Kanada, British Columbia, 6-21.09.2008 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Streets of Vancouver
British Columbia loop
Rejestracje amerykańskie

Szlakiem męskiej toalety

"A kiedy nas odwiedzisz?" - zapytał mnie któregoś pięknego dnia nieświadomie KPL na gg. Zapewne nie zdążył ugryźć się w język, a potem to już było za późno. Przemyślałam sprawę dokładnie, wziąwszy pod uwagę sporo jej aspektów, ewentualne korzyści i z góry określone straty, po czym metodycznie zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu. Kanada zrobiła mi uprzejmość i z okazji mojej wizyty zniosła wizy dla Polaków, co przyjęłam z uprzejmym skinieniem głowy, po czym postanowiłam wyrobić sobie wizę amerykańską. Dwie naraz to byłoby ponad moje siły, ale skoro tylko jedna, to czemu nie spróbować?...
Uzyskanie wizy okazało się być dość proste w sumie, chociaż procedura jest długa i nudna, a wszystko wygląda jak na poczcie - numerek i do okienka. Dopiero ostatnia z czterech odbytych w ambasadzie rozmów, rozmowa z przedstawicielem konsula, była przyjemna i wesoła. Wszystko trwało trochę ponad godzinę i zakończyło się informacją, że mój paszport przyjedzie do mnie z wizą w ciągu trzech dni roboczych.
Paszport przyjechał, Kumak przysłała zaproszenie, w którym napisała, że zapewnia mi "food and accommodation", z czego się bardzo ucieszyłam i postanowiłam w razie czego ją tym szantażować :) Okazało się, że nie muszę, podeszła do tematu "food" bardzo profesjonalnie i z głodu zdechnąć mi nie dała. Na wagę do tej pory nie wchodzę na wszelki wypadek...;)))
Pozostało mi tylko się spakować...
W sobotę, 6 września, zerwałam się skoro świt i objuczona walizą, plecakiem, plecakiem podręcznym i torebką pojechałam na lotnisko. Pierwsze, co zrobiłam, to zapytałam panią podczas odprawy bagażowej, ile kosztuje upgrade do pierwszej klasy.
- Dużo - powiedziała pani. Byłam jednak uparta:
- A dużo to znaczy ile?
Pani zadzwoniła gdzieś i po chwili poinformowała mnie z uśmiechem:
- Trzydzieści dziewięć tysięcy.
- O, to rzeczywiście dużo - zgodziłam się z panią.
- Do biznes klasy byłoby taniej. Jakieś dwadzieścia tysięcy - dodała pani rozpędem.
- Faktycznie, zupełnie tanio - zgodziłam się entuzjastycznie, dostałam karty pokładowe i poszłam precz.
Pierwsze, co zrobiłam za bramką, to poszukałam sikania. Znalazłam, weszłam i zatrzymałam się na pisuarze. Zanim zrozumiałam swoją pomyłkę, zastanowiło mnie, co do licha pisuar robi w damskim kiblu? Ale zorientowałam się, że pytanie powinno raczej brzmieć: co ja robię w męskim kiblu, zatem czym prędzej opuściłam przytulne pomieszczenie i polazłam jednak do damskiego.
Lot do Frankfurtu trwał krótko i bez niespodzianek, wylądowaliśmy i okazało się, że pada deszcz. Wsiadłam do autobusu. Frankfurt jest wielki. Jechałam tym autobusem z samolotu do terminala i jechałam, zupełnie spokojnie zdążyłabym wypić niedużą kawę w tym czasie i zagryźć pączkiem, ale w autobusie nie podawali. Bezczelność.
Na terminalu zostałam zmuszona do pieszej wycieczki, na szczęście średnio długiej, szłam za strzałkami powieszonymi pod sufitem, aż strzałki zniknęły. No zwyczajnie były numerki wcześniejsze i późniejsze, a ten mój zdematerializował się w czarnej dziurze. Tknęło mnie, obok były schody, zjechałam piętro niżej, ale tam też te numerki jakieś nie takie. Niewiele myśląc podeszłam do pierwszego lepszego pracownika lotniska, jakiegoś zupełnie przystojnego Niemca, pokazałam mu moją kartę pokładową i zapytałam, co on na to. Skierował mnie z powrotem na górę. Zdusiłam w sobie rozpaczliwe wołanie, że przecież właśnie stamtąd przyszłam i wcale nieprawda, tam nie ma tych gates, to jakiś spisek jest!... I posłusznie wróciłam na górę.
Numerki były.
Zamrugałam oczami, ale nie zniknęły, więc poszłam za strzałkami i trafiłam do kolejki. Na bramce stali: jakiś dziwny malutki człowieczek o lekko śniadej skórze i wysoka typowa Niemka. Bardzo długo dyskutowali z jednym gościem kilka osób przede mną, zastanawiałam się, co będzie, jeśli uprą się dyskutować także ze mną, chyba poproszę o tłumacza. Ale nic ode mnie nie chcieli, wpuścili mnie dalej i niedługo później znalazłam się w samolocie.
Wielki.
Dwa korytarze, siedzenia 2-4-2, znalazłam swoje i zaczęłam się rozprzestrzeniać po okolicy. Kiedy już wszystkie bagaże i polarki upchnęłam, gdzie trzeba, pojawiła się stewardesa i zapytała mnie, czy nie byłabym może uprzejma, w drodze wyjątku, zamienić się miejscami z jednym chłopcem, bo mają tu dwóch chłopców i najchętniej posadziłyby ich razem. Obok niej stał małonastoletni chłopak. Rzut okiem na niego sprawił, że poderwałam się z miejsca i grzecznie oznajmiłam, że z dziką rozkoszą zamienię się miejscami natychmiast. Niekoniecznie chcę spędzić 10 godzin obok małolata...
W drodze na inne miejsce, które było bliżej dziobu i po drugiej stronie samolotu, wylewnie dziękowały mi wszystkie napotkane stewardesy i niemalże zastanawiałam się, czy powinnam może rozdawać autografy. Moją nową sąsiadką była zasuszona Kanadyjka. Powiedziałam jej uprzejmie "Dzień dobry" i znów zaczęłam cały manewr rozlokowywania się na nowym miejscu.
Wreszcie usiadłam. Przed nosem miałam monitorek, na którym mogłam sobie pooglądać filmy (nie działały), ustawić muzykę do słuchania (zaczęła działać gdzieś w połowie lotu, akurat, jak skończył mi się prąd w dysku z muzyką), albo pooglądać dane lotu. Wyświetlana była mapka trasy, dane typu wysokość lotu, prędkość, ile czasu zostało do wylądowania i która jest godzina w Vancouver. A, no i temperatura na zewnątrz też. Jakaś kompletnie masakryczna, bo co to za temperatura minus 60 stopni Celsjusza???!!!...
Jedzenie podawano dwa razy, za pierwszym razem miałam nawet wybór, wybrałam kurczaka, nieinwazyjnie. Kurczak był, do tego jakieś zdechłe warzywka, coś w rodzaju ziemniaków oraz dwa kawałki zielonej fasolki, takiej w strączku. Sprasowane, jak reszta żarcia. Jeden z tych kawałków rozkroiłam na pół i zdębiałam.
Między dwoma ślicznie zielonymi groszkami w strączku umieścił się ugotowany na miękko porządnie tłusty biały robaczek. No, mniejszy był od groszku, ale niewiele, spasiony. Groszek, znaczy, smaczny ;)
Robaczek miał tę zaletę, że z talerza nie uciekał, zostawiłam go zatem tam, gdzie był, zastanawiając się nawet przez chwilę, czy by go nie zjeść, bo porcja jakaś niewielka w sumie... ale jednak nie byłam aż tak głodna ;-p
W drugiej porcji żadnych rozrywek już nie było, niestety...;-)
Po wylądowaniu długimi korytarzami dotarłam do hali przylotów słynnego lotniska. Po czym zamiast strasznych panów z prądem do traktowania tym prądem turystów ujrzałam:
- palmy,
- strumienie i rzeki spływające z góry kaskadami po kamieniach i takich tam,
- dżunglę generalnie,
- dziki i obłędny tłum ludzi, który na drugi rzut oka okazał się być zupełnie uporządkowanym tłumem.
Hala, całkiem zastawiona ciągami dla pieszych w stylu tych ze Shreka, zapchana była ludźmi po dziurki w nosie. Przy zejściu ze schodów stały dwie laski z obsługi i z obłędem w oczach usiłowały kierować ludzi w jedyne wolne jeszcze miejsca, coby ten tłum po kolei trafił do stanowisk odprawy paszportowej. Dzięki całemu temu zamieszaniu zwiedziłam mniej więcej połowę hali metr po metrze, posuwając się w nawet dość szybko idącej kolejce ciasnym zygzakiem od schodów do budki z nawet nie bardzo smutnym panem. Po jakichś 40 minutach czekania dotarłam przed oblicze pana. Pan na dzień dobry zapytał, po co przyjechałam. Ale byłam przygotowana!...;) Podsunęłam mu pod nos zaproszenie od Kumaka i stwierdziłam radośnie, że no przecież w odwiedziny do przyjaciół. Pan miał problemy z przeczytaniem nazwiska Kumaka, musiałam to zrobić za niego, powtórzył, oczywiście źle, i tak się przerzucaliśmy tym nazwiskiem, podczas gdy on przerzucał także kartki mojego paszportu i zatrzymał się na wizie amerykańskiej.
- O! - stwierdził. - Wiza!...
No rzeczywiście, też mi coś...;-p Wyjaśniłam, że wybieram się zobaczyć Seattle, bo blisko. Dostałam z powrotem mój paszport i wreszcie mogłam przejść do drugiej części hali, gdzie już od pół godziny powinny na mnie oczekiwać bagaże. Podeszłam do karuzeli z numerkiem 25, na monitorku napisali "Lufthansa", napisali mój numer lotu, znaczy, wszystko się zgadza. Przy karuzeli lekki tłum, na taśmie ogromna ilość bagażu, stoję sobie spokojnie zatem i czekam, aż podjedzie ten mój.
Stoję.
Stoję.
Stoję...
Kiedy szósty raz przejechał obok mnie ten sam, znajomo już wyglądający kuferek, zdenerwowałam się i poszłam do toalety.
Oczywiscie skierowałam się do meskiej.
Zastopowało mnie tuż przed wejściem, zastygłam niczym słup soli, wreszcie oderwałam się od podłogi i wycofałam. Trafiłam do damskiej. Żeby spuścić wodę, musiałam się pochylić nad sedesem. Spłuczki tutaj są integralną częścią bocznej ścianki sedesu. Sedes zamontowany jest nisko. Tia...
Wylazłam z toalety, przy karuzeli numer 25 (nie wiem, czemu tak, skoro i tak jest ich tylko 5 w ogóle) kłębił się już dziki tłum. Na tym lotnisku ląduje co chwila samolot i jest to samolot wielki. Przepchnęłam się przez tłum, mając nadzieję na znalezienie wreszcie moich bagaży. Minęła godzina i 10 minut od lądowania, bagaże powinny dawno już się tu kręcić. Tymczasem nic...
Pomiędzy oczekującymi ludźmi wędrowała pani w mundurku z małym pieskiem. Pomyślałam, że piesek jest na wyposażeniu lotniska i szuka narkotyków, ale wyglądało to dość komicznie, bo piesek był kundelkiem. Kamuflaż?...;)
Spoglądałam co chwila na monitorek, mój lot twardo na nim wisiał, to karnie czekałam. Po chwili oprócz mojego lotu pojawiła się informacja o drugim locie Lufthansy. Potem zaczęłam zastanawiać się, dokąd, u licha, pojechały moje bagaże, czy może są już w Hongkongu albo w innej Brazylii...
Kiedy miałam już przerażenie w oczach, z jamy pod podłogą wyjechało coś zielonego, co wyglądało na mój plecak. Ufff!... Jest!... i walizka też, razem przyjechały :) Pilnując plecaka podręcznego i torebki, poczułam, że mam zdecydowanie za mało rąk, natychmiast zatem poprosiłam jakiegoś młodzieńca stojącego obok, żeby mi pomógł i zdjął to zielone z karuzeli. Tym bardziej że skubany plecak leżał strasznie daleko, te taśmy to mają chyba ponad 2 metry szerokości i miałabym problemy ze zdjęciem go samodzielnie, bo mam za krótkie rączki...;) Koleś się postarał, plecak zdjął, ja chwyciłam walizkę, podziękowałam i spróbowałam cały ten majdan na siebie założyć, nie gubiąc deklaracji celnej i wlokąc się w kierunku wyjścia. Deklaracja została mi wydarta z zaciśniętej pięści i już mogłam wyjść do hali oczekujących. Przeszłam obok tłumu karnie stojącego za barierką, z przeciwka zobaczyłam wycelowany w siebie aparat fotograficzny, lampa błysnęła, zdjęcie się zrobiło. Najpierw rzuciłam bagaże, po czym rzuciłam się w ramiona Kumaka :)))

Kumak i KPL
To takie dwa stworzonka (poznane niegdyś na #zagle), które wyemigrowały do kraju, w którym cenią naukowców. A przynajmniej doceniają ich trochę bardziej, niż w PL. Dawno, dawno temu pojechaliśmy wspólnie na mazurski rejs i jakoś tak nam ta znajomość została, razem z kilkoma do dziś powtarzanymi tekstami (szczególnie o braku wyobraźni i orgazmie...;)))


