Lublin, 29.04 - 3.05.06 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

Ciotka chrzestna I

Nadchodzi taka chwila w życiu żółwia... ekhm. To znaczy, przychodzi taki czas w życiu psyche, że musi komuś dać w mor..., znaczy, pojechać do Lublina. Wiadomo. Prędzej czy później. One zawsze wracają...;-p
Droga nadwiślańska piękna jest, zatem czemu nie - ruszyliśmy na południe ciut po południu ;-p, z postojem nad Wisłą celem podziwiania przyrody. Na przyrodę składała się prawdopodobnie czysta, płynąca z zawrotną prędkością (w kierunku przeciwnym do kierunku naszej podróży ;-p) rzeka oraz wysypisko śmieci na jej brzegu. Wilczy nawet zszedł nad samą wodę, ale ręki się w niej nie odważył zanurzyć. Bał się, że wyciągnie szkielecik?...;-)
Po drodze okazało się, że robimy się głodni. Maciek i Anka bujają się gdzieś po mieście. Zawinęliśmy, jak zawsze, na wieś, wyściskaliśmy się, pies nas obszczekał, zrobiliśmy sobie jajecznicę i kawę i ucieszyliśmy się z pogody, bo tu świeciło słońce, a tymczasem w Warszawie lało. No i super.
Ania z Maćkiem przyjechali i na naszą nieśmiałą sugestię: "to może by tak grilla?..." odparli:
- No generalnie to taaaak, jasne, z przyjemnością, ale może jednak jutro, co?... Dziś umówiliśmy się z zespołem w knajpie, bo basista powiedział, że od nas odchodzi no i musimy sprawę przegadać...
No dobra, nam jest wszystko jedno, byle ktoś robił za kierowcę ;-p Smutna rzeczywistość wskazała na Maćka z jakimiś korzonkowymi sytuacjami, zatem postanowiliśmy wykorzystać go do samego końca. Naszego lub... :)
Na spotkanie z zespołem przejechaliśmy się przez Ernesta i jego miejsce pracy. Ernest się ucieszył i z tej radości usiłował nas pousadzać. Na głupie pytania "Na wesele prosicie?" zareagowaliśmy wzgardliwym milczeniem, po czym wyciągnęliśmy towarzystwo przed wejście na tak zwane świeże powietrze. W zgodzie i umówieni na bliżej nieokreślone "później" rozstaliśmy się po papierosku i pojechaliśmy dalej...
Lublin. Brama Krakowska. Rany, jak ja tu dawno nie byłam. Nic się nie zmieniło. A może i się zmieniło, w każdym razie fajnie jest. 14 lat temu pomyślałam sobie, że chciałabym tu mieszkać, bo lubię to miasto... Kto wie? ;-p
Pod Bramą spotkaliśmy ZESPÓŁ. Znaczy, sztuk dwie, płeć męska, miny nietęgie, ale przynajmniej się starali ;-p Na dzień dobry okazało się, że co prawda ja o nich nic nie wiem, za to oni owszem, byli na tej stronie, przeczytali to i owo, zdjęcia obejrzeli i generalnie wiedzą, w czym rzecz. Aha. No niesprawiedliwość społeczna dała mi po mordzie, ale nic to, myślę sobie, czekajcie, ja o swoją sprawiedliwość zadbam i wyrównam tę dysproporcję!... A tymczasem poszliśmy do "Publiki". Usiedliśmy w niszy, stolik normalnie specjalnie dla 6 osób, rewelacja. Dostałam piwo, dowiedziałam się, gdzie jest toaleta, żyć nie umierać. Po czym poznałam historię choroby zwanej roboczo "T.R.A.P".
- Już nie Trap - powiedziała Anka. - Ja sugeruję Krap. A może Krab?
- To od pierwszych imion nas wszystkich - wyjaśnił mi uczynny Radosław. - Wiesz, Tomek, Radek, Ania i Piotrek.
- Teraz będzie Krap - zadecydowała Anka.
- Ale wiesz, Tomek dziś powiedział nam, że już nie będzie z nami grał - ciągnął Radosław. - Odszedł od nas.
Zawsze to sensacja, więc zainteresowałam się sytuacją bliżej.
- Ma swój zespół, powiedział, że nie chce już grać na basie, tam gra na gitarze, to go bardziej kręci... No, ale trzeba mu przyznać, że zachował się przyzwoicie - powiedział, że nas nie zostawi, będzie grał, póki nie znajdziemy nowego basisty.
