Manewrówka, Górki Zachodnie, 11-14.10.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki psyche

Czwartek, czyli sroka w Kutnie

Na pociąg zdążyłam. Uciekłszy z pracy 40 minut wcześniej, dotarłam na Centralny objuczona plecakiem z kaloszami i innymi ważnymi rzeczami i zapakowałam się w pociąg. Po przeanalizowaniu trasy wyszło mi, że powinnam spotkać się z chłopakami w... Kutnie... Kapitańcio Piotrek jechał z Wrocławia do Łodzi, Bosman jechał z Gliwic do Łodzi, Wilczy znikąd do Łodzi nie jechał, bo już tam był. I tylko mnie do Łodzi jechać nie pasowało, bo opóźniłabym wyjazd, który i tak był wieczorową porą. Tym sposobem o 19.28 zjawiłam się na dworcu kolejowym na końcu świata...
Nawet nie czekałam na nich długo, dotarli po kilku minutach i scenę radosnego powitania zakłócił tylko fakt, że bosmańskie auto postanowiło dać o sobie znać i ruszyło z parkingu całkiem samo. Ale szybko zostało poskromione i mogliśmy ruszyć dalej.
- Musimy wrócić na "jedynkę" - powiedział Wilczy, moszcząc się między mną, ciastkami, czekoladami i napojami na tylnym siedzeniu.
- No, musimy, ale gdzie ona jest?... - mruknął Bosman, jadąc prosto. Piotrek w dyskusji nie brał udziału, chwilowo zajął się słuchaniem muzyki.
Droga nagle skręciła, asfalt zamienił się w jakąś imitację kocich łbów, pojawił się przejazd kolejowy, a po nim rozwidlenie. Zamiast kocich łbów był już piach...
- W prawo czy w lewo?
- Ja bym pojechał w lewo...
- A ja w prawo...
Na wszelki wypadek się kompletnie nie odzywałam, żeby potem nie było na mnie. I tak w końcu przyjechali do tego Kutna przeze mnie...;)
Bosman pojechał w prawo. Polna droga zrobiła się odcinkiem specjalnym i w końcu Bosman odpuścił wycieczki krajoznawcze i zawrócił... bo w sumie lubimy zwiedzać, ale może niekoniecznie w nocy, kiedy mamy przed sobą jeszcze ze 300 km...;-p
Przejechaliśmy przez Kutno w drugą stronę, myślą przewodnią wycieczki stała się sroka, hasło "sroka w Kutnie" urosło do rangi bardzo brzydkiego przekleństwa i w końcu udało się wydostać na "jedynkę".
Reszta podróży upłynęła spokojnie i niespiesznie, Bosman sobie jechał, ja drzemałam, Wilczy zapewne coś tam mamrotał, Piotrek również. Budziłam się na postojach, wytaczałam z auta i natychmiast okazywało się, że jest potwornie zimno. Jest makabrycznie wręcz zimno a będzie jeszcze zimniej i w ogóle to jest połowa października i ja chyba pijana byłam, kiedy się zgadzałam na ten wyjazd.
W cudownych nastrojach dojechaliśmy do Górek Zachodnich. No, błądząc po drodze w Gdańsku, bo nagle się okazało, że w ogóle drogi na wprost to nie ma, a powinna być i gdzie, u licha, są te Górki Zachodnie?... Trafiliśmy. Podjechaliśmy pod bramę ośrodka. Zamknięta. Jest 2 w nocy. Fajnie by było dostać się do środka i pojść spać...
Pojawił się ochroniarz. Piotrek poszedł z nim negocjować wjazd na teren, negocjacje zakończyły się sukcesem, pół bramy się otworzyło, Bosman wjechał, Piotrek wsiadł i zaczał chichotać.
- Ten gość ledwo trzyma się na nogach. Nie przeszkadzajmy mu już więcej, jest noc, nie można tak człowieka niepokoić bez sensu...
- Spytałeś go o Freyę?...
- Wątpię, żeby był w stanie sensownie odpowiedzieć...
Zaparkowaliśmy i poszliśmy na obchód kei w poszukiwaniu naszej noclegowni. Jol o wdzięcznym imieniu Freya miał stać się naszym domem na najbliższe 3 dni... tylko go nie było. Obeszliśmy port dwukrotnie i jedyne, co znaleźliśmy, to bliźniaczą jednostkę Frei - Mestwin. Pan ochroniarz, zgodnie z przewidywaniami, nie miał pojęcia, co się dzieje z Freyą, gdzie ona jest i dlaczego jej tu nie ma, zatem Bosman, po krótkim wahaniu, zadzwonił do kapitana Bogdana.
Bogdan spał.
Brutalnie obudzony oznajmił, że budzik ma nastawiony na za dwie godziny i liczył na chwilę spokoju, bo położył się przed chwilą, ale oczywiście odpowie na nasze wszystkie pytania. Tak, Mestwin też jest nasz i tak, możemy się na nim przespać. Dobranoc.
Mestwin okazał się być zamknięty. Po krótkiej konsternacji Bosman odkrył niedokładnie domknięty forluk, włamał się na Mestwina zatem i otworzył nam go od środka, jeszcze raz dzwoniąc do Bogdana i upewniając się, czy możemy się włamać na Mestwina. Bogdan z anielską cierpliwością potwierdził i - chyba - wyłączył telefon ;) A przynajmniej ja bym to zrobiła na jego miejscu, hihi.
Przenieśliśmy część gratów na Mestwina, rozłożyliśmy bagaże i śpiworki na kojach w mesie i dziobie, usiedliśmy potem kompletnie zmęczeni i śpiący przy stole w mesie i powolutku zaczęliśmy dogorywać. Na stole pojawiło się ciasto, dwie czekolady i... JEDNO piwo. Jedno. No co ja poradzę, no?...;-p
Wilczy zaczął kręcić filmy. Zaczął ode mnie, z niewyjściową i zmarnowaną twarzą.
- Wilczy. Jest druga w nocy. Druga!... - powiedziałam do kamery.
- Trzecia za dwadzieścia - sprostował Bosman.
- Fajnie... między moją wypowiedzią a twoją minęło czterdzieści minut!...
- Ja nie wiem, co oni przez te czterdzieści minut palili, ale ja też chcę - dołączył się Piotrek.
Po czym pojawił się komar, stając w gotowości bojowej do walki.
- No ale jest za zimno na komary!...
Zamknęliśmy wszystkie możliwe otwory, ale gdzie podział się komar, to nie wiadomo. Możliwe, ze nocował z nami, ciesząc się na darmową wyżerkę w połowie października...
Głupawki dostaliśmy dość silnej mimo środka nocy. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że do rechotu doprowadził panów mój tekst o bateriach do aparatu?... Co śmiesznego jest w tym, że wystarczą mi na całe te 3 dni?...;-p
W końcu doczołgaliśmy się do koi i padliśmy spać.

