Weekend majowy, Wrocław, 30.04. - 4.05.2008 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Plener fotograficzny

Wrocław. Jedno z najczęściej odwiedzanych przeze mnie miast Polski... Tym razem przynajmniej jeśli chodzi o pogodę, był to strzał w dziesiątkę. Co poza tym?...;)

  • Zaczęło się od ustalania szczegółów z sekretariatem Akademii Fotografii. Okazało się, że plener rusza w środę - dzień ewidentnie pracujący, zatem doszłam do wniosku, że ja przyłączę się do towarzystwa w czwartek. Ale sekretariat Akademii nie był w stanie zorganizować mi noclegu od dnia następnego, bo nie i już. Mogłam zapłacić za wszystkie noclegi albo wcale. No halo?... Na moje marudzenie Kapitańcio rzekł: "Co się będziesz wygłupiać, przenocuj u nas". Hmmm...;) Dwa razy nie trzeba było powtarzać, zlekceważyłam Akademię, również w kwestii dojazdu i zorganizowałam sobie wszystko sama.
    Potem wyskoczyła kwestia ubezpieczenia. Że co?!?... Przecież jedziemy do Wrocławia, po co mamy się ubezpieczać?... Opisałam uprzejmie, że dziękuję za ubezpieczenie. Kolejny mail informował, że koszt ubezpieczenia ponosi Akademia, zatem proszę podać swoje dane. Ok. Ale w kolejnym mailu zostałam poproszona o zapłacenie 23 zł za ubezpieczenie... Brawo!...;-p Organizacja na piątkę, próba wyciągnięcia kasy także, państwu już dziękujemy.
  • Stałam sobie w pracy, zapatrzona w plan urlopów z długopisem w ręku, ktoś rzucił hasło: "A co z długim weekendem?", odpowiedziałam machinalnie: "Jadę do Wrocławia". Blond Wiedźma na to: "To JA jadę do Wrocławia!...". Awantura rozwinęła skrzydła zupełnie niekiepsko, obyło się co prawda bez rzucania krzesłami, ale było blisko: "To nie dość, że cię widuję codziennie w pracy, to jeszcze musisz za mną jeździć?", "To ty za mną jeździsz!... Ja już we wrześniu wiedziałam, że jadę!...", "Akurat!..." - inwektywy pominęłam ;))) Potem jeszcze okazało się, że prawdopodobnie spotkamy się także na Krecie. I weź tu odpocznij od pracy!...;-p
  • Bilet na pociąg nabyłam przez internet, niestety, tylko w jedną stronę, co okazało się błędem (jak zwykle), bo na dworcu PKP we Wrocławiu działy się sceny iście dantejskie, rwanie włosów z głów i hasła typu: "Niech mi pan sprzeda bilet na jakikolwiek pociąg do Warszawy!...", pewnie także próby przekupstwa i melinowania się w pociągach... Zdobyłam bilet na pierwszą klasę pociągu odjeżdżającego 3 godziny później niż planowałam wracać i byłam dziko szczęśliwa. Stojąc w kolejce do kasy, zastanawiałam się nawet, czy PKP nie konkuruje przypadkiem z Pocztą Polską o miano Przedsionka Piekieł...;)
  • Wrocław na peronie powitał mnie Harpem, lekko przeziębionym, zmęczonym i mającym wszystkiego dość, ale skoro się zobowiązał, to już przyjechał. Pociąg spóźnił się blisko pół godziny, zatem spotkałam Harpa już w czwartek i zaciągnęłam go do KFC, bo jeść się chciało, a Wilczy miał być zaraz. Harp na szczęście nie protestował zbytnio, po kolacji w KFC zawiózł nas do domu, wręczył klucze i z pewnością pozbył się nas z ulgą...;)
  • Otworzywszy piwko w salonie mieszkania Kapitańciów, dorwaliśmy się natychmiast do komputerów i zalogowaliśmy do sieci.
    - Działa - powiedział Wilczy.
