiązywany. W tej chwili jednak była 3 w nocy i było mi wszystko jedno, zatem sprawdziłam tylko, gdzie jest Wilczy, Woodz i Rysiek, zlokalizowałam łazienkę i poszłam spać.
Sobota - niedziela, 21-22.10., Lizbona, czyli trudne początki III wachty
Po pobudce (oznajmianej dzwonkiem, który przestałam słyszeć gdzieś tak po 5 dniach i nie słyszałam go już do końca rejsu) i śniadanku przyszedł czas na apel. Podniesienie bandery i przemowa, co się właściwie dzieje i co będziemy robić. Generalnie będziemy się uczyć jachtu. No świetnie.
Obszarem działania III wachty miało być śródokręcie, a konkretniej mówiąc: grotmaszt i sznurki w jego okolicach. Wiatr był słaby, zatem na próbę postawiliśmy grota, przebrasowaliśmy reje, a potem jeszcze na nie wleźliśmy. A dokładnie rzecz biorąc na reję drugą i zwisając stamtąd, oglądaliśmy świat. Lęku wysokości nie mam, generalnie dawało radę, najgorszym momentem było przejście z want na reję, szczególnie, że linka, na której należało stanąć, była mało stabilna i wymagało to silnych rąk oraz uwagi. Ale ponoć trening czyni mistrza... (tylko że więcej już na reje nie wlazłam...:). Jednak ganianie po rejach w porcie to zupełnie co innego niż na pełnym, szalejącym morzu, podczas silnego wiatru i sporych przechyłów...
Lisbon story
Po obiedzie przyszedł czas na Lizbonę. Niestety, na krótko, bo okazało się, że o 16 rozpoczynamy wachtę kambuzową, do której obowiązków należy także pilnowanie trapu. I tak już zostało do końca rejsu: co postój w porcie, to III wachta ma kambuz... :-( Na szczęście jednak jakoś potrafiliśmy się dogadać i mimo obowiązków dało radę coś zobaczyć :-)
Cumowaliśmy tuż obok mostku dla pieszych. Mostek dość często bywał obracany, żeby większe jednostki mogły pod nim przepłynąć bez łamania masztu, a w trakcie obracania dzwonił przeraźliwie. W pierwszych chwilach naszego pobytu na Pogorii myśleliśmy, że to jakiś alarm (na statku alarmy były ogłaszane właśnie dzwonkiem), dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy odróżniać dźwięk mostku od dźwięków Pogorii.
Aby nie tracić czasu, przeszliśmy przez mostek do miasta i poszliśmy w stronę centrum. I zaczęliśmy chłonąć miasto... Oczywiście Wilczy niemal natychmiast zaczyna zachwycać się tramwajami i mierzyć rozstaw szyn (tak, jest węższy niż w Łodzi!...), skręcamy w boczne uliczki, odwiedzamy sklepik z napojami, docieramy do Elevador da Bica, czyli kolejki szynowej jadącej po stromym zboczu... Akurat jedzie wagonik, ustawiam się do zdjęć, gęba mi się śmieje, motorniczy też się uśmiecha, a przejeżdżając obok, woła do mnie:
- Hola!
Nim zdążę mu odpowiedzieć, już jest niżej, macham tylko ręką i złoszczę się, bo właśnie skończyło mi się miejsce na karcie. Jak zwykle w niewłaściwym momencie!...
Lizbona - trochę historii
Obszar dzisiejszej Lizbony zamieszkany był co najmniej od czasów rzymskich. W VIII wieku miasto zostało zajęte przez Maurów z Afryki północnej i nazwane Lishubną. W 1147 roku została zdobyta przez krzyżowca i pierwszego władcę Portugalii, Alfonsa I Zdobywcę (Dom Alfonso Henriques). W okresie wielkich odkryć geograficznych (XV-XVII wiek) z Lizbony, a ściślej z jej portu Belém, wyruszyło wiele wypraw morskich, które przyczyniły się do rozwoju królestwa i jego stolicy. 26 stycznia 1531 roku miasto zostało dotknięte przez trzęsienie ziemi, w którym zginęły tysiące jego mieszkańców. W dzień Wszystkich Świętych 1 listopada 1755 r. miało miejsce kolejne potężne trzęsienie ziemi (9 stopni w skali Richtera), które pochłonęło ok. 50 000 ofiar i praktycznie zrujnowało Lizbonę. Przetrwały jedynie zabudowania dzielnic Alfamy i Belém. Z inicjatywy ministra króla José I, markiza Pombala, miasto zostało odbudowane.
