Pod słońcem Andaluzji, na lizbońskim bruku
– czyli autem dookoła Półwyspu Iberyjskiego, 9-24.03.2013 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Granada
Sevilla
Pedras d'El Rei
Lizbona
Sintra - Quinta da Regaleira
Sintra - Monserrat
Cabo da Roca


Statystyki
Przejechaliśmy w sumie 7408 km
Średnia prędkość: 101 km/h
Czas jazdy: 73 h 28 min.
Zajęło nam to 16 dni

Warszawa - Łódź - Lyon - Granada, pt-so-nie, 8-9-10 marca

Pojawiając się w pracy z wielkim, wypchanym plecakiem wzbudziłam ogólną wesołość. Plecak był ciężki jak diabli, wypchany do niemożliwości i optymistycznie zawierał np. strój kąpielowy. Piękna pogoda ostatnich dni pozwalała przypuszczać, że przyszła wiosna. Co prawda prognozy przedstawiały przyszłość w czarnych barwach (a konkretnie to białych - czyli opady śniegu), ale kto by tam wierzył prognozom.
W połowie dnia okazało się, że w prognozach być może tkwiło ziarno prawdy, bo z nieba zaczęło coś sypać. Patrzyłam na to z coraz większym niepokojem, tym bardziej, że alejki w parku za oknem pokrywały się coraz grubszą warstwą śniegu. Zamiast się rozpuścić, śnieg gęstniał, a ja piłam Theraflu, mając nadzieję, że niedoleczone przeziębienie jednak mi przejdzie. Następnie zapakowałam odwłok w pociąg i obserwowałam ze wstrętem coraz bardziej biały krajobraz za oknem...
W Łodzi panował stan klęski żywiołowej. Na postoju przed dworcem nie było ani jednej taksówki. Na ulicach - błoto, śnieg, katastrofa. Zamówiłam taksówkę przez telefon i czekałam na nią z pół godziny, powoli acz skutecznie zamieniając się w bałwanka. Plecak ważył coraz więcej. W końcu taksówkarz zadzwonił, że już dojeżdża. Jeszcze z pięć minut, bo jest na skrzyżowaniu pod dworcem i czeka w korku... A potem stwierdził: "Miasto jest nieprzejezdne. Tak źle nie było od 2007 roku!... Pamięta pani?" No jasne, że pamiętam, przecież pamiętam każdą zimę w Łodzi...;p
Zapakowaliśmy samochód, przygotowaliśmy prowiant, nastawiliśmy budziki na 4 rano i poszliśmy spać.

Poranek wyjazdowy

Ruszyć spod domu udało nam się już o 4:40. Ciemno, ulice oblodzone, opony letnie, śnieg prawie nie pada. Pierwszy postój: stacja odchodzącej w przeszłość firmy Neste. Dotankowanie do pełna. Wlew paliwa nie chce się zamknąć, zamarzł...
Na autostradzie da się jechać, ślisko nie jest, ruch nieduży. 0617 - zostało nam 60 km do Poznania, zaczynają się głupie żarty:
- Może podjedziemy do jOrki na śniadanie, tylko na takie szybkie, jOrka-drive :) Przez okienko! :)
Temperatura podskoczyła do 1,5°C. Wilczy skomentował: - Robi się upał...
Średnia prędkość: 90 km/h.
Zajeżdżamy na ostatnią stację przed granicą. Paliwo wściekle drogie. Kolejki do dystrybutorów. Kolejki do kas. Pandemonium. Żeby skrócić czas oczekiwania, jedna osoba tankuje auto, druga stoi w kolejce do kasy i płaci. I w ten prosty sposób pani z auta za nami zapłaciła za nasze paliwo. Oczywiście trzeba było wszystko odkręcić, przez co straciliśmy więcej czasu... Dramat.
Zaraz potem okazało się, że za tą ostatnią stacją jest jeszcze jedna. Malutka, schowana za jakimiś krzakami, ale jest. I to z tańszym paliwem... Teraz już będziemy o niej pamiętać!
W Niemczech ropa kosztuje 1,39 €, we Francji już droższa: 1,51 €. Niemieckie sikanie jest płatne, zazwyczaj 0,5 €, czasami 0,7 €. Zmieniamy się za kierownicą, trochę to upierdliwe, bo wymaga przestawiania fotela i lusterek. Jednak przydałoby się auto z zapamiętywaniem profilu kierowcy...
Kiedy prowadzę ten wielki samochód Wilczego, praktycznie pierwszy raz (bo przejazd z górki pod nurkowisko jest żadną trasą), Wilczy zapisuje w dzienniku pokładowym: "Psychuś dzielnie pocina autobaną :-)". No owszem, dzielnie. Staramy się zatrzymywać jak najrzadziej i na jak najkrócej. Tankowanie, sikanie i zmiana za kółkiem. Przed nami 1700 km do pierwszego noclegu kawałek za Lyonem.
Obok autostrady co jakiś czas pojawiają się wskaźniki kierunku wiatru - rękawy w biało-czerwone pasy, przez nas uparcie nazywane skarpetą. Oczywiście jestem zachwycona skarpetami, więc mamroczę, że chcę skarpetę! Wilczy, reagując na moje zachciewajki, grzebie gdzieś w drzwiach, grzebie i wyciąga, i podsuwa mi pod nos... skarpetkę!
- Nać klient, nać pan!!! - mówi z zadowoloną miną.
Siedzę za kierownicą, Wilczy pyta:
- Chcesz Red Bulla?
- Taaa... Tylko tę ciężarówkę łyknę...
- Łykniesz ciężarówkę i popijesz Red Bullem?
Hy.
Wilczy nawiguje, ja prowadzę przez Lyon. Autostrada przez środek miasta. Gdzieś tu niedaleko będziemy zjeżdżać, jadę powoli prawym pasem, na blacie jakieś 70-80 km/h. Generalnie pusto, pojedyncze auta się pojawiają. Nagle za mną zaczyna coś trąbić niemiłosiernie. Trąbi i trąbi. Mam zwyczaj zachowywania zimnej krwi i patrzenia w lusterko ze wzgardą w takich sytuacjach, ale teraz aż się zaniepokoiłam. Wilczy też. Na szybko sprawdzamy wszystkie kontrolki - światła się świecą, nic nie wskazuje na żadną awarię, jadę spokojnie prawym pasem, dwa pasy z lewej strony puste. No to czego?!?... Niczego - pan trąba za pół kilometra zjechał z autostrady... Tak mu się spieszyło, że uparł się siedzieć na moim ogonie cały ten dystans, wisząc na klaksonie. Idiota...
Do hotelu F1 trafiliśmy idealnie, pomogła mapka wydrukowana z Google Maps, bo oczywiście w atlasie skala była zbyt wielka, a GPS-u żadne z nas nie ma :) Jechaliśmy (bez postojów) 17 godzin i 20 minut, przejechaliśmy 1688 km. Można było pójść spać!

Śniadanie w hotelu F1 to bagietki, gotowane jajka, różnego rodzaju dżemy i miody w jednorazowych pojemniczkach, płatki śniadaniowe, mleko oraz kawa i herbata. Żadna tam rewelacja, ale na początek dnia wystarczy. Tym bardziej, że bagietki są świeże i chrupiące.
W hotelu zostawiam moje spodnie, które podstępem porwały się w nieprzyzwoitym miejscu. Obiecuję sobie solennie, że w Sewilli kupię nowe i już o 8.30 ruszamy. Przed nami jeszcze niemal półtora tysiąca kilometrów. Zaczyna Wilczy. Zachowuje się jak dziecko, zachwyca się wszystkim :) Analizujemy znaki drogowe, zastanawiając się, co oznaczają te wszystkie podpisy pod niektórymi znakami. Na przykład RAPPEL pod ograniczeniem prędkości. WTF?... Czasami przypominamy sobie o ograniczeniach prędkości i pilnujemy fotoradarów. Zjadamy resztki prowiantu w aucie, żeby nie tracić czasu na postoje. Oglądamy się za skarpetami...
- Po skarpecie sądząc, idziemy baksztagiem. Zupełnie jak I'm Alone...
Pijemy też w drodze. Aby oszczędzić czas zastanawiałam się nad zapakowaniem pieluch, ale Wilczy spojrzał na mnie w taki sposób, że pomysł szybciutko wywietrzał mi z głowy. Bardzo szybciutko. Więc na sikanie jednak się zatrzymujemy :)
Wilczy pije kwaśny sok z pomarańczy, który wyprodukowałam przed wyjazdem i mówi:
- Dobrze, że czasami mnie ktoś wyprzedza. Bo mam wrażenie, że najszybciej jadę...
- Bo jedziesz najszybciej. Teraz zwolniłeś na picie tylko...
Kiedy ja prowadzę, narzekam na innych uczestników drogi. Bardziej pro forma, no ale.
- Bosz, co to za wynalazek!...
- To nie wynalazek, to ciężarówka. Wynaleźli ją dosyć dawno temu. Już od jakiegoś czasu jeżdżą - mówi Wilczy. No tak...
Stacja benzynowa gdzieś na początku Hiszpanii W okolicach Alicante zrobiło się jakoś ciasno strasznie i dużo skrzyżowań. Starałam się bardzo ogarnąć mapę z Googla i miejscowe tabliczki i nawigować bez błędów i nawet mi się to udawało. Raz mapa kazała skręcić w jakąś kompletnie czarną dupę, czyli skrót. Skrót był bardzo pod górę i bardzo wąski, ale istotnie krótki. Wilczy mnie pobłogosławił, ale przejechał...;) Niedaleko potem się zmieniliśmy, zostało jeszcze jakieś niecałe 300 km, już jest ciemno i zaczyna padać deszcz. Obrzydlistwo. Jadę dwupasmówką obok wielkich ciężarówek, staram się w tym deszczu pilnować drogi, po lewej przepiękne z pewnością szczyty Sierra Nevada. Ulewa chwilami jest tak silna, że wycieraczki ledwo dają radę. Średnia prędkość leci na łeb. Google Maps przewiduje znowu skrót, Wilczy się zastanawia, czy jednak nie pojechać porządnie autostradą do końca, ja mówię, że skrótem będzie krócej, trochę mam już dość tej jazdy w deszczu, Wilczy ulega i każe mi zjechać w drogę GR-3102. Zjeżdżam posłusznie i po kilku metrach zaczynam żałować swojej decyzji.
- To jest droga widokowa - oznajmia Wilczy gapiąc się w atlas.
- Byłoby z pewnością łatwiej, gdyby był środek dnia i gdyby nie padało... - odpowiadam z zaciśniętymi zębami, majtając kierownicą w prawo i lewo po wąskich serpentynach, głównie pod górkę idących. Co kawałek z którejś strony pojawiają się światła Granady, naszego punktu docelowego. Już jest tak blisko!...
- Droga widokowa, jej mać!... Jakie ja mam tu widoki po nocy!... I w deszczu!... - warczałam dalej. W końcu wjechałam na szczyt wzgórza i zaczęłam zjeżdżać. Zazwyczaj utrzymując prędkość w okolicach 20 km/h, bo tylko tak można było pokonać te zakręty po 180°. Wreszcie osiągnęliśmy cywilizację - pojawiło się rondko i wjazd do miasta. Wilczy kazał skręcić w prawo, co też uczyniłam i natychmiast miasto mi się skończyło.
- Yyyy... - zwolniłam. - Jesteś pewien, że to jest ta droga?...
- Niczego nie jestem już pewien - wywarczał osobnik obok, patrząc z obrzydzeniem na mapę, którą tak pieczołowicie produkowałam przed wyjazdem. - Tu się nic nie zgadza!
Zatrzymałam się na jakimś kawałku ziemi obok drogi, zabrałam mu tę mapę i odnalazłam właściwą drogę. Bardziej na czuja, bo istotnie mapa nie zgadzała się z rzeczywistością :) Była północ. 10 minut później zatrzymałam się na parkingu w Motelu Sierra Nevada w Granadzie. Przejechaliśmy 3173 km w czasie 29 godzin i 51 minut. Bramę motelu otworzono specjalnie dla nas, uprzedzony recepcjonista czekał, zaprowadził nas do pokoju, włączył klimę ustawiając ją na 25° i zostawił samych sobie. Klimatyzacja miała grzać, ale oczekiwaliśmy rezultatów od razu, nie doczekaliśmy się i... wyłączyliśmy ją. A trzeba było dać jej kilka minut...:)
Zaczęliśmy się rozpakowywać. Auto stało pod wiatą, przez ostatnie pół godziny już nie padało, więc nowe krople deszczu powitaliśmy mamrocząc pod nosem całkiem zgodnie:
- Granada!... Granda!
Motel Sierra Nevada znajduje się niedaleko centrum miasta i jest wzorowany na motelach amerykańskich, tyle, że ładniejszy. Do pokoju wchodzi się wprost z zewnątrz, z zadaszonej galeryjki. Brakuje tylko samochodów bezpośrednio przed budynkiem, ale dla nich przewidziano zgrabny, także zadaszony parking na środku placu. Obok recepcji znajduje się bar i chyba sklepik - nie był nam potrzebny, więc zignorowaliśmy :) Prąd w pokoju włącza się wkładając kartę dołączoną do klucza od pokoju w specjalną wnękę.
Biorąc pod uwagę temperaturę w pomieszczeniu i zmęczenie podróżą, opakowaliśmy się szczelnie w pościel (a ja dodatkowo w śpiworek) i niemal natychmiast zapadliśmy w sen, ciesząc się niemrawo, że jednak dojechaliśmy :)

