Kurs na patent żeglarza jachtowego, 19.08. - 1.09.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki psyche

Dzień pierwszy - niedziela

Wjeżdżamy do Węgorzewa. Jest drogowskaz na Różę Wiatrów, skręcamy w lewo w polną drogę. Droga się rozwidla, drugiego drogowskazu nie ma, jedziemy na czuja, kolejne rozwidlenie... Udało się psim swędem, dojechaliśmy!...
Udajemy się do KaWuŻeta zameldować się i dostać przydział noclegu...
- Dzień dobry, przyjechaliśmy na kurs...
- Dzień dobry, nazwiska poproszę... Aaaaha, panie do domku numer trzy, panowie do domku numer cztery...
- Ale jak to?!?...
- Jesteście na obozie żeglarskim, takie są przepisy PZŻ...
- Ale... mieliśmy być razem w domku, to jak to?...
- Takie są przepisy, bardzo proszę klucze.
- Nie, nie, nie może tak być. Jest tutaj z nami małżeństwo, to niby jak pan to sobie wyobraża?
- Nic mi o tym nie wiadomo, jest przydział...
Ok. Nie kłócimy się bez sensu, ustalamy w recepcji, że jednak jesteśmy dorośli i jednak mieliśmy być w jednym domku, dostajemy przydział do domku numer 9. Podjeżdżamy samochodami, rozpakowujemy się, idziemy na obiad - kotlet schabowy, ziemniaki i mizeria, kompot, zupa pomidorowa z ryżem na pierwsze. Smacznie i sporo.
Lokujemy się w domku, rozkładamy po łóżkach, kombinujemy pościel, zajmujemy półki. Jednocześnie rozpracowujemy rum z colą. Pod domkiem ustawiamy zawinięty spod jakiegoś drzewka stół i stołeczki i chłoniemy przyrodę. Przez ośrodek przechodzi KaWuŻet...
- A czyje są te samochody? Proszę je stąd zabrać!...
- Ale dlaczego? Nie mogą tu stać?...
- Nie, tu nie ma dla nich miejsca.
Aha. Szkoda, że nigdzie nie ma na ten temat informacji... No ok, ale to i tak dopiero rano.
Idziemy na chwilę na keję popatrzeć na łódki.
- O, Numerek - mówi Taryk. - Ja chcę na nim pływać!...
Tymczasem wędrujemy na kolację, na której dostajemy herbatę w dzbankach - już posłodzoną!... Nie ma indywidualizmu. Poza tym jedzenie nadal jest smaczne :) Po kolacji mamy spotkanie organizacyjne. Na scenę w stołówce wychodzi KaWuŻet w osobie pana Marka Kowalika i rozpoczyna wykład, na wstępie informując nas, że jest... egzaminatorem. Aha...
...pół godziny później mam oczy wielkości salaterki i bardzo głupi wyraz twarzy. Mimo całego mojego niedouczenia żeglarskiego nie chcę być traktowana jak niesforna trzynastolatka, która przyjechała tu dla lansu i zdobywania kariery. Chcę się nauczyć żeglarstwa, jestem dorosła, biorę za siebie odpowiedzialność, mam rozum i wydaje mi się, że potrafię się nim posługiwać. Tymczasem to pierwsze przemówienie miało na celu chyba zastraszenie nas (a może nie tyle nas, co przybyłą na kurs młodzież?...). Regulamin został odczytany przez żonę KaWuŻeta, panią Marzenkę. Plan dnia: pobudka - 7.15, apel - 7.45, śniadanie - 8, odprawa załóg - 9, obiad - 14, kolacja - 18 (albo 19, jeszcze nie wiemy), wykłady - 20. Ale jak to? Na stronie nie ma mowy o zajęciach po kolacji - miał być czas wolny? Szkoda, że nie ma tej informacji na www.
Wreszcie KaWuŻet oddaje głos bosmanowi Jarkowi. Jarek zaczyna od przedstawienia się:
- Jestem Jarek. Nie pan Jarek, nie kapitan Jarek, nie krasnoludek Jarek.
Mały wielki człowiek - natychmiast wzbudza respekt i szacunek. Opowiada trochę o życiu obozu i o tym, co nas czeka w ciągu najbliższych dwóch tygodni, czego będziemy się uczyć i z czego będziemy zdawać egzamin, następnie robi podział na wachty. Wszyscy chcą być z nim, ale już nam się nie udaje - jedynie Pati się załapała. Wybieramy więc łódkę czteroosobową, jako instruktora dostajemy Bogdana. Bogdan łódką nie jest zachwycony. Okazuje się, że będziemy się szkolić na maku 606 o wdzięcznej nazwie... Numerek :-) i na razie nic więcej o nim nie wiemy. Rozchodzimy się, koniec spotkania, jutro dowiemy się więcej, tymczasem - prysznic (na cały ośrodek są trzy kabiny prysznicowe i trzy toalety damskie i taka sama ilość męskich) i pora spać.

