Oslo, 4-6.04.2008 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Piątek dobry na początek :)

...bo niby dlaczego nie pojechać do Norwegii?...;-p
Nocleg był. Grzebnęłam w kalendarzu i ustaliłam sobie datę w miarę niekolidującą z całą resztą mojej skomplikowanej rzeczywistości. W tak zwanym międzyczasie. Wypadło w kwietniu. Ciekawe, czy tam będzie bardzo zimno? - przemknęło mi przez głowę, po czym rezerwowałam już bilet lotniczy.
Wizzair jest tanią linią lotniczą, zatem za każdą sztukę bagażu płaci się dodatkowo. O nie, pomyślałam, no way, biorę wyłącznie bagaż podręczny i zapakuję się w niego ze wszystkim. Zastanowiłam się przez chwilę, co z płynami, których wszak na pokład wnosić nie wolno, zupełnie nie wiedzieć czemu (a wystarczy przejść się po sklepach za bramką, gdzie można kupić mnóstwo napojów i to w szkle, które może znowu stanowić niezłą broń, więc gdzie tu sens?...), a mnie potrzebny jest płyn do soczewek, postanowiłam jednakowoż nie martwić się tym faktem i pójść na żywioł. No bo już bez przesady!...;-p Poza tym jadę w cywilizację.
Przegrzebałam internet, zorientowałam się, czego właściwie chcę od Oslo, i z planem w głowie pojechałam na Etiudę. Tam ścignięto mnie zaraz na samym początku o ten płyn do soczewek, ale nie dałam go sobie zabrać, zresztą obsługa była bardzo miła i nawet nie proponowała mi żadnego wyrzucania do kosza. Wsiadłam do samolotu, przejrzałam przewodnik, zapadłam w krótką drzemkę i już byłam w Oslo.
Z samolotu wysiadłam i trafiłam wprost na kłębiący się tłum. Hmmm... czyżby hala odlotów była połączona z halą przylotów?... Niemożliwe?... Ale co w takim razie robi tu ten tłum?... No nic, trzeba znaleźć wyjście. Poszłam w jedną stronę, minęłam sklep bezcłowy, dotarłam do restauracji i dalej jakoś mnie zastopowało, to chyba nie tu. Ok. Poszłam w drugą stronę. Znalazłam w kąciku, za schodami, maleńkie drzwiczki z maciupeńkim napisem "Exit". Hmmm. Ale czemu ten napis jest taki maciupeńki?... Czy to aby na pewno jest wyjście?... No ale jeśli nie tu, to gdzie? To jedyny napis "Exit", jaki znalazłam w ogóle!... Ratunku!
Do drzwi podeszła jakaś kobieta, drzwi się przed nią rozjechały, przeszła. Czym prędzej przestałam się wpatrywać z tępym wyrazem twarzy w napis i poleciałam za nią, rozsądnie podejrzewając, że skoro ona poszła, to i ja mogę. No i znalazłam się w hali odbierania bagażu...
Teraz poszło już łatwiej, bagażu nie miałam, więc czekać nie musiałam na nic, rozejrzałam się już pewniej i skomplikowanym labiryntem wydostałam się wreszcie na zewnątrz. Ufff. Natychmiast zlokalizowałam autobus, zapakowałam się do środka, zajęłam miejsce tuż za kierowcą (żeby dobrze widzieć, nie? ;-p), potem okazało się, że jest to miejsce dla niepełnosprawnych (był znaczek, był, tylko ja ślepa taka), na szczęście niepełnosprawnych nie było, więc miejscówkę miałam pyszną i robiłam po drodze zdjęcia. Autobus do Oslo jechal godzinę i 40 minut...