Trochę statystyki:
Całość trasy: 3173 km
Średnia prędkość całej trasy: 106 km/h
Czas jazdy całej podróży: 29 h 51 min.
Temperatura: 11,5°C

Granada - Sewilla, pn-wt, 11-12 marca

Rano okazało się, że moja ładowarka nie działa. Myślałam, że w gniazdku nie ma prądu, ale nie - to ładowarka się wypięła na rzeczywistość. Kolejna rzecz wypadła zatem z bagażu, co zrobić.
Po prysznicu zrobiliśmy sobie śniadanie: bułki, pomidory, czekolada i herbata. Czajnik bezprzewodowy to świetny wynalazek :) Do tego oczywiście zestaw tabletek na przeziębienie, bo oboje jesteśmy mocno pociągający. Po powrocie do pracy rozmawiam na ten temat z Blond Wiedźmą:
- Dlaczego jadłaś tabletki na śniadanie?!? - pyta ona z bezbrzeżnym zdumieniem. Odpowiadam zgodnie z prawdą:
- Bo byłam głodna!... Yyyy... bo chora byłam!...:)
No i ruszyliśmy na podbój Granady!
Do centrum należało dojechać autobusami 3 lub 33 i wysiąść przy Cathedral. Jechaliśmy sobie spokojnie gapiąc się za okno, ale im gęściej w uliczkach, tym bardziej robiłam się nerwowa. W końcu, wiedziona niewątpliwym instynktem katolickim, zapytałam kobiety na siedzeniu przed nami:
- Cathedral aqui?
- Aqui! - odpowiedziała twierdząco, więc poderwaliśmy się z miejsc i wylądowaliśmy na bruku. Żadnej katedry nie widać co prawda (a gdybyśmy zrobili dwa kroki w prawo...), no i coś byśmy zjedli... I tak trafiliśmy do Subwaya, obiecując sobie, że to ostatnie niehiszpańskie i nieportugalskie żarcie, jakie w tej podróży jemy. Po czym dzielnie pomaszerowaliśmy pod górę, albowiem tak wskazywały drogowskazy, a my pożałowaliśmy kasy na busa.
Początki były łatwe i przyjemne. Lekko pod górkę, dookoła urocze budyneczki, zaczyna świecić słoneczko... Świeci coraz bardziej... Docieramy do schodków... Upał jak diabli!... Stajemy, żeby się rozebrać :) W rezultacie na górę docieramy spoceni i mamy już serdecznie dość wszystkich Alhambr świata ;p (i co z tego, że jest tylko jedna?). Z jednym zygzakiem, bo poczuliśmy się zagubieni w pewnym momencie, dotarliśmy wreszcie do wejścia i okazało się, że bilety na podstawie naszej rezerwacji musimy odebrać w kasie. Żadnych kolejek, żadnych dzikich tłumów przed wejściem. Chociaż być może nie było już na przykład biletów do Pałacu Nasrydów...
Bilet do Alhambry Bilety odebraliśmy, mapki pobraliśmy i weszliśmy. W końcu po to tutaj tak gnaliśmy!
Alhambra to w ogóle wielki mauretański kompleks warowno-pałacowy, składający się nie tylko z porozsiewanych zabytków, ale także z budynków użyteczności publicznej: jakieś hotele, sklepiki, instytucje bliżej nam nieznane. Do części tych rzeczy można wejść normalnie z ulicy, do części trzeba mieć ten święty, rezerwowany z wyprzedzeniem miesięcznym bilet. Ustabilizowaliśmy się zatem przy atrakcjach biletowanych i zaczęliśmy od ogrodów, prowadzących w stronę Pałacu Nasrydów.
Ogrody z pewnością są piękne, doskonale utrzymane i zadbane, ale po pierwsze: był marzec, po drugie: znowu zrobiło się pochmurno. Ze wzgórza, na którym leży Alhambra, widać było zachmurzony łańcuch Sierra Nevada. Pogoda straszyła. Przeszliśmy przez kolejne bramki i dotarliśmy pod Pałac Nasrydów akurat, jak znów zaczęło padać. Wszędzie porobiły się kałuże.
- Wejdźmy już do środka - mamrotałam, gapiąc się na ludzi w kolejce. Bilet pozwalał nam wejść o godzinie 15.00, spóźnień nie przewidziano. Czekaliśmy więc i faktycznie, opiekun grupy się pojawił, stadko weszło na teren cuda architektury. Zdjęcia można było robić, więc wisiałam na aparacie, bo architektonicznie istotnie było to cudo :) Tysiące zdobień, całe ściany wyrzeźbione, wszędzie motywy roślinne i geometryczne. Ścianki ażurowe, kolumny, inskrypcje. Szaleństwo! Do tego dziedzińczyki z basenami, wykutymi w posadzce albo nadbudowanymi. Płytkie ciągi wodne, w upalny dzień dające trochę ochłody. Budynki blisko siebie, żeby rzucały cień. Zadaszenia, krużganki, całe pomieszczenia z ażurowymi ścianami, umożliwiającymi przepływ powietrza. No i te zdobienia... Do tego dziedzińczyki pełne zieleni, łącznie z drzewkami pomarańczowymi! Istotnie, ciężko było oderwać się od aparatu :)

Mozaika podłogowa

Wreszcie opuściliśmy gościnne progi kompleksu Pałacu Nasrydów. Obejrzeliśmy jeszcze Pałac Karola V - ale tylko dziedziniec, bo w poniedziałki Pałac jest zamknięty. Nie zrobił na nas oczekiwanego wrażenia, więc opuściliśmy go szybko ze wzruszeniem ramion. W budynku socjalnym skorzystaliśmy z maszyny, sprzedającej herbatę i czekoladę po eurasku. Skryliśmy się tam, bo znów zaczęło padać, ale wygonił nas stamtąd autobus dzieci. Dzieci na całym świecie są nieznośne :)
Tuż obok Pałacu Karola V jest Alcazaba - najstarszy, bardzo zniszczony fragment Alhambry, niegdyś twierdza, dziś zostały mury dookoła i kilka wież.
Poszliśmy jeszcze obejrzeć Generalife - ogrody i pałac letni, położone jeszcze trochę wyżej. No ogrody piękne, ale zabrakło sił na zwiedzanie dokładne, więc drepcząc wróciliśmy przed wejście, na przystanek autobusowy. Obok był postój taksówek, z którego właśnie ruszyła Toyota.
- Słyszałaś ten samochód? - zapytał mnie Wilczy.
- Nie - odparłam zgodnie z prawdą, uświadamiając sobie, że istotnie auto odjechało bezszelestnie.
- No właśnie!... Bo to hybrydowa Toyota! - pouczył mnie on. Prych...;)
Zgodnie zaczekaliśmy na autobus. A właściwie bus, czyli takie coś krótszego. Okazało się, że posłanie busa w tę trasę miało głęboki sens - po drodze jechaliśmy tak wąskimi uliczkami z tak ciasnymi zakrętami, że zwykłej wielkości autobus w życiu by się nie zmieścił.
Dotarliśmy na dół i postanowiliśmy teraz zobaczyć Alhambrę z El Albaicin - starej dzielnicy Granady, położonej na wzgórzu naprzeciwko twierdzy. Przy okazji zaczął nam się marzyć porządny posiłek. Z całą pewnością znajdziemy w Albaicinie mnóstwo uroczych knajpek...
Nic bardziej błędnego! Może i są knajpki, ale nie udało nam się na nie trafić. Weszliśmy w uliczki, na początku pełne straganów, sklepików, uroczo po prostu. Ale sklepiki szybko się skończyły, uliczki składały się głównie z nieprzerwanych murów i pozostało nam tylko iść przed siebie z nosem wbitym w mur lub asfalt. I tak od skrzyżowania do zakrętu... W końcu udało nam się dotrzeć do placu z kościołem i punktem widokowym, wreszcie trochę otwartej przestrzeni, bo normalnie już klaustrofobii dostawałam...
Popatrzyliśmy sobie na warownię pod mocno zachmurzonym niebem. Gdzieś przeczytałam, że o zmroku Alhambrę podświetlają i wygląda wtedy bajecznie, więc postanowiliśmy poczekać jeszcze kilka minut. Obok była knajpka z cenami x4. Głód zajrzał nam w oczy. Schrupaliśmy ostatniego batonika. Patrzyliśmy na Alhambrę, patrzyliśmy i nic.
- Swoją drogą to my jesteśmy nienormalni. Weszliśmy na jedną górę, z której zjechaliśmy autobusem tylko po to, żeby natychmiast wejść na drugą. Powinniśmy to zrobić odwrotnie!... Wjechać na górę i z niej zejść - stwierdziłam. Wilczy przytaknął...
W końcu, zniesmaczeni, zaczęliśmy schodzić z góry, bo już naprawdę głód nas doganiał i w rezultacie przeszliśmy się jarem między dwoma wzgórzami. Dotarliśmy do dolnego miasta i zakotwiczyliśmy w tureckiej restauracji :) Dostaliśmy herbatę po turecku, w pięknych szklaneczkach i wściekle słodką, oraz kupę żarcia w przyzwoitej cenie. I jeszcze jedną herbatę. Było pysznie i wreszcie mogliśmy trochę odpocząć.
Wieczór spędziliśmy w supermarkecie naprzeciwko naszego motelu. Ich Auchan nazywa się Alcampo. Pobuszowaliśmy w nim, nabyliśmy pieczywo i jakiś jamónek i mogliśmy paść spać :)

Alejka w Alcampo :)

Następnego dnia postanowiliśmy się wyspać. Do południa powinniśmy opuścić gościnne progi motelu, ale przedtem prysznic, śniadanie, pakowanie...
Śniadanie wyszło nam nieźle: kanapki z jamón serrano i polskim ogórkiem kiszonym :) Z braku normalnego stołu usiedliśmy przed blatem przytwierdzonym do ściany. Na ścianie - lustro.
- Jedni to piją do lustra, my - jemy... - podsumował Wilczy, gapiąc się na nasze gęby.
Do pokoju dwa razy wchodziły sprzątaczki, a my ciągle niegotowi. Wreszcie się ogarnęliśmy, zapakowaliśmy auto. Na dworze: 10,5°C, pełne zachmurzenie. Poszłam oddać klucz. Recepcjonista:
- Mam nadzieję, że będziecie mieli lepszą pogodę w Sewilli :)
Wilczy uparł się, że pojedzie przez miasto. Raptem kilka rondek i już wyskakujemy na trasę. No dobrze, proszę bardzo - chce, to niech jedzie. Jedno z rond miało osiem zjazdów...
Wilczy pieczołowicie przerysował rondo z mapy Googla do kajecika, podsunął mi pod nos i kazał się zapoznać. Była tam masa kreseczek, w których on widział trasę przez miasto... Tia. I ja mam robić za pilota?!?...
Oczywiście nie było bata, na żywo okazało się, że trójkątnych budynków (a przynajmniej wyglądających na takie) jest przy rondzie więcej niż jeden, więc pogubiłam się natychmiast, tym bardziej, że dodatkowo pod rondem wiły się jakieś tory, wprowadzając zamieszanie, a rozjazdy są dwupoziomowe i któż może wiedzieć, gdzie należy skręcić?!? Oznaczenia były, ale nikłe i wątłe w zalewie innych bodźców wizualnych, w rezultacie Wilczy objechał rondo w kółko i w końcu sam trafił na właściwy zjazd. Potem poszło już z górki: jeszcze jedno rondo, skręt w prawo, przejazd pod wiaduktem i już jesteśmy na właściwej drodze :)
Żegnaj, Sierra Nevada! Witaj, przygodo!
Mamy do przejechania jakieś 250 km, to już jest nic w porównaniu z poprzednią trasą, zatem jedziemy na luzaku. W odtwarzaczu - Menele.
- Nie ma to jak jechać przez Hiszpanię i śpiewać warszawskie piosenki...
- No to jadziem, panie Zielonka, do Sewilli poproszę.
Słuchamy piosenek, podśpiewujemy do nich. Oczywiście temat przewodni to alkohol.
- Słuchamy o piciu, a nic jeszcze nie piliśmy - marudzę. - Wypuścić nas w Europę...
- Ja już od tego słuchania jestem pijany - twierdzi Wilczy.
Jedziemy przez słoneczną Hiszpanię. Wycieraczki chodzą cały czas, pada, leje, kropi, pada i tak na zmianę. Niebo jest zasnute chmurami. Szczytów gór nie widać. Szaro.
Przy drodze co i rusz tablice informacyjne, od jakiegoś czasu także po arabsku. No tak, zjazd na Algeciras, Tarifa - stamtąd odpływają promy do Maroka.
Dużo też innych tablic. Że zwolnić, jak pada. Że gadające (śpiewające) linie. Że Stefan jest gejem...

