Kreta, 23.09 - 7.10.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Rethymnon
Okolice Rethymnonu
Chania
Santorini
Agios Nikolaos
Kreteńskie koty...;-)

A z Wąwozu Samaria fotek nie ma... buuuu:( - chociaż to znaczy, że trzeba tam będzie wrócić :)))

So we are!...

No dobra.
Prawie odespaliśmy szaloną podróż - nigdy więcej samolotów o 5 rano!!! Na lotnisko przyjechaliśmy gdzieś koło 2.00, zaparkowałam oczywiście obok jakiejś mafii, nawet ich nie zauważyłam, po prostu tam było takie fajne wolne miejsce ;-p Panowie zwiedzili lotnisko pod kątem czynnego kiosku (nie było nic, hala wymarła, jedynie jakiś gostek na szczycie podejrzanie wyglądającej maszyny, takiej z "Obcego", siedział i czyścił lampy w hali). Wyrzuciłam ojca do samochodu i do domu, na puściutkim lotnisku zaczął zbierać się tłumek. Niewielki z początku, zapchał całą halę odlotów na końcu. Naraz odlatywały 3 samoloty do Heraklionu - dziwne, nie? - te dwa, które startowały o 5.15, to chyba trzymały się za skrzydełka...
Pierwszą kolejkę potraktowaliśmy olewczo i stanęliśmy w niej dopiero, jak cały tłum się przewalił. Ale w drugiej (do odprawy bagażowej) już odstaliśmy swoje. Stojąc, tak myślałam, że jednak zakaz posiadania broni palnej ma swój głęboki sens, bo te wszystkie dzieci, które miały nadmiar energii (do obdzielenia pułku wojska) doprowadzały mnie do pasji. W końcu, ledwo przeszliśmy przez bramkę z paszportem, już otworzyli nam gate i mogliśmy pchać się do samolotu. Miejsca mieliśmy z przodu, przed skrzydłem. Od wschodu, jak się potem okazało. Głupie dowcipy nie chciały nas opuścić...

Wieża (po kolejnym nieudanym podejściu do lądowania): Tu MUSISZ wylądować, synu. TU jest jedzenie...

Wieża: Żeby uniknąć hałasu, odchylcie kurs o 45 stopni w prawo.
Pilot: Jaki hałas możemy zrobić na wys. 35000 stop?
Wieża: Taki, kiedy wasz 707 uderzy w tego 727, którego macie przed sobą...

Pilot: Mamy mało paliwa. Pilnie prosimy o instrukcje...
Wieża: Jaka jest wasza pozycja? Nie ma was na radarze.
Pilot: Stoimy na pasie nr 2 i już całą wieczność czekamy na cysternę.

Wieża: Macie dość paliwa czy nie?
Pilot: Tak.
Wieża: Tak, co?
Pilot: Tak, proszę pana.

Wieża: Halo, lot 56, jeżeli mnie słyszysz, zamachaj skrzydłami..
Pilot: OK, wieża, jeżeli mnie słyszysz, zamachaj wieżą!

Lufthansa (po niemiecku): Kontrola, podajcie czas pozwolenia na start.
Kontrola (po angielsku): Jeżeli chcesz odpowiedzi, musisz pytać po angielsku.
Lufthansa (po angielsku): Jestem Niemcem, w niemieckim samolocie, w Niemczech. Dlaczego mam mówić po angielsku?
Nierozpoznany głos (z pięknym brytyjskim akcentem): Bo przegraliście tę cholerną wojnę!

Pilot do wieży: Mogę prosić o podanie czasu, tak z grubsza??
Wieża: Jest wtorek, proszę pana.

Pilot: Wieża, co robi wiatr?
Wieża: Wieje. (śmiechy w tle)

Samolot linii SABENA zatrzymuje się za samolotem KLM-u na zatłoczonej drodze podjazdowej w oczekiwaniu na start. SABENA do KLM na częstotliwości kontroli: "KLM, czwarty w kolejce na start, zgłoś się na 3030."
Po paru minutach SABENA woła znowu: "KLM, trzeci w kolejce na start, zgłoś się na 3030."
Znów brak odpowiedzi, więc SABENA woła kontrolę: "Wieża, powiedzcie maszynie KLM przed SABENA 123, żeby się do nas zgłosili na 3030."
I wtedy włącza się załoga KLM-u: "Wieża, powiedz SABEN-ie, że profesjonaliści z KLM Holenderskie Linie Lotnicze nie wchodzą na prywatne kanały, podczas gdy powinni być na nasłuchu wieży."
SABENA odpowiada na to: "Dobra, wieża, nie ma sprawy, tylko powiedz tym profesjonalistom z KLM-u, że nie zdjęli szpilek blokujących podwozie."
(chwila ciszy)
KLM: "Wieża, KLM 123 prosi o pozwolenie na powrót do bramki."

Wieża: "Airline XXX, wygląda na to, że macie otwarte drzwi przedziału bagażowego."
Kapitan (po szybkim sprawdzeniu kontrolek): "A, dzięki, wieża, ale patrzycie na nasze drzwi od APU."
Wieza: "OK, Airline XXX, macie pozwolenie na start."
Kapitan: "Pozwolenie na start, Airline XXX."
Wieża (podczas gdy samolot kołuje do startu): "Airline XXX, eee.... wygląda, że twoje APU gubi bagaż."

Pilot małej awionetki: "Hm, kontrola, potwierdźcie, że chcecie, żebym kołował przed 747."
Kontrola lotów: "Taa, będzie dobrze. Nie jest głodny..."

Standardowa obsługa stewardess, śniadanko i odpłynęłam. Spać się za bardzo nie dało, Wilczy mamrotał co chwila: o, jak ładnie!... potem pojawił się wschód słońca, trzeba było zrobić zdjęcia. Usiłowałam się trochę przespać, ale było ciężko...
Potem pojawiło się Santorini, więc już wiadomo, że dolatujemy. I jak to na Krecie - wydawało się, że pilot usiłuje posadzić maszynę na morzu. Wylądowaliśmy bez problemu, odprawa bardzo mi się podobała, bo w bramce unijnej stał sobie gostek i jak już musiał, to brał do ręki paszport, ale generalnie machał rączką, żeby przechodzić. Doczekaliśmy się wreszcie na bagaże, poznaliśmy je od razu, nikt nie miał takiego prehistorycznego plecaka jak ja. Większość ludzi jednak jeździ z walizkami... tylko my jacyś tacy inni. Przed lotniskiem z trudem znaleźliśmy autobus, bo miał być z numerem "2", ale takich autobusów było kilka. I ruszyliśmy do Rethymnonu. O rany, co za podróż!... Ten autobus pakował się w takie miejsca, że o rany boskie!... Ja nie wiem, czy odważyłabym się wjechać tam samochodem, dużo w końcu mniejszym. Ciasno, wąsko, na zakrętach się nie wyrabiał. Często, jeśli z naprzeciwka jechał jakiś samochód, musiał się cofnąć, żeby autobus mógł przejechać. W jednym miejscu zawracał, robił to chyba na 4 razy... udało się i to bez rysowania innych aut! A w innym miejscu szukali kierowcy zaparkowanego przy ulicy auta, które zawadzało. Super...
Po zaokrętowaniu się w hotelu poszliśmy rzecz jasna spać. Wstaliśmy po południu, przeszliśmy się kawałek po ulicach, zjedliśmy mały obiad, poszliśmy znów spać a potem obudziliśmy się jeszcze na kolację, drinka w barze i znów spać. Dziś jestem średnio przytomna, Wilczy sadysta zerwał mnie z łóżka na śniadanie, które wydają do 9.30 - toż to środek nocy!!!....

W skrócie:
Koty, słońce, upał, Amstel (piwko miejscowe), drinki z parasolkami, tzatziki, uśmiechnięci ludzie, drogi nad przepaściami, huk morza, świergot ptaszków, cykady i inne robactwo oraz jaszczurka na balkonie. Zamieszkała sobie u nas na tarasie i jest nieszczęśliwa, bo uparłam się robić jej zdjęcia. A ona wstydliwa jakaś taka.

Ruch uliczny? o matko!.. to też niespodzianka.
Grecy jeżdżą, jak chcą i parkują, gdzie chcą. Na przykład na środku ulicy. Nooo, może tak trochę zbaczając w kierunku chodnika (pojęcie "chodnik" też jest względne ;-p). Staje taki po prostu tam, gdzie akurat dotoczyło mu się auto i już, włącza czasem awaryjne, ale nie zawsze. Ci, co jadą za nim, po prostu go omijają. I nikt absolutnie nie ma mu tego za złe. Na przykład spotkało się dwóch kierowców-kumpli i muszą sobie pogadać, no to gadają. Inni ich omijają i tyle.
Trąbią, owszem, dość często - ale albo dlatego, że widzą na ulicy jakąś laskę, albo żeby pozdrowić jakiegoś znajomego, albo na przykład dlatego, że ten przed nimi jedzie ZA WOLNO. Nie, żeby ostrzec, że ktoś robi coś niewłaściwego. Tu nikt nie robi niewłaściwych rzeczy, najwyżej jeździ za wolno na tych serpentynach śmierci ;-p
Po ulicach chodzą ludzie, bo chodniki są zajęte przez sklepiki albo knajpki. Albo parkujące samochody, skuterki, motorki... i jadące samochody tych ludzi omijają i już. Po prostu.
Najpierw się stresowaliśmy, potem przywykliśmy jak inni:)


Piątek

Pokój mamy 4-osobowy, o czym świadczy ilość łóżek. Ale na ten przykład stołek jest jeden, jedno krzesełko, szafa z trzema szufladkami (ledwo sie w niej zmieściliśmy we dwójkę...). Jest też lodówka, klima i sejf, oddzielnie płatne, nie korzystamy. Dodatkową kasę wydajemy na żarcie, a nie na jakieś tam luksusy...:)

Czytam przewodnik po Chani:
- Pałac Wenizalosa, popularnie zwany Sandrivani...
- Bardzo popularnie - mówi Wilczy. - U nas wszyscy tak na podwórku mówili.


