Pieniny, 29.04. - 3.05.2005 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Pieniny i Klub Peugeota w obiektywie :-)

Oglądamy widoki

Piątkowe popołudnie w pracy wraz z upływem czasu stawało się coraz bardziej nerwowe. Zastanawiałam się, o czym zapomniałam, sprawdzałam, czy Wilczy na pewno wsiadł do pociągu, odbywałam konsultacje telefoniczne z Marcusem (telepatia telefoniczna - zadzwoniliśmy do siebie w tym samym momencie i oczywiście nie mogliśmy się połączyć, za to oboje mieliśmy "połączenie oczekujące") i usiłowałam pracować. W końcu uciekłam i pognałam na dworzec... Marcus podjechał punktualnie, zapakowaliśmy się (jeszcze zostało wolne miejsce - to się nazywa minimalizm!) i pojechaliśmy na punkt zborny u Buliego. Tam każdy wyjął swoją mapę, atlas, inny atlas i pochylone głowy stukały się nad siecią dróg w ustalaniu tej najlepszej. Zeta nadal nie było (bo miał najbliżej...;-p).
Po 19 nastąpił wreszcie ten wyczekiwany przez wszystkich moment - start! Trzy błyszczące 406 ruszyły w konwoju. Przez łąki, przez pola... dojechaliśmy do trasy, drobny kłopot z wyjazdem w lewo, a potem... ustaliliśmy, co następuje:
- w Polsce jeździ się wyłącznie lewym pasem (prawy był pusty)
- trzeba uważać na podejrzanie zachowujące się srebrne golfy - na pewno zajadą drogę
- wyprzedzanie prawym pasem może być pasjonującym przeżyciem, biorąc pod uwagę głębokość kolein
- spacerujące po wsiach lalki "lansują się".
W aucie Zeta królowały żelki i podjęliśmy próbę przekazania ich sobie między samochodami. Okna co prawda były otwarte, ale jak kierowcy zbliżyli się do siebie bliżej niż na metr, w obu autach podniósł się wrzask przerażonych pasażerów i żelki przewędrowały do nas dopiero na parkingu...
Z tym parkingiem to było tak: Buli, który jechał akurat pierwszy, został poinformowany, że kilka kilometrów za miastem są laski i w tych laskach (ekhm) się zatrzymujemy na siusiu i takie tam. Wiadomo, towarzystwo przyrody spragnione i w ogóle. Buli zatem się zatrzymał.
Na stacji benzynowej podejrzanej konduity.
- To są laski?... - zapytał z rozgoryczeniem Marcus, wysiadając z samochodu.
- Zaraz, miały być laski!... - warknął Zet, wysiadając trzy metry obok.
Damska część wycieczki nie warczała, tylko pobiegła od razu do budki. W budce okazało się, że co prawda jest Red Bull, ale za to nie ma toalety, a lasku też nie ma, więc tu się nie sika. Co było robić, kupiliśmy po Red Bullu i... panowie na prawo, panie na lewo... :)
Krótkofalówki własności Marcusa wybitnie umilały nam podróż (a wydawałoby się, że powinny służyć do omawiania trasy albo coś w tym guście, w każdym razie bardziej wzniosłego, niż "co, my znowu gadamy o seksie???" - copyright by Zet). Komentowaliśmy sytuację na drodze: "tyyyyy, widziałeś???..." - "nooo, aleeee!...", dogadywaliśmy się co do postojów: "za tym miastem będzie lasek, zatrzymujemy się!..." (lasek okazał się być stacją benzynową _bez_ toalety, ale za to z redbulem), wymienialiśmy się muzyką (to proste: podgłaśniasz radio i włączasz nadawanie...), pokazywaliśmy sobie zabytki: "po lewej zamek, bardzo ładnie podświetlony" - "to już dojechaliśmy?...", aż wreszcie, pod koniec trasy, informowaliśmy o zmianie kursu.
Robiło się coraz ciemniej (i później), w pozostałych samochodach towarzystwo na tylnych kanapach spokojnie drzemało, a kierowcy zaczęli się ewidentnie nudzić. Zet dla rozrywki postanowił zgasić światła. Z opowieści Buliego:
- Jadę sobie, nagle patrzę: nie ma go!... No był i go nie ma!...
Potem gasili światła na zmianę, Marcus jechał pierwszy z wyłączonymi, ale drogę oświetlali mu ci z tyłu. Potem i oni pogasili światła i z krótkofalówki wydobył się sceniczny szept:
- Znikający punkt!... Sport ekstremalny!...
Poczułam się jak ozdoba choinkowa, bo te światła ciągle gasły i zapalały się na nowo.
- Jak jesteś twardziel, to wyłącz światła na zakręcie!... - zatrzeszczała krótkofalówka i zamilkła. Światła zgasły razem z nią...
A potem to już było z górki:
- O, tu byliśmy z Danielem. O, tu jest góra, tędy jechaliśmy z Danielem. O, gdzieś tu staliśmy z Danielem. O, zatrzymamy się na parkingu, gdzie staliśmy z Danielem.
Duch Daniela unosił się w naszym aucie i wręcz rozpychał łokciami :)
Zet uwiesił się na krótkofalówce:
- Daleko jeszcze?... daleko jeszcze?... daleko jeszcze?...
- Ośle!... - odpowiadaliśmy mu, ale nie skutkowało.
W końcu zobaczyliśmy tablicę z napisem "Kacwin -->" i ucieszyliśmy się ogromnie, ale zaraz potem okazało się, że skończyła nam droga.
- To chyba nie tu - mruknął niepewnie Marcus. - Ty pamiętasz, czy takie o - wskazał za szybę - było przy tej drodze?...
- Nie było - powiedziała Iwona. - W ogóle nie było. Musimy zawrócić.
Zawróciliśmy raz, potem drugi (te wszystkie drogi jakieś takie zwodnicze były i prowadziły w ugory - sugestia zabrania ze sobą namiotów i śpiworów nie była taka zupełnie głupia...), ale wreszcie trafiliśmy w drogę właściwą, pod właściwy dom, gospodarze zawiadomieni z drogi dom przygotowali i mogliśmy zacząć odpoczywać po trudach podróży. Była druga w nocy.

