Masters of Rock, Vizovice, Czechy, 13-17.07.2006 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Zamiast zdjęć - album w PDFie (3,9 MB)

Relacja dla wtajemniczonych :-)

  • Początek, czyli "Słuchajcie, jedziemy!"
    Budzik zadzwonił 2,5 godziny po tym, jak go nastawiłam. W odpowiedzi usłyszał parę niecenzuralnych wyrażeń, ale kompletnie się nie przejął ;-p Było trochę po 4 rano, kogut jeszcze się nie zdecydował, czy już piać, czy dopiero za chwilę. Pomimo absolutnej nieprzytomności fizycznej umysł wspiął się na wyżyny... no dobra, na pagórki ;-p i przystąpił do planowania tak pięknie zaczętego poranka. Skupiłam się zatem na śniadaniu :-)
    Rozkoszny sms od Radka uświadomił mi, że mogłam spokojnie spać jeszcze z pół godziny, ale było już za późno. W końcu doczekałam się na transport i od razu okazało się, że Radek nie wziął karimaty. Do dziś twierdzę, że nie wziął jej specjalnie, bo wiedział, że ja mam dwie ;-ppp Przeciwko wracaniu po nią zaprotestowało wszystko, łącznie chyba z chrząszczami w trawie, pojechaliśmy zatem po Anię. Następnym przystankiem było Tesco. Wyłgałam się od robienia zakupów (kocham teszcosia ze wzajemnością...) i chyba właśnie uświadomiłam sobie, że nie oddałam Piotrkowi kasy za nie... hm :-) Wreszcie można było zapodać słynny tekst (copyright by Piotr): Słuchajcie, jedziemy!.
    Pierwsze brawa za moimi plecami rozległy się całkiem niedługo później i trochę mną wstrząsnęły. Radek bowiem wyprzedził rowerzystę... Następne brawa rozlegały się w różnych odstępach czasu i brzmiały różnie, w zależności od stopnia trudności manewru...:-)
    Pierwsze piwko syknęło otwieraną puszką jeszcze wcześniej, też dokładnie za moimi plecami, i to wstrząsnęło mną bardziej. Ja bowiem na wszelki wypadek wyrzekłam się piwka do momentu dotarcia na miejsce...
    Postoje, wymuszane na kierowcy w różny sposób, odbywały się regularnie na stacjach benzynowych i każdy wykorzystywał je na własne potrzeby (toaleta, papierosek, sms...), upał panował nieznośny, z głośników odpowiednio głośno leciała muzyczka z płyt (na zasadzie: jedna moja, jedna twoja, a Radek na to: a kiedy puścimy moją?...:-) i generalnie humory nam dopisywały. I tak dotarliśmy do Krakowa...
    - Moim zdaniem powinniśmy skręcić tam - powiedziałam, kiedy droga z właściwym numerem odjechała w lewo, a my pojechaliśmy prosto.
    - Ale mieliśmy skręcać w prawo - zaprotestował Radek.
    - Ale nie wjechaliśmy jeszcze na ten kawałek mapy... - zaszemrałam cichutko, bo co, jeśli on ma rację?...
    Wywlokłam wszelkie potrzebne pomoce naukowe, na kolanach miałam już atlas, mapę z Viamichelin oraz plan miasta Krakowa, który spróbowałam rozłożyć, nie zasłaniając kierowcy całej szyby. Spróbujcie, zobaczycie, że to sztuka ;-p Znalazłam nas na mapie, udało się wrócić na trasę, na szczęście nie było to specjalnie skomplikowane, wjechaliśmy do city. Następnie, na jednym z istotniejszych skrzyżowań, ulice przestały się pokrywać z trasą z Viamichelin. I znaleźliśmy się znów gdzieś na marginesie... Ale kolejny raz udało się wrócić na trasę i natychmiast utknęliśmy w korku.
    - To był głupi pomysł jechać przez miasto... - zaczęłam. - A trzeba było sprawdzić tę trasę wcześniej z atlasem!... Korki zupełnie jak w Warszawie. Będziemy teraz tak stać i stać. Może zdążymy dojechać na ostatni koncert...
    Marazm, zniechęcenie, dół emocjonalny i rozgoryczenie udzieliło się wszystkim, tylko Radek rozglądał się dookoła lekko nerwowo i nie brał udziału w marudzeniu, za to każdą wolną chwilę poświęcał na grzebanie w komórce. Kraków stał. Co jakiś czas posuwaliśmy się do przodu o jakieś dwa metry. Raz udało się wjechać na skrzyżowanie i... tam już zostaliśmy. Bo zjechać nie było gdzie :-) Co jakiś czas wyrywał nam się z gardeł krzyk: "Jedź!...", Radek reagował różnie, najczęściej ze stoickim spokojem zastanawiał się nad sytuacją, nie robiąc nic :-)
    No nie, nie stoimy tam do tej pory, udało się wyjechać z tego miasta, trafić na właściwą drogę i zaburczały żołądki. Zmolestowany przeze mnie i Piotrka kierowca zjechał pod "Obiady domowe", albo inną cholerę, która okazała się być zamknięta. Milczący protest przeciwko takiemu traktowaniu głodnych podróżnych wypełnił ściśle auto i pojechaliśmy dalej, zatrzymując się przy barze przy jakiejś stacji. Zamówiliśmy gyrosa (w dziale fastfood) i... dostaliśmy hamburgery wypełnione poszatkowanymi fragmentami mięsa!... O fuj! Tak szczerze, to najlepiej wyglądała zamówiona przez Tomka zapiekanka. Tomek, już gdzieś w górach, stwierdził:
    - No jedziemy i jedziemy, a tych gór nie ma i nie ma!...
    Tia...
    Ostatni polski postój przed samą granicą. Ostatnie SMS-y, telefony, zamknięta poczta, płatny parking, paszporty, "Radek, to może wrócimy po twoją karimatę?..." i kolejka do celników. Granica się skróciła, zamiast dwóch przystanków mieliśmy jeden, Czesi z Polakami w jednym stali domku, a drugie domki to ściema pozostała po dawnych czasach. Welcome to Czech Republic! :-)
    - O, czeskie domy!... o, Czesi w samochodach... o, drzewka... to my naprawdę jesteśmy już w Czechach?...
    Yhm. Podniecenie rosło z każdym kilometrem, żeby w Vizovicach osiągnąć apogeum - okazało się, że parking jest płatny jakąś zawrotną sumę w czeskich koronach, co było robić, zapłaciliśmy, znaleźliśmy śliczną miejscówkę, wypakowaliśmy graty i odetchnęliśmy czeskim powietrzem pełną piersią. No dobra, to gdzie tu dają piwo?...

