W Polskę za 69 zł, 25-27.07.2008 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Z biletem turystycznym przez Polskę
Pomorze

Warszawa Centralna - Gdynia, 348 km

Idea spędzenia weekendu przy pomocy PKP powstała w piątek popołudniu i przyjęła się od ręki. Rzu okiem na rozkład jazdy PKP. A może by nad morze?...;) "Amal zawsze w podróży, a ja będę miała reportażyk" - pomyślałam sobie i niewiele myśląc spakowałam się w ciągu 10 minut.
Dworzec Centralny powitał nas już po północy w sobotę. Nabyliśmy bilety turystyczne, które uprawniają do podróży wszystkimi pociągami pospiesznymi i osobowymi od 18.00 ostatniego dnia pracującego do 6 rano pierwszego dnia roboczego po dniach wolnych od pracy. Bilet taki kosztuje 69 zł i jest ważny z dowodem tożsamości, którego numer trzeba wpisać na bilecie.
Pizzeria w hali głównej była czynna, ale pizzy nie podawała, bo mieli przerwę techniczną. Poszliśmy więc na kebaba i kawę. Pociąg miał odjechać o 1:46, na peronie średni tłumek, ale sam pociąg zapchany - jechał tu z Zagórza i Zakopanego. Korytarze zajęte również, zatem rzuciliśmy bety w okolicy kibla (w większości pociągów to miejsce nie zasługuje na miano toalety) i postaraliśmy się przyjąć w miarę wygodne pozycje na podłodze. Do Gdyni mieliśmy dojechać za pięć i pół godziny...
Nierówną drzemkę co i rusz przerywały nam wycieczki turystyczne, pochody przez pociąg w poszukiwaniu wolnych miejsc lub Warsa. W końcu przyszła pani konduktor, która w pierwszym przedziale odkryła nagle dwa wolne miejsca i zaprosiła nas tam ku wielkiemu niezadowoleniu śpiącego tam towarzystwa. Nie czuliśmy się winni ;-p Prawie trzy godziny podróży spędziliśmy więc jednak na siedzeniach, które były luksusem w porównaniu z podłogą przy kiblu :)

Gdynia - Hel, 76 km

Gdynia, 7.20 rano. Idziemy do portu bez konkretnego celu. Skwer Kościuszki. Najpierw jest fontanna, błyszczące w słońcu krople wody, wieje wiatr, woda leci prosto na nas, poranny prysznic :) Za fontanną - wystawa zdjęć pokonkursowych BZWBK Press Foto 2008. Potem ORP Błyskawica i port jachtowy z toaletą, wreszcie można się doprowadzić konkretniej do porządku. Ciepła woda jest tylko w damskiej, zatem babcia pilnująca zagania tam wszystkich mężczyzn pod prysznic. Dwóch chłopaków wkręca babcię:
- Przypłynęliśmy tu z Lublina!
- Myślałam, że Lublin nie ma połączenia wodą z morzem... - mówi powoli babcia, zastanawiając się intensywnie.
- No, teraz już ma - śmieją się chłopaki.
Chyba będą jakieś regaty, bo w porcie szykowane są małe, lekkie łódki do wodowania. Ale my wracamy powoli w stronę dworca PKP, marząc o kawie. Po drodze mamy gdyńskie centrum handlowe Batory w kształcie statku - kupujemy tam rewelacyjną kawę mrożoną z lodami w InMedio Cafe. Z kawą lecimy na dworzec z powrotem, bo zaraz odjeżdża pociąg na Hel :)

Hel - Władysławowo, 35 km

Hel, 11:58. Wąziutki peron, tłumy wysypujących się ludzi z pociągów. Obejrzeliśmy plan miasta, postawiony w kompletnej niezgodzie ze stronami świata i poszliśmy na wycieczkę do Informacji Turystycznej. Przystanek autobusu o numerze 666 nas trochę zastanowił, ale w końcu to Hel. What the hell? ;-p Najpierw trafiliśmy na teren wojskowy, potem szliśmy po tabliczkach, które kierowały nas coraz dalej i dalej, na wysunięty w morze falochron, z jednej jego strony była plaża, z drugiej - port. Na środku falochronu stoi sobie potwór architektoniczny, w którym mieści się informacja turystyczna... wreszcie!... Od pani dostajemy gazetkę z planem miasta, odnajdujemy się na planie i idziemy na rybkę do restauracji tuż obok. Piwko i rybka z widokiem na zatokę i port smakują wyśmienicie. Potem spacer keją, oglądamy sieci rybackie, kutry, Coast Guard i główki portu, następnie idziemy - przez lody - do Muzeum Rybołówstwa (bilet 6 zł), które mieści się w zaybtkowym kościele poewangelickim. Muzeum jest całkiem fajne, można wejść na wieżę kościoła i obejrzeć panoramę Helu z góry. Na dziedzińcu leżą stare łodzie rybackie.
Z muzeum idziemy do latarni morskiej, kolejka stoi przed wejściem, ale twardo nie odpuszczamy, 4 zł za wdrapanie się na szczyt. Na szczycie - mało miejsca, ciasno, przepychamy się, żeby zrobić zdjęcia, pan pilnujący turystów tłumaczy, co gdzie widać, pod warunkiem, że się go o to zapyta. Musi mu się tam nudzić setnie.
Z latarni idziemy na plażę, poczuć pod stopami piasek, na plaży - komercja, aż boli, widocznie to się sprzedaje. Już nie ma dzikich plaż... Zdejmujemy buty i brniemy przez mięciutki piasek na sam brzeg, siadamy między tłustymi ciałami, niedaleko wieżyczki ratowników. Po morzu pływa motorówka z bananem, na bananie siedzą kolorowe ludziki, poubierane w kamizelki, morze jest wzburzone, banan skacze na falach, ratownicy się zbierają, zaczepia ich plastikowa lala. Ratownicy nieczuli na wdzięki lali zbierają się nadal, banan podskakuje na większej fali i się wywraca, motorówka zatacza kółka wokół ludzików. Woda musi być chłodna, ale ludzikom coś nie idzie wdrapywanie się na banana. W końcu wleźli, nie minęło jednak dużo czasu, jak znów znaleźli się w wodzie.
Zbieramy się, czas jechać dalej.

