Nurkowanie mazurskie, Leleszki, 17-19.07.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Mazury trzy po trzy według psyche
Podwodne zdjęcia Wilczego

Piątek

Wilczy przyjechał w zupełnie niespodziewanym momencie, kiedy właśnie wybierałam się do bankomatu. Nie doszłam, bo okazało się, ze wpadłam na niego przed drzwiami domu :) Zatem bankomat zaliczyliśmy wspólnie, robiąc przy okazji zakupy, albowiem jeść i pić coś trzeba będzie. Następnie pojechaliśmy na północ.
W korku utknęliśmy tuż przed Serockiem, co nas cokolwiek zaskoczyło. Powodów do powstawania korka nie było żadnych, co jest typowym powodem powstawania korków w Polsce...
Zaliczyliśmy jeszcze jakieś tankowanie, hot-dogi na Orlenie i wreszcie minęliśmy Szczytno, Grom i trafiliśmy na drogowskaz na Leleszki. W prawo. Skręciliśmy i natychmiast pojawiły się rozstaje... Wilczy stanął.
- I co teraz? - zapytałam filozoficznie.
- No... chyba asfaltem - mruknął Wilczy, wybierając drogę w prawo.
- Eeeee - wymamrotałam z powątpiewaniem, ale dobra, chce, to niech sobie jedzie.
- No co? Tu jest asfalt!...
- Ale ta droga wraca...
Asfalt skończył się nagle, drwiąc z nas radośnie. Wilczy zahamował.
- No to chyba jednak miałaś rację...
- Jak zwykle...
Drogę właściwą stanowiły kocie łby lub inne kamory oraz kawałek piasku. Dojechaliśmy do wioski, zatrzymał nas pierwszy pensjonat po lewej, Wilczy wjechał na podwórko i rozglądał się po samochodach. Nie znalazł żadnego znajomego... Postanowił zatem zadzwonić do Tomka, z którym się tu umówił, a który stanowił bazę wiedzy na temat Leleszek. Okazało się, że trzeba było pojechać jeszcze 20 metrów prosto i skręcić w prawo :)
Tym razem trafiliśmy, wyciągnęliśmy namiot i w świetle reflektorów samochodowych ujrzeliśmy kłębowisko wszelkiego rodzaju stworzeń latających i zapewne gryzących, zatem najpierw sięgnęliśmy po offa, a dopiero potem po śledzie i maszty. Namiot stanął niedługo potem, wzięłam się za pompowanie materaca, Tomek trochę mi pomógł, wreszcie spanko było gotowe, mogliśmy się zameldować przy ognisku i grillu z piwkiem w dłoniach. Tu poznaliśmy resztę ekipy: Agnieszkę, Olę i drugiego Tomka. Skosztowaliśmy smakołyków z grilla, na pierwszy rzut poszła "trawa", czyli przypieczony chlebek z zieloną, tłustą maziają. W maziai wyodrębniłam czosnek, ale reszta pozostała dla mnie tajemnicą. Potem okazało się, że to zielone to była zwykła pietruszka...;) Muszę przyznać, że chleb z trawą jest całkiem smaczny :)
Po zorientowaniu się, gdzie tu właściwie jest cywilizowana łazienka, odpłynęliśmy spać, porzucając naszych znajomych na pastwę grilla - męcząca droga i upierdliwy tydzień w pracy dały o sobie znać. Śpiworki sprawdziły się rewelacyjnie, chociaż noc początkowo była bardzo gorąca, ale nawet Wilczy w końcu wlazł do środka wytworu Salewy...;)