Na posiłki permanentnie przychodzimy ostatni. Wczoraj Wilczy mnie zerwał chyba za 15 dziewiąta - bandyta! Śniadania: wędlina, 3 rodzaje dżemu, feta, jaja na twardo, ogórki i pomidory. Płatki i mleko oraz serek. Obiadokolacja: kawałek padliny, grecka sałatka, tzatziki, te ichnie małe gołąbki z liści winogron, mnóstwo różnych warzyw. Ogólnie jest smacznie niestety, więc jem znacznie więcej niż w domu. Napoje do kolacji płatne.
Wczoraj było spotkanie z panią rezydentką. Nic nie wniosło, rzecz jasna, pani omawiała wycieczki. Pewnie zdecydujemy się na Santorini. A zanim wyszliśmy z pokoju, ktoś zapukał, po czym bezceremonialnie otworzył kluczem i... no tak, room service... Jak wróciliśmy, zastaliśmy pościelone łóżko. No tak, nam by sie pewnie nie chciało :)
Poszliśmy się wykąpać w morzu. Woda słona. Zejście kamieniste. Wilczy wszedł i jęczał :) Fale nieduże, dało się popływać, a na koniec i tak wymoczyliśmy się w basenie hotelowym (1,80 głębokości). A potem zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasta, do kafejki internetowej. Nie dość, że tam duszno, to jeszcze... GRECKI WINDOWS!... No i zresztą skończył mi się czas i program się wyłączył, jakieś takie to nie dla ludzi...
Obiad oczywiście w porcie - raz trzeba. Owoce morza. Więc pierwsza knajpa: mixed plate for two - 50 euro. W ogóle te ceny w euro są przerażające. Pomantykowaliśmy i poszliśmy dalej. W końcu namówił nas gość na mixed za 35 euro. I tak cena powalająca ;-p Poprosiliśmy o wino (w taki upał... chyba na mózg nam się rzuciło...), dostaliśmy prawie-grecką sałatkę (bo z kapustą pekińską!... fuj!), tzatziki i chleb. Oraz ouzo. Właściwie to Wilczy dostał ouzo.
Zjadłam talerz sałatki z chlebem i popiłam to winem, i odpłynęłam. Poza tym najadłam się. Mixed plate jak nie było, tak nie ma, a mnie się chce spać... W końcu doczekaliśmy się: jedna krewetka w całości, małż, kawałek kalmarka i ryby. Z OŚĆMI!...;-pp
Zjedliśmy, wypiliśmy i chcemy już iść. Wilczy kiwnął na gościa, ten przyszedł i pozbierał nasze talerze. I zniknął. No niech już przyjdzie!... (swoją drogą nie wiem, skąd się bierze ta niecierpliwość - nigdzie nam się nie spieszyło, chyba tylko żeby po prostu iść, iść, iść...).
- Trzeba było go od razu poprosić o rachunek - mówię.
- Myślałem, że ten gest jest jednoznaczny...
W końcu pan przyszedł... z deserem. Faktycznie... zapomnieliśmy o nim, no!...
Po obiedzie Wilczy mruknął:
- Obiad za 150 zł... no, no kochanie...

Z tymi cenami w euro to jest tak: wchodzisz do sklepu i widzisz, że np. woda kosztuje 0,93. O jak tanio, myślisz sobie, dopóki nie zaczniesz tego przeliczać. Dla równego rachunku liczyliśmy x4,5 i spadaliśmy ze stołków (parapetów, chodników, krawężników etc.). Dość szybko nauczyliśmy się, że PRZELICZAĆ NIE WOLNO, bo od tego się dostaje palpitacji serca, wrzodów na żołądku, zajadów, nerwicy oraz się tyje. I przeliczać przestaliśmy...:)

Chcieliśmy kupić jakieś sztućce, żeby móc coś czasem zjeść w pokoju. Sklepów w końcu dookoła pełno... ale wszystkie wybitnie turystyczne. Widelce znaleźliśmy metalowe luzem oraz plastikowe. Plastikowe były też łyżeczki... Zakupiliśmy zatem dwa widelce do deserów i pierwszego wieczora pożarliśmy zachłannie pudełko tzatzików...:)
Chcieliśmy też kupić notes. Taki ładny, żeby wyglądem przypominał piękne miejsce i te wakacje. A środek zostałby wykorzystany do pisania relacji z podróży. I co?... I wszystkie, ale to WSZYSTKIE notesy/zeszyty/cokolwiek z kartkami i okładką były w LINIE!... Ciekawe, jak uczą tutaj matematyki ;-p

Sobota

Poszliśmy się wykąpać. Do basenu. Wchodzenie do basenu wymagało od nas dużo samozaparcia, bo woda była straszliwie zimna! Wśród ćwierkania, jęczenia i śmiechów udało nam się w końcu zamoczyć, ale było to bolesne...
Postanowiliśmy zwiedzić twierdzę, żeby tak nie gnić w hotelu. Wybraliśmy się zatem do miasta. Oczywiście w samo południe... 13.13. Wiadomo... tylko Polacy!
Dojechaliśmy do dworca, wysiedliśmy i uliczkami, w miarę możliwości ocienionymi, zaczęliśmy iść w domniemanym kierunku wejścia do twierdzy. W pewnym momencie poczułam burczenie w brzuchu i już wiedziałam, że dłużej tego nie ukryję:
- Chce mi się jeść!...
Wilczy nie miał przeciwwskazań i oto siedzimy w tawernie na starówce rethymnońskiej, z widokiem na peugeota 206 oraz kościół. Peugeot jest zaparkowany pod kościołem :) Grecka sałatka, tzatziki (zestaw obowiązkowy), kalmary. Pycha!
- Parakalo! - powiedziała pani.
- Dwa buty przeciwdeszczowe - powiedział Wilczy, bo ja twardo przekręcam parakalo (czyli "proszę" po grecku) na kalosze.
Kalmary zostały nam podane przez tajemniczą rękę. Siedzieliśmy oczywiście na dworze, przy drzwiach do wnętrza. I nagle przez te drzwi, na wysokości naszego stolika, wysunęła się ręka z talerzem... :) No, owszem, za tą ręką był człowiek...:)))

Peugeotów w ogóle tu zatrzęsienie. Głównie 206 :-ppp Ze zdziwieniem natomiast zauważyliśmy, że nie liczą tu za chleb. W knajpie. Podana cena chleb już widać obejmuje. Chleb, czyli - de facto - usługę :)

Zwiedzanie twierdzy płatne 3 €. Trochę sporo... za stos kamulców z widokiem na morze :) Połaziliśmy trochę po ruinach. Gorąco. Jedna jaskinia, jakiś kościół (???), wykopki. Z jednej strony miasto i góry, z drugiej - morze. Ładnie...
Wąskie uliczki starówki Rethymnonu są piękne. Oczywiście jarmark - chusty, ręczniki, obrusy, pamiątki, kartki pocztowe, zioła, oliwa i alkohole. Wszystko. Od czasu do czasu kot. Nawet namalowany na ścianie :) Oraz skuterki (nic większego się w tych uliczkach nie zmieści...).
Wróciliśmy do swojej wsi i poszliśmy od razu wykąpać się w basenie. Woda grzała się cały dzień i miałam nadzieję, że się nagrzała, ale nic z tego! Było tak samo ciężko jak rano :) Teraz czekamy na kolację - wyjątkowo nie możemy się doczekać, zawsze przychodziliśmy ostatni, a teraz jeszcze 17 minut...:) Potem wybieramy się na lody i long-drinki. W końcu jesteśmy na wakacjach!...
Niedaleko jest knajpa, w której long-drinki podają za 2,5 €. Najtaniej w okolicy. Byliśmy tam pierwszego wieczoru. Wieeeelki telewizor, oczywiście na zewnątrz, a w nim jakieś mordobicie. Hmmm... Rachunek dostaliśmy razem z drinkami. Zostawiliśmy kasę na stoliku i poszliśmy. Nikt nas nie gonił. Krzyknęliśmy tylko z daleka "baj" i już. Tak samo zrobili Niemcy kilka minut wcześniej (ze stolika obok). Kasą przez nich zostawioną nie zainteresował się nikt do naszego wyjścia. UFAJĄ...
Wilczy pierze ciuszki. Z koszulką dwa razy wracał z balkonu. Raz, bo wlazła na nią mrówka (jak śmiała?). Teraz, bo zauważył jakiś brud przed powieszeniem (a po wypraniu). Stwierdził:
- Może ja jednak zapalę światło...
Okazało się, że mamy deficyt mydła. Do mycia wystarczy, o praniu nie pomyśleliśmy. Ciekawe, czy dostaniemy kolejne hotelowe - jedno właśnie się kończy...
A jutro wybieramy się do Chani. O ile wstaniemy na śniadanko...:)

Ciśnienie wody w kranach chyba zależy od kierunku wiatru... Nie mogę utrafić, żeby było jednostajne...

A wczoraj, jak wyszliśmy z kafejki internetowej i chcieliśmy znaleźć przystanek, zasugerowałam, żeby może jednak kogoś zapytać. To szalenie trudne otworzyć gębę do kogoś obcego, w obcym kraju i obcym języku. Wilczy z największym trudem zapytał o przystanek autobusowy przechodzącą dziewczynę. Wyjąkała, że tam prosto i w lewo, pomagając sobie rękami. Potem otarła pot z czoła, Wilczy też otarł, a ja skomentowałam:
- Widzisz? Nie było tak źle. Mam wrażenie, że ona mówiła po angielsku gorzej od ciebie...:)))

Niedziela

Wczoraj poszliśmy na te lody. Do tej samej knajpy co przedtem. Ale nikt nam nie przyniósł kart (czyżby dlatego, że siedzieliśmy tyłem do tv?), więc poszliśmy dalej. Ja niecierpliwa jestem...
W następnej wylosowanej knajpie dostaliśmy lody i drinki z ogniami sztucznymi, strzelającymi naokoło... Hmmm:) No fajnie to wyglądało. Orzeszki też dostaliśmy. To chyba standard. Obserwowaliśmy ludzi - klientami byli głównie starsze pary, gapiące się w milczeniu na ulicę. W knajpie nie było telewizora...:)))
Wilczemu zamarzyło się umyć ręce. Poszedł więc do WC. Wrócił z drugiej strony i opowiada, cały rozchichotany:
- Patrzę, drzwi z napisem WC. No to wchodzę, rozpędem, a tu... ulica!... Znalazłem się na ulicy! No co jest, na murek mam lać???...
Po dokładniejszym zbadaniu tego, co znajdowało się za drzwiami z napisem WC, odkrył jednakże schodki na dół, prowadzące do toalety.

