Szlak Piastowski i okolice, weekend majowy 2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Gniezno i Lednicki Park Krajobrazowy
Wycieczka kolejką wąskotorową
Biskupin
Wenecja i Mogilno
Kruszwica
Toruń
Golub-Dobrzyń
Łąck
Płock
Żelazowa Wola

Gniezno - Biskupin - Wenecja - Mogilno - Kruszwica - Toruń - Golub-Dobrzyń - Łąck - Płock - Żelazowa Wola

Kiedy: 1 - 4 maja 2003
Za ile: za dużo :-)

Ambitnie postanowiliśmy wyruszyć skoro świt, żeby jak najwięcej zobaczyć i nie marnować czasu na spanie. Oczywiście udało się to niezupełnie, ale w końcu człowiek przed trasą musi się wyspać :-) Pakowaliśmy auto pod blokiem, upychaliśmy napoje i inne bardzo ważne rzeczy, przed nami jakiś sąsiad robił to samo, za nami również, generalnie świat poczuł długi weekend. Wyruszyliśmy!...
Długie trasy sprzyjają przepełnianiu się pęcherza moczowego, co zaoowocowało postojem na jakimś leśnym parkingu. Zatrzymaliśmy się obok znajomo wyglądającego auta, które okazało się być własnością jednego z sąsiadów, pieczołowicie pakujących manatki obok nas pod blokiem. Wymieniliśmy uprzejmości (po opróżnieniu pęcherza, ma się rozumieć), omówiliśmy trasę i ruszyliśmy dalej. Płatną autostradą z Konina do Wrześni. No, muszę przyznać, jechało się dość wygodnie, rzeczywiście. A potem trzeba było zapłacić...


Gniezno

Zostawiliśmy auto na strzeżonym i drogim parkingu i poszliśmy oglądać katedrę. Pamiętam, że była duża... Obeszliśmy ją dookoła ze 3 razy z wierzchu i od środka szukając Drzwi Gnieźnieńskich. Zlokalizowaliśmy nawet miejsce, w którym się powinny znajdować, ale nijak nie szło się tam dostać. W końcu dowiedzieliśmy się, że owszem, można je obejrzeć, ale wyłącznie z przewodnikiem... Darowaliśmy sobie zatem drzwi, obejrzeliśmy witraże i konfesję z relikwiami św. Wojciecha (ładne światło było) i poszliśmy deptakiem w miasto szukać obiadu. Wleźliśmy do jednej z lepiej wyglądających knajp i usiedliśmy sobie przy stoliku. Po kilku minutach wyszliśmy, bo ile można czekać na kelnerkę? Przeszliśmy przez ulicę/deptak i usiedliśmy w ogródku kolejnej knajpy. Obserwując otoczenie zorientowaliśmy się, że jest to ta sama knajpa, w dodatku przynależna do hotelu, tyle, że zajmuje po prostu dwa pomieszczenia i jeszcze ogródek. Kelnerzy biegali w tę i spowrotem, ale naszego stolika nie obsługiwał nikt. W momencie, kiedy karty dostali ludzie, którzy przyszli ładnych kilka minut po nas, a nami nikt się nie zainteresował, wyszliśmy już nieco wściekli. I... poszliśmy do Pizzy Hut, gdzie od progu powitała nas uśmiechnięta pani i natychmiast zaprowadziła do stolika i podała karty. I jak tu się dziwić, że takie firmy mają powodzenie????
Wielkopolski Park Etnograficzny Po obiedzie postanowiliśmy pojechać do Lednickiego Parku Krajobrazowego, zastanawiając się już powoli nad noclegiem. Ponieważ zrobiło się późno, udało nam się obejrzeć tylko skansen, całkiem zresztą spory i z ciekawymi eksponatami. Mnie najbardziej podobały się stare gliniane naczynia i meble. Wśród budynków był kościółek bardzo ładny oraz trzy wiatraki. Dwa zamknięte a przed trzecim stał wyprostowany służbowo pan, złym wzrokiem patrzący się na mój aparat fotograficzny i warczącym głosem pytający, czy mam bilet na fotografowanie. Powiedziałam, że mam i trochę złagodniał, ale i tak czułam się nieswojo we młynie, który był w środku bardzo skomplikowany. Wilczuś mi nawet tłumaczył, o co chodziło z tymi wszystkimi urządzeniami w środku, ale uznałam, że jako blondynka nie muszę tego rozumieć, wystarczy, jeśli on wie o co chodzi :-p
Bilety z tego skansenu są najładniejszymi biletami z całej wycieczki...