Władysławowo - Gdynia, 41 km

Władysławowo, 18:43. Tłumy. Dzikie tłumy.
- Chyba będzie ciężko z noclegiem... - mówię, rozglądając się nerwowo.
Było ciężko. Praktycznie każdy budynek we Władysławowie to pokoje do wynajęcia. Na każdym wisiała kartka: "Wolnych pokoi brak". Obeszliśmy miasto dookoła, doszliśmy do jego brzegów, znaleźliśmy jedną kartkę: "Pokoi nie wynajmujemy!"... ;) Zatrzymaliśmy się w knajpce na kolację. Mogliśmy zorganizować sobie koc z Lidla i pójść na plażę czy w inny plener. Jako alternatywę mieliśmy - wsiąść do pociągu byle jakiego i pojechać nim w siną dal do rana... Wróciliśmy na stację i wsiedliśmy do pociągu do Gdyni.

Gdynia - Gdańsk, 27 km

Wagon do przewozu rowerów charakteryzował się brakiem ścian między przedziałami. Pewnie po to, żeby widzieć cały czas swoje rowery, czy przypadkiem nie odjeżdżają w siną dal...
Szukaliśmy w internecie noclegów w Gdyni i dzwoniliśmy po kolei po hotelach. Głównie słyszałam: "Brak miejsc", ale w jednym z hoteli pan powiedział:
- Tak, mamy wolną jedynkę... z dostawką...
- Biorę!...
Tym sposobem zarezerwowałam nocleg w hotelu Neptun w Gdyni. Dotarliśmy tam z dworca na piechotę, kulejąc i drepcząc, bo nogi dały o sobie znać. Pan w recepcji poinformował nas, że śniadanie jest do 10, czym wywołał jęk rozpaczy, że za wcześnie. Nic to jednak nie zmieniło, pokój okazał się być cudowny, bo miał łóżko i łazienkę, z której natychmaist skorzystaliśmy i padliśmy spać niczym muchy.
Rano ujrzeliśmy na stoliku w pokoju gazetę, założę się, że jej tam wczoraj nie było ;-p W gazecie napisali, że w Gdańsku odbywa się Jarmark Dominikański. Zaświeciły nam się oczka...
Śniadnie było w formie szwedzkiego bufetu, ale jako bonus dostaliśmy jajecznicę. Najedliśmy się i napiliśmy się porządnie, żeby na długo starczyło i powędrowaliśmy na dworzec.
Pociąg do Gdańska odjeżdżał o 12:04.

Gdańsk - Warszawa Wschodnia, 322 km

Gdańsk, 12:31. Jak dojść do Jarmarku - poinformował nas uprzejmy konduktor. Trafiliśmy najpierw pod jedną ze scen, potem na targowisko różności. Przy jednym ze stoisk zatrzymaliśmy się na dłużej, bo sprzedawano tam alkohole pędzone przez braciszków zakonnych. A właściwie piwo warzone w browarze Fortuna pod nadzorem Opactwa Benedyktyńskiego w Tyńcu ;) Obiecaliśmy, że po zakupy wrócimy na końcu naszej wędrówki. Po czym znaleźliśmy kolejną wieżę, na którą można się wdrapać - wieżę ratusza...;) Tym sposobem obejrzeliśmy sobie Gdańsk z góry (4 zł). Tym razem jednak wdrapywaliśmy się nieobciążeni bagażami - zostawiliśmy je w szatni na dole, dzięki czemu było nam cudownie lekko. Plecaki jednak swoje ważą...
Przeszliśmy się między straganami, którymi jest zastawiona cała gdańska starówka, znaleźliśmy kilka interesujących rzeczy (np. żmiję ze srebra, stare płyty), zamiast na kawę - poszliśmy na obiad ;) i w końcu trzeba było już wracać. Oczywiście przez stoisko z piwkiem od braciszków :) Kawę, starym zwyczajem, wzięliśmy na wynos i z kubeczkami powędrowaliśmy na dworzec.
Pociąg ruszał o 18:41, udało się tym razem znaleźć miejsca w przedziale. Sami młodzi ludzie dookoła. Para naprzeciwko wyciągnęła karty i zaczęła grać, ona go ogrywała za każdym razem, on się ciskał, ale grał dalej. Na korytarzu jakiś skośnooki robił zdjęcia plenerom za oknem. Wyciągnęłam aparat i zaczęłam fotografować siedzących na korytarzu małolatów.
- A pani nam wyśle potem te zdjęcia?
- Jak mi dacie adres...
Dali. Zapisali na kawałku gazety, którą miałam ze sobą ;)
Na wschodniej byliśmy o 23:19...



Wyszperane w Sieci:

PKP: http://www.pkp.pl/
Trójmiasto: http://www.trojmiasto.pl/
Gdynia: http://www.gdynia.pl/
Gdańsk: http://www.gdansk.pl/
Hel: http://www.hel.pl/
goHel: http://www.gohel.pl/
Władysławowo: http://www2.wladyslawowo.pl/
BZWBK Press Foto: http://www.bzwbkpressfoto.pl/
Hotel Neptun: długi link
Jarmark Dominikański: w Wikipedii


psyche