No to... napijmy się!...

Zaraz potem okazało się, że układ pokojów jest zupełnie inny niż przewidywany i w związku z tym misternie ułożony plan gdzie, kto i z kim śpi, wziął w łeb. Zaczęła się walka o pokoje, każdy w końcu wyszedł z niej zwycięsko (bo i sił już nie mieliśmy, i pokojów było tyle, co par ;-p). Następnie okazało się, że w domu jest zimno i ciepłej wody brak.
Daliśmy sobie spokój z walką z wiatrakami, obsiedliśmy stół w przedpokoju, Zet zza pazuchy wyjął zgrabny kształt i wypowiedział swoją wyjazdową sentencję:
- No to napijmy się!...
Odpowiedziała mu cisza pełna spojrzeń. Niektóre z tych spojrzeń były wyczekujące, inne nieprzytomne, jeszcze inne pełne potępienia. Ktoś powiedział:
- To ja skoczę po soczek...
Reszta usiadła wokół stołu, panie zorganizowały herbatkę, panowie szklaneczki i można było zacząć się znieczulać. Podczas odpoczynku ustaliliśmy trasę zwiedzania na jutro: wiadomo, obskoczymy Trzy Korony, zjemy jakiś obiad, skoczymy na Słowację w celach nabywczych i wieczór spędzimy w altance przy ognisku i grillu. Będzie fajnie.
- No, kończcie flaszkę i do domu - mruknął ktoś, więc panowie posłusznie rozlali resztkę alkoholu gdzie bądź, skoczyli na tarasik na fajeczkę, pomamrotali złymi słowami na zimną wodę w łazience, aż w końcu towarzystwo zapadło w zasłużony sen, ustalając pobudkę na godzinę 9 rano.