- Zwariował chyba!... Chcesz powiedzieć, że zostawił bas dla jakiejś tam gitary?!?!? - obruszyłam się całkiem szczerze. Emocje wzięły górę...
- No właśnie tak... - westchnął poważnie Radosław.
- Wariat!!!! - miotnęło mną. - No jak można rezygnować z basu?!? Przecież to...! - tu mnie trochę przystopowało, ostatecznie Wilczy słuchał, jak ja miałam tak wprost przy nim opowiadać o mojej fascynacji basem?... Ale ten wykrzyknik jakoś zainteresował towarzystwo, bo zaczęli gapić się na mnie niczym wół na malowane wrota z pytajnikami w każdym zapyziałym oczku.
- No? Co z tym basem?...
- No bas jest fajniejszy niż gitara - mruknęłam pod nosem, myśląc sobie, że za cholerę nie wiem, jak z tego teraz wybrnąć.
- Tiaaa - powiedział Wilczy, domyślając się już, o co mi chodzi.
- Tia - zawtórowałam mu i postanowiłam iść na całość i wyjaśnić im moją fascynację. Ale rozbiłam winę na pół :-) - Razem z moją koleżanką uważamy, że basiści są najfajniejsi, uwielbiamy się im przyglądać, jak tak drobią tymi paluszkami na strunach, takie malutkie, niezauważalne ruchy, jakby od niechcenia, a jaki efekt!... - rozmarzyłam się. Nie jestem pewna, kto zrozumiał clou mojej przemowy, Wilczy na pewno, Anię i Maćka mogę o to podejrzewać, ale skąd reszta zespołu miała wiedzieć, że większość zdań przeze mnie wypowiadanych ma podteksty!... W każdym razie gęby im się rozjarzyły. Może po prostu byli uprzejmi?...
Knajpę zamykali w okolicach 23 i coś trzeba było ze sobą zrobić. Ktoś rzucił hasło: "To może zrobimy próbę?...". Reszta odpowiedziała tonem udającym zastanowienie: "Ależ jasne, czemu nie, tylko my nie mamy instrumentów..." i oczka im się zaświeciły. Maciek oznajmił, że to akurat nie problem, albowiem dysponujemy środkiem lokomocji i po instrumenty można w każdej chwili podjechać. I słowo stało się ciałem ;-p
Z racji tego, że auto Maćka nie jest autobusem, a nas było sztuk 6, to chłopcy pojechali po sprzęt, a my z Anią powędrowaliśmy w stronę taksówek. Przystopowało nas przy kebab-barze.
- O - powiedział Wilczy.
- Aha - zgodziłam się.
No i weszliśmy. Zapachniało sziszą, w dodatku z jabłkowym tytoniem, gęby nam się rozjarzyły, Wilczy wziął kebaba, a ja spytałam, w jakich godzinach bar jest czynny. Smagłolicy gostek zza baru, dysponujący językiem angielskim i olśniewającym uśmiechem, oznajmił, że jutro to do drugiej, bo potem nie będzie gości. Aha.
Potem, już sami ze sobą, nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy chodziło mu o drugą = czternastą czy o drugą = drugą w nocy...;-p W końcu wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy pod Dom Kultury Kolejarza.
Tiaaaaa.
Wesele się jakieś odbywało, my spacerowaliśmy przed komisem samochodowym, czekając na chłopaków, wreszcie przyjechali, na teren zamknięty auta wstawić się nie dało, nie to nie, pomamrotałam inwektywy pod nosem i dzięki bogom, że po cichu, po czym zostaliśmy wpuszczeni do Domu Kultury, który natychmiast ochrzciłam [OCENZUROWANO] w łagodniejszej wersji (dla przyjaciół ;-p) Domem Braku Kultury Kolejarza. No poczułam się, jak w tym kuriozum, którym jechałam do Sanoka. [OCENZUROWANO] Stan toalet litościwie pominę, w sumie ważne, że była sala, tak?...
Pierwsza w nocy. No, sala jak sala. Wytłoczki od jajek na ścianach, dekoracje jak najbardziej na miejscu :) Wieszak, sztuk jeden. Krzesełka, statyw pod mikrofon i piece, i generalnie wszystko gra. Towarzystwo się rozlazło, każde we własny kąt, my ustabilizowaliśmy się blisko wyjścia, w razie czego, gdyby trzeba było uciekać, jak zaczną grać, no bo w końcu wiadomo?...;-p Ale nie uciekliśmy. Chociaż było głośno, a ja na hałas reaguję alergicznie, o ile to nie jest hałas na koncercie ;-p Wokalu prawie nie było słychać, co trochę mi przeszkadzało w podziwianiu kunsztu Ani ;-p, w związku z tym zajęłam się tym, co lubię najbardziej, czyli wyciągnęłam aparat :) Piwo dostarczył zapobiegliwy Maciek.