Sobota

Poczułam, że jest gorąco i to mnie obudziło. Namiot, no tak. W namiocie bywa gorąco. Ale żeby aż tak?!?...
Pomyślałam sobie, że pewnie zaraz będzie to śniadanie o 9.30, na które ani myślę wstawać, gdyż jestem śpiąca i będę odsypiać cały tydzień.
Potem Wilczy rozpiął sypialnię i wpuścił trochę powietrza. Zrobiło się przyjemniej na jakiś ułamek sekundy.
Potem Wilczy rozpiął tropik i zrobił przeciąg na tyle, na ile da się go osiągnąć w namiocie. Poprawiło się na kolejny ułamek sekundy.
W końcu zapytałam, która jest godzina.
Okazało się, że minęła ósma.
To śniadanie, które zamierzałam przespać, nawet nie próbowało jeszcze nadejść, a ja już nie dawałam rady wytrzymać w namiocie...
Zatem wstałam i zaciągnęłam Wilczego pod prysznic, po którym już można było spokojnie zacząć się zbierać na śniadanko. Po obejrzeniu - rzecz jasna - bocianów, które gnieździły się w gnieździe kilka metrów od nas i kilka nad nami, co mnie trochę przerażało, biorąc pod uwagę trasy ich lotu i możliwości końcówki przewodu pokarmowego. Na szczęście jednak żaden z nich nie wpadł na pomysł, żeby załatwić się nad naszym namiotem...;)
Na śniadanie był szwedzki stół po polsku: rewelacyjne wędliny, które smakowały tak, jak zapamiętałam z dzieciństwa, kiedy to na wsiach biło się nielegalnie prosiaka i robiło wędliny samemu, bez chemii, bez wstrzykiwania wody i bez glutaminianu sodu. Twarożek ze szczypiorkiem. Jajecznica ze skwarkami. Herbata. A na deser (!?!) - gorące racuchy...;))) Re-we-la-cja! Po śniadanku skorzystaliśmy z ekspresu do kawy, który obsługiwało się samodzielnie, który był dość niespieszny, za to solidny i kawę robił powoli, acz skutecznie, bez względu na to, że musiał zrobić naraz ze dwadzieścia kubków.
Chłopaki zaczęli się krzątać w ramach przygotowań do nurkowania, zjechali samochodami na plażę, wypakowali sprzęt i odstawili auta gdzieś pod płot. Dziewczyny już znalazły sobie miejscówkę na trawce przy drugim wejściu do wody, wkrótce zatem do nich dołączyłam, miotając się między ubierającym się w milion warstw Wilczym, a ręcznikiem, na którym leżały różne przydatne mi rzeczy. Obok ławeczki znalazłam wiaderko z trzema okoniami, no faktycznie, po kąpielisku plątał się gość z wędką, ciekawe, że wśród tych pływających ludzi i psów cokolwiek złapał, w dodatku na samą błystkę, nawet bez robaka!... Mniam, zjadłoby się takiego okonka...;)
Wilczy wreszcie uporał się ze wszystkim, miał na sobie ładnych parę kilogramów. I on chce, żebym ja nurkowała w jeziorach ze stalową butlą, ja jestem słabą kobietą i noszenie na sobie dla przyjemności kilkudziesięciu kilogramów jednak odpada ;-p (Sadysta! Pewnie mi zazdrości, bo on nosi te kilogramy, masochista jeden, a ja nie! ;)
Wreszcie sama wlazłam do wody, która była tak nagrzana, że nawet pierwsze wejście nie stanowiło żadnego problemu. Ufff, jak przyjemnie!....;)))
I tak cztery razy!...
Pływałam, wychodziłam, schłam, wracałam do wody, znów pływałam i tak w kółko. W międzyczasie chroniłam swoje rzeczy przed przebiegającym psem, który oczywiście też się kąpał, dzięki czemu na przykład kapał na różne rzeczy, które teoretycznie powinny pozostać suche, albo przebiegał po czymś, nie przejmując się za bardzo, że to może być czyjaś noga...;) W kolejnym międzyczasie robiłam jakieś zdjęcia, na przykład psa wyjadającego ciasteczko z ust swojej pani - obie wyglądały na bardzo zadowolone :) A przy okazji zauważyłam w ręku drugiego Tomka... lubelską Perłę!... Okazało się, że można ją kupić w ząbkowskim sklepie. A ja szukałam w supermarketach!...
Wreszcie panowie wypełzli z jeziora i zaczęli z siebie zdejmować te wszystkie warstwy i kilogramy. Wyglądali na zadowolonych, acz podobno tam niżej to nawet zimno jest - do 11 stopni. No fakt, biorąc pod uwagę to, że na powierzchni w słońcu było jakieś czterdzieści, to różnica temperatur faktycznie porządna.



