Lwów, 8.05.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Kilka zdjęć ze Lwowa

Tylko we Lwowie!

Pomysł wyjazdy do Lwowa powstał w mojej głowie już dawno, czekał tylko na realizację. Jak zwykle Wilczy na moją entuzjastyczną propozycję skrzywił się niemiłosiernie. I jak zwykle, po jakimś czasie, zapalił się do pomysłu bardziej niż ja.
Pod choinkę dostałam przewodnik po Lwowie, który potem stał się kością niezgody między nami. Bo gdy w końcu termin został ustalony, zaczęliśmy małą książeczkę wyrywać sobie z rąk i pewnie niewiele by z niej zostało, gdybym - jako mądrzejsza :)))) - nie ustąpiła ;-p
W rezultacie, gdy nadszedł dzień wyjazdu, Wilczy przeczytał przewodnik w większym stopniu niż ja (ech, ten brak czasu!) i stwierdziłam, że skoro tak, to tym razem on robi za przewodnika a ja będę się włóczyć za nim i przyglądać. O!
Drobny problem z biletami nastąpił, aczkolwiek udało się je jednak nabyć (przy okazji piętnuję PPKS z Zachodniej, nie mają żadnej normalnej linii telefonicznej, tylko na 0-700..., a jak wiadomo, z pracy takie linie są wyłączone, a z komórki dodzwonić się nie da... sami działają na własną szkodę. Ja, jeśli nie będę do tego naprawdę zmuszona przez życie, nie skorzystam więcej z ich usług).