Piątek, czyli bezdomni

Obudziło mnie zimno. Jak tu zwlec się z koi, skoro człowiek jest sztywny?... Ale jednak trzeba. Świat jest raczej ponury, chociaż nie pada. W ramach niespodzianki okazuje się, że na Rzeszowiaku będzie pływał Bart!... W ramach śniadania pojawia się opcja jajecznicy na Mestwinie, bo przyjechał Bogdan i reszta ekipy z zaopatrzeniem :) Jajecznica i herbata zrobiła nam naprawdę dobrze. Frei nadal nie było, okazało się, że wraca z Kłajpedy, a pogoda jest fatalna, Freya ma pod wiatr, diabli wiedzą, gdzie ona teraz jest i kiedy dopłynie, więc tymczasowo możemy zaokrętować się na Rybitwę, zwalniając Mestwina.
Przenieśliśmy więc graty. Pogoda robiła się coraz gorsza, wiał coraz silniejszy wiatr, coś czasem kropiło. Grupowo poszliśmy do tawerny i zalegliśmy nad piwem. Pierwszym piwem... Pogoda wcale się nie poprawiała, więc po pierwszym piwie przyszedł czas na kolejne piwo... A potem przyszedł Bogdan i powiedział, że może jednak byśmy wrócili na Rybitwę, skoro już przyjechaliśmy tu ćwiczyć manewry.
Wróciliśmy zatem karnie i przestawiliśmy Rybitwę z wnętrza portu na zewnątrz.
Woda przelewała się przez keję. Kalosze okazały się być genialnym pomysłem. Rybitwa skakała na falach w górę i w dół jakby nic nie ważyła...
Z tej okazji postanowiliśmy zjeść obiad. Bo co można zrobić innego w taką pogodę?... Zamówiliśmy zatem żarełko w tawernie i ustaliliśmy godzinę posiłku. Próbowaliśmy się do tego czasu czegoś nauczyć, ale pogoda była przeciwko nam... Przy okazji szwendania się po kei zwiedziliśmy z wierzchu Rzeszowiaka, gdzie padłam ofiarą ramion Damiana, który przekazywał uściski od Ani (dzięki, dzięki!, głównie za to, że jednak uszłam z życiem, hihi). Rybitwa została przestawiona z powrotem na swoje miejsce, obiadek został zjedzony i popity, a towarzystwo ustabilizowało się w tawernie z gitarami i innymi bodhranami nad piwem lub grzanym piwem - do wyboru.


