Kraków, 6-8.07.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Fotki ;-)

Koniec tygodnia, czyli klimaty dekadenckie

Od dwóch tygodni nic się nie udawało. Wszystko, co mogło, rozpadało się w proch, gniło, generalnie kłody pod nogi, wiatr w mordę i trasa pod górkę. Dlatego nie zdziwiło mnie specjalnie, kiedy nagle okazało się, że powinnam zostać w pracy do późnej nocy (jednak uciekłam), kiedy zabrakło miejscówek na pociąg (kiblowałam na korytarzu z tłumem pijanej młodzieży, wybierającej się zapewne na wakacje), kiedy pociąg się spóźnił, kiedy okazało się, że jednak jadę sama i mogłabym wziąć książkę, bo konwersować nie będzie z kim...
...i kiedy dojechałam i poszliśmy na kolację do Sphinxa, a tam nie było toalety ("Dostępna toaleta w galerii, w lewo, w lewo i prosto" - poinformował mnie pan kelner, uparcie odsuwając na środek stolika kartkę, którą usiłowałam przeczytać. Przysuwałam ją z powrotem, on ją odsuwał i tak w kółko... Po trzech takich odsunięciach na jego widok zaczęłam sama ją odsuwać, co się ma biedak męczyć. Kolację przyniósł najpierw Wilczemu, mnie informując, że moje danie będzie zaraz. Cudownie. Nie wiem, gdzie to bezrobocie... W dodatku na dzień dobry kelnerzy przywitali nas brzękiem tłuczonych talerzy, sądząc z dźwięku, sporej ich ilości...:)
Po kolacji usiłowaliśmy dotrzeć do Żaczka, czyli naszej noclegowni. Wilczy wywlókł plan miasta i zaczął porównywać go z przystankiem tramwajowym. I nagle zonk - linie tramwajowe na planie mają się nijak do rzeczywistości... W rezultacie, zastanawiając się, czym jechać, obeszliśmy 3 przystanki dookoła, w końcu przeszliśmy ulicę w miejscu absolutnie niedozwolonym i poszliśmy na piechotę mniej więcej we właściwym kierunku. Wsiedliśmy w coś, co - wydawałoby się - powinno nas dowieźć pod hotel, trafiliśmy, udało się!... Pan w recepcji dał nam klucz z zastrzeżeniem, że to jest klucz systemowy (co to, u licha, znaczy?...) i jego dorobienie kosztuje 100 zł, Wilczy podpisał cyrograf, że został poinformowany o bandyckich kosztach dorobienia klucza i mogliśmy już iść do pokoju.
Pokój był okrągły... No, z jakimiś tam drobnymi załamaniami, ale generalnie okrągły. Podłączona do prądu lodówka brzęczała, postanowiliśmy zagotować sobie wodę w czajniczku, okazało się, że albo lodówka, albo czajniczek, bo gniazdko jest jedno. Na szafce stała śliczna lampka nocna, niepodpięta nigdzie, bo nie było dla niej gniazdka. Zabawnie ;-p
Ciepła woda w łazience pojawiała się, jeśli miało się dużo cierpliwości. W efekcie zapychał się brodzik od prysznica, bo jakoś powoli ta woda tam spływała ;-p Poza tym wszystko działało, więc zadekowaliśmy się na łóżku z butelką wina i rozpoczęliśmy miły wieczór.
- Jakieś... dziwne - powiedziałam, oddając Wilczemu butelkę.
Powąchał. Spróbował...
- No... nie jest takie złe... - usiłował być lojalny wobec sprzedawcy, który mu to wino polecał.
- Bardzo złe nie, ale jest w nim coś dziwnego. Coś gorzkiego - sprecyzowałam.
- Trudno, będziemy się męczyć, nic innego i tak nie mamy...
- Właśnie, nawet herbaty ani wody... prócz tej z czajniczka...
- Ani nic na śniadanie...
- Poanek będzie ciężki...

