Rowerem przez Mazury, Działdowo - Maróz, 11-12.08.2012 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Rowerowe Mazury

Pod wiatr i pod górkę

Rowery były planowane od początku wakacji, a nawet jeszcze trochę wcześniej. Tylko ciągle się coś nie składało. A to pogoda nie taka, a to inne plany... i w końcu nadszedł ten weekend, kiedy zdesperowani wsiedliśmy na rowery :) Oczywiście po pobudce o jakiejś nieistniejącej godzinie...
Stacja Warszawa Praga. Żadnych udogodnień dla rowerów czy wózków (chyba jest winda, ale nie jestem do końca pewna ;). Pociąg Kolei Mazowieckich, kierunek: Działdowo. Nowa jednostka z wagonem do przewozu rowerów. W wejściu - już dwa rowery stoją, pchamy się i my, w końcu to jedyne dla nas miejsce. Pod wieszakami na rowery siedzą ludzie, więc i tak nie możemy ich tam powiesić. Wieszaki zresztą i tak są tylko trzy, tymczasem na kolejnej stacji dosiadają się kolejne rowery. Powoli przejście między dwiema częściami wagonu robi się torem przeszkód. W końcówce wagonu panowie pilnie korzystali z puszek z piwem, więc nadszedł czas wycieczek do toalety i nagle okazało się, że mamy pociąg pełen małp - chodzili niemal po suficie :)
Po jakimś czasie w pociągu się rozluźnia. Za oknem czasem jest mokro, bardzo nam się to nie podoba, ale nie tracimy humorów. Pożeramy ciastka i dojeżdżamy wreszcie do Działdowa...

Nasza trasa z pierwszego dnia wycieczki:


Trasa rowerowa 1759983 - powered by Bikemap 

Najpierw jedziemy ulicą Jagiełły, pełną zabytkowych budynków, oglądamy je z siodełka, docieramy do rynku i znajdujemy tam knajpkę ze stolikami na zewnątrz. Super - idealne miejsce na kawę, Wilczy zaczyna ciepło myśleć o kebabie, zostajemy. Jest 10:15, knajpa czynna od 10, naciskam klamkę... zamknięte. Do drzwi co i rusz dobijają się kolejni goście, nic z tego, drzwi zamknięte na głucho i już. Zdesperowani wyciągamy bułę z masełkiem czosnkowym i się posilamy, mając nadzieję, że knajpę otworzą. Otworzyli... żeby wynieść misę pełną pomyj i zanieść ją do bramy obok (?!?). Nie to nie, knajpa powinna być otwarta już co najmniej od pół godziny, wsiadamy na rowery i jedziemy obejrzeć Wieżę Bismarcka do Malinowa. Na drodze wyjazdowej z miasta jest kawałek ścieżki rowerowej. W Malinowie skręcamy w prawo i droga nam się kończy pod budynkiem szkoły. Dalej są gruzy i wściekle zarośnięty las... I żadnej wieży.
- No tak. Tej poprzedniej, na Dzikim Zachodzie, też nie mogliśmy znaleźć...
Rozglądamy się, szukając jakiegoś znaku, wskazówki...
- Bo to jest sadzawka Bismarcka - mówi Wilczy, pokazując na bajorko.
Prycham z obrzydzeniem. Wieży oczywiście nie ma. Potem okazało się, że była - z drugiej strony drogi, w lesie. Tradycyjnie schowana tak, żebyśmy jej znaleźć nie mogli...
Nie ma wieży, wracamy na szlak, czyli do Działdowa. Przejeżdżamy przez drogę numer 545 i zaraz skręcamy w stronę Kolgartowa. Tu najpierw natykamy się na drzewo z dziuplą w kształcie serca, potem na... płot. Droga jest zagrodzona, dookoła stoją jakieś zakłady i koniec trasy. Ani w lewo, ani w prawo - objechać się nie da, chyba, że po jakichś koszmarnych chaszczach, a tego nie chcemy robić z obciążonymi sakwami rowerami. Rozglądamy się bezradnie, na mapie droga tędy jest przejezdna, ale najwyraźniej mapa kłamie. Zawracamy i jedziemy do kolejnego skrętu w lewo z szosy...
Mijamy tory kolejowe i sprawdzamy, jak działają nasze liczniki. Czy kilometry licznikowe są równoważne kilometrom na szosie? No, mniej więcej :)))
Kolejny postój jest przy rzeczce, uroczo tu, ale jedziemy dalej. Dojeżdżamy do następnej rzeczki z bardzo dziwnymi roślinami wokół. Żadne z nas się oczywiście na roślinach nie zna, więc nie mamy pojęcia, co to jest, ale wygląda niesamowicie.

