Mikołajki, 13-15.08.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Marcusiowa imprezka

Ambitny plan wyjazdu z miasta spalił na panewce, a wszystkiemu jak zwykle winna była praca. Udało się ruszyć jakoś po 19.00. Co, my nie pojedziemy??? Myyy?? ;-p
Pojechaliśmy. W pierwszym korku ugrzęźliśmy praktycznie od razu, w drugim zaraz potem, a w ogóle Wilczy miał własną koncepcję kierunku i dopiero jak znaleźliśmy się w jakichś chaszczach, okazało się, że nie wiadomo, dokąd jedziemy, gdzie jesteśmy i jak stąd wyjechać...:)
Potem było tylko gorzej. Co jakiś czas wysyłałam kontrolnego sms-a do Marcusa, żeby nie poszli za szybko spać, co jakiś czas coś kropiło, co jakieś miasto to korek, no Warszawa jedzie na weekend... Gdzieś w połowie drogi zdaliśmy sobie sprawę z tego, że właściwie oboje jesteśmy bez pieniędzy, głodni, nie wiadomo gdzie, a do tego w tle deszczowa piosenka. Ciemności zapadły dość szybko.
Na w miarę porządnie wyglądającej stacji zatrzymaliśmy się, zatankowaliśmy (ha! przyjmowali karty, hehe), ale bar nie istniał. Na innej stacji, na którą dotarliśmy kawałek dalej, bar był czynny do 21.00. Zaspokoiliśmy się zatem batonikiem i redbulem...
Piękny widok nam się trafił za to: żółty zdechły maluch, z rejestracją OSX (dla niewtajemniczonych jest to makowy system operacyjny), zapalany na pych przez dwóch chłopków roztropków... no bosko!:)
Nawet nie pogubiliśmy się w tych małych mazurskich dróżkach i nawet chwilami przestawało padać. Natomiast już na ostatnim odcinku przyroda zrobiła nam klasyczne oberwanie chmury i jak lunęło, to nie było widać, w którą stronę skręca droga. Taka ciemna ściana deszczu...
Do Mikołajek wjechaliśmy kole północy, zdaje się, i już bez trudu trafiliśmy we właściwą bramę, z rozstawiania namiotu zrezygnowaliśmy i tak dużo wcześniej, więc tylko usiedliśmy szczęśliwi, że jednak dojechaliśmy i koniec męczarni.
Mam wrażenie, że powitalne piwko dostaliśmy do ręki, ale nie pamiętam zbytnio tego wieczora, za to pamiętam noc. Tradycyjnie rozłożone fotele w astrze, śpiworki i bębniący o dach deszcz. Przysypiając, myślałam o ostanim wyjeździe do Bornego, gdzie deszcz nie chciał od nas się odczepić przez cały wyjazd i dopiero jak wracaliśmy, to była piękna pogoda i... w końcu zasnęłam.
Na fotelu obok bujał się Wilczy. Otworzyłam oczy i zobaczyłam piękne słońce, nieco zaparowane szyby i błękitne niebo. Zegarek powiedział, że jest 9.30. Lekko zdrętwiałe kawałki mnie domagały się rozprostowania, wyszłam więc na powietrze i z miejsca zrobiłam się szczęśliwa. Jest pięknie!
Wkrótce wstała też reszta gromadki, okazało się, że Marcus z Iwonką spali w samochodach, tylko każde w innym, a Zet z Asią jednak w przemokniętym namiocie. Potem była okazja do budzących grozę opowieści:
- Śpię sobie spokojnie, a tu tak kap... kap... kap... centralnie w środek twarzy!...
- W namiocie?
- No!...
- A widzisz, kobiety za nawilżanie to ciężkie pieniądze płacą, ty miałeś za darmo i jeszcze narzekasz???...
- A jeszcze żona mnie budzi i mówi: no zrób coś!...
Ablucje czynione przy pomocy prysznica ogrodowego dobudziły towarzystwo, słońce nastrajało optymistycznie, śniadanko pachniało, chciało się żyć :) Marcus oznajmił radośnie, że "znów warszawiaki wszystko wykupili", w tłumaczeniu: Marcus z rana wykupił cały połów jednego rybaka, dzięki czemu mieliśmy potem pyszne żarcie.
Postawiliśmy wreszcie namiot, dłuuugo wybierając miejsce, zaprosiliśmy na salony... z zaproszenia skorzystały potem szczypawki w ilościach hurtowych:) Oraz kot, który najpierw nieśmiało wpełzł pod tropik, a potem Wilczy go wystraszył z sypialni. Jak Wilczy zamknął sypialnię, to kot skorzystał z podłogi w przedsionku - spodobało mu się tam i koniec, trzeba było uważać przy wchodzeniu do namiotu, bo nagle taki cień wylatywał pędem prosto pod nogi...:)

A w Mikołajkach wesoły port...