    - Działa - oznajmiłam ja radośnie. I tak prawie poszliśmy spać... bo ten potwór znienacka włączył "Ratatui", od którego oderwaliśmy się gdzieś w połowie dopiero i padliśmy jak dzieci na łóżko. Małżeńskie łóżko Kapitaństwa...;) (twarde jakieś ;-ppp)
  • W czwartek ustaliłam, że spotykamy się w Mleczarni o 14. Ok. Poszliśmy zatem w miasto, robiąc zdjęcia jak leci, na rynku zatrzymała nas scena, okazało się, że będzie bity rekord w ilości gitarzystów grających "Hey Joe" ;) Pod Mleczarnią spotkaliśmy Gosa i Monikę i zadomowiliśmy się w salonie, gdzie ustaliliśmy głównie, że spotykamy się wieczorem ;-p
  • Czas coś zjeść, zatem powędrowaliśmy do STP na Kuźniczą. Długi blat, a na nim mnóstwo żarcia, samoobsługa pełna, tzn. nakłada się na talerz, co się chce, po czym się to waży i płaci się za kilogram... i szuka się wolnego miejsca, gdzie można by było zjeść te wszystkie specjały kuchni polskiej...;) Od tej chwili miejsce to stało się naszym miejscem obiadowym z założenia, nawet nie szukaliśmy innej jadłodajni, a ostatniego dnia nawet dostaliśmy na ulicy kupon zniżkowy ;)
  • O 16 miał paść ten gitarowy rekord, zatem przebiliśmy się przez tłum niemal pod barierkę, wyciągnęliśmy aparaty i zaczęliśmy pstrykać. Kilku gitarzystów się wyróżniało, na przykład jedna taka ruda ;))) Potem z wieży ratusza zabrzmiał zagrany nowy hymn Wrocławia - "Hej, Jude", a w końcu można było się rozejść - czyli usiąść w pierwszej lepszej knajpie na piwku ;) Z pierwszej lepszej co prawda wyszliśmy dość szybko, bo okazało się, że kelnerom nie spieszy się do nas wcale a wcale. Zatem usiedliśmy w drugiej lepszej, gdzie kelner stanął na wysokości zadania i obsłużył nas w normalnym czasie. Za to do toalety był niezły labirynt...;)
  • Na wieczornych spotkaniach oglądaliśmy zdjęcia - trochę naszych, trochę fotografów uznanych i generalnie stawaliśmy na wysokości zadania ;) W końcu plener AF to plener AF ;-p
  • W piątek przeszliśmy się do wesołego miasteczka, które okazało się być smutnym miasteczkiem, bo nic się tam nie działo. Naszła mnie ochota na watę cukrową, mogłam o niej pomarzyć, bo nie było jej nigdzie. Potem naszła mnie ochota na gofry, o których też mogłam pomarzyć, bo też nie było ich nigdzie. Jedyne, co uratowało Wrocław przed moim wielkim ssaniem, to rurka z kremem z Grycana, a jak wreszcie znalazłam gofry, to okazało się, że są nieczynne z okazji uroczystości rodzinnej. No że co?!?...;-ppp
  • Zwiedziliśmy również zoo - wreszcie!... W zoo najpierw spotkałam Blond Wiedźmę przy klatce z osłem i wielbłądem (z osłem zapozowała do zdjęcia, he, he, he ;-p), potem Agnieszkę z Akademii, następnie zgubiłam okular od aparatu, potem zrezygnowałam z pchania się do motylarni, bo kolejka była dość odpychająca, zapozowałam pod napisem: "Małpy człekokształtne" i zrobiłam zupełnie niezły materiał zdjęciowy. Wreszcie wiem, jak wygląda to słynne wrocławskie zoo...:)