Wenecja po raz pierwszy

Nocleg znaleźliśmy w Wenecji. Akurat tak wyszło, jest tam ośrodek z pokojami, całkiem przyzwoitymi, chociaż jak na ten standard ciut przydrogimi. Odnawiane były niedawno, to widać. Barek ze smutnym panem, który robi drinki jak się go poprosi, obok stawy i jezioro, ognisko przygotowane przez pensjonariuszy oraz... nieustanny, wielokrotnie spotęgowany rechot żab! Właściwie nie było słychać myśli, bo te żaby tak się darły!... W dodatku nad wodą głos się niesie, one akurat obchodziły swoje gody i puszyły się bardzo i przekrzykiwały. Zapewne brzmiało to mniej więcej tak:
- Jestem najlepszym samcem na świecie! Drugiego takiego nie znajdziecie!
- Mnie weź, mnie, jestem zdrowy i piękny!
- Nieprawda, to ja jestem najlepszy, w dodatku mam taki piękny odcień zielonego!
- Oferuję swoje usługi damom, dyskrecja zapewniona!...
W pokoju ich słychać na szczęście nie było, może sprawił to alkohol zawarty w szarlotce, którą zrobił mi smutny pan w barku.
Rano spakowaliśmy manatki, pochłonęliśmy szybkie śniadanko i pojechaliśmy do Gąsawy, coby zdążyć na kolejkę wąskotorową.


Gąsawa - Biskupin - Wenecja - Żnin i spowrotem

Auto zostawiliśmy pod murem kościelnym, uważając, że ludzie tu bogobojni i nie ruszą tego, co niemal święte. Bilety nabyliśmy u pana ubranego w odświętne ubranko, a będącego kierowcą pojazdu o szumnej nazwie "kolejka". Wycieczka kolejką wąskotorową Koszt jednego biletu w obie strony to 8 zł, ja nie wiem, jak oni są w stanie utrzymać tą kolej przy takich cenach... Do Żnina jechaliśmy tyłem. To znaczy nie my, ino ciuchcia. Siedzieliśmy sobie w pierwszym wagonie odkrytym i wiaterek wiał aż się zimno zrobiło, słoneczko grzało ale nie w cieniu, kolejka wolnym truchtem pełzła przez łąki i pola aż dopełzła do Biskupina. Tam dosiadło się kilka osób: "ja tylko do Wenecji, a będzie można spowrotem? A zdążymy?...", w Wenecji nastąpiła kolejna rotacja pasażerów, przy okazji popatrzyliśmy sobie na hotel, w którym nocowaliśmy (żab słychać nie było) i dotarliśmy do Żnina. W dzikim pędzie nabyliśmy ciasteczka (zdaje się, że smaczne były) i kolejka już wracała, tym razem jechała przodem do przodu a my usiedliśmy na samym końcu ostatniego wagonu, na schodkach, coby mieć ładne widoki do robienia zdjęć. W Wenecji dosiadł się do nas ojciec z dwójką dzieci "my tylko do Biskupina", zrobiłam kilka zdjęć torów jakby na świecie nie było nic ciekawszego i dotarliśmy do Gąsawy spowrotem. Podrałowaliśmy pod mur kościelny kląc ile wlezie, że jednak nie zostawiliśmy tego auta gdzieś przy stacji, ale już trudno. I pojechaliśmy do Biskupina...