Kumak z KPL-em nic się nie zmienili ;-p Całą drogę do domu kłócili się, którędy jechać, kłócili się, z której strony jest północ i czy kupić coś do jedzenia, czy nie. Bo na obiad jesteśmy zaproszeni do rodziców Kumaka...
...a potem to już było z górki: prysznic w domu (kamieniczka 2-piętrowa z windą, nieduże mieszkanko prawie z widokiem na góry, gdyby nie jakiś obrzydliwy budynek przed nosem), szerokie ulice, wąskie uliczki, pod górkę i z górki, rzeka, mnóstwo skośnookich... i wycieczka do rodziców Kumaka, którzy mają domek z ogródkiem i własnymi pomidorami i właśnie ten domek malują.
Na obiad było barbecue, czyli swojskie mięsko z rusztu w ogródku pod kanadyjskie piwko. Jak kupowaliśmy piwo, KPL pytał mnie, jakie chcę.
- Nie wiem, przecież nie znam żadnego, jakieś kanadyjskie...
Okazało się, że piwa jest jakiś miliard rodzajów.
- A to może chcesz Żywca?...
No zabić tylko. Po to przeleciałam tyle tysięcy kilometrów, żeby Żywca pić?!?...;-pppp
O godzinie ósmej wieczorem byłam już nieprzytomna. W Polsce była już 5 rano, a ja dopiero zjadłam kolację... Wróciliśmy do domu, zażądałam łóżka, dostałam je, KPL usiadł przy komputerze, Kumak nalała sobie wina, KPL zapytał, czy chcę piwo.
W Polsce była już jakaś 9 rano.
Poczułam, że i tak nie zasnę....
...Dzięki czemu spędziłam cudowną noc i obudziłam się o tutejszej 7.30 z poczuciem, że MUSZĘ JUŻ WSTAĆ, BO JEST STRASZNIE PÓŹNO!....
...i powędrowałam do lodówki :)))

Streets of Vancouver

Z okazji mojego zrywu porannego bardzo starałam się nie robić hałasu, w końcu to, że ja mam inną strefę czasową, nie znaczy, że moi gospodarze muszą cierpieć. Z lodówki jednak skorzystałam bez żadnych oporów :)
Po trzecim śniadaniu i kawie pojechaliśmy do miasta, głównie na zakupy, ale też, żeby mi cokolwiek pokazać.
"Do miasta" oznaczało kierunek na Downtown. Czyli z dzielnicy małych, dwu- czy trzypiętrowych, wielorodzinnych domów ruszyliśmy przez most na zatoce False Creek do tętniącej życiem dzielnicy wieżowców, sklepów, turystów i spieszących się gdzieś ludzi. Z jednego centrum handlowego korytarzem i podziemiami przechodzi się do innego centrum handlowego, a wszystkie centra wyglądają tak samo jak nasze, zatem zagubiona nie czułam się wcale a wcale. Co najwyżej nie wiedziałam, jak wrócić do samochodu, więc na wszelki wypadek starałam się nie gubić ;) Odwiedziłam też toaletę, ależ czemu nie, też bez rewelacji, ogólnie w miarę czysto i standard jakby znajomy. Jedynym minusem są drzwi od kabin, nie wiedzieć czemu czasami otwierane do środka kabiny - i gimnastykuj się potem, człowieku, żeby się zmieścić między muszlą, ścianą i miejscem zamieszkania papieru toaletowego... Ale można przywyknąć, zresztą na promach jest dużo ciaśniej ;)
Po kawie i ciastku przyszła kolej na rzut okiem na najbliższą okolicę, czyli pojechaliśmy na teren UBC - University of British Columbia, miejsca pracy Kumaka, a przy okazji zupełnie ładnego kawałka terenu. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawałku plaży miejskiej, skąd można było podziwiać panoramę miasta. Plątało się tam mnóstwo psów wraz z właścicielami, mnóstwo właścicieli bez psów za to z grillami, mnóstwo ludzi w ogóle i dzieci na dokładkę. My poszliśmy jednak brzegiem spory kawałek dalej, w trochę bardziej dzikie rejony plaży, gdzie na gruby piach ocean powyrzucał wielkie kłody drewna, idealne, żeby sobie na nich usiąść i spędzić romantyczny wieczór albo zrobić nie mniej romantyczne ognisko ;-p Objechaliśmy teren uniwersytetu, zobaczyłam, z którego okienka Kumak może mi pomachać z pracy, zahaczyliśmy o jakieś żarcie w rodzaju hamburgerów i frytek, z którym pojechaliśmy w plener z widokiem na morze. Na morzu odbywał się spław drewna albo inna atrakcja tego typu, albowiem powierzchnia wody pokryta była mniej więcej równymi balami. Samo się chyba tak nie zrobiło... Fryty z hamburgerem podniosły poziom energii w naszych ciałach, zatem poszliśmy na spacer. Zalesioną skarpą, żeby było trudniej. Leśna ścieżka wiodła brzegiem owej skarpy, co kawałek wychodząc na minipolankę z widokiem. Na jednej z takich polanek znaleźliśmy na ziemi wydartą kartkę z rozkładówką z czegoś w rodzaju "Playboya".
- No tak - Kumak skomentowała - bo na dole jest plaża nudystów... I daj się tak sfotografować, to wylądujesz potem na ziemi...
Plaża chyba nie miała zbyt dużego wzięcia w tej chwili, mimo wszystko było dość chłodno, natomiast stanowiska widokowe na skarpie i owszem, nie dość, że po ścieżkach plątali się jacyś żądni wrażeń starsi panowie, to jeszcze na niektórych polankach stali grupkami i wytężali wzrok. Tia...
Kolejnym punktem wycieczki był Iona Beach Regional Park, czyli plaża zachodzącego słońca tuż przy lotnisku, dwie atrakcje w jednym. Najpierw obejrzeliśmy sobie, jak kiczowato zachodzi słońce nad oceanem (zupełnie jak na Santorini, tylko brawa nikt nie bił ;), potem pojechaliśmy pod płot lotniska zabawić się w spoterów. Zabawa idealna, samoloty lądowały co chwila przelatując akurat nad naszymi głowami, na ciemniejącym niebie wynajdywaliśmy kolejne lecące światełka i moglibyśmy tam stać jeszcze długo, gdyby nie to, że zrobiło się chłodno.
- Na rocznicę ślubu wynajmę ci pokój w hotelu na lotnisku - powiedziała Kumak do KPL-a, zafascynowanego samolotami. Zupełnie jak Wilczy - gapił się na samolot i wiedział, co to za typ i o co chodzi w ogóle. To się udziela, zaczęłam na wyścigi robić zdjęcia i kręcić filmy ;)
Na terenie UBC usiłowałam skorzystać z bankomatu. Upewniłam się wcześniej w Polsce, że bez żadnego problemu mogę korzystać z mojej karty w bankomatach za oceanem, w sklepach i generalnie wszędzie będzie ona działać. Zatem zażądałam od bankomatu gotówki.
Bankomat się na mnie wypiął i kazał skontaktować się z bankiem. Stałam wpatrzona w napis jak sroka w gnat. KPL zaczął snuć przypuszczenia:
- A może nie masz kasy na koncie?...
- No co ty, niemożliwe. Mam.
- Może za dużo od niego chciałaś, wpisz mniejszą kwotę...
Wpisałam. Nic nie pomogło.
- No, psyche!... - potępieńczo westchnął KPL. - No to ja nie wiem!...
To JA nie wiem!... Miało działać, tak?!?... No miało czy nie?!? Trzeba spróbować w innym bankomacie, może z tym bankomatem coś jest nie halo. Może musi być bankomat innego banku. A może poszli do lasu...
Wracając do domu, zahaczyliśmy o inny bankomat innego banku. Ten przyjął moją kartę śpiewająco, wypłacił żądaną ilość gotówki, pozwolił zrobić to też drugi raz i dopiero za trzecim się zbuntował.
- A jednak masz jakieś pieniądze na koncie - stwierdził KPL. - Ulżyło ci?
- Pewnie, nawet nie masz pojęcia, jak!... Ależ się zestresowałam...
- No głupio byłoby się znaleźć w obcym kraju bez pieniędzy...

***
Tę noc udało się już przespać w większym wymiarze czasu. Śniadanko zjadłam jeszcze z Kumakiem i KPL-em, kawę wypiłam już sama, dzięki nabytemu dnia poprzedniego planowi ustaliłam sobie trasę na dziś i wywędrowałam w miasto.
Na szczęście moi gospodarze mieszkają niezbyt daleko Downtown, za to na ulicy Trzynastej. Zapamiętałam sobie położenie domu na mapie i poszłam przed siebie, aby mniej więcej we właściwą stronę. Kiedy przebiłam się przez Broadway i między domami miałam widok na Downtown, zrobiło mi się jakoś tak całkiem - ojej!... Ale ładnie ;))) No fakt, jak się patrzy z góry na wyrastający nad wodą las szklanych wieżowców, to może zrobić wrażenie. Ale najpierw powędrowałam na Granville Island.
Granville Island to maleńka wysepka (a może półwysep?... usiłowałam to zbadać dokładnie, ale nadal nie jestem pewna) pomiędzy English Bay a False Creek. Jest tam plac zabaw dla dzieci, uniwersytet dla artystów (oj siedzieli tam artyści...), mały port dla jachtów (a może nawet dwa porty i wcale nie takie małe...), browar, sklepiki dla turystów oraz przystanek tramwaju wodnego - takiej małej, chyba maksymalnie 10-osobowej łódki, która kursuje między różnymi przystankami po False Creek. W tramwaj natychmiast wsiadłam i jak płaciłam za przelot, wypadły mi drobne pieniądze i rozsypały się po wątpliwej czystości podłodze. Żeby je zebrać, musiałam uklęknąć, wypiąć się zadem do innych pasażerów oraz pogrzebać pod siedzeniem, ale udało się ;) Po drodze minęliśmy motorówę o pięknej nazwie Hocus Pocus i jakieś zakotwiczone całkiem niezłe jachty. Za 4 dolary (to dwa razy tyle, ile kosztuje uśmiech barmanki z Vancouver ;) dopłynęłam do Yaletown, skąd polazlam w kierunku Canada Place. Tak plątałam się zygzakiem ulicami, między tymi wszystkimi wieżowcami, Starbucksami, 7-11 i resztą sieciowych "zrobimy wam dobrze za kilka dolarów!". W pewnym momencie usłyszałam za plecami:
- To twoje prawdziwe włosy?
Że co?!?... Nobliwy starszy pan, kompletnie łysy, zachwycał się moją fryzurą gdzies w Yaletown. No fakt, oni tu nie widzą problemu w rozmowie z obcą osobą na ulicy...;) Wiele razy ktoś mnie zaczepiał swojskim: "Hello, how are you?". A kilka dni później, na Vancouver Island, w Tofino, jakaś starsza pani zapragnęła obejrzeć moją koszulkę, na której było napisane - zupełnie niewinnie - "Queen of fucking everything". Pani zaśmiała się, pokazała podniesionego kciuka i chichocząc, poszła dalej...
Włócząc się uliczkami, dotarłam do centrum handlowego. Tym razem przyjrzałam się mu z zewnątrz. To akurat trochę się różni od naszych... Nie ma szyldów, podjazdów, placów przed wejściem, wystaw, własciwie gdyby nie to, że ludzie tam wchodzą, to ciężko byłoby się zorientować, że to centrum handlowe, a nie na przykład mieszalnia farb. Budynek obdrapany, po części w ogóle jest to parking, jakieś sytuacje podejrzane, w tym brudne zejście do metra, które akurat tutaj jedzie pod ziemią (bo normalnie nazywa się SkyTrain i leci sobie torami zbudowanymi w powietrzu ;))).
Cetrum handlowe potrzebne mi było jako jadłodajnia, nie szukałam sklepów (ale torebki damskie mieli fatalne, hehe). Food court był na dole, obeszłam go w kółko i ustabilizowałam się przy naleśnikach z kurczakiem i - uwaga, uwaga - szpinakiem. Nabywszy jednego, usiadłam przy stoliku i bawiąc sie aparatem fotograficznym, skonsumowałam go - był całkiem niezły. Znienawidzonego szpinaku były w nim dwa liście ;)
Potem dotarłam wreszcie na Canada Place, obejrzałam słynne centrum wystawiennicze i konferencyjne z żaglami w ramach dachu oraz przycumowanym promem na chyba miliard osób (zdaje się, że płynął na Alaskę, ale możliwe, że w zupełnie innym kierunku...). Właśnie wchodzili na niego pasażerowie. Pan z obsługi zatrzymywał państwa przy kwiatku w doniczce, robił zdjęcie, dziękował, następni proszę. Każda kajuta z widokiem miała krzesełka na balkoniku, zupełnie jak w hotelu ;)))
Z informacji turystycznej wylazłam cięższa o jakieś ulotki i poszłam sobie do Gastown. To akurat jest stara dzielnica, pełna uroczych sklepików znanych z turystycznych miejsc na przykład w Grecji. Czyli sklep z mydłem i powidłem (dosłownie!) plus gadżety miejscowe, w tym tablice rejestracyjne pojazdów z napisem "Beautiful British Columbia" ;). Za atrakcję służy zegar parowy oraz pomnik Jacka, postaci historycznej, za diabła nie mam pojęcia co robiącej. Następnie skręciłam w bok, coby już wracać, ale nie miałam pojęcia, że z Water Street się nie schodzi. No i trafiłam na skwerek pełen narkomanów i bezdomnych... Przeszłam między nimi, starając się nie patrzeć w bok, udając, że mnie tu wcale nie ma, pragnąc wtopić się w okolicę i mając nadzieję, że nikt mnie nie zaczepi i nie będzie agresywny. Aparat dyndał mi na szyi, zupełnie nie chcąc się wtopić w tło, a ja się martwiłam, że nie dam rady zrobić żadnego zdjęcia...
...odetchnęłam pełną piersią, jak wróciłam do cywilizacji. Downtown jest rozkopane konkretnie, a wszystko przez zbliżającą się olimpiadę w 2010 roku :) Budują kawałki metra i autostrad, kopią doły i wstrzymują ruch. Zabawnie wygląda dźwig w środku miasta, między wysokimi wieżowcami, na wąskiej uliczce. Poza tym wszędzie jest pełno zieleni, stoją donice z kwiatami, rosną krzaczory, trawniki, a drzewa rosną kompletnie oasfaltowane. Generalnie: jest ciasno, pełno, tłoczno i wszędzie coś się dzieje, chaos. Jak to w centrum :) A po ulicach chodzą ludzie z kubkami z kawą... Ponoć jak się kupuje w Starbucksie kawę na wynos do własnego kubka, to się mniej płaci ;) Bo świadomość ekologiczna tutaj wręcz szaleje, segregacja odpadów, oddzielne śmietniki na szkło, plastik, papier (tylko na ulicach tych śmietników jakoś nie widać), ekologiczna żywność w sklepie dwa razy droższa itd.
Nogi zaczęły mi już odpadać, więc czym prędzej skierowałam się w kierunku mostu Granville Bridge. Do domu. Kupiłam wodę w 7-11, bo gorąco było, a zabrana z domu butelka świeciła pustkami. Przede mną babcia kupowała fajki. Palacze nie mają tak łatwo - papierosów nie ma na żadnych wystawach, nie ma szansy sobie wybrać, musisz wiedzieć, czego chcesz, zanim zdecydujesz się na zakup. W dodatku fajki są bardzo drogie. Palić w publicznych miejscach nie wolno, często też w jakiejś odległości od wejść do budynków, restauracji, czegokolwiek. No i nie wolno śmiecić na ulicy - to dotyczy także papierków, skórek od bananów, petów, wszystkiego, tylko ze względu na brak śmietników może to być problematyczne...
Po powrocie wpakowałam się z dziką przyjemnością do wanny, bo w sumie wycieczka miała około 20 km...
A na kolację było japońsko-tajskie żarcie (bo nie wiadomo, czy bardziej japońskie, czy bardziej tajskie) - kluski (jak lane, tylko dłuuuuugie) z mięskiem w sosie. I warzywka. Zaskakująco smaczne:) (o piwie nie wspominam, bo też smaczne :))) Żarcie kupiliśmy w The Noodle Box, takim małym barze na Czwartej Zachodniej. Zapakowane w kartonowe pudełka porcje nie wyglądały zbyt poważnie, ale okazało się, że zupełnie poważnie można się nimi najeść, co z radością uczyniłam. Kumak na koniec oddała mi trochę swojej paciai, bo wzięła coś innego, było mocno ostre, serowe i z orzechami, też smaczne :)