Sewilla, wt-so, 12-16 marca

Ostatnia Bitwa Templariusza, Arturo Perez-Reverte

Nikt nie mógłby wymyślić takiego miasta jak Sewilla.
Arturo Perez-Reverte


I nagle okazało się, że jesteśmy w Sewilli! Pojawiła się znikąd, zaskakując nas szalenie, więc w popłochu usiłowałam znaleźć się na mapie. Na jednym ze skrzyżowań okazało się, że stoimy na pasie do lewoskrętu, a powinniśmy stać na pasie do jazdy prosto. Udało się przesunąć, kierowcy mili, wpuścili nas bez problemu. Więc przejechaliśmy skrzyżowanie, a za nim zatrzymał nas znak zakazu wjazdu... Ulica tylko dla autobusów!... Nie było opcji, wjechaliśmy, bo nie mogliśmy tak tkwić na wjeździe, a skrzyżowanie wielopasmowe. Natychmiast zresztą skręciliśmy, aby uciec z tej ulicy. Potem skręcaliśmy jeszcze wiele razy, zanim udało nam się ustabilizować na właściwej drodze :) I tak się miotaliśmy po mieście, między autobusami i innymi samochodami, przez skrzyżowania, które nigdy nie widziały planu krzyża, bo mają na przykład 6 albo 7 odnóg... Przejechaliśmy przez "obwodnicę" starego miasta i oczywiście znów zatrzymał nas zakaz wjazdu. Ale auto przed nami pojechało, więc niewiele myśląc, pojechaliśmy za nim, stwierdzając, że inaczej NIGDY nie dojedziemy do celu. W końcu, jakimiś strasznymi objazdami, dojechaliśmy pod hotel. Od tyłu. I zatrzymał nas zakaz skrętu w lewo, pod wejście... Wilczy niewiele myśląc skręcił zatem w prawo, jak trzeba, po czym wycofał i zaparkował idealnie pod wejściem do hotelu. Trafiliśmy :)
Zameldowaliśmy się, przenieśliśmy część bagaży do pokoju na 6. piętrze i odstawiliśmy auto na parking. Parking jest rzut malutkim berecikiem od hotelu - pod placem naprzeciwko wejścia. To jest w ogóle parking dla klientów marketu El Corte Inglés, ale ogólnodostępny, a klienci hotelu América mają tam zniżkę około 50%. Wyjście z parkingu jest po drugiej stronie ulicy niż wejście do hotelu - więc naprawdę bliziutko. Przy wjeździe bierze się kwitek, który potem należy opłacić w kasie automatycznej, albo - jak w naszym przypadku - opłacić w hotelu i zameldować się z kwitkiem w biurze parkingu umieszczonym przy wyjeździe. Z parkingu można też wejść bezpośrednio do marketu spożywczego w El Corte Inglés (nie udało nam się wejść tam z głównej części centrum handlowego, ale też nie szukaliśmy drogi :).
Nasz pokój jest nieco krzywy, nie na planie prostokątu. Klucz w formie karty kredytowej zacina się i nie chce wyjść z zamka. Ja się szarpię, Wilczemu się udaje... Po prawej - łazienka z wanną, sedesem i bidetem, jak wszędzie. Dodatkowo - suszarka do włosów. Meble w stonowanej zieleni. Okno, zasłaniane roletą, wychodzi na północny zachód, widać z niego kilka mostów, trochę niezidentyfikowanych budynków przemysłowych oraz - znacznie bliżej - kilka zarośniętych mchem i trawą dachów, kilka dachów użytkowych (z altankami, praniem, mnóstwem doniczek z roślinkami). Gdzieś tam wije się stare koryto rzeki Guadalquivir. Trochę żałujemy, że nie widzimy z okien Giraldy, na którą Wilczy uparcie mówi per "Pałac Kultury", ale w sumie i tak nie będziemy spędzać w pokoju dużo czasu. Klimatyzacja używana jest także do ogrzewania. W hotelu jest Wi-Fi, jednak zacina się dramatycznie, niby jesteśmy z nim połączeni, ale zasięg i przesył danych jest żaden.
Giralda widziana z okolic El Peregil Po umoszczeniu się w gniazdku przepakowaliśmy się do plecaka podręcznego i ruszyliśmy w miasto. Czas coś zjeść. Niedaleko hotelu jest kilka barów, ale poszliśmy dalej, w kierunku Giraldy i obok placu z Iglesia S. Salvador znaleźliśmy restaurację ze stosunkowo przystępnymi cenami i mnóstwem ludzi w środku. Znaczy, jest smacznie. Zamówiliśmy platas po 8,5 €, Wilczy - pollo, ja kalmary. Do tego frytki, surówka. I piwo. Pan zza baru pokazał nam dwa naczynia: kieliszek i kufel. Bez zastanowienia i bez porozumienia wybraliśmy oboje ten większy...;) Studenci za naszymi plecami pili z kieliszków ;p Dzieciaki...;)
Najedzeni i szczęśliwi mogliśmy pójść dalej. Dotarliśmy do katedry razem z jej Giraldą (czyli Pałacem Kultury), obeszliśmy ją w połowie, wyczailiśmy informację, że jest czynna 10-17. Z Tourist Office wyciągnęliśmy mapkę i poszliśmy szukać baru El Peregil, bo tam dają własne wino z pomarańczy. Z widokiem na Giraldę. Bar wzięty, znaczy znaleźliśmy i faktycznie jakiś taki malutki, chociaż obok jest kontynuacja w postaci restauracji. Następnie powędrowaliśmy ulicą Sierpes na północ, oglądając wystawy sklepów z wachlarzami. Było ich pełno, były przepiękne, od niektórych ciężko było oderwać wzrok. Normalnie takie małe dzieła sztuki :)
Churros y chocolate W połowie ulicy trafiliśmy na Iglesia San José. Dla niego skręciliśmy w bok, ale przed drzwiami kościoła natknęliśmy się na potykacz churros y chocolate! No nie mogliśmy zignorować... Weszliśmy do knajpki Meson Castellano z pewnym takim wahaniem, ale nie żałowaliśmy. Dostaliśmy komplecik: talerz wielkich, smażonych w głębokim tłuszczu paluchów i wielka filiżanka gorącej czekolady. Paluchy macza się w czekoladzie i zjada, mlaskając z rozkoszy :) No pycha po prostu za 2,8 € od porcji.
Napchani i zasłodzeni poszliśmy obejrzeć jednak kościół, czemu nie. Okazało się, że jest mocno kiczowaty, cały złoty w środku, ale po swojemu piękny :)
Szliśmy w kierunku hotelu ciągle zaliczając wystawy sklepów, także tych ze słodyczami - na przykład czekolady w kształcie ślimaków :) Albo malutkie, kolorowe Ku-Klux-Klaniki :D Tak bowiem nazwaliśmy figurki tutejszych pokutników wielkanocnych, do złudzenia przypominających przebranych członków niesławnej organizacji (wszystko przez spiczaste nakrycia głowy).
Plaza del Duque de la Victoria, przy którym stoi nasz hotel, wieczorem wygląda całkiem urokliwie: palmy są podświetlone, kręci się dużo ludzi, świecą latarnie. Robię zdjęcie palmom na tle granatowego nieba i wracamy do hotelu, bo dopada nas zmęczenie.
W hotelu słychać, jak ludzie piętro wyżej spuszczają wodę. Patrzymy po sobie:
- No naprawdę?...
I padamy spać, wywieszając na noc wywieszkę "Do not disturb", która jest wielojęzyczna. Bardzo nas raduje hiszpańskie "No molesten" :D

No molesten! Zamknięte rolety sprawiają, że w pokoju mamy ciemno, tymczasem na dworze jest piękne słońce. Wreszcie zrobiła się jakaś sensowna pogoda :) Na śniadanie jemy ananasa i resztę sera Gran Capitan. Ser podpowiedziała jOrka, za co jesteśmy jej absolutnie wdzięczni, albowiem ser jest przepyszny :)
Temperatura na zewnątrz nie jest jednak całkiem adekwatna do słońca, trzeba się ubrać w kurtkę i dopiero można iść zwiedzać. Idziemy Calle Tetuán, węsząc za zapachem smażonych rybek.
- Coś w nas zdradzało, że jesteśmy turystami. Może krzywe mordy, może aparaty fotograficzne, a może ciągnące się za nami spadochrony - powiedział Wilczy, wyjmując aparat.
Goście od dorożek coś do nas wołali, ale że robili to w sobie tylko znanym narzeczu, to ich zignorowaliśmy. Zapachu rybek nie zlokalizowaliśmy, za to trafiliśmy na wyjątkową - dla nas - ścieżkę rowerową, wyznaczoną z chodnika/deptaka metalowymi, wtopionymi w chodnik, okrągłymi znaczkami z rowerkiem :) Ja byłam zachwycona. Wilczy zapatrzył się na tramwaje, które częściowo jeździły "bez prądu", na akumulatorach, bo na fragmencie trasy nie było w ogóle drutów. Fakt, psułyby widok :)
Doturlaliśmy się do katedry. Miejsce stricte turystyczne, więc też pełno Cyganek. Rozdają zielone wiechcie. Wzgardziłam i pilnowałam Wilczego, żeby także wzgardził, tłumacząc mu po ludzku, że jak wykaże odrobinę zainteresowania, to już się nie odgoni, a potem nie znajdzie nie tylko swojego portfela, ale także mieszkania, samochodu i kopalni diamentów. Udało się, kopalnia diamentów uratowana...;)
A oto i katedra. No to wchodzimy do środka. Bilet razem z wejściem na Giraldę kosztuje 8 € od łebka. Giralda była niegdyś minaretem, a zamiast katedry stał tu meczet, ale przyszli chrześcijanie i ze swoją miłością bliźniego zrównali cudzą świątynię z ziemią, tylko Giralda im się spodobała, więc ocalała. Na miejscu meczetu postawili katedrę, minaret podwyższyli nieco. Czyli miejsce kultu zostało, tylko bogowie się zmienili...
W katedrze jest całkiem jak w kościele: wysokie nawy, witraże, zdobienia, obrazy, rzeźby. Jakieś boczne pomieszczenia z minimuzeum dewocjonaliów. Grobowiec Krzysztofa Kolumba. No i wejście na Giraldę, na której szczyt prowadzi 34,5 pochylni, ponieważ niegdyś muezzin wjeżdżał tam konno!... Przyznam, że pochylnie są znacznie lepszym pomysłem niż schody - dużo mniej męczące podejście :) Na górze - dzwony i widok na miasto. Cudny oczywiście :) Obejrzeliśmy najstarszą dzielnicę i Alcazabę z góry, rzuciliśmy okiem "za rzekę", na patio katedralne, na Real Plaza de Toros. Porównywaliśmy to ze zdjęciami sprzed kilkudziesięciu lat, robionymi mniej więcej z tego samego miejsca. No trochę się zmieniło, a te zdjęcia to dobry pomysł :)
Omijając autokary krzyczących i rozbrykanych dzieci sturlaliśmy się na dół, na patio. Tam w chodniku są zrobione takie malutkie kanaliki rozprowadzające wodę od drzewka do drzewka. Bardzo sprytne rozwiązanie nawadniania. Jest też mała fontanna, a drzewka są pomarańczowe... z owocami :) Te drzewka są wszechobecne, aż do przesady, niczym u nas jabłonie.
Poszliśmy coś zjeść do jednej z wielu knajp w okolicy katedry, zdecydowaliśmy się na zestaw tapas: jamón serrano, chorizo, jakaś inna wędlina i sery. Poprosiliśmy do tego o herbatę, albowiem ciągle czuliśmy się tak sobie. Herbata przyszła, ale... zimna. No, ledwo ciepła. W tym kraju naprawdę nie pija się herbaty...
Następnym punktem programu była Alkażaba, czyli Real Alcázar - dawny pałac królewski, w którym niegdyś bywał na przykład Krzysztof Kolumb. Za wejście płacimy w sumie 17,5 €.
Alkażabę zaczęliśmy zwiedzać oczywiście pod prąd - czyli poszliśmy najpierw do ogrodów, które notabene są przepięknie urządzone. I pełne drzewek pomarańczowych :) Gdzieniegdzie stoją wielkie donice z napisem R. Alcazares, jest sporo zbiorników wodnych, ławek z azulejos, całych chodników z kafelków, fontann... Są także palmy, żywopłoty i... czy wspominałam już o pomarańczach? :) Jest kilka rzeźb i budyneczków, obowiązkowo udekorowanych kafelkami. Kilka miejsc, które nazwałabym "świątyniami dumania". I woda, dużo wody!... A także paw - ni stąd ni zowąd, na schodkach minął nas paw, kompletnie ignorując naszą zachwyconą obecność. Po prostu przeszedł obok nas wyniośle, wędrując w sobie tylko znanym kierunku... Aha ;p
Następnie znów trafiliśmy na wodę, tylko tym razem w budynku. Baños de Doña María de Padilla to zbiorniki na wodę deszczową... o niespotykanej, przepięknej architekturze! Spędziliśmy tam mnóstwo czasu fotografując baños z każdej możliwej strony :)
No i przyszedł czas na wnętrza. Podobne w stylu do Alhambry, też z mnóstwem zdobień, z ażurowymi ścianami, z kolumienkami i rzeźbiarskim szaleństwem. Wszędzie malunki albo kafelki. Albo jedno i drugie :) Zdaje się, że ten styl nazywa się "mudejar", a stanowi połączenie elementów islamskich i chrześcijańskich. Charakteryzuje się bogactwem ornamentów pokrywających ściany. No i robi wrażenie :)
Wyszliśmy z Alcazaru. Wilczy uparł się przy Tabernie Coloniales, bo wynalazł ją w przewodniku. No dobrze, idziemy mniej więcej w jej kierunku. Muszę co i rusz pilnować drogi, bo Wilczy zbacza.
- Ja się gubię jeszcze zanim wstanę z ławki w tym mieście. Ja z Łodzi jestem. Tam ulice są proste - narzeka, kiedy prostuję mu kierunek wędrówki. Istotnie, Sewilla na pewno nie ma prostopadłych szlaków, najczęstsze skrzyżowania to 5-8 ulic :) Niemniej jednak Tabernę odnajdujemy. Pustawa jakaś. Ale czynna. Wchodzimy, siadamy przy stoliku, jednym z bardzo niewielu. Jest kilka minut po 18, kuchnia czynna od 20:20, więc pozostają nam tylko przekąski. Niech będzie i tak, zamawiamy Salmorejo con Jamón, które okazuje się być wielką pajdą chleba posmarowaną gęstym sosem pomidorowo-czosnkowym z szynką serrano. Do tego Tabla de Anchoas del Cantábrico con aceitunas - czyli sardele z oliwkami i po kieliszku Manzanilli. Skoro i tak nie potrafią tu parzyć herbaty, to zacznijmy wreszcie próbować alkoholi...;)
Tapas w Taberna Coloniales Smaruję pilnie relację w kapowniczku. Wilczy komentuje:
- Tak coś długo pisałaś i pisałaś... To musi być lista zakupów!
Do Taberny wchodzą kolejni goście. Nie szukają wolnych stolików, siadają gdziebądź, częściowo przy barze, częściowo na parapetach. Dorośli ludzie, elegancko poubierani, w płaszczach... Wpadli na kawkę :) Stoliki najwyraźniej są dla gości z PL :D
Na koniec zamawiamy dwie kawy i dos sernikos. Ciasto wygląda apetycznie. Na dzień dobry na stoliku wylądowały słone przekąski w torebkach foliowych - coś w rodzaju małych, krótkich i grubych paluszków. Na do widzenia od kelnera dostajemy po kieliszeczku likieru ziołowego. Pan klepie się po brzuchu i mówi coś mądrego po hiszpańsku, zgadujemy, że likier dobrze robi na trawienie :)
Postanowiliśmy przejść się Santa Cruz - najstarszą dzielnicą Sewilli. To tutaj dzieje się lwia część "Ostatniej Bitwy Templariusza" Arturo Perez-Reverta, książki, przez którą w ogóle przyjechaliśmy do Sewilli. Wszystko przez księdza Lorenzo Quarta, spacerującego z piękną Macareną przy świetle księżyca po Santa Cruz, a śledzonego przez kompanię don Ibrahima: Dzidzię Dolores i Źrebaka Fernando. Dzidzia, jak na byłą śpiewaczkę przystało, przez całą książkę leniwie popija Manzanillę albo jerez. Miejsce tak przesycone zapachem pomarańczy, tajemniczością i zakazaną erotyką nie mogło pozostać nam obojętne...;)

