Mazury, 6-15.08.2005 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Deszczowe Mazury

Rejs w Krainie Deszczowców

Podróż na północ upłynęła szybko postrachem szos Wilczego w towarzystwie Małej i Barry'ego, czyli pełnego energii pieska :) PRAWIE trafiliśmy do Woodza, szybko załatwiliśmy zakupy i zaokrętowaliśmy się na jacht.
Tess 678, niemłody już, miał trochę niewygodne rozplanowanie kambuza, ale o tym przekonaliśmy się później. Sobotnie popołudnie przekształciło się w sobotni wieczór, zatem miast wypływać zostaliśmy w porcie w Wilkasach i zajęliśmy się grzanym winem. Potem drugim grzanym winem. Potem jeszcze jednym winem... Właściwie to wszystkiemu winna była pogoda, bo zaczął padać deszcz i w ogóle zrobiło się ponuro. Nadszarpnęliśmy zatem nasze zapasy alkoholu dość poważnie...:)
Poranek obudził nas słoneczkiem i wielkim kacem. To znaczy inni wyglądali na zadowolonych, ale ja czułam się właściwie - jak spuszczony ze smyczy pracownik agencji...;-p Prysznic w koszmarnej budce za jedyne 5 zł pomógł tylko na chwilę, zaraz po wypłynięciu zatem zaszyłam się z powrotem na koi. A było takie ładne przejście przez kanał w Giżycku... No dobra - wypełzłam na chwilę do sklepu po cytrynkę (pomogła!), przeczekałam otwarcie obrotowego mostu (no fajna sprawa) i dotarłam do siebie dopiero późnym popołudniem...:) Jeszcze ciągle była ładna pogoda.
Dopłynęliśmy do Sztynortu - kolejne kładzenie i stawianie masztu. Cumowanie: 15 zł. Sikanie: złotówkę. Mycie rąk i zębów: 2 zł. Prysznic: 10 zł.

Toalety mazurskie a ceny za cumowanie
To temat dla mnie drażliwy strasznie, gdyż wyznaję bardzo niepopularną wśród Polaków zasadę: wolę zapłacić raz więcej i mieć wszystko w cenie, niż potykać się co krok o cudze odchody, czyli zaoszczędzone złotówki...
Na Mazurach są dwa rodzaje marin: tanie i drogie. Tanie polegają na tym, że postój w nich kosztuje 7-10 zł, ale płaci się za wszystko dodatkowo. Za sikanie złotówkę, za skorzystanie z umywalki 2 zł, za prysznic - od 4 zł za 5 minut do 15 zł za czas nieograniczony. Oszczędni Polacy z zadowoleniem płacą zatem te 10 zł za łodkę (bogowie - przecież na tej łódce są średnio 4 osoby - takie stanie wychodzi ich po 2 czy 3 zł za postój!... piwo kosztuje więcej, zapewniam ;-p) i na tym kończą się dla nich opłaty. Za potrzebą latają w krzaczki (zatem w połowie sezonu w krzaczki bez kaloszy i maski przeciwgazowej wejść nie idzie), nie myją się wcale (więc pod koniec rejsu na łódce śmierdzi nieziemsko a smrodek przenosi się na keję) ale za to zaoszczędzili!... kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt złotych. Brawo.
Drugi rodzaj marin to te drogie. Płaci się tam za cumowanie jachtu - tyle samo mniej więcej, czyli około 10 zł. Ale płaci się też od osoby - po około 10 zł. I toalety są w cenie. Policzmy... 10 zł to na przykład 4 sikania i 3 x mycie zębów. Albo jeden prysznic. Albo 6 x sikanie i 2 x zęby... Wokół rozlegają się głosy: ale tu drogo!... A ja uważam, że luksusowo, bo tanio (więcej zapłacę, chcąc być porządna i czysta, w tanich marinach) i idąc się wysikać nie muszę pamiętać o obowiązkowej złotówce...
Odmienną sprawą jest czystość tych toalet. Przyznam szczerze, że jesteśmy BARDZO DALEKO w tyle za Chorwacją. Najczystsze toalety były w Kietlicach (tak trzymać! :) a cała reszta praktycznie może im tylko zazdrościć. Pomijam milczeniem toitojki stojące na kotwicowiskach, wiadomo, jaki to standard (aczkolwiek w Mamerkach gość opiekujący się miejscem sprzątał w nich regularnie...), ale na przykład w wielkim ośrodku w Kalu toalety były w fatalnym stanie... Generalnie: remontu dawno nie widziały, więc wszystko działa na słowo honoru, papieru toaletowego wiecznie brakuje, o ciepłej wodzie można pomarzyć, o dobrym oświetleniu też.
Ciekawa jestem, ile czasu musi upłynąć, żeby właściciele marin zrozumieli, że toalety to podstawa i że biorąc jedną opłatę za wszystko dbają bardziej o teren, bo jak już ktoś zapłacił za ten kibelek to będzie do niego chodził chociażby po to, żeby wykorzystać tą nadpłatę...:)