Leniwie jeszcze wypiliśmy kawę i we czwórkę powędrowaliśmy do miasta, do portu, popatrzeć na jachty, poszukać bankomatu, zrobić jakieś drobne zakupy i w ogóle na spacer. Wyczailiśmy sizową banderkę na pustej łajbie, regaty, Barloga i dwa bankomaty, z których jeden powiedział: transakcja nie może być zrealizowana albo wystąpił problem z podajnikiem pieniędzy (co oznaczało konkretnie: kasa pusta). Jako zwieńczenie wycieczki wystąpiły gofry i lody oraz olej i ocet :) W międzyczasie usiłowaliśmy Asię przekonać, że wakacje na łajbie mogą być naprawdę fajne i wcale nie jestem pewna, czy po opowieściach o słonej wodzie z prysznica i zgrzytającej soli w zębach oraz wszędzie poczuła się przekonana. Nawet jeżeli, to raczej nie do łódki, tylko wręcz przeciwnie...:)
Jak wróciliśmy na górę, przed domem stało już więcej aut, a na podwórku było tłoczniej. Zarioło się od Goś (a może Kaś?...) i od nowych namiotów, od os roiło się już od rana, generalnie powietrze zgęstniało. Nad stolikiem stanęła wiata, na stoliku stanęło piwko, a Marcus powiedział:
- O, pokaż mi ten obiektyw, ciekawe, czy pasuje do mojego...
No i przepadliśmy. On testował swój aparat z moim obiektywem (i nie pasowało...), a ja swój aparat z jego obiektywami i jak dostałam do łapki taką odpowiednio długą rurę (zoom do 300, a cyfrowo jeszcze razy 1,6...), to poczułam już pełnię szczęścia. No fajny ten obiektyw, no!... ze stabilizatorem i w ogóle. Super zabawka.
I naprawdę nie wiem, czemu w pewnym momencie przyszła Iwona i wyrzuciła nas z tej budki na zewnątrz...:))))
Tematem dyżurnym stały się osy.
Tkwiła sobie w ziemi spokojnie jakaś cegłówka czy inny głaz narzutowy, ale została ruszona. I okazało się, że pod nią mieszkają sobie osy w ilościach hurtowych. Zostały zatem potraktowane trutką w płynie, którą to trutkę zniosły z godnością, a ona nie zrobiła im większej krzywdy. Mniejszej zresztą też nie. Panowie zatem postanowili osy potopić. Zaczęli lać do gniazda wodę wężem. Lali i lali i nic, to znaczy osy sobie latały, dziura w ziemi okazała się być bez dna więc szybko przyszło zniechęcenie. Panowie wrócili do zainteresowania piwkiem. Reszta towarzystwa wróciła do odganiania się od os oraz prewencyjnego zaglądania do puszki przed kolejnym łykiem.
Na stole pojawiły się pachnące rybki smażone oraz w occie i inne szaleństwa kulinarne. Obok stanął grill. Przygotowania do ogniska również zostały rozpoczęte - pierwsze dechy przywędrowały z okolic mi nieznanych, a całą resztę Marcus zaczął zrzucać na kupkę. Na gniazdo os. Bo jakoś tak wszyscy zapomnieli, że to gniazdo tam jest. Dopóki osy się nie zdenerwowały i postanowiły bronić swojego terytorium...
...Marcus nagle rzucił dechę i machając rękami, pobiegł przed siebie, mamrocząc jakieś inwektywy; zaraz za nim poleciał Wilczy, obaj w biegu probowali się rozebrać, wyglądało to zabawnie, aczkolwiek miało w sobie pewien powiew grozy. Komuś nagle przypomniał się film "Rój". Osy w końcu użądliły i dały spokój, chłopaków można było opatrzyć cebulą, do desek nikt nie śmiał przez długi czas podejść i w ogóle wszyscy jakoś omijali zarażony osami teren z daleka. Panowie skupili się natomiast na rozpalaniu grilla...
W ramach pomocy naukowej wystąpiła pompka, rozdmuchująca żar.
Żar rozdmuchany do granic możliwości zapłonął jasnym płomieniem i trzeba było go jakoś ugasić.
Przykrycie grilla spowodowało jego przygaśnięcie... i tak w kółko :) Jednakże w międzyczasie na grillu pojawiły się kiełbaski i kaszaneczki (palce lizać :), potem udka kurczka (lekko przypieczone...), chlebek i kolejne udka, już późną nocą, każde pieczołowicie zapakowane w folię.
Tymczasem z domku przybyła delegacja pań z wypiekami. Jak tradycja każe, był tort ze świeczkami (no tylko dwiema, no... jakże to tak?:))), świeczki zostały zapalone, Marcus publicznie je zdmuchnął, wszyscy zaklaskali i urodziny można było już uznać za spełnione :) A tort był super.
Ognisko rozpalać zaczęli harcerze.
- Spoko, od jednej zapalniczki i kanistra benzyny... - oznajmił Zet i tak gdzieś po pół godzinie już się paliło. Delikatnie podbierałam osom leżące ciągle na ich terenie deski. Zdaje się, że ktoś nawet próbował mnie powstrzymać, ale ja po prostu MUSIAŁAM. Nie będą osy pluły nam w twarz!...
Generalnie jednak ilość drzewa opałowego zaczęła się niebezpiecznie kurczyć.
- Trzeba rozebrać płot - powiedział ktoś, a po chwili co najmniej dwie osoby i siekiera zniknęły z pola widzenia.
- Ciekawe, co na to babcia, jak wstanie... - westchnął inny ktoś, a obok rozległy się stłumione chichoty.
