Narwiański Park Narodowy, 10-13.06.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki z Parku :-)

Kajakiem w świat :-)

Wiadomo było, że kajak być musi. Tylko gdzie? Najlepiej gdzieś blisko... i łatwa rzeka, żeby nie trzeba było się za bardzo namachać... i jeszcze żeby nie było za dużo ludzi... i rurociąg z kremem! I zasmażka!...:)
Wybor padł na Narew. Najpierw obdzwoniłam wszystkie możliwe, znalezione w sieci i w broszurkach biura w poszukiwaniu kajaka. Większość telefonów okazała się nieaktualna albo w ogóle nie z tej bajki: "my kajaków nie mamy...". Nie to nie, może znajdziemy coś na miejscu.
Przygotowania rozpoczęłam odpowiednio wcześniej, robiąc zakupy. A to chlebek chrupki, a to ręczniczki papierowe, a to zupka w kubku, a to mozarella (no i co, że zeżarłam ją przed wyjazdem???)... Oględziny poduszek dmuchanych wykazały ich nieprzydatność do użytku związaną z nietrzymaniem powietrza. Znaczy popuszczały :) Butla z gazem, malowana w pośpiechu na kolor niebieski, zniosła to dzielnie i potem prezentowała się ślicznie.
W czwartek zerwałam się skoro świt o 10.00 i natychmiast zadzwoniłam do Wilczunia, żeby się dowiedzieć, czy już jedzie do mnie.
Telefon powiedział mi: "Plus GSM. Przepraszamy, ale wybrany abonent jest chwilowo nieosiągalny".
He?... Po chwili zastanowienia zadzwoniłam na domowy.
- Bo ja... przed chwilą wstałem!...
No ładnie.
W związku z tym poszłam do sklepu i poczyniłam kolejne ważne zakupy, w tym obiad.
Wyjechać się nam udało skoro świt gdzieś po 15.00...
Zapakowalismy się prawie bez problemu, wyruszaliśmy jednak już w deszczu. I tak padało, padało... Przestało gdzieś za Zambrowem albo jakoś tak. W pewnym momencie Wilczy powiedział:
- Zatrzymam się gdzieś, nogi rozprostuję...
- Za 8 kilometrów.
- Czemu właśnie za 8?
- Bo będziemy już na miejscu...
Wyciągnęłam mapkę nabytą w ostatniej chwili przed wyjazdem i pokierowałam go prosto w upatrzone wcześniej miejsce. Kiedy droga z asfaltowej stała się żwirowa, popatrzył na mnie z niesmakiem.
- Tędy mam jechać???
- No... wygląda na to, że tak... Nie martw się, to tylko kawałek, potem będzie lepiej...
Lepiej nie mówić...;-p Minęliśmy jaz, droga zamieniła się na układaną z płyt i zwęziła się do szerokości samochodu. Zaczęłam się obawiać jakiejś mijanki... Tymczasem okazało się, że przed nami mostki, rodem jakby z Parku Krajobrazowego Międzyrzecza Warty i Widawki. Tylko trochę lepsze chyba, w każdym razie jak Wilczy wjeżdżał na taki mostek to poganiałam go, żeby szybciej z niego zjechał :) Asfalt faktycznie się objawił, darowałam Wilczemu zatem kolejną wycieczkę drogami ostatniej kategorii i pojechaliśmy naokoło. W końcu i tak wylądowaliśmy na drodze żwirowej, potem polnej kompletnie, w Kolonii Topilec, na oznakowanym polu namiotowym.
Ale przed polem jeszcze zdumiało nas stado kaczek po prawej stronie... - ferma jakaś ani chybi:) Wielki plac, otoczony niewysoką siatką, a na nim po prostu tysiące kaczek, kwaczących i łażących po sobie nawzajem. Brrrr..... Obrzydliwe!...
Wysiedliśmy na miejscu z ulgą. Rozejrzeliśmy się. No dobra, ambona stoi, punkt widokowy znaczy jest. Rzeka niedaleko. Nad rzeką tłum kajakarzy. Właśnie wyciągają się  z wody. Szybka decyzja: zostajemy, tylko gdzie postawić namiot?... Może jednak dalej od tego kontenera na śmieci... Zjadłoby się coś...