Trafiliśmy na koncert - grali Mechanicy Shanty, poszliśmy więc posłuchać. Było dość chłodno, zatem co jakiś czas przysuwaliśmy się do ogniska, w końcu wróciliśmy na łajbę, szybka kolacja, dziewczyny do śpiworków (albo do koi - bowiem tak właśnie brzmi dopełniacz liczby mnogiej rzeczownika koja...), panowie... No właśnie - panowie poszli "na chwilkę" umyć zęby a może wynieść śmieci albo w bogowie wiedzą jakim celu i wrócili po trzech piwach później. Oni co prawda twierdzą, że żadne trzy piwka nie wchodziły w grę, ale my wiemy swoje... Wilczy potem długo i zawile się tłumaczył, że słuchał Koryckiego razem z Żukowską i przy tej ostatniej dziwnie się jąkał i rumienił...;-p
Wypłynęliśmy w poniedziałek koło południa. Jako cel obraliśmy Kietlice, pamiętając pierogi sprzed pięciu lat i luksusowe na ówczesne czasy toalety. Pogoda popsuła się całkiem i zaczynało popadywać. Na razie delikatnie... Dopłynęliśmy do Kietlic, zacumowaliśmy rufą do kei (po śródziemnomorsku hehe), obok ktoś strasznie kombinował ale w końcu dali radę. Toalety faktycznie są - jak na mazurskie warunki niezłe, za darmo (w cenie cumowania) i z ciepłą wodą w określonych godzinach. Niedogodnością było podchodzenie pod górę, w błotku, potem w strugach spływającej wody. Błogosławiłam moment, w którym opatrzności ręka wsadziła mi do bagażu kalosze...:) Ci, co nie mieli kaloszy, mieli przemoczone buty - bardzo nieprzyjemna sprawa.
Wieczór spędziliśmy częściowo w tawernie, siedząc, pijąc, jedząc, słuchając EKT z głośników. Skorzystaliśmy też z pryszniców i to było naprawdę super :)
Całą noc padało.
Wtorek obudził nas deszczem i prognozami jeszcze gorszej pogody. Siostra Woodza, która pływała z nami, postanowiła wracać do domu. Na wypłynięcie nie mieliśmy szans, zostaliśmy zatem we czwórkę i pies i dzień spędziliśmy na łodce. Głównie graliśmy w pokera w kości, w karty, graliśmy też na gitarze, to znaczy chłopaki grali a my z Małą grzebałyśmy się w śpiewnikach wszelkiej maści, a miałyśmy się w czym grzebać, bo było ich chyba z 8 sztuk :) Humory jeszcze dopisywały, chociaż coraz częściej miały czarną barwę. Na wieczór znów wybraliśmy się do tawerny, przeschnąć trochę i wypić coś interesującego.
W tawernie powitał nas tłum ludzi z tych wszystkich jachtów na dole, wszystkie ściany i wieszaki zawieszone sztormiakami i innymi suszącymi się częściami garderoby. Rozpalający się kominek wzbudził nasze nadzieje, tym bardziej, że ulokowaliśmy się obok niego - wolnych stolików już nie było. Było za to kilka gitar i śpiewających mocno pijanych żeglarzy. Na jednym ze stolików odkryliśmy nasz SAPowy śpiewnik...:)
Grzane wino było cienkie strasznie, placki ziemniaczane za to były smaczne. Przeschliśmy trochę i poczuliśmy się o niebo lepiej.

Barry
"Na deku Barry wąchał wiatr, lunetę w łapie miał..." - tak śpiewaliśmy co jakiś czas, kiedy pies stawał w pozycji "tęsknię za lądem" i... wąchał wiatr :)
"Dziś odwiedziła mnie nostalgia" - śpiewałam psu co jakiś czas widząc jego stan pyska.
Poza tym Barry stanowił niezłą rozrywkę: raz obszczekał porządnie przepływającą obok zieloną bojkę (no i co z tego, że tak naprawdę to my przepływaliśmy obok niej a nie ona obok nas, z punktu widzenia psa to ona przepływała ;-p), raz obszczekał łabędzia, podrywał też wszystkie psy na okolicznych łódkach :)


W środę postanowiliśmy wreszcie wyjść z Kietlic. Plotki z dnia poprzedniego jakoś nas nie przeraziły strasznie, chociaż sprawiły, że byliśmy czujni. Nie chcieliśmy ani się wywrócić ani tym bardziej złamać masztu... Ale daliśmy radę! Przeskok był krótki - z Kietlic na Mamrach do Kalu na Święcajtach, był taki moment, że byliśmy jedynym jachtem na Mamrach...:) Telefoniczne ustalenia z Bartkiem, szefem Róży Wiatrów, spowodowały, że wieczorem udaliśmy się do niego na spacer i kawę :) Prócz kawy dostaliśmy cukier (bo nam się skończył a sierotki nie kupiliśmy...) i... słoik smalcu :)))
Czwartek przegonił nas do Mamerek. Ubrałyśmy się z Małą w kapoki, które chroniły od wiatru i było to bardzo miłe, bo jednak temperatura była nieprzyjemna i w dodatku oczywiście co chwila padał deszcz. Poszliśmy na wycieczkę do bunkrów, ucywilizowanych o tyle, że wydano mapkę z opisem poszczególnych budynków i cokolwiek oczyszczono owe, przynajmniej nie wszędzie śmierdziało. Komary miały z nas darmową wyżerkę, pobawiliśmy się krótkofalówkami, wieczór spędziliśmy jako konkurencja do dwóch ognisk z gitarami - na łajbie, też z gitarą, wyjąc własny repertuar. I tylko słuchaliśmy w przerwach: acha, po lewej śpiewają "Keję". Za 15 minut - po prawej śpiewają "Keję"...:)
W piątek powoli już wracaliśmy na południe. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Pięknej Górze, niopodal wędzarni - piękne rybki kusiły...:)
W sobotę przepłynęliśmy tylko kanał, zacumowaliśmy, posprzątaliśmy łódkę i już - koniec rejsu. Właściwie zeszliśmy z tessa chyba z ulgą, bo łodka zbyt wygodna nie była a pogoda tylko powodowała w nas agresję...