Dzień drugi - poniedziałek

Budzę się przed budzikiem. Trzeba się umyć, doprowadzić do kultury, przestawić auto... Na apelu ustawiamy się numerami wacht - mówi KaWuŻet. No halo?...
- Ale my nie znamy swojego numeru wachty - przecież wczoraj nie zostały ustalone!...
Ok, dowiadujemy się, że jesteśmy wachta siódma.
- Starsi wachty meldują!...
Panika. Jacy starsi, co meldują?!?...
- Musicie wybrać starszego wachty - mówi nasz instruktor. Wszyscy patrzą na mnie.
- Ty masz większe doświadczenie - mówi Rysio.
No dobra, melduję...
- Melduję wachtę siódmą, wszyscy obecni.
KaWuŻet kiwa na żonę, żeby odczytała rozkaz. Bo każdy dzień przebiega według rozkazu... Dziś mamy w planach najpierw wykład o etykiecie żeglarskiej, potem zajęcia na jachtach. Proszę uprzejmie.
Potem jest podniesienie bandery, wybicie szklanek, wymaszerowanie na śniadanie...
Na śniadaniu następuje... usadzanie.
- Wszystko mamy robić na komendę? - buntuje się Ania i siada na pierwszym wolnym. Tym razem nikt nie zauważył niesubordynacji...
Po śniadaniu (słodka herbata!...) spotykamy się na placu na wykładzie. Jarek mówi trochę o historii, trochę o szantach, o otoczce i kulturze bycia na jachcie. Mówi ciekawie i dowcipnie.
- Żeglarstwo jest sportem ekstremalnym. Pamiętajcie o zasadzie: jedna ręka dla siebie, jedna ręka dla jachtu.
- Pamiętajcie o dekalogu. Nie kradnijcie. No ale z cudzołóstwem to już różnie bywa... Ale jest napisane: czyńcie sobie dobrze, nie?... No, ważne, żeby dzieci zdrowe były...
- Miałem okazję spotkać trzech księży. Jeden zielony kompletnie... Drugi, też kursant. Nawracaliśmy się nawzajem: on mnie, a ja jego. Z wzajemnym skutkiem. Jak mu węzełki nie wychodziły, to szybko nauczył się kląć. A trzeci na zieloną noc wysmarował wszystkie krzesełka keczapem...
- Żeglarze, którzy kradli, byli przybijani za ręce do masztu. I nikt nie mógł im w żaden sposób pomóc. Nawet wody podać. Taki złodziej wisiał na tym maszcie, aż zjechał...
- Kiedy wiatru nie ma, statki stoją w porcie. A w porcie statki rdzewieją, a ludzie schodzą na psy.
- Stworzenie, które się swobodnie przez kluzę wysikać nie potrafi, nie powinno pływać...
- Łódka jest kobietą. Niektórzy kochają łódki bardziej niż kobiety. Tam też jest w środku dziura, dookoła której wszystko się kręci :)
- Posiąść kobietę - żaden problem. Ale utrzymać ją!... Tak samo jest z łódką.
I w ten deseń mówi przez półtorej godziny. Potem znów pojawia się KaWuŻet i zmienia rozkaz - teraz pójdziemy na test z umiejętności pływania.
- Ale jak to? Gdzie?...
- Do ośrodka WDW, tam jest basen.
- Kryty?...
- Skąd, po prostu wydzielony kawałek jeziora...
- A jest się gdzie przebrać?
- Na trawce...
Aha. Cudownie. Przebieramy się więc w toalecie i idziemy z ręczniczkami. Najpierw dróżką przez las, potem mijamy cmentarz z I wojny światowej, potem schodzimy w dół nad brzeg jeziora i jesteśmy w WDW. Faktycznie, wydzielone kąpielisko, wchodzimy do wody wachtami - jedna wachta płynie, druga się przygotowuje i przyzwyczaja do temperatury wody. Szok termiczny nie jest zbyt wielki, w sumie wejście do wody nie stanowi wielkiego problemu. Przepływamy swoje, wychodzimy, wycieranie, przebieranie pod ręcznikiem w tłumie ludzi, ok. Ania popływała chwilę dłużej, bo lubi, a Taryk od razu powiedział, że on chce kapok, nawet nie będzie próbował wchodzić do wody.
Wracamy na obiad (kotlet mielony, ogóreczki małosolne, ziemniaki, zupa jarzynowa, kompot), sjesta i zbiórka na dole przed keją.
- Tutaj jest moje królestwo - mówi Jarek. - Tu ja rządzę!... Keje są postawione na pontonach, one są ruchome, wchodzimy pojedynczo, nie tyralierą, bo pospadacie, a tu jest 7-8 metrów głębokości. Idziemy na swoją łódkę i dalej już zajmą się wami instruktorzy. Dziś zapoznajecie się z jachtem, poruszaniem po nim, poznajecie podstawowe pojęcia, próbujecie pagajować...