View Larger Map

Bosman chwycił za wiosło. Chorwackim zwyczajem chłopaki polecieli alfabetycznie, zaczynając jednak od czeskich hitów. Do Bosmana dołączył Damian na bodhranie i pooooszło!...:)
Wreszcie okazało się, że przypłynęła Freya. Znaczy, mamy dom!...;) Przenieśliśmy zatem zabawki na kolejną - trzecią już - łódkę, odkryliśmy w łazience dużą ilość papieru toaletowego i żadnego lustra oraz kompletny brak wody (co mnie zmartwiło wielce ze względu na kwestię wydłubywania sobie soczewek z oczu). W ostatniej kabinie odkryliśmy również męskie gatki zwisające sobie smętnie w okolicach masztu. Zostały po kimś...;-p
Wróciliśmy do tawerny. Grania i śpiewania ciąg dalszy :) Piotrek fajnie wyglądał, usiłując rozmawiać przez telefon przy grającym Bosmanie. Nie wiem, jak on tam coś mógł usłyszeć!... Poza tym sam się z siebie śmiał, że jest na utrzymaniu żony i płaci Bosmanowi za obiad. Wyszło z tego, że moja Siostra pogoriowa jest nieźle ustawiona, czy ja też bym mogła przejść na jej utrzymanie?...;))
Nie mogło zabraknąć rzecz jasna psyche na stole i nie pomogły tłumaczenia, że to #żaglowy zwyczaj jest i dawno już w zaniku. W gustownych czarnych kaloszkach wdrapałam się zatem na stół, starając się nie tylko nic nie zwalić, ale też nie zlecieć sama. Z faktu, że piszę te słowa, należy wnioskować, że nie zrobiłam większej krzywdy - sobie. Reszta też nie ucierpiała :)
Właściciel baru podawał kolejne piwa, na prośbę o herbatę krzywił się niemiłosiernie i nie chciał jej robić. Zażyczyłam sobie piwo grzane, zostałam niemal wyśmiana, ale po długich negocjacjach grzańca dostałam. Zimno w końcu jest, tak? Październik. A nawet połowa października!... Na zewnątrz hula wicher. Tutaj przyjemne ciepło z kominka...
Na stole, prócz różnych rodzajów piwa, granat. Mały, okrągły owoc z ogonkiem, w sam raz, żeby się nim pobawić. Okazało się, że bez problemu mogłabym go sobie położyć na głowie, gdyby nie jakaś laska siedząca za mną, która uparcie ten granat mi z głowy zrzucała (pewnie była zazdrosna ;-p). Po tym, jak kolejny raz granat wylądował na podłodze, okazało się, że jego właścicielem jest Bart...
...jak tylko okazało się, że Bart w ogóle jest w Górkach, wątroba Piotrka jęknęła głośno (sama słyszałam). Teraz, przekrzykując gitary i śpiew (kobiet nie trzeba było, siedziały wpatrzone zafascynowanym wzrokiem w gitarzystów, mamrocząc pod nosem jak mantrę: "Chłopak z gitarą byłby dla mnie parą"), ustaliliśmy, że po odbębnieniu obowiązków towarzyskich idziemy na Rzeszowiaka z wizytą. Rozejrzeć się. W odwiedziny. A granata wezmę ze sobą...
Do stada wpatrzonych w Bosmana dziewic dołączyło malutkie stadko... hmmm... młodzieńców pragnących być jak Bosman ;-p Nie wiadomo jednakowoż, czy przemawiały przez nich chęci grania jak Bosman dla samych umiejętności, czy dla tych wpatrzonych dziewic ;-p
