Wielkie Jeziora Mazurskie, 1-3 sierpnia 2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Zdjęcia psyche
Zdjęcia Grubego

Piątkowy poranek

Piątkowe poranki z reguły nie należą do miłych, bo trzeba rano wstać. Tym razem dlatego, że jedziemy na Mazury, Mazury, Mazury... :-) Ze Wschodniej (znaczy: z najbardziej zaplutego dworca w Warszawie) odebraliśmy nieco bladego Lestata (brak krwi w organizmie? :-)) i ruszyliśmy na północ, oczywiście inną drogą niż normalnie, żeby nasza mapka nabyła nową niebieską kreskę. Nie zgubiliśmy się chyba ani razu po drodze, natomiast zgubiły się stacje z gazem i nie chciały się znaleźć (one zresztą i tak zawsze są po złej stronie drogi). Jakoś zaraz po wyjeździe z miasta poczuliśmy, że kiszki grają marsza i zaplanowaliśmy sobie obiad. Ale plany swoją drogą, a życie swoją i jakoś tak wyszło, że na posiłek stanęliśmy dopiero w Borowym. W knajpie, którą znam od lat i niewiele się w niej zmienia... Ale obiad był dobry :-) Do Giżycka dojechaliśmy z dwoma godzinami spóźnienia i duszą na ramieniu, czy nie sprzedali naszej łajby komuś innemu. Godzina załatwiania papierków, szukania toalety, parkingu, potem druga na pakowanie się na Tango 730 i zakupy i...

Muzeum techniki

Jakimś cudem łajba na wodzie się utrzymywała, znaczy bardzo przeciekać nie mogła. Ale to chyba była jej jedyna zaleta...
Jak weszliśmy na pokład, dał się zauważyć jakiś ruch. Przerażenie i tupotanie malusieńkich nóżek. Kto śmie zakłócać spokój pająkom??? Z bólem w sercu zaczęliśmy niszczyć pieczołowicie plecione od początku lata sieci, a było co robić - pajęczyny były niemal wszędzie. Łącznie z kojami :-) Nad tym, że łodka jest cała poodbijana, przeszliśmy do porządku dziennego. Nad tym, że właściwie brakuje krótkich sznurków, które nie wiem, jak się nazywają, ale przydają się, żeby coś na chwilę gdzieś przywiązać, też. Widać, że lata świetności ta sztuka miała dawno za sobą. Ale nawet odpalił silnik i podobno w butli był gaz... więc...
...potem okazało się, że z kuchenką jednak coś jest nie tak i mieszkamy na polu minowym. Objawy:
- jak się podpaliło gaz na którymkolwiek z palników kuchenki, to nie było stabilizacji płomienia. Skakał sobie od takiego, co to go prawie nie było, do takiego, który miał 25 cm wysokości, i zaczęłam obawiać się o sufit, w końcu łatwopalny... stabilizację osiągało się ręcznie, tzn. trzeba było go trzymać
- zakręcanie gazu kurkiem przy butli nie dawało żądanego skutku, tzn. można sobie było kręcić tym do woli w każdą możliwą stronę, a gaz i tak leciał, i tak
- gaz generalnie sie ulatniał jakoś, bo śmierdziało sobie co nieco...

Żagle staw!

No, może nie całkiem, bo jednak wypłynąć musieliśmy na silniczku :-) ale już... już na łódce... na wodzie!
Na Kisajnie wielki tłok. Biało od żagli. Lato czy co?... Łagodnie sobie pyrkając w stronę jakiegoś lądu, postawiliśmy żagle, wyłączyliśmy motorek i sięgnęliśmy do bakisty po chłodne (jeszcze) piwko. Rejs się rozpoczął! :-)

Rejs rozpoczął się w "Oazie" w Węgorzewie,
Na początku forsy wszyscy mieli w bród.
Jak na Mamry wyszlim - tego już nikt nie wie,
Północne powietrze zwaliło nas z nóg.

Wiej nas wietrze, hej,
Do znajomych miejsc.
Dziej się losie, dziej,
To mazurski rejs.