***
- Weź sobie rower - powiedział do mnie KPL przy śniadaniu. - Co się będziesz kręcić autobusami, i tak nie wiadomo, jak jeżdżą...
- No trochę wiadomo, ale może faktycznie - stwierdziłam i pożegnałam ich, bo poszli do pracy. I się zaczęło...
Postanowiłam pojechać do Stanley Parku. Na piechotę rady nie dam, to już zbyt daleko, a ja nie jestem za specjalnie rozchodzona. Chociaż nogi po wczorajszym dniu nie odmawiają współpracy, to jednak dzisiejsza wycieczka ma być dłuższa, więc...
Okazało się jednak, że to wszystko nie jest takie proste. Rowery stały na balkonie, trzeba było - nie niszcząc kwiatków, nie obijając ścian, nie psując nic generalnie, przetransportować taki rower na korytarz. W dodatku ciężko mi było zgromadzić wszystkie potrzebne szpargały (torebka, plan miasta, woda, aparat, drugi aparat...) w jednym miejscu, coby nie przeszkadzać rowerowi. W końcu znalazłam się na ulicy z rowerem i tysiącem rzeczy w garści. Wsiadłam, tłumacząc sobie, że tego się nie zapomina, ale natychmiast rower zrobił zygzak straszny i zsiadlam. Udało się nie spaść ;)
Wróciłam do domu. Przepakowałam się w kieszenie spodni (genialne bojówki!...), mapę wpychając do aparatu. Kask na głowę i idziemy zrobić kolejną próbę...
Tym razem udało się przynajmniej nie spaść z roweru natychmiast po zajęciu miejsca na siodełku. Co prawda zygzaki nadal były rulez, ale udało mi się opanować poruszanie się mniej więcej w kierunku, w którym chciałam się poruszać. Nauczyłam się nawet hamować. Do ulicy główniejszej dojechałam jednak chodnikiem ;-p Tak na wszelki wypadek. Chociaż akurat na tych uliczkach panuje mały ruch, ale jednak czasem coś jeździ... Zanim dojechałam do mostu, było już zupełnie nieźle, zjechałam na ulicę, nauczyłam się korzystać z przerzutek, zatrzymywać przed skrzyżowaniem i jakoś dawałam radę. Ale w Polsce bym się bała... Tutaj rowerzyści są traktowani nie jak zawalidrogi, tylko jak normalni użytkownicy ulic. Nie mam pojęcia, jakie ich obowiązują przepisy, bo plączą się oni i po ulicach, i po chodnikach, ale w każdym razie samochody ich omijają w bezpiecznej odległości. Ustępują pierwszeństwa. Inna sprawa, że wszyscy jeżdzą wolniej niż u nas.
No a poza tym rowerzyści mają na większości ulic własne ścieżki, tak samo we wszystkich tych turystyczno-wypoczynkowych miejscach jest chodnik dla pieszych i jest ścieżka. Co więcej, wszyscy przestrzegają plątania się po właściwych akurat dla nich fragmentach nawierzchni - cykliści z rzadka pchają się na chodnik (tylko jeśli obok nie ma ścieżki, ale wtedy też zwykle jeżdżą ulicą), piesi nie wchodzą na ścieżkę. No jakiś inny świat normalnie!...
Na Burrard Bridge (dziś wybrałam sobie inny most, żeby od razu za nim zjechać na Seawall Walk - ścieżkę - spacerownik lecący nabrzeżem, z widokiem i w ogóle...) zatrzymałam się podziwiać widoki. Niby już się przyzwyczaiłam, że marina na marinie, że mnóstwo masztów, a w tle wieżowce, ale cały czas to jest takie jakieś egzotyczne...:)
Dojechałam do obrzeży Stanley Parku, w jakieś dziwne miejsce, gdzie mnie przystopowało. Prosto nie można, bo jest przeciwny kierunek ruchu dla rowerów. Po skosie w prawo jest ciąg dla pieszych i ulica. W lewo jest ciąg dla pieszych. Znaczy, mój kierunek ruchu się po prostu skończył?... No ale przecież stamtąd wychodzą ludzie, wyjeżdżają na rowerach, to skąd oni się tam biorą?!? Przecież muszą tam wjechać, zeby wyjechać!...
Polazłam w lewo, w stronę oceanu. Trafiłam na jakiś fragment bardziej socjalny, toaleta i sprzedaż słodyczy. Z toalety skorzystałam z rozpędu od razu, no bo skoro już jest... A sikanie tu jest za darmo, nawet w knajpach, jeśli nie jesteś gościem - oni wychodzą ze słusznego założenia, że skoro sikać trzeba, to lepiej, żeby sikanie odbywało się w sposób uporządkowany, niż żeby wszystko śmierdziało niczym u nas Mazury... Nabyłam sobie loda i popatrzyłam na ludzi i mapę. Rowerzyści generalnie z faktu istnienia strefy dla pieszych niewiele sobie robili, tzn. nie jeździli, acz plątali się tłumnie z rowerami u boków. Wyczaiłam parkę, która pojechała w prawo, a mapa powiedziała, że to może być zupełnie niezły pomysł, więc pojechałam za nimi...
Okazało się, że dobrze zrobiłam. Ścieżka wokół Staley Parku jest po prostu jednokierunkowa, a ja dojechałam dokładnie na jej koniec ;-p Tymczasem trafiłam na Lost Lagoon... jezioro w lesie. W jeziorze kaczki, w lesie wiewiórki (czarne!... i popielate), a jako bonus - szop pracz. Wiewiórka zignorowała moją obecność, w odległości metra ode mnie grzebała w ziemi i wykopywała coś, co natychmiast pożerała. Skarby na czarną godzinę? ;-p Kawałek dalej zignorowały mnie kaczki, a potem usłyszałam rżenie konia, co jakaś zasuszona babcia, idąca w przeciwną stronę, skomentowała: "Brzmi jak koń!...". No koń jak koń, też ma prawo szwendać się po parku...;-p Po chwili okazało się, że koń był z jeźdźcem ;)
Wreszcie dojechałam do drugiego końca Stanley Parku (czyli właściwie do jego początku) i mogłam już zacząć jazdę we właściwym kierunku wybrzeżem. Najpierw stały tłumnie jakieś pomniki (np. Harry Jerome zrywający się do biegu, Hallelujah Point), potem kluby dla bogatych ludzi, którym się nudzi i lubią załatwiać interesy przy partyjce tenisa lub w saunie, kolejny piękny widok na wieżowce, tylko z innej perspektywy, wreszcie Totem Poles, czyli pole totemów. No ładne takie, kolorowe, wieeeelkie i mnóstwo ludzi plączących się przed, ustawiających się do zdjęć na tle. Dotykać totemów nie wolno. Ustawione są za taką jakby małą, suchą fosą, przed nimi - płotek. Zdjęcia robić można do upojenia. Raj dla japońskich turystów ;)
Nastepnymi atrakcjami były: latarnia morska, statki wpływające lub wypływające z zatoki, motorówki, jachty żaglowe, samolociki z pływakami (szalenie tu popularne) do lądowania na wodzie, a wszystko to przepływające/przelatujące obok mostu lub tej latarni. A do tego wędkarze...:) Syrenka na kamulcu w wodzie (ponoć to jest Girl in Wetsuit, ale kto ją tam wie, nie chciała się przedstawić...), Empress of Japan - czyli kolorowy japoński smok... I promenada: od strony wody dla pieszych, a od strony lądu, niejednokrotnie przy skałach - dla rowerzystów. Gdzieś już bliżej końca wycieczki dookoła cypla, na skałach w wodzie są poustawiane piramidy z małych kamyków, zupełnie jak na żydowskich grobach.
Dotarłam do miejsca z lodami i toaletami. Już prawie tu pusto, znaczy, dzień się kończy (tak koło 17 ;). Przywiązywanie roweru do stojaka jest czynnością pracochłonną dość, ale da się to zrobić - w końcu!... Bo oczywiście z rowerem do kibelka może być ciężko wejść (pomijam to, że ludzie mogliby się głupio gapić :))) No i czas wracać.
Pojechałam brzegiem morza i - zafascynowana widokiem dziadka, wpatrzonego w ocean i kryjącego puszkę z piwem w papierowej torebce, popijającego z niej ukradkiem (zakaz picia alkoholu publicznie!) - przejechałam zjazd na most. A właściwie wjazd... bo tak dobrze mi się jechało, w dół, bez problemu... Pod górkę wlazłam - ten najbardziej stromy kawałek (swoją drogą porządne te auta tu mają, parkują na takich krzywiznach, że heja hej!... ;-p). Potem już wsiadłam na rower i zmieniając przerzutki (nauczyłam się!... nauczyłam!...), popedałowałam na właściwą stronę zatoki, czyli do domu :)
Za mostem wyrzuciło mnie za bardzo na prawo. Przejeżdżając obok jakichś małych knajpek, uświadomiłam sobie, że ja dziś praktycznie nic nie jadłam, więc może by tak?... Ale najpierw zorientujmy sie na mapie... Okazało się, że w ogóle jadę w złym kierunku, więc przestawiłam się na kierunek dobry i pojechałam. W okolicach Granville Bridge ni stąd, ni z owąd pojawiła się przede mną grecka knajpa. No tego to już przepuścić nie mogłam... :) Zapodałam sobie souvlaki z kurczaka, pani powiedziała - 10 minut, więc wyszłam pilnować roweru. Rower co prawda przywiązałam do drzewa, ale jakoś tak nie bardzo było gdzie czekać w środku. Obejrzałam sobie jeszcze raz porządnie mapę, wiedziałam, jak i którędy mam jechać, i w końcu doczekałam się na żarcie.
Nie wiem, skąd mi przyszedł do głowy pomysł, że to będzie w bułce do ręki. Dostałam regularną torbę z zapakowanym żarciem w pojemniczkach...;-p Była 18:20. Do domu dojechałam zatem czym prędzej, usiłując jakoś tę torbę utrzymać na kierownicy, bo jedzonko stygło ;)))
Najdziwniejsze z tego wszystkiego jest to, że po około 30-km wycieczce na widok siodełka nie odwracam się ze wstrętem i nic mnie jeszcze nie boli (no może trochę nogi po wczorajszej i dzisiejszej wycieczce razem wziętych, ale tak bez przesady...).