Nadeszła godzina zero i pomaszerowaliśmy na Rzeszowiaka. Wejście na niego było małą sztuką, bo pokład mieścił się daleko i wysoko nad keją. Dodatkową trudność stanowiła ilość promili, wędrująca po krwioobiegu każdego z nas. Ale udało się bez pudła (czyli bezkąpielowo), zaprosiliśmy się do środka, a tam okazało się, że jednak nie wszyscy byli takimi szczęśliwcami. W polarze i skarpetach Barta, ślęcząc nad schnącym telefonem komórkowym, siedziała dziewczyna z zadowolonym wyrazem twarzy.
- Teraz to mi już prawie ciepło - oznajmiła z radosnym uśmiechem na nasze powitanie. - Tylko ta komórka, no!... Nie chce działać!...
- Musi może wyschnąć?...
- No możliwe. No to niech schnie!
Zwiedzanie odremontowanego Rzeszowiaka odwaliliśmy wcześniej, teraz zatem ulokowaliśmy się kulturalnie w mesie, nie pchając się ludziom na pokoje. Oddałam granata, dostałam coś do picia, po jakimś czasie zrobiło mi się całkiem sennie, a przy życiu trzymała mnie świadomość tego, że ta cholerna łajba stoi piekielnie daleko od nabrzeża i skąpię się jak nic, schodząc z niej. A potem jeszcze trzeba będzie wejść na Freyę. To może od razu wpław?...
Pożegnawszy się grzecznie i zostawiwszy na pastwę Barta Piotrka, we trójkę z Wilczym i Bosmanem wyłopotaliśmy się z mesy na pokład. Po czym zaczęliśmy się przymierzać do przebycia długiej drogi z rufy łódki na keję...
- Ale na pewno dasz radę? - spytał mnie Wilczy troskliwie siedemnasty raz, kiedy kucałam na rufie, kombinując, jak to zrobić, żeby jednak jak najkrócej być w powietrzu i wylądować w ściśle określonym miejscu...
- Na pewno to ja wyląduję w tym tu. W morzu. Czy cokolwiek to jest...
- Zatoka - podsunął usłużnie Wilczy.
- Chyba nosowa...
Przez keję nadal przelewała się fala. Na sobie miałam nieprzemakalne spodnie i kalosze. W sobie - świadomość, że nie mam szans na przytrzymanie się czegokolwiek, bo nawet podać rękę człowiekowi stojącemu na nabrzeżu jest stąd ciężko. Kalosze, trafiając na wodę na kei, mogą pojeeeeechać!... i nawet jeśli nie skąpię się między Rzeszowiakiem a keją, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wpaść do Zatoki po drugiej stronie kei. W końcu doszłam do wniosku, że bez względu na to, gdzie wpadnę do wody, to i tak w końcu muszę z tego Rzeszowiaka zejść i wrócić na Freyę, bo tam mam wszystkie akcesoria do wyjmowania sobie soczewek, a przecież idzie noc i nie mogę spędzić w soczewkach nocy!...
Po czym wykonałam tygrysi skok i poczułam, że keja jest cholernie twarda.
Poczułam to przez podeszwy kaloszy, które nie poślizgnęły się ani kawałeczek.
Udało się suchą nogą wyjść na - teoretyczny - stały ląd!...
Po tej gimnastyce wejście na Freyę i dłubanie sobie bez lusterka w oczach nie stanowiło już większego problemu...;)
I wreszcie można było iść spać...;)