Anka czasami zaglądała do kartki, ale generalnie coś tam sobie śpiewała. Piotrek młócił pałeczkami ("te pałeczki to słynne pałeczki są!... jedna jest z Perfectu, jedna jest z Bajmu...") i odwracał się do ściany (próbowałam wypatrzeć, co tam takiego szalenie interesującego w tej ścianie jest, ale nic nie znalazłam ;-p), Radek robił miny, Maciek siedział grzecznie i słuchał, Wilczy przysypiał, a ja starałam się zrobić jakieś zdjęcia w tym świetlówkowym oświetleniu i w tej wytłoczonej scenerii. Postanowiłam poprześwietlać, żeby potem dokończyć dzieło w fotoszopie ;-p
Piwo skończyło się wraz z końcem próby. Była 3 w nocy :) Do Ernesta nie bardzo mieliśmy siłę jechać...

Przyjechałam tu odpocząć...

Niedzielę spędziliśmy na spaniu. Jak już wstaliśmy, to okazało się, że jest obiad ;-p A potem pojechaliśmy do miasta. Jakoś tak :) I zawędrowaliśmy do kebab-baru, rzecz jasna, na sziszę. Ulokowaliśmy się w ostatniej, czerwonej sali, dostaliśmy karty i zaczęliśmy wybierać. Było ciężko. Skusiliśmy się na oliwki (ciekawe, co się potem z nimi stało, bo wzięliśmy resztę na wynos, a w domu kompletnie o nich zapomnieliśmy...), chałwę, kawę oczywiście, zawijańce w liściach winogron (w Grecji są lepsze ;-p) i generalnie stoliki mieliśmy nieźle zastawione, jak wreszcie dotarła do nas szisza. Fantastyczny zapach jabłkowego tytoniu rozlazł się po pomieszczeniu i zrobiło nam się błogo...
Ale nie na długo. Za chwilę do stolika w rogu przysiadło się czterech bezszyjnych gości. Z piwkiem w łapie i papierosem w drugiej zrobili trochę hałasu i... nasmrodzili fajkami :( Uważam, że to głupi pomysł: podawać fajkę wodną z aromatycznym tytoniem i pozwalać w tym samym pomieszczeniu palić papierosy, ale cóż, nie mój kurnik, nie moje kury ;-p
Zmęczeni przeżyciami dnia poprzedniego wieczór spędziliśmy na oglądaniu filmu "Snatch" i piwku, po czym odpłynęliśmy w objęcia Morfeusza. A może miał jakoś inaczej na imię, nie pamiętam ;-p
W poniedziałek nawet chwilę udało mi się popracować nad zdjęciami, a wieczorem, mimo okropnej pogody sugerującej opady (zresztą padało cały dzień...), zrobiliśmy grilla. Wcześniej zadzwonił Czarek:
- Cześć, nie chciałabyś zobaczyć mojego domu? Przyjedź, właśnie jesteśmy tu na działce, wpadnij, to sobie obejrzysz. A przy okazji przywieź klucze...
Tiaaaa.
Przy grillu, non stop uważając, aby Paulinka się nie oparzyła, nie polazła do psa, nie wlazła w szkodę, nie zrzuciła chleba z ławki i generalnie pilnując Paulinki, starałam się ją nauczyć mówić "Gibraltar". Bogowie jedynie wiedzą, skąd mi się to wzięło (pomijając głupi dowcip, w którym pijany mąż wraca do domu, a żona do niego: "Piłeś!", "Nie piłem!", "Piłeś", "Nie piłem!...", "To powiedz Gibraltar", "No dobra, piłem..."), w każdym razie lekko onieśmielone dziecko w końcu wypowiedziało to trudne słowo: "Gibjajtaj" :-)

Ciotka chrzestna II

We wtorek po śniadaniu pojechaliśmy zmienić opony. Czarek pokazał mi na planie, którędy mam jechać, ucieszyłam się z prostej drogi, zapakowałam Wilczego i Anię do auta i jedziemy. Na pierwszym skrzyżowaniu skręciłam dobrze, na drugim też, trzecie było rondo. Jakoś tak ustabilizowałam się na bardziej lewym pasie, przed rondem z pasami zrobiło się coś dziwnego, okazało się nagle, że mój pas skręca całkiem w lewo, chociaż jest drugim z lewej i w ogóle o co chodzi?... Wilczy, indagowany dość nerwowo przeze mnie na okoliczność "dokąd mam jechać?!?", odpowiadał równie nerwowo: "No tam!...", pokazując niewątpliwie kierunek jazdy na wprost, co właśnie akurat teraz okazało się być niewykonalne, bo nie chcieli mnie wpuścić na prawy pas.