Po pierwszym amoku świeżym powietrzem, przestrzenią, zielenią i w ogóle przyrodą okazało się, że trochę tej przyrody jest za dużo. O KOMARY!!!... Nagle, zamiast zajmować się stawianiem namiotu i przygotowywaniem obiadku, rozpoczęliśmy taniec wojenny o zmiennym układzie choreograficznym pt. "komarom precz!". Zanim jednakże zdołaliśmy dopchać się do Offa, byliśmy już nieźle pogryzieni. Off jednak okazał się być wybawieniem i komary, latając dookoła i bzycząc straszliwie, nie zbliżały się do nas na odległość mniejszą niż jakieś pół milimetra. Dało się żyć...:)
Deszcz, padający przez pół drogi albo i lepiej, tutaj jakoś nie dotarł i trawka była sucha. Namiot stanął, obiadek został pożarty, towarzystwo kajakowe znad rzeczki przeniosło się bliżej i okupiło wiatę, potem przyjechały ich namioty i rozstawili się na pozostałej resztce nadającego się placu. Dobrze, że odgrodziliśmy się autem, mieliśmy kilka metrów prawie prywatności...:)
Spacer ścieżką nad brzegiem zarośniętej pokrzywami i trzciną odnogi rzeki zaowocował telefonicznymi wymianami uprzejmości z fragmentami rodziny rozsianymi po całej Polsce. Okazało się, że jedyne ludzkie podejścia do rzeki (znaczy te niezarośnięte) zajęte są przez wędkarzy.
Oczywiście zaczęłam jęczeć, żeby Wilczy pograł na gitarze. No dobra, ale co?...
Przelecieliśmy zatem Standardowy Zestaw Szantowy, z "Diamentem", "Rosy z powiatu Down", "Anglią Nelsona", "Grubym" i innymi, Zestaw Turystyczny oraz Inne Piosenki Tematyczne w zakresie przez nas znanym, czyli niewielkim. A dokładnie: Wilczy śpiewał pół linijki, potem przypominał sobie, co było dalej, potem dobierał chwyty... A w dodatku grał, siedząc w namiocie, bo odmówił wypsikania się całkowicie offem. Ja siedziałam przed i przewracałam kartki śpiewnika, potem już przy latarce. Wreszcie dzień się zakończył wyjmowaniem oczu i rozgrzewaniem w śpiworkach, pod innymi śpiworkami i kocami.
Noc upłynęła szybko, a rano okazało się, że jest gorąco.
Bardzo gorąco.
Rankiem okazało się, że jest tak gorąco, że nie ma czym oddychać.
Otworzyliśmy namiot, żeby wpuścić trochę powietrza i tak dogorywaliśmy, wyłażąc ze śpiworów, rozkopując się spod koców i rozbierając ze sweterków (no i co, że to głównie mnie dotyczyło? ;-p).
Po wypełznięciu z namiotu okazało się, że jest piękna pogoda. Upał. Gorąco. Słońce i bezchmurne niebo. Ptaszki śpiewają. Komary tną... O rany, znowu komary, gdzie jest ten Off???!!!...
Mycie w namiocie przebiegło w miarę bezproblemowo, śniadanko zostało stworzone i spożyte, towarzystwo obok zwijało namioty, my też. Podsłuchałam, że zostawiają jeden kajak, miotnęło mną, żeby zapytać, ale Wilczy jakoś nie zapałał entuzjazmem, więc też nic nie zrobiłam, tym bardziej, że zostawiali kajak jednoosobowy. Nie zmieścimy się, nawet jak on mnie weźmie na kolana ;-p Zapakowaliśmy się i... w drogę.
Anglia Nelsona chodziła po mnie cały czas, zdaje się, że nuciłam ją sobie pod nosem. Pojechaliśmy do Uchowa, bo na mapce tam właśnie był znaczek wypożyczalni kajaków. Zatrzymaliśmy się pod sklepem - czas odświeżyć zapasy...
Sklep był zdecydowanie z poprzedniej epoki. Duży, cały z ladami, za tymi ladami różne specjały oraz pani w wieku średnionieokreślonym i szerokości niedużej szafy grającej. Weszliśmy trochę niezdecydowani, ale pani rozpoczęła konwersację:
- Co podać?!
- No.... wodę... tą dużą, w baniaczku pięciolitrowym....
- I może jeszcze małą? Gazowaną. I niegazowaną. To może tę większą...
- O, ciasteczka!... to jeszcze ciasteczka.
- Na wagę?
- Taaaak...
- Których?
- Tych - Wilczy puknął palcem w szybkę i skoncentrował się już do końca zakupów na ciasteczkach.
- Ile?...
- No jeszcze trochę... jeszcze....
- I tych drugich tyle samo - to ja, pukając palcem w szybkę obok.
Rozejrzeliśmy się po sklepie. Przydałoby się jednak również coś do jedzenia...
