Podlasie, 1.03.2004 - 3.03.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Było troszkę pochmurno...:-)

Trasa:

Warszawa - Hajnówka - Białowieża - Serpelice - Janów Podlaski - Warszawa

Wszystkie szosy nasze są...:)

Rozmowy niekontrolowane w piątek brzmiały mniej więcej tak:
- To co, jedziemy?
- No, jedziemy...
- A dokąd?
- A gdzie nas oczy poniosą...
W sobotę obudziłam się późno. Nie powiem, o której... ;-p W każdym razie nie zdążyłam się spakować, zanim przyjechał Wilczy i skutki tego odczuwałam potem przez cały wyjazd.
A Wilczy przyjechał, spojrzał na bajzel na moim łóżku i powiedział z potępieniem:
- To ja myślałem, że opieprz dostanę, że dopiero teraz jestem, że ty już z nogi na nogę przestępujesz i tylko na mnie czekasz, a ty jeszcze spakowana nawet nie jesteś!...
Tym sposobem opieprz dostałam ja :)
W dodatku zginęły mi spodenki i z obłędem w oczach usiłowałam je znaleźć, gdyż skoro ON się pojawił u mnie w krótkich spodenkach, to ja nie chciałam być gorsza.
Spodenek nie znalazłam po dziś dzień. Wywędrowały ani chybi, tylko dokąd? ;-p ***a właśnie dziś je znalazłam. Schowały się dokładnie tam, gdzie ich szukałam. Sprytne takie, wcześniej udawały, że ich nie ma...***
- Mija piętnasta - oznajmił Wilczy, spoglądając znacząco na zegarek. - A my już jesteśmy PRAWIE spakowani...
- Oj ćśśśś - wtryniłam mu do ręki jakieś przypadkowe tobołki. Zdaje się, że to był śpiwór. Jeszcze tylko torba fotograficzna, torba z żarciem i koce i w drogę. Do samochodu, znaczy...
Wilczy zajął się upychaniem tego w bagażniku, radośnie stwierdzając, że ponieważ wyjątkowo nie mamy gitary, to powinniśmy się JAKOŚ zapakować. Udało się, wsiedliśmy do samochodu, położyłam sobie atlas na kolanach i zapytałam słodkim głosem: to dokąd jedziemy, kochanie?
Kochanie spojrzało na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
- To może na wschód?
- No dobra... to jedziemy na wschód...
I pojechaliśmy.
Obłożyłam się pomocami naukowymi w postaci dwóch atlasów (samochodowy + krajoznawczy) oraz przewodnikiem (uwaga, kryptoreklama!) Pascala "Polska na weekend - 52 trasy" i tak uzbrojona po zęby jechałam sobie z nosem w papierach. Wilczy w pewnym momencie oznajmił: rozejrzyj się, jak tu ładnie, a nie tylko patrzysz w ten atlas!...
- Ale gdzie my jesteśmy?
Informacja o Parku - W (???) - wymienił nazwę jakiejś miejscowości.
Schowałam nos z powrotem w atlas, po czym z całą stanowczością oznajmiłam:
- Nie ma.
- Co "nie ma"?
- Nie ma takiej miejscowości...
Wilczy tylko westchnął i nic już nie powiedział.
Jak zwykle poczuliśmy się głodni, zatem stanęliśmy na obiadek w jakiejś przydrożnej knajpie i zamówiliśmy burżujski obiad z dwóch dań. To tak w ramach odchudzania się i oszczędzania ;-p
Następnie ustaliliśmy, że Brok to nazwa myląca wielce, bo piwo Brok wcale nie jest z Broku i to taka ściema. Następnie dojechaliśmy do Małkini i przypomniało się Wilczemu, że Kaowiec pochodził z Małkini. To taka historyczna miejscowość...:))) A potem to już były same łąki, pola, nowo otwarte stacje benzynowe z gazem i kibelkiem, ale za to bez papieru toaletowego czy ręczniczków oraz całe stada rowerzystów. Ustaliliśmy zatem, iż rowerzyści są to stworzenia żyjące stadnie. A już na dalekim Podlasiu to w ogóle zajmujące cały kawał szosy, niezjeżdżające samochodom, jeżdżace podwójnie (no pijana jeszcze nie byłam, chodzi o to, że jechali obok siebie ;-p)...
