Lublin, Nałęczowska Kolej Dojazdowa, 26-27.08.2006 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Dzień pierwszy: Warszawa - Lublin

Od dwóch dni siałam panikę na temat pojemności mojego Lwa, czym spowodowałam maksymalne ograniczenie bagażu podróżników (i mam nadzieję, że niczego nie zapomnieli, hehe). Dzięki temu okazało się, że tak naprawdę mieścimy się spokojnie i bez problemu i na upartego zmieściłoby się jeszcze coś :-) (na przykład ciasteczka ;-p no dobra, ciasteczka były, Aga i Seweryn pod tym względem są niezawodni, chociaż tym razem nie mieli mieszanki studenckiej ;-p :) Sobotni poranek jednak do najprzyjemniejszych nie należał, bo o szyby deszcz dzwonił nieustannie. Poranek spędziliśmy między śniadaniem a prognozami pogody w całym Internecie. Prognozy były optymistyczne: padać prawdopodobnie przestanie. Może nawet dzisiaj...
Przestało faktycznie, pod Wschodnią czekaliśmy na Sewerynów już nie w strugach deszczu, chociaż też nie w słońcu. No to... pojechali!
- Mobilki, jak dróżka na Lublin? - padło sakramentalne pytanie zaraz za Zakrętem.
- Na 76 masz suszarkę, koleżanko - padła odpowiedź :-)
Potem jeszcze mówili coś o korkach w Garwolinie i faktycznie - utknęliśmy zaraz za rozkopanymi planami budowy obwodnicy. Usłyszeliśmy tylko na radiu, jak ktoś komuś obiecuje przejazd przez miasto opłotkami, przyfilowaliśmy znajome z trasy auto z antenką skręcające w bok i... skręciliśmy za nimi. Po czym natychmiast odwaliliśmy ściemę stulecia, bo auto sie zaraz zatrzymało. My pojechaliśmy dalej...
- To co? - zapytałam niepewnie, dojeżdżając do krzyżówek.
- No... w lewo? - padła równie niepewna odpowiedź. Skręciłam w lewo. Skończyła mi się droga, zatem znów w lewo, ale żeby nie wrócić na zakorkowaną ulicę, odbiłam natychmiast w prawo. W aucie zapanowała głupawka. Przejeżdżaliśmy kompletnymi opłotkami Garwolin, dróżkami na jeden samochód, wąskimi, raz wpakowaliśmy się na zaplecze jakiegoś budynku, ale wybrnęliśmy stamtąd kolejną wąziutką dróżką. W końcu szaleństwo się skończyło i wróciliśmy na trasę przelotową, bo nie było już gdzie skręcić...:-)
Okazało się, że jesteśmy już w centrum miasta, więc i tak jest nieźle, nadrobiliśmy conieco. Szybki telefon do Marka, umówione spotkanie w zajeździe, jedziemy dalej.
Na 76 faktycznie stali smutni panowie...:-)
W zajeździe byliśmy 10 minut przed czasem i prawie natychmiast zostaliśmy obsłużeni, jak Marek przyjechał (śmieszny taki, w garniturze ;-p), to już czekaliśmy na jedzenie. Tradycyjna polska kuchnia: schabowy z ziemniakami i zasmażaną kapustą :-) Spotkanie rodzinne zostało odfajkowane, mogliśmy jechać dalej.
Na Dąbrowicy byliśmy trochę po 14, zadysponowaliśmy kawę, Wilczy z Agnieszką i Sewerynem poszli na spacer, a ja z Anią poplotkowałyśmy. Okazało się, że mało nam było tych plotek, bo potem spędziłyśmy jeszcze na rozmowie pół nocy...:-) A tymczasem, zamiast się wypogodzić, zaczęło lać!... W przerwie w deszczu, po kawie, pojechaliśmy jednak do skansenu. Odważnie. A co, my nie pojedziemy?!? ;-p
Bilet do skansenu Po skansenie pętało się mnóstwo ludzi poubieranych szalenie elegancko - goście weselni, ani chybi. Powolutku zza chmur zaczęło wyglądać słońce, Radek po raz trzysetny powiedział mi, że próby nie będzie, po raz trzysetny przekonałam go, że powinna być, natknęliśmy się na kościół ze ślubem, a potem na dworek z trzema grubymi babami pozującymi do zdjęć przy kolumienkach. Stanęliśmy na ścieżce, patrząc na "modelki" złym wzrokiem.