Wchodzimy na Numerka. Żadnych relingów, jedynie sztag, a potem maszt może służyć za coś do przytrzymania. Handreling dopiero na suwklapie. Nie ma silnika. Nie ma pagajów. Siadamy i zaczynamy się rozglądać. Wymieniam nazwy różnych elementów jachtu, Bogdan kiwa głową potakująco. Niewiele mówi. Jak o coś spytam, to odpowiada, ale oszczędnie. Zaczynam się bawić liną i robić węzełki, pytając, jak powinny wyglądać prawidłowo. Bogdan pokazuje, zaczynamy powtarzać jego ruchy wszyscy na tym, co mamy dostępne - jeden szot foka i talia grota. Padają kolejne pytania, kiedy widzę, że Bogdan odpowiada zdawkowo, zaczynam sama dzielić się swoją wiedzą i robię to coraz częściej. Mówię, opowiadam, pytam, potwierdzam u niego swoje wiadomości. W pewnym momencie Bogdan mówi:
- Mam wrażenie, że mnie sprawdzasz.
Zatkało mnie. Rysio przychodzi mi z odsieczą:
- Ona tak zawsze ma, nie należy się przejmować...
- No właśnie - zaczynam się śmiać - zawsze tak mam, poza tym wiesz, ja trochę pływałam, mam jakąś wiedzę, ale strasznie nieuporządkowaną, coś wiem, ale nie zawsze wiem, z czym to się je...
- Uporządkujemy - mówi Bogdan.
- Mam nadzieję, po to tu właśnie przyjechałam...
Umiemy już węzeł płaski i ratowniczy, umiemy refowy, ósemkę.
- No ale mam zdolną załogę - mówi Bogdan - wszystko już umiecie!...
- E - odpowiadamy - wcale nie, raptem cztery węzełki...
Inni wypływają na pagajach. My siedzimy na łódce. Dochodzimy do wniosku, że może by tak postawić żagle. Przynajmniej przetestować. Bogdan się zgadza (a mnie się wydawało, że od niego powinna wyjść ta propozycja...), więc stawiamy foka. Każdy po kolei. Zamiast Bogdana ja zaczynam dbać o kulturę pracy na jachcie, żeby linki nie wpadały do wody, tłumaczę, gdzie należy stawiać stopy, żeby ciągnąca lina nie zrobiła krzywdy człowiekowi, jak układać żagiel po ściągnięciu. A mam wrażenie, że to on powinien nam powiedzieć. No ale ok...
Potem stawiamy grota, za topenantę służy nam fał grota, w ogóle biedna ta łódka, ma absolutne minimum wyposażenia. Okazuje się, że grota mamy dziurawego, więc już wiadomo, że postawimy go ćwiczebnie kilka razy i oddamy do cerowania. Obijaczy też nie mamy - prócz jednego, malutkiego i w dodatku pękniętego. Bogdan nie jest zachwycony stanem łódki, a co my mamy powiedzieć? Okazuje się, że dwa tygodnie temu na Numerku złożył się maszt. Niby został postawiony i niby teraz się trzyma, ale kto wie?
Kończy się dzień pracy na łódce, za chwilę - kolacja, po niej - wykład z budowy jachtu. Jesteśmy głodni, więc rzucamy się na jedzenie (znów słodka herbata!...) i wracamy na stołówkę chwilę potem na wykład.
Wykład prowadzi dość niewyraźnie mówiący pan, który w dodatku mówi bardzo szybko, ledwo nadążam notować ogólne hasła. Kiedy ktoś prosi o powtórzenie jakiejś nazwy, on już jest trzy zdania dalej i nie wie, o co pytamy. A potem odpowiada: "W książce doczytacie". Tia... Niektóre nazwy pisze na tablicy, robi rysunki, szukamy gorączkowo tego samego w książce, jak znajdujemy, to nazwy przepisujemy z książki, bo na tablicy są bazgroły. Nie można powiedzieć, żebyśmy byli zachwyceni sposobem prowadzenia wykładu, ale co zrobić.
Wreszcie jest czas wolny, wracamy do domku, rozlewamy resztę rumu, Taryk z Pati wyciągają wino, dziś jest ich rocznica ślubu :) Udaje mi się podłączyć do netu na chwilę, jedyne dwa gniazdka są w pokoju Taryka i Pati, staramy się o przedłużacz, ale niestety nie ma. Warunki spartańskie... Wieczór spędzamy przed domkiem, póki nam się alkohol w kubeczkach nie skończył, potem towarzystwo idzie spać, a ja na spacer i pod prysznic. Nie umiem tak wcześnie chodzić spać, dopiero jak się kładę koło 1 w nocy, to jestem już gotowa do zaśnięcia, a jeszcze dziś akurat męczy mnie alergiczny katar, więc spacer przed snem jest niezbędny. Pora na dobranoc...