I tak dojechaliśmy do Hajnówki, a następnie przepiękną drogą przez las do Białowieży.
Białowieżę zwiedziliśmy po amerykańsku, żeby zorientować się, o co w ogóle chodzi.
Okazało się, że jest całkiem długa, ale w końcu się skończyła naprawdę a nie tylko dla zmyłki jak wcześniej i prawdopodobnie znaleźliśmy się tuż przy granicy. Zawróciliśmy i pojechaliśmy z powrotem. Właściwie szukając noclegu...
"Pokoje gościnne", "Zimmer frei", "Rooms", "Noclegi" - takich tablic było zatrzęsienie. Zatrzymaliśmy się przy jednej z nich. Zadzwoniliśmy do drzwi. Rozejrzeliśmy się po podwórku. Przez furtkę wszedł jakiś gość. W końcu drzwi się otworzyły i zniesmaczona kobieta warknęła:
- Zajęte wszystko!
Po czym zatrzasnęła drzwi, nie dając nam w ogóle dojść do głosu. No bardzo przepraszamy, że panią fatygowaliśmy, ale wystarczyło karteczkę wywiesić! ;-p
Wsiedliśmy do auta i zaczął się wyścig z czasem, bo ten gość, ktory do nas dołączył przy owej niesympatycznej pani, też szukał noclegu. Do dyspozycji mieliśmy jeszcze jakiś potwornie drogi hotel (widać było po budynkach, że tanio to tam nie jest), w dodatku chyba też zapchany na maxa, bo parking cały zajęty. Rejestracje warszawskie i łódzkie...
Zatrzymaliśmy się przy następnych noclegach, starannie wybranych z wielu innych.
Zajęte.
Następne.
Zajęte.
Zaczęłam dzwonić po noclegowniach reklamowanych w Pascalu.
Zajęte.
Powoli wyjechaliśmy z Białowieży i jechaliśmy w stronę Hajnówki.
Hajnówka w zapadającym zmroku wyglądała tak sobie.
Znaleźliśmy Kaufmana (to taki ichniejszy supermarket z tych większych).
Zawróciliśmy.
- Ci wszyscy, którzy jechali w przeciwną stronę, jak my jechaliśmy do Białowieży, pewnie wracali, bo nie znaleźli noclegu - powiedział Wilczy.
- No i dobrze, przekimamy się w samochodzie - oznajmiłam radośnie. No bo jaka to jest oszczędność przecież :))))
Zatrzymaliśmy się na parkingu leśnym w połowie drogi między Hajnówką a Białowieżą, pomstując na nieoświetlonych rowerzystów i innych włóczęgów. Nad knajpą, przynależną do parkignu, wisiał szyld "Noclegi", zatem natychmiast pospieszyliśmy do środka, dowiedzieć się o spanko.
Nie wiem, skąd w nas się obudziła nadzieja, bo wolnych pokojów oczywiście nie było.
Przestawiliśmy sprytnie autko, żeby nic nam po oczkach prócz księżyca nie świeciło i poszliśmy do knajpki na piwko.
Nieobowiązkowy bilet wstępu do skansenu. Zapłaciliśmy! Knajpa myśliwska. Stoły i ławy drewniane, przykryte skórami zwierząt. Na ścianach wypchane popiersia jakichś tam jeleni. Albo czachy. Pod sufitem podwieszone ptaszyska. I w ogóle klimatycznie...
Zrobiło się zaraz śmiesznie, bo do knajpy weszło kilka MYŚLIWYCH!... No, na myśliwych przynajmniej wyglądali, z giwerami każdy, łącznie z kobietami, to mi się podoba :) Usiedli przy wielkim stole, za chwilę dołączyli do nich następni i rozpoczęli Myśliwskie Opowieści.