Biskupin

Parking w Biskupinie

Powitał nas ogromnymi tłumami. Zapchanymi parkingami, w dodatku drogimi (5 zł). Ciasno, ciepło, głośno, pachnąco frytkami i innym żarciem dla tłumów... Dopchaliśmy się do wejścia na teren skansenu pilnie rozglądając się, czy płaci się haracz za posiadanie aparatu fotograficznego, ale chyba tym razem się upiekło. W Biskupinie akurat trwał jakiś mini-festyn archeologiczny, co polegało na tym, że był czynny jeden piec do wypiekania chleba oraz kilka stoisk z miodem, świecami z prawdziwego wosku, rzeźbami drewnianymi i z człowiekiem, który opowiadał o tym, co się wytwarza ze smoły a co z dziegciu. Nic z tego nie zrozumiałam :-) Można też było sobie popatrzeć na zwierzątka i oczywiście obejrzeć największą atrakcję - starą osadę. Niektóre "domostwa" w "bloku" były otwarte i można było tam zajrzeć. Chyba im tam było zimno zimą, bo ściany raczej dziurawe (bale drewniane upchane słomą), w suficie też dziury, coby dym z ogniska uciekał. Bilet do Biskupina Łóżko mi się bardzo podobało, spały tam chyba całe rodziny, podwyższenie wymoszczone słomą. Pod łóżkiem spały kury na przykład. Zero intymności, jak słowo daję... Z atrakcji można wymienić bicie dukatów na miejscu z podobiznami różnych możnowładców (pewnie nawet króli, Wilczuś nosi te pieniążki w portfelu i mylą mu się z groszami...) a podczas bicia zadzwonił mój telefon (a dokładnie zagrał jak radio, bo jeszcze wtedy nie zmieniłam mu dźwięku) i w słuchawce odezwał się mBank. Wilczy twierdzi, że narobiłam mu obciachu tym dźwiękiem :-) A ja spławiłam panią z mLinii prosząc ją, żeby jednak zadzwoniła innym razem, bo jestem w muzeum. Kurcze, tyle dni było a oni akurat wybrali dzień, który ja uważam za wolny od pracy!...
W Biskupinie jest jeszcze trochę dekoracji do ekranizacji "Starej Baśni", oni po prostu produkują te zabytkowe chaty na miejscu :-))))) Podobały mi się jeszcze nazwy uliczek, wypisane na deseczkach przymocowanych do pali, a pale stały... na środku mokradła!... No ale kto zabroni uliczce prowadzić środkiem mokradła, no kto?!
Jak woda to i żaby, te dwie rzeczy są nierozłączne, a jak żaby to hałas oczywiście (czy one nigdy nie sypiają?). Z daleka jeszcze popatrzyliśmy sobie na kolejkę, która akurat pędziła po drugiej stronie jeziora i wyglądała dość malowniczo, a następnie udaliśmy się w rejs po okolicznych knajpach, szukając miejsca, w którym moglibyśmy spożyć obiad. I co? I ja to mam pecha jakiegoś...
Wilczunio poszedł zamówić. Przyszedł. Usiadł. Dostał swoją porcję. Nie zdenerwowałam się jeszcze, bo widać, że knajpa gwiazdek żadnych posiadać w życiu nie będzie i uczyć kelnerek nie mam ochoty. Ale jak Wilczunio zeżarł swój obiad a ja mojego jeszcze nie dostałam to się lekko zdenerwowałam. Po interwencji otrzymałam swojego wydumanego kotleta, z ziemniakami zamiast frytek, ale byłam już głodna i nie chciałam oddać talerza, bo nie wiadomo, czy bym go spowrotem dostała kiedykolwiek, więc wchłonęłam co dostałam i poszliśmy sobie. Pani była na tyle grzeczna, że przynajmniej przeprosiła porządnie. Ale mogła postawić na przykład lody...
Z okolicznych atrakcji zapamiętałam jeszcze stragany z różnego rodzaju śmieciami odpustowymi i odjechaliśmy do Wenecji.


Wenecja

Tutaj nie było już takich luksusów jak płatny parking niestrzeżony, tutaj w ogóle nie było parkingu. Auto zostawia się, proszę Państwa, na szosie, na jej skraju, aby inne auta mogły jeszcze jednak tą szosą przejechać. Haraczu dla fotografujących nie było, zatem zakupiliśmy dwa bilety po 4 zł. Każdy i weszliśmy do skansenu kolejek. Ależ one śliczne!... Głównie dlatego, że odmalowane na kolorowo, wyglądające zatem jak nowe no i takie niektóre malutkie, jak zabawki :-) Przeważającym kolorem była zieleń i to wcale nie zgniła. Oprócz ciuchć były też wagoniki - do przewozu osób i węgla, pocztowe i jakieś o nie znanym mi przeznaczeniu, ale wyglądające ładniutko. W ogóle z daleka to te wszystkie atrakcje wyglądają jakby były zbudowane z klocków lego.
Powłaziliśmy tam, gdzie się dało powłazić, pozaglądaliśmy w wiele różnych dziwnych miejsc, na koniec naszą uwagę przykuł kot. Kompletnie rozleniwiony i nie zwracający uwagi na tłumy wałęsające się po skansenie, siedział sobie na ławeczce i drzemał w słońcu. Ale chyba jednak towarzystwo ludzi gapiących się mu prosto w pysk z odległości 30 cm nie było dla niego miłe, bo spojrzał na nas z ogromnym wyrzutem i pogardą, więc go zostawiliśmy w spokoju nie narażając swoich twarzy :-) I powoli zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem.