Toalety
To jest zupełnie oddzielny, całkiem interesujący temat. Po pierwsze, nie znalazłam tam PŁATNEJ toalety, wszędzie można było sikać za darmo. Przyzwoity kraj :) A za to jakość owych toalet to już historia na pracę doktorską normalnie - od "łap" kolejowych do naprawdę luksusowych szaleństw. W każdym razie każdy jeden kibelek stanowił dla mnie zagadkę - wszędzie się inaczej spuszczało wodę, a już szczytem wszystkiego było urządzenie wiszące pod sufitem, z bardzo niepozornym przyciskiem w dnie. Przycisk się naciskało (czyli wciskało do środka) i to powodowało spłukanie muszli. A w ogóle spuszczanie wody jest umowne, raz działa, a raz nie.
Na dworcu autobusowym w Rethymnonie w jednej kabinie były właśnie łapy, w drugiej porządny sedes. Papier toaletowy ogólnodostępny był raczej wszędzie, ale czasem nie w kabinach, a przy umywalkach. No i czystością te publiczne kibelki nie grzeszyły...
Generalnie papieru toaletowego w Grecji nie należy wrzucać do muszli, gdyż rury się zapychają (takie jest stanowisko oficjalne). I faktycznie, w naszym ulubionym fast-foodzie po grecku kibelki zapchane były praktycznie ciągle. Do wyrzucania papieru w każdej toalecie ustawiony jest kosz i Grecy z tego korzystają. Turyści niekoniecznie, gdyż albo są niedoinformowani, albo zapominają, albo ignorują. Przyznam szczerze, że w hotelu nie przejmowałam się zupełnie koszem, ale "na mieście" starałam się jednak z niego korzystać...:)
Papier toaletowy natomiast jest zawsze, niekoniecznie w kabinach, czasami wisi sobie w ogromnej, wielkości koła młyńskiego rolce przy umywalkach, czasem stoi sobie mała rolka na pojemniku na mydło, a czasem stoi sobie na sedesie w kabinie. Ale jest!...


Wygraliśmy los na loterii - siedzimy tuż za kierowcą... jedziemy autobusem do Chani. Zanim się zabraliśmy ("to ja się jeszcze wysikam" copyright by psyche), okazało się, że wszystkie miejsca już są zajęte. Stanęliśmy więc z przodu, żeby coś widzieć przez przednią szybę. Pierwsze siedzenie zajęte było przez konduktora. Leżały tam jakieś szpargały, bilety itd. Konduktor przyszedł, zabrał te rzeczy i powiedział do nas: "Sit!". Dziko szczęśliwi i uśmiechnięci, jak już uwierzyliśmy, że dobrze go zrozumieliśmy, usiedliśmy wreszcie i mamy teraz piękny widok!
Siedzimy w Chani w knajpie z widokiem na port. W ramach oszczędzania jemy obiad za 15 € - kalmary, tzatziki. Napoje, oczywiście, płatne dodatkowo. Przeszliśmy się już ślicznymi uliczkami. W jednej z knajp widzieliśmy tłukące się koty. Stanowiły rozrywkę dla klienteli...:)
Spacerując po starówce, usłyszeliśmy ćwierkanie w bramie, więc skręciliśmy tam. Okazało się, że za bramą zaczyna się wąziutka uliczka, zresztą ślepa, a ćwierkał kanarek w klatce powieszonej zaraz na początku uliczki. Na nasz widok powiedział zdziwiony "ćwir" i zamilkł. W ogóle często można tu spotkać ptaszki w klatkach wiszących na zewnątrz budynków.
Spacer ową ślepą uliczką zaowocował jeszcze w trzy koty, które na nasz widok wdrapały się na mur i zwiały, patrząc na nas jeszcze pogardliwie nieco z góry...:)
Ludzie w porcie łowią ryby. Na samą żyłkę też... A niektórzy parkują na nabrzeżu dosłownie tak, że muszą wychodzić z auta drugą stroną...
Wilczy, podczas schodzenia z okrąglaka murów miejskich:
- To widzieliśmy już kółeczko, teraz pójdziemy obejrzeć kwadracik.

Ludzie
Ludzie tutaj nigdzie się nie spieszą. Jeżdżą powoli. Lubią sobie usiąść i siedzieć. Nie pali się, wszystko można zrobić za chwilę... Tak samo jest w knajpach. Nas ciągle niesie, spieszy nam się, nieraz przychodzimy do tawerny, siadamy obok zajętego stolika. Jak na nas, spędzamy tam mnóstwo czasu, znacznie więcej, niż naprawdę jest potrzebne na zjedzenie obiadu. Tymczasem jak wychodzimy, ci przy stoliku obok nadal siedzą, czasami wręcz przy tym samym piwku... Kelnerom to kompletnie nie przeszkadza - można przyjść do knajpy, usiąść, zamówić jedno piwo i pić je cały dzień... Nikt nie podejdzie, nie zapyta, czy podać coś jeszcze, nie zaproponuje rachunku. Nic z tych rzeczy. Chcesz siedzieć? Siedź sobie!... Jak właściciel knajpy będzie się nudził, to podejdzie pogadać, zapyta, skąd jesteś, jak się nazywasz, pewnie powie dwa słowa w twoim języku... Ale na pewno nie wygoni cię od stolika tylko dlatego, że dawno zjadłeś i wypiłeś to, co zamówiłeś. Co to, to nie. Spokój. W końcu może nam się kiedyś udzieli...:)


Wilczy po wyjściu z łazienki spod prysznica:
- Wiesz, po co ludzie łączą się w pary?
- No?
- Żeby sobie myć plecy!...
Zatkało mnie.
- Myślałam, że dla posiadania potomstwa...
- A, to taki efekt uboczny...


Wieczorem poszliśmy na spacer brzegiem morza. Plażą. W ciemnościach. No, księżyc świecił. Ależ to morze hałasuje!... Strasznie. Ciężko się idzie. Piach. Sahara i morze. Wróciliśmy asfaltem (ze 3 km), a Wilczy:
- Odcisk mi się od tego asfaltu zrobił!...
Wczoraj zawitała do nas na balkon jaszczurka. Wilczy narobił rabanu na całe osiedle i zaczął polować na nią z aparatem. Nie spodobało jej się jednak światło lampy błyskowej, bo zwiała między drzwi (takie suwane). Ale potem wylazła i siedziała sobie na ścianie.
Wilczy:
- Jesteś pewna, że powinniśmy drzwi od balkonu zostawiać otwarte na noc?...
Od tej pory w nocy uważnie patrzyłam pod nogi, chodząc po pokoju i trochę się bałam chodzić na bosaka...

Poniedziałek

Jedziemy do Moni Preveli.
Oczywiście na autobus do Rethymnonu nie mogliśmy się doczekać. W końcu przyjechał, wsiedliśmy, jedziemy. Zatrzymał się na następnym przystanku, a Wilczy, wpatrzony w okno, mimochodem:
- Ale laski stoją na przystanku.
Spojrzałam na niego podejrzliwie.
- No... - zająknął się - Nie wszystkie są takie ładne. Na przykład ta pod sklepem...
Klima się rozwiała (ale dzięki Bogu, że te autobusy są klimatyzowane). W pewnym momencie robi się po prostu zimno :-) Ledwo zdążyliśmy na ten autobus - odjechał 24 po wg zegara pokładowego, 27 wg mojej komórki, 29 wg komórki Wilczego. Według rozkładu - 30.

Autobusy
Autobusy to cała epopeja. W większości jeżdżą klimatyzowane, nowoczesne supermaszyny. Nad każdym fotelem klima regulowana, światełko, sygnał "stop" i w ogóle szał ciał i uprzęży. I one jeżdżą na wszystkich liniach, nawet tych miejskich... czy podmiejskich... Natomiast zdarzają się też zupełne starocie bez klimy, z pootwieranymi oknami, niewygodnymi siedzeniami i w ogóle koszmar. Nawet te 10-15 minut w nich spędzone jest tragedią.
Bilety kupuje się w supermarketach i są one strefowe. Tzn. mają różne ceny w zależności od tego, jak daleko się jedzie. Rzecz jasna dotyczy to tylko autobusów podmiejskich, bo na dalekobieżne (hehe) kupuje się u konduktora w autobusie albo w kasie na dworcu. Nie ma możliwości przejechania się bez biletu... W autobusach podmiejskich wsiada się drzwiami przy kierowcy (no chyba, że jest się młodzieżą szkolną i posiada się bilet miesięczny, ale jak podpatrzył Wilczy, nawet oni, wsiadając środkowymi drzwiami, pokazują kierowcy w lusterko ten bilet). Kierowca sobie siedzi z wyciągniętą ręką, trzeba mu w tę rękę trafić biletem i on pół tego biletu oddziera i wrzuca do kosza, stojącego przy nim spokojnie całą trasę. Pierwszym razem nie wiedzieliśmy, co się robi. Wilczy zatem podał bilety kierowcy i chciał je puścić, kierowca zaczął tymi biletami kręcić, żeby je przedrzeć, Wilczy nie wiedział, że ma je trzymać i zrobiło się śmiesznie. Potem już wiedzieliśmy i zachowywaliśmy się jak bywalcy...:)))
Natomiast w autobusach dalekobieżnych sprawa wygląda inaczej. Wsiadasz, siadasz i jedziesz. W pewnym momencie przez autobus zaczyna wędrować kumpel kierowcy i sprawdza bilety. A jak ktoś nie ma biletu, to mu sprzedaje. Nie przejedziesz się na gapę...:)
Czasami jeszcze wsiada dodatkowy kontroler, z tego, co zauważyłam, chyba jest umówiony, bo zwykle wsiada w takim miejscu, gdzie niekoniecznie jest przystanek (zresztą oni nie mają jakoś specjalnie oznaczonych tych przystanków... więc kto wie?) i sprawdza bilety wszystkim. On już nie sprzedaje...
Przystanki to inna sprawa. W większości sytuacji są chyba sprawą zwyczajową (przez lata tutaj się autobus zatrzymywał i już), bo znaczka żadnego nie widać. No, w centrum miasta, owszem, są tabliczki, ale potem to już ani widu, ani słychu, my z przystanków korzystaliśmy na czuja... Ale autobus zatrzymuje się też poza przystankiem, na machanie :) Chociaż raczej jest to sytuacja wyjątkowa, raz się tak zatrzymał, a raz nie.
Kwestia punktualności właściwie nie istnieje, po prostu nikt tu się nie spieszy, nikt się nie denerwuje... Że już jest po czasie a autobusu jeszcze nie ma? No to co, jak się kierowca namyśli, to podjedzie. Cierpliwości i spokoju!... To może nieźle zwieść, bo zdarza się, że autobus ruszy wcześniej, niż w planie...:) Ale ruszanie z dworca z 15-minutowym opóźnieniem nie jest czymś niezwykłym.