Niestety, oprócz powtarzania w każdym zdaniu trzykrotnie słowa "unia" odmienianego przez wszystkie możliwe przypadki, rechotania się z tylko im znanych sytuacji i komentowania wypadków samochodowych, samochodowo-motocyklowych i innych drogowych, do opowiadania mieli niewiele ciekawych rzeczy, zatem zajęliśmy się swoim piwem i przestaliśmy ich podsłuchiwać. Jedno zdanie jednakże zapadło mi w pamięć: "Lepsze piwo z brzydką Niemką niźli wódka z Łukaszenką" :)
Do Wilczego przyczepiła się mucha. Pokochała go całym sercem, łaziła mu po twarzy, chciała zajrzeć do piwa, ale jej nie pozwolił, wędrowała po polarku, szukając widać drogi do jego serca. Wilczego, nie polarka ;-p Jak zaczęłam się śmiać, że to jego narzeczona, to on natychmiast ochrzcił mianem mojego narzeczonego jelenia wystającego ze ściany. Ustaliliśmy, że:
- jego narzeczona lubi się bzykać, ale jest latawicą, niewierna znaczy;
- mój narzeczony to - no cóż, ładny, ale jednak jeleń, w dodatku przyprawiłam mu rogi. ale niewielkie ;-p
Piwo się jakoś skończyło, uznaliśmy, że nie będziemy państwu myślistwu unijnemu przeszkadzać i powlekliśmy się do auta.
Przypomniałam sobie, że nie widziałam w kosmetyczce pudełka na oczy. To dość istotna rzecz, gdyż noszę soczewki, które na noc wyjmuję (w skrócie nazywa się to wyjmowaniem oczu, proszę się nie przerażać ;-p). Wszystko przez ten pośpiech. W ramach opakowań zastępczych wystąpiły zakrętki od ica-tea i świeżo w tym celu zakupionego Tymbarku. Tymbark spożyty został na miejscu, zakrętki wypłukane wodą niegazowaną mineralną, oczy wydłubane i ustawione ładnie na półeczce. Spać się chciało, ale piwo zamknięte w bagażniku zasnąć nie pozwalało... Zatem pościeliwszy sobie fotele (no co, to poważna sprawa, rozłożyć siedzenia i ustawić je tak, żeby dało się trochę przespać) otworzyliśmy piwko...
Od razu powiem: łażenie bez oczu po krzakach w celu znalezienia miejsca, do którego król piechotą chodzi, naraża łażącego na duże niespodzianki, szczególnie po ciemku, dlatego nie odchodziłam za daleko...:)
Oczy noc przetrwały w kieszeni w drzwiach kierowcy. Spać się dało, ale nie dość, że było zimno to jeszcze niewygodnie jak cholera (a przecież to nie pierwsza noc w tym aucie, jak to jest, że coraz gorzej tam się śpi???). Ale jednak wstaliśmy w dobrych humorach, zamieniliśmy się miejscami, podnieśliśmy oparcia i wyjechaliśmy czym prędzej na szosę, żeby znaleźć miejsce na poranną toaletę :)
W pierwszą interesująco wyglądającą drogę w prawo skręciliśmy i zatrzymaliśmy się w krzakach. Nastąpiło mycie twarzy wodą mineralną z butelki, zakładanie oczu, obserwacja życia w trawie i jam pod korzeniami drzew. Potem, w miłej i przyjaznej atmosferze zielonego lasu, zjedliśmy śniadanko i pojechaliśmy ZWIEDZAĆ.

Miejsce Mocy i inne atrakcje
Na pierwszy rzut poszło Miejsce Mocy. Ponoć kamienne kręgi, jakieś miejsce pogańskie, gdzie emanuje pozytywna energia lecząca obolałe gnaty.
Okazało się, że generalnie kawał drogi da się dojechać autem, z czego też skorzystaliśmy, ja skwapliwie, a Wilczy marudząco:
Bilet wstępu na ścieżkę Dębów Królewskich - Tak, samochodem, wszędzie samochodem, ja to bym chciał się po lesie przejść, na spacer pójść, a tu wszędzie tylko samochodem trzeba jeździć!...