Dzień trzeci - wtorek

Pobudka o 7.15, budzę się oczywiście wcześniej, ale wstaję później. Apel odbębniony szybko i sprawnie, dziś pływamy do 14, obiad jest pół godziny później. Jest piękna pogoda, gorące słońce świeci od rana i ładnie wieje, nie za mocno, w sam raz. Po śniadaniu siadam z kawą przy stoliku przed budynkiem głównym, w miejscu, które umownie nazywam mesą oficerską, ponieważ instruktorzy zwykle tam siadają na papierosku czy pogawędkach. Potem zbieramy się przed keją i rozchodzimy do łódek.
- Mamy grotżagiel - mówi dumny Bogdan, Ania kołuje pagaja, Bogdan po chwili przynosi drugiego, no, możemy wreszcie wypłynąć!... Nie czekamy zbyt długo, mocujemy żagiel do bomu, przygotowujemy łódkę do wypłynięcia i odcumowujemy. Na cumie dziobowej stoję ja, chłopaki na pagajach, wychodzimy z portu i stawiamy zarefowanego grota. Bo jednak tutaj na dole trochę wieje. Chwilę później stawiamy foka. Rysio siada za sterem i ćwiczymy zwroty przez sztag na dwóch żaglach, z komendami:
- Do zwrotu przez sztag. Zwrot!... Lewy foka szot luz!... Prawy foka szot wybierz!...
Zaraz potem komendy zaczynają się kompletnie pieprzyć i powstają nowe:
- Lewy szoka fot wybierz!... Prawy fota szok luz!...
Potem do steru dorywam się ja. Dość mocno wieje, nie dość, że trzeba nie przewrócić łódki, to jeszcze pracować grotem, no i mówić te wszystkie komendy, i operować sterem. A tutaj tłok, bo wszyscy właśnie uczą się zwrotów... Tia. Kiedy zaczynam sterować, robi się śmiesznie, najgorsze jest to, że Bogdan nie mówi, w którą stronę powinnam płynąć, w którą stronę trzymać ster. No i kwestia rumpla - skręcasz w lewo, żeby jacht płynął w prawo... Echhh. Po jakimś czasie jednak zaczynają mi wychodzić zwroty razem z komendami, co prawda jest ciężko, ale daję radę. Zaczyna mi się to podobać...:)
Niestety, jest nas czwórka i każdemu trzeba dać trochę poprowadzić jacht. Bogdan stoi w zejściówce, bo nie ma już dla niego miejsca na pokładzie, my ściskamy się w kokpicie, robiąc chińskie sztuczki przy zwrotach i przekazywaniu steru, żeby się jakoś pomieścić. Póki co nie jest bardzo źle, nawet się jakoś nie stresujemy tym, że zwroty nie wychodzą zbyt dokładnie, staramy się tylko nie wpaść na inne łódki i tyle. Akwen ograniczony, czerwona flaga na maszcie, więc ciasno. Machamy rumplem i powoli czujemy wzbierający głód - jeść!... Najwyższy czas na obiad... więc wracamy i przybijamy do pomostu, nie robiąc mu (ani sobie) żadnej krzywdy ;) Tym bardziej, że i pogoda zaczyna się psuć - jest coraz silniejszy wiatr.
Na stołówce okazuje się, że zmienił się dla nas przydział stolika i oto lądujemy przy przedostatnim stole w rządku przy oknie. Machamy rękami na kolejne dziwne zwyczaje, bo głodni jesteśmy niezmiernie, rzucamy się na jedzenie (jak zwykle pyszne) i z niepokojem obserwujemy spektakl rozgrywający się za oknami. Z łódki zeszliśmy jakieś pół godziny temu w pełnym słońcu, teraz powoli robi się coraz ciemniej. Wychodzimy z obiadu z jabłkami na deser, wracamy na sjestę do domków, towarzystwo ląduje na łóżkach, a ja wybieram się pod prysznic. Niemal półtorej godziny po zejściu z łódki, kiedy stoję sobie właśnie świeżo namydlona pod gorącą wodą w kabinie prysznicowej numer jeden (jedynej z w miarę działającym wieszakiem w środku, w innych są połamane), słyszę, jak coś zaczyna porządnie walić w dach - w pierwszej chwili wydaje mi się, że budynek się wali, ale nie, to tylko żołędzie spadają z drzew na pofalowany daszek sanitariatu. Kiedy wychodzę z budynku, wita mnie bardzo silny wiatr i pierwsze krople deszczu. Dobrze, że do domku mam blisko, to drugi domek, zaraz za chatką instruktorów. Biorąc pod uwagę pogodę - raczej nie będziemy dziś już pływać, pakuję się więc na łóżko i drzemię...
Deszcz nie jest intensywny, natomiast bardzo silny wiatr miota drzewami, aż zaczynam się obawiać o auto, stojące - jak się później okazało - na parkingu instruktorskim, właśnie między drzewami. Postanawiam je przy najbliższej okazji przestawić na dół, pod budynek główny, tam drzew nie ma... gdy nawałnica ustaje, idę z niepokojem obejrzeć, czy dużo mam dziur w dachu, ale na szczęście nie, więc kamień z serca. Idziemy na kolację ;)
Po kolacji wykład z ratownictwa. Notujemy skrzętnie wszystko, dużo tego jest, nagle okazuje się, że ręka nieprzyzwyczajona jest do trzymania długopisu, ale na pytania: "Czy można dostać klawiaturę?" nikt nie odpowiada sensownie, więc niestety, trzeba bazgrać. Tylko kto to potem przeczyta?...;)
Po wykładzie, w bardzo świeżym powietrzu, między połamanymi gałęziami drzew wracamy do domku. Wyciągam komórkę i...
- Jedenaście nieodebranych połączeń???... Siedem SMS-ów???... Matko!...
Każdy moim przykładem sprawdza swoje telefony i potem zaczyna się oddzwanianie.
- Tak, nic mi się nie stało, no rzeczywiście, była burza, o, naprawdę? Nie no, my o niej od dawna wiedzieliśmy, przecież to godzinę wcześniej było widać... Nie, byliśmy już wtedy na lądzie... No, dobra, dzwonię dalej...
Pół świata dzwoniło do mnie lub pisało SMS-y z prośbą o znak życia, bo media podały informację o morderczym białym szkwale grasującym na Mazurach. A szkwał to był żaden, po prostu burza potężna, o której było wiadomo co najmniej godzinę przed jej nadejściem... Całej tragedii można było uniknąć, gdyby nie ludzka głupota i brawura - jak zwykle.
Niestety, my też nie całkiem obronną ręką wyszliśmy z niszczycielskich działań przyrody, na Numerku oderwała się listwa boczna przy okazji miotania łódkami po porcie, a na sąsiedniej łódce zostało wybite okienko. Większych strat na szczęście nie było...