Wysiadłam na dworcu autobusowym w Oslo, ścignęłam kierowcę o powrót na lotnisko, dostałam wizytówkę innej linii (?) i usiłowałam się wydostać na zewnątrz. Trafiłam do galerii handlowej. Zadzwoniłam do Pawła, bo doszłam do wniosku, że nie mamy szans się spotkać w tym jamniku, gdzie z każdej strony odjeżdża jakiś autobus i w ogóle skomplikowany twór to jest i w życiu nie wyjaśnię mu, gdzie właśnie jestem!... Ulokowałam się zatem pod obrotowymi drzwiami do galerii i czekałam, aż on przyjdzie. Bo jest tuż obok, w sklepie. Ok...
Przyszedł po jakichś 15 minutach i zaczął robić za przewodnika ;) Najpierw, oczywiście, idziemy jeść. Wszak głodna jestem szalenie, jadłam tylko śniadanie i to bardzo dawno temu, a teraz już minęła 17... Zlokalizowałam nas na mapie i poprowadziłam Pawła do knajpki, o której przeczytałam na jednym z forum polonii norweskiej - Dovrehallen. Trochę mieliśmy kłopot ze znalezieniem wejścia, bo troje drzwi co najmniej się plątało obok potykacza i nie wiadomo było, które są tymi właściwymi, ale trafiliśmy na pięterko, do knajpki, dostaliśmy karty i wybraliśmy bezpiecznie - kurczaka z frytkami i piwo ;) Potem, oczywiście, trzeba było zwiedzić toaletę ;-p Okazało się, że do toalety damskiej należy pobrać z baru klucz. Klucz jest wielki i na gigantycznym łańcuchu...;) Ja rozumiem manię wielkości, ale na litość boską, jakiś umiar należy zachować!...;-p
W końcu poszliśmy w miasto. Właściwie przeszliśmy się po najbliższej okolicy, trzeba było zobaczyć, jak wygląda Oslo w ogóle, ratusz, deptak, przy okazji miejsce, z którego odpływają statki do Bydgoy (półwyspu, na którym jest skupisko muzeów). Moją uwagę zwróciły pomniki, których w Oslo jest zatrzęsienie, więc fotografowałam je namiętnie. Poszliśmy pod pałac królewski, gdzie naprawdę mieszka sobie król, pooglądaliśmy jego straż, śmiesznych chłopaków poubieranych w czapki z frędzlami, akurat przyszedł jakiś ważny moment w ich staniu sobie na warcie, bo zaczęli nagle paradować w tę i z powrotem, to porobiłam im zdjęcia. Potem uparłam się na kawę i trafiliśmy do uroczej knajpki zrobionej na plażę na Hawajach, kelnerzy w krótkich gaciach, wszystko szalenie kolorowe, świecące się i kiczowate, aż strach, ale słodko było szalenie ;) No i zrobiło się późno i mieliśmy już serdecznie dość na dziś, zatem autobusem numer 20 wróciliśmy do domu Pawełka. Piątek skończył się kolacją zrobioną naprędce z parówek zapieczonych pod żółtym serem ;)