- Czy są płatki ryżowe?
- Są...
- O, to świetnie, a mogę zobaczyć?
Pani spojrzała na mnie dziwnie, no bo co to za pomysł oglądać płatki ryżowe. Ale podała. Więc płatki też wzięliśmy. Zrobiliśmy jeszcze przegląd sklepu i w końcu powędrowaliśmy do samochodu z zakupami. Nie przeszkodziło nam to stanąć pod kolejnym sklepem, gdzie nabyliśmy następne produkty, w tym chleb. I jeszcze jedną wodę...:) Na wszelki wypadek, hihi:)
Dobra, trzeba poszukać tej wypożyczalni kajaków. Według mapy w lewo... No to jedziemy!...
Po kilkuset metrach droga przerodziła się w zupełnie leśną i praktycznie się skończyła. Zatrzymaliśmy się niepewnie.
- To chyba nie tu?... Może tego wcale nie ma?...
- Może?...
Wilczy poszedł w las, ja kontemplowałam mapkę. Najwyraźniej była oszukańcza. Trzeba zawrócić...
Ruszyliśmy z powrotem, w świat. Wyciągnęłam zbierane karteluszki i znalazłam tam telefon do pewnej wypożyczalni właśnie w Uchowie. Zadzwoniłam, bo co mi szkodzi...
- Tak, jest jeszcze jeden kajak. To ja powiem, jak dojechać...
Super, znaczy mamy kajak, jedziemy!...
Wjechaliśmy na podwórko jednego domku. Okazało się, że trafiliśmy do tych samych ludzi, którzy obsługiwali spływ tej gromadki na naszym ostatnim biwaku... oni też nas poznali, więc bez zbędnego gadania ustaliliśmy, że bierzemy kajaczek i zaczynamy się przepakowywać.
No i tu nastąpiła katastrofa...
Wiadomo było, że wybieramy się na kajaki. Ale były one tak jakoś mentalnie odległe, że nie ograniczaliśmy się w ilości bagażu... I teraz okazało się, że kajaki co prawda pakowne są, ale my mamy całą masę rzeczy i z części po prostu TRZEBA zrezygnować... Tym bardziej, że kajaki wcale nie są do końca pakowne, nie cały dziób i rufę można załadować...
Z gitary zrezygnowaliśmy w przedbiegach, potem na odstrzał poszedł koszyczek z zawartością. Ostatnim przebłyskiem inteligencji wyrwałam z niego tylko Offa, pamiętna przygód porannych i wczorajszowieczornych... Ciuchy przepakowaliśmy do wora żeglarskiego Wilczego, z polarka nie zrezygnowałam, za to z długich spodni owszem.
Najwięcej miejsca, jak się okazało, zajęło żarcie, butla, gary i materac, ale z niczego nie dało się zrezygnować. No i te hektolitry wody...:)
Zostaliśmy zawiezieni nad wodę i zostawieni z życzeniami udanego spływu. No to trzeba się zapakować...:) Stałam na brzegu i załamywałam ręce, a Wilczy pchał rzeczy do kajaka. Uznałam, że nie będę mu w tym przeszkadzać, więc przebrałam się w krótkie gacie i upychałam po wrokach torebkę i aparat. Coby mieć pod ręką...
Wreszcie... ruszamy! Wiosła jakieś takie skręcone... woda jakaś taka mokra... słońce świeci... umościliśmy się w kajaku na kamizelkach (taaaa....) i zaczęliśmy machać. Oczywiście od razu okazało się, ze jesteśmy niezgrani :) Ale jakoś sobie z tym poradziliśmy, tylko Wilczy co chwila musiał mi powtarzać: wolniej.... no wolniej!.... :)))
Grzebnęłam w torebce, wyciągnęłam mapkę i świstki z opisem trasy i oznajmiłam: mosty przed nami! No i faktycznie, przepłynęliśmy pod mostami, Wilczy ponarzekał na mapkę, że oszukuje, bo nie było odnogi, która być powinna, i tak machając powoli płynęliśmy w dal.
Dal okazała się być zarośnięta trzcinami na maxa. Jak wypłynęliśmy ze wsi, to już koniec - brzeg zapewne gdzieś był, ale przez te trzciny i bagna trudno się przebić... Dookoła tylko trzciny, komary, ważki oraz inne stwory latające i czasami wędkarze na łodkach. A w środku - my.
Szczęśliwi, że wreszcie coś się dzieje. Że płyniemy!... Głupawki dostaliśmy zatem solidarnie i zaczęliśmy sypać tekstami kabaretu Ani Mru Mru.