Dni czwarty - jedenasty

Kolejne dni mijały mniej więcej tak samo. Potwornie niewyspani spóźnialiśmy się na apel, meldowałam jak zwykle to samo: że wszyscy obecni (dopiero pod koniec obozu zaczęłam przyznawać się do niepełnej załogi). Instruktorzy wachtowi meldowali stan KaWuŻetowi również według własnej fantazji, na przykład:
- Stan obozu... sprawdzony. Stan sprawdzony, z brakami...
Po śniadaniu pływaliśmy na coraz bardziej kompletowanym Numerku (w końcu dostaliśmy też dwa działające odbijacze, a Bogdan kupił wstążeczki czerwone w ramach icków ;), ponadto zszyto nam wszystkie trzy żagle - wliczając w to także podartego foka sztormowego). Uczyliśmy się zwrotów przez sztag i rufę, podejścia do boi i człowieka i w końcu także podejścia do kei, tylko, nie wiedzieć czemu, była to keja w ośrodku WDW, tuż za cyplem. Najbardziej stresował nas człowiek, bo wiadomo było, że to będzie na pewno na egzaminie. Częściej się udawało niż nie, ale i tak ciągle popełnialiśmy błędy - bo wiatr za silny, bo źle machaliśmy sterem, bo zamiast w bajdewindzie - nagle znajdowaliśmy się w kącie martwym... Ale od tego jest ten czas, żeby ćwiczyć.
Taryk od czasów słynnego na cały kraj "białego szkwału" przestał w ogóle z nami pływać, dzięki czemu się wysypiał, a my mieliśmy luz na łódce. Numerek - jak dla mnie - powinien być w ogóle dwuosobowy...;) Bogdan nadal stał w zejściówce, my nadal miotaliśmy się po kokpicie i zabawnie było przy "człowieku", kiedy nagle na jednej burcie znajdowaliśmy się we trójkę - trzeba było uważać, żeby nie przewrócić tej łajby...
Najgorzej natomiast było przy zwrocie przez rufę. Nie miałam doświadczenia, a Bogdan nie wskazywał mi popełnianych błędów, więc zwroty przez rufę robiłam, przerzucając bom na drugą burtę siłą rozpędu po prostu, zamiast spokojnie go przełożyć, wybierając talię i potem luzując. Dopóki był słaby wiatr, nie miało to większych reperkusji, ale kiedy zrobiłam to przy silniejszym wietrze, nagle okazało się, że kompletnie nie mam panowania nad łódką, że nie mogę wychylić dalej rumpla, nie daję rady, w dodatku jestem po złej burcie i rumpel pcham zamiast go ciągnąć, łódka się przechyliła i już czułam, że zaraz się skąpiemy!... Kątem oka zauważyłam Rysia, który zerwał się ze swojego miejsca i chwilę potem szalony taniec Numerka na wodzie się zakończył powrotem do normalnego stanu z półwiatrem w tle.
- Co się stało? - zapytałam, rozluźniając mięśnie rąk po walce z rumplem i przesiadając się na właściwą burtę.
- Bom zaczepił się o achtersztag...
- Bardzo niebezpieczna sytuacja - skomentował Bogdan. - Na tej łódce wcześniej nie było achtersztagu, bom jest za długi, nieprzystosowany. Po tym, jak maszt się złożył, założyli achtersztag, ale jak widać, coś źle wyliczyli... Musimy coś z tym zrobić...
No rzeczywiście, byliśmy o krok od wywrócenia się. Ale dopiero, jak drugi raz zrobiłam dokładnie to samo, nauczyłam się - sama! - jak należy działać talią podczas zwrotu przez rufę.
Innym razem usiadłam dokładnie na środku rumpla, rzucona jakimś nagłym szkwalikiem podczas przesiadki przy zwrocie. Na rumplu jest piesek do mocowania fału płetwy sterowej. Usiadłam centralnie na nim. Oddech straciłam na jakies 2 minuty, głos odebrało mi na mniej więcej 15, przekazałam tylko ster komukolwiek innemu i zeszłam pod pokład dojść do siebie. Teraz naprawdę rozumiem, co mogą czuć faceci, kiedy się ich kopnie w jaja...;-)
Taryk z Pati odkryli w Biedronce w Węgorzewie herbatniczki Kapitańskie, które stały się hitem wyprawy. Rewelacyjne herbatniki oblane z jednej strony czekoladą z wizerunkami żaglowców - pasowały nam tematycznie, a poza tym naprawdę były smaczne ;) Jakieś zakupy trzeba było robić, w końcu piwo samo do człowieka nie przychodziło, a nie co dzień szliśmy do WDW ;-p, stąd nasze wyprawy do Biedronki, jedynego dużego supermarketu w okolicy.
W międzyczasie świętowaliśmy także urodziny Pati, która zintegrowała się ze swoją załogą bardzo ściśle i razem ze sternikiem Jarkiem zapraszała towarzystwo do nas. Imprezy były na początku na dworze, między domkami naszym i instruktorskim (żeby nie było, że deprawujemy młodzież), w drugim tygodniu, jak pogoda definitywnie się popsuła i temperatura spadła, imprezy odbywały się w środku. Ale nie ograniczaliśmy się wyłącznie do imprezowania w ośrodku Róży Wiatrów - wszak obok jest ośrodek WDW, gdzie jest nie tylko piwko, grzane piwko, ale także piłkarzyki!... Któregoś wieczoru nasi panowie rozegrali mecz przeciwko chłopakom z innej wachty, przeciwko obcym ludziom w ogóle, a także kursanci vs. instruktorzy ;) Ja i Ania dzielnie kibicowałyśmy i w meczu przeciwko instruktorom nasi wygrali ;) Zastanawiałyśmy się co prawda potem, czy aby dobrze się stało, może powinni przegrać tak na wszelki wypadek?...;)
Kilka razy wybraliśmy się także do Węgorzewa, do tawerny Keja Port, ewidentnie na koncerty. Zdecydowanie szliśmy na piechotę lub dzieliliśmy się - część osób jechała taksówką, ale ja wolałam zawsze się przejść. Ania biegała rano, ja wybrałam wieczorne spacery :) Tym bardziej że obczailiśmy zupełnie sensowny skrót przez osiedle i droga nie była wcale zbyt długa.