***
Ciężko było wstać. Już całkiem się przestawiłam na tutejszy czas, natomiast jak się po nocach grzebie w biblioteczce tubylców i znajduje polską literaturę lekką, to potem takie są skutki. Gospodarze pojechali do pracy, a ja zastanawiałam się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem... W końcu jednak znów wsiadłam na rower i pojechałam obejrzeć drugą połowę Granville Island (poprzednio zobaczyłam tylko wschodnią). Najpierw natknęłam się na sklep nurkowy. Postałam sobie przed nim niezdecydowana, poczytałam wszystkie ogłoszenia na szybach, łącznie z tym, że zapraszają na diving intro, bo to bardzo fajne jest, delfiny, rybki, kolorki i w ogóle szał ciał i uprzęży.
Do jednego z ciasno zaparkowanych na ulicy aut wsiadła jakaś kobieta i zaczęła manewrować, starając się wyjechać. Zwróciłam na nią uwagę, kiedy chyba czwarty raz wrzuciła wsteczny i przejechała tak z 10 cm, uważając, aby w nic nie uderzyć. Auto należało do sklepu, zagapiłam się więc z mało inteligentnym wyrazem twarzy. Pani ruszyła do przodu, znów przejechała z 15 cm, stanęła. Miała tam jeszcze z metr spokojnie, spełniłam zatem dobry uczynek i pokazałam jej, że może, śmiało, najwyżej będzie słychać... Pojechała. Zdecydowałam się wejść do sklepu, co znów zaowocowało przywiązywaniem roweru do czegokolwiek. W całej tej wycieczce rowerowej to jest najgorsze - nie dość, że upierdliwe, to jeszcze taka strata czasu (no i co z tego, że nigdzie mi się nie spieszy?...).
Ceny podobne do polskich, wyposażenie podobnie ubogie, wymarzonego komputerka nurkowego Wilczego nie było, wylazłam zatem i objechałam resztę wyspy, natykając się na spory parking, gdzie zaintrygowała mnie rejestracja z wielkimi literami pod spodem: "Jesus loves you!". Rozejrzałam się... takich dekorowanych napisami rejestracji jest więcej!... Fascynujące :)
Wyjechałam w końcu z Granville Island i pojechałam wybrzeżem na wschód, w stronę Science World, bo podobno ładne.
Póki jechałam sobie przez Charleson Park, było bardzo miło, zielono, fajnie. Ale wkrótce przyjazne tereny się skończyły i nadbrzeżna ścieżka rowerowa, połączona z chodnikiem, gdzie indziej śliczna Seawall Walk, zaczęła biec przez tereny masowej rozbudowy, między siatkami, ogrodzeniami, wśród robotników, wszechobecnego pyłu i resztek kostki brukowej. Na szczęście z daleka było widać Science World... No, faktycznie, robi wrażenie... Wielka szklana kula, błyszczy się jak... no, jak szklana kula ;) Wieczorem jest podświetlona i wygląda jak gigantyczny kaktus (ale widziałam to tylko na zdjęciach, niestety).
Objechałam sobie kulę dookoła, popatrzyłam na nią z różnych perspektyw, skontemplowałam wszechobecne mewy na palach w wodzie i miałam już wracać w stronę domu, zastanawiając się nad kolejnym punktem wycieczki (może Queen Elizabeth Park?), gdy mój wzrok przykuł młodzieniec paradujący bez koszulki promenadą, prezentujący światu kompletnie wytatuowane ciało.
Mnóstwo ludzi nosi tu tatuaże, sporo tatuaży jest ogromnych. Ale też mnóstwo facetów chodzi po mieście bez koszulek, takie mają tu dzikie obyczaje. Dziki kraj normalnie ;)
Zaczęłam wracać, starając się minąć tę gigantyczną budowę nadmorską bokiem. Gdzieś w połowie drogi do domu zadzwonił mój telefon, ale zanim go wygrzebałam z kieszeni, umilkł. Numer nieznany... A, i tak nie miałam zamiaru odbierać. Telefon jednak nie dał za wygraną i zadzwonił drugi raz. Jak uparł się i zadzwonił trzeci raz, zdecydowałam się odebrać - okazało się, że dzwoni KPL poinformować mnie, że Kumak wraca już do domu. Mogę wybrać się z nią na zakupy... Popedałowałam zatem szybciej.
Zdążyłam pierwsza :) Wstawiłyśmy pranie w pralni na dole (wieeeelkie pralki - $1.25, wieeeelkie suszarki - $1, wrzucasz rzeczy, wrzucasz pieniążki i wracasz za godzinę, żeby przełożyć ciuchy z pralki do suszarki), poszłyśmy na sushi (rewelacja, pyszne i w dodatku tanie jak barszcz! a zielona herbata jest w zestawie) i pojechałyśmy rowerami do Mountain Equipment CO-OP - sklepu turystycznego dla klubowiczów. Klubowiczem możesz zostać oczywiście w każdej chwili, ale bez karty klubowej zapomnij o zakupach. Przed sklepem - stojaki na rowery, w środku - jak w każdym sklepie turystycznym, ciuchy, buty, wyposażenie biwakowe, kajaki, śpiwory itd. Kumak mierzyła buty, ja plątałam się po wszystkim, oglądając i chłonąc zaoceaniczną technikę. Wyszłyśmy stamtąd lżejsze o niezłą kasę i cięższe o wielką torbę z zakupami (pudełko po butach Kumak przytomnie zostawiła w sklepie), zastanawiając się, jak my z tym wrócimy do domu?... No jak to jak? Wielka torba może robić za wielki plecak, czyż nie? ;-p
Po schowaniu wysuszonego prania ruszyłyśmy w drogę do KPL-a do pracy, czyli na Simon Fraser University. To jest niezła wycieczka: najpierw wsiadamy w autobus, kupując u kierowcy bilet na dwie strefy (3,75 CAD). Bilet ważny jest 90 minut, będzie nam potrzebny potem na SkyTrain, więc nie można go zgubić. Ściskamy się w zatłoczonym autobusie z innymi ludźmi, zupełnie jak wszędzie, żadnej egzotyki, tylko w ramce pod sufitem reklama socjalna o przesłaniu: nie zachowuj się, jakbyś był sam w autobusie. Za czas jakiś przesiadamy się do metra (czyli SkyTrain), które tutaj jest kolejką naziemną. Usadawiamy się w ostatnim wagonie, z pięknym widokiem na uciekające tory ;) Jedziemy do Burnaby, to kawał drogi, wysiadamy na stacji pośród wzgórz i przed nami jeszcze jeden etap podróży. Trzeba dostać się na szczyt. KPL obiecał, że po nas zjedzie, więc czekamy, idąc powoli w jego stronę. Gdyby nie zjechał, musiałybyśmy wsiąść w kolejny autobus.
KPL jednak zjechał ;) Wwiózł nas na górę, pokazał mi okno swojej pracowni, objechał w kółko teren uniwersytetu i zatrzymał się na placyku, cobym mogła popatrzeć ze wzgórza na Vancouver. Roztacza się stąd przepiękny widok na Inlet - wrzynającą się w głąb lądu zatokę, po której kursują normalne morskie statki. Coś jak fiord (z ręki nie jadł, więc nie wiem, czy to był prawdziwy fiord ;). Po obejrzeniu widoków jedziemy do rodziców Kumaka po lodówkę turystyczną (kawał lodówki...:) i śpiworki, bo na pewno nam się gdzieś przydadzą na naszej planowanej od jutra wycieczce. Pożyczamy też mapy i szybko wracamy do domu, bo trzeba się jeszcze spakować...
...a i tak spać idziemy późną nocą ;-p

