Łódź - spotkanie porejsowe, 2-3.06.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Foto psyche&Wilczy
Foto Remik
Foto Wojtek&Ania

Spotkanie porejsowe za nami :-) Załoga stawiła się w komplecie, z doskonałymi humorami, z właściwą zawartością plecaków i toreb i z odpowiednim nastawieniem - imprezujemy! ;-)
Przybyłam do miasta Uć w piątek wieczorem, przebrnąwszy przez miliony rozkopów, objazdów i ruchów wahadłowych na trasie Rawa Mazowiecka - Łódź i z drżącym sercem, czy Piotrek weźmie przejściówkę. Przejściówka niemal mi się śniła, albowiem była niezbędna do rzutnika, który - acz "apple compatible" - z makiem po wifi działać nie chciał. Oszustwo jakieś ;-p Po przetestowaniu go z pecetem i stwierdzeniu, że generalnie to działa, zezłościłam się tylko i poszłam spać.
Spotkanie zostało ustalone w Manufakturze, gdzie pierwszy dotarł Wojtek i plątał się po sklepach, aż dołączyli do niego Bosmany i Eosy. Zanim dotarliśmy my, państwo zdążyli pożreć lody i właśnie zamówili kawę. Hmmm, kawa - pomyślałam ja, Wilczy zapewne pomyślał to samo i natychmiast poszliśmy w ich ślady :-) Następnie było prowadzenie Piotrka przez miasto via sieci komórkowe (bo uparł się, że jednak pojedzie do tego Gdańska), co zakończyło się pełnym sukcesem i państwo kapitaństwo wraz z nieodłącznym Harpem dotarli do nas. Można byłoby iść do kina, gdyby nie to, że niektórzy jeszcze by coś zjedli...;-p Harp zaszalał: szoarma w żarciowni Manufaktury (czekał na to ruski rok, na seans dotarł w połowie reklam, ale za to nie musiał się dzielić, bo wszyscy już sobie poszli, głównie ja ;-p). Chciałam w tym miejscu zaznaczyć, że frytki Piotrka były całkiem niezłe, Eos mnie zniesmaczył, bo ani trochę nie bronił swojego żarcia, a wręcz je przysuwał w moją stronę, a co to za przyjemność, kiedy nie trzeba o żarcie walczyć ;-p, a Asia miała fajne zielone coś w sałatce :-)
Następnym punktem programu byli "Piraci z Karaibów" trójka. Film trwa niemal trzy godziny, z reklamami trzy i pół. Masakra... Przed spotkaniem padło pytanie: "Czy powinniśmy wziąć szelki do kina?" (copyright by Bosman). Odpowiedź kapitana: "Szelki to może nie, ale jakaś lajflina to by się przydała...". Niestety, kapitan lajfliny nie przywiózł, pozostaliśmy zatem przy projekcie rzucania się popcornem, który w tym celu właśnie został nabyty, ale realizacji doczekał się tylko plan krążącego "talerzyka" z nachos. A w końcu zaczął się film...:)
Matkobosko, takiej głupiej bajki to ja dawno nie widziałam, ale ok, śmiesznie było :-) Jack Sparrow z ekipą filmową kolejny raz uratowali świat przed zagładą, film zakończył się delikatną sugestią możliwości nakręcenia czwartej części (ratunku :), a my popędziliśmy szukać miejscówki na obiad. W strugach deszczu, bo właśnie teraz zdecydował się spaść. Cudownie.