Ciepło. Słonecznie. Po miesiącach spędzonych przed komputerami wydaje nam się, że trafiliśmy do raju! Wiatr jest na tyle łaskawy, że nie musimy za dużo pracować na pokładzie, tylko leniwie sobie płyniemy do przodu. Jezioro Dargin. Po lewej mijamy Dobskie, nic głośno nie powiem, ale dla mnie i Wilczego to ważne miejsce bardzo jest :-) Ludki na innych obiektach pływających co jakiś czas machają łapkami. Chociaż prawdę mówiąc, jakbyśmy chcieli tak każdemu machać, to musielibyśmy chyba wiatrak postawić, bo czułam się jak przy Rondzie Zesłańców w samym środku remontu ;-p (tzn. w gigantycznym korku). Rozglądamy się za miejscem na nocleg. Ale jakoś tak - wszędzie tłok!...

O potrzebach słów kilka

Wilczy podejmuje decyzję, że płyniemy do Sztynortu. Więc zrzucamy żagle i wpływamy na jeziorko Sztynorckie. Na silniczku dopływamy do kei, po gorączkowym rzucaniu okiem tu i tam decydujemy: ta jest dobra! Cumujemy, nawet ładnie za pierwszym razem nam się udaje, miły pan z łódki obok łapie cumę i generalnie jest przyjaźnie nastawiony do świata. Klar na pokładzie. Z kei widać budyneczek z sanitariatami całkiem blisko, ucieszyłam się bardzo i pobiegłam tam czym prędzej. Zatrzymał mnie napis na drzwiach: toaleta płatna 1 zł. Umywalnia płatna 3 zł. COOOO???.... Nic to, mądrzy ludzie żyją w brudzie, pomyślałam sobie i poleciałam na łajbę po kasę. Wróciłam już bardziej nerwowym krokiem i... okazało się, że toaleta jest nieczynna. Zamknięta... Zdenerwowało mnie to niezmiernie i potrzebę załatwiłam w niedalekich zaroślach. Noż biorą kasę za keję taką, że port na Majorce by się nie powstydził, a kible mają zamknięte??? (tak po prawdzie, to na Majorce też były zamknięte...)
Wilczy dostał do łapek gitarę i zaczął narzekać.
- Ciągle tylko grać i grać, nie chce mi się, a w ogóle to ja nic nie umiem! I piwa bym się napił...
W tak zwanym międzyczasie coś tam pobrzdąkał, trochę poczułam się usatysfakcjonowana (ale tylko trochę) i poszliśmy na podbój Zęzy.

Wtedy przysięgliśmy: "Nigdy, w żadnym porcie
Już nie damy bydła - w tym żeglarstwa sens!".
Aż dopłynęliśmy, gdzie w pięknym Sztynorcie
Królowała Gosia w najpiękniejszej z "Zęz".

Jak nie dostałam stringów :-)

W samej Zęzie to było jakoś pustawo, ale za to przed nią... Dawno mnie tam nie było :-) Dzikie tłumy. Wielkie ławy i stoły, zapchane żeglarzami i pochodnymi. Jacyś goście z gitarkami. Coś nawet brzdąkają. Przysiedliśmy się do kogoś, napiliśmy piwka, powrzeszczeliśmy do "muzyki"... i przyszedł koleś, reklamujący jakąś wódkę. Może Bolsa? W każdym razie mówił coś o drinku, który należy zamówić, aby otrzymać stringi (to taka część bielizny). No piękne były, ale jak się już zdecydowałam (po tych trzech piwach...), to tego gościa gdzieś wymiotło i niestety, nie mam się teraz w co ubrać... :-)
Po kolejnym piwku powędrowaliśmy na łódkę spać. W końcu w sobotę mieliśmy rano wstać ze względu na powiększającą się nam załogę :-)

Takiej załogi każdemu życzyć :-)