Vancouver - Vancouver Island - Sunshine Coast - Whistler - Vancouver loop

Zrywamy się skoro świt i jemy szybkie śniadanie. Musimy zdążyć na prom, zatem nie marudzimy za specjalnie, pakujemy lodówkę jedzonkiem i piciem (najważniejsze rzeczy muszą być!), potem pakujemy samochód. To już nie jest takie całkiem proste, ale jednak ford focus okazuje się być pojemny. KPL odpala GPS-a...
I ruszamy! Na podbój najbliższych okolic British Columbii :)
Korki są, a jakże, głównie jednak w stronę centrum miasta, a my jedziemy na prom, do Tsawwassen. Przejeżdżamy tunelem pod rzeką (proszę, jaka technika, a u nas co? ;-p), docieramy do terminala promowego, kupujemy bilet na trasę okrężną (CirclePac) i wjeżdżamy na terminal. Już jest dość ciasno, ale chyba załapiemy się na najbliższy prom na Vancouver Island. Bo kupno biletu wcale nie determinuje wjazdu na prom - trzeba grzecznie ustawić się w kolejce i mieć nadzieję, że na promie będzie miejsce. Pierwszeństwo, jak zawsze, mają jakieś pojazdy uprzywilejowane.
Jest 9:30, do wjazdu na prom mamy trochę czasu, przydałaby się kawa... Na szczęście ten terminal promowy jest naprawdę spory i porządnie zaopatrzony w sytuacje socjalne, idziemy zatem do budynku ze sklepami. W środku - oczywiście - Starbucks, zatem kawa i ciastko na drugie śniadanie :) Wreszcie wjeżdżamy na prom, który płynie do Swartz Bay półtorej godziny. Mamy więc trochę czasu na zwiedzenie promu i oglądanie widoków, które ponoć są przepiękne. KPL nie rozstaje się z GPS-em, śmieję się z niego, że przecież na morzu nie ma dróg, że to mapy lądowe są, ale to mu kompletnie nie przeszkadza. Staje przy burcie i sprawdza, czy aby na pewno prom dobrze płynie...;)
Szwendamy się po pokładach, niestety, w najfajniejsze miejsca wejść się nie da, są tylko dla załogi. Przepływamy między wysepkami, czasem niesamowicie blisko, podziwiamy inne jednostki pływające (szczególnie jachty pod żaglami), przyglądamy się domkom stojącym na romantycznych zboczach wysepek, wśród rozszalałej przyrody BC.
- Mógłbym tu mieszkać - mówi KPL, pokazując jeden z takich domków. - Gdyby tylko był internet...
Powtarza to potem jeszcze wielokrotnie, w co piękniejszych zakątkach British Columbii.
W Swartz Bay zjeżdżamy z promu i jedziemy do Victorii - stolicy British Columbii, największego miasta na wyspie. To raptem około 30 km, można jechać highwayem albo zwykłą drogą. Miejscowe highways wyglądają jak nasze drogi szybkiego ruchu, tylko tutaj ruch jest jednak wolniejszy. Kierowcy przestrzegają przepisów (w większości przypadków ;), drogi czasami biegną przez miasteczka, tam się zwalnia. Ale u nas nie ma takich widoków, kiedy jedzie się krętą, pagórkowatą drogą wśród wzgórz zarośniętych zieleniną... ;)
Wjeżdżamy do Victorii. Widać wyraźnie wpływy brytyjskie w architekturze. Kamienice w stylu kolonialnym przypominają Europę. Miasto założyła Hudson's Bay Company w 1843 roku, a dzisiejsi Kanadyjczycy traktują je jako świetne miejsce na spędzenie jesieni życia.
Kręcimy się po centrum w poszukiwaniu parkingu, wreszcie znajdujemy coś w rodzaju podwórka między kamienicami, parking płatny, a jakże, parkometr stoi i czeka. Zostawiamy auto i idziemy w miasto :)
Pierwszy wniosek: coś byśmy zjedli, zatem uskuteczniamy spacer pod kątem jadłodajni. Znajdujemy coś ze stolikami na zewnątrz na Yates St., wywieszone menu wygląda dość zachęcająco, siadamy i... okazuje się to kulinarną porażką wyjazdu. Ja to mam żołądek jak dół na kompost, wrzucam w niego wszystko, co popadnie, ale Kumak nie zjada swojej ryby. Kelnerka nawet nie pyta, czemu, zabiera talerze bez słowa. Przy okazji daję popis swojego PMS-a w apogeum jego możliwości. Wszystko razem kończy się niewpisaniem napiwku na rachunku i adnotacją, że kucharz powinien zmienić olej. Zostawiamy rachunek i uciekamy :)
Zwyczaj napiwków istnieje chyba wszędzie, gdzie istnieją knajpy. W Kanadzie jednak napiwek jest traktowany raczej obowiązkowo, a nie jako nagroda za dobrze wykonaną pracę czy smaczne jedzenie. W dodatku napiwek stanowi tutaj minium 15% kwoty na rachunku. Tak sobie myślę, że w Polsce z torbami bym poszła przy takich zwyczajach... ale inna sprawa, że jedzenie jest tam dość tanie - na szczęście :)
Idziemy brzegiem zatoki w stronę centrum. Akurat trafiamy na przedstawienie: podnosi się most zwodzony, żeby wpuścić do portu prom ze Stanów :) Do USA jest stąd bliżej niż do Vancouver, promy śmigają jak tramwaje, komórki łapią sieci z USA...
Przechodzimy obok wypożyczalni aut, akurat jakiś młody człowiek wyjechał autem, które powinno się znaleźć w Muzeum Motoryzacji :) Podziwiamy porządnie zarośnięty Empress Hotel - jeden z łaniejszych budynków w mieście, ratusz i wielki totem przed nim. Decydujemy się na obejrzenie zawartości Pacific Undersea Gardens. Kusi nas to, co pod wodą... Więc wchodzimy :) Pan informuje nas, że za czas niedługi będzie pokaz specjalny - nurek będzie się plątał między tymi wszystkimi podwodnymi zwierzątkami i pokazywał je nam, turystom. Warto obejrzeć. No dobrze...
Takie... morskie zoo :) Schodzimy pod poziom morza, cały Gardens zlokalizowany jest na łódce, zastanawiam się, jak zrobili, że im te morskie stworzenia nie uciekają, otoczyli je w morzu siatkami, czy co?... Głazy, rybki, wodorosty, rozgwiazdy, ośmiornice... Trochę tu ciemno, ale wzrok się przyzwyczaja, tylko aparat ma problemy ze złapaniem ostrości. Wchodzimy do pomieszczenia pokazowego - to tutaj nurek będzie się pastwił nad potworami podwodnymi ku uciesze gawiedzi. Czekając na pokaz, snujemy się przy szybie i nagle... ośmiornica zaczyna się przemieszczać przez całą szerokość wielkiej szyby. Wygląda to dość niesamowicie, te wszystkie przyssawki, macki, plątanina ruszającego się cielska, powoli, acz skutecznie przesuwająca się tuż za szybą. Błyskają flesze, ludzie idą w ślad za ośmiornicą, która dociera do ściany, zamiera na chwilę, po czym... wraca. No tak...;)
W końcu pojawia się nurek, wygrzebuje jakieś jedno zakopane zwierzątko i pokazuje je zebranym niczym konia na targu. "Oto jest rozgwiazda, czerwona, duża, dorodna, kosztuje sto dolarów, kto da więcej?" :))) Nurka wspomaga pani stojąca przy wyłącznikach światła, opowiadająca o tym, co on pokazuje, a także o morzu i jego żyjątkach. Coby się nie zmęczyć, pani puszcza co trudniejsze fragmenty z taśmy ;-p Nurek gdzieś ginie, szuka, nie może znaleźć... w końcu przypłynął do nas z ową ośmiornicą, która nam wcześniej taki popis dała. Są też kraby, a także kraby na krabach (dzieci, zamknijcie oczy!...), a nawet murena. KPL-owski telefon dzwoni...
- Dzwonił Glenn... - powiedział KPL do Kumaka po powrocie z budki telefonicznej (wyszedł znaczy do innego pomieszczenia, żeby tu nie przeszkadzać w pokazie).
- Ze Stanów? - zainteresowała się Kumak.
- Nie, nie wyjechał. Jest w Victorii i pyta, co robimy.
- Oglądamy rybki...
- Powiedziałem mu, że oddzwonię, jak stąd wyjdziemy.
Znaleźliśmy budkę telefoniczną i zaczął się proces oddzwaniania. Budki są popularne, bo komórki mają swoje strefy i o ile w tej samej strefie nie płaci się za rozmowę nic lub płaci się grosze, o tyle z innej strefy rozmowa może już sporo kosztować. Z budki dzwoni się za quartera, czyli ćwierćdolarówkę. I gada się, ile się chce :) KPL zatem oddzwania i umawia się z Glennem w Beacon Hill Park.
Glenn pracuje na Victoria University i jest kolegą po fachu KPL-a. Z racji współpracy uniwersytetów spotykają się czasem i tak im się jakoś zakumplowało - na dość podstawowym poziomie, ale zawsze. Glenn przyjeżdża na motorze, ubrany w strój motocyklowy, który zresztą zaraz z siebie zrzuca, i zabiera nas na spacer brzegiem oceanu. Właściwie tutaj są same brzegi oceanu do spacerowania... Prawie natychmiast z KPL-em pogrążają się w rozmowie na tematy bliżej mi nieznane, a my z Kumakiem idziemy sobie za nimi, robiąc zdjęcia. Wracamy jakimś łukiem, przez park, kończąc przy totemie, którego wysokość twardo usiłujemy przeliczyć ze stóp na metry. Zgodnie dochodzimy do wniosku, że te stopy to jakiś wymysł szatana, tylko Glenn się wyłamuje:
- Ja się przez całe życie uczyłem w stopach!... Teraz muszę się przestawić na metry. Myślicie, że to łatwe?
- Cały świat liczy w metrach, Kanada już też przeszła na system metryczny, tylko jeszcze Stany się wygłupiają... z milami też... i weź tu, człowieku, jedź samochodem, kiedy trzeba wszystko przeliczać na bieżąco!... - mówi Kumak.
Wracamy na parking, Glenn zakłada swój strój motocyklisty, KPL zaprasza go na kolację do ojca Kumaka, u którego mamy dziś nocować. Kolacja oczywiście nie w domu, tylko w restauracji nieopodal, więc zaproszenie nie za bardzo nadwyręża gościnność ojca. Dogadujemy się co do adresu, wsiadamy i rozjeżdżamy - Glenn chce jeszcze wpaść do swojej girlfriend, my kierujemy się prosto do Saanish, gdzie ojciec Kumaka razem ze współpracownikiem mają mieszkanie wynajęte na czas pracy w Victorii.
KPL twardo gmera w GPS-ie, żeby się nie zgubić, w związku z czym gubimy się natychmiast. Ale nic to, GPS przetwarza podane dane, oczywiście błędnie podane, w końcu - po telefonie do gospodarza - udaje nam się namówić GPS do współpracy i trafiamy pod właściwy dom. Rozpakowujemy się, okazuje się, że nie zabraliśmy prowiantu dla ojca. Został w lodówce w domu, trudno, nasza podróżna lodówka i tak jest pełna. Chwilę później podjeżdża Glenn i udajemy się "tu zaraz obok, dosłownie 300 metrów, na dole" - czyli leziemy i leziemy, a końca wycieczki nie widać.
- Trochę przeraża mnie myśl powrotu pod tę skromną górkę po sutej i mokrej kolacji... - mamroczę pod nosem.
- No właśnie, miało być blisko, a idziemy i idziemy - wtóruje mi Kumak. - Tato!... Gdzie ta knajpa?!... - woła do idącego na przedzie ojca.
- No tu zaraz, na dole...
- Miało być trzysta metrów?...
- W linii prostej to jest... - odpowiada ojciec i prowadzi nas trasą ewidentnie z Warszawy do Krakowa przez Szczecin.
Kiedy docieramy do knajpy, okazuje się ona zamknięta, co zupełnie nie zbija z tropu naszych gospodarzy i prowadzą nas do drugiej knajpy, rzut beretem z antenką, po drugiej stronie ulicy.
Knajpa jest wypasiona. Drewniana chata, wielkie stoły, mieścimy się w 6 osób zupełnie bez problemu, a każde z nas zajmuje sporą przestrzeń. Wybieramy dania, już wściekle głodni, w międzyczasie dociera piwko (jakieś ale, jakieś pszeniczne...), dyskusja toczy się głównie po angielsku ze względu na Glenna, wreszcie pojawia się jedzenie i jesteśmy absolutnie zachwyceni. Na chwilę milkniemy, bo jednak instrynkt przeżycia jest silniejszy od nas, ale zaraz po zdjedzeniu zamawiamy kolejne piwko i impreza trwa. Przy następnym piwie mitygujemy się, oni tu chyba mają czynne do 22? Bo jakoś tak dochodzi 23, w knajpie poza nami pusto, nikt do nas jednak nie podchodzi i nie wygania. Polacy przyszli się napić...;p
Kelnerka potwierdza, faktycznie, już po zamknięciu, zatem zamawiamy rachunek, zostawiamy napiwek (chyba coś ponad przepisowe tutaj 15%, byli bardzo mili i było bardzo smacznie) i wybieramy się na wycieczkę do domu. Tym razem wracamy trasą "300 metrów w linii prostej", może całkiem prosta to ta linia nie jest (nie tylko ze względu na zawartość alkoholu we krwi ;-p), ale faktycznie jest sporo bliżej, za to bardziej pod górkę i po jakichś chaszczach. W chaszczach mogą czaić się sarenki, jelonki, kuguarki i niedźwiadki, jednak chyba dziś sobie stąd poszły w diabły.
W domu lokujemy się na tarasie, robimy przyjęcie, otwieramy kolejne piwa, dyskusje na różne tematry wrą, ale jak Kumak z Glennem zaczynają rozmawiać o pracy (i jedno piwo później), odpadam, idę się umyć i spać. Zasypiam natychmiast w pokoiku przejściowym, właściwie to w przejściowej kuchni, ciężko to nazwać pokoikiem ;) Hałasy kompletnie mi nie przeszkadzają...

Victoria - Ucluelet
Obudziło mnie krzątanie. No tak, gospodarze jadą do pracy, na nas też czas, przed nami długa droga - 300 km. Szybkie śniadanie - jajecznica.
- Tu niedaleko jest fajna góra - mówi ojciec Kumaka. - Jest stamtąd piękny widok na okolicę, warto podjechać, to rzut beretem stąd - tłumaczy, jak dojechać. Krzysiek się cieszy, bo znów będzie mógł posłużyć się GPS-em, Kumak patrzy na niego złośliwie.
- Przez tego GPS-a to my się tylko gubimy! Przestań się tym bawić!...
Jedziemy. Oczywiście się gubimy i nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy, ale nie szkodzi, jedziemy na czuja. Czuj okazuje się być wielce trafny, bo dojeżdżamy we właściwe miejsce - Mt Douglas Park. Serpentynką wjeżdżamy na szczyt, na parking. Dalej trzeba się już wdrapać na piechotkę...;)
Widok rzeczywiście jest piękny. Widać USA (wczoraj, na wycieczce z Glennem, też je oglądaliśmy ;), na zachód jest Kanada, a my zaraz pojedziemy na północ, w jedynym kierunku, w którym nie ma tak blisko wody. Ocean jest bladoniebieski, jak niebo. Na środku platformy widokowej stoi betonowy słup z tablicą kierunkową i odległościami do różnych co ciekawszych miejsc w każdym kierunku.
Powoli schodzimy.
- Chodźcie, zrobię wam zdjęcie - mówię do Kumaka i KPL-a.
- Nam? Ale jak to? - słyszę zdziwienie.
- Ale po co?...
- No... takie, żebyście mieli razem. Wspólne. No wiecie. Przytulcie się...
- Zwariowałaś?!?... - pytają mnie oboje z autentycznym zatroskaniem. W końcu, po długich perswazjach, stają obok siebie przy skałkach. Na odległość wyciągniętych grabi...;)
Czas na nas. GPS (albo Kumak z mapą, do wyboru) wyprowadza nas na Highway 1, czyli Trans-Canada Highway. Dojedziemy nią tylko do Nanaimo, chociaż leci sobie zachęcająco przez całą Kanadę, od Victorii aż do St John's na wschodnim wybrzeżu, zaliczając po drodze nawet promy. Ma długość 7,821 km... ;) Jej logiem jest listek klonu na zielonym tle. Zjeżdżamy z niej na Inland Island Hwy (#19) i dalej na Pacific Rim Hwy (#4), która doprowadza nas już niemal do celu.
Biorąc pod uwagę to, że długa i kręta droga przed nami, zajęłam się robieniem zdjęć i filmowaniem trasy, bo przecież nigdy nie wiadomo, co się trafi ciekawego.
Zatrzymaliśmy się na jakimś view, czyli parkingu z widokiem na ocean. Następny przystanek - to Duncan, City of Totems, miasto, w którym co i rusz stoi sobie jakiś totem, a czasami nawet stoją tłumnie. Typowy chwyt reklamowy, bo totemów jest pełno wszędzie, ale nie wszystkie są tak rozreklamowane...:) Fakt, że wygląda to ładnie, totemy są zadbane i kolorowe, jest na co popatrzeć. Zatrzymujemy się przy kilku, szybka sesja zdjęciowa, jedziemy dalej. Przed Nanaimo przysnęłam, zatem moment opuszczania Trans-Canada Hwy mnie ominął, trudno. Obudziłam się przed kolejnym przystankiem - Cathedral Grove w MacMillan Provincial Park. To taki bardzo, bardzo stary las, któremu nikt nie przeszkadza rosnąć, a który za to bez ostrzeżenia może się zawalić na oglądających. Stąd tablice ostrzegawcze przed wejściem na teren...;) Las jak las, faktycznie stary, drzewka trochę duże, zarośnięte to wszystko z każdej strony na zielono i chaszczowo, ale zafascynowało mnie jedno: toalety. Wszechobecne toalety w doskonałym stanie, pomimo istnienia w środku lasu, w postaci drewnianej chatki... W środku co prawda nie było umywalki z bieżącą wodą (sedes był!), ale za to na ścianie wisiał pojemnik z substancją odkażającą i czyszczącą do rąk. Proszę bardzo!...;)
Zgłodnieliśmy, zatem zatrzymaliśmy się w odpowiedniku Pizzy Hut - Boston Pizza (oni tu twierdzą, że tańsza i lepsza ;). KPL nie rozstawał się z GPS-em nawet podczas krojenia pizzy...;) Po zajęciu stolika dostarczono nam obowiązkową tu zimną wodę i dopiero przyjęto zamówienie. Wodę podają zawsze prawie wszędzie, tylko w japońskich barach sushi serwują zamiast niej zieloną herbatkę...:)
Droga na zachód wyspy wiła się i kręciła wzdłuż strumyków, między górskimi jeziorkami, między szczytami, widoków nam dostarczając zabójczych. Mijaliśmy zbocza porośnięte drzewami, które wyłysiały - choroba jakaś czy co?... W końcu dotarliśmy do rozwidlenia nad brzegiem oceanu i skręciliśmy w lewo, do Ucluelet. W prawo, obejrzeć Long Beach i słynne Tofino (jak nasza... Jastarnia?...;), pojedziemy jutro.
Ucluelet powitało nas słońcem i... jelonkami buszującymi w trawie nieopodal domków, w których mieliśmy mieszkać. Tutaj mówi się na takie domki letniskowe "cabiny", co brzmi lekko podejrzane, acz są one superwyposażone, każdy ma kuchnię z garnkami, talerzami i sztućcami, kuchenką, lodówką oraz zmywarką, w każdym domku jest salon z telewizorem, pięterko z dwoma sypialniami, ogrzewanie, łazienka z wiatraczkiem i taras. Cena za domek jest podana dla dwóch osób za dobę (chociaż spać może siedem) - my płaciliśmy około 120$, za każdą kolejną osobę doliczają sobie bodajże 20 dolarów. Generalnie - taniocha ;)
KPL porzucił GPS-a na rzecz telewizora i odkrył live channel na latarnię morską w niedalekiej okolicy. No to co? Jedziemy ją obejrzeć!...
Tak trafiliśmy na cypel, na Wild Pacific Trail, którą obiecaliśmy sobie solennie zrobić jutro. Tymczasem usiłowaliśmy wyśledzić, gdzie wisi ta kamera, co to możemy sobie z niej podglądać latarnię, ale prócz domysłów nie uzyskaliśmy nic. Obejrzeliśmy zatem latarnię na żywo, zachód słońca - kolejny kicz z oceanem w tle i pojechaliśmy do monopolowego...;)
Alkohol można kupić wyłącznie w sklepach sprzedających alkohol. W żadnych tam supermarketach, spożywczakach, budkach z... no tak, tutaj nie ma budek z piwem ;) Procenty kupuje się w Liquor Stores. Mają zwykle całkiem spory wybór piwa, ale nie gardzą mocniejszym alkoholem. W każdym takim Liquor Store czułam się jak w czeskim sklepie przygranicznym dla Polaków...;)
Nabyliśmy piwko na wieczór i wróciliśmy do naszej kabiny na kolację. Trzeba było w końcu napocząć wiezione w lodówce, zajmującej pół bagażnika, zapasy...;)