Powrót do cywilizacji

Po pożegnaniach pojechaliśmy na obiadek w postaci rybki a potem dalej w drogę - w końcu trzeba jeszcze zobaczyć kawałek Kanału Mazurskiego. Marzenia o cywilizacji spotęgowały się, pogoda wróciła do normy, czyli zaczęło świecić słońce, chociaż deszcz jeszcze kilka razy nas zaskakiwał. Nie wysiadaliśmy z auta bez parasolki :)))
Pojechaliśmy do Węgorzewa, czyli dalej na północ. Potem na zachód, pchaliśmy się do Kanału, udało nam się dotrzeć do śluzy Piaski, gdzie dzięki uprzejmości pani obsługującej śluzę, w większym towarzystwie turystycznym udało się wejść do środka i zobaczyć to wszystko, co mieści się wewnątrz. No fajne kółka i łańcuchy...:) Niestety, ciągle siąpiący deszcz uniemożliwił szaleństwo z aparatem.
Pojechaliśmy dalej, przez lasy, bajorka i bagienka (ach, ta rzęsa wodna i inne potworki!...) aż dojechaliśmy do kolejnego fragmentu Kanału Mazurskiego, całkowicie zarośniętego przez trzcinę. Aczkolwiek zdaje się, że tam gdzieś jeszcze nawet było trochę wody...
Czas poszukać noclegu, po pierwszej nieudanej próbie druga jest strzałem w dziesiątkę: pensjonat przed Węgorzewem, ślicznie urządzony na wiejski domek, pokój ze śniadaniem i - co najważniejsze: z łazienką!... Bierzemy bez zastanowienia, jedynym problemem okazuje się płatność, kart nie przyjmujemy... No to do miasta do bankomatu, przy okazji na kolację.
Bankomat wyje. A właściwie wyje jubiler tuż obok, własnych myśli nie słychać. Od ściany odchodzimy z ulgą. Kolację jemy w bardzo sympatycznej knajpie, obok przy stoliku jacyś Niemcy. Wracamy i wreszcie - wreszcie!... - robimy sobie dobrze, czyli wskakujemy pod prysznic. Ciepła woda, szampon i mydło sprawiają cuda, od razu nam lepiej, trochę jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi, idziemy spać. Telewizora nawet nie zaszczyciliśmy spojrzeniem (a podobno jest tam tv sat ;-p).
Poranek, śniadanko, płacimy i jedziemy. W końcu jeszcze conieco można obejrzeć no i Mikołajki czekają! :) Przez Przystań i Sztynort, potem dookoła Gołdapi, śluza Przerwanka. Coraz dalej na południe, do cywilizacji coraz bliżej, niestety, do pracy też. Docieramy do Mikołajek wczesnym popołudniem, impreza już się powoli rozkręca, Klub Peugeota w coraz większym gronie :) Rozstawiamy namiocik i dołączamy się do zabawy - tym razem nie ma żadnych os, utrudniających nam życie, za to jest rakietka na muchy - dotykasz nią muchę i po chwili brzęczenia i iskrzenia masz węgielek. Takie sprytne!...
Spacery po okolicy, żagle w słońcu, przygotowania do grilla, gra w piłkę, piwo, piwo, piwo...:)))) I część oficjalna, czyli kolejka z życzeniami :)
Poniedziałek obudził nas słońcem pięknym, no wiadomo - jak my wracamy do domu, to wraca piękna pogoda... echhh :( Krótki wypad nad ukryte w lesie jeziorko, kąpiel (to Wilczy) i brodzenie po kolanka (to ja), buziaczki, uściski i powrót do domu przez knajpkę z obiadem. Koniec wakacji...

Wyszperane w Sieci:

Giżycko: http://gizycko.pl/
Węgorzewo: http://wegorzewo.pl/
Bunkry w Mamerkach: http://www.mamerki.com/
E-Mazury: http://www.e-mazury.com.pl/
Dom nad Stawami - nasz nocleg w cywilizacji :) http://www.trygort.prv.pl/

Klub Peugeota: http://www.peugeot-klub.pl/
#żagle: http://zagle.szanty.art.pl/


psyche