Koronowanie

Obudziły mnie głosy.
Zanim otworzyłam oczy, pomyślałam, że niekoniecznie zwariowałam, bo głosy chyba rozpoznaję. No tak, Zet. Pewnie spać nie może...
Potem usłyszałam pukanie do drzwi, ale nie moich i znów zastanowiłam się, czy w związku z tym powinnam spać dalej, czy jednakowoż się zwlec. Przeważyła ciekawość w kwestii ciepłej wody...
Szybkie śniadanko i spotkanie z właścicielką pensjonatu, która obiecała nam tę nieszczęsną ciepłą wodę i ogrzewanie na wieczór, a póki co zaczęliśmy przemeblowywać chatkę. Zapragnęliśmy bowiem łóżek dwuosobowych... które stały piętro niżej. Najpierw zaczęliśmy znosić nasze pojedyncze. Na klatce schodowej nastąpił moment przełomowy, to znaczy niesione przez panów łóżko z wielkim rumorem rozsypało się na części pierwsze. W stosie desek, z pustą ramą w rękach, panowie wyglądali co prawda żałośnie, ale wystarczająco śmiesznie, żeby reszta towarzystwa zamiast rzucić im się na pomoc, zaczęła się rechotać.
Szaleństwo łóżkowe trwało chwilę dłuższą, aż w końcu wszystkie łóżka stały na swoim miejscu, a obok nich szczęśliwi mieszkańcy pokojów już zastanawiali się nad konfiguracją wieczorową. Niektórzy nie ograniczyli się do swoich łóżek, ale zdradzali niezdrowe zainteresowanie sytuacją pościelową w innych pokojach - co jakiś czas dało się słyszeć:
- To co, wieczorem u ciebie? - Jasne, nie ma problemu, tylko zapukaj przedtem w umówiony sposób...
- Ale zaraz, umawiacie się beze mnie?
- Bo wiesz, to łóżko jest małe...
- Ale to jest również i MOJE łóżko!...
- No dobra, w każdym razie możesz popatrzeć...
- Jak to???...
Na testowanie naszego podwójnego łóżka umówiła się Renata, a Buli krążył wokół, pytając mnie co jakiś czas:
- No dobra, to gdzie ja śpię?
W rezultacie wyszło mi, że w tym podwójnym łóżku będzie wieczorem niezły tłok i mogę się nie zmieścić...:) A Renata z Bulim dzielili między sobą nocne godziny....

W końcu wszystko było jasne i mogliśmy ruszyć na koronowanie. Z postojem, rzecz jasna, w sklepie na małe co nieco ("looooda, kup mi loooooda!..."). Zaparkowaliśmy ślicznie na środku parkingu, umówiliśmy się z panem czuwającym, że zapłacimy potem, nie kupiliśmy orzełka od miejscowego artysty rzeźbiarza i powoli ruszyliśmy na szlak.
Góra była przerażająco wysoka z dołu i w ogóle nie rozumiem, jak można dobrowolnie się pchać na sam szczyt czegoś takiego. Ludzie to jednak normalni nie są, pomyślałam z westchnieniem, po czym wyciągnęłam aparat, żeby uwiecznić tę chwilę wiekopomną. Towarzystwo póki co jeszcze było wesołe, im bliżej jednakże szczytu, tym bardziej małomówne i ponure się robiło (chociaż uczciwie trzeba przyznać, że na niektórych ogrom Trzech Koron w ogóle nie robił wrażenia i wydawało się, że kondycję mają nieskończoną - Iwonka, Tomek i Dominik byli tu w czołówce).
Najpierw było łatwo i wszyscy jeszcze sobie żartowali. Wokół piękny wąwóz, lekko pod górkę, plecaki nie ciążyły, słoneczko przygrzewało. Strumyczek nas rozczulił, prawdziwy górski strumyk, no proszę!... O, i śnieg jeszcze leży, no coś podobnego!...