Zaraz potem trafiamy na resztki cmentarzyka z jednym kamieniem nagrobnym, z którego da się coś odczytać. "Hauptman Bernh Kautz", zmarły 10.10.1914 r. Widać, że ktoś odnowił grób i postarał się ogarnąć okolicę, ale potem ktoś inny postąpił wręcz przeciwnie - okolica jest jednak pełna zniszczonych nagrobków, poprzewracanych płyt.
Na drugi cmentarz trafiamy kilka kilometrów dalej, też jest w lesie przy drodze, opodal wioski. I też są groby z 1914 roku. Tym razem nieznanych rosyjskich żołnierzy. Ale obok jest sporo grobów nowszych, miejsce ewidentnie wykorzystywane jako cmentarz na bieżąco, chociaż grobów mało i w latach mocno rozstrzelone.
Wiatr w pysk doskwiera coraz mocniej. Niby się przyzwyczaiłam, ale pedałuje się coraz trudniej. Połowa trasy za nami, przed nami Rączki i dojazd do "siódemki", którą trzeba przeciąć i dalej ruszyć po drugiej stronie. Ale najpierw - Orlen i bar, w którym negocjuję z panią wstawienie dwóch rowerów na czas obiadu. Pani trochę się waha, obiecuję, że nie będziemy nikomu przeszkadzać i zamawiamy po schabowym. W barze gorąco, na zewnątrz - wichura. Ale obiad stawia nas na nogi, jeszcze toaleta i picie, i ruszamy dalej. Tylko którędy?... Siódemka rozkopana, budują tu trasę ekspresową, przejechać na wprost się nie da, zresztą po tamtej stronie jakoś nie widać drogi... Stary kawałek asfaltu zostawiony samopas z zakazem ruchu... To jedziemy!
Pod wiatr i pod górkę.
Tylko wizja domku z prysznicem pchała mnie dalej. No naprawdę... Zatrzymujemy się na chwilę gdzieś na środku starej "siódemki", robimy zdjęcia, przyglądamy się bilboardom straszącym przy pustej, zamkniętej szosie. Główna nitka trasy ekspresowej jest pociągnięta trochę bardziej na wschód. Ruszamy dalej, mój rower leży, więc mamroczę, schylając się po niego:
- Podniosę sobie kompa... - i oboje zaczynamy się śmiać. Tak, kompa...;p
We Frąknowie napotykamy Sklep u Zuzi. Patrzę podejrzliwie na Zuzę, siedzącą na mojej przedniej torbie. Nic nie mówiła, że biznes prowadzi!...;p
Zaraz potem też kończy nam się stara szosa. Jakimś na wpół zbudowanym wiaduktem przedostajemy się na drugą stronę przyszłej trasy ekspresowej. Tu - wbrew podejrzeniom - nie utykamy w piachu, tylko dostajemy się na bardzo starą, niemal asfaltową drogę, biegnącą pałąkami wzdłuż drogi głównej. Teren obok wygląda, jakby toczyły się tu kiedyś działania wojenne. Niewątpliwie znaleźlibyśmy jakieś ślady po bunkrach, jak byśmy głębiej poszukali... ale droga się skończyła i wylądowaliśmy na budowanej drodze serwisowej, biegnącej obok budowanej ekspresówki. Dobrze, że nie piach, byłoby ciężko... Tym sposobem dojechaliśmy do drogi w bok, w stronę Witramowa. Uff, wreszcie mogliśmy opuścić głośną "siódemkę" i trafić na zaplanowaną trasę.
W Witramowie odwiedzam sklep i wychodzę bogatsza o ciastka, pozostawiając Wilczego biedniejszego o 3 złote. Nawiązujemy kontakt z miejscową ludnością, miejscową fauną i jedziemy dalej. Droga do Waplewa jest drogą polną, ale nie poddajemy się. Nawet górki ani jeziora w dołkach nas nie zawracają z drogi. Coraz bliżej do noclegu!...
W Waplewie wyjeżdżamy właściwie w centrum wsi. Stoi tu tablica informacyjna, wielki głaz z tablicą oraz rośnie częściowo ogrodzony dąb. A na tablicy przymocowanej do głazu stoi, że to "Dąb Pamięci, posadzony w Waplewie 2 maja 2010 r. ku czci Ofiar Katastrofy Lotniczej pod Smoleńskiem". Tak, tak, to nie jest pomyłka!... Czytałam tę tablicę kilka razy, żeby się upewnić, czy dobrze widzę!...
Odjechaliśmy stamtąd w popłochu, żeby na nas nie przelazło. Do końca trasy mieliśmy już rzut beretem, więc i jechało się raźniej. Przed nami jeszcze przejazd kolejowy ze stacją, o której zaczynałam ciepło myśleć, jakiś fajny zjazd i wredny podjazd i wreszcie zobaczyliśmy tablicę "Maróz" :) No to już prawie jak w domu...