Mogilno

Wydawałoby się, że to nie może być bardzo trudne. Tereny turystyczne i tak dalej, sezon niewątpliwie rozpoczęty, nic tylko wybierać wśród ofert!... Nic bardziej mylącego. Agroturystyka jakoś niewidoczna nawet jeśli istniejąca. Jechaliśmy powoli w stronę Mogilna, rozglądając się za szyldami "noclegi" albo nawet "zimmer frei" znanymi z Mazur. I nagle... Jest! Wielki napis NOCLEGI na budynku stojącym na rozjeździe. Obok napis "dyskoteka" co prawda, ale uznaliśmy, że może nie będzie tak źle. Zatrzymaliśmy się i dawaj w bramę pytać o wolne pokoje. Przy bramie akurat majstrowała panna skąpo dość ubrana, w dodatku w dominujący kolor różowy. Ale to jeszcze nie wzbudziło mojej czujności, w końcu każdy ma prawo do własnego gustu. Wilczy mruknął: "Co to, burdel?", za co skarciłam go wzrokiem. Ma prawo się dziewczyna ubierać jak chce, nie? Podeszliśmy do niej, przestała zamykać bramę. Spytaliśmy o pokoje.
- No, są, a na długo chcecie? Są ładne, z dużym łóżkiem - tu panna uśmiechnęła się znacząco.
- Na jedną noc, do rana. A łazienka jest?
- Jest, na korytarzu. Pokoje odnowione, bo teraz remont w ogóle...
- A ta dyskoteka? Pewnie głośno będzie?
- A, nie, dyskoteki jeszcze nie ma, bo remont...
- A po ile te pokoje?
- A na ile?
- Na jedną noc... - powoli zaczynał mnie szlak trafiać.
- Zdaje się... po 60 zł...
- Możemy zobaczyć?
- To ja może pokażę...
Panna wprowadziła nas do budynku, majtnęła ręką w prawo, że tu łazienka, więc czym prędzej tam zajrzałam. W stanie znośnym powiedzmy...
I poszłam oglądać pokój.
Spory, owszem. Większą jego część zajmowało rzeczywiście łóżko. Panna się z zakłopotaniem uśmiechała. Pokój pomalowany na różowo- fioletowo, ohydnie, jeszcze mi nic nie powiedział. W zasadzie mebli żadnych innych nie było, nie zwróciłam uwagi, czy był telewizor, ale pewnie tak. Popatrzyliśmy z powątpiewaniem na siebie i uznaliśmy, że może być. Więc zeszliśmy na dół a panna na to: ale zaraz, ja muszę się jeszcze dokładnie zapytać o cenę...
Zazgrzytałam zębami. Na podwórko wjechał jakiś gość samochodem, okazało się, że to właściciel. Panna poszła z nim konferować kilka metrów dalej a my głupkowato się do siebie uśmiechaliśmy. Panna wróciła i oznajmiła:
- No niestety, ten pokój kosztuje 160 zł za noc.
- Słucham????
- No, 160 zł. Ja się pomyliłam...
- A ta cena 60 zł?... - spytałam - to za co?...
- A, bo kiedyś przyjechali jacyś państwo i chcieli na godzinkę... hihihi...
- Aha, to my dziękujemy, do widzenia.
W tył zwrot, naprzód marsz!... Wyszliśmy za bramę i zaczęliśmy się śmiać. Trafiliśmy do burdelu, co Wilczy przewidział od pierwszego kopa (swoją drogą, skąd on ma taki węch?). Pojechaliśmy dalej, w kierunku Kruszwicy...
Wjechaliśmy do Mogilna. Powoli traciliśmy nadzieję na znalezienie czegoś ot tak, więc przeglądałam listę noclegów w przewodniku. Tymczasem w Mogilnie odżyliśmy, bo zobaczyliśmy szyld HOTEL. No tutaj to już raczej burdelu nie będzie...
Wilczy poszedł spytać o pokoje, ja zostałam w aucie. Zadzwonił za chwilę i oznajmił, że idzie oglądać pokój. Po czym wrócił po mnie, powiedział: jest fajnie i zabraliśmy rzeczy do hotelu. Auto mieliśmy wstawić później, jak pan posprząta dziedziniec. Bo na dziedziniec wjeżdżało się przez bramę, zupełnie jak na Piotrkowskiej czy Krakowskim Przedmieściu, a w środku było dość ciasno, bo jeszcze restauracyjka czy coś takiego działało. Poszliśmy spróbować zrobić zakupy (jeść coś trzeba...). Z bramy w prawo, bo taka ładna ulica, przez środek miasta... Przeszliśmy do rozwidlenia, zawróciliśmy i wracaliśmy drugą stroną ulicy, sklepu czynnego żadnego nie znalazłszy. Dopiero przy skrzyżowaniu, przy którym stał nasz hotel, ujrzeliśmy sklep i to czynny - o wielkie nieba! - aż do chyba 22. W każdym razie długo jak na tutejsze warunki. Poczyniliśmy zakupy, wróciliśmy z nimi do hotelu a potem nas poniosło w las. To znaczy wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy w plener.
Wjechaliśmy w las, coby od ludzi i miasta odpocząć. Auto z normalnego stało się terenowe, ale w końcu zatrzymaliśmy się i nie zwiedzaliśmy przyrody wyłącznie z samochodu, poszliśmy kawałek na piechotę. Dotarliśmy do strumyczka, do którego jednak ciężko było się dostać, bo jakieś podmokłe tereny wokół. Posiedzieliśmy chwilę na trawce, pogapiliśmy się na zieleń i inne kolory przyrody no i wróciliśmy do hotelu. Po czym odkryliśmy, że sklep mamy przy samej bramie, tylko po jej lewej stronie...
Świeże powietrze zrobiło swoje i padłam jak mucha, nawet nie wiem, ile minut po mnie położył się Wilczy...