W knajpach nas nie chcieli ("Stolik na 10 osób?... ooo, raczej nie..." - zrozumieliśmy z tego, że kwestia zsunięcia dwóch - trzech stolików stanowiła wysiłek umysłowy, a potem fizyczny, przekraczający zdolności przeciętnego kelnera), zatem stwierdzając "Trudno, państwo nie zarobią", powędrowaliśmy do samochodów i przestawiliśmy się w jedną gromadkę na parkingu z tyłu centrum handlowego. W ślepej uliczce, parkując na środku, absolutnie nikomu nie przeszkadzając i będąc w każdej chwili gotowi do ruszenia, ustalaliśmy na mapach cel i trasę dojazdu, kiedy przydybał nas na tym niepoprawnym zajęciu ochroniarz i kazał natychmiast nam się stąd zmywać. Bo przeszkadzamy. Komu, nie powiedział, najpewniej jemu. Staraliśmy się go zignorować i jednak tę trasę ustalić, ale zrobił się wyjątkowo upierdliwy i tylko czekałam, kiedy zacznie tupać nóżką...;-) Zapakowaliśmy się zatem do aut, dobiegł do nas Remik - gospodarz wieczoru i postaraliśmy się wyjechać z parkingu Manufaktury. Okazało się, że nie jest to proste, albowiem po pierwsze - parking jest wyjątkowo pokręcony, po drugie - auta stoją na uliczkach przejazdowych i trochę ciężko nimi przejechać. Pierwszy jechał Bosman, bez mapy, więc Wilczy podjął heroiczną próbę przekazania mu mapy - wysiadał, gonił auto Bosmana, Bosman mu uciekał, Wilczy wsiadał z powrotem... Zabawa była przednia. W końcu udało się - Wilczy dopadł auta Bosmana, otworzył tylne drzwi, wrzucił mapę i uciekł. Jak komentował potem Piotrek: "Mina taksówkarza, stojącego za Bosmanem: bezcenna" :-) Udało się wyjechać na ulicę i nawet ustawić się w końcu w konwoju: psyche pierwsza, Bosman, Wojtek (któremu ponoć się nudziło i jeździł slalomem) i Piotrek z krótkofalówką na końcu. Dojechaliśmy na podwórko Remika, wypakowaliśmy się, ustawiliśmy auta, Piotrek z Wilczym pojechali po komputer i rzutnik, a reszta poszła wreszcie coś ZJEŚĆ...:)
Trafiło na Sphinxa. Okazało się, że tutaj kelnerzy rozumieją, co to znaczy stolik na 10-11 osób, więc nie szukaliśmy dalej...:-) Zaprowadzono nas do małego pokoiku, zestawiono stoliki i pojawił się pan zbierający zamówienia.
- Co państwo sobie życzą do picia? Jak przyniosę napoje, to na pewno państwo już będą zdecydowani co do jedzenia...
- A ja bym mogła od razu zamówić jedzenie? - wyrwało mi się.
- Ależ oczywiście, rozumiem, że chce pani dostać pierwsza?
- Jasne :-)
- Dobrze, zatem co do jedzenia?...
- Karafkę wina - oznajmił Bosman, wstrzeliwszy się idealnie...
- Znów mam jeść szoarmę? Jedną już dziś jadłem... - wymamrotał Harp i... zamówił szoarmę :-)
Jedzonko było niezłe, karafki wina nierówno napełnione, ale nie awanturowałyśmy się z Anią mimo wszystko, Wilczy z Piotrkiem dotarli, zeżarli i mogliśmy wreszcie pójść na imprezę.
Przejściówkę Piotrek przywiózł.
Podłączyliśmy wszystko, okazało się, że działa, widget z "Do końca prezydentury Lecha Kaczyńskiego pozostało..." zrobił furorę, przyszedł czas na część oficjalną, czyli rozdanie płyt i zdjęć. Kazałam im się zachwycać, to się zachwycili, a przy okazji odkryli, że przesunęłam nasz rejs w czasie o miesiąc do przodu (właśnie pływamy, hehe ;-p), co i tak jest drobiazgiem w porównaniu z długością rejsu, którą wpisał Piotrek na opiniach :) Przy zdjęciach Eosy oznajmiły: "O, nareszcie będziemy mieli co powiesić na ścianie", jakieś wino zostało otwarte, Bosman przyniósł zawartość plecaczka w postaci butelek z miodem (pycha, ale słodki :) i można było zacząć projekcję. Od filmu z drogi powrotnej, nakręconego przez Wojtka komórką, a pokazującego nasze prawdziwe natury... Ciekawe, że wszyscy się bali tego filmu :) Podczas wyświetlania słychać było co jakiś czas: "O, Boże!... Wojtek!... Ja cię zabiję!...", "Ale wycie...", "E, no nieźle śpiewamy jak na taką ilość alkoholu we krwi...", "No nie, rozjeżdża nam się już coś...", "Patrzcie na tył autobusu!..." :-) Wreszcie film się skończył, wszyscy odetchnęli z ulgą i nadszedł czas zdjęć. Kwintesencja załogi, laski, piliśmy, Chorwacja według Harpa - przeszły z salwami śmiechu, ale przeszły. Po rozwodowych Bosman wstał i powiedział:
- Wojtek, przepraszam cię bardzo za podejrzenia. Wilczy, pozwól na moment...