Ucluelet, Tofino i okolice
Po śniadanku ruszyliśmy na cypel z latarnią morską, na Wild Pacific Trail. Bardzo łagodna wycieczka w kółko wybrzeżem i kawałkiem lasu, częściowo po drewnianych kładkach ze schodkami, częściowo ścieżką. Przyroda zaszalała - mgła była potężna, latarnia prócz sygnałów błyskowych nadawała dźwiękowe, z mgły wyłaniały się fragmenty wysepek. Co tablica informacyjna, to rysunki mnóstwa statków, które na tutejszych skałach zakończyły swój żywot, często razem z załogą. Raj dla nurka, pod warunkiem że ktoś zdobyłby się na nurkowanie w tych zdradliwych wodach...
- Tu generalnie jest zakaz pływania - mówi Kumak. - Właśnie dlatego, że są silne prądy i bardzo skaliste wybrzeże.
Nic dziwnego, szczególnie biorąc pod uwagę liczbę wraków...
Widoki - acz zamglone - były przepiękne. Mgła i sygnały wydawane przez latarnię morską działały na wyobraźnię. Co widzieli ludzie na żaglowcach, dopływając do niegościnnych wybrzeży Victoria Island? O czym myśleli? Dlaczego tu dopłynęli? Kim byli? Czemu pchali się tu ci, którzy wiedzieli już, że te wody są zdradliwe?
Spacerowaliśmy ścieżką, co jakiś czas robiąc postoje na fotografowanie i filmowanie. Wreszcie wyszliśmy na nasz parking, a tam znów - jelonek :) Szkoda, że nie chciał jeść z ręki, ale uwieczniony został.
Teraz czas na Tofino, miasteczko turystyczne. I polecona przez Glenna knajpa :) Znaleźliśmy ją niemal od razu, okazało się, że to taki bardziej bar z jakimiś dziwnymi potrawami ekologicznymi. Jedzenie było średnio smaczne i średnio sycące, podawane z obowiązkową wodą, ale najedliśmy się i poszliśmy na spacer, dla odmiany - na wybrzeże :)
Akurat samolocik z pływakami, zacumowany do kei, wymieniał pasażerów. Można było popatrzeć, jak startuje. W ogóle ruch na tej wodzie niczym na Marszałkowskiej w samo południe, tu jakiś duży statek, tu kajaki, tu motorówka, tu samolocik, a między tym wszystkim jakiś wędkarz...;) Poszliśmy na spacer po miasteczku, przelecieliśmy te obowiązkowe atrakcje turystyczne, zajrzeliśmy do galerii autorskiej Roya Vickersa. Gość robi grafiki nawiązujące do twórczości indiańskiej, opierające się głównie na formach geometrycznych i żywych kolorach. Jak każda sztuka etniczna robi wrażenie na laikach, ale mieszkać wśród tego bym nie chciała ;) Natomiast nie miałam kompletnie oporów przed nabyciem kartki pocztowej dla Wilczego, na której potem nasmarowaliśmy wspólnie (głównie ręką Kumaka) tradycyjnego maila długopisem :)
W ramach kolorytu lokalnego przed wjazdem na jedno podwórko ujrzeliśmy wielką drewnianą tablicę z napisem: "Strzeż się sflaczałych opon, jeśli zablokujesz tę drogę" ;) Obok były podobne napisy dotyczące głodnych psów strzegących strefy prywatnej.
W drodze powrotnej do Ucluelet postanowiliśmy zwiedzić bardzo tajne niegdyś miejsce, czyli Canada Remembers, miejsce pamięci. Podczas II wojny światowej były tu urządzenia radarowe, teraz zostały bunkry i powojskowe wzgórze (Radar Hill) z pięknym widokiem. Widok był - jak większość tutaj - oszałamiający. Co jak co, ale widoki to Kanada potrafi serwować ot tak sobie :) W dodatku wszystko tu jest wielkie, potężne, może dla krótkowidzów?... I na wyciągnięcie ręki. A kolory są nasycone, szalejąca feeria barw atakuje...
Oczywiście zaraz trafiłam też na faunę w postaci wielkiej wiewiórki, niezbyt przejętej moją obecnością, w swojej pospiesznej drodze skądś dokądś niemal podeptała mi buty...
Następny przystanek to Pacific Rim National Park Reserve. Żeby wjechać na teren, trzeba kupić bilecik w automacie, za to bilecik ważny jest na wszystkich parkingach tego parku. Nie istnieją szlabany, budki z panami parkingowymi, możesz wjechać bez biletu, ale wierz mi - jeśli trafi się kontrola, to będzie to kompletnie nieopłacalne...;) System jest tak skonstruowany, że wszyscy karnie kupują bilety, bo kwestia 3$ jest niczym w porównaniu z karą za wjazd bez biletu.
Obejrzeliśmy sobie zatem kawałek oceanu niczym już nieosłoniętego. Żadnych wysp, które wyhamowują fale. To, co się tam rozbuja, wpada wprosto na plaże Vancouver Island. Dłuuuuuugi odcinek plaży, daleko odsunięte morze, odpływ czy co?...;) I powoli zniżające się słońce. Jeszcze jacyś surferzy na - również długich - falach. Spacerowicze. Wyrzucone muszle. Ludzie odpoczywający na wyrzuconych przez ocean balach drewna... Landszaft, aż oczy bolą :)
- A ktoś mi opowiadał, że w czeskiej Pradze, na ścianie toalety na dworcu, czy może w metrze, był napis: "Tu srałem, Heniek" - mówi KPL.
Kumak bierze patyk i smaruje coś na piasku.
- Co tam bazgrzesz?
- No jak to co?... "Tu srałam, Asia"!... ;)
Zmieniamy fragment eksplorowanej plaży. Tym razem trafiamy na mnóstwo ostrzeżeń: "CAUTION! Bear in Area." Nie stresujemy się jednak jakoś strasznie i mimo wszystko pchamy na wybrzeże przez krzaczory.
- To wszystko przez tych ludzi - mówi Kumak. - Przyjeżdżają tu, żrą, zostawiają odpadki, a potem się dziwią, że niedźwiedzie przychodzą. Nic dziwnego, skoro czują jedzenie.
Wreszcie wracamy do domku, oczywiście przez sklep, a po kolacji idziemy na spacer po najbliższej okolicy. Warto wiedzieć, gdzie się mieszka... Teren absolutnie i całkowicie pokryty domkami dla turystów. Wszędzie cabiny albo motele. Nasz ośrodek jest akurat zupełnie ładnie położony, blisko szosy, z domku mamy prawie widok na jezioro - zatoczkę, nad które usiłujemy zejść, ale chaszcze nas powstrzymują.
Robimy sobie jeszcze kanapki na jutro (kawał drogi mamy do przejechania) i idziemy spać.

Ucluelet - Powell River
Skoro świt (czyli po spokojnym śniadanku) pakujemy auto i ruszamy w drogę. Zanim wyjechaliśmy z Ucluelet, przypomniałam sobie, że zostawiliśmy wodę w domku. Woda to ważna rzecz, wracamy... I jedziemy do Comox, żeby wsiąść na prom do Powell River. Jeszcze nie wiemy, gdzie będziemy dziś nocować, ale będziemy się starać już na stałym lądzie.
Na trasie jest pełno motorów, zlot jakiś mają czy co? Jak się mijają, to wystawiają ręce w ramach pozdrowienia, jakby chcieli się chwycić. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, nieopodal jest Starbucks Coffee Drive Thru, padam ze zdumienia. Krótki postój w Qualicum Beach i dojeżdżamy do Comox. Terminal promowy jest sporo mniejszy niż ten w Tsawwassen, stajemy w trzecim rządku, luz, zmieścimy się. Siadamy w rest area i jemy kanapki, przydały się jak nic. Oglądamy tablicę informacyjną - co warto zobaczyć na Sunshine Coast? Akurat informacja turystyczna jest w tym kraju rozwinięta nad podziw. Wszędzie ogólnodostępne informacje, mapki, na promach masa makulatury z reklamówkami hoteli, restauracji, atrakcji, to samo często w parkach krajobrazowych... Bądź turystą! Wydawaj pieniądze!...
Prom odpływa za czas jakiś, zatem idziemy na spacer plażą. Znów zatrzymuje mnie zdziwienie: na plaży pełno wyrzuconych przez morze meduz!... To absolutnie obrzydliwe, takie przezroczyste, utytłane w piachu, czerwone galaretki. Zostały podczas odpływu. W przeciwieństwie do jakiegoś chłopca boję się tego dotknąć nawet patykiem, omijam szerokim łukiem i wyszukuję muszle. Nieopodal polują mewy.
Wracamy do auta porzuconego w kolejce do promu. Ludzie w oczekiwaniu umilają sobie czas: powyciągali krzesełka i siedzą sobie obok samochodów. Dwa pasy dalej na stołeczku siedzi facet w pomarańczowej koszulce i gra na gitarze. I śpiewa...;) Ma już grupkę słuchaczy. Kończy, kiedy ogłaszają wjazd na prom.
Na promie jak zwykle - zwiedzamy toalety, znajdujemy stojak z darmową informacją turystyczną i mapkami, przy którym spędzamy czas jakiś, wybierając makulaturę do wzięcia, zwiedzamy pokłady, robimy zdjęcia i rozglądamy się po bezkresnych przestworach oceanu, cokolwiek ograniczonych lądem na horyzoncie :)
No to jesteśmy na Sunshine Coast. Paląca kwestia noclegu zaistniała zaraz po zjechaniu z promu.
- Tu zaraz jest marina. Mój szef mówił, że tam fajny hotel jest - stwierdził KPL, rozglądając się zza kierownicy.
- Pod warunkiem, że do niej trafimy... - odpowiedziała sceptycznie Kumak.
Jednak do mariny trafiliśmy, wzięliśmy pokoj z dwoma duuuużyyyyymi łóżkami (rozmiar: king ;), widok na ocean - gratis :) Po rozładowaniu się w pokoju powędrowaliśmy zwiedzić niewielką marinę. Znaleźliśmy tam... jacht pod polską banderą!... Wyglądał, jakby był przygotowany do zimowania, nawet kabestany miał już przykryte kapturkami. Na końcu kei stała sobie megazardzewiała i zdemolowana stacja benzynowa, ciekawe czemu nieczynna...:) Obejrzeliśmy sobie przyłącza do wody i prądu (tak zupełnie na wszelki wypadek, bo nie podejrzewam, żebym w najbliższej przyszłości miała żeglować po tych akwenach...) i cennik wywieszony na hotelu. Wynika z niego, że postój stopy długości jachtu w marinie kosztuje 95 centów, prąd 30 amperów - 7$ za noc, 15 amperów - 4$ za noc. Wyrzucenie śmieci - 2$ za worek. Natomiast stację benzynową mają zamiar otworzyć późną wiosną 2009 - no ciekawa jestem, chyba zrobią wcześniej remont?...
Burczące żołądki kierują nasze kroki do hotelowej restauracji - oczywiscie - z widokiem. Zamawiamy porządną kolację, jest pyszna i duża, kelnerka miła, ogólnie jesteśmy zadowoleni. Po jedzonku wsiadamy w auto i jedziemy do Campbell River na wycieczkę z zachodem słońca. Oczywiście orgia kiczu, co nie przeszkadza nam trzaskać zdjęć i się zachwycać (jak co wieczór). Wizyta w sklepie i powrót do domku, do własnego widoku. Idziemy jeszcze na krótki spacer wybrzeżem, podjeżdża do nas jakiś pan strażnik. Nie ma złych zamiarów, po prostu patroluje, życzy nam dobrej nocy i szczerzy się do naszego piwa, które beztrosko trzymamy w rękach. To nie jest teren publiczny, więc chyba to piwo nie jest zabronione...