Jechaliśmy powolutku i rozglądaliśmy się. Minęliśmy po prawej drogę pod górę. Zignorowałam ją stanowczo, dość mam "podgórek" i wymamrotałam:
- Nie mam pojęcia, gdzie ten ośrodek może być...
- No ciekawe, gdzie może być - powiedział radośnie Wilczy.
- No właśnie o tym mówię...
- Spójrz w lewo...
No tak :) Dokładnie naprzeciwko owej drogi zaczynał się teren naszego ośrodka. Wjechaliśmy, wtaszczyliśmy rowery na taras przed budynkiem głównym i poszłam szukać kelnerów, którzy mieli mi wydać klucze do domku. Pan kelner akurat sprzątał wielki stół, ale był bardzo miły i klucze mi przekazał. Za pieniądze :) Oraz pokazał mi nasz stolik na śniadanie. Przy okazji dowiedziałam się, że właściwie to już nie zorganizuję tu sobie nic do jedzenia, no chyba, że w ośrodku wojskowym. Aha.
No dobrze, przetaszczyliśmy się do domku "Brzoza". Nieduży, drewniany domek stał sobie w ostatniej linii tuż przed chaszczami, nie docierał tu gwar młodzieży ani żadne hałasy sprzed budynku głównego. Urządziliśmy się w ciągu kilku minut, pożarliśmy resztkę zapasów, wyciągnęliśmy flaszki i poszliśmy zwiedzać. Najpierw nad jezioro...
Jezioro Maróz jest mocno rozczłonkowane, a Maróz leży nad jedną z jego południowych odnóg. Dlatego jezioro wygląda tu na znacznie mniejsze, niż w rzeczywistości jest :) Sama miejscowość to właściwie tylko dwa ośrodki wypoczynkowe - nasza Syrenka i drugi ośrodek, wojskowy. Stoi tu jeszcze kilka prywatnych domków, ale to wszystko.
Droga na pomost była zagrodzona metalowym ogrodzeniem, zamkniętym na kłódkę. Do pomostu były przycumowane rowerki wodne. Wszystko ładne, kolorowe, w doskonałym stanie i zamknięte. Pogapiliśmy się w wodę chwilę i poszliśmy w drugą stronę - w tę drogę pod górkę. Wiodła obok drugiego ośrodka w Marózie i dowiodła nas do jedynego sklepiku, który jednocześnie robił za mini-bar piwny. To znaczy przed sklepem stały 3 ławy ze stołami. Skusiliśmy się więc na Somersby i dogorywając po ciężkim dniu sączyliśmy je sobie powolutku, obserwując życie lokalne. Najwyraźniej nic więcej nie jest tu potrzebne, bo wszyscy tymczasowi mieszkańcy mają zapewnione wyżywienie w ośrodku, a flaszki własne, a miejscowych jest na tyle mało, że porządna knajpa nie miałaby się z czego utrzymać.
Nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do domku, spróbować go nagrzać własnymi oddechami, wziąć gorący prysznic i pójść spać :)
Pod kołdrą było na tyle przyjemnie, że jak zadzwoniły budziki następnego dnia, to czubek nosa, wystawiony na zewnątrz, zdrętwiał z zimna. Ale jeśli chcieliśmy zjeść śniadanie, to nie mieliśmy wyjścia - trzeba było wstać.
Na drzwiach od stołówki wisiała kartka z rozpiską, kto kiedy przychodzi na śniadanie. Prywatni goście mieli stawić się na śniadanie o 8, kolejne grupy w odstępach 15-minutowych.
- 15 minut na śniadanie? - oburzył się Wilczy.
- E, nie, to pewnie po to, żeby kuchnia się wyrobiła...
Z grup wyszczególnionych na drzwiach rzuciła mi się w oczy "Pirania Targówek". Poczułam więź - taki lokalny patriotyzm...;)
Na śniadanie dostaliśmy talerz z bliżej nieokreśloną breją - parówki w sosie? Do tego były serki, wędlina, herbata, kawa i koszyk z pieczywem. Co prawda liczyliśmy na jajecznicę, ale nie szkodzi. Pożarliśmy wszystko, co dostaliśmy, przy okazji odkrywając kartkę rezerwacyjną, gdzie były szczegóły rezerwacji - w sensie ile posiłków dla ilu osób na kiedy oraz... uwagi kelnerów. Rozbawiło mnie to maksymalnie, ale Wilczy to jeszcze dodatkowo skomentował:
- Klient siorbie.
Prychnęłam serkiem ;)