Ostatnia Bitwa Templariusza, Arturo Perez-Reverte

Pierwszego ranka w Sewilli Lorenzo Quart stracił przeszło pół godziny, nim odnalazł kościół. Dwa razy wyszedł z dzielnicy Santa Cruz i dwa razy do niej wchodził, doświadczając na własnej skórze bezużyteczności planu turystycznego w tym labiryncie cichych, wąskich uliczek z domami pomalowanymi ochrą i wapnem, na których z rzadka przejeżdżające samochody zmuszały go do szukania schronienia w chłodnych, ciemnych bramach, gdzie przez żelazne kraty mógł oglądać podwórka wyłożone kafelkami, pełne różanych krzewów i pelargonii.
Arturo Perez-Reverte


Santa Cruz ma jeszcze bardziej pokręcone uliczki niż reszta starego miasta. Z jednej strony otacza ją mur Alcazaru, częściowo przylegają do niej ogólnodostępne ogrody królewskie. Kłębowisko kamienic, wąskich przejść, ukrytych podwórek, zaułków i placyków jest niesamowite, gwar miasta prawie tu nie dochodzi. W zapadającym powoli zmroku światło latarń buduje tajemniczą atmosferę i wydaje nam się, że naprawdę przenieśliśmy się w czasie.
I tak, klucząc, doszliśmy do placu Doña Elvira, na którym jest sklep z wyrobami z oliwy. Niestety, sklep okazał się być zamknięty bez żadnej informacji o godzinach otwarcia, pooglądaliśmy sobie zatem wyroby ceramiczne wystawione obok. Mnie najbardziej zainteresowały tabliczki z napisami "Baño" i "Toilet" :) A gdyby sobie takie powiesić na drzwiach do łazienki i toalety?...
Wilczy mnie odciągnął, bo pewnie stałabym tam do teraz i się zachwycała. Obiecaliśmy sobie, że tu jeszcze wrócimy i poszliśmy dalej - obok Torre del Oro (czyli Złotej Wieży) przez most Puente de S. Telmo na drugą stronę Kanału Alfonsa XIII, do Triany. Nad kanałem cała masa młodych ludzi z instrumentami - co kilkadziesiąt metrów ktoś stoi i gra, często są to grupki, niektórzy grają na trąbach, inni na bębnach, hałasują szalenie, ale wrażenie robią przyjemne :)
Po drugiej stronie szliśmy Calle Betis, ulicą, przy której mieszkała Dzidzia Dolores i przyglądaliśmy się okolicy. Tutaj jest zdecydowanie biedniej: widać to po stanie kamienic i po ludziach. Rozśmieszają nas wielkie wory pełne pozbieranych z ziemi, nadpsutych pomarańczy, poustawiane na chodnikach nieopodal drzewek. Tyle dobra się marnuje! Wilczy twierdzi, że to pewnie jakiś podły gatunek pomarańczy, u nas też jabłek z dziko rosnących jabłoni się nie jada, bo są niesmaczne zazwyczaj. Ale aż żal!... A w sklepach pomarańcze są po 0,8 - 2 € za kg.
Skręciliśmy w San Jacinto, tutaj przynajmniej coś się dzieje, ulica jest szersza i pełna knajpek, i ludzi. Siadamy w jednej z knajpek, Wilczy zamawia piwo, ja colę. Pod sufitem, jak wszędzie, wiszą suszone nogi - jamón serrano, a może jamón iberrico :) Jeden z kelnerów włazi na bar i ściąga jedną z takich nóg. U dołu każdej nogi jest przymocowany mały zbiorniczek. Na co?... Czyżby z takiej nogi spływał jakiś tłuszcz? I od czego zależy ilość nóg wisząca w knajpie? Czy to oznaczenie prestiżu - hej, u nas wisi 20 nóg, jesteśmy lepsi! :)
Wróciliśmy do tego samego mostu, ale idąc nie nad rzeką, tylko uliczkami - zaułkami. Gdzieś w międzyczasie zrobiliśmy sobie hipsterskie zdjęcie w czapeczkach nurkowych i powędrowaliśmy w stronę hotelu. Kolejne kilometry w nogach sprawiają, że gorący prysznic i łóżko są bardzo przyjemną wizją zakończenia intensywnie spędzonego dnia :)

Mam dramatycznie wysuszone dłonie. Skarżę się Wilczemu o poranku, że musiałam je smarować pięć razy począwszy od wieczora - budziłam się w nocy na smarowanie rąk :) Dopiero teraz opuszki palców przestają mi zgrzytać. Wilczy komentuje po swojemu:
- A, to to mnie tak budziło w nocy!...
O 9:36 ktoś piętro wyżej odkręcił wodę, co doskonale usłyszeliśmy w naszym pokoju, albowiem strasznie te rury hałaśliwe. Spojrzeliśmy po sobie:
- Zamawialiśmy budzenie?...
- Wczoraj było tak samo o tej samej porze...
Poszliśmy do supermarketu po jedzenie. Głównie żywimy się wielkimi bułami, serem Gran Capitan, szynką jamón i pomarańczami. Pomarańcze oczywiście są tanie i pyszne! W sklepie jest jedna długa alejka z kawą. Gdzieś na samym jej końcu, upchnięte, zapomniane, zakurzone stoją cztery rodzaje herbaty: mięta, jakieś dwie zielone i jedna czarna. To jednak nie jest herbaciany kraj, co stoi w sprzeczności z informacją z przewodnika o długiej tradycji picia herbaty w Hiszpanii. Hm. To chyba nie w tej Hiszpanii, albo tradycja była już tak długa, że umarła ze starości.
Jak wracamy z zakupami do pokoju, akurat okupują go sprzątaczki i nie pozwalają nam wejść. Jest kupa śmiechu, ale grzecznie czekamy za drzwiami, chociaż coraz bardziej głodni. W końcu możemy zjeść śniadanie. Siadam przy stoliku z telewizorem i znienacka go włączam. Wilczy komentuje po swojemu:
"Kochany notatniczku. Psychuś robi coś, czego nigdy bym się po niej nie spodziewał."
Fakt, sama bym się nie spodziewała...;)
No to czas pójść znów w miasto :)
Nasz hotel jest fantastycznie położony, dzięki czemu wszędzie możemy chodzić na piechotę. Dziś idziemy w stronę rzeki - na pierwszy ogień leci stary dworzec kolejowy, przepiękny budynek z elementami mauretańskimi i obowiązkowym zegarem :) W środku jest masa sklepików, jeszcze zamkniętych, a pod sufitem wiszą spore makiety samolocików. No uroczo tu, ale pusto, więc idziemy dalej - do Triany, do Mercado de Triana, poczuć atmosferę hiszpańskiego bazaru!

Stary dworzec kolejowy

W mercado jest oczywiście przepięknie: stoiska z wiszącymi kiełbasami, z owocami, warzywami, serami... A wszystko poukładane i powywieszane, jakby się tym zajmowali projektanci wnętrz! Niektóre warzywa czy owoce przygotowane do spożycia: pokrojone w kawałki i zapakowane razem z plastikowym widelczykiem :) Bogactwo i szaleństwo - zapachów i barw. Mogłabym tu zamieszkać :)))
A Wilczy, po zjedzeniu na śniadanie olbrzymiej buły z wędliną i serem, zrobił się natychmiast głodny...
Bazar nie jest duży, więc w końcu wychodzimy i idziemy dalej - w Trianę - szukać tych legendarnych fabryk ceramiki. Na jedną trafiamy od razu przy bazarze, wchodzimy do przestronnego wnętrza i oglądamy cuda stworzone przez ludzi. Są numery domów, są przeróżne naczynia, dekoracje, ale jakoś tak nic do nas nie woła z półek. Owszem, ładne te rzeczy, ale... Idziemy dalej. No i dalej to ja już wsiąkam: jest kilka niedużych sklepików z ceramiką. Trafiam na ręcznie malowane talerze i biorę komplecik: duże płaskie talerze, takie do zupy, miseczki i jeszcze kubeczki do kompletu. Wilczy niby wcale nie dostał szału na ich tle, ale pieczołowicie wyciąga ze stosu te najładniej udekorowane. I wcale nie mówi, że wydam na to majątek... Do tego bierzemy jeszcze kieliszki na jajka na miękko i kilka drobiazgów, wszystko jest porządnie pakowane w folię bąbelkową i papier, ma szansę dojechać do domu, a ja oczami wyobraźni już widzę te pyszne obiady podawane na artystycznej zastawie stołowej...;))) Jajko na miękko od razu musi lepiej smakować z kieliszka w kwiaty, nieprawdaż? ;p Zaglądamy jeszcze, co jest za zakrętem, ale ceramika ciąży, więc odnosimy zakupy do hotelu i jako następny punkt programu wybieramy Plaza de Toros, czyli arenę walk z bykami. Też jest zabytkowa, więc czemu nie :)