Załoga przyjechała o czasie (no dobra, spóźnili się z pół godziny, akurat wparowali na śniadanie, wyczuli czy jak?...), zaopatrzona świetnie (lodówka turystyczna pełna piwa!... mądrzy ludzie!) i z dobrymi humorami. Poranek upłynął w miłej atmosferze na śniadanku, ratowaniu wszelkich zwierzątek okolicznych (patrz dziecko z łajby obok), obserwowaniu paranoi życiowych (godziny otwarcia toalety jakieś nienormalne, składające się głównie z przerw!), próbach naprawianiu kuchenki przy pomocy Wilczego oraz stosu narzędzi przyjaznego pana z łódki obok, aż w końcu wypłynęliśmy. Kierunek - Dobskie! Lenistwo totalne. Słońce piecze. Wilczy steruje. Psyche wypatruje mielizn (co pół godziny regularne pytanie: a może tu jest jakaś mielizna?... kwitowane pukaniem się w czoło współzałogi). Lestat podpiera maszt. Gruby robi zdjęcia. Antenka rozpracowuje poszczególne elementy jachtu (nie, chyba nic nie wzięła sobie na pamiątkę...). A może byśmy się tak wykąpali?.... Genialny pomysł! Postanowiliśmy gdzieś zacumować. "Gdzieś" okazało się być przesmykiem między dwoma jakimiś, bliżej mi nie znanymi, lądami. Dzielnie wyskoczyłam z łódki, nie łamiąc sobie nic dziwnym trafem, zacumowaliśmy do spróchniałego drzewa i wskoczyliśmy do wody. Ale fajnie!!!
Przy tej okazji odwaliliśmy też zmywanie po wczorajszym "pieczeniu" kiełbasek na rozklekotanej kuchence. Okazało się, że jednak piasek w połączeniu z szamponem daje niezłe rezultaty i udało się doszorować jakoś garnek. No to płyniemy dalej!

Obsesja mielizny

Wyspa Kormoranów jest obowiązkowym punktem wycieczki po Dobskim. Ptaszyska hałaśliwe są strasznie, ale ponoć mają tam swoją oazę spokoju, więc widocznie tak lubią. Sesja zdjęciowa została odwalona, potrzeby kulturalne również, płyniemy zatem, rozglądając się już powoli za noclegiem. Wypatrzyliśmy śliczne miejsce przy brzegu porośniętym lasem, obok tylko jeden jacht, szybka decyzja: płyniemy tam!
Podnieśliśmy miecz. Ulokowałam się na dziobie. Patrzyłam sobie, żeby w nic nie uderzyć, bo przecież wszędzie mogą być jakieś kamienie i coś. I nagle się zaniepokoiłam:
- Ale słuchajcie, tu jest płytko!!!
- Jak to płytko? - zainteresował się Wilczy.
- No ja wiem, tak ze 40 centymetrów.
- E, to płyniemy.
- Ale tam dalej jest jeszcze płycej!!!! Tu jest mielizna!
- Jakoś dopłyniemy.
No pewnie, że jakoś, ale trzeba będzie tę łódkę potem wyciągać z mielizny! Zaniepokojona dusza nie chciała się zamknąć. Nie wiem dlaczego, ale przed oczami stała mi łódka Woodza sprzed lat kilku, która właśnie osiadła na mieliźnie. Jakoś nie podobał mi się ten widok.
- W prawo! W prawo, bo tam trochę głębiej! 30 centymetrów! - komenderowałam z dzioba. Wilczy udawał, że się mnie słucha, po czym oznajmił:
- Podejdziemy rufą.
Rufą??? Oni tu chcą jeszcze zawracać???? Przecież tu jest mielizna!!!! Moja dusza się szarpała. No jak tak można, raptem ze 20 centymetrów zostało do dna, a oni będą tutaj manewry uskuteczniać, w dodatku pod żaglami!!! A poza tym tu coś rośnie i nie widać dna!
Ogarnął mnie bunt. Zrezygnowałam z ostrzegania przed zdradliwą mielizną i obserwowałam wydarzenia.
Wilczy łagodnie wykręcił i delikatnie podszedł pod sam brzeg bez żadnego problemu. Potem jeszcze tylko podciągnął łódkę, żeby dało się wyjść na ląd suchą nogą. Mielizna jakoś wyparowała. Te Tanga mają naprawdę minimalne zanurzenie...;-p