- No won mi stamtąd - zamruczałam.
- Jakie... obleśne - zawtórował mi ktoś.
- Okropne!...
- No już, wystarczy...
- Nie, teraz ta w tym czerwonym będzie robiła zdjęcie aparatem tej drugiej...
- Raaaany, ile można sie wdzięczyć do betonowych kolumn?!?
Baby na nasze negatywne fluidy były całkiem odporne i odwaliły przy kolumienkach długą i drażniącą sesję fotograficzną, aż wreszcie sobie poszły. W przerwie między ludźmi rzuciliśmy się robić zdjęcia dworku, w promieniach słońca wyglądającego prześlicznie. Tak prześlicznie, że Aga i Seweryn podjęli męską decyzję zwiedzenia wnętrza, nas zostawiając na pastwę losu na ławeczce przed budynkiem. Oni chłonęli historię (i krem Nivea ;-p), my oglądaliśmy młodą parę pętającą się po okolicy i obgadywaliśmy gości weselnych.
Po dworku przyszedł czas na... kozy. Weszliśmy do jednej z zagród, a tam z sieni wyjrzała koza i spojrzała na nas zdziwionym wzrokiem. Pewno pomyślała coś w stylu: o rany, następni!...;-) Oczywiście kozy natychmiast zostały obfotografowane i doprawdy nie rozumiem, czemu jedna z nich była na uwięzi, a pozostałe nie. Jedna z tych pozostałych objawiała ogromne zainteresowanie gaśnicą i usiłowała zeżreć węża od niej, nie szło jej, jednak bardzo się starała. A potem Wilczy zabeczał...
Kozy, początkowo bardzo nieśmiało, ale podjęły wyzwanie. Po chwili beczały jedna przez drugą całkiem głośno i generalnie hałas robiły na całą okolicę ;-p
Lekko zdezorientowani zostawiliśmy je samym sobie i poszliśmy oglądać cerkiew. Bardzo ją lubię, wzbudza we mnie jakieś pozytywne uczucia, pewnie dlatego, że jest ładna :-) Jak wracaliśmy do wyjścia, kozy nadal beczały...
Następnym punktem programu była lubelska starówka, już w powiększonym o 3/5 T.R.A.P.-u gronie. Przespacerowaliśmy się między kamieniczkami, podziwiając widoki ze wzgórza na zamek i inne okoliczności przyrody. Radek, taszcząc pod pachą zwinięty billboard, czuł się niepewnie:
- A jeśli mnie teraz zamkną? Pomyślą, że ukradłem jakiś obraz z muzeum i go tak noszę ze sobą...
- Aha, i poszedłeś z tym obrazem na piwo :-)
Zahaczyliśmy o Zaułek Hartwigów (no nareszcie!...) i faktycznie wylądowaliśmy w knajpie - po pocałowaniu klamki Cax Mafe ulokowaliśmy się w Publice na wewnętrznym dziedzińcu.
- Piwo beczkowe, to tylko to, które najszybciej schodzi - mruknął Wilczy, pamiętny poprzedniej wizyty w pubie.
- Kawa ze śmietanką - mruknęłam ja, patrząc zawistnie na złocisty płyn w cudzych kuflach.
- Piwo z sokiem - powiedziała Agnieszka radośnie.
- Popielniczkę - dodał ktoś i imprezę można było zacząć. Pamiętam awanturę o Wolę Ducką i zastanawianie się, co jest w tym cholernym rulonie, którym został obarczony Radek. Oraz kontakt smsowy z Krzyśkiem na temat próby. Która, rzecz jasna, miała się odbyć i już :-)
Jeździć mi się chciało właściwie tak, jak piwa, ale piwa nie mogłam, zatem uparcie robiłam za kierowcę. Zostawiwszy Agę, Seweryna, Wilczego i Anię na pastwę starego miasta, wywlokłam Piotrka i Radka z knajpy, zawiozłam po instrumenty i zgarnąwszy po drodze Krzyśka, pojechałam pod Dom Braku Kultury Kolejarza. Na drugi kurs załapała się reszta gromadki i próba mogła się zacząć.