  • Czechy, czyli wycieczka z przewodnikiem
    Wędrówka pomiędzy namiotami uświadomiła mi, że trochę tu tłoczno. Że najlepsze, płaskie miejscówki już są pozajmowane. Ale nic to, szłam dzielnie za chłopakami, którzy tu już czuli się jak u siebie w domu. Weszliśmy na górkę. Nooo, ładnie tu... - pomyślałam, po czym spojrzałam pod nogi. I zobaczyłam mrówki. I wiedziałam doskonale, co będzie...
    Oczywiście, natychmiast mnie któraś ugryzła, a cała rzesza reszty urządziła sobie przechadzkę po moich nogach. Ratunku!... Ja nie chcę tu mieszkać!... Gdziekolwiek, byle nie tu!...
    Panowie powędrowali dalej, mamrocząc coś pod nosami i robiąc mądre miny. Yhm. Doszliśmy tak do pięknie zarośniętej łąki na zboczu, "Tu mieszkaliśmy rok temu", no fajna polanka, ale trawa urosła na wysokość metra mniej więcej, trochę ciężko się poruszać... Poszliśmy dalej. W końcu chyba nikomu nie chciało się już iść, miejscówka została ustalona i chłopcy poszli po resztę bagażu. I rozstawili namioty...
    Na początku wyglądało to jeszcze niegroźnie. Gorzej zrobiło się później, kiedy okazało się, że na namiotu wyjeżdża wszystko, ze śpiworkami na czele. Bo jednak spadek jest i to całkiem spory... Odpuściliśmy więc porządne układanie gratów, wepchnęliśmy wszystko, byle nie wyłaziło i poszliśmy na obchód terenu.
    Dworzec kolejowy składał się głównie z toalety, wyposażonej nawet w papier toaletowy i fragmenty mydła. Trochę przed nim był namiot piwny, przepiękne miejsce, albowiem sprzedawano tam piwo Gambrinus, które było lepsze i tańsze od sponsorującego festiwal Pilsnera. Następnie należało przekroczyć tory kolejowe, nie wpaść pod pociąg dowożący następnych fanów i ustawić się grzecznie w kolejce do bramki. Na bramce całkiem sympatyczni panowie grzebali w plecakach i co niektórym sprawdzali kieszenie, inni panowie metkowali wchodzących bransoletką na rękę i wręczali płytę z muzyką i dalej to już hulaj dusza, piekła nie ma...:) Rozpoznanie terenu nastąpiło pozytywne, odnaleźliśmy sektor socjalny, prysznice po 30 koron za 15 minut nas nie zestresowały, tojtojek cały długi rząd, piwo jest, żarcie jest, czego więcej chcieć??? A, no tak, koncertów - podobno po to tu przyjechaliśmy...:-)
    Scena była. Przed sceną był tłumek. Na scenie ktoś brzdąkał, powędrowaliśmy zatem w stronę piwka... Panowie, ustaliwszy, czego słuchać warto, a czego nie i gdzie jest autograph session, wyluzowali się kompletnie. Mnie została poprawiona bransoletka na ręku, bo zainstalowana pierwotnie w okolicach łokcia mogła mi swobodnie zginąć, a szkoda by była wielka, drugiej bym nie dostała... W ogóle fajny patent z tym znakowaniem, nie trzeba nosić ze sobą żadnych papierowych biletów czy czegokolwiek, bransoletki zgubić się nie da, bo jest na stałe przytwierdzona do człowieka, zatem wiadomo, że ten ma prawo tu przebywać. Za tłumacza służył Piotrek, który język czeski poznał w stopniu pozwalającym na w miarę swobodne porozumiewanie się.
    A potem to już były pełne kufelki i cała przyjemność po naszej stronie...:)
    Wieczorem przetestowaliśmy jeszcze prysznice, temperatura wody... pozwalała na bardzo szybki prysznic (a podobno w męskiej była ciepła woda!...;-p) i pozostała walka z pochyłością w namiocie...:-)
    Pierwsza noc minęła głównie na wspinaczce wysokogórskiej, żałowaliśmy, że nie mamy raków, czekanów, ewentualnie gwoździ, żeby się jakoś przymocować do podłoża... Każdy radził sobie jak mógł, szukając w ziemi dołków, w których można zakotwiczyć jakieś części ciała, żeby się zaprzeć i nie zjeżdżać. Spanie w zamkniętym śpiworze nie wchodziło w grę absolutnie, albowiem skończyć się mogło tylko w jeden sposób: zwinięciem w kłębek na suwaku, zamykającym namiot. Nierówności podłoża dawały się we znaki nie mniej niż jego pochyłość. W rezultacie, jak przed 9 rano ze sceny rozbrzmiały pierwsze dźwięki strojenia, mieliśmy wrażenie, że nie zasnęliśmy tej nocy ani na chwilę...