Nie to nie. Bez paniki. Skręciłam w lewo i w leniwym, pogodzonym z życiem nastroju objechałam rondo naokoło, pilnując, aby jednak na końcu stanąć na właściwym pasie...
Potem przeżyłam drobny szok, jak mojemu lwiątku zdjęli kapcie. Wisiał sobie tak sam, biedny, bez butów, na jakimś okropnym podnośniku i na pewno było mu zimno w podwozie!...;-p Na szczęście szybko dostał nowe kapciuszki i mogliśmy zacząć wracać. Tym razem nic głupiego na żadnym rondzie nie odwaliłam ;-p Za to natura postanowiła przetestować nowe opony i z nieba lunęło...
Kontakt sms-owy z resztą zespołu w postaci Radosława spowodował ustawienie próby na 18. Około 17 Maciek zadzwonił, że się spóźni i w ogóle nie zdąży, bo jeszcze pracuje. Co było robić, zapakowaliśmy się w świeżo obutego lwa i pojechaliśmy do domu braku kultury. Wysłałam Wilczego na negocjacje z panem z budki. Pomyślałam sobie, że to naprawdę dobrze, że poprzednim razem powstrzymałam się od wypowiedzenia głośno swoich myśli, bo teraz pan na pewno by mnie nie wpuścił autem na teren... A tak, proszę, wszystko poszło jak z płatka, dotarliśmy na próbę całkiem na czas i w ogóle super.
W sali prób przebywał zdradliwy Tomek ze swoją kobietą i Radek. Jakoś za dnia i na trzeźwo reszta tego domu wyglądała dużo gorzej niż wieczorem, więc po odstawieniu Anki pod mikrofon, zgraniu jakichś mp3 i zdzwonieniu się z Maćkiem zebraliśmy zabawki i pojechaliśmy odstawić auto. Na trzeźwo się tam nie da siedzieć ;-p
Jak wróciliśmy we trójkę, okazało się, że Tomka zastąpił już Krzysiek, brakujące ogniwo, gitarzysta z blond piórami prawie tak długimi jak moje i próba trwa w najlepsze. Maciek zajął się talerzami i nawiercał je fachowo, publiczność w postaci jednej pary siedziała na dostępnych krzesełkach i dobrze się bawiła, ja piłam piwko i robiłam zdjęcia, Ania śpiewała, chłopaki grali i generalnie było jak na próbie.
A potem Krzysiek założył gitarę na kark, nie przestając na niej grać...:-) Przyznam, że owszem, było to interesujące...:)))
A potem przyszedł czas na "Krwawe morze"...:-) No dobra, obiecałam, publikować nie będę, ale przyznam szczerze, że szalenie nam się ten kawałek spodobał. No szalenie po prostu i do bólu (a boli do tej pory ;-p), bo to i o morzu, i fajny rytm i w ogóle wpadające w ucho, mimo, że Piotrek twierdzi, że to disco-polo takie jakby. No obiecałam. Nie wrzucę tu tekstu, ale bogowie wiedzą, jak bardzo muszę się powstrzymywać :-) W każdym razie piosenka brzmi zajebiście fajnie, kiedy Piotrek śpiewa "...i wróóóóóóóóg", oczywiście wszystko w atmosferze metalu i w ogóle, szał ciał i uprzęży.
Próba dobiegła końca, piwo też, uznaliśmy, że jedziemy do knajpy. Której? No, coś znajdziemy. Dzwonię po taksówkę:
- Dobry wieczór, chciałabym zamówić taksówkę pod Dom Kultury Kolejarza...
- Będzie za pięć minut.
- Ale ja bym chciała, żeby była za dwadzieścia minut...