- Seweryn i Agnieszka to nie usłyszą dzisiaj, jak gracie - powiedziałam złowieszczo, patrząc krytycznie na wykonywane przez chłopaków ruchy. Piotrek z kombinerkami gmerał przy jakimś dużym, okrągłym. Krzysiek przekładał kabelki. Radek kręcił pokrętełkami. Ania odłożyła z westchnieniem mikrofon na krzesełko i spojrzała na mnie wzrokiem, mówiącym mniej więcej: "Widzisz, i oni tak zawsze!..." :-)
- Spokojnie - uspokoił mnie Radek. - Usłyszą. Musimy się dobrze ustawić przecież.
- Yhm.
Jak w końcu zaczęli grać, to i tak po dwóch kawałkach okazało się, że Seweryn i Agnieszka muszą jechać do Słonia spać. Więc wyszliśmy we czwórkę i znów miałam kurs pt. "Lublin nocą". Wycieczka nad Zalew Zemborzycki, no piękna sprawa, tyle że po ciemku nic nie widać :-) Trafiliśmy bez pudła, zapewne dlatego tak się postarałam, że Radek powiedział, że jest ciężko. I faktycznie, w niedzielę, jak odbierałam państwa od Słonia, przejechałam zjazd i musiałam się cofać :-)
Po powrocie na salę miałam nadzieję, że dość szybko skończymy imprezę, bo poczułam się już i głodna, i śpiąca, i zwyczajnie zmęczona. Ale to nie było takie proste - oderwać młodych i pełnych sił ludzi od instrumentów ;-p W rezultacie, łącznie z postojem pod "radi", dotarliśmy do domu przed 2 w nocy... Szybka kolacja, szybki prysznic, pompowanie materacy, Wilczy się położył, a ja jeszcze chwilkę porozmawiałam z Anią. A jak przyjechał Maciek i powiedział, że jest 3.40 nad ranem, to zajarzyłam, że o 7 muszę wstać i... no halo, czemu ja jeszcze nie śpię?!?...

Dzień drugi: Lublin - Nałęczów - Warszawa

Znów budzik (czy ludzie na wakacjach, podczas weekendu, generalnie na odpoczynku, nie powinni przypadkiem obywać się bez budzika? ;-p). Szybkie śniadanie, buziaczki z Maćkiem, buziaczki z Anią, jedziemy po Agę i Seweryna. Jeszcze zakupy (kiełbaska!!!...), pod sklepem przy szosie na Nałęczów spotkaliśmy się z resztą wycieczki w ilości sztuk trzech: Radek, Piotrek i Krzysiek, ustaliliśmy, że jadę pierwsza, po czym Radek wyrwał swoim autem do przodu i tyle go widziałam.
- Może on myśli, że jedzie za tobą? - wysunęła przypuszczenie Agnieszka.
- Może?... Bo ja wiem, co on myśli?...
Śmiesznie zrobiło się w Nałęczowie, kiedy okazało się, że nie wiadomo, na co powinniśmy jechać.
- Gdzie jest mapa? - zapytał Wilczy, patrząc w atlas.
Zgłupiałam. No przecież ma ją przed sobą?...
- No ta mapa dokładniejsza - dodał, czytając w moich myślach.
- W plecaku - odparłam radośnie.
- A plecak jest w bagażniku... - westchnął ciężko, acz domyślnie Wilczy.
- Noooo... - potwierdziłam. Tia, na cholerę nam mapa w bagażniku?...
- Jedziemy na Markuszów - zadecydowałam, mgliście pamiętając układ torów i dróg krajowych w stosunku do miasta Nałęczowa.
Odezwała się krótkofalówka. Jakoś mało zrozumiale.