Potem, jak zobaczył, jaki kawał miałby iść do parkingu, a potem jeszcze drugie tyle niemalże do Miejsca, to zmiękł i przestał nadawać :)
Auto zostawiliśmy na parkingu tuż obok torów kolejowych. Zbudowanych specjalnie dla cara, jak miał przyjechać do Białowieży. No fajne tory, takie zarośnięte :)
Poszliśmy ścieżką w las i doszliśmy do owych kamiennych kręgów. Tłum ludzi. Co sprytniejsi posiadali sobie na kamieniach, żeby chłonąć tę Moc, nie wiem czym, nie będę się wyrażać ;-p Potem trafiliśmy na woźnicę, powożącego bryczką, a co, można było tam dojechać bryczką, że też na to nie wpadliśmy!... A do auta wróciliśmy oczywiście torami, Wilczy nie mógł takiej okazji przegapić. Przyglądał im się z miną znawcy, mierzył stopkami, oglądał i w ogóle był w siódmym niebie - no takie tory! :))))
Potem spotkaliśmy jaszczurkę. Prawdziwa, fajna, zielona jaszczurka biegała sobie przy jednym z torów, miotając się strasznie w prawo i w lewo i skubana utrudniała robienie jej portretów, no! Co się za nią nabiegałam, próbując złapać ją w obiektyw i jeszcze ostrość ustawić!... W końcu się udało, ale i tak jest schowana za trawką.
Następnie ruszyliśmy na podbój Białowieży. Zatrzymaliśmy się przy cerkwi, do której nie dało się wejść, ale z zewnątrz i tak fajnie wyglądała, a potem wleźliśmy do parku pałacowego, przedsionka puszczy. Po nabyciu odpowiednich pomocy naukowych oraz burzliwej dyskusji na tematy finansowe poszliśmy oglądać budynki gospodarcze sprzed lat. Bardzo piękne!... Najgorsze wrażenie zrobił na nas budynek zupełnie nowoczesny, z wieżą widokową, jakieś tam centrum konferencyjno-coś tam. Na wieżę oczywiście można wejść lub wjechać windą, za opłatą, rzecz jasna, ale ponieważ tłum był dziki, to zrezygnowaliśmy z oglądania niewątpliwie przepięknych widoków. Ja nie lubię czuć się jak sardynka w puszce...
Kolejnym przystankiem był skansen, do którego wejście było bezpłatne. To znaczy opłata była nieobowiązkowa, chociaż ustalona. I za fotografowanie też. Tak nas to ujęło, że wyjątkowo porządnie kupiliśmy wszystkie przysługujące nam bilety i wleźliśmy, gdzie się dało, to znaczy: do wiatraka, w którym była urządzona sypialnia, a na drugim piętrze leżały fajne stare książki; do chaty; do cerkwi i zapaliliśmy tam świeczkę; do drugiej chaty i do drugiego wiatraka, mniejszego. Wtargnęliśmy też do jeszcze jednej chaty, ale zdaje się, że ona nie była w dniu dzisiejszym przeznaczona do zwiedzania, bo w środku brzmiały jakieś głosy dziwne, więc się wynieśliśmy.
Odkryliśmy za to, że w owym skansenie całkiem porządnie sobie poczynają - minialtanka na przykład z ogrzewaczem ogrodowym i grillem... no nic tylko tam konferencje urządzać :) - ciekawe, ile by sobie za takie wynajęcie altanki krzyknęli...?
Bilet wstępu do rezerwatu żubrów Następnym punktem programu były Dęby Królewskie - jakby rezerwat, kilka wielkich, fajnych, starych dębów, nazwanych imionami królów polskich, a za ich obejrzenie oczywiście kasują po 4 zł.
Nic to, dojechaliśmy do krzyżówek leśnych, postawiliśmy się na parkingu wśród tłumów innych aut i poszliśmy, chłonąc przyrodę.