Widoki po drodze są piękne. Wąwozy, skały, większe skały... Góry! I serpentyny między nimi. Dosłownie.
Dojechaliśmy do Plakias, ożyły moje wspomnienia. Knajpa, w której... ze 7 lat temu... jadłam najlepsze śniadanie na świecie.
Autobus zawrócił i pojechał do Moni Preveli. Na mapie są dwa - Kato i Piso. Autobus zatrzymuje się w Piso, czyli Górnym Moni Preveli. Kato to same ruiny. A Piso to działający klasztor z prawdziwymi mnichami, którzy zresztą ostro działali podczas wojny. Kryli uciekinierów i pomagali ludziom.
Wpakowaliśmy się na teren klasztoru od razu, zatrzymując się w wejściu i chowając aparat, bo napisali, żeby nie fotografować. A pan, zamiast biletu, dał mi kieckę do założenia... Wstęp darmowy :)
W środku było pięknie i wszyscy mieli aparaty, i robili zdjęcia. Zbuntowałam się zatem, oni będą mieli zdjęcia, a ja nie, nie ma tak, i wyciągnęłam swój aparat. Widok na morze, palmy i... cyprysy? Oraz domki w skałach. A niżej kury, kaczki, drób, droga na... Rethymnon :)
Monastyr. Kwadratowy. Weszliśmy do środka. Ze światła w słońce. Chwyciłam za świeczkę, żeby ją przypalić, Wilczy wrzucił pieniążek. I jak postawiłam zapaloną świeczkę, napotkałam spojrzenie mnicha, który gestem pokazał mi, żebym zdjęła kapelusz. No fakt, nie pomyślałam. Zrobiłam to tak energicznie, że zleciały mi jeszcze okulary przeciwsłoneczne i narobiły hałasu... Ojjjj.....:)
Potem poszliśmy na piechotę do Preveli Beach. Kawałek drogi asfaltem, nad przepaścią. Z jednej strony góry, z drugiej - morze. Ech, te widoki!... Ach, ten stres!... Samochody nad krawędzią...
Dotarliśmy - przez jakiś pomnik ku czci żołnierzy australijsko-nowozelandzko-brytyjskich walczących o wolność Krety - do skrzyżowania z drogą na plażę. Droga najpierw szła w dóóóół, a potem pod góóóórę, po to, żeby znów opaść, ale już bezdrożami na plażę. Marzyliśmy o jakimś autostopie, ale jednak wdrapaliśmy się. Przez pustynię zarośniętą jakimiś karłowatymi roślinkami przejechało znikąd donikąd auto. Na górce kiedyś nie było nic, teraz jest płatny parking. No proszę, Grecy robią biznes na wszystkim...:) W dół, właściwie nad brzegiem morza, schodziło się trochę po skałkach, trochę po schodkach, zatrzymując się na tarasach widokowych. Pięknie.
Z wąwozu wypływa rzeczka, zawija i wpada do morza. Odcienie błękitu i zieleni mieszają się ze sobą. Morze przechodzi w mgłę. Daleko, daleko widać jakieś zarysy wysp...
Zeszliśmy, ustabilizowaliśmy się na plaży i poszliśmy do morza. Tak po prostu, sprawdzić. Zamoczyć się. Fale szły wysokie. Brzeg był bardzo kamienisty. Powoli zaczęliśmy wchodzić do morza...
Pierwsza większa fala dorwała mnie, jak już byłam zanurzona do szyi. Usłyszałam tylko głos Wilczego: "Uważaj!" i zobaczyłam za sobą ścianę wody. Wiadomo, podnosi się przy brzegu... Zdążyłam pomyśleć: może mi nie zamoczy głowy... - i walnęło. Przeniosło mnie na kamienie na brzegu, oczywiście fala przeleciała nade mną :) Pomyślałam: ciekawe, czy mam jeszcze soczewki - i miotnęła mną druga fala. Zezłościłam się strasznie, mokra głowa, słono wszędzie, oczy zaciśnięte, nic nie widać, no i przyszła trzecia fala. Znalazłam się już całkiem na brzegu. Zaklęłam szpetnie, otworzyłam oczy, stwierdziłam, że chyba widzę, podniosłam się i pomaszerowałam umyć twarz w słodkiej wodzie w rzeczce.
Lodowatej rzeczce.
Pomogło.
Następną kąpiel odbywałam już w masce, a jeszcze następną również w płetwach. I z przyjemnością pakowałam się potem do rzeczki pomimo jej temperatury. Niewielu było takich śmiałków jak ja, nawet Wilczy patrzył na mnie z lekkim podziwem...:))))
Wróciliśmy do Plakias jakąś motorówką, na którą wsiedliśmy w ostatniej chwili, za koszmarną cenę 12 €. Tam poszliśmy na obiadek do tawerny z widokiem na... morze. Potem spacerek, sikanie w krzakach (hehe, te krzaki są ciut inne niż u nas...) i oczekiwanie na autobus połączone z wędrówką po sklepach. Był nawet sklep indyjski :)

Ulubione
Naszym ulubionym sportem stało się lokowanie się na przednich siedzeniach w autobusach. Super sprawa!
Ulubiony napój - piwo, bo po nim nie kicham :) A po winie owszem :(
Ulubione żarcie - tzatziki i Wilczy zżera je na kilogramy, a do tego z mojej połowy talerza!...
A na ulicach oglądamy się za peugeotami, rozpoznaję już nawet skuterki...


Wracając z Plakias, podziwialiśmy jaskinie w skałach, między którymi jechaliśmy. Ach, wysiąść tu i powędrować w te góry...
Kierowca pędził jak szalony i momentami naprawdę miałam stracha, więc odetchnęłam, jak już dojechaliśmy. Potem przesiadka w bus "to the hotels" i byliśmy w domu :)

Wtorek

Wstaliśmy na śniadanie, a mnie ciągnęło do Arkadi. Najsłynniejszy kreteński monastyr. Autobus o 12.00, to zdążymy (ten o 10.30 odpuściliśmy od razu). Wilczy poszedł do basenu, ja tylko towarzysko, bo niebo było lekko zachmurzone. Wczorajsze pranie schło na balkonie. Spekulowaliśmy, czy dostaniemy nowe mydło, bo na pranie poszło całe...
Wracając z basenu, przeczekaliśmy, aż room service skończy nasz pokój. Wyszliśmy z hotelu o 11.10 i poszliśmy na przystanek, mając jeszcze zapas czasu. O 11.30 zaczęłam się robić zła. O 11.40 odeszliśmy, bo i tak nie zdążylibyśmy na autobus (one mogą odjeżdżać wcześniej). Wściekła wróciłam do pokoju i poranek skończyliśmy na basenie, a potem pojechaliśmy do miasta zgrać zdjęcia z aparatu. Tym razem autobus przyjechał w miarę przyzwoicie. Wysiedliśmy przy kafejce internetowej Blue Cafe i poczuliśmy głód... To co? Tawerna!... Obok akurat była jedna, w karcie - napisy wyłącznie po grecku :) Od razu podszedł do nas gość i nas usadził, zatem zajrzeliśmy do tej karty a potem poprosiliśmy o tłumaczenie...:) I zamówiliśmy gyros z kurczaka w picie, piwo i tzatziki. Dostaliśmy smacznego gyroska, zimne piwko i pyyyyszne tzatziki i to wszystko za niewielką kasę :)
Poszliśmy potem do Blue Cafe spróbować zgrać zdjęcia. Pan z szalonymi rzęsami podpiął mój aparat do komputera i zaczął kombinować. Minęło z 10 minut, zanim się poddał. Uprzejmie mu podziękowaliśmy, dowiedzieliśmy się, że godzina netu kosztuje 2,5 € i poszliśmy szukać miejsca, gdzie da się jakoś zgrać te zdjęcia. Zeszliśmy nad morze...
Trafiliśmy do innej kawiarenki, gdzie pół godziny kosztowało 3 € i czym prędzej stamtąd zwialiśmy. Obok był foto lab, wreszcie jakaś cywilizacja - mieli czytnik kart!...
Zgraliśmy fotki na płytkę, sprawdziliśmy na drugim komputerze z GRECKIM fotoszopem i poszliśmy z powrotem do Blue Cafe. Bardzo przyzwoita kawiarenka. Klima i napoje. Fajne komputery z LUDZKĄ klawiaturą a nie w robaczkach. Do dyspozycji natomiast tylko przeglądarka Firefox... Ale dało się obejrzeć zdjęcia, przejrzeć pocztę i zajrzeć na różne WWW. No i najważniejsze - nie wyłączyli pracy w połowie!... Licznik liczył, ile trzeba zapłacić i tyle.

Odkryliśmy, że DOSIA tutaj również nazywa się DOSIA. Niezbyt swojsko chyba im to brzmi... Reszta jest bez zmian praktycznie, tylko Sunsilk tutaj nazywa się inaczej.

Potem poszliśmy na długi spacer. Brzegiem morza w stronę hotelu. Aż znalazłam miejsce, w którym kiedyś mieszkałam... Hmmm :) Potem do autobusu, uliczkami z miejscowymi widoczkami...:))) Ech, ten ruch uliczny!...
Zamówiliśmy w hotelu suchy prowiant na jutro i teraz odliczamy godziny do Samarii. A przed kolacją jeszcze się wykąpaliśmy w pustym basenie i ludzie się dziwnie na nas patrzyli...:)

Środa

Wstaliśmy połamani. Wariaci. Ciekawe, kto nas wyniesie z tego wąwozu - chyba się będziemy czołgać. Nawet bardzo senni nie byliśmy, aczkolwiek projekt zjedzenia śniadania i pójścia spać z powrotem powstał w naszych głowach...:)
Jęcząc, zeszliśmy do stołówki. Po wczorajszym spacerze bolą nas nogi. Śniadanie okazało się być na miejscu - żaden tam suchy prowiant. Taksówka czekała przed hotelem, 5 € za 10 km, nieźle...
Bilety kupiliśmy w kasie do Omalos, na rejsowy autobus. Tylko że takiego autobusu nie było. Stał za to autobus do Chani. Spytaliśmy zatem kierowcy, czy powinniśmy wsiąść w jego autobus, a potem się przesiąść, a on na to coś pomamrotał i powiedział głośno i wyraźnie: Chania!... No dobra, ślepi nie jesteśmy, ale...??? Wróciliśmy do kasy, gość w okienku potwierdził, że tym mamy jechać, więc wsiedliśmy z duszą na ramieniu, że nas wywalą. Pani sprawdzająca bilety też była zdziwiona: Omalos? Więc tłumaczymy jej, że we have to change the bus... ech!... Sami nie mają pojęcia o własnej komunikacji!... Turyści tutaj chyba nie jeżdżą autobusami, tylko z wycieczkami albo wynajętymi autami. A my zawsze na opak...
Teraz jedziemy już z Chani do Omalos. Okazało się, że jednak te nasze bilety są ok. Albo ten, co je sprawdzał, nie przeczytał ich dokładnie, w końcu oni tutaj nie kłamią i nie kradną... W każdym razie bilety mamy już nieźle podarte przez wszystkie kolejne kontrole, bo kontrola polega oczywiście na przedarciu biletu...:)

Samario - zbliżamy się!... Dwójka paralityków nadchodzi!...