Plaza de Toros

Wejście na teren kosztuje 7 € od osoby. W komplecie jest ulotka informacyjna, ale akurat się skończyły po angielsku, więc wzięliśmy taką po hiszpańsku i usiedliśmy w poczekalni, przypadkiem naprzeciwko damskiej toalety. Co i rusz drzwi toalety się otwierają i wychodzi z nich jakaś kobieta. Potem następna. I następna. I jeszcze jedna... Przy jakiejś szóstej czy siódmej zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi - produkują je tam, czy co? Żadna nie wchodzi, a tyle ich wychodzi?!?...
Na teren trybun wchodzi się z przewodnikiem, a dostępny jest tylko jeden sektor, nie ma łażenia po całości. Oglądamy lożę królewską i murowane siedzonka dla tłuszczy, numery miejsc są oczywiście namalowane na ceramicznych kafelkach...:) Na terenie areny właściwej stoi drewniany płot, tworzący coś w rodzaju korytarza idącego dookoła - tutaj chowają się wszyscy biorący udział w przedstawieniu. Potem zwiedzamy muzeum i kaplicę. Pani przewodnik mówi po angielsku powoli i wyraźnie, dzięki czemu - chociaż niektóre końcówki wymawia po hiszpańsku - łatwo ją zrozumieć. Ale nie jesteśmy przekonani, że jeśli raz zobaczymy przedstawienie, to będziemy chcieli wciąż i wciąż... Natomiast nabieramy ochoty na dobrze przyrządzoną wołowinkę :)
I w ogóle jakoś tak już bardziej czas na obiad.
Idziemy więc w stronę centrum, powoli zastanawiając się, co by tu zjeść.
- Menu del dias za dziewięć - mówi Wilczy, patrząc na potykacz. Natychmiast reaguje naganiaczka:
- Jesteście z Polski?
- Ojej - to ja.
- Bo ja ze Słowacji - kontynuuje ona.
- To blisko - mówi Wilczy.
- To może usiądziemy - mówię ja i siadamy w plamie słońca przy stoliku na dworze.
Daniem głównym była paella, zupy wzięliśmy różne, desery także. Do tego białe wino. I wszystko fajnie, gdyby nie było jednak chłodnawo...
Obsługująca nas kelnerka miała męski głos i natychmiast przypomniała mi się knajpa dla transwestytów na Ibizie. Z drugiej strony tutaj w knajpach najczęściej pracują mężczyźni, więc może to rzeczywiście był facet? :)
Światełko w kibelku rozświetlało się baaaaardzo powoli, acz skutecznie.
Jak tylko wyczyściliśmy jakiś talerz, natychmiast był zabierany.
- Obsługa jak w Europie - komentuję. - Szybka.
Co było pewną opozycją do naszych dotychczasowych doświadczeń, kiedy to często zastanawialiśmy się, czy nasze zamówienie w ogóle wywołało jakieś działania, czy zostało natychmiast zapomniane...
Wilczy pożarł swoje ciastko na dwa razy. No dobra, małe było... I po kelnerce ślad zaginął. Talerzyki deserowe jak stały, tak stoją.
- Narzekałaś na szybką obsługę? To masz! - skwitował Wilczy. Na rachunek się już nie doczekaliśmy wcale, musieliśmy sami interweniować w środku knajpy.
Następnym punktem programu był budynek uniwersytetu, niegdyś fabryka tytoniu. To tutaj piękna Carmen kręciła cygara na swoich spoconych udach ;) W poniedziałki o 11 można zwiedzić za darmo ten wielki, monumentalny budynek. Ciekawa jestem, jak czują się w tych wnętrzach studenci, ale myślę, że zajęci sesjami nie zwracają już uwagi na to, gdzie się uczą.

Pałac Hiszpański

Wyplątawszy się z tłumu młodych ludzi idziemy dalej, w kierunku Parku Marii Luizy, zobaczyć budynek Wystawy Iberoamerykańskiej - Pałac Hiszpański. To dopiero jest kiczowatość skondensowana, a jednocześnie urocza :) Półokrągły budynek, otaczający plac z niezbyt głębokim stawem w kształcie rzeczki zbudowany jest z jasnopomarańczowej cegły i ceramiki. Pełno zdobień, kafelkowych obrazów, balkoników, krużganków, balustradek, wieżyczek, kolumienek... Całe ściany czy klatki schodowe zrobione z ceramiki, murowane ławki obłożone kolorowymi kafelkami, to wszystko nie robi już na nas wrażenia, bo najwyraźniej Sewilla jest zbudowana z kafelków i tyle. Ale ceramiczne obrazy, przedstawiające różne regiony czy miasta Hiszpanii... do tego mapy regionów... a wszystko w roli ławek dla chcących poleniuchować przechodniów... No niesamowite! :)
Te leniuchy często posuwają się do czegoś dla nas mocno obrzydliwego - zdejmują buty i tak półsiedzą/półleżą na murowanych kafelkowych ławkach w obrzydliwych, przybrudzonych skarpetach... Niektórzy zdejmują też koszule i wystawiają na słońce tłuste brzuszyska. Elegancja atrakcji spada wraz ze wzrostem wietrzonych stóp...
Po stawie można popływać jakąś plastikową łódeczką, z czego też mnóstwo ludzi korzysta. Przepływanie pod mostkami stanowi pewnie dodatkową atrakcję :) I zdaje się, że w wodzie można spotkać jakieś rybki nawet... No pięknie tu jest, ale idziemy dalej - w parku czekają nas kolejne atrakcje. Kierunek - Plaza de America. Nad głowami latają i drą dzioby tabuny zielonych papug :) Dookoła uprawiający sporty ludzie. Widzimy jakąś parkę robiącą pompki. Po bliższym przyjrzeniu okazuje się, że facet z tej parki to też kobieta...;) Docieramy do jeziorka z wysepką, na wysepce mieszkają i paradują pawie w jakimś stadzie, kaczki, łabędzie i inne ptactwo, przed jeziorkiem - pieski smutnie wyciągające głowy w stronę latającego jedzenia. Do tego oczywiście mostki, półwysep z altanką jako idealne miejsce na zdjęcia ślubne i masa ceramiki. Ciąg dalszy parku to podłużny zbiornik wodny z fontanną i świątynia dumania na wzgórzu. Wilczemu zaświeciły się oczka:
- Wejdziemy tam? Wejdziemy? Tam jest pod górkę - uprzedził mnie lojalnie, jakbym nie widziała. Nie cierpię podgórek. Serdecznie ich nienawidzę, a jakoś ciągle się trafiają. Za to on jak widzi górkę, to natychmiast się na nią pcha (jakieś zboczenie ani chybi). - Chce nam się iść pod górkę? - jaki uprzejmy, psiamać...
- Ale w razie czego mogę mówić, że mnie zmusiłeś? Że mnie wciągnąłeś za włosy na ten szczyt?
- Zmusiłem cię! - zaćwierkał radośnie.
- Zmuszanie jest super!... - wymamrotałam, bo w sumie też chciałam wleźć na tę górkę.
- Co mówiłaś? - podchwycił Wilczy natychmiast.
- Nic, nic...
Jak ja go gdzieś ciągnę, to wywiązuje się zazwyczaj taki dialog:
- Dobrze, ale obiecaj mi, że...
- Obiecuję ci wszystko!
- Yyy... I ja tego nie wykorzystam...
- Głupi.
Wilczy łapie internet Na górce jest wodospad i ławeczka. Oraz cała masa tajemniczych napisów "NO8DO", do których w dodatku są przyczepione kłódeczki. Okazuje się, że ten skrót oznacza "[Sewilla] nie opuściła mnie" i jest oficjalnym mottem miasta. Dobre miejsce na kłódeczkę zakochanych ;p
Dalej jeszcze są dwa przyjemne dla oka budynki - jakieś muzea, staw i ogrody, ale my już mamy trochę dosyć łażenia. Wracamy w okolice uniwersytetu i dopadamy jakąś ławkę. Ale nie ma bata, nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności, nie spać, zwiedzać!... No więc idziemy dalej, natykamy się na Irish Pub. Wilczy:
- To może na Guinnesa?
- No może, chociaż może Guinnes miałby większy sens w Irlandii... - mamroczę ja i idziemy dalej. Ogrodami - tym razem królewskimi, ale ogólnodostępnymi. Znów docieramy do Barrio de Santa Cruz. A potem do El Peregil i postanawiamy od razu zrobić zakupy, czyli wino z pomarańczy :) Bierzemy wszystko, co było na wystawie: 3 butelki i baniaczek. No tak, Polacy przyjechali i alkohol się w sklepie skończył...;)))
Po zakupach czas na kolację. Wilczy wywlókł mnie do El Patio, bo znów wyczytał w przewodniku, że tu smacznie dają jeść. No dobrze, to poszliśmy, zamówiliśmy zestaw 7 tapasów i cervezę. Miejscowe piwo to Cruzcampo, jest zupełnie wporzo :) W knajpie tłum, hałas, widać, że Sewilczycy zaczynają nocne życie. My wręcz przeciwnie - marzymy o położeniu się do łóżka, ale jeszcze trzeba pogrzebać w internecie i zarezerwować następne noclegi, tylko internet znów nie bangla... Ani w pokoju, ani w foyer, Wilczy usiłuje łapać go rozkładając się na podłodze przy wyjściu, albo na schodach przeciwpożarowych, ale nic z tego. W końcu udaje się połączyć z netem po północy i dowiadujemy się, że w PL jest 5 stopni!... My tu mamy pod 20, więc jesteśmy szczęśliwi :)
Wilczy czule rozmawia z internetem:
- Ty trąbo!... Ty trąbocycie!... Ne rosumi, ne rosumi...

Śniadanko jak zwykle: buły, jamón, ser. Produkuję kanapki i podaję je Wilczemu, dzięki czemu zaczął się zwracać do mnie per "szanowny taśmociągu". Też ładnie...
Robię porządki w łazience.
- Chowam twoją maszynkę do golenia do mojej niebieskiej kosmetyczki - informuję Wilczego.
- Dobra.
Mija 10 minut.
- To gdzie jest moja maszynka do golenia?...
Wyszliśmy z hotelu dopiero w południe, za to przynajmniej wyspani. Pierwszym puntem dnia dzisiejszego była Torre del Oro, czyli Złota Wieża. Nie wiadomo, czy nazwano ją od tej ilości złota, która w niej niegdyś była przechowywana, czy może dlatego, że niegdyś była obłożona złotymi płytkami... Krążą też legendy, że jakiś władca trzymał tu kochankę. Po drugiej stronie starego koryta Guadalquiviru była druga taka wieża, a między nimi był rozpięty łańcuch, zagradzający niepożądanym statkom drogę w górę rzeki, do portu. Takie zasieki :) Niestety, ostała się tylko jedna wieża i aktualnie mieści się w niej minimuzeum morskie. Zacne wielce, jak mieliśmy się już zaraz przekonać :)
Wędrując małymi uliczkami w stronę wieży zatrzymujemy się na jakimś skrzyżowaniu trzydziestu uliczek i zaułków. Ja wielką chustką zasłaniam sobie całą twarz i wycieram nos, Wilczy wpatruje się w strzępki planu miasta i analizuje sytuację. W tym momencie słyszę nagle za sobą:
- Hey, this map is better!...
Odwracam się i widzę, jak jakiś - niewątpliwie Anglik - wręcza swoją mapę Wilczemu. Ten robi głupią minę, dziękuje uprzejmie, Anglik odchodzi, ja chowam chusteczkę...
- No, jesteśmy z tak biednego kraju, że nawet na porządną mapę nas nie stać! - komentuję.
Potem okazuje się, że sprezentowana mapa jest lepsza i te wszystkie zaułki, placyki i skrzyżowania są znacznie lepiej narysowane, niż na naszej.
Wstęp do Torre del Oro - 3 € od głowy. W środku - dwa poziomy z mapami, elementami statków, makietami okrętów m.in. Krzysztofa Kolumba, zdjęciami... Były też wielkie buciory i starodawny hełm do nurkowania :) Generalnie ładnie i atrakcyjnie. No i schody do góry.
- Nie chcesz tam iść - powstrzymał mnie Wilczy przed schodkami, na których już-już stawiałam prawą nogę.
- Faktycznie - przypomniałam sobie, że nie lubię wchodzić pod górę. - Umówmy się, że wciągnąłeś mnie tam za włosy...
- Dobra. Wkopałem cię. Tam jest napisane, że na taras jest 91 stopni - poinformował mnie jeszcze pro forma.
- Bandyci!... - westchnęłam i ruszyłam do góry. Na szczęście na ścianach klatki schodowej, mocno okrągłej, były porozwieszane kolejne atrakcje, więc mogłam się zatrzymywać pod pretekstem ich oglądania...;)