Sobota, czyli wśród swoich

Poranek był jednak zupełnie przyjemny. Jak już się zwlekliśmy, zaczęliśmy się zastanawiać, co będzie nam potrzebne. Parasol? Będzie padać czy nie będzie?... Może jednak na wszelki wypadek go weźmy...
Zaczęłam upychać parasol Wilczego w mojej torebce.
- Ale wielki!... Wcale mi tu nie wchodzi!...
- Mężczyzna musi mieć coś dużego. Nawet jeśli to ma być parasol - skomentował moje narzekania Wilczy...
W końcu poszliśmy do miasta na śniadanie. Oczywiście z nadzieją, że wrócimy do hotelu przed wieczorną imprezą. Tiaa...
- Jedziemy tramwajem?
- No możemy, mamy bilety.
Dogoniliśmy tramwaj, wsiedliśmy, stanęliśmy obok kasownika i Wilczy zaczął macać się po kieszeniach, grzebać w portfelu i tego typu ruchy wykonywać z coraz bardziej zmartwioną miną.
- No naprawdę miałem gdzieś te bilety - mruknął. - Kupowałem cztery... Ciekawe, gdzie mogą być... Wczoraj skasowałem dwa...
Przeszukał ww. miejsca jeszcze dwa razy, po czym wysiedliśmy z tramwaju dwa przystanki dalej.
- No to nie wiem, gdzie one są - stwierdził, najwyraźniej pogodzony z losem. - Ale i tak mamy już blisko :)
Poszliśmy do restauracji Farinella na paellę z owocami morza, usiedliśmy przy otwartym na ulicę oknie i było nam naprawdę miło. Akurat jak przynieśli jedzenie, dotarli do nas Justyna i Eos - trafili idealnie :) Paella była porządna i prawdziwa: z krewetkami, muszlami, kalmarkami i czymś, czego nie dałam rady zidentyfikować, ale było ciemnoczerwone i miało mnóstwo macek ruszających się przy każdej okazji. Chyba było jednak martwe?...:)
Po śniadaniu zamówiliśmy jeszcze deser (czemu nie?), Wilczy patrzył na mnie z niedowierzaniem, że mam jeszcze miejsce, no pewnie, że miałam, w końcu on zeżarł więcej tej paelli, rzucał się do wspólnej michy i wyżerał garściami!... Potem jeszcze mi malinkę z deseru ukradł, obrzydliwiec jeden!... Po deserku poszliśmy się przejść po Starym Mieście, zrobiliśmy sesję fotograficzną w głowie stojącej na rynku, popatrzyliśmy na gołębie łażące po sobie i ludziach, kompletnie nieprzejęte ich obecnością, obejrzeliśmy fontannę składającą się ze schodków i pożegnaliśmy się z Eosami, teoretycznie umawiając się na wieczór. Po czym powędrowaliśmy do knajpki poleconej przez Justynę na piwko. Bunkier Sztuki.
Akurat jak tam dochodziliśmy, zadzwonił Rysio, że właśnie przyjechał i gdzie my jesteśmy... Możliwe, że nie wyjaśniłam mu dokładnie, w każdym razie przyszedł do nas z dworca przez rynek, ale trafił :) Wyściskaliśmy się i usiedliśmy nad piwkiem, oczekując wiadomości od reszty towarzystwa.
Z tym towarzystwem to pojawił się pewien zonk... Całą imprezę rozpętała Malina, która następnie rozchorowała się i wyłopotała ze spotkania, zupełnie jakby gorączka i inne stany zwalniały ją ze wspólnego picia!... ;-p Spotkanie miało odbyć się w Krakowie, więc co zrobiły krakusy? Powyjeżdżali!... Ania i Bart zmienili lokalizację na czas imprezy, wystraszyli się czy jak?...;-p Na szczęście dopisali wrocławiaki, którzy przyjechali we trójkę, razem z Harpem.
Odwiedziny toalety knajpianej zaowocowały odkryciem sali wystawowej, w której stało dziwne coś, składające się z drewna na stos i proporca na wierzchu. Potem okazało się, że co prawda do toalety z knajpy idzie się niemal przez tę salę wystawową, ale wstęp do sali jest płatny - 6 zł bilet ;-p Zaiste, absurd popołudnia!...:)
Ponieważ wrocławiaki byli tuż-tuż, a Rysio stwierdził, że coś by zjadł, to postanowiliśmy zmienić lokal. Wyszliśmy zatem z bunkra i skierowaliśmy się na Stare Miasto. Szliśmy, szliśmy i szliśmy i jakoś nie dawało rady znaleźć fajnej knajpy, za to znaleźliśmy kilka fajnych tematów do zdjęć ;-p Aż zadzwonił WRonX, że jedzie i może się z nami spotkać na całe pięć minut. No dobra, z powrotem w Szewską i do plant... Po drodze zaczepiły nas dziewczynki:
- Macie ochotę na tańsze piwo?...
- Mamy dziś promocję!...
- Nie, dzięki, nie chcemy piwa...
- A może chociaż soczek?...
- Wodę?...
Tia...:)
Wyściskaliśmy się z WRonXem (no prawie go nie poznałam, obciął się był i jakoś tak zmężniał, czyżby zaczął wreszcie dorastać? ;-p), przez chwilę prawiliśmy sobie antykomplementy, dla uwiecznienia spotkania pstryknęło się kilka zdjęć i rozeszliśmy się w przeciwne strony z wielkim "Ufff..." dobywającym się ze wszystkich piersi :)