Ufff... stoimy na szczycie wąwozu. Pierwszy, szalenie stresujący odcinek, za nami. Serpentyny? Zakręty po 180-270 stopni? Spoko!... Autokar JAKOŚ się mieścił. Przed przednią szybą albo skały, albo przepaść. Przy kierownicy jakaś dziwna wajcha, pewnie mają specjalne maszynerie do jazdy w górach.
Zwiedziliśmy toalety przed wejściem do wąwozu. Przyzwoite - z sedesami, nie z łapami. A teraz... w dół. Na bolących nogach: stopach, łydkach i bioderkach...
Marsz paralityków.
Normalni... to my NIE JESTEŚMY!...

***

Żyjemy.
Co więcej, nie bolą nas łydki. Biodra. Nogi. Tylko i wyłącznie - STOPY!
Ale jak!... Masakra! Podeszwy w moich trampkach popękane (co, ja nie przejdę Samarii w trampkach??? Siedem lat temu przeszłam to i teraz przejdę!...). Podbicia nóg... po tych kamieniach... do wymiany.
Schodziliśmy do wąwozu w tłumie. Co kawałek oczywiście postój na zdjęcie. Dookoła - imponujące góry. Zatrzymywaliśmy się na wszystkich możliwych miejscach postojowych, na niemożliwych też :) Woda z kamiennych źródełek. Osiołki albo Bóg wie co. I nagle spomiędzy ludzi ze ścieżki zakręcającej w dół wyprysnęła kri-kri! Przebiegła obok nas, w odległości mniejszej niż 2 metry i zatrzymała się kilka metrów powyżej. Byliśmy w szoku, poprzednio nie zdarzyło nam się spotkać kri-kri...
Jedna z kri-kri spotkanych na szlaku prawie jadła mi z ręki. Ciekawe, czy ludzie je karmią? Wydawały się w każdym razie być bardziej oswojone niż dzikie. W sumie jak codziennie przez wąwóz przewalają się takie tłumy turystów, to nic dziwnego...
Ganiały nas autobusy. Jak szło dużo ludzi, to żeby się od nich oddalić, lecieliśmy szybko do przodu i mawialiśmy z przestrachem: "o, patrz, autobus idzie!..." :)
Na każdym postoju - ciasteczko, głowa pod "kran" i picie wody prosto z tego "kranu" :) Woda pyszna i cudownie chłodna. Tak doszliśmy do Samarii - wioski położonej w połowie wąwozu, dziś istniejącej wyłącznie jako strażnica i miejsce turystyczne.
Tutaj kóz była cała masa, szwendały się po podwórku, między ludźmi, razem z kotami. Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, zostawiając adres WWW :) Widzieliśmy kilka wpisów po polsku...
Poszliśmy dalej, czując już, że powinien nastąpić wreszcie koniec tej podróży, bo siły nas opuszczają... a właściwie nogi dochodzą do głosu. Tymczasem był jeszcze kawał drogi...
Ludzie szli małymi grupkami. I dłuuuugim peletonem :) Niby szliśmy wciąż w tej samej gromadzie, ale ciągle zatrzymywaliśmy się na dość długie postoje, potem podganialiśmy, więc ciągle mijaliśmy się wspólnie z tymi samymi ludźmi. Poznawaliśmy już naszych towarzyszy: ten Francuz z dwoma panienkami, dwie Angielki, gość czesko-niemieckojęzyczny z żoną. Przewodnicy, proszę bardzo, uśmiechnięty facet z kosturkiem, jakaś kobieta.
Zeszliśmy na dno wąwozu, czasem pojawiała się już rzeczka, w której z przyjemnością zanurzaliśmy ręce. Schły momentalnie... Za nami - skały, przed nami też skały i dookoła momentami żadnych ludzi. Cały wąwóz nasz!...:)
Potem minęliśmy tłumek - jakaś babka chyba zasłabła i ratownicy się przy niej krzątali. Obok na osiołkach przejechali starsi państwo (ci czesko-niemieckojęzyczni). W drugą stronę, pod prąd, osiołki z bagażami, pewnie do wioski (osiołki z napędem na cztery kopyta!). I tak szliśmy... szliśmy... aż doszliśmy do najwęższego miejsca wąwozu. No pięknie tu!...:)))
W końcu wyjście. Zabrali nam kawałek biletu. Jeszcze tak z kilometr szliśmy drogą do morza, drogą ułożoną z kamieni z wąwozu, sadyści normalnie, stóp już nie czułam, a musiałam wędrować ciągle po tych nierównościach... Ale i tak lepiej było iść, bo jak się zatrzymywałam, to czułam, że nogi pode mną miękną i zaraz się zawalę...
Czułam już każdy kamień z wąwozu w nogach, kiedy doszliśmy do wioski Agia Roumeli. Oczywiście wszystko średnio o euro drożej niż na naszej wsi. Obeszliśmy knajpy. Żadna nie chwaliła się cenami jak na północnej stronie wyspy - wszystkim musieliśmy zaglądać do menu... Z jednej wręcz uciekliśmy, bo było pusto, a na nasz widok poderwał się właściciel i wyglądał, jakby miał zamiar nas siłą wciągnąć do środka...:)
Usiedliśmy w knajpie, jak zwykle, z widokiem na morze, zamówiliśmy jedzenie i zimne piwko. Nie wiem, czy to piwo było rozwodnione, czy nie, ale smakowało niesłychanie - to było najlepsze piwo na świecie...:) Podawane w schłodzonych kuflach...
Po zjedzeniu przenieśliśmy się pod knajpę w oczekiwaniu na prom, zastanawiając się, czy zdążymy na autobus z Chora Sfakia. Prom miał odpłynąć o 18, tymczasem 18.08 dopiero przybił. Fakt, że sprawnie załatwili wszystko, bo kilka minut potem już odbijał, na pokładzie trwało sprawdzanie biletów, a my już płynęliśmy.
Widoki piękne. Zachód słońca, czyli klasyczny jeleń na rykowisku. Zrobiliśmy zdjęcie jakimś Niemcom (EOS 300 i jakieś fajne szkło ;-p) i patrzyliśmy na nich z zazdrością, bo nam znów padła karta - wszystkie zdjęcia z wąwozu... szlag trafił. Mieliśmy jeszcze nadzieję na odzyskanie, ale już po powrocie okazało się, że bez ogromnego nakładu środków nie zdołamy nic z tej karty odzyskać. Trzeba będzie do wąwozu pojechać jeszcze raz...:)
Przybiliśmy po drodze do Lindos i w końcu do Chora Sfakia. Była 19.15, właśnie o tej porze powinien odjeżdżać autobus do Vrisses. Ostatni autobus ze Sfakia...
Czekał. Jednak to cywilizowany kraj :) Zapakowaliśmy się i w zapadających powoli ciemnościach ruszyliśmy serpentynami pod górę, po to, aby potem takimi samymi serpentynami zjeżdżać w dół. Ale nam było już wszystko jedno, gdzie są jakie przepaście... Tylko jaśniejsza plama morza pojawiała się raz z lewej, raz z prawej strony autobusu. W pewnym momencie dosiadł się kontroler, sprzedał nam bilety, po czym wysiadł. My wysiedliśmy we Vrisses i z niepokojem dopytywaliśmy się o przystanek autobusu do Rethymnonu i o godzinę jego odjazdu - jakby to było istotne, przecież wiadomo, że to luźna sprawa jest...:)
W Rethymnonie - jakby nam było mało wędrówek - poszliśmy jeszcze poszukać czynnego labu fotograficznego, ale okazało się, że o tej porze to się bawi, a nie zdjęcia zgrywa, więc wróciliśmy do hotelu na "zimną płytę", czyli spóźnioną kolację, prysznic i do łóżka. Połamani byliśmy strasznie, chociaż stopy się trochę w mieście rozchodziły...

Czwartek

Dziś jest zmiana turnusów.
Obudziliśmy się z bólami. Mnie boli wszystko, Wilczego trochę mniej. Mimo to ja mogę zejść po schodach a on nie. Za to on może wejść... Mądrzy ludzie wymyślili windę...:) I nie wiem, doprawdy, czemu z niej nie korzystamy!... A, no tak, bo Wilczy jest twardy...;-p
Dziś, ze względu na konserwację kończyn, dzień będzie leniwy.

Mrówkostrada
Do pokojów w naszym hotelu wchodzi się z odkrytej galeryjki. Piętra połączone są ze sobą klatkami schodowymi, z których tylko pierwsza, przy recepcji, jest wewnątrz budynku, a reszta jest otwarta. Jedne z takich schodów są właśnie obok naszego pokoju. W poprzek tych schodów, po ścianie w dół, a potem do góry, szła sobie kawalkada mrówek. Dreptały karnie jedna za drugą niekończącym się ciągiem. Wieczorem ciąg jakby się trochę przerzedził, a potem zniknął... Czyżby znalazły inną drogę?...

Piątek

Zerwaliśmy się z rana, coby jechać do Moni Arkadi. Na śniadaniu oglądaliśmy blade twarze - nowy rzut turystów. Już możemy na nich patrzeć z góry, hehe.
Pod moimi klapkami w pokoju zamieszkało stadko mrówek. Zostały niestety wybite w pień, żeby nie rozlazły się po okolicy. Chociaż nie wiem, co to pomoże, biorąc pod uwagę blisko położoną ewentualną mrówkostradę...
Noce zrobiły się już chłodniejsze. Zdecydowanie śpię pod kocem i prześcieradłem. Wcześniej wystarczał sam koc ;-p A wieczorami muszę zakładać chustę, bo zimno po ramionach.
Wczoraj przyjrzeliśmy się bliżej hotelowi, który stoi obok. Widać, że jest o klasę wyższy od naszego. Co wieczór są w nim imprezy, występy na scenie, śpiewy. Barmani uwijają się szybko, mają mnóstwo roboty za barem. A u nas? Basen ledwo podświetlony. Jeden senny barman. Muzyka z płyt. Telewizor w holu pokazujący jakiś mecz...
Zaryzykowaliśmy jednak, poszliśmy wieczorem do naszego barku i postanowiliśmy zamówić drinki i lody.
- Do you have ice-cream?
- No...
Aha, za późno na lody... No dobra, damy mu jeszcze szansę. Poprosiliśmy o dwa long-drinki. Pan spojrzał na nas z wyczekiwaniem. My też, bo chcieliśmy, żeby nam coś zaproponował. Słodkie i smaczne. Niestety... nic z tego - pan po prostu czekał, aż mu powiemy, co chcemy i koniec. Skończyło się na dwóch drinkach standardowych - z karty i postanowieniu, że więcej tu nie przyjdziemy. Teraz już wiadomo, czemu nasz bar jest taki pusty...