Nie moja to wina, że najwięcej rozwodowych miała Ania właśnie z Wilczym...:-)
Potem przyszedł czas na best of the best, Bosman coś pobrzdąkał na gitarze, w końcu ustabilizowaliśmy się na mp3. A potem przenieśliśmy się do części studyjnej i zaczęliśmy się bawić w sesję zdjęciową. Okazało się, że Remik ma do dyspozycji anielskie skrzydła i wianki... Ale w skrzydłach pozuje się tylko nago... Niestety, nie znalazła się żadna nimfa do pozowania, pojawił się zatem pomysł pójścia na Piotrkowską na reportaż. Z karimaty został zwleczony Harp, Asia z Piotrkiem zalegli i nie dali się namówić na spacer, Wojtek zapakował się w śpiworek, Eosy również odmówili wyjścia i w rezultacie na Piotrkowską poszliśmy w 6 sztuk: ja, Wilczy, Bosman, Ania, Remik i Harp. Bosman poszedł w skrzydłach, trzy wianki krążyły między głowami, furorę zrobiliśmy od razu, ludzie się za nami oglądali i komentowali: "O, anioł, widziałam anioła!..." "Michał Anioł!..." (a Bosman na to: zgadłaś!...). W końcu znudziło mu się, postanowił wrócić do swojego czarnego charakteru i skrzydła oddał mnie. Założyłam je z radością i powędrowałam ulicą, machając do ludzi i mamrocząc co jakiś czas: "Witamy was, ziemianie :-)". Wilczy i Remik z aparatami wyglądali na tyle profesjonalnie, że podejrzenia policji wzbudziliśmy niezbyt silne, acz w bramę do Zapiecka za nami weszli, stwierdziwszy jednak, że nie rozrabiamy, murów nie malujemy, samochodów nie kradniemy, uznali nasze zamiary za w miarę czyste, acz nie całkiem trzeźwe i dali nam spokój. W drodze powrotnej trafił nam się monopolowy, więc czemu nie?...
- Państwa ze skrzydłami zapraszamy dalej, do drugiej kolejki, jest krótsza - powiedział pan ochroniarz, uśmiechając się życzliwie. Anielsko podziękowałam, Wilczy nabył wina, zrobił mi zdjęcie i wyszliśmy.
Kolejnym punktem programu była ławeczka z Tuwimem. Zaczęłam się mizdrzyć do zimnego jak głaz poety, Wilczy czekał na ładne, puste tło za moimi plecami, tło za moimi plecami w postaci kilku osób doszło do wniosku, że tu się dzieje coś fajnego i oni chcą wziąć w tym udział i szlag trafił ładne, puste tło...:) Nagle poczułam, że ktoś mi się pakuje na kolana, obok, na kolanach poety, usiadł inny ktoś, ktoś stanął za mną, ktoś obok i generalnie zrobiło się tłoczno... a Wilczy robił zdjęcia :-) A Remik tłumaczył naszym nowym znajomym, że będzie nowa gazeta "Piotrkowska" i że to taki happening i w ogóle. Yhm. Jassssne...;-)
W końcu wróciliśmy do studia, wytrąbiliśmy jeszcze jedno winko i grzecznie położyliśmy się chrapać na materacach czy czymkolwiek.