Potem wąwóz się zwęził. Zrobiło się jakby bardziej stromo. Możliwe, że zaczęłam coś złorzeczyć, w każdym razie Zet mnie podsumował (drżącym głosem...):
- Psyyyyche.... nie dramatyzuj!!!!....
Jasssne. Wilczy pomamrotał tylko, jak mu szesnasty raz oddałam butelkę z wodą:
- Taaaak? A kto się zobowiązał, że będzie ją nieść???...
- No przecież zdjęcie muszę zrobić, nie? - odgryzłam się, ujmując aparat. Też skubany ważył więcej niż na dole ;-p
Doszliśmy do ciut trudniejszego miejsca. Jakoś tak się zrobiło wąsko i strumyk płynął po drodze. Buli i Jola z dzieckiem zawahali się. Po krótkiej naradzie doszli do wniosku, że wracają, bo niekoniecznie leży w ich marzeniach przewracanie się z Blanką w lodowate bajorko. Jola ruszyła zatem do przodu złapać Dominika, który niósł torebkę z rzeczami swojej siostry. I jak poszła, tak zginęła... Wkrótce poszliśmy i my, zostawiając Buliego z Zetem i Tomkiem. Droga stała się bardziej stroma i kręta, wokół sami obcy ludzie, gdzieś daleko przed (nad?) nami jedna grupa, potem pojedyncze sztuki, gdzieś daleko pod nami reszta... Hmmm. No nie tak to miało być!...
Potem usłyszałam znajomy dźwięk - tak, to krótkofalówka! Doganiają nas chłopaki z Blanką!... Szliśmy powoli do góry, słysząc za sobą złorzeczenie Buliego i zły chichot Zeta. Tomek się nie odzywał, może dlatego, że niósł Blankę i zabrakło mu już sił? :)))
Wdrapaliśmy się na polanę, na której w radosnym oczekiwaniu siedziała cała gromadka. Buli na widok Dominika zacisnął tylko zęby, Dominik na znak protestu usiadł osobno na żerdzi naprzeciwko wszystkich, ja nie usiadłam, tylko mamrotałam coś pod nosem niewdzięcznie, dziewczyny powsadzały sobie we włosy otrzymane od Dominika kwiatki i polana zaroiła się od rusałek. Ustaliliśmy, że dalej idziemy jedną zwartą grupą i nawet nam się to prawie udało...:)
Do szczytu było już niedaleko, za moment dotarliśmy do blaszanych pomostów i schodków na taras widokowy.
Taras!... też mi taras, to coś o wielkości 4 metrów kwadratowych trudno nazwać tarasem, kiedy kłębi się tam naraz 30 osób...;-p Niemniej jednak popatrzyliśmy sobie na wszystko z góry, porobiliśmy sobie portreciki z Pieninami w tle i zeszliśmy na ławeczki odreagować. Dominik znalazł sobie nową zabawę (swoją drogą, skąd dzieci biorą tyle energii????....) i szurał zeszłorocznymi liśćmi, Blanką zajmował się głównie Tomek i Renatka. Zarządziliśmy wymarsz.
Żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy oczywiście dalej przed siebie, szlak był na tyle miły, że wracał inną stroną zbocza. Dość ciekawą - z lewej przepaść, z prawej skalna ściana, wszędzie drzewka i żleby, którymi co jakiś czas coś się osuwało z hurgotem, a pomiędzy tym wszystkim niezbyt szeroka ścieżka w dół.
- Psyche, nie dramatyzuj!...
Dobra, nie będę. Na dół doszliśmy bez uszczerbku na zdrowiu, chociaż pod koniec nie wiedzieć czemu Dominik przeciągnął nas przez zarośla, dość kłujące w dodatku. Usatysfakcjonowani aczkolwiek zmaltretowani powlekliśmy się do samochodów. Czas na obiad...