Towarzystwo grywało także w siatkówkę, gdyż siatka była, piłka także, więc czemu tego nie wykorzystać? Dość często integrowaliśmy się z niektórymi instruktorami, byli to ludzie zwykle dość otwarci i towarzyscy, tym bardziej po dwóch czy trzech miesiącach siedzenia w tym samym miejscu.
- Chciałbym zobaczyć wreszcie inne drzewa - zwierzył nam się kiedyś Bogdan.
Zdarzyło nam się także ognisko w ramach atrakcji miejscowych. Na ognisku były kiełbaski i gitara, a jak młodzież poszła spać, pojawiły się także rozweselacze, dzięki czemu było zupełnie rozrywkowo ;)
Wieczorami mieliśmy wykłady - jeszcze z teorii manewrowania, teorii żeglowania, przepisów, locji i meteorologii (prowadzonej przez żonę KaWuŻeta, skądinąd bardzo spokojną i miłą kobietę). W międzyczasie były kartkówki z poprzednich wykładów i zestresowani czekaliśmy na ich wyniki. Jednak naszej wachcie udawało się wychodzić z kartkówek obronną ręką, zaliczaliśmy wszystko. W końcu w międzyczasie trochę się jednak uczyliśmy - z książek i z notatek, podpytując Bogdana albo wręcz innych instruktorów po posiłkach w mesie oficerskiej podczas przerwy na papieroska. Trenowaliśmy też węzełki, bo bardzo nam się spodobała idea robienia ze sznurków różnych ładnych rzeczy. A zaczęło się od tego, że któregoś pięknego dnia przyjechała do nas Ewa - była kursantka Jarka, której udzieliliśmy schronienia w naszym domku. Ewa pokazała nam, co można ładnego upleść ze sznurków i wszyscy chwycili bakcyla :)
Któregoś dnia przyszedł czas na pełnienie wachty obozowej dla wachty siódmej, czyli dla nas. Znów uciekał nam dzień pływania... Oficer wachtowy (czy instruktor, właściwie nie jestem pewna nomenklatury panującej w ośrodku) siedział sobie na nabrzeżu i pilnował portu, ludzie z wachty pełnili służbę na górze na placu apelowym i w porcie. Podzieliliśmy się sensownie, żeby jednak trochę popływać, rano Ania i Rysio wsiedli na inne łódki, a ja wybijałam szklanki na placu i pilnowałam, żeby nikt mi nie zarąbał dzwonu, po południu ja zawitałam na obcym pokładzie. Dzięki temu straciliśmy tylko pół dnia (my to jednak byliśmy zorganizowani!...).
Natomiast pod koniec obozu razem z Anią rąbnęłyśmy dzwon innej wachcie. Akcja nastąpiła z nienacka, była szybka, rozchichotana i zakończyła się w naszym domku walką o dzwon z kursantem, który pełnił wówczas wachtę. Wyrwał nam ów dzwon i uciekł z nim, obiecując piwo, acz niestety - z przykrością to stwierdzam - obietnicy nie dotrzymał...;-p
Do patentu trzeba było przygotować zdjęcie. Ale najpierw trzeba je mieć... Okazało się, że jest fotograf miejscowy, który przywiezie tutaj swoje studio i zrobi nam zdjęcia, tylko musi zgłosić się określona liczba osób. No dobra, zaczęłam zaganiać stadko do wpisywania się na listę i fotograf rzeczywiście przyjechał. Akurat zdążyłam się opalić w okulary przeciwsłoneczne. Zaproponowałam panu, że wyretuszuję zdjęcia, ale był twardy i stwierdził, że zrobi to sam. Moim zdaniem nie zrobił dokładnie nic, bo zdjęcie, które dostałam, wyglądało okropnie ;) Ale już za późno, a patent być może w przyszłości zrobię nowy...;)
Podpadliśmy kuchni, zabierając fragmenty jedzenia z pustych stołów. Okazało się, że żerci jesteśmy bardziej niż inni i na naszym stoliku jedzenia wiecznie brakowało. Najprościej było zawinąc sałatkę czy inne cokolwiek ze stolika, od którego już odeszli biesiadnicy, tylko zdarzyło nam się zabrać coś ze stolika, do ktorego jeszcze nie przyszli... i okazało się, że był to stolik właściciela ośrodka ;) Obsztorcowani przez szefową kuchni położyliśmy uszy po sobie i z następnymi brakami wędrowaliśmy karnie do okienka stołówki i prosiliśmy o dokładkę. W końcu szefowa sama zaczęła nam przynosić dokładki ;) Pod koniec obozu byliśmy już zaprzyjaźnieni i wypracowaliśmy naprawdę świetne stosunki z kuchnią. Bo też i jedzenie cały czas było rewelacyjnie smaczne! Tylko nigdy nie udało nam się wynegocjować niesłodzonej herbaty, niestety, a słodzona nie nadawała się do picia... Dobrze, że do kawy udawało nam się podbierać łyżeczkę cukru ze stołów instruktorskich ;)
Któregoś dnia instruktorzy powiedzieli nam, żeby po zmroku nie pętać się po obozie. Dla nas było to ograniczenie cokolwiek śmieszne, spytaliśmy zatem, o co chodzi.
- Widziano tu lisa. Być może jest wściekły, a być może zaplątał się w polowaniu na jeże...
Aha. I co w związku z tym? Jeden lis będzie terroryzował cały ośrodek?...
- Będziemy na niego polować - oświadczyli nam z dumą panowie, pokazując pagaje. Że co?!?...
- No, może przynajmniej go przepędzimy, wystraszymy, cokolwiek...
Lis chyba jednakowoż wystraszył się samego pomysłu, bo więcej go w okolicy nie widziano...;)
I tak powoli na nauce i imprezach mijały nam dni do momentu, w którym nie uświadomiono nam, że egzamin zacznie się w czwartek, a skończy w piątek.
- Jak to? To już?!?... Tak szybko?... Z tydzień za mało tych ćwiczeń!... Jak my mamy opanować jacht?!?...
Nastąpiła mała panika i wzmożona nauka...;)