Sobota - imieniny kota ;-p

Zerwaliśmy się nie całkiem o świcie, ale w miarę wcześnie i po szybkim śniadanku poszliśmy do pracy Pawła. Wyłącznie towarzysko i poznawczo, porobiłam mu zdjęcia wśród kwiatków ;) Potem "dwudziestką" dojechaliśmy do centrum Oslo i ruszyliśmy zwiedzać porządnie. Ustaliliśmy sobie, o której odpływa statek do Bydgoy, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze czas i wdepnęliśmy do knajpki na kawę. Paweł co prawda chciał herbatę, ale też dostał kawę i nawet ją wypił :)
Poszliśmy do portu i w oczekiwaniu na statek obejrzeliśmy sobie pomnik. Przedstawiał nagą kobietę, ale to nie było takie interesujące jak te dwie mewy, które - drąc dzioby pod niebiosa - kłębiły się na głowie pomnika i najwidoczniej kłóciły się o miejscówkę... W końcu jedna z nich zwyciężyła, druga odfrunęła. Ale ta pierwsza wcale nie przestała drzeć dzioba. No doprawdy, trochę skromności!...;-p
Wsiedliśmy na stateczek, ulokowaliśmy się na ławeczkach, statek ruszył i dziewczynka robiąca za pomoc od cum zaczęła zbierać pieniądze za bilety (30 NOK, czyli koron norweskich). Przepłynęliśmy obok portu towarowego i niecałe pół godziny później wysiedliśmy na Bydgoy, na drugim przystanku, bo tu mieliśmy do zaliczenia dwa muzea. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Maritime Museum (bilet - 40 koron). Początek muzeum jest taki sobie, jakieś obrazy o tematyce marynistycznej, jakieś drobiazgi, modele statków. Ale potem robi się naprawdę fajnie, bo w jednej z sal są odtworzone części statków 1:1 ;) Kajuty marynarzy, kajuty kapitańskie, pokoje dla dam, kambuz... Było na co popatrzeć :)
Niestety, bilet był przyklejany do ubrania, więc zgubiłam go niemal natychmiast i do drugiej hali, w której były modele łodzi, już nie weszliśmy. Zatem przyszedł czas na kolejny punkt programu: Kon-Tiki Museum (bilet - 50 koron). To miejsce jest poświęcone norweskiemu podróżnikowi Thorowi Heyerdahlowi i jego ekspedycjom. Obejrzeliśmy sobie zatem tratwę Kon-Tiki, zbudowaną bez użycia gwoździ, i łódź papirusową Ra (albo Ra II, bo nie wiem, co tam stało ;). Bardzo ładnie i kolorowo wszystko się prezentowało, kabiny filmowe były, ale nie zagrzaliśmy tam miejsca, bo już nas niosło dalej, do Viking Ship Museum (bilet - 50 koron). Budynek muzeum z daleka wygląda jak kościół, ale jednak kościołem nie jest, a prezentowane są tam bardziej szczątki słynnych łodzi Wikingów. Łodzie jak łodzie, dużo fajniejsze okazały się drobiazgi umieszczone w gablotach, na przykład buciki albo wykończenia łodzi :)
No ale dość tego ukulturalniania się, wracamy do centrum. Tym razem na piechotę, co prawda trochę naokoło, ale damy radę :) Ścieżka wiodła przez las, potem przez łąkę, gdzieś w okolicy pasły się konie, sielsko-anielsko w ogóle i słonecznie (a tak się bałam zapowiadanych deszczy!...). Doszliśmy do lądu właściwego, ruszyliśmy uliczkami w głąb miasta, tym razem absolutnie zdecydowani coś zjeść, bo w brzuchach burczało już całkiem głośno. Trafiliśmy do jakiejś sieciówki, której nazwy nie pamiętam, a w której zamawiało się przy barze i podawało numer stolika...;) Toaleta też była jakoś sprytnie zamknięta, musiałam poprosić kelnerkę o otwarcie drzwi (???). Ale jedzonko było smaczne i po odpoczynku ruszyliśmy pod górkę, do kościółka Aker. Kościółka nie zwiedziliśmy, bo był zamknięty na cztery spusty, ale przeszliśmy się po małym cmentarzu na jego tyłach, gdzie trafiliśmy na wypoczywającą (?...) panią z psem. Siedziała sobie na jednym z nagrobków, z twarzą skierowaną w stronę słońca... No ja to bym do parku poszła, ale ja to jakaś inna jestem ;-p
Kościółek był na wzgórzu, zatem mieliśmy fajny widok na okolicę, chociaż okolica taka sobie :) W końcu poszliśmy w dół, do miasta i wróciliśmy do domu, potężnie już zmęczeni.
- I co? - śmiałam się z Pawła. - Oslo jest małe?...;)
- Daj spokój, ale mnie nogi bolą - odpowiadał. W końcu zrobiliśmy sporo kilometrów :)
Doszłam do wniosku, że potrzebuję skorzystać z bankomatu, dorwałam więc pierwszy lepszy na dworcu autobusowym, a on mi na to, że da mi 500 koron. Po co mi 500 koron?... Nie było opcji wpisania innej kwoty, więc... poszukałam innego bankomatu. Znalazłam, ukryty we wnęce, na dworcu kolejowym, ten był już grzeczny i dał mi 200 koron :)
Wróciliśmy tak zmęczeni do domu, że nawet nam się rozmawiać nie chciało...;)

Niedziela...