  • Piątek, czyli powrót do młodości
    - To może zróbmy grilla - zaproponował ktoś, reszta temat podchwyciła, tylko Piotrek spojrzał na nas z niesmakiem.
    - Na śniadanie?... - usiłował zaprotestować, ale chyba mało przekonująco, bo grill został przytargany z samochodu i rozstawiony obok kuchenki, na której - ćwicząc naszą cierpliwość - gotowała się woda na herbatę. No rozpusta normalnie, że hej!
    - No dobra, to chodźmy na piwo - zaproponowałam radośnie po śniadanku, propozycja się przyjęła przez aklamację, Gambrinus rulez i tak dalej. Dzień minął nam leniwie na szwendaniu się dookoła, spotykaniu różnych znajomych i właściwie nie wiadomo, na czym jeszcze, aż okazało się, że - właśnie - minął i idziemy na koncert. Na Whitesnake. Bardzo proszę :-)
    - Zaraz zobaczysz, jak bawią się dziadkowie - powiedział mi Piotrek. No, ja bym bardzo chciała być takim żwawym dziadkiem :-)
    Wywlokłam z plecaka aparat i wepchnęliśmy się w tłum pod sceną. Przed sobą widziałam głównie plecy, jak podniosłam głowę, do pleców dołączały ręce i czasami jakieś głowy. Cudownie :-) W tych warunkach trochę ciężko robić zdjęcia, ale przecież nie zrezygnuję, tak?... No więc wspinałam się na palce. Nie umiem jednak, stojąc na palcach, nie bujać się, kiwało mną w każdą stronę, po kilku ujęciach oddałam zatem aparat Piotrkowi. On jest wyższy ;-p
    A zaraz potem odniosłam wrażenie, że ja doskonale znam to, co słyszę, i właściwie ile to lat temu było?... Odmłodniałam w mgnieniu oka o jakiś (bliżej nieokreślony) czas i przypomniałam sobie koncerty, na jakich bywałam w okolicach szkoły średniej. No taaaaaa... :-)))
    Wracając do teraźniejszości: koncerty były świetnie zorganizowane, wszystko według planu, prawie żadnej obsuwy, wyliczony czas na zmianę dekoracji i sytuacje akustyczne, rewelacja. Po półgodzinnej przerwie na scenę wszedł Masterplan. Aparat został w rękach Piotrka.
    Na tematy muzyczne to ja się wypowiadać nie powinnam, zatem czynić tego nie będę, żeby nie bezcześcić :-) Ale jak ktoś ma ochotę, bardzo proszę, wypowiedź dołączę :-)

    Wyzwanie podjął Piotr, zatem wszystkie relacje koncertowe pochodzą od niego. Ale temat jest otwarty, jeśli ktoś życzy sobie dodać coś od siebie, zapraszam :-)

    Whitesnake
    Po obejrzeniu ostatniego DVD oldherosów "Live... In the still of the night" miałem pewne obawy, czy dobiegający 60-tki wielki David Coverdale poradzi sobie bez pomocy studia (wyraźnie słychać, że płytka z zapisem koncertu jest podrasowana, aż niemiło). No dobra, zaczęło się!!! Słychać pierwsze dźwięki "Burn" z repertuaru Deep Purple, za chwilę z wokalem wejdzie pan z jedynym takim "dołem" (chodzi o głos :)) na świecie.
    No i stało się! Co prawda to już nie jest ten sam wokal co 10, 20 lat temu (pojawiła się wyraźna chrypka i problemy z niektórymi "górami" (znów chodzi o głos :)), ale "dziadek" radzi sobie całkiem nieźle. Ze sceny poleciały największe hity grupy: "Love ain't no stranger", "Is this love", "Here I go again" (tak, tak, to nie utwór Mandaryny), "Fool for your loving", itd... Zespół w składzie: Coverdale, Aldridge, Aldrich, Beach, Drury, Duffy zagrał wspaniale!!! Wszystko pięknie i selektywnie brzmiało, a publiczność żywiołowo reagowała. Jednym słowem koncert świetny (choć krótki, niestety). Pewnie była to jedna z ostatnich okazji, by zobaczyć i usłyszeć tę "legendę" na żywo. Więc co, jesteśmy szczęśliwcami, wybrańcami itp., którzy widzieli Whitesnake!!! Autografów niestety nie mamy, gdyż na MoR jest zasada, że headliner nie ma sesji podpisywania czegokolwiek (tak samo było w tamtym roku z Manowar). Podejrzewam, że z powodów obawy przed ofiarami śmiertelnymi - to by była dopiero walka i mogłoby dojść do rozlewu krwi :)