Coś dla ciała

Kierunek został obrany na jedzenie. Towarzystwo głodne i chociaż zmęczone, z jedzenia rezygnować nikt nie miał zamiaru. Zatem Kasztel, gospoda przy drodze...
Czekali tam na nas znajomi, którzy dopiero dziś dojechali. Zestawiliśmy stoliki i zaczęliśmy składać zamówienie. Pani notowała skrzętnie, nie wiem, po co, bo to, co potem dostaliśmy, mijało się cokolwiek z zamówieniem...
Zamiast ziemniaków podano frytki.
Cola była bez gazu i miała zupełnie inny smak.
Surówki właściwej zabrakło, więc dołożono innej.
O ile o colę się wykłóciłyśmy (brawo, Asia!), o tyle o ziemniaki już nie, bo... ziemniaków nie było. Zabrakło. Tak po prostu...
Potem okazało się, że brak ziemniaków jest chyba przypadłością regionalną, bo następnego dnia podczas obiadu trafił nam się ten sam problem...
Nasz rachunek był też zawyżony... Z deseru zrezygnowaliśmy i pojechaliśmy na Słowację. Granicę przekroczyliśmy bez problemu, chociaż kontrolowali nas jedni i drudzy, sklepy były czynne, zrobiliśmy więc po nich rundkę. Płaciliśmy oczywiście złotymi polskimi, łączyliśmy się z czekającym Bulim przez polską sieć komórkową, a od sprzedawców dostaliśmy kartoniki na alkohol. Przy granicach to pewnie z Polaków utrzymują się całe wsie...:)))
Nagle zorientowaliśmy się, że co prawda mamy co pić, ale nie mamy co jeść - późna pora, a my ani chleba, ani do chleba... Wracamy!... Od sklepu do sklepu, pozamykane albo bez pożądanego przez nas towaru ("no na grilla coś chcieliśmy... i chleb... o, nie ma chleba?... ach, za późno, pani mówi?... rano trzeba było?... no tak..."), w rezultacie chleb kupiliśmy bezpośrednio w piekarni, a wędlinę... w obcym pensjonacie. W którym był zlot jakichś motocyklistów - całkiem spora grupka motorków i jeszcze większa grupka ludzików poubieranych w skóry tam się szwendała.
Szczęśliwi, z zaopatrzeniem, wróciliśmy do domu, zadekowaliśmy się w kuchni na dole, żeby nie hałasować na górze i oddaliśmy się przyjemnościom. Nieprzyjazna temperatura na dworze i zmęczenie sprawiały, że z grilla zrezygnowaliśmy w przedbiegach, za to z piwka w żadnym wypadku :)
Myszkowanie po okolicy przyniosło rezultat - w pomieszczeniu obok, w sezonie zapewne robiącym za bar, stały... piłkarzyki!... Co prawda na złotówki, ale zawsze. Panowie rzucili się zatem do grzebania w portfelach i kieszeniach w poszukiwaniu złotówek. Następnie rzucili się na swoje matki/żony/kochanki wcale nie w celach erotycznych ani towarzyskich, tylko... w poszukiwaniu złotówek!... Szał złotówek ich ogarnął potężny i świat przestał istnieć, a właściwie skurczył się do wymiaru złotówki.
Najpierw było spokojnie. Wiadomo, jedna złotówka, 10 piłeczek, piwko na kontuarze, bramki są dwie, a graczy czterech. Patrzyłam na grę zafascynowana, a kiedy dołączyła do mnie Renata, poczułyśmy się jak czirliderki ;-p Tylko gadżetów nam było brak. Panowie byli w swoim żywiole. Huku narobili potężnego, wrzasku też za cały stadion, komentowali każdego gola. Jeśli był w bramkę przeciwnika, gratulowali sobie i mówili z wyższością:
- No, patrzcie i uczcie się... tak się gra!...
Jeśli stracili bramkę, mówili pobłażliwie:
- Niech mają, na zachętę...
Przy samobójach patrzyli na siebie tylko złym wzrokiem i od komentarzy powstrzymywali się taktownie.
Zabawa była przednia, piłeczka ganiała po boisku w tempie zawrotnym, czasami utykała w jakimś miejscu i trzeba było ruszyć stołem, żeby ją dosięgnąć piłkarzykiem. Ustalono, że "Czerwoni" mają dłuższe nóżki, piłka zawsze leci w lewo, bo stół jest krzywy, a w ogóle to złotówki się kończą!... I co my teraz zrobimy, jak one się całkiem skończą?...
Po dziwnych zabiegach panowie oznajmili radośnie: skrakowaliśmy!... i rzucili się z nową energią do gry. Jednakże krak podziałał tylko na chwilę, a zaraz potem skończyły się złotówki.
Nie skończyło się jednak piwo. Przy stole w kuchni popłynęły zatem nocne Polaków rozmowy o życiu i w ogóle, a rano...