- Nie słyszę was - odpowiedziałam uprzejmie na trzeszczenie. - Gdzie jesteście?
- Za wami... - doszła odpowiedź od chłopaków.
- Tiaaaa... - skomentowaliśmy wszyscy. Tymczasem okazało się, że faktycznie byli za nami :-) Puściliśmy ich przodem, po czym ustaliliśmy, że jednak my jedziemy pierwsi, więc Radek zahamował. Przepuszczał mnie na podwójnej ciągłej...:-)
Trafiliśmy pod stację Nałęczów, trafiliśmy zaraz potem na stację wąskotorówki, spotkaliśmy Sadama z żoną i córeczką, zajęliśmy miejsca siedzące w kolejce i czekaliśmy na odjazd.
Bilet do kolejki Miejsc siedzących bardzo szybko zabrakło, okazało się, że kolejka ma spore obłożenie, bo też i trasa malownicza. Kto by pomyślał?... No ale fakt, Nałęczów miastem turystycznym jest... Niemniej jednak obsługa się postarała i w wagonach pojawiły się ławki, coby zwiększyć ilość miejsc siedzących. Panowie powędrowali natychmiast do wagonu barowego (sic!) i wrócili z niego z piwkiem w dłoniach.
- Ktoś chce? - zapytał Piotrek, wyciągając w naszą stronę rękę z puszką, ten sam gest powtórzył zaraz za nim Krzysiek. Ręce po puszki wyciągnęli... kierowcy :-p Tiaaaa....
Kolejka ruszyła i nabrała rozpędu. Kto mógł, przewiesił się przez teoretyczne okno i chłonął widoki. Wiatr owiewał lica, rozwiewał włosy, pola malowniczo przyciągały wzrok, gałęzie rosły dość daleko od kolejki, więc nie tłukły podróżnych po głowach, było cudownie! :-) Zaraz pojawiła się wizja zerwania czegoś z przytorowych drzewek. Wybór padł na - nie wiedzieć czemu - jabłka. Piotrek zasadził się na niczego niewinne roślinki, pytając co chwila nerwowo:
- Co to jest? Co to za drzewko? Nie widzę!... Czy to jest jabłoń?!?...
Emocje rosły, ubaw też, apogeum osiągnąwszy w momencie, kiedy w wyciągniętej dłoni pojawiło się wreszcie coś zielonego, co nie było liścmi. Piotrek z pewną taką nieśmiałością spojrzał na zdobycz.
- A mogą być gruszki?... - zapytał niepewnie, pokazując cztery malutkie, zielone gruszeczki.
- Gruszki?... - prychnęłam, ale było brać, co miał, bo jabłka i tak nie dostałam ;-p
Do kolejnych atrakcji zaliczał się tytoń, który rósł jednak dość daleko od torów i zerwanie go nie wchodziło w rachubę, oraz chmiel. Chmiel stanowił atrakcję wyłącznie wizualną, bowiem również rósł zbyt daleko. Ciekawe, swoją drogą, czy właśnie z tych szyszuni robi się Perłę chmielową...:-)
- Ciekawe, czy w tym pociągu jest WC?... - padło pytanie.
- Tia, wagon barowy jest...
- A kosz na śmieci?
- I co jeszcze, może wagon z miejscami do leżenia?
- No, kuszetki...
- I hotspot...
