Mazowiecki Park Krajobrazowy, 31.07 - 2.08.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Mazowiecki Park Krajobrazowy i okolice

Piątek: Warszawa - Świder

Zanim przyszedł czas odjazdu, zjeździłam Warszawę w poszukiwaniu torby na kierownicę. Oczywiście nic nie znalazłam, takie czasy - nie ma dziś macania i przymierzania, dziś kupuje się w internecie i koniec ;-p No więc ja jestem inna i chcę pomacać. No więc nie kupię nic, bo nie ma nic do macania...;)
Z planów zerknięcia na masę krytyczną nic nie wyszło, gdyż masa sobie pewnie pojechała w diabły, jak z Yoshko dotarliśmy do Nowego Światu. Zatem ruszyliśmy na stację PKP Powiśle, która - jak się okazało - jest bardzo antyrowerowa. Zejście na peron jest dłuuugie, strome i bez ani jednego kawałka zjazdu dla wózków czy rowerów właśnie. Dzięki temu pokochaliśmy PKP od pierwszego wejrzenia.
W pociągu trafiliśmy na wesołych panów, którzy uprzejmie zapytali, czy mogą sobie zajarać, zanim to zrobili, a potem ulokowali się w oknie. No pełna kultura :)
W Świdrze usiłowaliśmy znaleźć nocleg, co w końcu się udało. Okazało się, że trzeba wjechać komuś na podwórko, po którym biegają sobie pieski. Pani piesków klucza do domku nie ma, bo właścicielem jest jakiś inny pan, który - złapany telefonicznie - zdziwił się, że ktoś w ogóle przyjechał i chce się tu przespać (mimo wcześniejszej rezerwacji). Po jakichś 10 minutach ktoś przyjechał, przekazał nam klucz, poinstruował w kwestii termy od prysznica w toitoice, sprawdził stan papieru toaletowego w drugiej toitoice, zainkasował pieniążki i pojechał precz. Moje uczucia do miejsca lekko zmroziły otoczenie.
Domek bardzo ładny, drewniany, nawet z umywaleczką i podgrzewaczem przepływowym. Oraz cieknącym kranem. Lekko uchyliliśmy okna, żeby przepędzić zaduch precz, ale żeby nie dać za dużo szansy komarom. Na szczęście w domku pachniało głównie drewnem.
Po chwili okazało się, że w przyczepie kempingowej, stojącej obok, mieszka chyba ze czterech facetów, wyglądających na robotników. Przyjechali do "domu", usiedli "na ganku", wyciągnęli piwo i dyskutowali zawzięcie o sprawach tego świata. W końcu poszli spać, a my - w ciemnościach! - zaczęliśmy się przemykać do prysznica. W prysznicu nie działało oświetlenie... Mycie się po ciemku jest dość stresujące, Yoshko zainstalował tam swoje światła od roweru i jakoś dało radę skorzystać z przybytku. Ciepła woda była, terma działała bez zarzutu. Za to stan papieru toaletowego wołał o pomstę do nieba - zostało kilka listków, smętnie zwisających z rolki... Tiaaaa...
Na deser moj rower dostał nowe pedały, a ja lekcję, co się jak nazywa i w ogóle o co chodzi. A potem to już można było iść spać, bo piwo się skończyło ;-p