Piątek wieczór. Spotkaliśmy się na Zachodniej, ciemno, zaczyna padać deszcz. Ponuro. Ale jesteśmy twardzi. Wilczy, patrząc na luksusowe autokary, strzela, który będzie nasz. Pewnie ten ładny taki, widać, że nowy albo bardzo zadbany...
Na stanowisko podjeżdża mocno przechodzony autokar, pierwszą młodość mający już za sobą. Wilczy patrzy z niedowierzaniem...
Ok. Pakujemy się do środka, już trudno... Tłoku nie ma, jest sporo wolnych miejsc. Wybieramy podwójne siedzenie, machamy łapkami mojemu ojcu przez szybkę, autokar rusza. Czuję senność... i lekkie podniecenie. Jeszcze raz sprawdzamy bagaże, głównie, czy mamy paszporty i pieniądze. Wszystko jest w porządku, autokar jedzie przez Warszawę, trochę rozmawiamy i przysypiamy. Rozłożone fotele wcale nie są wygodnym łóżkiem, tym bardziej, że pochylenie oparcia jest możliwe tylko trochę. Za szybą mokro, ciągle pada. Z "szyberdachu" kapie na Wilczego woda. Przesiadamy się gdzie indziej...
Postój przed Lublinem w otwartej 24 h knajpie. Korzystamy z toalety, w której śmierdzi nieziemsko. Trzech podpitych gości gra na automacie, dwóch pozostałych sączy piwo, obgadując panienki. Kierowcy jedzą zupkę.
Bilety w tamtą stronę Jedziemy dalej, przysypiamy już całkiem, jest raczej chłodno, budzimy się na chwilę, przejeżdżając przez Zamość, potem już przed granicą. Gigantyczna kolejka ciężarówek. Kierowcy śpią w autach. Na poboczach stoją auta osobowe. Dojeżdżamy do budek straży granicznej. Czekamy...
Kontrola paszportowa przebiegła ulgowo, musieliśmy tylko wypełnic świstek, nikt o nic nie pytał, przejechaliśmy szybko i w drogę... już poza granicami Unii! :)
...Droga zmieniła się diametralnie. Przybyło dziur, autokarem rzucało i trzęsło. Spać było ciężko... Spod wpółprzymkniętych powiek obserwowaliśmy okolicę. Ceny benzyny o połowę niższe. Kantory wymiany walut zaraz za granicą ze złodziejskimi narzutami.
...Obudziłam się we Lwowie. Jechaliśmy przez szare miasto, jakiś park, deszczowe ulice. Kolorowe billboardy z bukwami. Pada!!! Spać się chce, a tu zaraz trzeba będzie wysiadać. Dworzec autobusowy zamknięty szlabanem. Co ich do tego zmusiło?...
Wysiadamy. Zimno i mokro. Idziemy kupić bilety powrotne, ale najpierw trzeba wymienić kasę. Kantor na dworcu czynny, jedna kasa też. Nabywamy ciut droższe niż polskie bilety na wieczorny autobus. Musimy podać nazwiska, pani w kasie bukwami je wpisuje na bilet... Potem literujemy i śmiejemy się :) Żeby opóźnić moment wyjścia na mokry świat, jemy śniadanie. Te kanapki to był dobry pomysł. W końcu idziemy do marszrutki. Ale żadna nam nie pasuje, a podjeżdża trolejbus, wsiadamy, zajmujemy miejsca i czekamy, co dalej. Okazuje się, że w przewodniku nie kłamali, jak trolejbus rusza, podchodzi do nas pani i sprzedaje bilety. Po 50 groszy za przejazd... Nic tylko jeździć!!!
Przysypiam.
Dojeżdżamy do centrum. Koniec wycieczki, wynocha na zimny i deszczowy dwór. Dobrze, że mamy parasolkę...:) Chce się kawy. Naciągam kaptur na nos i lezę przed siebie. Mniej więcej znajdujemy się na mapie. Wilczy ogląda niewątpliwie piękną architekturę, ja szczękam zębami. Docieramy do katedry. Zdecydowanie wolę zdać się na Wilczego, jest mi wszystko jedno, dokąd mnie zaprowadzi. Katedra jest duża, pchamy się do środka, w środku też wielka i owszem, ładna. Oglądamy różne takie fragmenty, na oko sądząc, musi tu być ślicznie, jak słońce świeci, ze względu na witraże. Niestety, o słońcu możemy tylko pomarzyć.
Bilety powrotne... interesująco wyglądają nazwiska pisane robaczkami :-)) Wyglądamy jak dwoje typowych turystów, bo jak tylko wychodzimy z katedry, podchodzi do nas gość i zaczyna opowiadać o Lwowie. I że on nam pokaże najciekawsze zabytki.