No i znów wrócił problem, dokąd pójść na obiad. Co za pech jakiś, dookoła same knajpy i nic nie można wybrać!... Obleźliśmy rynek dookoła i weszliśmy w jakąś uliczkę, która doprowadziła nas do knajpy "C.K. Dezerter". Wyglądało w miarę apetycznie, a i ceny nie były oszałamiające, zatem weszliśmy. Usadowiliśmy się przy fajnym stoliczku tuż przy oknie, po czym dotarło do nas, że przecież zaraz tu dotrą jeszcze trzy głodne osoby. Zatem nastąpiła zmiana miejsc, dostaliśmy... piwo i zamówiliśmy jedzonko. I dotarli do nas Asia, Piotrek i Harp, głodni, ale szczęśliwi :)
Kolejna porcja ściskania, składanie zamówienia, "Ja poproszę to, co ma ta pani", opowieści z drogi, piwo, zdjęcia...:)
I jedzonko!...
No dobra, ja swoje pochłonęłam (duszone kurki w sosie w chlebku w ramach talerza, re-we-la-cja!!!), przyszło zamówienie wrocławiaków. Piotrek siedział obok mnie, dostał mięsko, ziemniaczki i buraczki na gorąco. Wyglądało szalenie apetycznie, doprawdy nie wiem, czemu buraczki natychmiast przestawił w stronę Harpa ;-p Niemniej jednak nie zamierzałam się poddawać i wbiłam głodny wzrok w jego talerz.
- Jak będziesz się zachowywać jak pies Asi, to może coś dostaniesz - powiedział Piotrek, nic sobie ze mnie nie robiąc. Wyprodukowałam zatem błagalną minę á la kot ze Shreka. Nie wzruszyło go to ani trochę. Zastanowiłam się przez chwilę, jak zareaguje na ślinkę kapiącą mu w talerz, ale podejrzewam, że odsunąłby talerz, więc nakapałaby co najwyżej na stół, nieapetyczne. Przez mgłę nagle dotarło do mnie, że ktoś mówi:
- Psyche, tracisz czujność... psyche, tracisz czujność... psyche... psyche???... W końcu dotarło!...
Wilczy siedział obok mnie i bezczelnie pił moje piwo. Trzymał moją butelkę z Budweiserem i się raczył, obrzydliwiec!... No jak można tak wykorzystywać moją namiętność do jedzenia?!? ;-p Zabrałam mu czym prędzej moje piwo i wróciłam do nagabywania Piotrka, który już sporo zdążył wchłonąć przez ten czas. Dorwałam się w końcu do jego buraczków, chociaż usiłował podstępnie sprzedać mi pomidory Harpa :) Szczęśliwa psyche to jedząca psyche ;-p
Opuściliśmy w końcu ten zacny przybytek (polecamy gorąco, naprawdę było smacznie i niedrogo :) i poszliśmy na... lody. Taka chęć deseru po obiedzie, wyrażona głównie przez Asię. Powędrowaliśmy do Bankowej, kawiarni w stylu wiedeńskim, gdzie kiedyś piliśmy pyszną kawę, a było to ze 6 lat temu... Zamówiliśmy lody firmowe.
Przyszła jedna kulka lodów pistacjowych, pływająca w likierze miętowym. Zaiste, interesujące zestawienie!...
A Asia, która miała ochotę na lody, zamówiła kawę mrożoną albo coś w tym guście...:)
Zniesmaczeni lodami poszliśmy w końcu przez bankomaty do Starego Portu, po drodze ćwierkając z zachwytu nad śliczną niebieską Warszawą przystrojoną stroikami ślubnymi.
Stary Port przywitał nas zupełnie przestronnym, niezatłoczonym wnętrzem i szantami z głośników. Koncertu nie było, bo sobota. Koncerty są w piątki. Ok. Usiedliśmy przy armacie. Towarzystwo poszło do baru złożyć zamówienia, ja zostałam i smętnie sobie siedziałam... aż przyszedł Rysio i powiedział, że Wilczy na mnie oczekuje przy barze.
- Ale po co?...
- Nie powiedział. Idź, idź.
Niechętnie, ale się ruszyłam. Docieram do baru i grzecznie pytam Wilczego:
- Czego chcesz?
- Spójrz - mówi on na to w odpowiedzi i pokazuje za bar. No, bar jak bar, nic specjalnego, za barem nalewaki do piwa, jakieś szkło, barmanka... zaraz, zaraz, barmanka?...
- Madar!... - wrzasnęłam ucieszona, poznając barmankę w mgnieniu oka, nie widziałam jej raptem półtora roku. - Madar, co ty tutaj robisz?... Za barem?... Jak to?...
Madar wyszła zza baru, kolejna porcja ściskania, no miałam nieśmiałą nadzieję, że może się spotkamy, ale że ona będzie stała za barem w Porcie - tego się nie spodziewałam...:) Niespodzianka zupełnie przyjemna.
A potem to już było tylko:
- Jeszcze raz trzy piwa...
- Jeszcze jedną karafkę wina...
- A pamiętacie, jak...
Czyli nocne Polaków rozmowy. W pewnym momencie przyplątała się do nas "Barmanka z Vancouver" i bardzo koniecznie musieliśmy sprawdzić, ile Poręba dał za ten jej uśmiech, zatem dopadliśmy Madar i poprosiliśmy o sprawdzenie kursu dolara kanadyjskiego.