- Tak?
- Tak!
- Tak??
- Tak!
- Nie ma!...
- Tak tak!...
- Lordzie!...
- Idealnie, na wprost!...:)))
Wilczy obserwował podniebne życie ptaszków, ja okołowodne życie ważek, mapkę wydzieraliśmy sobie nawzajem.
- Będę się śmiał, jak się okaże, że dopłyniemy tam, gdzie dziś nocowaliśmy... - mruknął Wilczy w pewnym momencie. No i wykrakał... potem filozoficznie stwierdził:
- No i po co było zwijać namiot???...
Tymczasem wyciągnęliśmy sobie piwko, Wilczy wiosłował, ja wiosłowałam czasami :) i omawialiśmy trasę.
- O, tam widać jakieś zabudowania, pewnie wieś - Wilczy pokazał wiosłem, ochlapując mnie przy okazji.
- Nooo.... jest... - zajrzałam w mapkę. - Bokiny. Kamienne spiętrzenie - poinformowałam o nadciągających kłopotach.
- Hmmm... przenoska?
- E, damy radę! :)
Daliśmy. Prawie wszystkim kamieniom prócz jednego. Poczułam go niemalże w sobie, a zeby mi zazgrzytały zamiast niego. Echhh...
Minęliśmy kolejny most, a za nim poczuliśmy Zakład Produkcji Mączek Zwierzęcych. Bardzo dokładnie go poczuliśmy i zdecydowanie szybciej zaczęliśmy machać wiosłami. Naprawdę, nawet zapuszczony wychodek na wsi, taka wolno stojąca bardaszka, jest przy tym zakładzie perfumerią... Dziw, że wszystkie ryby w Narwii nie wyzdychały od samego zapachu, a ptaki to chyba padają trupem w locie!...
Powoli zbliżyliśmy się do Topilca, gdzie trochę kusiła mnie polanka pod lasem, ale Wilczy jakoś nie wykazywał chęci zatrzymania się, więc popłynęliśmy dalej. Po czym nastąpił problem natury naturalnej, mianowicie poczułam parcie na pęcherz.
Kolejny raz pomyślałam, że jednak powinnam być facetem, oni mają lepiej i w ogóle. A ja??? No i jak ja mam się wysikać, biorąc pod uwagę to, że do brzegu dobić się nie da, bo tego brzegu nie ma?... No jak?
Stanęliśmy przy trzcinach. Wilczy złapał garstkę trzcin i słodkim głosem zapytał: możesz się trzymać tych trzcin?...
No ratunku. Pilnować, żeby nie wywalić kajaka. Zgrać się z przeciwwagą, którą Wilczy musiał zachowywać. Rozglądać się, czy aby żaden wędkarz akurat sobie nie płynie właśnie teraz. Rozebrać się, poczynić akrobacje i załatwić całą sprawę jednak z pozytywnym finałem - to była duża sztuka!...
Od razu powiem: sikanie z łódki to przy tym pryszcz!...:)
W końcu, zupełnie niespodziewanie, dopłynęliśmy do Kolonii Topilec i - właściwie bez uzgadniania - po prostu wysiedliśmy. Zaraz po wyciągnięciu kajaka okazało się, że nasze znajome z zeszłego wieczoru komarzyce oczekiwały na nas z utęsknieniem i rzuciły się nas witać bardzo energicznie, więc trochę nerwowo trzeba było znaleźć Offa. Potem można było kontynuować rozpakowywanie i urządzanie. Z lenistwa postawiliśmy namiot nie na polu, a przy rzece, przy okazji pilnując niejako kajaka - do pola było, powiedzmy, niecałe 200 metrów.
Tradycyjnie głód dał się we znaki, więc zajęłam się przygotowywaniem pożywienia. Przykręciłam kuchenkę do butli, nalałam do gara odpowiednią ilość wody na płatki ryżowe i...
- Kochanie, mamy jakiś ogień - zapytałam drżącym głosem, przewidując, co kochanie odpowie.
Miałam rację...
- Tak... w samochodzie - powiedziało kochanie grobowym z kolei głosem.
- No to super. Moja zapalniczka (w dodatku RÓŻOWA!!!! - wszystko przez kolegę z pracy!....) jest w kieszeni długich spodni.
- Taaaa.... - powiedział miś, robiąc mądrą minę pod tytułem: "zaraz coś się wymyśli".
- Cholera, ci kolesie, co tu przed chwilą balowali, właśnie sobie poszli i nie dogonię ich. To co, trzeba iść do wsi...
- No chyba nie mamy wyjścia...