Z jednej strony nie chce mi się za nim szwendać, jest mi zimno i chcę usiąść gdzieś i napić się kawy. Z drugiej strony mówi różne ciekawe rzeczy no i obiecuje, że na koniec zaprowadzi nas do kawiarni. No dobra, idziemy...
Przelecieliśmy najważniejsze kościoły i katedry oraz rynek z kamienicami, daliśmy panu 10 zł i zostaliśmy przed kawiarnią w stylu macdrive - bierz kawę, stań pod ścianą, wypij szybko i wynoś się. Z kawy zrezygnowaliśmy.
Postanowiliśmy zwiedzać jednak metodycznie, od początku, wróciliśmy zatem na prospekt Svobody. W poszukiwaniu niewypitej kawy... Hotel Grand :)
Mieli kawiarnię. Mieli też śniadanie. Za 60 hrywien. Wilczy popatrzyl na mnie jak na burżujkę... Ale to była jedyna możliwość posiedzenia w ciepłym miejscu!...
Kawa z prądem.
Szwedzki stół.
Szał ciał i uprzęży.
Urządzenie, które nie może się połączyć z bankiem.
Zapłaciliśmy gotówką...
Pan na do widzenia podał mi sztormiak. Nie pasowałam do Grand Hotelu. Ani trampki, ani polarek, ani sztormiak, ani zniszczony plecak. Ale TYLKO TAM BYŁO OTWARTE o tej porze...
Jakby świat zrobił się mniej szary. Krew szybciej krążyła w żyłach, chociaż tylko pozornie, bo zaraz znów zrobiło się zimno. Ruszyliśmy w miasto!...
Wizytówka Grand Hotelu we Lwowie Najpierw prospekt Svobody z jego pomnikami (a czyj to jest pomnik? - a tego gościa, co to zbudował... - ale o co chodzi z tą kolumną?!...) oraz teatrem. Potem bazar z cudownymi rzeczami, które koniecznie muszę mieć, ale to potem, bo nikomu nie będzie się chciało tego nosić (potem było już za późno i w rezultacie tego fajnego pudełeczka na skarby nie mam!...). Potem Katedra Ormiańska - taka inna. Dlatego ciekawa... Poza tym jeszcze kilka innych wyznań, rynek wzdłuż i wszerz, kamienice królów i reszty, krzywe (a raczej krótsze) wieże, targ książek, arsenał...
Knajpy, w których można posiedzieć, bo cieplej niż na dworze. Cappuccino, kawa, jeszcze raz cappuccino, o kurczę, nie wystarczy nam pieniędzy, ciekawe, czy można tu kartą płacić?... Nie można. Wilczy poszedł na poszukiwanie bankomatu, a ja oglądałam takie ukraińskie MTV :) Skosztowaliśmy tego typowego pieroga z kapustą i grzybami, nawet to było ciekawe, tylko tłuste strasznie. W końcu postanowiliśmy wejść na wieżę Ratusza. Bo wysoka i pewnie fajny widok ze szczytu.
Kupiliśmy bilety i na oko 13-letni chłopak zaprowadził nas do windy. Wjechaliśmy na jakies 4 czy 5 piętro i dalej poszliśmy po schodkach. Już sami.
Szliśmy.
Bilety komunikacji miejskiej, nabywane w środkach lokomocji :-) Szliśmy.
Doszliśmy do zegara. W przewodniku opisany jako bardzo ciekawy mechanizm, na żywo zabity dechami i żadnego mechanizmu obejrzeć się nie da.
Schodki jakieś takie drewniane, podejrzane, szło się niepewnie, ale się szło. Wyżej i wyżej.
Po jakichś sześciu latach doszliśmy do szczytu.
Potem się okazało, że to dopiero podest z okienkiem, a szczyt jest jeszcze wyżej, ale właśnie była wycieczka w dół, więc musieliśmy przeczekać.
Dotarliśmy wreszcie na taras widokowy, zalany wodą.
Przed chwilą zaczęło lać. Ale nie to, że padać. Lało, jakby był to cel życia tej chmury...
Widok był piękny. Miasto, góra zamkowa, wszystko szaro-bure, za mgłą z deszczu.
Poświęciliśmy nasze nosy i obeszliśmy wieżę dookoła, moknąc co nieco kosztem widoków. No niechby tak wyszło słońce!...
A gdzie tam. Postanowiliśmy zejść.
Jak doszliśmy na dół, przestawało padać. Spojrzeliśmy w górę, na wieżę... Iść jeszcze raz??? - o nieeee, po pierwsze nam się nie chce, po drugie jak wejdziemy to znów zacznie padać!... Zawędrowaliśmy zatem do knajpki Titanic, bardzo nam się w środku spodobało, zamówiliśmy piwko i orzeszki i poczekaliśmy na słońce.
Reklamówka jakiejś restauracji, niestety nie odwiedzonej przez nas Pojawiło się, a co, i to naprawdę piękne!...
Postanowiliśmy w takim razie pojechać na Cmentarz Łyczakowski. Tramwajem.