"Kupiłem sobie za dwa dolary
uśmiech barmanki z Vancouver,
a całą resztę, jak podejrzewam,
otrzymać mógłbym za stówę..."

Jerzy Porębski "Barmanka z Vancouver"

Okazało się, że Jurek Porębski za uśmiech barmanki zapłacił trochę ponad 5 zł. Bardzo istotna informacja :)
Wspominaliśmy z Asią i Harpem Brno, przy pomocy sieci GSM wymienialiśmy pozdrowienia z Blond Wiedźmą i Maliną, planowaliśmy kolejne rejsy i inne przyjemności i czas płynął nam dość szybko. I płynnie. Asia tłukła się z Piotrkiem, Harp tańczył przed barmanką (drugą barmanką...:), Wilczy bawił się aparatem i robił artystyczne ujęcia, ja oddawałam się zgubnym nałogom, świeczki się dopalały. Tak naprawdę nie mam pojęcia, o czym rozmawialiśmy, za to doskonale pamiętam, że piliśmy :) Aż nadszedł czas, kiedy doszliśmy do wniosku, że koniec imprezy, idziemy spać...
Asia, Piotrek, Harp i Rysio poszli do taksówki, a my poszliśmy na piechotę do Żaczka, do naszego okrągłego pokoju, skorzystaliśmy z okrągłej łazienki i padliśmy spać...