Wirtuoz Wilczy

Wycieczka zeszła na ląd i rozproszyła się w celach ulżenia sobie po lasku. Taaa.... Widać, że to środek sezonu. I że wiele jachtów tu cumowało. A gdyby tak postawić latrynę?...
Zorganizowaliśmy jakąś kolację, przy której obsiadło nas stadko sępów. Po prawdzie to nie były sępy, tylko kaczki i nie stadko, tylko 3 sztuki, potem przypłynęła czwarta. Najdały się (pół chleba poszło...), potem odwaliły toaletę (fajnie to wyglądało, jak sobie piórka czyściły dziobem), a potem... zaczęły szykować się do snu!!! Jak słowo daję, byliśmy zaszokowani - kaczki usiadły sobie w płytkiej wodzie i powoli chowały dzioby pod skrzydła. Pilnowały nas czy jak???...
I znów Wilczy dostał gitarkę. Tym razem odwalił porządny koncert, chociaż tradycyjnie usiłował grać po jednej zwrotce i refrenie i już. Łódka obok zorganizowała sobie grilla, na co parzyłam z lekką tęsknotą. W pewnym momencie od grilla przywiało nam zaproszenie głosem męskim wypowiedziane, na co odkrzyknęliśmy, że dziękujemy bardzo, ale jakoś nie poszliśmy. Zdaje się, że spodobało im się granie, bo potem zrobili sobie minikoncert życzeń, ale Wilczy stwierdził, że tego nie umie grać i poszliśmy w końcu spać. A podobno coś grzmiało i błyskało (Wilczy tak twierdzi, ale on też pił piwo, więc może grzmiało mu w gardle?...).

Odpływamy


Ech, "Almatur", "Skarpa", AZS-u ludzie,
Piwo przy ognisku, śpiew, gitary dźwięk...
W bolesny poranek słońcem nas obudził
Ostatnich w kieszeniach kilku monet brzęk.


Nastał ranek - ostatni dzień rejsu. Gruby stwierdzil, że on to się obudził już wcześniej i wcale nie potrzebował żadnego budzika, ale ja mu jakoś nie wierzę. Antenka spała w hundce, wystawała jej tylko głowa, ale powiedziała, że było fajnie :-) Szybkie śniadanko, toaleta poranna, sępy kacze pilnujące naszej łódki zostały zaspokojone resztką chleba i płyniemy, bo na 12 powinniśmy oddać łódkę. W Giżycku. A tu flauta... Silniczka używać nie można na Dobskim. Pagaje na chwilę się przydały, ale kto by chciał nimi tak machać i machać. Gorące słońce grzeje w karczycha. Ach, żeby się tak ochłodzić... Płynęliśmy tak wolno mimo postawionych na maxa żagli, że spokojnie mieliśmy możliwość wskoczenia do wody i płynięcia obok jachtu. Z czego też skwapliwie natychmiast skorzystaliśmy...:)

Wypadek z wiadrem

Myjemy pokład, bo uświniony jest jak się masz po tym cumowaniu w lesie. Skomplikowana czynność to to nie jest, nabiera się wody do wiadra, trzymając je za sznurek, polewa się pokład wodą i szoruje szczotką. Zajęłam się tym z przyjemnością, zaczynając od dziobu. Zdaje się, że miałam za dużo energii. Wszyscy siedzieli albo leżeli leniwie na pokładzie, za żadne sznurki ciągnąć nie trzeba było, bo wiatru niet, tylko mnie nosiło. Już nie wygłupiałam się z szukaniem mielizny... Skończyłam z dziobem i musiałam przegonić załogę, bo zabrałam się za kokpit. No właśnie, dlaczego nikt nie zrobił mi zdjęcia jak tak ciężko pracowałam??? :-)))) Umyłam kokpit, polewając obficie Wilczemu nogi, wszystko schło w gigantycznym tempie. Skończyłam i znów nie miałam co robić. Za jakiś czas postanowiłam, że ochłodzę trochę pokład, bo był tak gorący, że chodzić się po nim nie dało. No i co z tego, że należy chodzić po pokładzie w butach???... Wzięłam zatem wysłużone wiaderko w jedną rękę, sznurek w drugą i... wrzuciłam wszystko do wody. Zareagowałam prawidłowo:
- Misiu!!! Utopiłam wiaderko!...
Miś się poderwał, popatrzył i nerwowo oznajmił:
- Nie, nie utopi się...
Po czym skoczył do wody ratować wiaderko. Lestat natychmiast zarządził zwrot i podejście do człowieka. Gruby luzował foka, Antenka wybierała, ja stałam na rufie i załamywałam ręce. Coś się działo :-) Nie żebym specjalnie to wiaderko wyrzuciła, ale gdybym wiedziała, że spowoduje to takie poruszenie, to bym wyrzuciła je wcześniej... :-) Podejście do człowieka wyszło nam (a właściwie im) podręcznikowo, Wilczy wdrapał się na pokład niczym bohater z wiaderkiem, wszystko szczęśliwie się skończyło...
I znów zapadło lenistwo...