Tramwaj był prowadzony przez kobietę. W ogóle o tramwajach, torach, wagonikach i całej reszcie to Wilczy może epopeję napisać, dla mnie to były wyjątkowo krzywe tory, dla niego przedwojenne zabytki...:)
Spacer dookoła cmentarza pozwolił nam wleźć przez boczną bramę do środka, bez konieczności kupowania biletów dla turystów. Cmentarz mnie zachwycił, zielenią, architekturą... Tylko trochę średnio wygodny, bo położony na pagórkowatym terenie. No normalnie wspinaczka!... Wilczy z mapką cmentarza w ręku mamrotał coś pod nosem, oglądając okoliczne pomniki, ja się cieszyłam wreszcie ładną pogodą, obleźliśmy park wokoło, dotarliśmy do cmentarza orląt i tam zatrzymaliśmy się na dłużej. I obejrzeliśmy wszystko dokładniej.
Słońce świeciło szalenie. Pomniki błyszczały się i odbijały światło, raziły w oczy. Wycieczki polskich turystów (?) oraz ukraińskiej młodzieży. Gorąco.
W budce zdjęcia, jak cmentarz wyglądał kiedyś, zanim go zniszczyła władza ludowa... Ech. Sporo jeszcze brakuje. Gdzieś pod Kielcami trzymane są fragmenty pomników, czekające na pozwolenie wwiezienia ich z powrotem na ich miejsce. Co za kraj!...
Powoli wychodzimy z cmentarza, jeszcze tylko trzeba Marię Konopnicką obejrzeć i już można czekać na tramwaj. Z powrotem jedzie jakoś szybciej, a my wybieramy knajpę na obiad.
Trafiamy w końcu do Pani Stefy, pod ścianą instaluje się pan z keyboardem, zaczyna się disco-ukrainian w najśmieszniejszym wydaniu, zamawiamy jakieś kotleciki z czymś tam w środku, obok jakaś imprezka, duży stół zastawiony żarciem. A nam ślinka cieknie.
Wyrwaliśmy się wreszcie z knajpy i poszliśmy na ostatni spacer po mieście.
Oczywiście bazarek, na który tak się szykowałam, zamknęli.
Resztę kasy wydaliśmy na czekoladki i piwo w kioskach pod dworcem autobusowym. Do autobusu ledwo zdążyliśmy w związku z tym, a był tym razem jeszcze bardziej rozgruchotany niż w tę stronę. No i zapchany jakoś prawie całkiem...
Usadowiliśmy się, powoli zapadały ciemności, po drodze zajechaliśmy jeszcze na dworzec kolejowy, podobno ładny bardzo, ale w ciemnościach nie bylo widać.
I tak powolutku do granicy...
Obudziliśmy się przed granicą.
Opakowanie po ukraińskim batonie Najpierw nastąpiły szykany. Wywleczono nas z autobusu, ustawiono w kolejce do pomieszczenia, wchodziło się po jednej osobie i pani ukraińska celniczka grzebała po bagażach. Ode mnie nic nie chciała, bo po podejściu do niej powiedziałam "dobry wieczór", informując od razu, kim jestem. "Do domu pani wraca?" - "Tak". "To dziękuję".
Stanęłam na końcu kolejki do odprawy paszportowej.
Kolejka stała, ponieważ w okienku nie było nikogo. Wynudziliśmy się setnie.
W końcu przyszła zaspana panienka i zaczęła stemplować nam paszporty.
Jakoś bezkonfliktowo zupełnie...
Potem - polscy celnicy. Ta sama szopka. Bagaże wystawione na ławeczkę, autobus sprawdzany, wreszcie... można jechać.
Jakie było nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że pan kierowca pobrał sobie pasażerów na lewo, którzy pozajmowali nam siedzenia. Tiaaa... Awantura na pół autobusu, bo podsiedliśmy innych Ukraińców, na szczęście tylko do Hrebennego, potem mogliśmy wrócić na swoje miejsca. Oczywiście kierowca autobusu, Ukrainiec, miał wszystko w nosie i oznajmił: "jakoś się porozsiadajcie". Im przecież wszystko jedno ;-p
Boże. Chcę do domu!...

Reasumując: do Lwowa wrócę. Zobaczyć wszystko to jeszcze raz w słońcu. Ale na pewno nie autobusem. To był survival i jednak nas przerósł. Jeździ pociąg... Latają samoloty... Może skorzystać z wymysłów cywilizacji?:)))
W domu byliśmy około 8.00 rano. Padliśmy do wygodnego łóżka i spaliśmy do 16.00. Wszędzie dobrze, ale we własnym łóżku...:)

Ni ma jak Lwów!...

Wyszperane w Sieci:

Megainformator o Lwowie: http://www.lwow.com.pl/


psyche