Widok na katedrę z Torre del Oro

Z tarasu roztacza się widok na katedrę i na stare koryto rzeki. Zupełnie jest tu ładnie i wietrznie. Gapimy się jakąś chwilę, robimy kilka zdjęć i schodzimy na dół, kierunek - Archiwum Indii.
Bardzo ładny budynek na planie kwadratu ma dość interesującą historię. Najpierw - kiedy Sewilla była portem morskim - działała tu Giełda Handlowa i odbywała się wymiana towarów z dzikimi krajami :) Potem, kiedy leżący nad morzem Kadyks przejął handel, miejsce mocno podupadło i zamieszkali w nim bezdomni. Aż postanowiono umieścić tu Główne Archiwum Indii, czyli zgromadzić w jednym miejscu rozproszone po różnych miastach dokumenty. Dziś jest to największy zbiór dokumentów, dotyczących hiszpańskich kolonii - o historii politycznej, społecznej, ekonomicznej, dziejach kościoła, geografii... Znajdują się też tu rękopisy Kolumba, Magellana i całej masy innych słynnych ludzi.
Wstęp do Archiwum jest bezpłatny, za to trzeba przejść przez bramkę jak na lotnisku. Ludzik oddzielnie, bagaż oddzielnie. Ciekawe, czego nie wolno wnosić, bo my weszliśmy ze wszystkim, co przy sobie mieliśmy, a mieliśmy dużo :) W środku była cała masa regałów z papierami, część wystawiona w gablotach, trochę obrazów, film z angielskimi napisami... i niezłe regały na ten cały bajzel :)
- Nie mamy już coli? - pytam z nikłą nadzieją, bo pić się chce.
- Cola się wykoleiła - odpowiada rezolutnie Wilczy.
Na obiad poszliśmy do knajpki, w której byliśmy pierwszego dnia. Na ciąg dalszy platas. Ja wzięłam swordfish, Wilczy - jakiegoś czikena. Kelner pyta, jakie chcemy piwo:
- Pequeño or big?
- Duże - odpowiadamy chórkiem, pomagając sobie rękami. W ten sposób w jednej konwersacji umieściliśmy trzy języki...;)
Po obiedzie poszliśmy do Kościoła Zbawiciela (Iglesia del Salvador), bo po pierwsze - wejść tam można na bilet z katedry, a po drugie - kościół jest tuż obok naszej knajpki obiadowej. Wielki i odjechany, kosmos normalnie. W dodatku ma bezpłatny kibelek (oczywiście z ceramicznym szaleństwem w środku) i coś w rodzaju muzeum. Obejrzeliśmy wszystko bardzo dokładnie, łącznie z dekoracjami, przygotowanymi do obchodów Wielkiego Tygodnia. Cała Sewilla wychodzi wówczas na ulice i chodzi w pochodach, nosząc takie ogromne platformy ze scenami i postaciami, głównie pokutników, ale też różnych świętych. A platformy potrafią być megawypasione...
Kościół Zbawiciela stoi przy - niespodzianka! - placu Zbawiciela, a dokładnie po drugiej stronie placu jest bar - La Bodeguita, szalenie okupowany przez wszystkich. Istotnie, cały plac zapchany jest po dziurki w nosie klientami Bodeguity. Część z nich stoi w kolejce (pewnie tak już ze dwie godziny, a końca nie widać ;p), część coś je/pije, stojąc po prostu na placu. Ludzie krążą, stoją grupkami, tabunami i wyglądają na szczęśliwych. I nigdzie im się nie spieszy... interesujące, nieprawdaż? :D
- Daj mi mapę - mówię do Wilczego, żeby sprawdzić, dokąd jeszcze należy pójść. Ten zaczyna się macać po kieszeniach. Idzie przed siebie i się klepie wszędzie.
- Co, masz za dużo kieszeni?...
- Nie, zostawiłem telefon w hotelu...
I w końcu nie dał mi tego planu, no!...
Następnym przystankiem był plac Alameda de Hercules. Taki tam... żadna rewelacja przy tym, co widzieliśmy do tej pory, ale miał jedną zaletę: ogródek knajpiany z jerezem :) To znaczy jerez zamówiłam ja, ten troglodyta wziął piwo. Do jerezu było ciastko, które Wilczy prawie całe pożarł samodzielnie, więc musiałam go zabić na miejscu.
- Kojarzysz tych gości, co w knajpach kwiatki roznoszą? - pyta mnie nagle znad swojego piwa Wilczy.
- No... tak - mówię, domyślając się, że pewnie gdzieś za moimi plecami taki buszuje.
- No to właśnie patrz...
Obok nas przechodzi facet z... kaktusami!
Uparłam się jeszcze skorzystać z toalety, więc odstałam swoje w kolejce na tyłach budyneczku właściwego. Stałam tak i machałam do Wilczego, i robiłam głupie miny, bo ktoś niewątpliwie w środku utknął. I potem weszłam do kibelka zdecydowanie różniącego się od wszystkich innych hiszpańskich kibelków: był POTĘŻNY, można było w środku tańczyć kankana zastępem dziewcząt normalnie. Zazwyczaj miejscowe toalety są tak ciasne, że ciężko się obrócić, a dodatkowo w niektórych jeszcze jest bidet, co już całkiem skutecznie unieruchamia osobę we wnętrzu. Tym razem było inaczej i tylko niestety zapach nie pozwalał spędzić tam więcej czasu...
Poszliśmy rzucić okiem jeszcze na mury miejskie i Basilica de La Macarena. W sumie to było najdalej na północ położone miejsce w mieście, które odwiedziliśmy...:)
Wracając zahaczyliśmy jeszcze o uroczą knajpkę z kawą, gdzie usiłowałam stworzyć nowy język i poprosiłam o kawę mówiąc naraz (w jednym słowie) po hiszpańsku i angielsku, i nic dziwnego, że pani mnie nie zrozumiała :)
Wieczór spędziliśmy na obowiązkowych zakupach - od buły śniadaniowej począwszy, przez Manzanillę, powidła pomarańczowe i miód, a na winie pomarańczowym skończywszy. Zapasy trzeba zrobić!
Wilczy potem przez kilka miesięcy pytał mnie, CZEMU, DO LICHA, kupił tak mało wina pomarańczowego...
No i właśnie też nie wiem - a przecież miejsce w aucie jeszcze mieliśmy... Nie jedzie ktoś do Sewilli, do baru El Peregil, na najlepsze wino pomarańczowe na świecie?...;)
Zachciało nam się obejrzeć jeszcze jeden kościół, którego dach widać z okna naszego pokoju, więc uznaliśmy, że gdzieś tam znajdziemy z pewnością jakąś kolację. Do kościoła co prawda dotarliśmy, akurat była procesja (a może próba procesji?), dookoła stało mnóstwo ludzi, w kościele też, w grupkach, rozmawiali, żartowali, doskonale się bawili i wcale nie stresowali się tym, że są w kościele. No ale trudno się dziwić - tutaj kościoły są wkomponowane w architekturę, a w tym samym ciągu budynków, obok kościoła, jest kilka barów, sklepów z pamiątkami, domów... ileż ścian zwykłych kamienic przylega do ścian kościołów!... Tutaj wszystkie sfery życia się przenikają, nie to, co u nas - kościół stoi na osobnej parceli, z mnóstwem miejsca dookoła i nie ma mowy, żeby był częścią architektury...
W rezultacie na kolację poszliśmy do knajpki usytuowanej na parterze kamienicy z naszym hotelem. Zaczęliśmy od smażonych w oliwie z czosnkiem krewetek - okazało się, że są mocno ostre, wszystko przez te malusieńkie skrawki papryczki - trzeba bardzo uważać, żeby ich nie wziąć do ust, bo wypalą śluzówkę i zostawią zgliszcza... Jako drugie danie wystąpił - byczy ogon! :) No nie mogłam się powstrzymać. Wilczy patrzył na mnie z pewną taką rezerwą, ale jak spróbował, to się przekonał. Pyszne, mięciutkie mięsko, drobno pokrojone i doskonale przyprawione. I na co tu się krzywić? :) To była całkiem smaczna kolacja :)

Krewetki na ostro i ogon byka :)

Sewilla - Pedras d'El Rei, so-nie, 16-17 marca

Dziś opuszczamy stolicę Andaluzji i flamenco, miasto drzew pomarańczowych... Z pewnością będziemy tęsknić, ja już wiem, że chciałabym tu wrócić. Tymczasem jemy śniadanie, podczas którego Wilczy zyskuje kilka nowych tytułów:
Wilczy - pogromca żarcia!
Wilczy - zdobywca kiełbasy i gnębiciel sera!
Spakowani, zanosimy rzeczy do auta, regulujemy rachunek za parking i ruszamy znów w drogę. Niebo jest nieco pochmurne. Wyjazd z miasta nie nastręcza takich problemów, jak wjazd do niego i już niebawem jesteśmy na autostradzie wiodącej prosto do Portugalii. Wilczy otwiera paszczę i pokazuje na nią palcem.
- Co? - pytam inteligentnie. - Śliwka?
- Pić!...
Wyciągnęłam napój i zaczęłam pić. Spojrzał na mnie zdegustowany i powiedział ponuro:
- Chyba się nie zrozumieliśmy...
Przez Rio Guadiana, która jest naturalną granicą między krajami, przejeżdżamy pięknym mostem i już jesteśmy w innym świecie. Zjeżdżamy do miasteczka Tavira. Wilczy objechał je w kółko siedem razy, pokłóciliśmy się natychmiast, co robić, w końcu gdzieś stanął i przeszliśmy się obadać miejsce. Znaleźliśmy miejsce z knajpą i parkingiem, więc przeparkowaliśmy się i usiedliśmy w restauracji, zamawiając kurczaka. Podobno słynnego. Dogadać się można wyłącznie po angielsku, portugalski jest podobny do niczego.
- Ciekawe, czy portugalski różni się od hiszpańskiego tak, jak np. polski od czeskiego - mówię.
- Przestań! - obruszył się Wilczy. - Przestań czytać mi w myślach!...
- Bo może jakiś kabel między nami jest...
- Albo Wi-Fi się dostroiło...

Przystawki - pyszny ser! Danie główne: słynny kurczak i deser czekoladowy :)

Jako starter przyniesiono nam okrągły kawałek sera, krokiety, oliwki, masło i jakąś pastę z sardynek. I chleb. Pan poinformował nas, co z tego jest płatne dodatkowo - otóż ser i krokiety są. Ponieważ byliśmy głodni, a ser wyglądał apetycznie, to rzuciliśmy się na niego na tyle szybko, na ile pozwalały standardy dobrego wychowania i pożarliśmy go do ostatniej okruszynki. Był pyszny! Krokiety zresztą także niczego sobie.
Danie główne, ten słynny kurczak, to kawałki upieczonego kurczaka, podane z frytkami i szczątkową zieleniną, całkiem smaczne i dobrze przyrządzone, więc nie narzekaliśmy. Obawiam się, że w ramach rozpusty wzięliśmy nawet deser, coś o czekoladopodobnej nazwie i okazało się, że było to coś w rodzaju budyniu czekoladowego. Też smaczne. W końcu mogliśmy pojechać dalej, do miejsca naszego noclegu, czyli do Pedras d'El Rei.
Miasteczko to tak naprawdę wielki kompleks wypoczynkowy. Składa się z różnego rodzaju budynków z różnym wyposażeniem: są apartamenty, bungalowy, domki, są pewnie także pokoje, są baseny, restauracja, sklepik... Wszystko jest z widokiem :) Na ocean, rzecz jasna :) Dostaliśmy apartament bardzo blisko drogi na wyspę, na której jest główna atrakcja - czyli Cmentarzysko Kotwic.

Trochę statystyki:
Godzina: 16:46
Temperatura: 17°C
Dzisiejsza trasa: 180,8 km
Całość trasy: 3605 km
Dzisiejsza średnia prędkość: 75 km/h
Średnia prędkość całej trasy: 102 km/h
Dzisiejszy czas jazdy: 2 h 23 min.
Czas jazdy całej podróży: 35 h 16 min.