:-)
Chłopaki pojechali z Maćkiem, my z Anią wysiedliśmy pod barem Kebab i poszliśmy na kebaba. Który potem mi wypłynął dołem ;-p Spotkaliśmy się wszyscy pod Bramą Krakowską i poszliśmy do "Publiki". Pomyślałam sobie, że skoro w sobotę o 23 zamykali, to dziś, we wtorek, raczej nie będzie lepiej i nie myliłam się - knajpa była już zamknięta. Ogarnęło mnie złe przeczucie...
Blisko godzinę spędziliśmy, wędrując od knajpy do knajpy, pomijając wzgardliwym milczeniem meliny i mordownie, szukając czegoś na względnym poziomie. Nie znaleźliśmy nic, o czym mogłabym myśleć z jakąś przyjemnością, ustabilizowaliśmy się w końcu w knajpce gdzieś w bramie. Piwo było, kawałek stolika też i nawet było na czym usiąść, a powietrze gęste od dymu miało być może robić intymną atmosferę. Przy stolikach - dwóch zestawionych - potoczyły się dwie dyskusje. W pierwszej z nich brał udział głównie Maciek i Radek, który był indoktrynowany na okoliczność rodzaju muzyki. W drugiej brałam udział ja i Ania, a biedny Piotrek między nami możliwe, że się rumienił, w każdym razie podteksty śmigały między nami jak perszingi na wysokości lamperii i atakowały w każdym niemal słowie. I wtedy właśnie okazało się, że Piotrek ma cztery pałeczki ;-ppppp
Zwolnił się stolik z kanapą, zatem przenieśliśmy się tam, aby dokończyć piwo. W trakcie dogorywania Piotrek rzucił do Maćka:
- A może by tak zrobić pizzę?...
Maciek zainteresował się średnio, bo korzonki ciągle dawały mu się we znaki, w dodatku biedny pracował cały dzień.
- Pizzę, powiadasz? - mruknął. I to wystarczyło. Reszta towarzystwa podchwyciła temat.
- Pizzę?
- Robimy pizzę?
- Teraz?
- Ale gdzie?
- Nie mamy pieca!...
- Pieca? Nie mamy pieca? Ja mam przecież piekarnik!...
- O, właśnie, możemy u niego zrobić pizzę!...
- No ale teraz?...
- A co, teraz to zła pora jest?...
- Dobra, to musimy skoczyć do Tesco po składniki...
No i rozpętało się piekło.
Najtrudniejszą logistycznie rzeczą było, jak pogodzić ilość osób z ilością miejsc w samochodzie. Problem ten rozwiązałam praktycznie od razu, ale na początku nikt nie chciał mnie słuchać:
- Część pojedzie z Maćkiem po zakupy, a reszta pójdzie na piechotę.
- Zwariowałaś?... Chcesz iść na piechotę?... Wiesz, gdzie on mieszka?!?...
Speszyłam się nieco, przyszło mi do głowy, że jeśli on mieszka jakieś 20 km stąd, to faktycznie nieco przesadziłam, będziemy tam na rano, ale z drugiej strony, na litość boską, chodziłam na piechotę po Warszawie i po wielu innych miastach, w bojach jestem zaprawiona, chodzić lubię, nie no, to nie może być aż 20 km, musi być bliżej, ten Lublin nie jest aż taki wielki!...
- Dobra - powiedział Maciek. - My pojedziemy po zakupy, zakupy zawiozę do Krzyśka (bo tam był ten piekarnik), potem wrócę po tych idących i już. Tak zrobimy. To kto jedzie?
- Ja się chętnie przejdę - odparłam z godnością, przecież teraz nie mogę się wycofać z własnej propozycji, poza tym naprawdę spacer dobrze mi zrobi, szczególnie po siedzeniu w zadymionym pubie. - Tylko musi iść ze mną ktoś, kto wie, dokąd mamy iść...
W rezultacie Maciek pojechał z Anią i Piotrkiem, a my z Krzyśkiem i Radkiem poszliśmy na piechotę.
Na początku szło się fajnie. Miasto, zamek, ładne widoki i w ogóle spoko.