  • Wypłynęła kwestia wypicia jednego piwa w "Od zmierzchu do świtu", knajpie, gdzie spędziłyśmy drugą część wieczoru panieńskiego, proszę bardzo, czemu nie, z Mleczarni to rzut beretem, zatem po obejrzeniu zdjęć zwinęliśmy Gosa, zaprosiliśmy do towarzystwa Harpa i poszliśmy na piwo. W wejściu ochroniarz najpierw zapowiedział, że z plecakiem nie wejdziemy (Gos stwierdził, że w plecaku nie ma alkoholu, więc pan mu uwierzył na słowo i wpuścił bez zaglądania do wnętrza, przyzwoity jakiś), potem, że knajpa jest czynna tylko do 2 (nic nie szkodzi - uznaliśmy, jedno piwo wszak tylko...). Usiedliśmy przy tym samym stoliku, gdzie bawiłam się na panieńskim Siostry, pojawiło się piwko, zrobiło się fajnie. Przybył Harp. Usiadł. Popatrzył na nasze piwo smętnym wzrokiem. Westchnął. Powędrował do baru i nie było go dosyć długo... Wreszcie wrócił z ośmioma kamikadze. No halo?!?... Zaczęła się impreza...;)))
    ...Gos zwinął się koło pierwszej, ja zaczęłam tańczyć trochę wcześniej, w tańcu zaprzyjaźniłam się z jakąś laską, która ewidentnie wolała mnie niż podrygujących wokół kolesi (no fakt, byłam fajniejsza, poza tym poznałyśmy się w toalecie, wymieniając jakieś zdawkowe: "Kolejka?", "Yhm..."), przy którymś kolejnym kamikadze popijanym piwem odmówiłam spożycia, bojąc się skutków i w rezultacie koło drugiej wcale, ale to wcale nie miałam ochoty stamtąd wychodzić...
  • Śledził nas zarośnięty dom. No nie moja wina, że jak szliśmy do miasta, to ten dom był cały czas obok, aż Wilczy usiłował się za mną ukryć, bo dom był z mojej strony. I jak wracaliśmy w środku nocy, to najpierw Wilczy uparł się, że wytłumaczy jakimś dziewczynkom, jak dotrzeć na ulicę Sienkiewicza, i tłumaczył im to upierdliwie z mapą, one chciały już sobie pójść, ale on im nadal tłumaczył, a ja stałam obok, pod dystrybutorkiem ze światełkami i kontemplowałam sufit, znaczy niebo, acz nie pamiętam, jakie było. A on tak tłumaczył i tlumaczył, a ja tak ziewałam i ziewałam, aż w końcu panny wyrwały się ze szponów maniaka z mapą i poszły we wskazanym kierunku, a Wilczego dopadła paranoja w postaci domu.
    - Znów on - mruknął w moim kierunku. - Mówiłem, że nas śledzi!...
    - No. Łazi za nami niewątpliwie - poparłam go, po czym postanowiłam się poskarżyć Kapitańciowi, jakie zasadzki na nas czyhają w jego mieście. Napisałam więc czym prędzej SMS-a, co prawda trochę mi nie wyszedł, ale wysłałam, bo doszłam do wniosku - słusznego zresztą - że jak zacznę usiłować trafiać w klawisze, to skończy się to na pewno czymś gorszym niż "narosogety dom nas sledzi"... Rano dostałam odpowiedź od Kapitańcia: "Co to jest narosogety? ;)". No jak to co?... Zarośnięty!...;-pppp
  • Sobotę spędziliśmy na wybieraniu i przeglądaniu zdjęć z dni poprzednich. Tak jakoś nam się zeszło do 16, więc czym prędzej pognaliśmy na obiad i na spotkanie do Mleczarni. Tym razem było małe grono, a ja miałam wybrane fotki, więc je mogłam pokazać. Materiał z zoo się spodobał i został zaaprobowany...;)
  • W niedzielę za to przejechaliśmy się "zabytkowym" tramwajem (no tak miał ze 30-40 lat?...) i przespacerowaliśmy uliczkami, w które jakoś wcześniej nie udało nam się zajrzeć. Na kawę trafiliśmy do stylizowanej na Wedla pijalni czekolady (nie mieli tam toalety, zgroza!...), bo kawiarenka w empiku była nieczynna, obiad zjedliśmy jak zwykle, nakładając na talerz bez umiaru... i już pojawił się Harp, który uprzejmie zawiózł nas na dworzec.
    No i jak Wrocław ma mi się nie kojarzyć z alkoholem?...;-ppp


Wyszperane w Sieci:

Wrocław: http://www.wroclaw.pl/
Akademia Fotografii: http://www.akademiafotografii.pl/
Gitarowy rekord Guinnesa Hey Joe: http://www.heyjoe.pl/
STP: http://szybkotaniopysznie.pl/


psyche