Akurat trafiliśmy na wycieczkę. Niech ich szlag. Bilety kupiliśmy, a potem postanowiliśmy odczekać chwilę, żeby ten tłum się przewalił. Niestety, dogoniliśmy ich przy trzecim drzewku... w dodatku zaczęło kropić, to już drugi raz dziś.
Dęby wielkie i stare. Przy każdym tabliczka, ile ma lat, jaki jest wysoki i ile ma obwodu. No metryka normalnie :) Pogoda średnia, wycieczka emerytów albo pracowników czegoś tam rozgadana, sytuacji do fotografowania brak. Trudno, wróciliśmy do auta i pojechaliśmy szukać rezerwatu żubrów. W końcu to chluba puszczy, nie?...
Droga leśna nagle okazała się być parkingiem, zatem sądząc, że bliżej podjechać się nie da, zaparkowaliśmy i my i poszliśmy na nogach przed siebie. Potem okazało się, że burakami nie byli ci, którzy pchali się do przodu, tylko my właśnie, gdyż trafiliśmy dobrze, do rezerwatu, tyle że przed jego bramą był parking, na którym spokojnie byśmy się zmieścili, i kosztował 3 zł, ale do licha, SKĄD mogliśmy o tym wiedzieć?... No trudno, Wilczy powiedział, że się nie wraca, naprawdę chyba mnie już nie kocha, zamiast ulżyć moim biednym, zmęczonym nóżkom to on tak... ech....
Pod samą bramą rezerwatu jarmark cudów. Nasz wzrok przyciągnęły świeczki oczywiście i wracając, nie mogłam się oprzeć. Śliczne świeczki z wosku pszczelego, w kształcie szyszki, choinki i ula, a na dokładkę taka zwykła, prosta, niby jonizująca. Może sobie być, jaka chcieć, ważne, że ładnie jej się ten wosk układa w takie jaśniejsze i ciemniejsze paseczki...;-p
A w rezerwacie - znudzony na maxa wilk, który nawet oczu nie bardzo chciał otworzyć. Gdzieś daleko pod płotem żubry, też znudzone. Żubronie, znaczy mieszanki zwierząt hodowlanych z żubrami. Łosie i jelenie (a łoś to niezły był, one mają zabawne te mordki:) oraz niesłychanie smutna sarna, leżąca sobie bezmyślnie tuż przy siatce. Ale swoją miną powodowała jednak to, że ludzie czuli respekt i nikt jej przez oczka siatki nie zaczepiał. Dziki, w większości śpiące, z wyjątkiem jednego, który rył wytrwale, optymista...
Po przebyciu tych kilometrów do samochodu (te tenisówki to są jakieś do niczego, nogi mnie w nich bolały, teraz te buty to robią beznadziejne) ustaliliśmy, że jedziemy do Hajnówki.
Najpierw skręciliśmy do przystanku kolejki wąskotorowej, niestety, na przejażdżkę się nie załapaliśmy, ale za to obejrzeliśmy te cuda, które zostały na miejscu i malowaną albo coś ciuchcię. Potem usiłowaliśmy zwiedzić owego Kaufmana, ale okazało się, że to tylko supermarket bez galerii, a ja miałam nadzieję na optyka, więc olaliśmy Kaufmana i pojechaliśmy oglądać cerkiew.
No artysta architekt chyba się na Gaudiego zapatrzył!... Cerkiew pofalowana... Fajna!... Oczywiście, zamknięta, standard... trudno, wsiedliśmy w auto i znów padło pytanie: dokąd dalej? Na północ czy na południe?...
Na północ ciągnęło mnie do Białegostoku, Serpelic, Wilczy z kolei ciągnął na południe. Spojrzałam: Janów Podlaski - dobra, jedziemy :)
Jeszcze tylko obiad w knajpie, właściwie w pubie, bo knajpa zajęta na poprawiny po weselu. Zestaw z zawijasem był średnio smaczny, ale nie było za bardzo wyboru... i w drogę! :)

Jadę na południe...