Obudził mnie szelest. Na zegarze było coś koło ósmej. Jednym okiem zlustrowałam okolicę, zdaje się, że ktoś już wstał. Wariaci, toż to środek nocy!... Potem zaczął gadać Wojtek (gaduła ;-p) i nie dał się uciszyć, potem okazało się, że generalnie towarzystwo się zrywa i plącze po okolicy, i spać nijak się już nie da.
Obiecałam sobie wtedy, że NIGDY WIĘCEJ MESY!!!...
No i musiałam wstać, bo co innego można było w tej sytuacji zrobić?...
Doprowadziłam się do stanu przytomności i powstrzymałam Eosów i Harpa przed wyjściem, upierając się, że idę z nimi do miasta. Zdaje się, że popędzali mnie, ale jednak nie uciekli, poczekali grzecznie, chwała im za to :-) Rozpoczęła się wycieczka Piotrkowską pod tytułem: szukamy śniadania. I pod przewodnictwem Wilczego, który też się zerwał skoro świt...
Poszliśmy w prawo. Doleciały nas zapachy...
- Tu bym nie ryzykował - powiedział Wilczy. - Tu się je na własne ryzyko. Z naciskiem na ryzyko...
Ok. Zawróciliśmy. Poszliśmy w lewo. Bar Pieczarka, czynny od 10. Jeszcze pół godziny... Przecież nie będziemy koczować na schodkach przed, idziemy dalej. Spotkaliśmy kapitaństwo, obejrzeliśmy płytki w podłodze (no, te, kostki brukowe), ustaliliśmy, że nazwiska na nich to nie są ofiary wojny, tylko pomnik łodzian tysiąclecia (czy jak ich tam zwał), umówiliśmy się pod Pieczarką i rozeszliśmy. Dotarliśmy do GreenWaya, który był czynny, acz ze względu na brak mięska nie stanowił dla nas silnej atrakcji, więc wróciliśmy pod tę Pieczarkę.
Dotarła do nas reszta załogi. Od 10 zaczęliśmy tupać nogami przed wejściem. W końcu Wojtek krzyknął do otwartego okna:
- Będzie dziś śniadanie?...
- Nie, bo bufetowej nie ma!... - odkrzyknięto nam ze środka.
- Zatem nie zarobicie - powiedział Piotrek i poszliśmy jednak do GreenWaya. Jajeczniczka, chłodniczek, twarożek, jogurt z ogórkiem i koperkiem ("A co to jest?... a jak to się nazywa? a mogę spróbować?...") i jaja na miękko, które okazały się być całkiem surowe. Harp z Bosmanem rzucali się na każdą wystawianą na blat jajecznicę i w rezultacie robili za kelnerów, odnosząc talerze osobom, które zamówiły wcześniej (ale robili to z właściwą sobie gracją, myślę, że w tym zawodzie mają przyszłość ;-p). W końcu wróciliśmy do studia, zabraliśmy bety, mniej więcej po sobie posprzątaliśmy (Remik, dziękujemy!!!!) i pożegnaliśmy się z gospodarzem Remikiem, z Eosami i Bosmanami, którzy obrali kurs na Galerię Łódzką, i z Wojtkiem, który pojechał do domu. Nas zabrał Piotrek, zawiózł do domu z gratami, po auto i wspólnie pojechaliśmy do Manufaktury - gdzie zaczęliśmy, tam też czas skończyć :-) Miały być sklepy, była kawa, miały być sklepy, było piwo (kto mógł ;-p), miał być prosty wyjazd z parkingu, było krążenie (jak zwykle ;-).
I chociaż pożegnania nadszedł czas... to nie koniec, moi drodzy. W lipcu spotykamy się w Krakowie, a Grecy już szykują się na nasze przyjęcie w maju 2008 :-)
Ps. Tak, relację właściwą napiszę, obiecuję, niebawem ;-p Póki co oglądajcie zdjęcia...:-)

psyche