Kruszwica

O poranku wyjrzałam przez okno - na aucie jakieś kropelki, padało, czy co?... No tak, asfalt też mokry. Ale chyba już po wszystkim. Wstajemy, pakujemy się i wyruszamy na wschód. Pogoda nieciekawa. Słońce się gdzieś schowało, co jakiś czas kropi. Ale nas to przecież nie wystraszy!...
Do Mysiej Wieży prowadzą strzałki, więc podjeżdżamy jak po sznurku. Parking oczywiście płatny, zapełniony w jakiejś jednej trzeciej. Na jeziorze szkwalik, wieje wiatr i ciągle coś pada z nieba. Statek turystyczny na przystani jakiś taki opuszczony, niewielu jest chętnych w taką pogodę na rejs. Zrobiło się naprawdę zimno, czego bardzo nie lubię...
Mysia Wieża W kiosku z odpustowymi pamiątkami kupujemy bilety, pokazujemy je pani siedzącej przy schodach i handlującej jakimiś potworkami i wdrapujemy się schodkami na pierwszy taras. Dopiero stąd można wejść do środka wieży, dalej już idzie się wewnątrz. Schody nie są bardzo szerokie, w zasadzie na jedną osobę, kręte i pną się w górę co jakiś czas zamieniając się w podest. Podesty są mini-salami muzealnymi, ale również przystanią dla odpoczynku. Wreszcie docieramy na szczyt!
Od razu zauważamy, że tu wieje bardziej J Ale widok jest piękny. Ogromne jezioro Gopło rozciąga się po trzech stronach wieży, która stoi na cyplu. Niestety, brak słońca sprawia, że widok nie jest tak kolorowy, jak mógłby być. Ale i tak jest co podziwiać - po obejrzeniu widoków ze wszystkich storn wieży, kierujemy swoją uwagę na ptaki. Interesująco wyglądają z góry, kiedy szybują w powietrzu, unosząc się na prądach, wiatrach czy Bóg wie czym. Stoimy na szczycie i gapimy się w przestrzeń, jakby to był cel naszego życia. Nie spieszy się nam...
W końcu czas na dół. Jeszcze kilka zdjęć z drewnianymi figurkami, stojącymi pod wieżą. Jeszcze pooglądamy kolejne pamiątki, pogapimy się na jezioro z niższej perspektywy i w drogę. Dokąd? To może do Torunia?...