Słońce uderza do głowy

Na deser był ananas w puszce i jakieś inne owoce. Dopijaliśmy resztki ciepłego piwa. Organizm domagał się ochłodzenia. Pytanie: "kiedy się wykąpiemy?" utknęło mi w gardle pod spojrzeniem Wilczego. Ustalilismy przecież, że w przesmyku między dwoma jeziorami, nie?...
Antenka zapytała niewinnie:
- A dokąd płyniemy?
- Tam - wskazali jednocześnie Lestat i Wilczy. Wszystko byłoby ok, ale wskazali kierunek tak gdzieś 90 stopni na prawo od aktualnego kursu.
- Aha - odpowiedziała Antenka. Ja westchnęłam. Gruby chrząknął. I jak tu twierdzić, że żeglarze są całkiem normalnymi ludźmi???
Powoli pojawiał się jakiś malusieńki wiaterek, który pozwalał płynąć odrobinę szybciej. W dodatku się odkręcał, dzięki czemu to "tam" Wilczego i Lestata zaczynało nabierać jakiegoś sensu. Wychodząc z Dobskiego, jeszcze wpadliśmy na chwilę do wody i ochłodzeni ruszyliśmy już na silniku do Giżycka.

Finisz

Dopłynęliśmy, wypakowaliśmy się z łódki, jeszcze tylko porządki na pokładzie, czyszczenie, pakowanie się i zaczęliśmy się rozliczać. Główna księgowa psyche chyba nawet nie rąbnęła się w niczym za bardzo, chociaż do tej pory dziwię się, że nie odebrali mi tej funkcji. Ja na ich miejscu sprawdziłabym wszystko po mnie piętnaście razy... :-)
Okazało się, że Wilczemu wsiąkł świstek na samochód. Po gorączkowych poszukiwaniach stwiedziliśmy, że pójdzie udowadniać bez świstka, że astra jest jego. Udało mu się, bo całkiem niedługo podjechał po nas, zapakowaliśmy się (łącznie z pustą już lodówką....) i pojechaliśmy do Sztynortu, gdzie swojego Kaowca zostawili Antenka i Gruby. Droga była dziurawa wielce, na pierwsze dźwięki Manu Chao Lestat stwierdził: O rany, znów to ćwierkanie, dojechaliśmy do Sztynortu, przepakowaliśmy się i pojechaliśmy na obiad. Do knajpy w Kętrzynie (mieście składającym się z samych rond) zaprowadziła nas nasza załoga Kaowcem. Usiedliśmy sobie przy stolikach na zewnątrz, dorwaliśmy się, wygłodniali bardzo, do pizzy i innych sałatek oraz coli i nagle okazało się, że mamy porządną konkurencję w postaci kilku os, latających nerwowym lotem pomiędzy naszym jedzeniem. Niektóre topiły się w napojach, inne pchały się do sałatek.. No co za utrapienie! Całą energię traciliśmy na odpędzanie tałatajstwa. Obiad upłynął w miłej i przyjemnej atmosferze...
Czas wracać. Umówiliśmy się, że będziemy się ostrzegać przed patrolami i w związku z tym co jakiś czas radośnie brzęczały telefony:
- Właśnie wyjechaliśmy z miasta. Stoją tu i tu. Można ich poznać po tym, że właśnie przejeżdża obok nich traktor...
Potem trafiliśmy tylko na jakieś średniej wielkości korki i już - home, sweet home...:-)

Efekty

Nabraliśmy koloru buraczkowego. Okazało się, że to słońce to nie tylko świeci, ale również opala i to nieźle. Kilka dni po rejsie wymienialiśmy się uwagami typu:
- Schodzi ci już?
- Nie, ale będzie...
- Mnie już schodzi... na plecach...
- A smarujesz się?
- Pewnie, już pół bepanthenu wypsikałam!...
Generalnie ze skóry obleźliśmy wszyscy, tylko w różnym stopniu i powoli wracamy do swoich normalnych barw (wojennych...) :-)

Dodaj komentarz      Zobacz komentarze

psyche, 21 sierpnia 2003 r.