Powell River - Gibsons
Śniadanie w tej samej restauracji dobrze nas nastraja na cały dzień. Jeśli chcemy jutro pojechać do Whistler, dziś musimy dojechać jak najbliżej Sea To Sky Hwy, czyli drogi z Horeshoe Bay do Whistler. Wskakujemy do auta i jedziemy do Saltery Bay na prom. Ustawiamy się karnie w kolejce.
- Słuchajcie... coś mi się tu nie zgadza - mówię, patrząc na zastawiony wjazd na prom, a sam prom stojący obok, przy zupełnie innym wjeździe. - Prom stoi tam obok, jakby przy tej drugiej przystani, a tutaj stoją sobie jakieś dźwigi i inne ustrojstwa... to jak my na ten prom wjedziemy?...
- Będziemy pewnie jechać w kółko - mówi Kumak, patrząc na przystań. - Najpierw w lewo tuż przed wjazdem na prom, a potem skręcimy w prawo... Dziwne to wszystko.
-To po co my tu stoimy? Trzeba było wjechać sobie od razu tam, bez tej kolejki - śmieje się KPL. - Założę się, że będą tacy cwaniacy...
W oczekiwaniu na prom wybieramy się jak zwykle na spacer, docieramy do wielkich połaci jeżyn, Kumak się przysysa, ja po chwili wahania też, są słodkie i soczyste, nachapały się słońca, pyyyycha. Obok dwie babcie zbierają jeżyny do pudełeczka, będą żarły na promie, co bliżej i niżej już zebrały, teraz trzeba się przeciskać przez chaszcze do tych dojrzałych.
Na prom faktycznie wjeżdżamy zygzakiem. Ten rejs nie jest długi, ale wystarczający, żeby obejrzeć sobie porządnie auto z czterema flagami na przednim zderzaku (brytyjska, polska, szkocka i amerykańska), widoczki i dystrybutorek mapek. Potem przydybałam grupę robotników, jeden z nich właśnie zabierał się do porządnego drugiego śniadania, aż mi ślinka pociekła, ale ograniczyłam się do zrobienia mu zdjęcia... Na dziobie siedziała sobie jedna laska, ktora nie odrywała się od notesu i ciągle coś rysowała. Przyuważyłam ją jeszcze zanim wsiedliśmy na prom - tam smarowała widoczki, tutaj - kawał pływającego żelastwa, czyli naszą łajbę. Po ominięciu Nelson Island zacumowaliśmy w Earls Cove i ruszyliśmy na wschód, do Egmont, w poszukiwaniu jedzenia i widoków. Znaleźliśmy jedno i drugie, na kawę z ciastkiem zatrzymaliśmy się w restauracji przy zestawie kabin z pieknym widokiem na fiordowatą zatokę, w okolicy przyuważyliśmy atrakcje typu stary czajnik z dzióbkiem powieszony na rozstajach dróg (może to duch czajnika miał czuwać nad tymi rozstajami? ;) i powędrowaliśmy do Skookumchuck Narrows Provincial Park.
Park jak park, przy tej ilości otaczającej zieleni kolejna jej porcja przestaje robić wrażenie, za to rodzynek siedzi na końcu trasy. Po drodze minęliśmy jeziorko Brązowe (no co? Brown Lake ;-p) i pod zwalonymi drzewami dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, czyli Sechelt Rapids. To miejsce, w którym spotykają się odnoga oceanu i dwie zatoki, zatem pływy oceaniczne wpadają na wody zatokowe i robią małe bumbumbum oraz wielkie szszszszszsz!... Spieniona woda, wiry, rozpędzone fale, szaleństwo jednym słowem, bardzo piękne, ale też niebezpieczne - różnica poziomów wód potrafi osiągnąć 2 metry. Co prawda najgorętszy moment będzie dopiero za jakieś 2 godziny, ale już widać, że będzie to spektakularny pokaz możliwości przyrody. Tymczasem po zatokowej stronie cypla zupełnie spokojnie funkcjonują sobie tuż pod powierzchnią wody kolorowe rozgwiazdy, bezproblemowo współistniejąc z tym szaleństwem 10 metrów dalej. A w krzakach obok stoją... niesłychanie kolorowe kajaki!
Robi się coraz później, więc wracamy czym prędzej do auta i ruszamy w drogę. Po drodze jeszcze zajeżdżamy do Smuggler Cove Provincial Park na rzut okiem, ale nie ma dziś żadnych przemytników, więc jedziemy dalej. Na nocleg chcielibyśmy zatrzymać się w Gibsons, tuż przed przeprawą promową do Horseshoe Bay, ale mamy problem ze znalezieniem czegoś przyzwoitego... Wreszcie lądujemy w Holiday Inn, ponoć Inny to takie przyzwoite tanie hotele, bierzemy jedyny wolny pokój (?...), który zwyczajnie okazuje się być brudny: popiół z papierosa na dywanie, torebka plastikowa pod krzesłem... Trudno, to tylko jedno spanie, damy radę, póki co trzeba się przejść na kolację.
Trafiamy do greckiej restauracji, bierzemy piwo, oni decydują się na souvlaki, ja chciałam wziąć pierś z kurczaka, ale kelner mnie odwodzi od tego pomysłu. Twierdzi, że pierś będzie za sucha, souvlaki lepsze. No dobra, niech będzie...
Po niesamowicie sutej kolacji odwiedzamy jeszcze - oczywiście! - Liquor Store i z zakupami wędrujemy do paskudnego pokoju. Przy piwku KPL czyta miejscową Biblię napisaną staroangielskim, ale szybko rezygnuje, bo słowa są jakieś takie niezrozumiałe. Odpływamy...

Gibsons - Horseshoe Bay - Whistler - Vancouver
Z hotelu wynosimy się czym prędzej, w Langdale wsiadamy na prom i płyniemy do Horseshoe Bay. Na promie jest jaskinia hazardu, ale zanim Kumak zdążyła wybrać sobie automat dla siebie, już wołają, że "proszę schodzić do samochodów, dopływamy". Rejs jest wyjątkowo krótki. Ta trasa to jak prom w Świnoujściu - kursuje sobie między brzegami, przewożąc ludzi, jeżdżących do pracy. Mostu nie ma, a przemieszczać się jakoś trzeba.
- To ten prom kiedyś nie wyhamował i rąbnął w nabrzeże - mówi Kumak patrząc, czy tym razem hamulce w promie zadziałają. Zadziałały ;) Jedziemy Sea To Sky Highway w stronę Whistler, gdzie będzie zimowa olimpiada w 2010 roku. Sea To Sky Hwy jest oczywiście w remoncie, rozbudowie, przebudowie... Ciekawe, czy zdążą przed olimpiadą... Z wąskiej jednopasmówki robią porządną highway, co przy tych skałach dookoła robi wrażenie. Co kawałek stoją ludziki z tabliczkami "SLOWLY", wszędzie jakieś maszyny. Kumak mówi, że tę drogę zamykają w nocy na kilka godzin całkiem i wtedy pracują porządnie. Ale przejazdu nie ma i koniec.
Po drodze zatrzymujemy się obejrzeć wodospadzik - Shannon Falls Provincial Park - o tej porze roku nie jest zbyt obfity, ale nadrabia wysokością i szumem :) Wreszcie wjeżdżamy do Whistler. Jest upiornie gorąco, pot leje się z nas strumieniami, wyciągam butelkę z wodą z lodówki, woda jest zamarznięta, w plastiku widać tylko lód, ale fajnie :) Whistler to takie Zakopane, góralskie domki, dookoła szczyty i wyciągi narciarskie. Typowy kurort pośród gór. Na lato trasy narciarskie przerobiono na rowerowe i teraz z gór zjeżdżają śmiałkowie na rowerach. Nawet nieźle im to idzie, chwilę się przyglądamy, żaden się nie wyłożył, a prędkość osiągają zupełnie niezłą... Tymczasem dopada nas średni głód. Średni chyba tylko ze względu na upał...;) Wybieramy sobie knajpkę na ryneczku i zamawiamy Caesar Salad. Obsługa jest uprzejma, a jedzenie smaczne :) W ramach bonusu dookoła skacze wróbelek i ewidentnie żebrze. Kumak wyciąga w jego stronę rękę z okruszkami, ptaszek wyżera jej bułkę spomiędzy palców, pogłaskać to się pewnie nie da, ale i tak daje popis odwagi. Po sałacie czas na lody. No i czas wracać. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do Point Atkinson Lighthouse, popatrzeć na latarnię morską i statki wpływające do portu w Vancouver i dalej. I wreszcie, porządnie zmęczeni, docieramy przez most Lions Gate Bridge do domu. Wszędzie dobrze, ale...;)

America - last minutes

Prawie się rozpakowaliśmy po podróży. Część rzeczy musimy oddać rodzicom Kumaka, ale to po południu. Tymczasem zaraz po śniadanku wybieramy się do Stanley Parku do akwarium. Według mnie to takie akwarium połączone z zoo, chociaż zoo było potraktowane marginalnie, ale jednak - ptaszki, małpki, pająki i robactwo, ale też krokodyle, żaby i węże. Clou stanowiły jednak delfiny, foki i pomniejsze rybki oraz potwory morskie. Na wejściu dostawało się pieczątkę, czyli można było wyjść poza teren i wrócić, z czego skorzystałam w momencie, kiedy moi towarzysze mi się zgubili. Myślałam, że spotkamy się przy aucie, ale ponieważ zdołaliśmy obejrzeć ledwie połowę atrakcji, przedłużyliśmy pobyt we wnętrzach o kolejną godzinę (za parkowanie auta trzeba było dopłacić oczywiście).
Resztę dnia spędziliśmy z mamą Kumaka - trochę w centrum handlowym (u fryzjera i patrząc na promocje, na przykład w Clinique ;)), trochę na zakupach normalnego żarcia, trochę w domu na kolacji. I ustaliliśmy, że następnego dnia jedziemy do USA. To znaczy: ja bardzo chciałam jechać (żeby mi się nie zmarnowała wiza, wystana w kolejce z takim poświęceniem), Kumak wstrzymała się od głosu, a KPL bardzo nie chciał. Jednak wiadomo, durnym gościom się ustępuje, zatem poszliśmy spać z postanowieniem wczesnego wstania dnia następnego...