Wracamy z miasta do hotelu. Stoimy na przystanku z napisem MONOcośtam. Wilczy stwierdził, że "mono" to "tylko", więc możliwe, że stoimy na jakimś przystanku tylko dla wysiadających albo co.
Lekko zdenerwowani czekamy na autobus. Dostaliśmy klasycznej głupawki i wszystko zaczęło nas śmieszyć. Jakaś panna potwierdziła, że to dobry przystanek, ale nie ufaliśmy jej do końca. Papuga w sklepie naprzeciwko wyczyniała cuda, bijąc się z klatką. Koleś w drzwiach sklepu zapewne robił z kumplami zakłady, co zrobimy, jak autobus sobie koło nas przejedzie, nawet nie zwalniając. Koty łaziły po kontenerach na śmieci. Przejechały dwa autobusy do Heraklionu. W końcu nadjechał "Hotels - Panormo", machnęliśmy rękami, a Wilczy mówi:
- Ciekawe, czy się zatrzyma, czy gdziekolwiek... (miało być "gdzie tam").
Umarłam ze śmiechu. Autobus się zatrzymał...


Dziś ruszyliśmy wreszcie do Moni Arkadi. Najpierw mieliśmy straszne przeżycie na dworcu.
Tłum straszliwy, kolejka do kasy i w ogóle ciasno. Bilety kupiliśmy. Przed dworcem 4 autobusy oczekiwały na odjazd, pani z głośników praktycznie bez przerwy nadawała o odjazdach w trzech językach. Wyglądało na to, że żaden z nich nie jest dla nas. Ale kto to wie?...
Dwa z autobusów odjechały prawie jednocześnie, zaraz potem trzeci. Spojrzeliśmy na zegarek, była 10.30, czyli godzina odjazdu naszego, ale go nie ma!... Za to ten ostatni, który właśnie odjechał, na upartego mógłby być dla nas... Na przykład jeśli na rozkładzie jest autobus do miasta A, to być może jadąc do miasta B, należy właśnie wsiąść w ten autobus i gdzieś się przesiąść. Chociaż wcale niekoniecznie...
Lekko spanikowaliśmy i poszliśmy do informacji. Tam nieprzejęta niczym pani powiedziała:
- Najwyżej się spóźni, ale jeszcze go nie było!...
Ok.
Autobus faktycznie przyjechał. Zajęliśmy strategiczne miejsca na siedzeniach zaraz za kierowcą i pojechaliśmy, pilnując na mapie drogi. W Sfakaki autobus skręcił z trasy i wreszcie pojechał do Moni Arkadi. A potem były znajome już serpentyny, przepaście, miasteczka i drogi szerokości autobusu :) Poważnie - raz ledwo się zmieścił między dwoma budynkami, no na grubość lakieru na lusterkach :)))
Jadąc autobusem i robiąc kolejne zdjęcie nad głową kierowcy, stwierdziłam:
- Zachowuję się jak obrzydliwa japońska turystka!...
Wilczy popatrzył na mnie i odpowiedział:
- Co najmniej jedno określenie jest nieprawdziwe.
Zastanowiłam się.
- Hmmm.... turystka???...:)
Dotarliśmy na miejsce i poszliśmy zwiedzać. Wstęp - 2 €. Szmatkę na ramiona miałam własną, więc się nią owinęłam, ignorując wiszące miejscowe szmatki. Zezłościłam się w ogóle, bo okazało się, że ów najsłynniejszy monastyr AKURAT TERAZ jest w remoncie!... I nie zrobię ładnego zdjęcia, bo są jakieś paskudne rusztowania!...
Mimo to jakieś zdjęcia porobiłam i poszliśmy na spacer wokół dziedzińca, a potem w zaułki. W jednym z nich spotkaliśmy kociaka. Malutki. I milutki :) Wszyscy, którzy przechodzili, przystawali nad nim z ogromnym zachwytem - i wyciągali aparaty fotograficzne :) Kot jest chyba najsłynniejszym kotem świata :))) I najbardziej wygłaskanym... Potem odkryliśmy całą kocią rodzinę - trzy koty, kompletnie skłębione, spały na sobie, tworząc plątaninę łap, ogonów i głów. A potem jeszcze jeden się napatoczył, wędrowiec, który chyba przez skromność nie chciał się pokazać na zdjęciach :)
Wyszliśmy z terenu klasztoru i poszliśmy naprzeciwko, do kaplicy czaszek (nie umywała się do naszej w Czermnej) i na krawędź urwiska, popatrzeć na drogę wiodącą do klasztoru i morze w oddali. Zwiedziliśmy jeszcze kibelki - oczywiście bezpłatne. I całkiem porządne. I wsiedliśmy do autobusu z powrotem...
Tym razem ustaliliśmy, że jedziemy tylko do Sfakaki, tam się przesiadamy w nasz podmiejski i jedziemy do Panormo. Kierowca w Sfakaki się zatrzymał na rozdrożu, wysiedliśmy i okazało się, że nie wiemy, gdzie jesteśmy. To znaczy stoimy na jakimś skrzyżowaniu i nie wiadomo, gdzie właściwie jest tu przystanek... Lekko spanikowaliśmy. Znów grecka komunikacja nas zaskoczyła.
- Może trzeba było jechać dalej... - mruknął Wilczy.
- Może... - mruknęłam ja.
Ponieważ nie mieliśmy pojęcia, którędy jedzie ani gdzie ma przystanek autobus do Panormo, bezpieczniej wydawało się zatem pójść w ślad za autobusem do Rethymnonu. Zawsze to jakiś właściwy kierunek...;-p I co z tego, że dokładnie odwrotny od zamierzonego???...
Doszliśmy do wiaduktu (tak ze 300 metrów dalej...), kiedy nagle spod niego wyłonił się autobus. Zamachaliśmy z niewielką nadzieją... i zatrzymał się!... No to wsiedliśmy. Okazało się, że pi razy oko miał tu przystanek, bo ludzie wysiadali...:)
Autobus ruszył, a następnie... zatrzymał się dokładnie tam, gdzie nas ten poprzedni wysadził. Mogliśmy w ogóle nie ruszać się z miejsca!...
Wysiedliśmy w Panormo. Zapytaliśmy jeszcze kierowcę, czy to jest końcowy przystanek (znów pod wiaduktem na łuku - fajne mają te przystanki!...), potwierdził, zatem ruszyliśmy w dół, do portu.
No pięknie tu!... Chcieliśmy obejrzeć uliczki, tawerny, port i wylądowaliśmy oczywiście w knajpie, porządnie już głodni. Bo właściciel nas wciągnął:
- Come on!... Come!... I have all fresh!... Where are you from? Polonia!... Aaaa, dzienkuje!...
Usiedliśmy, zamówiliśmy i patrzyliśmy na port. Piwo, podane w zmrożonych kuflach, było całkiem ok, a rozrywkę stanowił kot, który pojawił się między stolikami i niezdecydowanie żebrał. Wilczy wchłonął 2/3 tzatzików, zanim się zorientowałam i ostro zareagowałam, a potem zrezygnowałam z nich zupełnie. Ucieszył się i zeżarł wszystkie. Bez serca, no... Za to sałatkę musiałam w niego wpychać, a jeszcze się o fetę awanturował, że niby zjadłam całą... Potem przyszło danie właściwe - souvlaki kotopulo z frytkami. No mięso było niestety twarde straszliwie... A frytki wielkie i rozlazłe zamiast chrupiące... Wilczemu jego dziwna potrawa z mięsem w sosie ponoć smakowała. Ale i tak najważniejsze było zimne piwko :)
Kot wlazł po drzewie na dach nad knajpką. Dach był zrobiony z jakiejś płachty rozpiętej między drzewami i słupami. Bardzo dokładnie było widać, dokąd kotek wędruje, bo płachta się pod nim uginała. W końcu zwinął się w kłębek i poszedł spać.
Dostaliśmy też deser - dwa pyszne pączki, tyle, że żółte, a w środku miały serek. Posypane były obficie cukrem-pudrem. Bardzo smaczne :)
Rzecz jasna zwiedziliśmy toaletę. Szło się do niej przez całą kuchnię i to dosłownie - przez jej środek!... Wszechobecne napisy: "nie wrzucać papieru toaletowego do muszli".
Wyszliśmy wreszcie z knajpki i poszliśmy na spacer po falochronie. Pooglądaliśmy rozrzucone po kei sieci, pływające w morzu rybki - całkiem spore okazy i powoli zaczęliśmy wracać. Bilety do Rethymnonu, jak się okazało, kosztowały stąd nie 0,96, tylko 1,7 €. Powędrowaliśmy zatem pod wiadukt, mając nadzieję, że skoro tam zatrzymał się jeden autobus, to i inne też się tam zatrzymają... Jaki błąd!... Najpierw minął nas autobus pchający się wąskimi uliczkami w głąb Panormo. Potem, jak już doszliśmy pod wiadukt, pojawiły się dwa autobusy naraz: jeden zza wiaduktu, drugi z miasteczka, oba olały nas równo i pomknęły w stronę trasy. Lekko zaszokowani poszliśmy za nimi, sądząc, że już cały ten dzień spędzimy na niespodziankach autobusowych. Wyszliśmy na górę, na trasę przelotową przez całą wyspę, odcinek Heraklion - Rethymnon. Wyczailiśmy przystanek autobusowy i czekaliśmy na nim, podziwiając okolicę i ruch uliczny. W końcu przyjechał!... Przypilnowaliśmy, jak zjeżdżał w dół do miasteczka i potem pilnowaliśmy, żeby go nie przepuścić. Gotowi byliśmy rzucać się na niego, gdyby nie chciał się zatrzymać!...
Wracamy do Rethymnonu ze wschodu, przejeżdżamy zatem obok naszego hotelu. Wilczy mówi:
- Zachowujemy się jak Sztyrlitze.
Na moje pytające spojrzenie wyjaśnił:
- Przejechaliśmy obok naszego hotelu jak gdyby nigdy nic!...
Dojechaliśmy do miasta, skoczyliśmy do zaprzyjaźnionego labu, zgraliśmy fotki i poszliśmy szukać lodów. W końcu zrobiło nam się wszystko jedno, gdzie, byle dali pić i to szybko, bo dzień się kończy, a my jeszcze musimy Santorini zabukować!... Usiedliśmy w jakiejś knajpce, ja wzięłam lody (obrzydliwie słodkie), Wilczy piwo, toaleta w standardzie trochę wyższym (napisy w dwóch językach plus obrazki). A potem znów znaleźliśmy się na przystanku autobusowym, nie wiedząc, czy jakiś autobus się tu zatrzyma...:)
W biurze podróży, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, a będącym jednocześnie wypożyczalnią aut i skuterków, zabukowaliśmy rejs na Santorini. Autobus jest o 6 rano. Tragedia. Śniadanie: 5.30. Pan w recepcji znów wpisał nas na wczesne śniadanie i zimną kolację dawno po końcu zapisów. Albo nas lubi, albo wszyscy traktują tutaj jakieś prawa tak samo lekko jak punktualność.
Robactwo latające za nic ma europejskie świństwa do prądu, mające je odstraszać. Świństwo mamy w pokoju ciągle włączone, a i tak coś tu lata albo mrówki siedzą. Inna sprawa, że komarów praktycznie nie ma, co mnie bardzo cieszy - ciągle pamiętam, jak mnie potraktowały w Egipcie...
Ok, czas spać, bo jutro długi dzień przed nami...:)