No i poszłam do wsi. Na szczęście była blisko. Wyhaczyłam jakiegoś dziadka przedzierającego się przez krzaczory, zrobiłam z siebie wyjątkowo kuturalną i zakłopotaną panienkę z dobrego domu i zaczęłam się gęsto tłumaczyć, przepraszając co drugie słowo, że mu w ogóle przeszkadzam w życiorysie. Dziadek wymamrotał: zapalniczki to nie, ale zapałki to powinienem mieć... - i powędrował do chaty. No to powędrowałam za nim. Poczekałam grzecznie przy kwiatkach w ogródku, po chwili dostałam pół pudełka zapałek, wcisnęłam dziadkowi 2 zł do ręki i uciekłam, sprawdzając w międzyczasie, czy w pudełku faktycznie są zapałki. Były. Ufff....:))))
Kolacja zatem odzyskała szanse zaistnienia, zaplanowa paćka z płatków ryżowych i puszki wyszła znakomicie, to znaczy paćkowacie, spożyliśmy ją z zainteresowaniem, a potem....
A potem okazało się, że słońce i machanie wiosełkami zmorzyło mnie strasznie i zaciągnęłam Wilczego do łóżka.
Proszę bez głupich skojarzeń, po prostu zachciało mi się potężnie spać!... A Wilczy na to: - Tak przed dziesiątą mam się kłaść???...
Zdaje się, że jeszcze ktoś pętał się ścieżką koło namiotu, pewnie jacys wędkarze, ale niestety ja już odpłynęłam....
Następnego dnia znów obudził nas upał. Zanim wstaliśmy, trochę podogorywaliśmy w półdrzemce w otwartym namiocie. Wreszcie przyszedł czas na śniadanie i zwijanie obozowiska. Wilczy optymistycznie twierdził poprzedniego dnia, że wypłyniemy wcześnie, tymczasem - faktycznie, wypłynęliśmy wcześniej niż wczoraj, ale już po południu.
Po wpełznięciu do kajaka okazało się, że ręce mam z ołowiu. No cóż, brak kondycji dał się we znaki całkiem poważnie... Spytałam zatem słodko kochania mojego: Skarbie, czy ja mogę się poopieprzać?:))) Skarb odmruknął kulturalnie: ależ oczywiście - i zajęłam się bardziej kontemplacją otoczenia niż machaniem. Oraz przeglądaniem przewodnika...
- Bedzie przenoska - poinformowałam Wilczego.
- Gdzie?
- No jeszcze za kawałek... W Waniewie.
- Jakaś wieś przed nami... - machnął wiosłem w kierunku wystającego zza trzcin dachu.
- Taaa, to Izbiszcze. Ale też jakoś daleko od naszego szlaku. Znaczy, nie ta odnoga...
Słoneczko przypiekało porządnie. Wczorajszy dzień na wodzie dał o sobie znać, ramiona miałam spieczone, Wilczemu zaczerwieniło się czoło. Okazało się, że trochę się przypiekliśmy... Ale na niebie zaczęły pojawiać się chmury a za chwilę też zerwał się wiatr.
- Ty, widzisz tę chmurę przed nami?
- Ta czarna chmura na nas wali... - zaśpiewał mi w odpowiedzi.
- No właśnie! Wolałabym, żeby zmieniła kurs...
Chmura nie posłuchała moich pragnień i na jakiś czas zrobiło się jakby ciemniej, pojawił się szkwalik i w ogóle zrobiło się ponuro.
- Jak lunie...
Atmosfera się zagęściła. W razie czego, to mokniemy w kajaku, bo brzegu to tu rozsądnego nie ma...
Ale nie, jednak chmura sobie poszła. Dopłynęliśmy do Waniewa i zarządziliśmy przenoskę. Bo niby przepłynąć można, ale trochę niebezpiecznie i szkoda jednak kajaka.