    Masterplan
    Drugi koncert piątkowego wieczoru, który naprawdę trzeba było zobaczyć. Na scenie pojawił się Masterplan z Jornem Lande na wokalu. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że niedawno Szwed zapowiedział odejście z zespołu z powodu nieporozumień, jeśli chodzi o repertuar (Lande chciał podążać w stronę bardziej melodyjnych kompozycji, natomiast reszta - niekoniecznie, trzeci album ma być powrotem do metalowych korzeni grupy; a może po prostu poszło o kasę?). Lande z Masterplan, czyli to dopiero piątek, a już kolejne wielkie wydarzenie!!! (zgłębiając szczegóły - chłopina zlitował się nad resztą składu i zgodził się na dokończenie zaplanowanej trasy koncertowej). No, dość już o kulisach, czas na dźwięki!!! Filarami grupy są eksczłonkowie Helloween, panowie Grapow i Kusch (generalnie to prócz Kiske i nieżyjącego Schwichtenberga mieliśmy na MoR cały Helloween z 25-letniej historii grupy!) i Lande. Koncert bardzo udany, szczególnie miło było usłyszeć utwory z debiutanckiego albumu, ale i numery z ostatniej płyty na żywo jakoś wydawały się strawne. Na uwagę zasługuje głos Lande. Na szczęście w Masterplan nie sili się na kopiowanie Coverdale'a i śpiewa, aż miło, z energią, siłą i innymi przymiotami oddającymi potęgę. Po tych pokazach wydawało mi się, że okoliczne góry (tym razem chodzi o ukształtowanie terenu :)) zostały nieco naruszone przez dzwięk ;). Pierwszy dzień koncertowy - palce lizać!!

    Kiedy po koncercie i prysznicu szliśmy spać, z dołu dochodziły nas odgłosy Wielkiego Sprzątania: tysiące plastikowych kufli do rana musiały zniknąć z terenu, żeby zrobić miejsce nowym tysiącom...