Sobota

A wczoraj, jak czekaliśmy na autobus w Panormo i Wilczy poszedł na skarpę, a ja zostałam sama na trasie, to nawet coś na mnie zatrąbiło. Bo podobno Grecy to naród podrywaczy, ale jakoś do tej pory nie dało się tego zauważyć... Kierowca autobusu na mój widok z aparatem: o, fotoreporter :)
Siedzimy na promie, świeci słońce, wieje wiatr. Jak zwykle mieliśmy przeboje z rana: o 6 miał być autobus. My, punktualni, byliśmy na śniadaniu o 5:30. Już 5:50 czekaliśmy przed hotelem. Razem z nami niezły tłumek, parę osób z TUI odjeżdżało. Inni odjechali taksówkami. W końcu przed hotelem zostaliśmy tylko my i tak czekaliśmy na ten autobus...
Pięć po 6 ustaliliśmy, że w razie czego weźmiemy taksówkę. Zaokrętowanie zaczynało się o 6:15, ale prom wypływał o 7:30, więc zdążymy. O 6:10 byliśmy już zdenerwowani. O 6:15 mamrotaliśmy coś o akademickim kwadransie. Potem dostaliśmy klasycznej głupawki, a potem przyjechał autobus. Możliwe, że o 6 to on wyjeżdżał z Panormo, a pani zapomniała nas o tym poinformować...
Autobus zawiózł nas do portu okrężną drogą, za ludźmi poszliśmy w stronę promu, przystopowało nas nagle. Kolejka do wejścia. Nie myśląc o tym, że dookoła mogą być Polacy, komentowaliśmy sytuację i sypaliśmy niewybrednymi żartami. Przy aucie Coast Gard zaczęliśmy śpiewać Smugglersów:

"Niech diabli porwą Coast Gard, tak mawiał każdy z nas..."

Potem, jeszcze na nabrzeżu, zabrano nam resztki biletów, wydano karty pokładowe i wpuszczono na prom. Usiedliśmy na górnym pokładzie. Ja poszłam szukać kibelka i znalazłam oczywiście po obejściu promu w kółko. A potem zaprosili nas na śniadanie PO POLSKU!... Więc poszliśmy :)
Restauracja, do której wpuszczano porcjami: najpierw ludki z zielonymi kartami pokładowymi, potem z niebieskimi itd. Bardzo ciasno, brak przejścia między stolikami, ludzie z bagażami upychanymi pod stół...
Wilczy poszedł po przydział: jajecznica, 3 parówki, 3 plasterki żółtego sera i 2 plasterki wędliny oraz kawa z mlekiem.
A teraz siedzimy na przednim pokładzie i gapimy się w morze. Wszyscy, którzy tu przychodzą, na widok dziobu robią "titanica". Scena z filmu jest szalenie popularna. My wcale nie byliśmy wyjątkami...;-p

"Śpią na Cykladach zatoczki wśród skał.
Gdybyś obudzić je chciał,
Niech rybaka łuską lśniąca łódź
Gdzieś pośród głazów, co wrogiem twych burt,
Wskaże bezpieczny ci nurt.
W jej kilwater jacht bez trwogi rzuć..."


Wracamy. Już. Zdecydowanie za krótko. I zdecydowanie za pięknie...
Po drodze obfotografowaliśmy wszystkie możliwe skały, skałki i wyspy. Śmiać mi się chciało, bo każdy reling obwieszony był ludkami z aparatami. Nam też zrobiono zdjęcie - gostek z aparatem (Canon team :) latał i robił tłumnie. Podszedł do nas, więc ja też wyciągnęłam aparat. Zrobił głupią minę. On aparat do oka, to ja też!... Przedstawienie mimiczne. W końcu on zrobił nam zdjęcie, a ja jemu...:)
Dopłynęliśmy do Athinos i okazało się, że wysiadamy. Dalej nie płyniemy. Zorganizowani - do autokarów, reszta - przesiadka do łodzi. One zawiozą was do Thiry...
Nie mieliśmy wyjścia. Zapakowaliśmy się na motorówę i po kilku minutach byliśmy w Thirze. Wyruszyliśmy na podbój Santorini!...
Najpierw do kolejki linowej. Bilety po 3,5 €, wjechaliśmy, bardzo przyjemnie i miłe widoki. Mogliśmy oczywiście wejść po schodkach, bardzo pięknych, albo wjechać na osiołku, ale zajęłoby nam to więcej czasu, którego i tak nie mieliśmy za wiele... Na górze, zamiast podziwiać widoki, popędziliśmy przez miasto szukać dworca autobusowego, żeby pojechać do Oia. Dworzec w końcu znaleźliśmy, nabyliśmy mapę samchodową wyspy (wydaną w Wiedniu) i... odpuściliśmy wycieczkę do Oia, bo uznaliśmy, że mamy za mało czasu. Dopiero teraz zaczęliśmy podziwiać widoki...
Ale tu pięknie!...
Spacerowaliśmy nogo-stradą między sklepikami, podziwiając widok w dół, na morze albo przed siebie, na Oia. Doszliśmy w końcu do knapy, która nam się spodobała. Schodki w dół i proszę: stolik z widokiem na morze!...
Trudno, raz się żyje. Obiadek zadysponowaliśmy porządny, chociaż smakował - jak się okazało - tak sobie. Ale najwięcej i tak kosztował ten widok...:) Generalnie najsmaczniejsze żarcie było chyba w najbardziej miejscowych, nienastawionych na turystów knajpach...
Potem poszliśmy dalej, z lewej strony urwisko i morze, z prawej domki, knajpki etc. Trafił nam się pies samobójca (patrzył w dół z widoczną tęsknotą). Nie doszliśmy daleko, kiedy okazało się, że przydałby się kibelek... Trafił się dziwny budynek z jakąś wystawą, weszliśmy na dziedziniec a potem do środka i znaleźliśmy tabliczkę "WC". Skwapliwie z tego skorzystaliśmy... a potem się okazało, że to jakieś centrum konferencyjne :)))
Szliśmy tak tym brzegiem paręset metrów npm. i pstrykaliśmy zdjęcia bez opamiętania - tym razem dwoma aparatami, dla bezpieczeństwa - aż okazało się, że musimy wracać. Bo późno. Więc z powrotem, ale trochę górą... i trafiliśmy na najsłynniejszy, pocztówkowy widok Santorini - trzy dzwony z wyspą w tle...:) Potem weszliśmy jeszcze w miasto i w drugą stronę poszukać drzwi do morza :) Tak naprawdę to za drzwiami były schody w dół do knajpki, ale wyglądały one jak drzwi do morza... Potem trafiliśmy jeszcze na szalenie spasionego i rozleniwionego kota. Był wyjątkowo okropny!... Lekko zestresowani wpadliśmy do budynku kolejki, zmartwieni, czy zdążymy na prom, bo kolejka kursuje co 20 minut... Ale nie, oni są naprawdę dość inteligentni i dostosowują się do warunków (swoją drogą ciekawe, czy Polacy wpadliby na takie rozwiązanie...): kolejka kursowała raz za razem, jak tylko ludzie zdążyli wysiąść i wsiąść. Wszyscy chcieli wrócić na swoje promy, stąd tłum był niezły. Wagoniki wypchane po przepisowe 6 osób. Na dole - kolejka do łodzi przewożących bezpośrednio na prom...
Zdążyliśmy :)
Pożegnalne zdjęcia przed odpłynięciem... Kolacja. Bar. Sklep na promie. Zdjęcia, robione nam w drodze w tamtą stronę. No dobra, jedno wzięliśmy, bo akurat wyszło nieźle...:)
Teoretycznie właśnie dopłynęliśmy. Grekom rzadko zdarza się punktualność. Według słów obcego mi gościa jeszcze 45 minut. A jak będzie naprawdę, to się okaże. W tamtą stronę spóźnienia mieliśmy blisko godzinę. Przez to zabrakło nam czasu na drinka z widokiem na morze...:-(
Przypiekłam się z prawej strony. Siedzieliśmy w tej knajpce i czekaliśmy na obiad. Dość długo to trwało. Siadaliśmy w cieniu, ale potem okazało się, że ziemia się kręci... I tak oto słońce nas naruszyło. Z białą plamą na okulary przeciwsłoneczne wyglądam ciekawie...;-p
W końcu dobiliśmy. Tłum się ustawił do wyjścia. Tłum ten biegał trochę po promie zdezorientowany, bo różne źródła podawały różne drogi wyjściowe. Aż w końcu ustabilizował się ów tłum w jednym miejscu i stał. I stał. I stał... Za nami akurat stanął jakiś burak - niestety, Polak. Komentował strasznie, dogadywał jakiejś pannie, ona mu odpowiadała półsłowkami, na zasadzie wymuszonej uprzejmości, a my słuchaliśmy i robiło nam się niedobrze. Udało się wreszcie wysiąść, dopadliśmy nasz autobus, wsiadając, musieliśmy oddać autobusową boarding card :-p Upewniliśmy się jeszcze, że autobus jedzie do naszego hotelu.
Autobus ruszył.
Najpierw skręcił w kierunku Chani. Zgłupieliśmy z lekka, ale uznaliśmy, że musimy im zaufać. I słusznie, bo po krótkim kręceniu obrał właściwy kierunek, czyli na Heraklion. A potem wyjechał na trasę...
Generalnie zwykle jechaliśmy przez miasto, nie trasą, ale dobra, poczekamy, może kierowca ma własny plan podróży... Daleko, daleko za naszym hotelem jednak się zdenerwowaliśmy. Cholera wie, dokąd jedziemy, w ogóle o co chodzi i dlaczego znów te autobusy zachowują się nieprzewidywalnie???...
Autobus zawrócił niedaleko Panormo i zaczął normalną drogą, przez miejscowości, wracać do Rethymnonu. Nareszcie!... I jak ja mam zrozumieć tę grecką komunikację?...