Przecięliśmy trasę z jednego z poprzednich wyjazdów, kiedy to zwiedzaliśmy Drohiczyn i Grabarkę. Potem skręciliśmy w Park Krajobrazowy Podlaski Przełom Bugu i już brzegiem rzeki niemalże jechaliśmy, szukając noclegu. W pierwszej wsi nie znaleźliśmy nic, w dodatku przewiozło nas po wybojach, że do tej pory pamiętam to bujanie... W Serpelicach zatrzymaliśmy się przy pierwszym ośrodku, właściwie jeszcze nie wjechaliśmy do miejscowości, i uzyskaliśmy pokoik dwuosobowy w drewnianym domku zamieszkałym po dach przez zabawowe towarzystwo.
Zaraz potem lunęło.
Nie udało nam się rzeki obejrzeć już tego wieczoru, ponieważ deszcz był solidny, rozsiedliśmy się zatem na skrzypiących i krzywych łóżkach, jedząc kanapki i zapijając je winem. No co, trzeba je było wypić ;-p
Zdaje się, że jednym z głównych tematów rozmów wówczas były piksle na cal i różne pojmowanie tej jednostki miary...
Rankiem obadaliśmy dokładniej okolice bezpośrednie naszego domku i odkryliśmy zejście nad rzekę z potężnej skarpy - szło się i szło w dół, a ciągle było daleko!...
W naszym ośrodku istniała szkoła przetrwania, a jedną z zabaw był zjazd po linie na drugą stronę rzeki. Obejrzeliśmy sobie dwa takie zjazdy - człowiek przyczepiony uprzężą do kołowrotka, trzymający się go rękami, zjeżdżał sobie z wcale nie zawrotną prędkością po tej linie nad rzeką i lądował po drugiej jej stronie na polance, tam go odbierali czekający na niego goście i rozbierali ze sprzętu. No fajnie w sumie i pewnie gdybyśmy mieli więcej czasu, to bym się na to zdecydowała :) Ale czas było jechać.
Zapłaciliśmy za pokój i, przejechawszy przez wieś i całe mnóstwo innych ośrodków, stanęliśmy na rozdrożu na śniadanko. Naprawdę nie kumam, czemu wszyscy przejeżdżający dziwnie się na nas patrzyli. Pierwszy raz widzieli astrę z rozłożonymi serwetkami na bagażniku, a na serwetkach kanapki?...;-p Potem odkryliśmy w lasku obok potężne ślimaki, nic tylko do gara normalnie :)
A potem pojechaliśmy już prosto do Janowa Podlaskiego, zwiedziliśmy miasteczko po amerykańsku i skręciliśmy do stajni.
Ależ cały ten teren koników jest wielki - wleźliśmy tam i tak szliśmy i szliśmy, i szliśmy, i obejrzeliśmy w sumie może jakieś 20%. Oczywiście głównie gapiliśmy się na koniki, ale też na bociany na przykład... Koniki były nudne, bo nie chciały galopować, tylko jeść. A bociany siedziały w gnieździe.
Dość szybko wracaliśmy do auta, bo okazało się, że aura się psuje i nadciąga coś bardzo czarnego i mało przyjaznego. To znaczy akurat do robienia zdjęć to nieźle to wyglądało, ale nie chciałabym się znaleźć w środku tego zapowiadanego oberwania chmury...
No to jak czas to czas, ruszyliśmy na Siedlce, burza nas oczywiście nie minęła, ale na szczęście byliśmy już wtedy w aucie i mieliśmy ją w nosie. Za to w Siedlcach postanowiliśmy zjeść obiad i... znów trafiliśmy do pewnie najdroższej knajpy w mieście. Za to mozarellę mieli pyszną :) Ech, co jak co, nocleg może być do niczego, ale żarcie musi być pierwsza klasa! :)


Wyszperane w Sieci:

Białowieża Travel: http://bialowieza.com.pl/oferta.htm
Hajnówka - oficjalny serwis Urzędu Miasta: http://hajnowka.pl/
Wrota Podlasia: http://www.wrotapodlasia.pl/pl/


psyche