Toruń

Droga wiedzie przez Inowrocław i to chyba właśnie tu nadziewamy się na niespodziankę. Korek. Ale jak to korek, o tej porze dnia, w ogóle w takim małym miejscu??? Korek??? No tak, korek spowodowany był uroczystościami - jakimi, nie udało nam się zorientować, może święto miejscowe, może z okazji 3 maja, może jakiś pogrzeb. W każdym razie ulicą szedł pochód z orkiestrą i tamował kompletnie cały ruch na jedynej głównej drodze przez miasto. Jakiś gość przed nami skręcił w prawo, w boczną uliczkę, to my za nim. Dojechał do końca, dał w lewo, zatrzymał się, zrezygnował, pojechał prosto. My w lewo. Zatrzymaliśmy się. Pochód. Na końcu uliczki policjant. Patrzy na nas złym wzrokiem. Wilczy cofa... po czym z piskiem opon pojechaliśmy za tamtym. Miał rację, że pojechał prosto, przynajmniej ominął cały ten cyrk.
Tylko zaraz, zaraz...dokąd ta droga prowadzi?... No nic, jedziemy.. najwyżej trochę nadłożymy drogi... Zwolnij przy tych napisach, mówię do niego, niech ja mogę coś przeczytać, będzie wiadomo, dokąd jedziemy!... Zwolnił. Dojechaliśmy do głównej drogi i okazało się, że jedziemy dobrze. Dojeżdżamy do Torunia...
Toruń posiada most, bardzo ładny, trzeba się nim dostać na prawy brzeg Wisły, bo jak wiadomo, tam właśnie leży całe warte obejrzenia miasto. Więc się dostajemy. Wyczytuję w przewodniku o strzeżonym parkingu i namawiam całą swoją energia Wilczego na zostawienie auta właśnie tam. Koleżanka mówiła, że w Toruniu kradną. Wilczy ulega w końcu namowom, ale nie ma pojęcia, jak ten parking znaleźć. Jesteśmy już na drugim brzegu, skręcamy w prawo, tu jest Starówka. Uliczki zapchane autami. Wszędzie pełno ludzi i samochodów. Wąsko. Ciasno. Podejrzanie. Wyjeżdżamy spowrotem na większą ulicę, wyniosło nas na most, wracamy, witaj Wisło... Ciekawe, ile jeszcze razy będziemy zwiedzać most, no owszem, ładny jest, ale... Zawracamy, lądujemy znów na moście. Tym razem jestem mądrzejsza, wiem już, gdzie jest Bulwar, przy którym jest parking. Otóż Bulwar jest pod mostem :-) Super, ale jak się tam dostać??? No to może w lewo, skoro w prawo już skręciliśmy i nic to nie dało... Niezbyt dokładny plan miasta w atlasie mówi, że to będzie dobra droga. Skręcamy w lewo. Potem znów w lewo. Uliczki o jednym kierunku ruchu. Zjeżdżamy coraz niżej, zbliżamy się do Wisły. Jesteśmy na Bulwarze, super, parking już widać, tylko gdzie jest na niego wjazd? A, na tamtym końcu, dobra, to się pchamy! Ufff..... Udało się! Stanęliśmy nieprzytomnie na końcu parkingu, najdalej od budki, ale już nikomu nie chce się wracać. Parkingowi wywołali nasze zdziwienie, bo jednak pomimo gigantycznego ruchu, jaki tam panował (kolejka do wjazdu, wyjazdu, tłumy ludzi, autokary...) zauważyli nasz wjazd i w budce otrzymaliśmy kwitek. Powędrowaliśmy w miasto...
Najpierw rzuciła się na nas budowa jakaś rozgrzebana a zaraz za nią krzywa wieża. Fajna taka krzywa, tylko podesty jednak miała zupełnie poziome... Wąską uroczą uliczką doszliśmy do rynku. Wielki. Puszące się kamienice, wystrojone w detale, ratusz z wieżą, pomnik Kopernika, Dwór Artusa... Robi to wszystko wrażenie. Popatrzyliśmy sobie radośnie na architekturę i poczuliśmy głód. Więc dalejże szukać restauracji :-) Postanowiliśmy wybrać jednak staranniej, żeby nie mieć już powodów do obaw. Znaleźliśmy przytulnie wyglądającą knajpkę, usadowiliśmy się przy stoliku, w miarę szybko przyszła pani przyjąć zamówienie. Potem zaczęło się oczekiwanie. Coraz bardziej nerwowe. Herbatę prawie wypiliśmy. Obok, pod ścianą, siedziały 3 osoby, które już siedziały, jak my weszliśmy. Tymczasem to Wilczy dostał zupę, a oni nie, no i się zdenerwowali i wyszli. Szybko ich miejsce zajęli inni, pora obiadowa, klientów nie brakowało, natomiast zdecydowanie brakowało obsługi. Na dwa piętra tej restauracji była tylko jedna kelnerko/barmanka. Fatalnie.
Jednak jedzenie było smaczne i mimo wszystko w miarę szybko je dostaliśmy. Po obiedzie powędrowaliśmy dalej w miasto.
Po przejściu głównymi ulicami i obejściu rynku dookoła zorientowaliśmy się, że to miasto żyje do godziny 16. Informacja turystyczna to w ogóle jest zamknięta a jeśli nawet była czynna to może do 13. Wszystkie interesujące nas obiekty, w tym wieża ratuszowa, oczywiście do 16, bo po 16 to turyści idą pić albo spać, ale na pewno nie oglądać widoki czy zwiedzać. Niezłe podejście... Kiedy ludzie w Polsce zorientują się, że z turystyki można naprawdę nieźle żyć, trzeba tylko trochę niestety popracować?... Tragedia.
Jak zobaczyliśmy napis na największym sklepie z piernikami, że jest on nieczynny w długi weekend, to ręce mi opadły. Naprawdę nie chcą zarobić?... Do tego stopnia??? Dopisek na małej kartce świadczył o tym, że ależ chcą. Drugi sklep firmowy mieści się tuż obok, trzeba tylko zejść z rynku i poszukać go gdzieś wśród tych małych uliczek. Podali nawet adres. Więc poszliśmy... Najpierw trafiliśmy na Dom Kopernika. To znaczy, nie wiadomo wcale, czy on się właśnie tutaj urodził, bo tata Kopernik akurat kupił drugą kamienicę i nikt nie wie, czy mama Kopernik powiła Mikołajka tu czy gdzie indziej. Więc dla historii musieli coś wybrać. No fajna nawet ta kamienica... Ale nam się chce pierników, tych słynnych!... Znaleźliśmy sklep. W środku - tłum. Sklep wygląda jakby był żywcem przeniesiony z lat 70-tych... sprzedawczynie również... Nabyliśmy jednak pierniki, dostaliśmy nawet firmową reklamówkę i mogliśmy powoli wracać do autka. To co teraz?... Psyche z nosem w mapie oznajmiła radośnie: A może by tak do Golubia-Dobrzynia? :-)