Lizbona leży na wzgórkach, wszystko tu jest krzywe, uliczki są wąskie i faktycznie wszędzie za oknami wisi pranie :-) Chodniki wyłożone są kolorową kostką we wzorki, domy obłożone kafelkami (azulejos), z których - jak się okazuje - można ułożyć całe obrazy :-) Ktoś twierdzi, że dzięki temu łatwiej je myć, tylko kto myje budynki od zewnątrz?...
Wracamy na wachtę trapową, Wilczy twierdzi, że strasznie marudziłam, że się spóźnimy, ale on ma skłonności do przesady ;-p
Po kolacji wyruszamy znów do miasta w składzie: psyche, Wilczy, Woodz, Rysiek, Kuba, Maciek. Życie nocne przed nami!...:-) Musimy iść naokoło, bo nasz mostek już jest otwarty na noc, zatem okrążamy cały basen portowy, straszy mnie pies (na szczęście na łańcuchu), docieramy do przystanku tramwajowego i rozpoczynamy oczekiwanie na transport. Na przystanku zamontowany jest wyświetlacz, informujący, za ile minut przyjedzie tramwaj, świetny wynalazek, nawet nie kłamie. Podjeżdża tramwaj, średnio zatłoczony, wsiada do niego jedna osoba, motorniczy zamyka drzwi i odjeżdża. Zostajemy ze zbaraniałymi minami na przystanku. O co chodzi?...
Postanawiamy do następnego tramwaju wepchnąć się siłą, jednak nie ma takiej potrzeby na szczęście - wsiadamy bez problemu i zaczyna się szopka pod tytułem: kupujemy bilety w automacie. Aha.
Automaty w tramwaju są dwa, obstawiamy jeden i prowadzeni przez menu usiłujemy dokonać transakcji. Najpierw trzeba przełączyć język na ludzki (znaczy angielski), potem okazuje się, że automat sprzedaje po jednej sztuce i nie da się kupić siedmiu biletów naraz, każdy więc przechodzi całą operację od początku. Mniej więcej przystanek przed końcem naszej trasy udaje się wreszcie wszystkim nabyć bilet, zabawa jest przednia (jak zęby - copyright by Ania), wysiadamy na Praça do Comércio i idziemy deptakiem Rua Augusta, podziwiając otoczenie. Sklepy się zamykają, jest już po 21, ale na deptaku pełno ludzi. Dochodzimy do Elevador da Santa Justa, wieży z windą w środku, oczywiście korzystamy z niej natychmiast. Winda jest cudowna, bardzo stara, ma pełno zdobień i miękkie kanapy w środku. I obsługę :-) Wjeżdżamy na górę absolutnie ażurowym i wspaniale oświetlonym szybem,
dalej wchodzi się po schodach, na szczycie jest kafejka i fantastyczny widok na okolicę, bez znaczenia, że już patrzymy na Lizbonę nocą - i tak jest pięknie. Oglądamy jeszcze mechanizm windy, to są takie fajne, wielkie koła i inne dziwne rzeczy, kręcą się i wyglądają imponująco :-)
Tak naprawdę dojechaliśmy na wyższy poziom miasta, wychodzimy zatem na placyk z kawiarenką i zamawiamy piwko. Wyłamuje się Kuba, który upiera się przy soku grejpfrutowym. Pani kelnerka niekoniecznie rozumie, o co mu chodzi, po dłuższych negocjacjach umawiają się zatem na wymieszany sok z pomarańczy i cytryny :-)
Tradycyjnie zwiedzam toaletę - stan bardziej grecki niż chorwacki, czystością nie grzeszy, ale zadziwia mnie... miękka deska!... Autentycznie deska wyłożona jest skóropodobnym obiciem, jak jakiś fotel...:-)
Znów wychodzi na to, że bardziej opłaca się zostać alkoholikiem: za 0,25 l piwa płacimy 0,75 € |