  • Sobota, czyli Legendy
    Tym razem dopadło nas zmęczenie, bo udało się zasnąć. Nie wiem, ile razy się budziłam i wspinałam choć trochę wyżej, ile razy budził mnie pociąg, dźwięki ze sceny - to już rano... Ale jednak organizm trochę się zregenerował i można było zacząć sobotę.
    Radek zaczął ją paskudnym kaszlem i tak mu zostało do końca. Za którymś wyjątkowo dźwięcznym odkaszlnięciem Piotrek skomentował:
    - Moja babcia tak miała trzy dni przed śmiercią...
    I od tego czasu jego babcia pojawiała się dosyć często w naszych konwersacjach, aż kiedyś mu odpowiedziałam:
    - Sam jesteś swoja babcia!...
    Co jakiś czas pojawiało się pytanie o niezbędne do życia gadżety: a to o proszek przeciwbólowy, a to o aspirynkę (później wciskałam ją wszystkim na siłę), a to o igłę z nitką. Przed Wielką Walką o Autografy pojawił się Równie Wielki Problem: zabraknie kartek!... Wtedy zrozumiałam, po co Radkowi były potrzebne te białe kartki w atlasie, które miałam ochotę wyrzucić, bo mi przeszkadzały, a nie zrobiłam tego jedynie z wrodzonej przyzwoitości... Okazało się, że dobrze zrobiłam, bo przecież Radek by mnie chyba poćwiartował, wyprawił skórę i na tej skórze zbierałby owe autografy...:-) Uff, żyję!...
    W każdym razie okazało się, że co prawda autografy rozdawane będą i warto o nie zawalczyć, ale, na litość boską, na czymś trzeba je zbierać... Wówczas zrobiłam dość zarozumiałą i tajemniczą minę. Ha!...
    - Ponegocjujmy... - wymamrotałam. Towarzystwo poniechało smętnego wgapiania się w kufle i podniosło żywo wzrok. - Potrzebujecie kartek, tak?...
    Kilka głów skinęło potakująco i wpatrzyło się we mnie z nadzieją. Pomyślałam sobie, że co prawda może za wcześnie im tę nadzieję robię, ale z drugiej strony tonący brzytwy się chwyta, więc powinno być im wszystko jedno...
    - A mogą być w kratkę? - zapytałam głupio. Okazało się, że nie przeszkadza im ani kratka, ani kwestia wyrywania kartek z notesu, ani postrzępione później brzegi... Oblicza im się rozjaśniły, a ja nie przypuszczałam nawet, że wzięty wyłącznie na wszelki wypadek zeszyt stanie się tak cennym rekwizytem :-)
    A potem zobaczyłam słynną Walkę...
    Stoisko z napisem Autograph Session było autentycznie oblężone. Z jednej strony stała gigantyczna kolejka, ktora urosła już wszerz na kilkanaście osób. Przed samym stoiskiem, napierając na barierki, stała reszta tłumu, mająca nadzieję chociaż na jakieś zdjęcie i kombinująca. Chłopaki popatrzyli na całokształt, po czym sprytnie obrali kurs na ową oblężoną barierkę. Pchałam się też :-) Ścisk był większy niż pod sceną. Autograf - towar deficytowy :-) Patrząc na tempo posuwania się kolejki i kombinatorykę stosowaną przez stojących przy barierce, nie wiadomo było, po co stoją ci na końcu kolejki, bo na pewno nie załapią się na żaden autograf... Zapanowało prawo dżungli!
    Kartki podawało się przez barierkę tym, którzy przypadkiem znaleźli się po jej właściwej stronie. Piotrek zaczepił po czesku jakiegoś gościa, gość kartki wziął, zatem trzeba było się przemaglować w stronę wyjścia ze stoiska i od gościa odebrać podpisane cenne papierki. Udało się. Piotrek uprzejmie po czesku podziękował, gość się niepewnie uśmiechnął, po czym - jeszcze bardziej niepewnie - wymamrotał:
    - ...papierosa?... - i międzynarodowym gestem pokazał, że chce zapalić.
    - Ty z Polski?...
    - Tak...
    - O rany, to po co ja po czesku mówię - ucieszył się Piotrek, poczęstował gościa papierosem i zrobiło się miło.
    Podpisane kartki schowałam do plecaka.
    - Musicie mnie teraz pilnować - oznajmiłam chłopakom. - No, mnie jak mnie, ale mojego plecaka.
    - Fakt - stwierdzili. - Ten plecak to teraz bardzo cenny się zrobił...
    Pal sześć portfele, dokumenty, klucze czy cokolwiek - tam były teraz kartki podpisane przez Helloween!...
    Takie akcje, z atakowaniem barierki, przechodziłam jeszcze kilkakrotnie i myślę, że chwilami cudem wyszłam z tego z życiem :-)
    W środku dnia był koncert solowy Mike'a Terrana na bębnach, obowiązkowy punkt programu, jak zobaczyłam i usłyszałam, przypomniał mi się natychmiast koncert Ala di Meoli w łódzkim Teatrze Wielkim, klimat podobny, jednym słowem czad :-) Tyle, że tam miałam bliżej, bo robiłam zdjęcia zza kulis i z bliska widziałam miny muzyków, tutaj - sprzed sceny - widoczność była jednak mocno ograniczona.

    Mike Terrana - Drumclinic
    Z powodu odwołania występu Annihilatora poproszono bębniarza Rage'a Mike'a Terranę (eks chyba wszystkie zespoły świata ;)) o solowy występ. Przez 45 minut trwał zmasowany atak na niczemu niewinne bębny, które niemiłosiernie, z prędkością błyskawicy, okładał Mad Mike. Nie sądziłem, że ten instrument może wytrzymać takie "łojenie". Kombinacjom przejść, łamaniu rytmów i ciągłemu wzrastaniu tempa nie było końca. Terrana już dawno przestał być dla mnie zwykłym perkusistą, ale to, co pokazał na MoR, przeszło moje wyobrażenia; to nie tylko świetny bębniarz, ale do tego znakomity showman made in USA.

    Mam wrażenie, że pożarliśmy jakiś obiad w rodzaju zupek chińskich, pomidorowa miała kolor daleko odbiegający od pomidorów, ale co zrobić, podobno jeść trzeba (chociaż mnie by tam samo piwo wystarczyło ;-p).
    Wieczór spędziliśmy na Wielkim Wydarzeniu, czyli po kolei: Evergrey, Gamma Ray, Helloween, Najważniejsze Wydarzenie: Helloween + Gamma Ray session i na koniec Rage. Piotrek, przyssany do aparatu fotograficznego, podczas 10 minut wspólnego koncertu Helloween i Gamma Ray zrobił kilkadziesiąt fotek - i chyba są to najlepsze zdjęcia z całego wyjazdu :-)

    Gamma Ray
    Przyznam się, że na ten koncert czekałem z dreszczykiem emocji. Na scenie miał pojawić się twórca europejskiego power metalu, założyciel Helloween - Kai Hansen!!! Na tylnej ścianie pojawił się ogromy baner zespołu i za chwlię usłyszeliśmy pierwsze dźwięki "Rebelion in dreamland". Cudo!!! Kai i reszta grupy w znakomitej formie. Usłyszeliśmy wiele utworów z różnych okresów kariery "Gammy" oraz z najnowszego albumu "Majestic" (było np. genialne "Blood Religion" z riffem przypominającym "Tie Mother Down" - Queen). Żałuję tylko tego, że mało numerów było z "Powerplant" i "No world order". Ale za to było wiele innych, równie wspaniałych. Szkoda, że koncert trwał tak krótko, a przy dźwiękach Gamma Ray chyba jeszcze krócej ;)