Niedziela

Ciężko było wstać. Santorini nas trochę wymęczyło. Spożyliśmy śniadanie, po czym padliśmy spać z powrotem :) W końcu ruszyliśmy się z hotelu. Na spacer korytem rzeki. Sucho, same kamory i wyschnięta glina, czasami piasek. Ślady quadów - to musi być fajna zabawa jeździć tu quadami :) Bardzo dziwne roślinki czasami się pojawiały. Znaleźliśmy nawet dopływ...:)
A teraz siedzimy w naszej ulubionej knajpie przy przystanku autobusowym. Szefem jest tu sympatyczny grubasek, który mówi po polsku "dziękuję" i uważa nas już za swoich stałych klientów. Na powitanie zapytał uprzejmie: "how are you" :) Potem przyniósł pyszne żarcie, a na koniec dał jeszcze piwko od firmy... No i jak go nie lubić? :)

Idziemy przez miasto. Jakiś seat skręcił powoli w prawo na awaryjnych. Zatrzymał się. Cofnął. Wyłączył awaryjne. Włączył lewy migacz. Pojechał do przodu, zatrzymał się, włączył awaryjne i cofając się, zaparkował po prawej stronie. Wilczy skomentował:
- Generalnie migacze tutaj oznaczają: uwaga, będę odwalał coś nietypowego. Na przykład: będę parkował. Jestem autobusem i mam przystanek. Nie wiem, co dalej. Szukam drogi. Mam urodziny...

Szukając miejsca, gdzie moglibyśmy zgrać zdjęcia na płytę, wleźliśmy do kawiarenki internetowej i okazało się, że obsługuje ją kobieta, a w środku jest przedszkole. No, może początek podstawówki. I chłopcy grają w coś po sieci a ona potrafi cały ten bałagan ogarnąć... A poza tym miała czytnik kart!... No bomba!...:)
Wieczorem Wilczy położył się na chwileczkę i zasnął. Przykryłam go prześcieradłem i nagrałam, jak chrapie - wreszcie mam na to dowód :)

Poniedziałek

Wstaliśmy z rana i byliśmy pierwsi na śniadaniu. A co!... Potem oczywiście nie mogliśmy doczekać się na autobus do Rethymnonu, więc w rezultacie uciekł nam autobus do Heraklionu. Pojechaliśmy następnym. Przesiadka do autobusu do Agios Nikolaos ze zwiedzaniem portu w Heraklionie i oto jesteśmy na wschodniej części wyspy. Agios Nikolaos położone jest na niezłych wzgórzach. Część ulic stanowią schodki...:) A w środku jest jezioro - ponoć bardzo głębokie, za to niewielkie. Otoczone, rzecz jasna, knajpkami...
Dwóch gostków na rowerach zaczepiło nas, żeby im zrobić zdjęcie. Jeden jakiś skośnooki, drugi wyglądał na Europejczyka. No fajnie wyglądali:)
Kot siedzący pod drzewem chyba spędził tam z miesiąc, nie ruszając się z miejsca. Cały grzbiet miał przysypany liśćmi i innymi śmieciami.
Wizyta w miejscowej informacji turystycznej zaowocowała zakładkami do książek. Pani z informacji przy czwartej zakładce nie wytrzymała i zaczęła warczeć: enough!... enough!... :)))
Łazęga po miasteczku, kawiarenka internetowa z komputerami na karty, obiad w porcie nad jeziorkiem i - niestety - już powrót. Na Spinalongę zabrakło już czasu...

Wtorek

Dzień przedostatni. Popsuła się pogoda - jest dużo chłodniej i wieje silny wiatr. Spore zachmurzenie. Morze z grzywami z piany.

Okazało się, że tutejsze koty nie rozumieją swojskiego "kici kici", za to reagują na "ksz ksz!". Postanowiłam tę samą metodę zastosować do Wilczego. Siedzi na balkonie i czyta książkę. Chciałam mu zrobić zdjęcie. Zawołałam "ksz ksz!" - odwrócił się od razu, a ja szybko pstryknęłam fotkę.
- Nigdy więcej nie odwrócę się na "ksz ksz!" - skomentował. Kłamliwie...:)

Poszliśmy do miasta plażą. Naprawdę kawał drogi - aż doszliśmy do deptaku. Zapadaliśmy się w piach, a Wilczy na moje narzekania odpowiadał:
- Tak, to prawda, to straszne, że na plaży jest piach, a w morzu słona woda!...
Morze wzburzone, krople wody wiatrem niesione lądowały na nas - na włosach, skórze, ubraniach. Pianą też kilka razy dostaliśmy, a Wilczego nawet raz dogoniła fala :) W mieście, idąc już deptakiem, szukaliśmy knajpki, w której będzie można umyć ręce i twarz. Usiedliśmy w jednej, całkiem sympatycznej, dostaliśmy kolorowe drinki z małpkami i głupawki też dostaliśmy. Zaczęliśmy się tymi małpkami tłuc, ale niestety moja się połamała...:(
Zakupy. Rzecz jasna bez prezentów nie może się obejść. Wybieranie, przebieranie, ustalanie... ech. Wylądowaliśmy oczywiście w naszej ulubionej knajpce na przystanku. Spacer po mieście trwał. Latarnia morska, stary falochron. I fale, rozbijające się o nowy falochron, a przelatujące jeszcze przez stary... fale o wysokości promu... No bomba!...
Ostatnie chwile w mieście spędziliśmy w knajpie - klubie (loungecafe livingroom), chyba dość ekskluzywnym. Weszliśmy na drinka i zdziwiliśmy się.
My: potargane włosy, słone, cali brudni po spacerze plażą, krótkie spodenki, plecak i aparat. Reszta klientów: elegancko ubrani, żadnych krótkich gaci i klapek. Zamówiliśmy drinki, czyli raczej takie droższe picie. Inni: kawa i mineralna. O co chodzi?...

Środa

Kolega z klubu Peugeota dał znak, że przyjadą, zatem dokończyliśmy zakupy i pojechaliśmy do miasta. Nie czekaliśmy na nich długo. Przyjechali ze znajomymi, w sumie było ich 6 osób. "Kupą raźniej"...? :-) Pogoda ciut się poprawiła, ale nadal było chłodno, wietrznie, a morze wzburzone.
Spacer po mieście, najpierw nad morzem - chlapało cały czas :) Potem zapędziliśmy ich do twierdzy, a sami usiedliśmy w Melinie na lody. Nic na to nie poradzę, że całkiem przyzwoita knajpa pod samą twierdzą nazywa się Melina...:) Pyszne lody i kawa calypso-nescafe z bayleysem i bitą śmietaną... pyyycha :) Potem znów spacer, port, latarnia, stare miasto, park i w końcu knajpka na przystanku. Tam zjedliśmy spory obiad i tylko jednej parze się nie podobało, ale im się wszystko nie podobało, więc współczuliśmy koledze, że takich ludzi spotkał na wakacjach... Rozstaliśmy się na przystanku, oni pojechali do Heraklionu, a my do hotelu. Po kolacji poszliśmy jeszcze w miasto. To ostatni wieczór... Ostatni drink w knajpce. Ostatnie zakupy. Ostatnie kartki książki. Ostatnia noc...
Po powrocie do hotelu dowiedzieliśmy się, że przesunęli nam lot. Zamiast o 9.55 będzie o 15.35. Będziemy później w Polsce, chociaż się wyśpimy. A ja chciałam jeszcze na zlot klubu pojechać... :)

Czwartek

Śniły mi się koszmary. Według relacji Wilczego wyglądało to tak:
0 5.30 usiadłam na łóżku i obudziłam go:
- Gdzie my my jesteśmy?! Gdzie my jesteśmy?!
- No... w hotelu?...
- Co my tu robimy?! Co my tu robimy?!
- Eee... no...
- A gdzie powinnismy być?!
Wilczego to rozwaliło. Ja natomiast położyłam się z powrotem i spałam dalej...:)
Ostatnie śniadanie. Ciągle jest zachmurzenie, chociaż jakby coraz mniejsze. Często przebłyskuje słońce. Zwiedziliśmy nasz hotel - te części, do których nie zaglądaliśmy do tej pory... Lubimy ciekawostki zostawiać sobie na ostatni dzień. W Egipcie na przykład ostatniego dnia przekonaliśmy się, że mieliśmy taras nad pokojem... Taras z widokiem na morze... ech.
Ustaliliśmy, że te roślinki, które rosną z drugiej strony naszego hotelu, nazywają się granatnik i cytrynian. Jest ciepło, słaby wiatr. Ostatni spacer nad morzem. Spakowani, czekamy na autokar...

Kiedy samolot schodzi do lądowania, przebija się przez te wszystkie pokłady chmur. Nad nimi jest piękne słońce. Im niżej schodzi, tym się robi ciemniej. Bardziej ponuro. W końcu już nic nie widać, chociaż raptem niewiele wyżej była piękna pogoda... A tutaj? Mokro i zimno. Po co my właściwie wracamy?...
- Szanowni państwo, pogoda w Polsce jest... odpowiednia do lądowania - poinformował nas kapitan.
Podchodzimy do lądowania, już zmienił się układ skrzydeł, poczuliśmy, że wysunęło się podwozie. Nagle dziób się podnosi ostro do góry, podwozie się schowało, skrzydła szybko ustawiły się w innej pozycji.
- Lecimy do Szwecji - powiedziałam radośnie, wyobrażając sobie porwanie samolotu. Wilczy popatrzył na mnie nieprzytomnie i zdezorientowany cokolwiek.
- Szanowni państwo, ponieważ na Okęciu jest korek, wylądujemy za chwilę...
- Eeee, nici ze Szwecji...
:-)

Wyszperane w Sieci:

Kreta ogólnie: http://www.travelguide.gr/greece/en/acc/mapkrii.htm
Klub Peugeota: http://www.peugeot-klub.pl/


psyche