***
Z Vancouver do granicy z USA jest 40 km. Dojechaliśmy do granicy i dalej jechaliśmy sobie wzdłuż drogą zerową. Fascynujące są te nazwy ulic czy tras w Ameryce. Fakt, że ułatwiają poruszanie się po mieście, jeśli musisz dostać się na ulicę Szesnastą Zachodnią, to nie potrzebujesz planu praktycznie... Chociaż w Vancouver jest pół na pół, bo pomiędzy ulicami ponumerowanymi występują ni stąd, ni z owąd ulice z nazwami, na przykład Broadway Street ;)
Trasa Zero wiodła dokładnie granicą, jakbym z niej zlazła na pobocze po prawej stronie, jadąc na wschód, nielegalnie przekroczyłabym granicę państwową. Żeby było porządnie, dotarliśmy do przejścia, gdzie nie było kolejek - no, kilka samochodów raptem. Z Kumakiem oczywiście nie było problemu, bo ma obywatelstwo kanadyjskie, ale ja i KPL musieliśmy przejść przez szykany - zostaliśmy zaproszeni do biura imigracyjnego, gdzie już po uiszczeniu 6$ od łba, zeskanowaniu palców i podpisaniu jakiegoś świstka dostaliśmy z powrotem paszporty z wklejoną karteczką, że wolno nam przekraczać granicę przez najbliższe pół roku bez szykan. No, cudownie :) No to jesteśmy w Stanach...
Zatrzymaliśmy się przy centrum handlowym. Wracając do Kanady z USA po kilkugodzinnym pobycie za granicą, nie masz prawa nic wwieźć. Jak wracasz po tygodniu, to już możesz wwieźć za określoną sumę... Tia... Zastanawiające, czemu śmietniki wokół centrów handlowych pełne są opakowań ;-p W USA ciągle jest taniej niż w Kanadzie, dotyczy to eletroniki, benzyny, papierosów i pewnie mnóstwa innych rzeczy. Dlatego warto się tam zatankować przed powrotem do Kanady ;) Stanu baku na granicy nie sprawdzają... a przynajmniej nie jest to czynność standardowa :)
Wylądowaliśmy w jakimś małym miasteczku (Fairhaven), coby coś zjeść. Coś amerykańskiego, czyli buła z hamburgerem...;) Potem spacer i zwiedzanie (w tym terminala promowego, skąd odpływają promy na Alaskę) i w drogę powrotną. Mieliśmy zamiar co prawda obejrzeć jeszcze Mount Baker, ale straszna mgła była... no i zakupy były ważniejsze ;)
Późną nocą wróciliśmy do Kanady, na standardowe pytanie, za ile wwozimy, Kumak odpowiedziała niedbale, że za kilkanaście dolarów, odpowiedź panią usatysfakcjonowała i nikt bagaży nam nie trzepał. Ufff ;)

***
Ostatnie chwile w Kanadzie Polak spędza jak? No oczywiście na zakupach... Włócząc się po mieście, zaliczyliśmy Granville Island, bo tam jest browar z dobrym piwem, więc nie można było nie wziąć butelczyny do Polski. Przy okazji zjedliśmy tam przekąskę - ja zdecydowałam się na pasztecik z łososiem, zupełnie niezły, podawany na ciepło. Siedząc na dworze, na placyku przy przystanku tramwaju wodnego, obserwowałam ludzi, przyglądałam się, jak są ubrani i co robią. Jakiś pan torturował psa, nie dając mu swojego posiłku, pies patrzył smutnymi oczami na papierowy talerz z żarciem, a pan niewzruszony... Sadysta! Na placyku występował lokalny artysta ubrany w melonik i frak, śpiewał jakieś zapomniane przeboje. W takt muzyki tańczyło sobie dziecko ubrane w czerwone spodnie, różowy sweterek i wystającą spod sweterka spódniczkę od sukni balowej. Też różowej... Masakra!
Zaliczyliśmy jeszcze dwa centra handlowe, gdzie oczywiście najbardziej zależało nam na Bonus Day w Clinique. Polega to na tym, że do zakupów za bodajże 30$ dodają gratis kosmetyczkę z próbkami różnych kremów i kosmetyków do malowania. Oczywiście chcieliśmy dostać tych bonusów jak najwięcej, zatem przed wejściem do sklepu ustalaliśmy, co które z nas kupuje, żeby każdemu się dostała taka kosmetyczka...;) Naród to jednak zachłanny jest :) Ale dzięki temu można się potem komuś podlizać i sprawić prezent ;-p
W sklepie muzycznym miałam nadzieję na coś takiego, co jest w empiku - że skanując kod kreskowy w specjalnym czytniku, będę mogła posłuchać muzyki. Niestety, okazało się, że tutaj to działa bardziej ręcznie, tzn. posłuchać mogę, ale pan musi płytę wyjąć z opakowania i po prostu włożyć ją do odtwarzacza. Jedną płytę posłuchałam, drugą wzięłam w ciemno, bo nie chciało mi się już czekać.
Ostatnim przystankiem był... Grek - czyli pizza :) Druga ulubiona jadłodajnia Kumaka i KPL-a. Lokal z dwoma stolikami, ladą, kuchnią i piecem do pizzy oraz - jak podejrzewam - niewielkim zapleczem był pełen ludzi. Dwóch mężczyzn uwijało się za ladą, a to przygotowując kolejne pizze, a to odbierając nowe zamówienia i wczepiając je na koniec kolejki na specjalnym taśmociągu, a to wydając już gotowe pizze w pudełkach na wynos. Tutaj się nie je na miejscu... tu się dzwoni i zamawia, po czym przyjeżdża się za godzinę lub nawet później po odbiór pachnącej, świeżutkiej pizzy. Czekałyśmy z Kumakiem na nasze zamówienie - dwie duże pizze - chyba z pół godziny, a puste żołądki przysysały nam się do żeber, ślinotok atakował, oczu nie mogłyśmy oderwać od tego, co się działo w części kuchennej... Rozmowa kompletnie się nie kleiła, nie dało rady się skupić, chciałyśmy jeść, żreć, wsuwać, natychmiast!... Nasze nosy, atakowane taką ilością zapachu obiecującego megapyszne żarcie wydłużyły się i myszkowały między przyprawami. KPL, czekając głodny w domu, dzwonił: gdzie my do diabła jesteśmy i gdzie jest jedzenie?!?... Wreszcie - dwa duże pudełka powędrowały na tylne siedzenie auta, które natychmiast wypełniło się obiecującym zapachem. Z trudem udało się dojechać do domu, nie napoczynając jedzenia ;)
Niestety, jak to bywa, ostatni wieczór musiałam spędzić na pakowaniu się i przygotowaniach do podróży. Wiadomo, część rzeczy trzeba będzie spakować rano, ale jak to wszystko rozplanować?!... Walizka została zapchana po dziurki w nosie przemytem, czyli owymi bonusami z Clinique, makulaturą nazbieraną z promów (a i tak zostawiłam tam połowę tego śmiecia), plecak zapchał się ubraniami. Wiadomości z kraju: w Warszawie jest 8 stopni i pada deszcz. W Vancouver pogoda też się już popsuła. Jakby wiedziała, że kończę wakacje ;) Dwa tygodnie słońca to zbytek łaski, teraz czas na chmury i deszcz.
- I tak będziemy mieli do wiosny - wzdycha Kumak, idąc na balkon zapalić. - Za to temperatura nie spadnie poniżej zera.
Jeszcze ostatni prysznic, upychanie resztek rzeczy w bagażach. Z przeczuciem, że o czymś zapomniałam, idę spać. Później z maili dowiem się, że zostawiłam... przewodnik po Kanadzie :) Moi drodzy, dokształćcie się...;)))

***
Samolot mam o barbarzyńskiej godzinie: 9:10 rano. Na bilecie napisano, że odprawiam się na terminalu międzynarodowym, jednak kierują mnie na krajowy. Lecimy z walizami przez cały budynek do właściwej kolejki, tam jakiś meksyk, nie wiadomo, o co chodzi, nic nie rozumiem. Na monitorkach nie ma kierunków, są tylko loga linii lotniczych, odprawiam się w byle którym okienku, niestety, muszę w kolejce stanąć sama, chociaż na pożegnania z moimi gospodarzami będę miała jeszcze czas i miejsce, jak się pozbędę bagażu. Upewniam się, że moje bagaże same przesiądą się do właściwego samolotu w Toronto i idziemy przed lotnisko na ostatniego papierosa. Chwilę później już macham im na pożegnanie i idę dać się przeszukać jakiejś niskiej i okrągłej Mulatce. Nie jest zbyt miła, piszczą mi buty, oczywiście muszę się z nich rozebrać, za to tym razem na szczęście nikogo nie zainteresował plecak wypełniony po dziurki w nosie sprzętem elektronicznym. I już czekam na swój samolot...
Słucham uważnie, kiedy zaczyna się robić ruch przy moim gate. Aha, wzywają do samolotu rzędami, żeby nie robić zamieszania przy usadzaniu pasażerów, no to mogę już stawać w kolejce, bo siedzę na końcu samolotu. Dostałam miejsce pomiędzy młodą dziewczyną a starszą panią, w prawej części samolotu, który jest raczej dość ogromny i... jakby luksusowy? Jakiś nowy nabytek - pouczył mnie KPL, zatem rozglądam się i przyglądam, żeby zobaczyć, jak ludzie żyją gdzie indziej. Pierwsza klasa zwala mnie z nóg, każda miejscówka to oddzielony ścianką od innych fotel z mnóstwem miejsca na nogi, kocami i innymi bajerami, oj...
Podróż do Toronto mija szybko, co prawda dolatuję tam o 16:40 czasu miejscowego, ale raptem po około 5 godzinach lotu. Zbliża się wieczór, do Polski będę leciała nocą, wyląduję o poranku w niedzielę.
W Toronto idę za ludźmi, ale nagle wychodzę na wielką halę i nie bardzo wiem, co dalej. Muszę znaleźć terminal międzynarodowy, tylko gdzie on może być? Na monitorku w samolocie oglądałam film, że mam iść do tego terminalu, no tyle to ja sama wiem, ale dlaczego nie pokazali całej drogi?!?...
Idę i idę w jedynym dostępnym kierunku, bagaż podręczny mi ciąży, docieram do kolejnej hali, staję zdezorientowana, nie no, nie ma sensu, trzeba kogoś zapytać, co dalej. Informacji wywieszonej żadnej nie ma, a przynajmniej ja jej nie widzę, czemu robią taką tajemnicę z tego, gdzie jest terminal międzynarodowy?!?...
Pan w mundurze, patrząc na mój bilet, kieruje mnie w prawo i po schodach w górę. Pokazuje korytarz, którym powinnam pójść dalej. Ok. Idę w prawo... Mijam kilka stoisk, sklepy, toalety, wszystko, tylko nie schody. Ratunku. Wracam...
Schody okazują się być ukryte we wnęce za windą. Zero wywieszki na górze, żadnej informacji, po prostu zaułek ze schodami, zręcznie schowany między stalą a szkłem, żebyś przypadkiem, drogi turysto, nie trafił tu za szybko, bo może - wędrując po lotnisku - wydasz na coś swoje pieniądze?...;-p
Na szczycie schodów siedzi sobie smutna pani przed zamkniętymi drzwiami, ogląda bilet, kartę pokładową, paszport i z westchnieniem przepuszcza dalej. Następnie trzeba przejść półokrągłym korytarzem jakieś miliony kilometrów do terminala międzynarodowego... trwa to około 15 minut, mam już serdecznie dość tego lotniska, naprawdę nie ma prostszej drogi? A może chociaż jeżdżące chodniki, znane chociażby z lotniska w Atenach?!?...
Docieram do końca korytarza, kolejna kontrola, ciekawe czemu, pewnie na wypadek, gdyby pierwsza pani przepuściła kogoś niefrasobliwie lub podstępnie, ewentualnie gdyby ktoś tę pierwszą panią zamordował z zimną krwią...
Wreszcie jestem na właściwym terminalu, teraz już łatwizna, trzeba po prostu znaleźć właściwego gate. Zaprawiona w bojach znajduję go niemal od razu, jest tuż za sklepami, cudownie, zatem pcham się od razu do sklepów, kończąc rozpoczętą w Vancouver gorączkę zakupów. Może coś zjeść?... Ograniczam się do słodyczy i kanapki, popijam to wodą, być może wcale nie muszę skończyć jej, zanim wejdę na pokład, ale kto wie. Ostatnie dolary wydaję na czekoladę :)
Tym razem lecę LOT-em. Polska obsługa trochę ułatwia życie, ale w samolocie jest strasznie sucho, do tego stopnia, że boli mnie wyschnięta śluzówka nosa. Oczywiście przesiadam się, tym razem nie na drugi koniec samolotu, tylko rząd do przodu, żeby małżeństwo mogło siedzieć razem. Przy tej okazji rezygnuję z miejsca przy oknie, wolę siedzieć przy przejściu, przynajmniej nie będę musiała przepychać się w drodze do toalety... a i tak lecieć będziemy nocą, zatem przynajmniej częściowo będę spać. Stewardessy rozdają słuchawki, na fotelu mam poduszeczkę, koc i jednorazowy zestaw do mycia zębów. Obok mnie siedzi starszy pan, jak się później okazuje, od lat mieszkający w Kanadzie Polak.
Plecak ze sprzętem nie mieści się w schowkach nad naszymi głowami, zatem upycham go między fotele, nogi z konieczności trzymając gdzieś obok. I tak często z niego korzystam, więc nawet lepiej, że jest pod ręką...
Podają kolację, napoje, trochę drzemię, trochę czytam, trochę oglądam telewizję. Wreszcie - śniadanie. Przyglądam się trasie lotu, już jesteśmy nad Europą, jakoś tak to miło i znajomo wygląda. Podróż do domu strasznie się dłuży...

Wyszperane w Sieci:

Weco-Travel - tu kupiłam bilety lotnicze
PLL LOT
The Noodle Box - jedzonko
Stanley Park w Vancouver
Science World w Vancouver
Sklep turystyczny Mountain Equipment CO-OP
Komunikacja miejska w Vancouver
BC Ferries, czyli promy British Columbii
Trans-Canada Highway w Wikipedii
Explore Vancouver Island - pierwszy etap wycieczki
Przewodnik po Pacific Rim na Vancouver Island
Cathedral Grove
Reef Point Cottages - nasz nocleg w Ucluelet
Galeria autorska Roya Vickersa w Tofino
Sunshine Coast - drugi etap wycieczki
Skookumchuck Narrows Provincial Park
Smuggler Cove Provincial Park
Shannon Falls Provincial Park oficjalnie
Shannon Falls Provincial Park
Point Atkinson Lighthouse


psyche