Folklorystycznie

...nie było rano jajecznicy, tylko kanapki, za to była ciepła woda. I nowe złotówki od pani...
Tymczasem czekał nas dzień pełen atrakcji. Najpierw pojechaliśmy do Szczawnicy, zostawiliśmy auta i wynegocjowaliśmy wycieczkę busem do miejsca, skąd zaczynają się spływy Dunajcem. W busiku znów odżył pomysł wyjazdu do Francji, do Muzeum Peugeota, wszakże klubowo byliśmy wszyscy...
Na miejscu okazało się, że tratwy są 12-osobowe i ani grama więcej, a nas jest osób 14. Bo Jola z Blanką zostały w Szczawnicy. I kłopot... Ale jakoś się podzieliliśmy, na tratwie ulokowaliśmy z lekką obawą i ruszyliśmy w drogę.
Następnie okazało się, że to wcale nie są tratwy... tylko czółna!... 5 czółen powiązanych razem i basta, a nie jakieś tam tratwy. Ech, miastowi!...
Pan w kolorowym kubraczku opowiadał nam różne dziwy, na przykład o Dupie Maryni (no nic na to nie poradzę, była na skale, zapewne dla równowagi z Orłem...), o flisakach słowackich, którzy mają krótszy kawałek spływu, o Dunajcu, który generalnie płytki jest, ale miejscami ma na przykład 12 metrów głębokości, o tym, że jak zrobili zalew, to się ekologia regionu zmieniła... Pan opowiadał, a my marzliśmy coraz bardziej i z obawą spoglądaliśmy w niebo. Jak zaraz lunie!...
Zanim lunęło, pan zdążył nas postraszyć burzą, której na szczęście nie było, ale deszcz sobie popadał, i owszem. W jedynym momencie, kiedy nie mieliśmy się gdzie schować, wybrał sobie inteligentnie, żeby nas zmoczyć...
W rzece stali sobie panowie w bardzo długich gumowych spodniach i łowili ryby (ciekawe, że im zimno nie było...), co kawałek takie pół człowieka wystawało z kijem. Pływały też jakieś kaczki, ale mało towarzyskie. A po słowackiej stronie pojawiły się linuxy, znaczy, chciałam powiedzieć, zakonnice na rowerach. Wyglądały malowniczo...
Pan flisak zabawiał się z nami pytaniami: z której strony miniemy tę górę? - zgadywaliśmy na chybił-trafił, zwykle źle :) Mijaliśmy inne tratwy (o przepraszam, czółna), a właściwie to oni mijali nas (nam się jakoś nie spieszyło, za to oni musieli wybierać wodę z dna, a my nie, hihi). Przepłynęliśmy przez wiry szalone - no żywioł jak się patrzy!... i już byliśmy w Szczawnicy. Zza chmur wyszło piękne słońce...
Czekając, aż Jola i Dominik zjedzą obiad, przestępowaliśmy z nogi na nogę. Niektórzy zdecydowali się na frytki, ale czekali na nie paranoicznie długo. W końcu ruszyliśmy - na Palenicę.
Wjeżdżało się kolejką linową na górę, oglądając po drodze widoki, wykręcając sobie szyję (bo przed nosem było zbocze) i pozując innym uczestnikom wycieczki do zdjęć. Na górze właściwie nie rozglądaliśmy się za bardzo, tylko od razu podreptaliśmy do toru saneczkowego. Co, my nie zjedziemy????....
Kolejka była koszmarna, panie zostały obserwować, panowie (i ja ;-p) postanowili wziąć udział w rozrywce. Kolejka na szczęście szybko szła, szaleńców puściliśmy przodem, pierwszy zjazd był kontrolowany...
No ale fajnie!....
Prosto z sanek polecieliśmy do kasy po następne bilety. Oczywiście ustawiliśmy się jeszcze raz w kolejce, która jakoś zaczęła iść szybciej, Dominik zasugerował, żeby teraz w ogóle nie hamować i... ruszyliśmy!...
Faktycznie, bez hamowania było fajniej :)
Zdaje się, że nasze nogi znów skierowały się do kasy, pamiętam, że jak jechałam przed tunelem, to górą jechał Dominik i krzyczał coś do mnie, wiatr świszczał w uszach, szybciej, szybciej!...
Potem nastąpiła zmiana - ostatni zjazd był dla matek, żon i kochanek, więc teoretycznie ja powinnam iść pilnować bagaży. Ale to było silniejsze ode mnie... Dziewczyny ustawiły się w kolejce, im też udzieliło się podniecenie chwili :) A potem, jak już zjeżdżałyśmy, przy płocie stało czterech fotoreporterów, celnie mierząc do nas ze swoich luf (mam na myśli obiektywy ;-p).
W końcu jednak trzeba było poszukać jakiegoś obiadu. Zjechaliśmy zatem z góry i pojechaliśmy do karczmy przydrożnej.
W karczmie był duży stół, przy którym zmieściliśmy się wszyscy, krzesełko dla dziecka, które zaanektowała na chwilę Blanka (a potem poszła na spacer), i orkiestra. I, oczywiście, brakowało ziemniaków...
Znużeni wróciliśmy do domu i wieczór spędziliśmy częściowo w kuchni na dole, a potem w altanie przy grillu. Okazało się bowiem, że skrakowane piłkarzyki robią sobie z nas jaja, bo jedna gra przestała kosztować złotówkę, a zaczęła kosztować 3 złote i to przy dobrych wiatrach, zatem pomieszczenie z barem przestało być już tak fascynujące. Zatem w altance, kończąc resztki piwka, integrowaliśmy się ze społeczeństwem z innych domków przy dźwiękach muzyki lokalnej, na żywo. Grill grzał przyjemnie z zewnątrz, alkohol i specjały od wewnątrz, było całkiem miło, chociaż następnego dnia okazało się, że buty mamy oboje z Wilczym do gruntownego czyszczenia... Gdzie myśmy się szwendali?...