Dzień dwunasty - czwartek

Rano było jeszcze pływanie, po obiedzie mieliśmy mieć test i egzamin z pływania na silniku. Trochę się tego obawialiśmy, bo tylko raz udało nam się potrenować i jednak nie opanowaliśmy tego silnika tak, jak powinniśmy. Pogoda się ustabilizowała na lekko deszczowo-pochmurną. Bogdan zwierzył nam się, że chciał się ogolić, ale uznał, że jednak poczeka...
Po obiedzie zebraliśmy się na placu apelowym w oczekiwaniu na komisję, która już była w ośrodku, i obóz wędrowny, który przypłynął również na egzamin. Komisja nadeszła i ujrzeliśmy w niej żonę KaWuŻeta, drugą panią, bardzo przystojnego młodzieńca oraz pana z brzuszkiem, który był przewodniczącym. Pan ów zabrał głos, opowiedział nam o formule egzaminu, a następnie o sposobie oceniania.
- Egzamin teoretyczny składa się z sześciu części w formie testu jednokrotnego wyboru. Każda z nich to 10 pytań. Żeby zdać, trzeba uzyskać co najmniej 60% z każdej części... No, można mieć z jednej części dwóję.
Na placu panowała idealna cisza. Tysiąc par oczu wpatrywało się z napięciem w pana przewodniczącego. Pan rozejrzał się, stwierdził, że jego słowa zrobiły odpowiednie wrażenie i dodał, uśmiechając się dobrotliwie:
- No, powiedzmy, dwie dwóje...
Po placu przebiegło westchnienie pełne ulgi...;) Jest nieźle, może jakoś da radę to zaliczyć...
Zeszliśmy z górki do stołówki, zostaliśmy rozsadzeni po 4 osoby przy stole normalnie 8-osobowym, dostaliśmy testy i kartki do zaznaczania odpowiedzi, czas start, pół godziny. No to jedziemy!...
Bez nerwów przeczytałam pierwsze pytanie, potem pomyślałam, że nie mogę się idiotycznie pomylić, więc przeczytałam je drugi raz, zestresowałam się lekko i zaczęłam zaznaczać odpowiedzi. Przeleciałam w ten sposób wszystkich 6 tematów, po czym zabrałam się za uzupełnianie braków oraz poprawianie błędów. W końcu doszłam do wniosku, że tylko bardziej zamotam i oddałam kartkę zła, że nie znałam odpowiedzi na kilka pytań.
Zostaliśmy wyproszeni z sali drugim wyjściem, nasze miejsca zajęli następni chętni, a nas wysłano do portu, na manewrowanie silnikiem.
- Jak to? Już?... Tak bez sprawdzenia, czy zaliczyliśmy test?...
Zaczęły się spekulacje, każdy twierdził co innego, na wszelki wypadek poszliśmy się przebrać w sztormiaczki i zeszliśmy jednak do portu. Jako jedna z pierwszych załóg wsiedliśmy na Dedala i zrobiliśmy kółeczko na silniku pod okiem czujnej drugiej pani z komisji. Obyło się bez wpadki, chociaż osoba leżąca w kokpicie i obsługująca silnik ledwo słyszała sternika. Deszcz trochę dawał się nam we znaki, ale chcieliśmy mieć to już za sobą, ufff, udało się - silnik mamy zaliczony!... Tylko co z tym testem?...
Polecieliśmy na górę, dopadliśmy KaWuŻeta, jak szedł właśnie w drugą stronę i zadaliśmy mu to nurtujące pytanie. Bo podobno były wyczytywane osoby, ktore mają coś do poprawki (tak, można było poprawiać, jeśli się któregoś przedmiotu nie zaliczyło). Podobno naszych nazwisk nie wyczytano, ale co to właściwie znaczy?... Zdaliśmy ten test czy nie zdaliśmy go wcale?...
KaWuŻet przeleciał swoją kartkę z nazwiskami, potwierdził tylko, że nas tam nie ma i poleciał do portu. No dobra, nadzieja zaczęła całkiem śmiało się rozglądać dookoła, być może już dwie części egzaminu za nami... Tylko jeszcze manewrowanie na żaglach i do domu ;) A, jeszcze węzełki - podobno będą sprawdzać, czy je umiemy. Masakra. Niby nic, a jednak lekka nerwówka i nie wiadomo, w co ręce wsadzić. Siedzimy przed domkiem, trenujemy węzełki po raz tysiąc siedemset pięćdziesiąty trzeci, mamy ogromną ochotę napić się piwa, ale nie wiadomo, czy już można, do licha!... Ciężkie jest życie kursanta!...
Taryk z Patrycją nie podchodzili do egzaminu, Taryk w ogóle zrezygnował z kursu, Pati chyba poczuła, że ma większe ambicje i chce naprawdę wszystko umieć zanim pójdzie na egzamin. Plątali się jednak cały czas po porcie i byli w centrum wydarzeń, z których my wyłopotaliśmy się, żeby odpocząć od stresu. W końcu nadszedł wieczór i wiadomo było, że reszta egzaminu jutro. Nareszcie można było otworzyć piwko...;)
Jakiś czas później przyjechał Wilczy, nasz domek znów zamienił się w centrum imprezowe, wymieszaliśmy się z instruktorami, dla nich w końcu to też jakiegoś rodzaju test - czy ich uczniowie dadzą sobie radę?... O czym byśmy nie rozmawiali, zawsze schodziło na jakieś kwestie egzaminacyjne, nie było siły. Instruktorzy nam powtarzali: nie bójcie się, każdy manewr możecie powtórzyć, zdawalność jest dość wysoka, dacie radę. A my cali w stresie, na Numerku napisaliśmy flamastrem malutkie R i L dla oznaczenia burt, żeby się nie myliły strony, ustalaliśmy system podpowiedzi i kombinowaliśmy strasznie, w końcu jednak trzeba było pojść spać, bo jednak egzamin przed nami, a alkoholu wchłonęliśmy wystarczającą ilość...;)