    Helloween
    Po założycielu zespołu przyszedł czas na jego dziecko. Niestety, dziecko po przejściach i wielu perturbacjach personalnych nigdy nie odzyskało już swojego blasku z czasów "Keeperów" (choć pierwsze płyty z Derisem są bardzo dobre). Tak, płyty "Keeper of the seven keys" to prawdziwa biblia powermetalu. Dlatego też zespół wpadł na "genialny" pomysł i po 20 latach nagrał III część płyty. Pudło!!! To już, niestety, nie jest to, choć trzeba przyznać, że i tak jest lepiej niż na "Rabbit don't come easy" (ale czy może być gorzej?). No nic. Wracając do koncertu: zespół zdecydował się zagrać cały przekrój działalności, łacznie z ostatnim wydawnictwem (usłyszeliśmy na żywo Halloween!!!). Praktycznie było wszystko, na co czekał fan grupy. Nie zabrakło kilku wpadek, np. totalnie skopane intro do "Mr. Torture", ale co tam, live to live. Na uwagę zasługuje scenografia ze strażnikami obok perkusji i ogromnymi dyniami po obu stronach sceny!!! Koncert generalnie bardzo dobry z pewnymi wpadkami wokalnymi Derisa (jak zwykle), który momentami nie radził sobie z linią (chodzi o tę melodyczną ;)), no ale to było do przewidzenia. Najlepsze mieliśmy jeszcze cały czas przed sobą, bo za chwilę miało dojść do historycznego wydarzenia!!!

    Helloween + Gamma Ray
    Te 10 minut na zawsze wyryło się w mojej świadomości!!! Na scenie razem Hansen i Weikath!!! Niesamowite. Panowie, którzy nie przepadali za sobą, którzy obrzucali się błotem - znów razem grają. I to jak grają!!! I to, co grają!!! Ze sceny poleciały dwa hity z czasów pierwszych "Keeperów", czyli "I want out" i "Future World". Dwa znakomite zespoły razem w pełnych składach. Tłum luda!!! Pozy!!! Żywioł!!! Ech, co za emocje, co za koncert!!! Dla takiego przeżycia warto było jechać choćby z drugiego końca świata!!! Jeszcze długo po tym wydarzeniu nie mogłem się otrząsnąć, a jak patrzyłem na innych, to nie byłem sam. Niestety, Kai nic nie zaśpiewał (wielka szkoda), ale widocznie nie chciał zmiażdżyć Andy'ego ;)

    Rage
    Nie chciałbym być w skórze tego tercetu. Po takim wydarzeniu, które miało miejsce wcześniej, trudno było o utrzymanie emocji wśród widowni, a do tego zrobiło się potwornie zimno. Zespół robił, co mógł. Grał szalenie żywiołowo, popisywali się zarówno Smolski, jak i Terrana (tym razem oprócz szaleńczych temp usłyszeliśmy swinga i śpiew (!!) w jego wykonaniu oraz znane już chociażby z koncertu Axla Rudiego Pella pytania: "Chcecie mocniej!? Chcecie głośniej!? Chcecie szybciej!?" - po odpowiedzi twierdzącej... życzenia zostały spełnione :)). Mike nawet na moment zabawił się w superbohatera i biegał po scenie w samych gaciach i pelerynie :). Jednak (może to moje subiektywne odczucie) emocje opadły równo z końcem występu Helloween i mimo że Rage stawał na głowie (prawie;)), nie był w stanie porwać aż tak publiczności. Ale generalnie bez zarzutu, na pewno był to najlepiej technicznie grający zespół na festiwalu.

    Potem okazało się, że jest pioruńsko zimno, po prostu tak zimno, że piwo zamarza w kuflach, do namiotu daleko i w ogóle dlaczego ja nie wzięłam jakiegoś polara?...
    ...i tak upadła idea prysznica, za to koc odegrał swoją wielką rolę. Całe szczęście, że w szale ograniczania ilości bagażu nie zrezygnowałam z niego, bo faktycznie musiałabym komuś skroić śpiworek :-)

  • Niedziela, czyli ta ostatnia...
    Kiedy otworzyłam oczy, okazało się, że jest blisko południe. Coś podobnego - wyjątkowo dobrze się spało, tylko ciężko jakoś teraz rozprostować zesztywniałe gnaty. Uświadomiłam sobie, że to już niedziela i zrobiło mi się cokolwiek niewyraźnie.
    Niedziela.
    Ostatni dzień.
    Jutro wyjeżdżamy.
    Buuuuuuuuuuuu!!!...
    W ramach ukulturalniania się poszliśmy do pałacyku, za którym miał być piękny ogród. Okazał się być piękny przez bramę, bo zamknięty.
    - Widocznie w zeszłym roku bydła narobili... - wysnuł przypuszczenie Radek, po czym sfotografował się na tle pałacyku. Klapliśmy na trawę i tkwiąc w marazmie, słuchaliśmy ględzenia Radka. Możliwe, że nawet coś mu czasem odpowiadałam, ale nastrój był morowy cały czas.
    Wróciliśmy pod scenę na Metal Church, to znaczy ja się zadekowałam przed telebimem z piwkiem w dłoniach, a chłopaki grzecznie poszli pod scenę. A teraz marudzą, że nie ma zdjęć Metal Church - było wziąć aparat ;-p