Sobota: Świder - Glina

Obudziłam się przed budzikiem (dziwne ;p), głodna (nie dziwne ;) i z chęcią ruszenia natychmiast przed siebie. A najlepiej do sklepu za rogiem w celu nabycia śniadania.
Dość szybko się ogarnęliśmy, w sklepie oddaliśmy butelki po piwie i kupiliśmy buły i kabanosy i pojechaliśmy szukać miejsca, w którym byłoby miło zjeść śniadanie. Pan, spotkany pod sklepem, objaśnił nam, że ten pałac, co to go wyczaiłam na mapie, to owszem, jest tu zaraz, ale tam to ostatnio szkoła była, a teraz to nie wiadomo, co. Pojechaliśmy rzucić okiem na pałac... Znaleźliśmy zagrodzony, niespecjalnie uroczy budynek oraz ścieżkę w las. Nad rzeką, którą prawie było słychać... Ścieżka dotarła do kompletnie rozkopanego skrzyżowania dróg, zatem przekopaliśmy się przez piach i wjechaliśmy pod most na Świdrze, coby jednak coś skonsumować. Komary też miały ochotę na śniadanie, zatem czym prędzej się stamtąd wynieśliśmy i dalej już włóczyliśmy się ulicami Otwocka, kierując się mniej więcej we właściwym kierunku - czyli w stronę Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Znaleźliśmy starą wieżę ciśnień z jakąś knajpką wewnątrz, stary budynek stacji, wreszcie obraliśmy kurs na park i pomknęliśmy za miasto.
Do parku wjechaliśmy czerwonym szlakiem rowerowym, który początkowo biegł normalną, asfaltową szosą. Niedaleko rezerwatu Na Torfach asfalt się skończył i dalej to już włóczyliśmy się polnymi drogami, niejednokrotnie potężnie dziurawymi, czasem mocno piaszczystymi, nie zawsze szlakiem rowerowym...;) Mijaliśmy zaznaczone na mapie parkingi i tylko dzięki temu jakoś się orientowaliśmy w terenie. Dojechaliśmy do Kamienia Lesnika - pominika, przy którym skręciliśmy zgodnie ze szlakiem. Droga okazała się być niegdyś ułożona z cegieł, których resztki pozostały i obijały nam strasznie zadki. Przed samą Dąbrowiecką Górą, do której zmierzaliśmy, pojawiła się łacha piachu, poza tym góra okazała się być rzeczywiście górą i trzeba było się na nią wdrapać. Za to tkwiły tam sobie dwa bunkry linii Przedmoście Warszawa. Bunkry można zwiedzać w środku, są bardzo ładnie opisane, tylko trzeba mieć jakąś latarkę... której my oczywiście nie mieliśmy :)
Dalej pojechaliśmy również szlakiem - do wsi Dąbrówka, potem do Celestynowa. Tam najpierw wjechaliśmy na teren ogrodu jakiegoś - zaznaczonego na mapie - pałacyku, który okazał się być własnością prywatną, wynajmowaną na wesela. Pod presją psa wycofaliśmy się i - dochodząc do wniosku, że na mapie jest mnóstwo ciekawych rzeczy, których obejrzeć nie można, bo albo są za płotem, czyli prywatne, albo nie istnieją - pojechaliśmy sobie na południe, przez miejscowość Lasek (tablice na ogrodzeniach: "Lasek 9" były dość zabawne ;) do trasy nr 50, która okazała się być trasą naprawdę szybkiego ruchu z punktu widzenia rowerzysty. Auta osobowe i tiry pędziły w obie strony prawie bez przerw, więc trochę czasu minęło, zanim przejechałam na drugą stronę, aby przez Tabor dojechać do Regut i wrócić znów do Celestynowa. Tu obejrzeliśmy jeszcze zabytkowy budynek stacji PKP i pojechaliśmy do pizzerii Sekret na obiad.
Po zupełnie smacznej pizzy ruszyliśmy przez Dyzin do Gliny - znów trochę lasami i bezdrożami - na nocleg, do stajni Grand.
W stajni znów powitały mnie psy. Zapewnienia, że one nie gryzą, do mnie niestety nie docierają, zatem zmusiłam gospodarza do zamknięcia psów, dopóki nie wejdę na podwórko. Potem pieski się już tylko przywitały ładnie i obwąchały rowery, mnie niespecjalnie zaszczycając spojrzeniem...;)
Pokoje gościnne mieszczą się nad stajnią, pod skośnym dachem. Wyposażone w łazienkę - nareszcie!... - ładnie i wygodnie urządzone, z telewizją satelitarną i podobno nawet internetem :) Na drugim końcu części "hotelowej" jest większa sala kominkowa z barem, gdzie można sobie przyrządzić posiłek, zrobić kawę lub herbatę, posiedzieć przy muzyce. Wesela też są tam urządzane :)
Obok budynku stajni jest mały staw, ule, padok dla koni, które i tak chodzą sobie samopas po podwórku i skubią trawę tam, gdzie akurat mają ochotę. Za ogrodzeniem pasą się barany i kozy, które na kilka minut zostały modelami. Szalenie interesowały się aparatami fotograficznymi - pewnie chciały je zjeść :)
Na kolację usiedliśmy sobie przy jednym ze stołów nad stawem, obok było stanowisko grillowe i inne bajery. Potem poczekaliśmy na ciepłą wodę (gospodarze włączają termę) i po wyszorowaniu się poszliśmy spać. Pilnując, by nie wstawać gwałtownie w nocy, bo sufit nisko ;)
Mniej więcej mapka:

Niedziela: Glina - Warszawa

Spało się tak dobrze, że wstaliśmy dopiero koło 10. Pożarliśmy śniadanko pod kawę i herbatę miejscową, kawałkami buły nakarmiliśmy rybki w stawie, zapakowaliśmy graty na rowery i pojechaliśmy precz.
To znaczy - stanowczo odmówiłam jazdy po bezdrożach. Moje biedne cztery litery czuły się świetnie na asfalcie, ale przy pierwszych nierównościach odmawiały współpracy dość stanowczo. Niestety, z mapy nie wynikało, czy droga, którą mieliśmy zamiar jechać, jest asfaltowa, czy nie... więc mimo wszystko nie uniknęłam dołków.
W planach mieliśmy odnalezienie bunkra w Świdrze. Bardzo dokładnie przeszliśmy przez las na tyłach zabudowań, niszcząc pajęczyny, dając się pogryźć przez mrówki i komary... a i tak nic z tego nie wynikło. Ludzie na jednym z podwórek, świętujący chyba poprawiny po weselu, poinformowali nas, że bunkier jest już w rękach prywatnych. Ogrodzony, za płotem, zamknięte, nie ma. Cudownie.
Przebijając się bocznymi dróżkami przez lasy, łąki, pola, nieużytki dotarliśmy do mostu na Świdrze. Akurat dołem płynęła grupka szaleńców na kajakach. Rzeka jest spławna, tylko to raczej walka z korzeniami, kamieniami, leżącymi w poprzek drzewami, pająkami mieszkającymi w gałęziach, przez które trzeba przepłynąć/przeciągnąć/przecisnąć/przeprowadzić kajak. Pływania to tam za dużo nie ma, za to sporo jest spacerowania po dnie lub okolicach i ciągnięcia kajaka. No, jak ktoś lubi...;)
Potem wróciliśmy już asfaltem przez Otwock do Józefowa, gdzie - dzięki jakimś ludziom na rowerach - znaleźliśmy pizzerię, zatem zatrzymaliśmy się na obiad. A po obiedzie pojeździliśmy sobie jeszcze, oglądając domki Józefowa, Falenicy i Miedzeszyna. Do pociągu wsiedliśmy w Falenicy, ustalając z innymi rowerzystami, z którego peronu jest odjazd...;) Niestety, znów trzeba było dźwigać rowery po schodach...
I to samo na Powiślu, gdzie wysiedliśmy - znów po schodach :/
Przejazd Nowym Światem, gdzie akurat odbywał się jakiś piknik, stały stragany i plątało się mnóstwo ludzi, uświadomił mi, jak bardzo nie lubię takich tłumów, wśród których znalazłam się przypadkowo, zatem zjechaliśmy nad Wisłę i w rezultacie bulwarem, a potem Mostem Gdańskim wróciłam do domu.
Bardzo mniej więcej mapka:


Wyszperane w sieci:

Koleje Mazowieckie
Mazowiecki Park Krajobrazowy
Nocleg w Świdrze
Nocleg w Pogorzeli


psyche