Mieszkamy na parterze domku. Apartament numer 15 składa się z dużego pomieszczenia sypialnio-salonowego, oddzielnej malutkiej kuchenki i łazienki z podstępną wanną, która usiłowała mnie zabić. Otóż wanna nie ma płaskiego dna, żeby można sobie było w niej stanąć jak człowiek, czy w ogóle manewrować. Wanna ma dno półokrągłe, dzięki czemu - szczególnie, jeśli na dnie jest woda i jest ślisko - utrzymanie równowagi graniczy z cudem. Można się w niej poruszać wyłącznie w pozycji na kolanach...
Mamy też wyjście na taras, z którego - na upartego - można zejść na ziemię. Wyposażenie w klimacie trochę mauretańskim, ciemne, ażurowe meble. Naprawdę tu ładnie, otoczenie też zadbane, podoba nam się i chyba trochę szkoda, że przyjechaliśmy tu tylko na jedną noc :)
Psyche smaruje w kapowniczku w towarzystwie kota - gościa. Że z tarasu do ziemi jest blisko, przekonujemy się, kiedy pojawia się na tarasie kot. Ostrożnie podchodzi do drzwi balkonowych i patrzy na nas uważnie. Nie wyganiamy go, więc ośmiela się i wchodzi do środka.
- Miał być pokój z widokiem, a nie z kotem - komentuje Wilczy.
Kot, nadal przez nas ignorowany, wszedł dalej, rozejrzał się, wskoczył na krzesło i zapadł w letarg. Wyczuł sprzymierzeńców, pozwolił się sfotografować, zaczął mruczeć i nie przeszkadzało mu delikatne głaskanie. W pewnym momencie zaczął ciężko oddychać i Wilczy stwierdził, że kot rzęzi...
Znudziło mu się na krześle, zlazł więc, obrał kurs na kuchnię, wlazł do środka, usiadł, obejrzał się na nas i miałknął. Że co?!?... No nie, to już jest lekka bezczelność, wprosić się komuś do domu i od razu żądać jedzenia!... Chociaż w sumie - pomyślałam - on zachowuje się jak ja...;)
No niestety, nie mieliśmy jedzenia, a już na pewno nie takiego dla kotów, więc wyprosiliśmy tłuściocha za drzwi i poszliśmy nad morze, żeby obejrzeć tę atrakcję, dla której tu wylądowaliśmy: kotwice.
Między lądem a oceanem właściwym leży spora, ciągnąca się na kilka kilometrów wyspa, na którą musieliśmy dostać się mostkiem (kotwice są po jej drugiej stronie). Zaraz za mostkiem mieści się stacja kolejki, która dowozi do atrakcji. Bilet na kolejkę nie jest drogi (1,2 €), ale dla gości Pedras d'El Rei jest darmowy - ze specjalną kartą, którą dostaliśmy przy zameldowaniu. Wsiadamy do typowych turystycznych wagoników i w całe 5 osób jedziemy sobie powoli przez wyspę, podziwiając rozlewiska i roślinność. Mniej więcej w środku trasy jest stacja przesiadkowa, pewnie w sezonie krążą tu dwie kolejki i w tym miejscu mają mijankę. Teraz kolejka wiezie głównie powietrze...
Dojeżdżamy do stacji końcowej. Jakaś knajpka, kilka budynków. Latem są tu wystawione parasole i plażing :) Teraz hula wiatr i szaleją wędkarze ;) Chyba mają jakieś zawody, bo po prawej i lewej stronie od wyjścia na plażę stoją jakieś spore grupy machające wędkami. Tak z brzegu.
Ocean jest oczywiście bezkresny. Fale potężne (chociaż tym greckim, na południu Milos, nie dorastają do pięt). Wilczy pcha się bliżej wody, wygrzebując z piasku muszelki. Ocean też się chce zaprzyjaźnić i Wilczy nagle podrywa się i truchcikiem, drobiąc jakiś irlandzki taniec, ucieka do tyłu przed jęzorem fali ;)
Zaraz obok, na niedużym wzgórzu, leżą kotwice. Mnóstwo ogromnych, zardzewiałych kotwic, poukładanych w równych odstępach, podobnież na pamiątkę rybaków, którzy łowili w tych wodach tuńczyka. Niestety, jego populacja mocno spadła i poławianie stało się nieopłacalne. Rybacy porzucili więc swój zawód i musieli się przekwalifikować, pozostały po nich tylko te kotwice.
Cmentarzysko kotwic robi ogromne wrażenie. Jest ich mnóstwo, są potężne, leżą w dwóch grupach, pierwsza jest częściowo ogrodzona. Zatopione w piasku, jednym z ramion skierowane oskarżycielsko w niebo, a niebo robi się granatowe, straszące deszczem...
Po sfotografowaniu wszystkich kotwic świata dołączam do Wilczego i też zbieram muszelki. Tych też jest mnóstwo, a ocean co i rusz wyrzuca nowe. Są piękne, najprzeróżniejszych kształtów i kolorów. Mamy już ich pełne kieszenie i postanawiamy wrócić do hotelu. Tym razem nie decydujemy się na kolejkę, wracamy na piechotę, co i rusz zbaczając ze szlaku pomacać jakąś roślinkę. Takie nasze doniczkowe rosną sobie tutaj jako chwasty ot tak, na ziemi, po prostu. I mają kolce na przykład :) Albo szyszunie, takie malutkie i słodziutkie, natychmiast podnoszę z ziemi gałązkę obsypaną tym dorbiazgiem i zabieram ze sobą. No łupów tośmy nabrali ;)
Z szyszuniami się trochę chowam, bo nie wiem, a może to jakaś święta roślinka jest, w życiu bym tego nie zerwała z drzewa, ale skoro leżało na ziemi, to chyba można?... Tymczasem przechodzi obok nas grupka lokalnej młodzieży i demoluje rosnący krzak. No wiecie co...
Przechodząc mostkiem z powrotem na stały ląd oglądamy życie podwodne. O, ukwiały!...
- Pamiętasz, one się tak chowają - mówi Wilczy. Pewnie, że pamiętam, oczywiście chciałabym to natychmiast zobaczyć!...
- No!... Dźgnij go!... Parasolem! - mówię rozgorączkowana, bo do ukwiała daleko. Wilczy posłusznie zbliżył ostrożnie czubek parasola do ukwiała, ten się oczywiście schował, a my rozchichotaliśmy się jak dzieci.
- Z parasolem na ukwiały - powiedział Wilczy. - Tytuł rozdziału w relacji...
- Nie. Nie. Dość tego. Nie jadę z Tobą nigdzie więcej bez dyktafonu! Ciągle coś gadasz, a ja nie mogę tego zapisać, bo nie mam pod ręką kapowcznika!...
- Tak? - stwierdził zjadliwie Wilczy. - Będziemy go wybierać trzy miesiące! Zobaczysz! Ten nie, tamten nie, bo coś tam, bo niewystarczająco dobry...
- Nie, weźmiemy pierwszy lepszy!
- Nie! Musi być taki za miliard dolarów...
- Y?...
- Będzie kawę robił!...
- A. - Zamykam się na takie dictum i wcale nie zastanawiam się, jak dyktafon ma robić kawę, wcale. Wolałabym, żeby nagrywał. Wystarczyłoby mi. Naprawdę. Jakiś sponsor?...;)
Wracamy do pokoju i przeglądamy zgarnięte z recepcji ulotki o lokalnych atrakcjach. Całkiem tego sporo - jakieś urocze groty morskie, ciekawe miasteczka i wsie wokół...
- A my ciągle gdzieś gonimy! Ciągle!...
- Tu trzeba przyjechać na tydzień. W Faro, 30 km stąd jest lotnisko.
- Właśnie. Wynająć auto i jeździć po okolicy...
Oczywiście już mamy zaplanowaną następną podróż, zastanawiamy się tylko, z kim i w jakiej porze roku...;)
Potem rozmowa schodzi na facetów. Że nie robią już takich, którzy adorują kobiety. I dokładnie w tym samym momencie mówimy razem:
- Ty byłeś z ostatniego sortu - to ja.
- Ja byłem ostatni - to on. No i znowu mówimy to samo w tym samym momencie...;)
W zapadających ciemnościach poszliśmy na spacer. Najpierw między domkami, obok pustych basenów i nieczynnych jeszcze pryszniców przybasenowych, obok przepełnionej restauracji na tyły budynku głównego. Tam właśnie mieści się supermarket, czynny od 9.00 do 13.00, a potem od 16 do 18.30. Aha. No to ruszyliśmy w stronę Santa Luzia. Najpierw było nic, czyli tylko ciemna szosa, a potem deptak nad morzem ze ślimakami. Skojarzenie z Dzikim Zachodem miałam prawidłowe: Wilczy natychmiast postanowił ratować wszystkie ślimaki przed rozjechaniem, rozdeptaniem i każdą inną krzywdą czyhającą na biedne zwierzątka. Minęliśmy lokalny stadion i doszliśmy do miasteczka.
Miasteczko zaczęło się deptakiem nadmorskim. Po jego morskiej stronie, na mieliźnie (odpływ?) malowniczo leżały łodzie, oświetlone latarniami ulicznymi. Po lewej stronie stały wymarłe domy. Doszliśmy do Cafe Restaurante Valformoso i trochę nas zastopowało.
- Idziemy na piwo? - zapytałam podstępnie, planując kolację.
- A chodź - zgodził się Wilczy. - Jeśli czynne...
I tak trafiliśmy do knajpy, w której byliśmy jedynymi gośćmi. Pani siedziała sobie na zydelku i oglądała telewizję, ale na nasz widok uśmiechnęła się szeroko i mimo późnej pory powiedziała:
- Można coś zjeść! Można coś wypić!
I zaczęła wymieniać, co ma smacznego.

Przystawki, muszle i sałatka z octopusa

Z piwa zrobiła się butelka białego wina. W ramach przystawek przyjechał chleb, pasta z tuńczyka (nie ruszyliśmy), masło, oliwki i marynowana marchewka (interesujący smak:). Jako danie główne wzięliśmy crockles (małe muszle) i sałatkę z octopusa. Muszle były usmażone z całymi ząbkami czosnku w skórce (czosneczek przepyszny, muszle też niczego sobie :). W sałatce z octopusa była zielona papryka, cebula i biała fasolka. Generalnie wszystko bardzo smaczne :)
Wieczór zakończyliśmy spacerem po porcie. Wleźliśmy na keje między wielkie łodzie rybackie, rozdeptując zdechłe octopusy, przeganiając koty, bardzo starając się nie wlecieć do wody, bo keja śliska jak diabli. Uśpiony port wyglądał bardzo malowniczo. No romantycznie aż strach. Niemniej jednak zmęczenie wzięło górę - czas paść na łóżko :) W drodze powrotnej do naszego apartamentu Wilczy co i rusz pytał:
- Daleko jeszcze?...
A potem nastąpił ZGON.

Obudziłam się i słyszę ciurkanie wody.
- To deszcz? - pytam Wilczego, bo widzę, że on też już nie śpi.
- Aha. Burzę słyszałaś?
- Jaką burzę?...
- No, grzmotnęło.
- Tutaj???
- Tak.
- Y...
Przespałam grzmoty, nieźle. Wilczy się zwlókł z wyra i poszedł do mauretańskiego kibla, a ja włączyłam grzanie (czyli klimę). Jakoś zimno. Deszcz przybrał na sile. Leje jak z cebra.
Zrobiłam śniadanie, mając nadzieję, że jednak deszcz trochę minie, albo co. Po śniadaniu odsunęłam talerz i mówię:
- Pan sprząta.
A Wilczy na to:
- Pan sprząta, pani sprząta, społeczeństwo sprząta...
Do śniadania mieliśmy pomidorki cherry. Jak dzieci zaczęliśmy się nimi bawić i układać wzorki - z nich i tabletek (ciągle usiłujemy wyzdrowieć trochę). No jak dzieci...;)
Wilczy odsuwa zasłonę z drzwi tarasowych, a tam... kot. NASZ kot!... Na krzesełku sobie siedzi, napuszony taki. Postanowiliśmy go zignorować. Ale co jakiś czas sprawdzaliśmy, co z nim... Jak deszcz trochę się zmniejszył, kot poszedł na trawnik w ramach toalety. Strasznie kiepsko mu szło, jakoś długo się męczył biedak. Tymczasem ja się rozkaszlałam straszliwie.
- Czy jest ktoś zdrowy w tym pokoju?...
- Nawet kot ma zaparcia...
Spakowaliśmy się wreszcie i zaczęliśmy wynosić graty do auta, w ciągle kropiącym deszczu. Podchodzimy do samochodu, a na nim pięć kotów, wszystkie chyba okoliczne, siedzą stadem, na dachu, na masce... Wszędzie!... Maska ubłocona masakrycznie ich łapami, w dodatku porysowały skubane lakier - trzeba wziąć to pod uwagę, wybierając się tam autem. Jak podchodziliśmy, to większość kotów zlazła dość szybko sama, ale ten "nasz" został do końca. No jednak chyba wziął nas za rodzinę!...
W deszczu opuściliśmy gościnne progi Pedras d'El Rei i ruszyliśmy na północny zachód - do Lizbony.