Sobota, czyli trening

- Pobudka!... - dobiegło mnie od strony śródokręcia. - Wstawajcie, śniadanie trzeba zrobić. Już dziewiąta minęła...
Rany boskie... dziewiąta. Czy ten ktoś kompletnie serca nie ma?!?... Przecież to środek nocy!... Sumienia też nie ma, gdyby miał, to by go zagryzło...
Zwlokłam się z koi lekko rozdygotana. Nie można powiedzieć, żebym się specjalnie rozgrzała w nocy. Korzystając z wody mineralnej, umyłam ręce i założyłam soczewki na czuja. Trafiłam - na szczęście!... Świat stał się jakby wyraźniejszy. Aha. Śniadanie...
Chyba postarałam się troszkę pomóc Magdzie, a może i nie, nie pamiętam :) W każdym razie pogoda nadal była antyżeglowna. Po śniadaniu zebraliśmy się wszyscy w wielkiej i zimnej sali na pogadance o różnych istotnych aspektach żeglowania. Na przykład o ratowaniu człowieka, który wypadł za burtę - o ile w ogóle mamy jakiekolwiek szanse go uratować... Wykład prowadził głównie Jarek, który opowiadał nam o tym, czego nauczył się, w Anglii będąc :) Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;-p Pomysł obiadu zakiełkował i wszedł w fazę realizacji, kawa i herbata gorąca stały się elementem niezbędnym, a w końcu przyszedł czas na wcielenie teorii w praktykę, czyli wróciliśmy na Freyę i ćwiczyliśmy manewrowanie.
- Ty robisz zdjęcia? - spytał Bogdan na widok aparatu w kondomiku w moich rękach. - Świetnie, zostajesz fotografem okrętowym. Tylko mam ładnie wychodzić na zdjęciach!
- Podciągnie się w fotoszopie...- wymamrotałam, posłusznie kierując na niego swój obiektyw...;)
Razem ze mną, Wilczym, Piotrkiem i Bosmanem na Frei zaokrętowani byli: Arek, Witek, Magda i para kapitańska, czyli Bogdan i Dorota. Było co robić, tym bardziej że przecież ćwiczyliśmy przybijanie i odbijanie od kei na miliony różnych sposobów, każdy miał zajęcie, jesli nie ciągnięcie za liny, to praca przy odbijaczach. Pierwszy raz pływałam na kilkunastometrowej łajbie z bezanem - to było dość interesujące doświadczenie:) Wydawało by się, że przecież na rufie jolki nie ma zbyt wiele miejsca, a czasami mieściły się tam 3 osoby, w dodatku pracujące :) Chwilami smagał nas deszcz, chwilami pojawiało się nieśmiałe słońce, wiatr nieco zelżał, ale nie odpuszczał kompletnie, pogoda nadal była paskudna. Po kolei każdy pod czujnym okiem Bogdana najpierw omawiał, potem wykonywał manewry. Prócz psyche, która wykonywała zdjęcia ;-p Bogdan co prawda uczciwie zapytał mnie, czy chcę, na co ja uczciwie odpowiedziałam, że może następnym razem. Nie odbierajmy innym szansy...;-p Może następnym razem faktycznie się dotknę do czegoś więcej niż odbijacz albo szot foka, na razie trzymałam palec na spuście i pstrykałam bez opamiętania.
Po krótkiej acz treściwej przerwie na obiad (mniam, mniam :) wróciliśmy na łajbę i wszystko zaczęło się od nowa.
Wiatr wiał, woda była wszędzie dookoła, kapała z nieba, pluskała dookoła łódki, chlapała na pokład. Chmury groziły paluchami z nieba. W kambuzie Mewstwina stał sobie garnek z jeszcze ciepłą herbatką z cytryną, problemem była natomiast kwestia czystych kubków, bo po śniadaniu się jeszcze nie pozmywało, a na łódce wody niet.