Okazało się, że rzeczy mamy całą masę, a kajak sam z siebie jest jakiś ciężki. Drepcząc więc obok ludzi, rozłożonych na "plaży miejskiej" ;-p przenieśliśmy najpierw graty, a potem kajak na drugą stronę wieży widokowej, po czym zarządziliśmy przerwę na kawę. A co!... :)
Uznaliśmy, że wystarczy, jeśli dopłyniemy do Kurowa, do siedziby Narwiańskiego Parku Narodowego i tam zostaniemy na noc. Zatem czasu mieliśmy sporo. Leniwie patrzyliśmy na rzekę, krowy na wyspie (jak one tam przechodzą???), chmury na niebie... w końcu pochowaliśmy wszystko i dawaj machać dalej. Ech, bolą ramiona....:)
Płynęliśmy, wypatrując znaku "Kurowo", który miał się pojawić przy jednej odnodze według przewodnika. W pewnym momencie rzeka rozwidliła się na jedną szeroką, a drugą wąską odnogę. Wybraliśmy wąską, bo tak, i płynąc, zastanawialiśmy się, czy ona przypadkiem nam się znienacka nie skończy, bo momentami widać było tylko trzciny i... potem okazywało się, że jednak jest tam zakręt. Oczywiście, wąski :-)
Szczęście sprzyjało wędrowcom... dopłynęliśmy do zarośniętego potwornie trzcinami brzegu, z kolejną wieżą widokową, kładką (to pewnie ścieżka edukacyjna, która miała tu być) i ludźmi na niej. Ale zaraz, gdzie tu się wysiada na brzeg???
Lekko skołowani popłynęliśmy dalej z prądem. Kiedy okazało się, że odpływamy z miejsca, Wilczy zażądał mapy. Chce, to niech ma, proszę bardzo...
- Wypożyczalnia kajaków jest w drugą stronę - oznajmił grobowym tonem.
W jaką drugą stronę, przecież tam same zarośla??? Ale ok, zawracamy. Słońce powoli chowało się za kolejną chmurę. Zaczęło się robić nieciekawie... Ale dobra, płyniemy w te zarośla, może trafimy...
Rzeka zrobiła się niesłychanie wąska. Wiosło, położone na płask prostopadle do kajaka, zawadzało o trzciny z obu stron. Dwa kajaki minęłyby się z ogromnym trudem, a ludzie w nich mogliby robić bezproblemowy abordaż...:)
Powoli zaczęliśmy wątpić w sens płynięcia w te dziury. Jak nam się skończy droga, to zawrócić nam się nie uda... Ratunku, gdzie my jesteśmy???
Nagle odnoga się trochę rozwidliła i kanał skręcił w prawo, teoretycznie ku brzegowi. No to my w niego i!...
- Skarbie - odezwałam się. - Dopłynęliśmy chyba...
Rzeczywiście. Rzeka definitywnie kończyła się przy pomoście, woda właściwie stojąca, co było bardzo dobrze czuć. Wbiliśmy się dziobem w ziemię, wyciągnęliśmy kajak na brzeg i... uratowani! :) Poszliśmy szukać zarządcy tego całego kawałka ziemi.
Znaleźliśmy go w pałacyku, a może raczej dworku. Zadbany park, bielone ściany budynku, wieżyczka i w ogóle... Ciekawe, czy można tu przenocować?... Na mapce pole namiotowe było co prawda, ale...
- Jasne, pole namiotowe jest tu zaraz za pałacykiem, z wodą i miejscem na ognisko - powiedział radośnie młody człowiek w pałacyku. - Bilety na pole, bilety wstępu do parku, proszę bardzo, rozbijajcie się...
Po krótkiej kontemplacji otoczenia postanowiliśmy, że przenosimy graty z kajaka na pole i zostajemy. Jak drugi raz leciałam z naręczem bagaży, gość oznajmił, spotykając mnie na ścieżce:
- Ale tam, nad rzeką, jest krótsza droga...
Super. Szłam już przedostatni raz... heh.
Graty przeniesione, Off w użyciu, standardowy widoczek numer jeden: psyche robi jedzonko, Wilczy rozstawia namiot. Szybko, szybko, bo zaraz zajdzie słońce, a my musimy jeszcze zaliczyć ścieżkę edukacyjną, wieżę dworku oraz wieżę widokową... :) Najpierw podrałowaliśmy na wieżyczkę dworkową.
Bardzo wąska w środku. Schody biegły oczywiście dookoła, więc tak wędrując w kółko do góry, dostawaliśmy kręćka. Jedyne drzwiczki, malutkie bardzo, Wilczy musiał oczywiście pchnąć i od razu rozpłynął się w zachwytach:
- Ooo, jakie fajne poddasze!... Chociaż nikt tu nie był od lat...
Faktycznie, poddasze z wiekową warstwą kurzu. Zaczęliśmy snuć domysły, o co chodzi z tym poddaszem i dlaczego te drzwiczki są takie malutkie.
- Na pewno zamurowali tu jakąś damę, a przez te drzwiczki podawali jej jedzenie - powiedziałam.
Dotarliśmy na szczyt. Nie dość, że wyjście było wyjątkowo niewygodne, to jeszcze na szczycie miejsca było bardzo mało, ale widok miły.