Zamkowo

Na pytanie, co robimy jutro, odpowiadałam zgodnie z ustaleniami: - Oglądamy zamki.
- Zamki?
- No zamki. No wiesz, Gerda, Yale...
- Myśmy już te zamki na górze, do pokojów, obejrzeli, tam nie ma nic ciekawego...
Jajecznica na śniadanie okazała się być smaczna, chociaż pozostawiła po sobie mnóstwo zmywania. Zapakowaliśmy się do aut i pojechaliśmy do Czorsztyna. Ruiny zamku prezentowały się fantastycznie, a w okienku każdy chciał mieć zdjęcie (bo taki romantyczny widok na Niedzicę...;-p). Tam nagle w paradę zaczęła wchodzić Wilcza Dupa.
- Wilczy, odsuń się trochę - powiedział Marcus, klęcząc z aparatem, do Wilczego, który stał prawie za nim. - Włazisz mi w obiektyw...
Wilczy wzruszył ramionami, po czym grzecznie się odsunął kilka kroków w tył. Sytuacja jednakże powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie i kolektyw orzekł, że gdzie Marcus chce zrobić zdjęcie, tam zawsze znajduje się dupa Wilczego, bez większego znaczenia, w którą stronę akurat Marcus jest skierowany. I co z tego, że robił te zdjęcia rybim okiem?....:)))))
A w ogóle to wyszła nam sekcja Peugeot Canon Team. Buli co prawda trochę odstawał ze swoim Nikonem, ale wykazał chęć nawrócenia się na właściwą markę, tylko dlaczego akurat moim kosztem?... Teraz chłopaki patrzą na mój aparat i mówią: fajny Buli ma sprzęt, nie?...
Pogodę mieliśmy piękną, zatem czym prędzej ruszyliśmy do zamku w Niedzicy, po drodze zastanowiły nas jeszcze tabliczki z informacją, że w lesie są żmije i proszę do lasu nie wchodzić.
- To jak tu sikać?...
- Wcale...
W Niedzicy najpierw poszliśmy na lody.
Droga dojazdowa do parkingu zastawiona samochodami. Wcale nie dlatego, że na parkingu brak miejsca... Po prostu parking jest płatny, a przeciętnego, jeżdżącego mercedesem czy toyotą Polaka nie stać na wydanie 5 zł za postój pod zamkiem. Pewnie na biletach też by przyżydzili (a może i tak zrobili, obejrzeli z zewnątrz tylko, jak ci państwo na motorze - jechali ulicą na tyle wolno, że pasażer z tyłu zdążył cyknąć fotkę zamkowi i proszę - już odhaczone, zaliczone, następny zabytek proszę!...).
Z lodami w garściach poszliśmy na tamę. Po drodze - jarmark. Stragan przy straganie, na każdym to samo, pamiątki, duperele, to, co zwykle w takich miejscach. Podzieliliśmy się na grupy. My z Wilczym poszliśmy przodem na tamę i obejrzeliśmy ją sobie dokładnie, a potem podziwialiśmy zamek, reszta została oglądać stragany, a potem dołączyli do nas z różnymi skarbami w garściach.
Wreszcie ruszyliśmy na zamek!...
Tam dołączyliśmy się do grupy z przewodnikiem i zwiedziliśmy zamek porządnie. A potem postanowiliśmy pojechać na Słowację po zaopatrzenie, bo, jak wiadomo, to nasz ostatni dzień i jutro trzeba już wracać na daleką północ.
Jak zwykle pojawiły się problemy z przekraczaniem granicy. Bo Blanka nie miała własnego paszportu i nie mogła przekroczyć granicy (a może byśmy ją przemycili?...), bo na piechotę to nie honor dźwigać te wszystkie trunki...
- Nie możesz iść na piechotę? - zapytałam niewinnie Zeta.
- A co ja, mrówka jestem? - obruszył się w odpowiedzi. I tak powstała Mrówka Zet :)
Przy wyjeździe z Polski pan z okienka zaczął zadawać nam pytania:
- Alimenty ktoś płaci?
Spojrzeliśmy po sobie, pytanie zawisło w powietrzu przez chwilę.
- Tu wszyscy bezdzietni... - powiedział niepewnie Marcus.
- Mandaty popłacone? - zapytał znów pan ze srogą miną. Mam nadzieję, że robił ją wyłącznie dla żartu...
- E... nie ma żadnych mandatów...
- Proszę jechać!...
Byliśmy w szoku.
Najpierw pojechaliśmy do Czerwonego Klasztoru, ale ów okazał się być zamknięty, więc obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz i z dziedzińca. Rzut okiem na Trzy Korony (wyglądają pięknie z tej perspektywy) i powrót do sklepów przy granicy.
Szturm na sklepy przypuściliśmy porządny, niemniej jednak licząc kasę, bo okazało się, że kart płatniczych nie przyjmują nigdzie, a o bankomacie też nie słyszeli, a my mieliśmy już poważnie przetrzebione zapasy gotówki. No jak można w sklepach przy granicy z Polską nie przyjmować kart!... Powiedziałam panu w kasie, że gdyby mieli terminal, to kupiłabym więcej, a tak to sorry, ale kasy niet i zakupy marne są. Pan zmartwił się uprzejmie i na tym jego reakcja się skończyła. Z pełnymi (lentilków, rzecz jasna!...) bagażnikami wróciliśmy w rodzinne pielesze i... zjeść obiad :)
Wybraliśmy ponownie Kasztel, choć z pewną taką nieśmiałością... czy nie naplują nam do jedzenia :) Ale jednak przyjechaliśmy, zobaczyliśmy popłoch w oczach obsługi i zażądaliśmy przetarcia ław, bo brudne. Ale cola była z gazem...:)))
Po obiedzie w szybkim tempie pojechaliśmy w góry, oglądać Tatry w zachodzącym słońcu. Zdążyliśmy :)
Było pięknie, trzeba przyznać, chociaż jakoś tak coraz chłodniej. Zdjęcie grupowe na tle gór, jeszcze prywatne portreciki i... pojechaliśmy szukać sklepu, bo znów nastał wieczór, a my bez jedzenia...
Chleb tradycyjnie w piekarni, resztę w jakimś supermarkecie, bankomat ("no jest za tą siatką, ale co, wejścia nigdzie nie ma?... to po co im taki bankomat?..." - "och, cholera, wejście jest... z drugiej strony...", "turyści!...") i już można się bawić.
Zabawa była raczej marna i krótka, piłkarzyki coraz droższe, pić za bardzo się nie da, bo jutro do domu trzeba wracać... Więc towarzystwo dość szybko porozchodziło się po pokojach, a my z Wilczym poszliśmy jeszcze obejrzeć kościół.
Po drodze minęliśmy miejscową dyskotekę, mostek nad szumiącym strumieniem, imprezkę na podwórku i lokalny folklor.
Kościół faktycznie jest ładny bardzo i oświetlony fajnie. Obeszliśmy go w kółko. Wieża zegarowa wybijała kwadranse. Rzeczka szumiała. Gdyby nie ta dyskoteka, byłoby naprawdę szalenie klimatycznie...