Nagle zaczęła przerywać muzyka.
Grał generalnie samochód. To znaczy obok wiaty stała sobie 406 z włączonym radiem, a radio zaczęło przerywać.
- Oho, pewnie akumulator - wyprorokował ktoś. - Idź, sprawdź.
Marcus poszedł, a po chwili dało się słyszeć suche kręcenie rozrusznika.
- Ma ktoś kabelki?...:)
Okazało się, że Wilczy ma ładowarkę, to znaczy ten... no... krzywnik. Nie, odwrotnie, prostownik...:) Podłączyli więc akumulator pod prostownik i włączyli z powrotem radio. Gra? No to luz...:)
Osy, jako temat dyżurny, wróciły znów i stały się tematem niemalże pracy magisterskiej pod tytułem: pozbywanie się os w warunkach niesprzyjających. Ponownie zostały zalane wodą, a potem jeszcze przywalone kamieniem, a kamień polany trutką. Towarzystwo siedziało i wpatrywało się pilnie w głaz.
- O, lata...
- O, następna...
- O, jedna usiadła... ooo, już nie wstała... ta trutka działa...
- No tak, jak już złapię osę i wsadzę jej pysk do trutki, to może i zadziała...
- O, ale ich tam więcej lata...
- Nie mogą wrócić do domu...
- No właśnie, podkop zrobią albo wyjdą innym wyjściem.
- Bo je trzeba dynamitem potraktować...
- No, razem z fundamentami...
Powoli zapadał zmrok i w ogóle robiło się zimno, pogoda była świetna do tych regat, co to w dołku w Mikołajkach się odbywały, ale nam na górce trochę wiało za bardzo. Co poniektórzy nerwowo okręcali się w kolejne sztuki odzieży, wiata została osłonięta wielkim kawałem folii ze stron dwóch, ognisko zyskało swoich zagorzałych zwolenników. Co i rusz ktoś dorzucał kolejne interesujące kawałki drewna do ogniska. Pojawiały się zatem ramy okienne z metalowymi fragmentami, kawałki lakierowanego drewna, sztachety.
Pojawił się też kot, miaukliwy strasznie, który oczywiście dostał od razu jakieś żarcie, bo taki miły kotek, na pewno głodny, o jaki śliczny, kici kici, chodź, chcesz kiełbaski? A może rybkę?... Dobra rybka. No masz, to jest ryba. Ryba jest dobra. No masz...
Kot popatrzył na rybi smażony łeb z kiepsko tłumionym wstrętem i spożycia odmówił. Po mojemu to był nieźle najedzony, tylko skoro tyle pochłania, to czemu jest taki chudy?...
Jako kolejna atrakcja pojawił się pies. A właściwie suczka, ale w ciężkim stanie, bo zestresowana potężnie i z podkulonym ogonem. Od razu podbiła serca wszystkich i oczywiście dostała swoją porcję smakołyków.
Piwo szło w przyspieszonym tempie, rybki zniknęły, udka kurczęcie również miały swoich amatorów, generalnie było smacznie i przyjemnie. Stół stał się wielkim świecznikiem, Zet uwieczniał co ciekawsze momenty na kamerce (zapewne z zamiarem szantażowania potem osób sfilmowanych...), towarzystwo powolutku się wykruszało. W końcu nadszedł czas wędrówki do namiotu, ile można pić?...:)))
...Obudziłam się później niż zwykle...
Świeciło słońce i było całkiem przyjemnie, tylko jakoś tak chciało się pić. Akumulator powiedział, że się naładował. Podczas śniadanka ujawnił się znów nasz temat dyżurny. Podkopały się pod tym kamieniem czy nockę spędziły na drzewie a teraz wracają do domu?... Kto wie? :) W każdym razie osy niestrudzenie krążyły wokół kamienia, a potem wokół naszych kanapek. Marcus siedział przy stole z klapką i polował na te najbardziej natrętne owady, Zet nie przejmował się i tłukł muchy kantem dłoni, reszta odganiała się zwyczajnie, rękoma. Gosia przyniosła arbuza i osy postanowiły zmienić front - zajęły się pachnącym owocem.
Lekki poranny marazm powoli mijał, trzeba było się zwijać, oczywiście od razu okazało się, że zginęły moje okulary, coś zginąć musiało, żeby tradycji stało się zadość, więc nie zdziwiłam się zbytnio. Okulary jednakże znalazły się w namiocie, a razem z nimi tłumy skorków, które kulturalnie zostały poproszone o opuszczenie nowego przytulnego mieszkanka. Chyba im się to nie spodobało...:)
Jeszcze najważniejszy punkt programu niedzielnego, czyli zdjęcie zlotowe. W końcu, było nie było, zlot się odbył, chociaż może niewielki. Panowie wyprowadzili swoje 406 na świeżo skoszoną trawkę, ja zostałam zaproszona na piechotę ("no i czym ty przyjechałaś, no?... to ma być 206??? nieee no, jak mogłaś???!!") i ustawiliśmy się do zdjęcia. Wilczy nie nadążał pstrykać, dostał dwa aparaty i prikaz zrobienia ładnych zdjęć, Iwonka opracowała choreografię (hehe), poustawiała nas przed obiektywem, mafia klubowa normalnie...:) Potem trzeba było jeszcze obpstrykać "matki, żony i kochanki", czyli Iwonę, Asię i Wilczego (ciągle nie mogę się zdecydować, czy on jest matką, żoną czy kochanką...;-p) i już przyszedł czas pożegnań. Obcałowaliśmy się, dostaliśmy jeszcze wałówkę na drogę i...

Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa...

No nie mogłam sobie darować. Chociaż na chwilę, ale trzeba było wpaść. Niestety, okazało się, że Mrągowo bez pikniku nie jest tym samym miasteczkiem, jakieś takie wymarłe, puste i w ogóle... Szczególnie po tłumnych Mikołajkach było widać różnicę. Przeszliśmy się główną uliczką, udając, że wcale, ale to wcale nie jesteśmy głodni, ale wracając, już nie wytrzymaliśmy - usiedliśmy w pizzerii i - wcale nie głodni - zamówiliśmy jedną pizzę na pół. Jak pani pizzę przyniosła, Wilczy spojrzał i powiedział: no chyba się zamienimy!... Ty masz większy kawałek!...:)))
Nie oddałam mu jednak swojej części, bo wcale nie była większa.
Potem pojechaliśmy, przedzierając się przez zatłoczony Pisz do Rybitw. W odwiedziny do ojca Wilczego na kawę :) Okazało się, że do kawy dostaliśmy jakąś whisky, to znaczy ja dostałam, Wilczuś - jako kierowca - spojrzał na nas z wyższością i oznajmił pogardliwie: ja i tak nie lubię whisky!... No a co miał powiedzieć w takiej sytuacji?:))) Poszliśmy na spacer nad jezioro i trzeba było już wracać.
Plan powrotu opracowany był dokładnie: jedziemy bocznymi drogami, żeby ominąć korek pod Płońskiem, ale też ominąć korek w Wyszkowie. No i pojechaliśmy... wyjątkowo bocznymi drogami. Skrót był fantastyczny, ale raczej na dzień, a nie na zapadający zmrok, albowiem ludzie po wsiach to instynktu samozachowawczego nie posiadają za grosz i szwendają się w kiepskim stanie po ulicach. Niemniej jednak podróż zakończyła się bez większych przeszkód w Warszawie...:)

Wyszperane w Sieci:

Oficjalna strona Mikołajek: http://www.mikolajki.pl/
Mikołajki - przewodnik: http://www.przewodnik.e-mazury.com.pl/mikolajki/
Wioska żeglarska w Mikołajkach: http://www.marina-mikolajki.com.pl/
Oficjalna strona Mrągowa: http://www.mragowo.um.gov.pl/
Mrągowo - przewodnik: http://www.e-mazury.com.pl/p_mragowo.htm
Klub Peugeota: http://peugeot.triger.com.pl/


psyche