Niedziela, czyli czas powrotów

Około 7 rano obudził mnie SMS od Rysia - pożegnalny. O tak barbarzyńskiej porze Rysio jechał do domu!...
Koło 10 obudziły nas budziki, zwlekliśmy się z łóżek, spakowaliśmy i wywędrowaliśmy z hotelu na śniadanie do miasta, łapiąc się z całym tłumem osób przez telefon. Najpierw złapaliśmy się z Solringiem (znów #żagle się kłaniają :), udało nam się spotkać, wyściskać, skrócić sobie wiadomości najnowsze i już szliśmy na śniadanie z wrocławiakami. Niestety, popełniliśmy absurdalny błąd i usiedliśmy w ogródku na rynku...
Karty dostaliśmy nawet dość szybko, na moje specjalne życzenie napoje też zamówiliśmy od razu. Gdybym wiedziała, ile będziemy czekać na jedzenie, w życiu bym się nie zdecydowała tam zostać!...
Dotarli do nas Eosy, posiedzieliśmy, pogadaliśmy o aparatach fotograficznych, o przygotowaniach ślubnych, o perfumach, o całym świecie...
40 minut później dotarł do nas pierwszy zestaw śniadaniowy.
Zanim dotarł ostatni, pierwszy zdążył zostać pożarty, przetrawiony i zapomniany...
Niemal dwie godziny od wejścia do knajpy można było wreszcie z niej wyjść. Co za jakiś koszmar!... Rachunek, o dziwo, został podany natychmiast. Widocznie pan bał się, że jak nie dostaniemy go od razu, to uciekniemy, a 7 osób nie da rady zatrzymać...;-p
Na koniec jeszcze zrobiliśmy sobie kilka zdjęć wachtowych - wszak spotkały się dwie chorwackie wachty :) I znów ściskanie, buziaczki i papa ogólne. Po czym my i Eosy podążyliśmy do Galerii Kazimierz, do kina na Shreka, a reszta - w kompletnie przeciwnym kierunku...
W Galerii dopadł nas zapach gofrów, a że śniadanie mikre było, to długo się nie zastanawiając - zamówiliśmy po goferku. Mniam, mniam :) Pyyyyszne!...:)
Film był nudnawy, kręcenie trzecich części dobrych jedynek powinno być w większości przypadków zabronione. Dzieci czasem się śmiały, ja uśmiechnęłam się ze dwa razy i głównie przysypiałam. Zasnęłabym całkiem, gdyby nie to, że chyba nie wypada ;-p
Po kinie powędrowaliśmy na Kazimierz poszukać obiadu. I trafiliśmy do całkiem miłej knajpki - "Studnia Życzeń", z sympatycznym panem kelnerem, smacznym jedzeniem, pysznym deserem, no po prostu szał ciał i uprzęży :) To już ostatnie nasze chwile w Krakowie, miasto widać chciało pozostawić po sobie dobre wrażenie i zatrzeć drażliwą kwestię śniadania...:) Eosy podrzucili nas jeszcze na dworzec i się wyłopotali podlewać cudze kwiatki, a my zaraz wsiedliśmy w swoje pociągi do domu...
...i mój pociąg zaczął się po drodze palić!... Najpierw zaśmierdziało, potem pojawił się dym, potem pociąg się zatrzymał, potem dym zniknął, potem pociąg ruszył - zablokowały się hamulce. Dobrze, że zareagowali od razu, bo spędzanie nocy na torach niekoniecznie było mi na rękę...:)
I to by było na tyle, jeśli chodzi o spotkanie żeglarskie w Krakowie ;-p

***
Jak zwykle komentator :)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Kraków: http://krakow.pl/
Żaczek - tu nocowaliśmy: http://www.zaczek.bratniak.krakow.pl/html/index.php
Tawerna żeglarska Stary Port: http://www.staryport.krakow.pl/
Mapy Googli: http://maps.google.com/


psyche