    Metal Church
    Wiadomo, legenda metalu z USA, ale szczerze powiedziawszy, oprócz utworu "Watch the children pray" i przesłuchania nowego albumu (który w ogóle nie wpadł mi w ucho), nie znałem nic więcej z repertuaru. No, ale legenda to legenda i trzeba było iść :) Nie nastawiałem się zbytnio, założyłem rękę na rękę i czekam. Pierwsze dźwięki, no dobra, nawet nieźle, gdy nagle usłyszałem ten WOKAL!!! Zaczęło się od czystych jak łza (choć z chrypką) melodii w środkowych rejestrach, później po okolicy rozległo się wysokie i potężne JAAAAAUUUUUUUUU!!!!!!!!!! Myślałem, że siądę z wrażenia!!! Patrzę na góry, które wcześniej naruszył Lande. Nie ma gór!!! Zostały skruszone przez wokal!!! Facet śpiewa niesamowicie. Nie ma znaczenia, czy to nisko, czy wysoko. Wszędzie jest wyjątkowo potężnie i - co nieczęsto się zdarza - czysto (chodzi tym razem o brak fałszu :)) Zespół też podgrywał mu bardzo składnie. Mocne, soczyste riffy, raczej średnie tempa!!! Okazało się, że facet na wokalu to Ronny Munroe, ktory zastąpił na tym stanowisku zmarłego niedawno Davida Wayne'a. Zaraz po koncercie pobiegliśmy na Autograph session, gdzie wcale nie mieliśmy zamiaru iść, i zrobiliśmy sobie fotkę z tym niesamowitym wokalistą. Brawa dla pana Munroe, choć jak wróciłem do domu i odpaliłem płytkę, to w studio już tak mnie nie przekonał...

    Z okazji niedzieli poszliśmy też na obiad do pizzerii, Piotrek znów wykazał się zdolnościami lingwistycznymi, a pani kazała nam zapłacić za obiad, zanim go przyniosła. Dziwne zwyczaje, ale niech tam - poczucie dekadencji nas nie opuszczało...
    W ramach ukoronowania imprezy czekały nas jeszcze trzy zespoły: Edguy, Apocalyptica i Within Temptation z wokalistką pływającą po scenie. Jakieś ostatnie piwko, ostatni parek w rohliku, ostatnie zdjęcia, znów pioruńsko zimno, w tłumie pod sceną cieplej...

    Edguy
    To trzeci koncert zespołu, na którym byłem. I chyba najgorszy. Możliwe, że przez dobór repertuaru. Zabrakło wielu świetnych utworów. No, ale cóż, nie zawsze dostaje się to, czego się chce. Nie, żebym wybrzydzał, bo ogólnie Edguy zagrał bardzo przyzwoicie, melodyjnie i z energią, jak zwykle. Był "Tears of Mandrake", "King of Fools", "Vain Glory Opera" itd. Tobias Sammet jak zwykle szalał na scenie i żartował z pewnych schematów koncertowych ("My schodzimy teraz, a wy krzyczycie: "Jeszcze, jeszcze" i my wychodzimy bisować"). Bardzo fajną sprawą była wielka lalka lucyfera, która w pewnym momencie wyjechała zza bębnów i rozłożyła skrzydła. Niezła rzecz. Za chwilę poleciała jeszcze "Avantasia" i - gdy zrobiło się naprawdę przyjemnie - koncert się skończył.

    Apocalyptica
    ...czy jak to tam się pisze :). Koncertu z własnej woli nie widziałem. Pstryknąłem tylko kilka fotek "żeby nie było" i na tym się skończyło. Trochę drażnią i śmieszą mnie zarazem takie wydziwiania w metalu, jesli to w ogóle jest metal. Może innych to rusza - mnie nie. Nie powiem, panowie są bardzo sprawni w tym, co robią, jednak efekt finalny do mnie nie trafia. Kropka.

    Within Temptation
    Na finał festiwalu zagrała irlandzka "najtłiszopodobna" grupa Within Temptation. Scenografia to wielkie figury aniołów po obu stronach sceny. No, klimat trochę jak ze starego cmentarza. Muzyka zespołu to klimatyczno-symfoniczny metal z żeńskim wokalem. Mikrofon obsługuje, przyznajmy, całkiem sprawnie, znana z projektu "Avantasia" Sharon den Adel. Ogólnie repertuar zespołu to orkiestracje, chóry, ciężkie riffy i operowe zaśpiewy. Choć wydaje mi się, że najlepiej głos wokalistki sprawdza się w balladach.

    Podsumowując: festiwal i jego skład trafiony w 10!!! Wydawało się, że ciężko będzie przebić zeszłoroczny zestaw zespołów, a jednak się udało. Ciekawe, co w przyszłym roku zaserwują nam Czesi. Mam nadzieję, że będzie równie smakowicie!!!