Przy sterze tkwił co i rusz inny nieszczęśnik, usiłujący nie rozbić Freyi o wybrzeże albo o inną manewrującą łódkę. Wydawał polecenia reszcie załogi, na dziobie nie było go kompletnie słychać, przy manewrach na silniku bieg do przodu nie zawsze chciał wskoczyć i generalnie biednemu to zawsze wiatr w oczy i...[cenzura ;-p] ;-)
Po zakończonym manewrze Bogdan dopytywał się:
- Czy wszyscy są żywi? Czy ktoś został ranny? Czy jacht jest uszkodzony?...
Należy przyjąć, że każdy manewr zakończył się pomyślnie, skoro jeszcze żyjemy i Freya nadal pływa. No zdolne z nas bestie ;-p
Niektóre manewry Bogdan prowadził z kei (widocznie nie chciało mu się bujać, hihi), a ja dotrzymywałam mu towarzystwa (widocznie mnie też się nie chciało ;-p). Przebijające się przez chmury słońce dawało nadzieję na poprawę pogody i jakoś nikomu nie przeszkadzało to, że jutro i tak wracamy do domów. Obok rozgrywały się regaty...
...a my popłynęliśmy sobie w górę rzeki, żeby już odpocząć od tego manewrowania i chwilę po prostu pogapić się na przesuwający się brzeg. Poćwiczyliśmy podejmowanie człowieka (w ramach człowieka wystąpił niebieski odbijacz) i okazało się, że skubany ani trochę nie chce wejść na pokład. Minęliśmy nawet jedną kardynałkę, ze zdjęć wynika, że zachodnią. W końcu słońce (a raczej jego nieśmiały cień) kompletnie się z nami pożegnało, więc wróciliśmy do kei i zarzadziliśmy kolację. No wreszcie!...;)
Nadszedł czas wieczornego spotkania przy kominku. W rozgrzewającej się powoli sali zajęliśmy miejsca przy stołach i suszyliśmy rękawiczki oraz inne przemoknięte części garderoby lub człowieka. Z bagażnika Bosmanowoza wyciągnęliśmy piwko i gitarę i zaczęliśmy się raczyć :) Stół robił się coraz bardziej zastawiony, bo regatowe towarzystwo już też spłynęło i cały klub rozpoczynał świętowanie zakończenia sezonu...;) (fajne zdanie, co? ;-p) Czyli przemówienia, podziękowania i takie tam oklicznościowe sytuacje, przetykane brzdąkaniem Bosmana na gitarce. Oczywiście z nieodłącznym dworem, wpatrzonym w swojego mistrza :)
Miłą, sielankową atmosferę zepsuła tylko jedna akcja z obcym kolesiem, nagle okazało się, że obecni w ośrodku podzielili się na dwa wrogie obozy i trzeba bronić swojego honoru!... Na szczęście walczący o honor zostali szybko rozdzieleni i rozróby nie było, acz nerwowe spojrzenia rzucane na trzy letniskowe domki - siedzibę obcych - były rzucane przez jakiś jeszcze czas.
Potem okazało się, że jeden małolat zginął.
No nie ma go i już.
Z wędką chodził, a teraz nie chodzi. Był tu i go nie ma... Matko bosko, utopił się!!!...
Ponieważ chwilę wcześniej, po wchłonięciu odpowiedniej ilości zacnego trunku i rozgrzania kości, wyłopotałam się do własnej zimnej koi, całą sytuację znam z opowiadań. Zorganizowała się ekipa ratownicza i wyruszyła na poszukiwania małolata. Oczywiście w ekipie trzeźwych trudno szukać. Obleźli ośrodek w kółko, pogapili się w morską toń, aż wreszcie pod leżącą na trawniku łódką znaleźli owego zaginionego.
Zalanego w trupa i chrapiącego słodko...
Należało go jednakowoż odstawić na jacht, więc chwycili - jeden za ręce, drugi za nogi i z pieśnią na ustach pomaszerowali keją. Rozległo się...:
- ...Janek Wiśniewski padł!...