Potem była wizyta na stacji benzynowej po piwko i do toalety, potem szliśmy trasą, a potem wleźliśmy na wiadukt. Wiadukt absolutnie nie przeznaczony do szwendania się po nim jakichś pieszych. Póki chodniczek między barierką a ulicą miał szerokość jednej płyty chodnikowej, to spoko, ale jak zwężył się do krawężnika wyłącznie, to zrobiło się trochę kiepsko ;-p W końcu wiadukt się skończył, przeszliśmy mostkiem nad rzeczką (no coś takiego, nie miałam pojęcia, że w Lublinie jest rzeka!...;-p), potem wleźliśmy w osiedle i pomyślałam sobie, że lada moment i Krzysiek się zgubi i nie trafi do własnego domu - a faktycznie, zakręcone tam było jakoś wszystko, te bloki jakieś podobne do siebie i w ogóle... Ale jednak trafiliśmy. Po wejściu do domu zadzwoniłam do Maćka, zapytać, gdzie są i dlaczego jeszcze ich nie ma.
- Mieliśmy taki mały problem - powiedział Maciek. - Ale już jedziemy. Za dwadzieścia minut będziemy.
Trochę mnie zmartwił, ale skoro obiecał, że będzie, to będzie. Tymczasem uświadomiłam sobie absurdalność sytuacji. Oto jest druga w nocy. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, prócz tego, że w mieszkaniu, wynajmowanym przez gościa, którego poznałam kilka godzin temu. I...
BĘDZIEMY ROBIĆ PIZZĘ!...
Tia.
Zanim nadjechał Maciek, zrobiłam się śpiąca i zmęczona i zaczynałam powoli zastanawiać się nad jakimś wyłganiem się z imprezy i zorganizowaniem sobie cieplutkiego, miękkiego łóżeczka. Piwa pić już nie mogłam z uwagi na jutrzejszy powrót do domu. Siedzieć o suchym pysku to jakoś tak nie bardzo w środku nocy. Zrobiło się bardziej smętnie...
Ale przyjechali wreszcie zaopatrzeniowcy, opowiedzieli nam o koszmarze poszukiwania drożdży w Tesco i Maciuś wziął się za robienie pizzy. No ja tego gościa normalnie podziwiam!...:-)
Pierwsza pizza wjechała na stół trochę po 3 w nocy. Towarzystwo zajęło się oglądaniem płyt (za moich czasów to zapraszało się dziewczyny do domu, ale na słuchanie płyt, a ci oglądali, a słuchali kompaktów ;-p). Po pierwszej dość szybko pojawiły się następne pizze i już trochę po 4 rano (ja z przerażającą wizją jutrzejszego powrotu do domu) opuściliśmy gościnne progi Krzyśka. Nie bardzo rozumiem czemu, ale mam wrażenie, że przez chwilę wszyscy żegnali się ze wszystkimi?...
Nie powiem, że Maciek zapakował całe towarzystwo do swojego bolida. Nie powiem, że z tyłu siedzieliśmy całym dostępnym zespołem plus ja. Nie powiem, że z Radka w pewnym momencie WYLAZŁ... i kazaliśmy mu sobie go wepchnąć z powrotem ;-p Generalnie już nic nie powiem, bo to był po prostu wesoły autobus, aż pozbyliśmy się chłopaków i mogliśmy wreszcie wrócić do domu. Do łóżka. Byliśmy tam o piątej...:-)
Pobudka nastąpiła koło południa i nawet nie było tak strasznie. Wyspałam się :-) Dziwne, aczkolwiek prawdziwe. Jak zwykle na śniadanie był obiad, potem jeszcze inne przyjemności, w ramach dokarmiania biednych dzieci z miasta dostałam słoiki pełne ogórków kiszonych ("my precious!..." ;-) i rzodkiewki i już zbieraliśmy się do powrotu. Najwyższy czas!...
Pożegnaniom nie było końca niemal. Jak ja nie lubię stamtąd wyjeżdżać!... Właściwie jedynym plusem wyjazdu są te ogórki kiszone w bagażniku i możliwość wyściskania się ze wszystkimi znowu :)
Droga powrotna prowadziła znów nad Wisłą. Pierwszy patrol policji stał niemal na wyjeździe na szosę lubelską (a u nich to się nazywa, nie wiedzieć czemu, warszawska ;-p), a potem to już co kawałek - następni. Jakoś tak uparli się na ten długi weekend ;-p Żałowałam, że nie mam CB radia. W każdym razie jechało się spokojnie, długo i bez wodotrysków, w końcu się dojechało i niestety - długi weekend stał się historią...
Ale ja tam jeszcze wrócę! ;-p

***
T.R.A.P. i inni - to dla Was ten komentator, jak macie ochotę, to się wyżywajcie :-)
Skomentuj | Pokaż komentarze


psyche