Uparłam się na las. Chcę do lasu i koniec, las, drzewa, mrówki, gałęzie, jagody, grzyby, runo generalnie, igły, pająki... Las!... Chcę do lasu!...
Towarzystwo patrzyło na mnie z lekkim zażenowaniem, mamrotali coś o ewentualnym użyczeniu pokoju, komentowali potrzebę dreszczyku podczas upubliczniania poczynań prywatnych, a na koniec zażyczyli sobie relacji. Szczegół po szczególe. Razem z numerami pozycji z Kamasutry...
Wywlokłam Wilczego przed siebie, skręciliśmy w najbliższą drogę w lewo i zaczęliśmy szukać tego lasu. Droga się skończyła tabliczką, że dalej to teren prywatny i w ogóle wynocha. Las był. Owszem. Miał jakieś dwa razy po dwa metry szerokości, środkiem biegła linia energetyczna, a za nim - ścieżka. Co było robić, skręciliśmy w ścieżkę, która doprowadziła nas do kolejnej wioskowej uliczki. Poszliśmy zatem dalej, mijając bajorko za bajorkiem, chatę za chatą, schodząc z drogi rowerzystom i samochodom, podziwiając malownicze ogródki, stare ciągniki i wagony kolejowe oraz otwarta na oścież brama, która wyglądała jak wejście na prywatną posiadłość, zatem nas powstrzymała przed dalszym spacerem. Później okazało się, że niepotrzebnie...;)
Kiedy mieliśmy już serdecznie dość upału, wróciliśmy do posiadłości i w oczekiwaniu na obiad odpoczywaliśmy w saloniku.
Obiad był zaiste pyszny. Żeberka rozpływały się w ustach :) Deser z jagód i bitej śmietany był genialnym ukoronowaniem całości, aż żal, że nie było kolejnych dań ;)
Chłopaki umówili się na kolejne nurkowanie "U Szwajcara", zatem zapakowali graty do aut i pojechaliśmy na nowe miejsce. Okazało się, że u Szwajcara - to właśnie za tą otwartą bramą, przez którą wcześniej krępowaliśmy się przejść. Więc teraz przez nią przejechaliśmy i - mijając po prawej posiadłości letniskowe oraz zagrody z bydłem szkockim wyżynnym - dojechaliśmy do kolejnej bramy, tym razem zamkniętej. Nad samym jeziorem chłopaki wyładowali sprzęt i odstawili samochody za bramę, znów się przebierali i poszli oglądać wrak jakiejś terenówki. A ja usiadłam sobie z gazetką i pilnowałam gratów.
Po niecałej półgodzinie na tafli jeziora pojawiły się bąbelki, znaczy - wrócili. Podobno było znów zimno :) Wrak osiągnięty, nurkowanie zaliczone, można się rozebrać z pianek i wrócić do domu :)
W bazie nastąpiło wieszanie i suszenie wszystkiego. Z niepokojem patrzyłam na niebo.
- Ej, Wilczy. Lunie. Chcesz potem suszyć namiot?...
- Może nie lunie...
- Lunie, lunie, obiecywało już od paru godzin...
Wilczy złapał Darka - współwłaściciela bazy, okazało się, że możemy się przenieść do pensjonatu, bo jest jeden pokój wolny, zatem zaczęliśmy zwijać namiot i przygotowywać ognisko i grilla. Jakiś czas później, przeniesieni już do pensjonatu, do pokoju numer dwa z widokiem na łąkę, zajęliśmy się grillem i ogniskiem. Darek złapał mnie w połowie kursowania między samochodem a pokojem i wręczył trzy tace do zaniesienia na grilla. Bardzo proszę - ułożyłam je sobie na rękach i stwierdziłam, że odkrywam w sobie nowe talenty. Wilczy też odkrył, okazało się, że jest doskonałym grillowym, najpierw młodszym, potem starszym, w każdym razie - grzecznie się pytam: "Darku, gdzie jest ten dyplom z pieczątką?!?..." ;)
Znów pojawił się chlebek z zielonym oraz rewelacyjne mięsko, dostałam od Tomka własną perłę, ale dość szybko okazało się, że dzień spędzony na słońcu, w upale wykończył mnie całkiem i zaczynam odpływać. Wilczy też wyglądał nieszczególnie, zatem jak druga ekipa wróciła z nocnego nurkowania i przejęli władzę nad grillem, czym prędzej pożegnaliśmy się i poszliśmy spać.
Za naszych czasów jeszcze nie lunęło.
- Ale będę zła, jak nie zacznie padać - wymamrotałam.
- No, ja też...