Dzień trzynasty - piątek

Obudziła nas kompletna cisza. Znaczy, flauta. Nie wiało nic. Z niepokojem patrzyliśmy w szare niebo i na korony drzew. Cisza. Zero. Powietrze stało...
Po śniadaniu zebraliśmy się w porcie prócz osób, które zostały do poprawki. Na naszej kei stały dwie panie egzaminatorki i czekały na jakieś pełne załogi. Nasza akurat była pełna, przygotowaliśmy zatem Numerka i zaprosiliśmy żonę KaWuŻeta na pokład. Poszłam na pierwszy ogień, bo chciałam to mieć już za sobą, byle z głowy...
Odeszliśmy na wiosłach, bo o żaglach wypełnionych wiatrem można było tylko pomarzyć. Siedząc na Numerku bardzo powolutku płynącym w stronę przesmyku między jeziorami (bo tam mogło coś ewentualnie powiać), rozmawialiśmy z panią Marzenką o różnych sprawach dotyczących Mazur w ogóle, dzięki czemu wytworzyła się dość sympatyczna atmosfera. Postawiliśmy też żagle, ale smętnie zwisały i nie było siły, żeby zapracowały... w końcu, bliżej środka jeziora, poczuliśmy jakiś leciutki zefirek i odłożyliśmy pagaje. Pani Marzenka między jedną historią a drugą powiedziała:
- No dobrze, wypadł ci człowiek, co robisz?...
No i się zaczęło. Komendy, spokojnie wszystko i powolutku, bo wiatru prawie niet, więc i spieszyć się nie ma gdzie. Zwrot, niestety, człowiek w kącie martwym, jeszcze jeden zwrot. Podpływamy do człowieka, widzę, że Rysio macha mi łapkami, za cholerę nie wiem, czemu, modlę się tylko, żeby dopłynąć do tego koła, bo ledwo dmucha i zaraz staniemy. Udało się, koło na pokładzie, a pani Marzenka mówi:
- Wiesz, co zrobiłaś źle?
O, do licha. Co ja mogłam zrobić źle? Analizuję całą sytuację. No dobra, za szeroki pierwszy zwrot...
- Żagle luz - powiedziała egzaminatorka. No jasne!... Spojrzałam z wymówką na żagle, które przecież i tak smętnie zwisały, to jaki luz?! Ja modliłam się żeby w ogóle do tego koła dopłynąć, jaki luz na litość boską?!?... Niemniej jednak komenda jest komendą i należało ją wypowiedzieć. Dlatego właśnie Rysio machał mi rękami, obrazując "żagle luz!"...
- Powtarzasz manewr?
- Jasne...
No to jeszcze raz. Tym razem z komendą, chociaż nie miała ona większego znaczenia, ufff, ster zdaję, z głowy.
W międzyczasie egzaminatorzy ustalili inną formę odbywania egzaminu, łódki bez silnika będą holowane na środek jeziora motorówką, a egzaminatorzy będą się przesiadać z łódki na łódkę, żeby to wszystko szybciej poszło. Bo jeśli teraz będziemy pagajować do brzegu, to i tygodnia na wszystkie łódki nie starczy...
Więcej atrakcji nie było, człowieka zrobił każdy z nas, pani Marzenka przyznała się, że da nam czwórki i przesiadła się na inną łajbę, a my z którymś z instruktorów, ciągnięci przez motorówkę, wróciliśmy w glorii do portu. Przed dobiciem do kei Ania krzyknęła w stronę Bogdana, oczekującego na nasz powrót razem z innymi instruktorami:
- Bogdan!... Możesz się już golić!...
Nareszcie!... Ostatni klar na Numerku i dziko szczęśliwi zeszliśmy z łódki. Co prawda nadal pozostała drobna niepewność - co z tymi węzełkami? I co z tym testem?!?... Ale jednak czuło się już taki spokój, egzamin w końcu za nami :) Można się czuć już na luzie :)
...i reszty dnia nie pamiętam ;-)))

Dzień czternasty - sobota

Pobudka o jakiejś kosmicznej godzinie, zebranie na placu apelowym, ogłoszenie wyników, w sumie poszło nam całkiem nieźle - kompletnie nie zdały dwie osoby zdaje się na około osiemdziesiąt. Cała nasza trójka zdała na czwórkę i poczuliśmy się już silni, zwarci i gotowi, acz absolutnie niedoświadczeni i na pewno nie będziemy rzucać się na łódki po to, żeby chwalić się świeżo zdobytym patentem. Solennie sobie obiecaliśmy, że jednak najpierw trochę doświadczenia trzeba nabyć.
Tymczasem na placu odbyła się szopka z praniem po zadzie pagajem tych, którzy odbierali książeczki żeglarskie, pośmialiśmy się nieco z tego, w końcu pożegnań nadszedł czas i znów podjechałam autem pod domek. Tym razem nikt mnie nie przepędzał...;) Rozpadało się całkiem i ostatnie uściski nastąpiły w strugach deszczu. Ania, Taryk i Pati pojechali jeszcze na wycieczkę po Mazurach, ja i Rysio prosto do Warszawy, a Wilczy do Łodzi. Przedtem jednak obiecaliśmy pani szefowej kuchni, że wrócimy.
Bo jedzenie było za dobre :-)

***
Jeśli ktoś chce coś dodać albo przedstawić własną wersję wydarzeń... - proszę bardzo ;-p
Skomentuj | Pokaż komentarze





Wyszperane w Sieci:

Róża Wiatrów: http://roza.pl/
Tawerna Keja: http://keja.com.pl/
Ośrodek WDW: http://www.wdw-wegorzewo.pl/
Więcej zdjęć u Taryka: http://roza.macosx.pl/


psyche