Czas wracać do domu...
Paweł odprowadził mnie do autobusu do Oslo. Dojechałam do miasta, trzy razy sprawdzałam, skąd odjeżdża mój autobus na lotnisko, poszłam na kawę, spacer, ostatnie zdjęcia w centrum (w dodatku rozkopanym na maksa :). W poczekalni dworcowej kłębił się tłum Polaków. Nawet w miarę przyzwoicie się zachowywali... aż się zdziwiłam. Wsiedliśmy do autobusu, kierowca się przedstawił, kazał zapiąć pasy, powiedział, ile czasu będziemy jechać na lotnisko, i ruszył. Po drodze zaczęło padać...
Po wejściu do hali lotniska usiłowałam się zorientować, co dalej. Trzeba się odprawić. Napis jak byk głosi, że odprawiać się należy automatycznie w maszynkach przy wejściu. Super, przy maszynkach nawet tłumu nie było, zatem spróbowałam. Początek był niezły, ale przy wyborze lotu okazało się, że mojego lotu w ogóle nie ma. Mogę wpisać ręcznie numer lotu, czemu nie, ale maszynka furt twierdzi, że w ogóle ten numer jest do niczego i nie ma takiego samolotu, koniec, kropka. Gdzieś obok jedna laska z obsługi pomagała innym podróżnym się odprawić w tych szatańskich urządzeniach, ale chętnych było tyle, że zestarzałabym się, zanim by podeszła do mnie... skierowałam więc kroki do samotnego pana pod napisem bodajże SAS. Robiąc z siebie słodką idiotkę, poskarżyłam się, że tamto urządzenie to mnie chyba nie lubi, bo nie mogę się odprawić, czy pan mógłby mi pomóc?... Pan mógłby i juz chwilę później miałam w ręku kartę pokładową i wędrowałam w jedynym kierunku, który był możliwy (pomijając wyjście), szukając sklepu wolnocłowego. Przeszłam przez bramkę, na której - jak w Polsce - musiałam tłumaczyć się z płynu do soczewek, trafiłam na terminal krajowy, szłam dalej siłą rozpędu, obok knajpki, szukając swojego gate. Nie znalazłam, za to na końcu hali była kolejna bramka ze smutnym panem, a nad nim napis: terminal międzynarodowy. No!... To chyba jesteśmy w domu. Pan sprawdził mój bilet, przepuścił mnie i głęboko westchnął. Chyba mu się potężnie nudziło...;)
Pierwsze, co zrobiłam, to wlazłam do sklepu wolnocłowego, przeszłam się przez perfumy i słodycze, alkohol ignorując, napakowałam dobra do koszyka i polazłam do kasy. Panienka w kasie zażyczyła sobie mojego biletu, sprawdziła, że rzeczywiście lecę sobie za granicę, skasowała wszystko i kazała mi samej obsłużyć terminal do karty płatniczej. Spanikowałam lekko, ale podążając za gestem pani, przejechałam kartą przez czytnik. Oczywiście nie tą stroną. Jeszcze raz, tym razem stroną właściwą, niby wszystko dobrze, ale jakoś za wolno, albo może za szybko, w każdym razie nie tak. Pani się roześmiała, wzięła ode mnie tę kartę i oznajmiła, że w jej kraju i w ogóle w całej Skandynawii to nikt nikomu nie daje do ręki karty ze względów bezpieczeństwa. Ale załatwiła wszystko za mnie i jeszcze mi pokazała mój gate, który był pod nosem, dokładnie naprzeciwko kasy, ale zajęta sytuacją z kartą oczywiście go nie zauważyłam...;)
Następnie pożarłam jeszcze obiad, składający się z mięska w sosie, warzywek i ciepłej, pysznej buły i herbaty i zaczęłam się potężnie nudzić w oczekiwaniu na samolot. Hala zapełniła się również oczekującymi rodakami. Samolot się spóźniał. Standardowo...
Wreszcie wylądował i lada chwila zaczęła się odprawa. Na lotnisku Torp do samolotu idzie się na piechotę, więc żadnych atrakcji w postaci autobusu nie było i trzeba było moknąć w deszczu, zanim się nie wsiadło. Dwie godziny później byłam już w Warszawie...



Wyszperane w Sieci:

Norwegia: http://www.norwegia.pl/
Zanim pojedziesz: http://www.visitnorway.com/
Oslo: http://www.visitoslo.com/
Forum Norwegia: http://www.forum-norwegia.pl/
Forum Polska - Norwegia: http://www.polska-norwegia.no/
Restauracja Dovrehallen: http://www.dovrehallen.no/
Wizzair: http://wizzair.com/


psyche