Niedziela, czyli powroty

Twardziele są wśród nas. Wilczy, Piotrek, Magda i Bogdan wstali o poranku (nie wiem, szósta rano?...) i wypłynęli na zatokę z resztą załogi smacznie śpiącą pod pokładem. Przy wypływaniu musieli się zameldować w GPK i już droga wolna...
Potem wstał ktoś jeszcze, ja twardo spałam, przykrywszy się dodatkowo wilczym śpiworem (i tak z niego nie korzystał, tak? ;-p). Obudziłam się, kiedy dopłynęliśmy z powrotem do kei. Wypełzłam z koi, spojrzałam na świat, aha, czas na śniadanko... Zażyczyłam sobie eskorty do łazienki na lądzie celem założenia soczewek.
Okazało się, że jak wracali z Zatoki, musieli znów się zameldować w GPK. Bo pod prawym salingiem Frei nadal wisiała litewska banderka, więc wyglądało na to, że jacht wraca prosto z Litwy...;)
Lodowato zimna woda w toalecie nie chciała nijak być cieplejsza. Ale na szczęście pogoda jakby się lekko poprawiła i od rana było piękne słońce. Ostatni dzień manewrów należało porządnie wykorzystać, więc wszyscy grzecznie wsiedli na łódkę i manewrowali. Do czasu, kiedy na kei pojawiły się dwa małe, czarne kotki, średnio oswojone, najwyraźniej czekające na jakiś datek... z Frei wywędrował talerzyk, na talerzyk polało się mleczko i kocie języczki wśród aplauzu poszły w ruch :) Oczywiście na mleczku się nie skończyło, wszystkie łódki zrobiły zrzutkę, na kei pojawiła się puszka z mięskiem i inne specjały, a kotki - już najedzone - leniwie spacerowały między wystawionym szwedzkim stołem i wybierały od niechcenia raz z jednej miski coś, raz z drugiej... Nie miały kompletnie syndromu osiołka, co mu w żłoby dano :)
Poświęciłam się i razem z Bosmanem poszłam pozmywać po śniadaniu. Jedyną dostępną opcją zmywającą były... prysznice. Z lodowatą - oczywiście - wodą... Ale pozmywać trzeba.
Wlazłam w końcu znów na jacht, coby się spakować i uporządkować sytuacje elektroniczne, typu karty do aparatu. Akurat do chorwackiej kei podchodził Bavarią 46 Piotrek. Siedział sobie z szyją wyciągniętą do tyłu, jedną ręką na kole, a drugą na manetce od gazu i kombinował. Biorąc, oczywiście, pod uwagę prawo- czy tam lewoskrętność śruby...;-p Wykombinował, chociaż blisko było innych jachtów z nerwowymi Niemcami albo Czechami na pokładzie. Obcojęzyczne tłumy kręciły się po burtach swoich jachtów z odbijaczami, które na szczęście nie były potrzebne, więc kiedy Piotrek zacumował, wszyscy wrócili do swoich zajęć, a psyche jak zwykle podała kapitanowi kieliszek czerwonego domaczego...;)
...a wracając do rzeczywistości, potem usiadł za sterem Wilczy i też podchodził do tej samej kei. Podszedł prawie na długość trapu i zabrał na pokład Bosmana, bo ten się akurat przyplątał na piechotę dookoła mariny. Bosman z wdziękiem "motylem byłem, ale utyłem" wskoczył na pokład Frei, nikomu nic się nie stało, wszyscy zdrowi ;) W końcu odstawiliśmy Freyę na miejsce, ostatnia zbiorowa fotografia i można się pakować, klarować łódkę i opuszczać pokład...
Jesień idzie, nie ma na to rady...
Niektóre jednostki właśnie były wyciągane z wody. Inne częściowo demontowane na zimę. Dla nas nastąpił jeszcze jeden ważny moment, czyli wpisy do książeczek żeglarskich. Dla mnie tym ważniejszy, że były to moje pierwsze wpisy ;) Książeczka została rozdziewiczona ręką Dorotki, której Bogdan dyktował, co ma tam wpisać, bo stwierdził, że sam nie umie pisać, a ona - jako kobieta - zrobi to na pewno lepiej. Potem dopisał mi się Piotrek i to już była pełnia szczęścia ;-p
Umówiłam się, że do Warszawy zawiezie mnie kapitan Jarek, dzięki czemu nie musiałam tłuc się skądś pociągiem, a chłopaki nie musieli zawijać do Kutna...;) Zatem rozstaliśmy się, Bosman zabrał Piotrka i Wilczego, a ja poczekałam jeszcze, aż Jarek będzie gotów i też ruszyliśmy w drogę.
Podróż upłynęła nam na morskich - i nie tylko - opowieściach i generalnie cała impreza była bardzo fajna, szkoda tylko, że okupiona potem niezłym przeziębieniem...;-p



Wyszperane w Sieci:

Freya i Mestwin: http://www.mestwin-freya.ovh.org/


psyche