Przestrzeń.
I las gdzieś dalej.
Ale fajnie...
Potem przyszedł czas na ścieżkę - tutaj zatrzymywaliśmy się co kawałek przy tablicach informacyjnych, opisujących różne stworzenia żyjące jakoby w parku. Spjrzałam na jeden podpis...
- Rzęsorek rzeczek??? - przeczytałam z niedowierzaniem. - No... rzęsorek??? No jak to????
- Rzęsorek rzeczek - potwierdził Wilczy.
- No ale jak to?... No rzęsorek i w dodatku rzeczek???
Nie ma co, piękne nazwy niektóre zwierzątka mają.
- Wyobraź sobie - uruchomił wyobraźnię Wilczy - taki oddział partyzantów. Przybierają różne pseudonimy, żeby nie można ich było rozpoznać. I wiadomo, jeden mówi: jestem ryś, inny - ja jestem puma, a jeszcze inny: a ja rzęsorek rzeczek. No i weź tu bądź poważny, no!... Przecież nigdzie nie jest powiedziane, że nie można mieć pseudonimów dwuczęściowych...
Jakoś tego rzęsorka przeżyłam, potem jeszcze inne zwierzęta na mnie się rzuciły, ale generalnie wycieczka była miła, a wracaliśmy przez łąki i pola. Na jednym z nich dały się zauważyć niewątpliwie wpływy obcych, jakieś statki kosmiczne... aaa, to pewnie siano przykryte folią...:)
Po niewielkiej kolacji, z piwkiem w ręku, poszliśmy na spacer przed siebie, w świat. Okazało się, że podobny pomysł mieli inni mieszkańcy naszego pola namiotowego i mieliśmy "ogon" w postaci trzech sztuk dorosłych, jednego młodocianego oraz psa. Wilczemu spodobał się ich pomysł na rozstawianie namiotu: jedyny facet siedział w altance z piwkiem w ręku, a dwie kobiety rozstawiały w pocie czoła jakiś wielki namiot. Nie szło im za bardzo, ale gość tylko z tej altanki pił ich zdrowie. W końcu babki sobie poradziły...:)
Doszliśmy do zabudowań - ciekawe, co to może być??? Stary młyn według materiałów, ale z zamurowanymi oknami i z całkiem nową dachówką.
Ponieważ zaczęło się już ściemniać, wróciliśmy do namiotu. A tam... plener ślubny :) Jakaś świeżo poślubiona para robiła sobie zdjęcia pod naszą altanką, nie wiem, co im z tych zdjęć wyjdzie, bo trochę za późna pora. W dodatku komary, do nas nie mając dostępu, rzuciły się na świeże mięsko ze zdwojoną energią. Fotograf mówił: stój tak, głowa lekko w prawo, patrz na niego, a panna młoda odganiała się od komarów...:))) W końcu sobie poszli. Wygrzebaliśmy kości do gry i w altance rozegraliśmy partyjkę pokera. Wilczy trochę marudził, że nie ma czym zapisywać i w ogóle jak tu grać, skoro nie liczymy punktów, a do tego ja wygrywam, ale potem zaczął sam wygrywać i jak niemal z ręki wyrzucił pokera na szóstkach to zabawa mu się spodobała, ale niestety ściemniło się już tak, że przestaliśmy widzieć kostki. Herbatka z rumem troszkę nas rozgrzała, bo chociaż dzień był ciepły, to wieczór jednak zrobił się chłodny. Przy okazji okazało się, że tego rumu to starcza z piersiówki raptem na dwie herbatki dla nas dwojga... Oczywiście winna okazałam się być ja, no bo kupiłam mojemu kochaniu za małą piersiówkę...:)
Ludzie z drugiego namiotu usiedli przy mikrym ognisku, a my siedzieliśmy w altance i nuciliśmy piosenki, które nam do głów przyszły. Oczywiście Admirał Dickman na pierwszym miejscu, wszędzie się wcisnął... w końcu zmorzyło nas, nastawiliśmy budziki i poszliśmy kimać.
...obudził nas upał niemiłosierny.
- Która jest godzina? - zajęczałam ciężko zaspanym głosem.
- Wpół do ósmej - odmamrotał Wilczy.
- Która????....
Ratunku. Spać się nie dało za bardzo niestety. Podrzemaliśmy jeszcze chwilę i wywlekliśmy się z namiotu. Standardowe przygotowania do śniadania, mycie pod kranem (wreszcie...) i... coś mi wlazło w nogę.