Golub-Dobrzyń

Wilczy głośno nie protestował. Pojechaliśmy zatem na Zamek :-) (parking, oczywiście, płatny... phi, też mi parking... kawałek łąki rozjeżdżonej przez auta...)
Golub-Dobrzyń Zamek zbudowany przez Krzyżaków a przerobiony przez Annę Wazównę prezentuje się całkiem nieźle, szczególnie w niskim już słońcu. Okazało się, że nie mają tu nawyków toruńskich i zamek czynny jest do 19.00. Weszliśmy na dziedziniec. Na środku - zgliszcza (to znaczy popiół z ogniska, na którym pieczone było prosię albo inne wielkie coś...). Zwiedzanie z przewodnikiem, a raczej przewodniczką. O rany!... Tych ludzi ktoś powinien wcześniej testować... Pani przewodnik była zadowolona z życia i zdecydowanie brakowało jej słów. Na pamięć miała wyryte daty, tylko co mi po tych datach. Generalnie z matematyki była niezła, przy każdej okazji mówiła, ile co kosztuje. Wyszło nam, że zamek jest na sprzedaż.
Dobudowana przez Annę Wazównę część zamku funkcjonuje teraz jako hotel. Cena pokoju dwuosobowego jest zdaje się w granicach 60 zł za pokój. Ale bez łazienki, niestety... Łazienka na korytarzu. Na zamku odbywają się turnieje rycerskie, a zatem można kupić kawałki zbroi. Na przykład: rękawica - 250 zł, przyłbica (kask? Hełm? Jak to się nazywa???) - 500 zł, miecz - 300zł. I interes kwitnie. Końskimi schodami wchodzimy na galeryjkę. Niegdyś zacni rycerze wjeżdżali po nich konno, coby ciężką zbroję zdjąć dopiero w komnacie, stąd nazwa końskie schody. Potem oglądamy niektóre komnaty. Oto sala, w której odbywały się nabożeństwa. A to - dla chorych. W tę niszę wstawiano chorych beznadziejnie, żeby sobie spokojnie umierali. A oto sala balowa, gdzie odbywają się bale sylwestrowe. I chociaż bilet na taką imprezę kosztuje 8000 zł od pary (chyba od pary, to była jakaś obłędna cena...), to wszystkie miejsca są zawsze zajęte a rezerwować trzeba wcześnie, najlepiej już teraz... I na ostatnim takim balu byli ludzie z Warszawy i spoza Warszawy (to jest cytat, sama bym tego nie wymyśliła!!!).
Poza tym zamek pełen jest tajemnych przejść, które zostały zamurowane, żeby się turyści nimi nie pętali.
Przewodniczka była bezbłędna. Sprzedałaby ostatnią cegłę z tego zamku...
Ostatni rzut okiem na budynek oświetlony promieniami zachodzącego słońca i powrót do autka. To dokąd teraz?... Szukamy noclegu... na upartego możemy wrócić do Warszawy, ale może uda się jeszcze nie...