Niedziela

Okna otwarte na oścież sprawiły, że przynajmniej było czym oddychać. W pokoju nie było tak tragicznie gorąco, jak w namiocie :) Budzik zadzwonił o 9.20, gdyby nie kwestia śniadania to zignorowałabym go kompletnie, ale przecież TAKIEGO śniadania nie odpuszczę!... W niecałe 10 minut byliśmy gotowi do zejścia do jadalni.
Okazało się, że generalnie jest dość pusto.
Towarzystwo dnia poprzedniego zaimprezowało ostro, zatem dziś zbiera się poooowoooooluuuutkuuuuu...;)
A na deser były naleśniki...;) Rewelka! :)
Po śniadaniu odsiedzieliśmy kolejkę do kawy z atlasem samochodowym na kolanach, planując trasę powrotu do domu i przeglądając, gdzie tu mogą być fajne lasy. Nadal ciągnęło mnie do lasu, co Ola kwitowała porozumiewawczym uśmiechem :) Jeszcze wypiliśmy kawę, jeszcze zgraliśmy i pooglądaliśmy zdjęcia, jeszcze pozbieraliśmy zabawki, dorwaliśmy Darka celem rozliczenia się, dyplomu dla Wilczego nie było, ale za to uzyskałam wizytówki z wszelkimi możliwymi kontaktami, chwila pożegnań i już śmigaliśmy w stronę Szczytna.
Szczytno rozkopane, objazd na objeździe, z miasteczka z dwoma drogami na krzyż zrobiła się potężna metropolia, krążyliśmy po niej i krążyliśmy, i nie dawało rady wyjechać. Wreszcie udało się opuścić gościnne progi miasta, droga jakby się zwężyła do szerokości półtora samochodu i wiła się między łąkami, jeziorami i lasami. Od czasu do czasu pojawiała się wioska.
Wilczy zahamował gwałtownie, kiedy przeczytałam na jednym z przydrożnych billboardów: "Centrum nurkowe". Postanowił skręcić w las i obadać teren, bo to a nuż coś ciekawego?...
Przejechaliśmy obok nurków, którzy ustawili się autami przy drodze i ubierali w sprzęt. Dojechaliśmy do leśniczówki, potem do jakiegoś ośrodka, wreszcie skończyła nam się cierpliwość, bo droga była pełna dołów. Wilczy zawrócił i podjechał do nurków...
Okazało się, że nurkują tu sobie na dziko, gdyż bazy żadnej nie ma. Była kiedyś, owszem, ale szefowa ośrodka splajtowała i zwiała do Niemiec i teraz stoją ruiny.
Aha.
Podziękowaliśmy i pojechaliśmy dalej...
Kolejny skręt - to Wola Maradzka nad jeziorem Powidzkim, tu z kolei mieści się baza nurkowa Aquariusa.
Na budynek, zbudowany na planie trzech boków kwadratu, mówią tu "fort". Recepcja jest pośrodku, wchodzimy i grzecznie pytamy o warunki, cenniki, możliwości. Panienka recepcjonistka nie jest zbyt rozmowna, informuje nas tylko, że nocleg kosztuje 50 zł, nie wiemy, od osoby, czy od pokoju, a w sprawie nurkowań odsyła nas do tablicy wiszącej gdzieś dalej na budynku. No dobrze, to sobie idziemy pooglądać tablicę...
Na tablicy - cennik wypożyczeń sprzętu nurkowego, karteczka z wpisami - pewnie nurkujący się wpisują... Wilczy się przygląda, ale nie ma na kartce żadnego znajomego nazwiska. Ktoś podchodzi się wpisać, zaczynamy rozmowę, Joanna, która właśnie tu nurkowała, opowiada, jak jest pod wodą. Generalnie ciemno, zimno, widoczność żadna...;) Rozmawiamy przez chwilę, potem zwiedzamy bazę, jest tawerna, jest miejsce na namioty, jest gość sprzedający ryby... o nie, gość zniknął, a taką miałam ochotę na wędzonego węgorza!...
Zbieramy się i jedziemy dalej, Borowski Las już sobie odpuściliśmy, zgłodniałam, chcę rybkę! Podjeżdżamy pod knajpę nad szlakiem Krutyni, zamknięta na cztery spusty, nie istnieje, hmmm. Zaczyna padać. Nie ma się co zastanawiać, jedziemy w stronę domu...
Kolejny postój jest w Spychowie, zajeżdżamy do odwiedzonej przed laty knajpy, nie ma gdzie zaparkować, pada deszcz, a kelnerka, która zbiera talerze ze stolików na zewnątrz, ma ponurą minę, jedziemy dalej.
Wszelkie próby zboczenia do lasu skutkują natychmiastowymi opadami, zatem odpuszczam już sobie całkiem moje ciągoty leśne i upieram się już tylko przy rybce. Widzimy szyld przydrożny - RYBY - i zajeżdżamy do knajpy, przed którą stoi sporo samochodów.
Mam ochotę na okonia, pani jakoś strasznie kręci i w końcu upiera się przy sandaczu, który jest 2 zł droższy za 100 gram, zgadzamy się. Do tego zamawiamy frytki, surówkę i herbatę.
Ryba jest niesłona, frytki spalone i jakby sprzed tygodnia. Dobra jest jedynie surówka... Widać ilość samochodów przed knajpą wcale nie stanowi wyznacznika jakości tej knajpy. Cóż, ważne, że głód zaspokojony, kupujemy jeszcze jagody i wracamy do domu...


Wyszperane w sieci:

Pensjonat Leleszki
Dive Club WCNUR
Szkoła nurkowania Aquarius


psyche