Nie mając już miejsca na kolejne dwie kanapki, na ostatnią położyłam sobie całą przysługującą mi wędlinę i ser oraz ostatni plasterek pomidora. Piramidka ledwo mieściła mi się w paszczy, ale przecież nie zostawię jedzenia :)
Spakowaliśmy się leniwie, ogarnęliśmy chatę i siebie, i całkiem zgodnie podjechaliśmy na stację kolejową w Waplewie. Po drodze były jagodziny, przy których się zatrzymałam, przyglądając się z ciekawością, czy gdzieś nie zostały jakieś jagódki.
- Już za późno na jagody - stwierdził złośliwie Wilczy. - Sierpień już jest!...
Popatrzyłam na niego ze wstrętem, ale istotnie, jagód nie znalazłam...
Zatrzymaliśmy się na mocno zrujnowanym, drugim peronie. Zarośnięte wszystko dookoła, przyroda wzięła górę nad cywilizacją. Spędziliśmy uroczą godzinkę, plącząc się po resztkach dodatkowych torów, między choinkami, podpatrując wszelkiej maści robale. Moją uwagę przykuła pewna ważka, jakaś inna niż wszystkie, postanowiłam ją uwiecznić. Musiałam się do tego celu położyć i podpełznąć do niej, co Wilczego bardzo ucieszyło i zrobił mi zdjęcie, jak się płaszczę na betonie...;p
Szwendaliśmy się między choinkami, torami, pajęczynami i w ogóle życiem leśnym, robiąc mnóstwo zdjęć i napawając się tym, że nie musimy nigdzie pedałować. W końcu powędrowaliśmy na właściwy peron, bo niebawem miał przyjechać nasz pociąg. Stanęliśmy bliżej przodu i pociąg faktycznie przyjechał. Zatrzymał się sporo za nami, więc chwyciliśmy rowery i lecimy do niego, kiedy nagle usłyszeliśmy gwizd. Pan konduktor dawał sygnał do odjazdu.
- Jeszcze my, jeszcze my!... - wrzasnęłam co sił w płucach, bo jak nas tu zostawią, to już mogiła. Pan wyjrzał zza drzwi i zaczął się śmiać. - Bo ja do tyłu patrzyłem!...
Zapakowaliśmy się do pociągu, do pierwszego przedziału dla podróżnych z dużymi bagażami, kupiliśmy bilet u pana i znów zapadliśmy w letarg.
W Działdowie wysiedliśmy i najpierw poszliśmy na kawę do pierwszego sklepiku na naprawdę porządnie zrobionym dworcu kolejowym (do kawy ciastko ;), potem po gazetkę do drugiego sklepiku, a potem wleźliśmy na rowery i pojechaliśmy jeszcze raz na ulicę Jagiełły, pooglądać te wszystkie ładne budyneczki i porobić zdjęcia. Zwiedziliśmy okolicę, wróciliśmy na dworzec, ustabilizowaliśmy się na trzecim peronie, nie mając pewności na który podjedzie pociąg i trafiliśmy bez pudła :) Było pusto, powiesiliśmy więc rowery na haczykach i usiedliśmy sobie naprzeciwko. Do naszych dopięły się jeszcze dwa rowery. Kiedy pociąg ruszył, okazało się, że drzwi do kibla się nie zamykają... Bo poszłam skorzystać. Zamknęłam się jak trzeba, po czym biegałam po pomieszczeniu z gołym tyłkiem, łapiąc za odjeżdżające drzwi... Wilczy musiał trzymać z zewnątrz...;) Zestresowałam się tylko niepotrzebnie.
- Bo ten kibel nie ma nic do ukrycia - stwierdził Wilczy, jak wyszłam.
- Ta, integruje się...
- Ekshibicjonista!
Na jakiejś kolejnej stacji wsiadł gość z wiaderkiem pełnym jagód. Odprowadziliśmy go głodnym wzrokiem.
- Co ty mówiłeś? Co mówiłeś?!?... - zwróciłam się z cichą awanturą do Wilczego. Przecież mówił, że nie ma już jagód!...
- Idź, poderwij pana i przynieś mi jagody - rozporządził...
Droga do Warszawy upłynęła nam w miłym towarzystwie coraz większej ilości rowerów i ludzi. Z niektórymi pasażerami niemal zawarliśmy przyjaźnie...;) Trochę przed stacją Zoo zaczęliśmy robić ruchy, żeby udało się wysiąść, bo nasze rowery oczywiście były mocno zastawione i nie do ruszenia. Ale wspólnymi siłami udało się wszystko ogarnąć i wysiąść we właściwym miejscu :) Potem pojechaliśmy ścieżką rowerową, która miejscami pozostawia wiele do życzenia, w stronę dworca, gdzie pozbyłam się Wilczego i mogłam wrócić do domu. Najkrótszą możliwą trasą...;)

Wyszperane w sieci:

Koleje Mazowieckie
Wieża Bismarcka
Ośrodek Syrenka - tu nocowaliśmy


psyche