Łąck

Wybór po przejrzeniu przewodnika padł na Łąck. Dzwonimy pod pierwszy numer: o, my to już dano nie prowadzimy noclegów, ale za chwilę mogę panu podać numer do pensjonatu... W międzyczasie dzwonimy też do stadniny. Tak, są pokoje, z telewizorem...:-) Świetnie, bierzemy, spróbujemy dojechać, jesteśmy w drodze. Dojeżdżamy do Łącka. Znajdujemy stadninę. Pakujemy się na dziedziniec Zarządu. A hotelu ani widu... Dzwonimy jeszcze raz. A, bo to trzeba dróżką naprzeciwko białego muru skręcić a potem to już łukiem, nie prosto... Ryzykujemy. Jest! Budynek z poprzedniej epoki. Miła pani w recepcji daje nam klucz, pakujemy się do pokoju, już jest ciemno.
- Państwo to będą rano wyjeżdżać?
- No, koło dziesiątej pewnie...
- A, to już zdążę wstać :-)
Genialnie... Nawet nie jest strasznie zimno. Zżeramy pierniczki i idziemy spać. Żaby rechoczą.


Płock

Niedziela, wróciło słońce. Jedziemy do Płocka. Obchodzimy dookoła rynek, znacznie mniejszy niż w Toruniu. Za to z imponującą fontanną. Siadamy w jednej knajpce na dworze na kawę i lody. Kelnerka odstępuje nam swój stolik, "bo tu będzie mniej wiało". Miło :-) Wędrówka przez miasto jeszcze, spoglądamy na rozległą dość w tym miejscu Wisłę i wracamy do auta. Jedziemy do Warszawy. Ale tak prosto do miasta? A może by tak jeszcze....?


Żelazowa Wola

Żelazowa Wola

Ciekawe, jak wygląda ten most na Wiśle w Wyszogrodzie? Czemu by nie sprawdzić?
Wygląda tak sobie, ten poprzedni był z pewnością ciekawszy. Ale skoro już jesteśmy po tej stronie to może jednak wpadniemy jeszcze na przykład do Żelazowej Woli? :-)
Tłumy ludzi. Parking nieopodal parku zapchany, ale wolne miejsca jeszcze są. Za to drogo jak nieszczęście (7 zł). No tak, bliskość Warszawy sprawia, że ceny rosną.
Idziemy do parku. Cudownie. Zielono. Kolorowo. Drzewka kwitną. Trawka rośnie. Ptaszki śpiewają. Pętają się tłumy ludzi. Trudno.
Dworku zwiedzać nie będziemy, nie chce nam się. Jeszcze kilka zdjęć i z żalem żegnamy to miejsce, jedziemy do Warszawy...


Konkluzje:

Fotograficy są ludźmi narażonymi na dodatkowe stresy oraz upłynnianie gotówki, ponieważ prawie wszędzie szykanuje się ich, każąc płacić dodatkowo za to, że w ogóle się posiada aparat. Nikt nie pyta, czy posiadacz będzie robił zdjęcia, czy nie, z góry zakładane jest, że należy od niego wyciągnąć podatek od posiadania. Jest to dodatkowa opłata, niczym nie uzasadniona, a dobijająca biednego fotografa, który i tak musiał wydać kupę kasy na aparat oraz na filmy a potem jeszcze będzie musiał je wywołać i zrobić pewnie odbitki (poramkować slajdy, zeskanować i zgrać na pytkę* - niepotrzebne skreślić). Uważam, że ktoś powinien stanąć w obronie tych biednych ludzi! Dobrowolne wpłaty prosimy dokonywać na konto (itd.) z dopiskiem: dla biednych fotografów :-)

Pokoje hotelowe standardowo są wyposażone w telewizor. Jak pytamy o pokój, słyszymy w odpowiedzi: tak, jest dwuosobowy, z telewizorem (czasem z lodówką, telefonem etc.). Dopiero my musimy spytać o łazienkę, żadna recepcjonistka nie wymieniła jej sama z siebie. Łazienka? Tak, jest łazienka (albo na korytarzu...). Wniosek nasuwa się sam: telewizor jest w tym kraju ważniejszy niż łazienka i zimne piwo. Jacy ludzie, takie obyczaje... Żeby było jasne: telewizora nie włączyliśmy ani razu :-)

psyche, 7 czerwca 2003 r.