Wystawiłam kopyta z namiotu w celu obucia ich i nieuważnie oparłam je o glebę. Na glebie leżało skoszone jakiś czas temu siano, całe pole było nim pokryte. Okazało się, że akurat tutaj był skoszony oset...
- Auuu! - zawyłam do Wilczego. - Booooli.....
- Co cię boli? - zainteresował się z lekka.
- W nogę mi wlazło, no... boli... chodzić nie mogę... - usiadłam przed namiotem i akrobacje zaczęłam czynić, aby obejrzeć stopę od spodu. Okazała się być nieziemsko brudna...
- O, chyba tu coś siedzi... - przemyłam fragment stopy. Faktycznie, czarna plamka zmyć się nie chciała, znaczy jest tu na stałe...
Wilczy poszedł do namiotu i zaczął grzebać gdzieś tam. W końcu wylazł z agrafką w ręku. A nawet z trzema... Podniosłam wrzask. Wilczy się zbliżył. Minę miał niepewną...
- Posłuchaj, trzeba to wydłubać...
- Ty sadysto!!! Ała!!! Auuuuć! To boli!... booooliiiii.... aaaaaaa - darłam się bez przerwy. Wilczy usiadł obok.
- No ale musimy to jakoś wydłubać - powiedział cierpliwie i wziął moją nogę w swoją rękę. Wyrwałam mu ją i nadawałam dalej. Sam widok tych agrafek powodował, że umierałam ze strachu. W końcu wzięłam sama agrafkę do ręki, ale zwinność niemowlaka, który może sobie wkładać duże palce od stóp do buzi, dawno mam już za sobą, więc zbliżyć się do tego, co powinnam wydłubać, za bardzo nie mogłam. Pogrzebałam sobie trochę na pałę i w końcu się poddałam.
Wilczy chwycił moją nogę.
Wyrwałam mu ją.
Potem mu ją podałam sama i dobrowolnie. Jak zobaczyłam, że zbliża się do niej z agrafką, znów mu ją wyrwałam. I tak jeszcze kilka razy... w końcu poddałam się całkowicie, zamknęłam oczy i oddałam mu nogę.
Minęły wieki, jęcząc cały czas pod nosem "ała, ała...", poczułam coś na stopie. Nie bolało. A potem usłyszałam:
- Cholera, nie chce wyjść...
- No bo jak ty się z tym tak pieścisz, to nic dziwnego - skrytykowałam. - Weź no tam dłubnij porządnie!... - zakomenderowałam.
Za chwilę usłyszałam: - Mam drania!... - i Wilczy uwolnił mi stopę. - Może by to jakoś zdezynfekować? - zaproponował nieśmiało, ale wzruszyłam ramionami, niby czym to dezynfekować? I tak nic nie mamy, a poza tym krew nie leci :) Żyję, więc mogę wracać do produkowania śniadania...
Zapasy niemalże skończyliśmy, zostało nam potem jeszcze tylko masło, graty pozbieraliśmy i przenieśliśmy do dworku, żeby się samopas nie walały i czekaliśmy na przyjazd właściciela kajaków. Mieliśmy jeszcze czas na mały spacer, Wilczy poszedł przetrzeć kajak, ja robiłam zdjęcia, państwo przyjechali i zaczęli zdejmować kajaki dla jakiejś grupy.
Zrobiło się pochmurno...
...i jak lunęło!...
Oberwanie chmury normalnie. Ciepło pomyślałam o ludziach z pola namiotowego, którzy dziś z rana popłynęli dalej... oj....
Zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy po odbiór samochodu, rozmawiając po drodze o Parku. Okazało się, że właściciele kajaków pracują w Parku Narodowym a przy okazji obsługują kilka pobliskich rzek właśnie w kajaki. Warto wiedzieć na przyszłość :-)
Wyjechaliśmy z deszczu, ale jak zaczęliśmy przepakowywać rzeczy, znów lunęło... Przygarnęła nas altanka podwórkowa, rozliczyliśmy się (Wilczy, ja pamiętam, że jesteś mi winien hotdoga ze Statoila... pamiętam...) i...
Czas do domu...:)
...a po drodze jeszcze paskudny korek przed Wyszkowem :(((


Wyszperane w Sieci:

Narwiański Park Narodowy: http://www.npn.pl/
Kaylon - spływy i wypożyczalnia kajaków w NPN: http://www.kaylon.pl/
O kajakach w ogóle: http://www.kajaki.onet.pl/
Rzęsorek rzeczek: http://www.republika.pl/zzknafle/rzesorek.htm
Kajaki Rohatków: rohatki.prv.pl/


psyche