Powrót do przeszłości

Nic nie trwa wiecznie, poranek z kiełbasą na śniadanie, szybkie ustalenie trasy ("ja tą trasę znam, pojedziemy tędy, bocznymi drogami, będzie szybciej"), pożegnanie z gospodarzami i w drogę. Kierunek - zamek w Nowym Wiśniczu.
Jak nas panowie przewieźli po serpentynach, to niech ręka boska broni!... Wcale się nie dziwię, że dziewczyny poczuły się kiepsko, być może i ta kiełbasa miała swój wpływ na to, ale na litość boską, styl jazdy też!...
Zamek prawie minęliśmy, bo jakoś tak stał z boku, ale jednak zdołaliśmy go zwiedzić. Niby odremontowany, ale jednak ruina...
No to jedziemy do domu. Buli pierwszy, bo zna trasę. My za nim, z nosami w atlasach (na szczęście w aucie były dwa, więc nie musieliśmy ich sobie wyrywać z rąk...), z każdym nowym zakrętem coraz bardziej przerażeni. Drogi z żółtych stały się białe, a potem cieńsze (w tych atlasach), ja już przestałam monitorować, którędy jedziemy, nieuchronnie prowadził nas na prom, ale jednak go ominął. Mostem. Hmmm....
No dobra. Most to niewątpliwie był. Na szerokość jednego samochodu.
Z mijanką!...
Nikt nie zwracał uwagi na Wisłę, płynącą sobie spokojnie dołem. Wszyscy zafascynowani byli mostem!...
Potem zamiast obwodnicą, wpakowaliśmy się do Kielc, a potem to już było z górki. Statoil z hot-dogami, skręt w łąki i rozstanie pod sklepem gdzieś pod Warszawą. Każdy wybrał własną drogę powrotu...

Dwa dni później przyjechałam na parking przy trasie AK. Za chwilę podjechała zielona 406. Wysiadł z niej Marcus.
- Cześć... dawno się nie widzieliśmy!...:-)


***
Drodzy moi! Ponieważ możecie mieć własne wspomnienia z wyjazdu, własną wersję wydarzeń lub coś do dodania, jako żem człek o wielkim sercu, niniejszym Wam to umożliwiam. Ekhm... krytyka niemile widziana ;-p
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Kacwin: http://www.kacwin.com/
Tu mieszkaliśmy: http://www.agrowczasy.com/spisz/zazel/dworek.htm
Niedzica: http://www.niedzica.pl/
Czorsztyn: http://czorsztyn.pl/


psyche