    Radek zdezerterował do namiotu, gdyż do upiornego kaszlu dołączyło pogryzienie i w ogóle wydawało się, że ta babcia Piotrka to czuła się tak 3 minuty przed śmiercią... ;-p Ale nie, jednak młody organizm dał sobie radę i Radek żyje, kaszel minął (widocznie świeże powietrze mu zaszkodziło, wrócił do kraju i od razu było lepiej), ślad po ugryzieniu zniknął (te dwie małe dziurki, tak, od tego czasu Radek nie przepada za czosnkiem...) i generalnie jest cudownie.

  • Poniedziałek, czyli powrót do przeszłości
    Nie obudziły nas dźwięki ze sceny. Obudziła nas CISZA. To było znacznie straszniejsze, bo zwiastowało nieuchronny koniec wakacji. Czas do domu...
    Wokół nas pełno było miejsc po namiotach. Bardzo wyraźnie odciśniętych w trawie. Ziało pustką - nieliczne pozostałe namioty już się zwijały. Zwinęliśmy się zatem i my, co było robić... Zabawki na plecy i w drogę - do auta. Jeszcze jakieś ostatnie fotki. Pakujemy się.
    - Ej, jak to się stało, że w tę stronę udało nam się upchnąć, a teraz jakby się nie pakować, to ciągle coś zostaje?...
    Fakt, za każdym razem, kiedy już wydawałoby się, że jest ok, nagle odkrywaliśmy jakiś fragment bagażu grzecznie stojący obok auta albo leżący na tylnym siedzeniu. Fatum jakieś ani chybi ;-p A przed nami jeszcze zakupy...
    W sklepie ustabilizowaliśmy się przy półeczkach z piwem. Nagle okazało się, że koszyki mają nieograniczoną pojemność piwa...:-) Ja uparłam się jeszcze na szlachetniejsze alkohole i moja kolejka strasznie długo szła. A w końcu okazało się, że w mieście, które słynie z produkcji śliwowicy, w supermarkecie przy rynku jej nie kupię. Yhm. Wymusiło to na mnie wycieczkę do kiosku, takiego zwykłego kiosku z gazetami i fajkami, gdzie - jak się okazuje - można sprzedawać alkohol, również na kieliszki :-) Zakupy zostały zatem poczynione i można było spokojnie wsiąść do auta.
    Spokojnie.
    Yhm.
    Tylko trzeba się tam jeszcze zmieścić... Albowiem ostatnią wolną przestrzeń w aucie zajmował... alkohol!...
    Dzieci wracają do domu...:-)
    Jednak się udało, auto było jeszcze cięższe niż w drogę "tam", ale Radek dzielnie sobie z tym problemem poradził i ruszyliśmy. Była gdzieś 14.00...
    Pierwszy postój zarządziłam po małym piwku, jak wiadomo, jest ono moczopędne, skusiłam się na nie, bo zapach z tylnego siedzenia był zbyt nieznośny bez smaku. Postój zaowocował zdjęciami chętnych do rozjechania zwłok na szosie i po sesji pojechaliśmy dalej. Na granicy nikt naszymi flaszkami się nie interesował, do Krakowa dojechaliśmy nie niepokojeni, po czym zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić, jadąc w tamtą stronę: ustaliliśmy trasę według mapy, a nie według Viamichelin. Jest śliczny skrót, pozwalający ominąć miasto, korki i w ogóle po co ta awantura? (copyright by itd.). Wyjechawszy w Nowej Hucie z pominięciem centrum Krakowa, w radosnych nastrojach ruszyliśmy dalej.
    A zaraz potem przypomniały o sobie żołądki.
    Dopadło mnie zmęczenie i w ogóle niechęć do życia, zrobiło mi się wszystko jedno, chciałam jeść i spać. Udało się trafić bez pudła tym razem, restauracja w hotelu, rewelacja, sympatyczny kelner, dobre jedzonko, humory wróciły na swoje miejsce, słońce zaszło i pojechaliśmy na północny wschód...
    Kolejny postój był w Sandomierzu. Okazało się później, że nie domknęliśmy całkiem klapy od bagażnika, tłukła się trochę, ale jakoś to zignorowaliśmy i to był błąd. Na szczęście już w Lublinie, ale bagażnik jednak się otworzył, sypiąc po okolicy dobrami wszelakimi. I o ile większość dało się odzyskać w niezmienionym stanie (pomijam kubeczek firmowy, który w drzazgi poszedł, bogowie z nim), o tyle bannerków Helloween jednak trochę szkoda, a tak ładnie się prezentowały na tylnej szybie...
    Do domu dotarłam w okolicach 2 w nocy. Zmęczona, ale szczęśliwa rzuciłam się w objęcia Maćka i Ani. Na tym co prawda wieczór się nie skończył, ale ciąg dalszy już kompletnie nie należy do tej opowieści, zatem...
    To już koniec :-)

***
Szanowne metale szlachetne, komentarze są dla WAS! ;-)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Masters of Rock - strona oficjalna: http://www.mastersofrock.cz/
Ticketportal - tu kupiłam bilet: http://www.ticketportal.pl/
Fragment mapy Czech: bardzo długi link :-)
Viamichelin - plan trasy: http://www.viamichelin.com/


psyche