Pół dnia w Kłodzku, 21.09.2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Kłodzko - miasto, podziemia, twierdza

Przypadek sprawił, że ślub Kasi i Jurgena odbywał się w Otmuchowie. Stamtąd już tylko 40 km do Kłodzka! Nie można było nie skorzystać z takiej szansy. Oboje nas ciągnie w Góry Stołowe, a Kłodzko jakby tuż tuż...
Zaraz po ślubie wpakowaliśmy się w autko i pojechaliśmy drogą na Kłodzko. Po drodze, w pierwszym napotkanym lesie (no, kawałek do niego było, to już blisko czeskiej granicy...) zrobiliśmy sobie przebieralnię, wyskoczyliśmy z urzędowych ciuchów i butów (ufff...) i założyliśmy wygodne stroje. Wjechaliśmy do Kłodzka i natychmiast pojawiło się pytanie: dokąd dalej? Podziemna trasa turystyczna No chyba nie na Kudowę Zdrój, tylko na jakieś centrum, tylko gdzie tu jest centrum?... Trafiliśmy w jakąś wąską uliczkę z parkingiem, więc czym prędzej zostawiliśmy tam auto i poszliśmy zwiedzać. Najpierw omówiliśmy cienki strumyczek, płynący sobie leniwie w głębokim dole.
- To Nysa Kłodzka - powiedział Wilczy, pilnie jej się przyglądając.
- Nie mam klisz żadnych - mamrotałam ja.
- Ciekawe, czy są tu gdzieś ślady powodzi? - zastanawiał się on.
- Może uda się gdzieś tutaj jakieś kupić?... - to znów ja.
W kłodzkich podziemiach... Ustaliliśmy, że ten leniwy strumyczek, którego prawie nie było, to rzeczywiście wielka woda, która kilka lat temu zniszczyła okolicę (potem oglądaliśmy zdjęcia z powodzi - faktycznie żywioł!). Po czym dopadliśmy kiosku. W którym były tylko klisze o czułości 200. Już trudno - wymamrotałam przez zęby. Niech będzie... Pan z kiosku uparł się, że fotografowie twierdzą, że taka klisza jest najlepsza, bo i na dobre światło, i na kiepskie... Ja stwierdziłam, że coś, co jest dobre na wszystko, nie jest dobre na nic, ale innego wyjścia nie miałam. Trafiliśmy na ryneczek...
Obleźliśmy go w kółko, szukając jedzenia, bo oczywiście żołądki nie potraktowały nas ulgowo. Odrzucając większość knajp, trafiliśmy do prawdopodobnie najdroższej w mieście - ale my przecież nie umiemy inaczej... Zaordynowaliśmy zupki i drugie, przyznać trzeba, że jedzenie było smaczne bardzo, ale zdenerwowały nas osy. Nie wiadomo skąd dowiedziały się, że pijemy colę i przyleciały stadnie do naszych butelek oraz szklanek. Wywiązała się walka...
Po spacerku w zachodzącym słońcu zaczęliśmy szukać noclegu. Najpierw zbadaliśmy hotel leżący tuż przy naszym parkingu. Potem pojechaliśmy dalej szukać szczęścia...
Okazało się, że Kłodzko jest duże. A szczególnie dużo ma ulic jednokierunkowych, prowadzących pod górę, nie wiadomo dokąd... Kiedy już pomyślałam, że objedziemy w ten sposób kulę ziemską dookoła, pojawiła się droga w bok i można było spróbować wrócić do punktu wyjścia, bo jak widać, tutaj żadnego noclegu nie znajdziemy.
Pogoda panowała piękna, do Polanicy Zdroju rzut beretem, wyjechaliśmy zatem z miasta w prawdopodobnie dobrym kierunku. Ciemności egipskie wytrącały nas nieco z równowagi... Ale trafiliśmy. I zaczęliśmy szukać noclegu...
Polanica jest bardzo pięknym miastem. Właściwie moglibyśmy narysować jej plan po tym jednym wieczorze... byliśmy chyba wszędzie. Pukaliśmy do każdego pensjonatu i hotelu. Powoli nadzieja w nas zdychała. Wszędzie full... A tam, gdzie jeszcze było jakieś miejsce, pytali, na ile - jedna noc ich nie interesowała... No to nie, wracamy do Kłodzka i kij im w ucho. Zahaczyliśmy tylko o Żabkę, bo jeść coś trzeba i wróciliśmy.
Hotel miał swoje zalety niewątpliwie, chociaż pokoje odnawiane były jakiś czas temu. Ale była pasta do zębów :-)
Poranek zmobilizował mnie do działania. Ściągnęłam Wilczego z łóżka i kazałam zwiedzać. Najpierw zwiedziliśmy rynek w poszukiwaniu śniadania...
Twierdza Kłodzka Labirynt Po jakichś włoskich wynalazkach poszliśmy do podziemi kłodzkich (to już trzecie zaliczone w tym roku...), gdzie chodziliśmy sobie sami i mogliśmy robić zdjęcia bez przeszkód. Potem powędrowaliśmy do Twierdzy... Najpierw zwiedzaliśmy wierzch, trochę było po czym połazić, fantastyczne miejsce :-) Potem weszliśmy z przewodnikiem do Labiryntu. Sieć korytarzy wykutych w skale naprawdę robi wrażenie. "Czas zwiedzania od 40 minut do dwóch tygodni" wcale nie jest naciąganym tekstem :-) Oczywiście atrakcja najważniejsza - korytarz wysokości 95 cm. Okazało się, że to jest całkiem nisko! Można było przejść w kucki albo w głębokim pochyle, aczkolwiek tak czy siak szło się bardzo niewygodnie :-) Całe szczęście, że szliśmy prawie na początku... Na szczęście w podziemiach nie zostaliśmy, udało się je opuścić po tych 40 minutach i zrobiło się już na tyle późno, że czas wracać do domu. Złoty Stok zostawiliśmy na następny raz...
Wiadomo jedno. Już zastanawiamy się, kiedy i na ile tam wrócić. Bo że wrócimy, to nie ma najmniejszych wątpliwości :-)

psyche