Okazało się, że toaleta jest i to nawet z wodą... A przynajmniej tak twierdził Wilczy, pokazując nam swoje mokre ręce. Tylko jak ja poszłam do toalety, to wody jakoś nie było ;-p
- Wilczy, nie wiem, w czym ty te ręce myłeś...;-p
Trasa kolejki Po drodze była rzeczka, którą każdy przywitał z pełnym lęku zachwytem, gdyż po wychyleniu się z wagonika nie było widać nic prócz odmętów wody, żaden fragment mostku nie wystawał poza obrys wagonika...:-)
W radosnych nastrojach dojechaliśmy do Karczmisk, gdzie lokomotywa została przestawiona na tył pociągu i dalej, na miejsce ogniska, po prostu go pchała. Dotarliśmy do polany, gawiedź się wysypała z wagoników i rozlazła po okolicy, chwytając krzesełko lub ławkę i szukając odpowiedniego miejsca na odpoczynek na łonie natury. Obsługa zorganizowała sprawnie ognisko i metalowe kije na kiełbaski, panowie poszli je zatem piec, chociaż na początku ciężko było się dopchać do ognia. Piotrek zatem postanowił upiec kiełbaskę w słońcu... Seweryn - biegły w matematyce - wyliczył natychmiast przydział kromek chlebka na osobę. Można było zacząć konsumpcję :-)
Po pożarciu kiełbasek nie wiadomo było, co ze sobą zrobić. Do odjazdu pociągu jeszcze godzina. Towarzystwo zatem rozlazło się znów, zwiedzając lasek, polankę, kępki drzew w oddali; niektórzy wybrali przejażdżkę bryczką, reszta zaczęła powoli wracać do wagoników, żeby zdobyć miejsce siedzące. Seweryn, przy pomocy sieci telefonii komórkowej, zlokalizował nas w diabli wiedzą jakim systemie i proszę: pozycja polanki z ogniskiem: szerokość: 51.21.17, długość: 21.91.19. I niech mi ktoś powie, w czym to do licha jest ;-)
Udało mi się też przez chwilę pobawić w fotografa, gdyż jakaś pani, wysępiwszy od obsługi pociągu czapkę i lizaka i ubrawszy w to swojego synka, poprosiła mnie o zrobienie mu kilku zdjęć. Wyszły całkiem przyzwoicie, ładne dziecko :-)
Wreszcie - koniec imprezy, wracamy! Po jedzeniu, lekko senni, padliśmy na ławeczki. Piwo w wagonie barowym się skończyło, co niesłychanie zasmuciło panów. Ulokowałam się w przejściu między wagonami i starałam się jeszcze coś sfotografować. Głównie wychylającego się maksymalnie z wagonika Piotrka, który czasami podrywał się gwałtownie, mamrocząc inwektywy na temat blisko rosnących słupów elektrycznych, krzaczorów i innych niespodzianek, które mogły go lekko zmasakrować. Kolejka jechała jednak dosyć szybko...:-) Krzysiek poszedł w ślady Piotrka i wystawił na zewnątrz powiewające włosy. Po sesji wrócił natychmiast do pisania SMS-ów :-)

Przerwa techniczna, czyli informacje praktyczne :-)
Bilety do skansenu: po 5 zł, za aparat - dodatkowe 5 zł. Ostatnie wejście do skansenu o godzinie 17.00 (w okresie od maja do końca września).
Bilety na kolejkę: normalne - po 20 zł, ulgowe - po 10 zł. Pociąg nazywa się "Nadwiślanin" i dysponuje wagonami zamkniętymi i odkrytymi, barkiem, toaletą. Kolejka rusza z Nałęczowa o 10.15, w Karczmiskach jest o 11.35, na polance o 12.00. Z polanki rusza o 14.00, z Karczmisk o 14.30, do Nałęczowa przyjeżdża o 15.15.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, zatem kolejka dotarła do Nałęczowa i przyszedł czas pożegnań. I kolejnych niespodzianek (Piotr, zanim dojechałam do Warszawy, napis się starł od pędu ;-p). I znów: "Mobilki, jak dróżka do Warszawy?"... "A ten korek w Garwolinie to długi bardzo?" "Do Warszawy miałaś czyściutko, ale w Kołbieli korek do ronda...". Sprawdziło się wszystko, niestety, włącznie z tą Kołbielą...;-p

***
Komentator dla chętnych :-)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Lublin: http://lublin.pl/
Koziołek lubelski: http://www.koziolek.pl/
Skansen w Lublinie: http://www.skansen.lublin.pl/
Nałęczowska Kolej Dojazdowa: http://nkd.w.interia.pl/menu.htm
Nałęczowska Kolej... Wąskotorowa: http://www.naleczow.com.pl/turystyka/kolejka/nkd.php


psyche