Pedras d'El Rei - Lizbona/Sintra, nie-czw, 17-21 marca

Deszcz nieco zelżał. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej na kawę i ciastko. Byliśmy jedynymi gośćmi stacji... Ruch na autostradzie prawie żaden. W damskiej toalecie brakowało papieru toaletowego. Poczułam się od razu jak w Polsce... Chociaż u nas na tych sieciowych stacjach to takie sytuacje prawie się nie zdarzają :)
Jedziemy sobie spokojnie, a Wilczy co i rusz mnie pyta, czy chcę siku. Bo jak wiadomo, ja chcę siku zawsze. Co zobaczy znaczek stacji, to pyta. Odpowiadam uparcie, że nie. W końcu chłopak się zdenerwował i mówi, celując we mnie pistoletem zrobionym z palców:
- Kim jesteś?!?

Ponte 25 de Abril

Dojechaliśmy do mostu Ponte 25 de Abril - czyli Mostu 25 kwietnia. Przejazd nim w stronę miasta jest płatny: 1,60 €. Normalnie przed wjazdem na most stoją bramki jak na autostradzie, pobór opłat i jechane :) Pod tym mostem 6,5 roku temu przepływaliśmy Pogorią. Jest to drugi najdłuższy most w Europie (rozpiętość części wiszącej to 2280 m). A nazwany został tak na pamiątkę Rewolucji Goździkowej - prawie bezkrwawego zamachu stanu, podczas którego w lufy karabinów żołnierzom wkładano goździki. Lizboński most przypomina słynny Golden Gate w San Francisco.
Po zjechaniu z Ponte 25 de Abril niemal się nie zgubiliśmy. Otóż ulica, którą powinniśmy jechać, okazała się być rozkopana. Co było robić, trzeba było nakombinować uliczkami bocznymi, znaleźć się na planie i jakoś ogarnąć ten bałagan, który nam tu narobili ;) Nie obyło się bez zakazów skrętów w lewo czy jednokierunkowych uliczek, ale generalnie szybko opracowaliśmy plan B i zajechaliśmy pod Travel Park Hotel Lisboa, gdzie trzeba było stanąć na ulicy oczywiście, ale tutaj wszyscy tak parkują... Wilczy sprawnie załatwił wszystko w recepcji, wjechaliśmy do podziemnego parkingu i przenieśliśmy się do pokoju.
Z parkingu na poziom gruntu wyjeżdża jedna winda. Do foyer z barem. Stamtąd trzeba się przejść korytarzykiem do głównej recepcji, przesiąść do drugiej windy i wjechać na 3 piętro...

Trochę statystyki:
Dzisiejsza trasa: 310 km
Całość trasy: 3916 km
Dzisiejsza średnia prędkość: 92 km/h
Średnia prędkość całej trasy: 101 km/h
Dzisiejszy czas jazdy: 3 h 21 min.
Czas jazdy całej podróży: 38 h 39 min.

Widok z okna mamy kiepski. Na dole - patio, naprzeciwko - blok mieszkalny. No dobra, moglibyśmy podglądać życie rodzinne, ale niekoniecznie chcemy ;) Wyposażenie pokoju standardowe: szafa z sejfem, łazienka z bidetem, wanną, suszarką do włosów i czepkiem kąpielowym. Lodówka z alkoholem, Wi-Fi na hasło - do każdego urządzenia osobne. Rzucamy bety i ruszamy w miasto, szkoda czasu na siedzenie w hotelu :)
Stację metra mamy praktycznie tuż obok hotelu, schodzimy na dół i usiłujemy kupić bilety. Decydujemy się na kartę (0,50 €), na którą możemy załadować bilety 24-godzinne (6 €), działające na wszystko w mieście - także elevadory, co istotne :) Niestety, nie mogliśmy się dogadać z maszyną, dopiero pomogła nam pani z obsługi stacji - okazało się, że maszyna nie wydaje reszty (ta konkretna była przeciwko nam, inne wydawały), a my pchaliśmy uparcie za duży banknot. Pani nam rozmieniła pieniądze i udało się kupić bilety, które natychmiast wypróbowaliśmy w bramkach. Bramki to takie duże, szklane, rozjeżdżające się drzwi, trochę mnie stresowały, czasem nie chciały się otworzyć, bo... stałam zbyt daleko od nich. Bramki pokazują też, do kiedy jest ważny bilet, dzięki czemu teoretycznie mamy kontrolę nad tym, kiedy trzeba kupić następny. Przy wychodzeniu z metra także trzeba oddać bezdusznej maszynie kartonik z biletami, nie da rady inaczej.
Wysiedliśmy z metra na stacji Baixa i podreptaliśmy natychmiast do Elevador de Santa Justa, czyli jednej z najpiękniejszych wind w mieście. Żelazna konstrukcja, wybudowana w 1902 roku, miała nawiązywać do Wieży Eiffela. Winda wiezie pasażerów na 45 metrów, do położonej wyżej części Lizbony, a przy jej wyjściu znajduje się oczywiście jedna z wielu w mieście platform widokowych :) Przejazd windą jest płatny, ale z naszą kartą i biletem 24-godzinnym weszliśmy już bez opłaty. Karta niestety nie likwiduje kolejki, czasem trzeba chwilę poczekać :)
Danie z ryżem i owocami morza Na górze zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia i tak trafiliśmy do jakiejś mocno lokalnej restauracji i zamówiliśmy danie składające się z ryżu i owoców morza, które nie nazywało się paella, tylko jakoś inaczej. Do tego vino de casa i odpoczynek.
Dostaliśmy ser (2,30 €), krokiety (1,60 €) i oliwki po eurasku. Po czym przyjechało coś w rodzaju risotta. W środku były całe wielkie krewetki, paluszki krabowe i coś w połamanych, dużych muszlach. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że to krab! W życiu jeszcze nie jadłam kraba :) Jest całkiem przyzwoity, jak całe danie, jedyny problem polega na tym, że trzeba sobie resztki skorupy wydłubywać z zębów. A można te resztki znaleźć wszędzie...
Toaleta przybytku mieści się w podziemiach. Znaczy, piętro niżej - na jakimś innym, nieznanym poziomie miasta. Bo Lizbona jest bardzo mocno wielopoziomowa :)
Przeszliśmy się jeszcze kawałkiem miasta, po czym - zmęczeni - wróciliśmy metrem do naszego hotelu. Tuż obok wyjścia z metra jest sklep z owocami, skusiliśmy się na kilka truskawek (niecałe 2 € za kilogram) i najtańszą pomarańczę (0,36 € za kilo!). Spróbowaliśmy w pokoju. Truskawki jak truskawki, no dobra, jest marzec, zadka nie urywają, ale smaczne. Ale pomarańcza!... Pomarańcza była genialna! Natychmiast poszliśmy po więcej :)
Z drugiej strony hotelu wyczailiśmy pralnię publiczną, można z niej skorzystać za 4 euro. Powoli kiełkuje w nas myśl, że może warto skorzystać :)
Tymczasem w ramach atrakcji na koniec wieczoru wystąpił prysznic, który usiłował mnie zabić. Nie leci z niego woda rozproszona, jak z każdego innego, tylko leci strumień i nie da się tego wyregulować. To jakaś stara i popsuta Roca. Trudno, co zrobić...
Na dobranoc obejrzeliśmy pół "Lisbon story" :)

- Wstawaj - mamroczę półprzytomna do Wilczego o poranku w poniedziałek. - Trzeba znaleźć śniadanie...
- To gdzieś na dole - odmrukuje. - Śniadania mieszkają na dole...
Odsłaniając zasłony opowiadamy sobie sny. Za oknem - oślepiające słońce, cudnie :)
Na śniadanie trzeba przejść do dalszej części hotelu, za windę do garażu i jeszcze za patio, widoczne z naszego okna. Trzeba się wylegitymować numerkiem pokoju i można korzystać z bufetu. Mają tu herbatę :) Mają też jakieś paróweczki na ciepło, jajecznicę, pieczarki duszone, bekon smażony oraz tradycyjny szwedzki stół z podłą wędliną, serami, jogurtami, dżemami... Typowe śniadanie w hotelu. Najadamy się na zapas, dopychamy jeszcze kawą i tak zadbawszy o żołądki możemy ruszać na podbój miasta.
Lizbona jest konikiem Wilczego, zatem pozwalam mu zająć się planowaniem zwiedzania, ja ogarnęłam Sewillę, niech on też się wykaże :) Idziemy oczywiście do metra.
Wysiadamy na Baixa i spacerujemy w stronę Tagu, który u ujścia jest wielkim rozlewiskiem, a nie rzeką. Docieramy do Praça do Comèrcio, gdzie korzystamy z mapek dostępnych w Informacji Turystycznej. A potem - wsiadamy do tramwaju linii 25E. To jedna z linii turystycznych, obowiązkowych w Lizbonie :) Jeżdżą na niej krótkie, urocze wagoniki, jest mało miejsca i bywa tłoczno, bo korzystają z niej normalnie mieszkańcy. A nic dłuższego na te serpentyny górskie nie można wpuścić, bo zwyczajnie nie zmieści się na zakrętach...;)
Do tramwaju wsiada się pierwszymi drzwiami i tuż za kierowcą kasuje się bilet lub przykłada się tę kartę, która w tym przypadku jest kartą magnetyczną po prostu. Wysiada się drzwiami ostatnimi, dzięki czemu jest zachowany jakiś porządek. Nam się to niestety nie zawsze udawało... Ech, ci turyści!...;p
Przejazd przez miasto jest mocno rozrywkowy i nie ma żadnej możliwości, żeby tramwaje trzymały się rozkładu. Jedziemy wąskimi uliczkami, tory położone są na środku, gdzie tylko się da - parkują samochody, czasami tramwaj wręcz ociera się o ścianę budynku. Z życia wzięte: nasz tramwaj zatrzymuje się nagle na środku ulicy, bo po prawej stronie parkuje samochód. Duży van ze złożonymi lusterkami. Tramwajowi brakuje dosłownie kilka centymetrów... Pani motornicza majtnęła wajchą, cofnęła trochę wagonik i zaczęła dzwonić. Po jakimś czasie przychodzi kierowca i bez zbędnego gadania po prostu przestawia auto :) I tak kilka razy. Czasem trzeba zaczekać, bo ktoś parkuje na siedemnaście... Ot, taka tam codzienność lizbońskiej starówki :) I nawet nikt się nie denerwuje zbytnio, tylko trochę czasami, jak czekanie na kierowcę się przedłuża.
Wysiadamy pod Bazyliką da Estrela i podziwiamy kawał architektury (no kościół jak kościół ;p), potem krótki spacerek po parku naprzeciwko i polowanie na kolejny tramwaj. Coś jest nie halo z tymi tramwajami, chcielibyśmy wsiąść w 28, ale okazuje się, że... nie każdy tramwaj tej linii jedzie tą samą trasą - niektóre mają trasę skróconą. Miotamy się między przystankiem, na który powinien podjechać tramwaj "z trasy", a pętelką, na której stoi ten, który zakończył tu kurs. Wybieramy oczywiście źle - pchamy się do megazatłoczonego wagonika, podczas gdy z pętli rusza kompletnie pusty i... jedzie przed nami!... Hańba!
Wilczy od początku wyjazdu cierpi na czarnowidztwo dotyczące kibelków w knajpach. Wydaje mu się, że w tym dzikim świecie ludzie nie sikają...;) Co i rusz sobie o tym przypomina i muszę mu tłumaczyć, że jednak nie, że kible w knajpach są i mają się dobrze. Może są nieco zaniedbane, szalenie ciasne, minimalistyczne i nieraz nie można do nich wejść, nie ocierając się o ściany, umywalki i inne elementy po drodze, ale generalnie wszystko działa. Nieprawdopodobne! ;)
Wysiadamy gdzieś w środku trasy i spacerujemy miastem, w którym sporo ulic składa się wyłącznie ze schodów. I tak tylko góra - dół, góra - dół... Te ulice, które są udostępnione samochodom, zazwyczaj zamieniają się jednostronnie w parkingi. Auta wciskają się w każdą wolną przestrzeń. Schody są z kostki, spomiędzy której wyrasta sobie radośnie mech. Nieliczne drzewka mają swoje małe kółeczka z ziemi. Domy, budowane na zboczach, mają piętra na różnych wysokościach, tak samo, jak wejścia. Na drzwiach - kołatki. Idąc jedną wąziutką uliczką przecinamy inne, na których mieszczą się tylko tory tramwajowe lub od któregoś z licznych funikularów. Kamieniczki stoją przyklejone do siebie, stanowiąc swoistą ścianę ulicy, z wystającymi balkonikami. Zazwyczaj otynkowane i pomalowane na różne kolory, czasami całe obłożone azulejos, czy to z wzorkami, czy to przedstawiającymi całe sceny z życia, swoiste obrazy, często jeszcze okraszone tekstem, ale kto by go zrozumiał ;) Trafiamy na kolejny mirador, czyli punkt widokowy, ten jest w budowie - panowie wymieniają nawierzchnię. Nie ma żadnego problemu, żeby wejść na plac budowy i pogapić się na pofalowane miasto i Tag w oddali. Kto by nas w Polsce wpuścił na plac budowy?!?... A tutaj nawet nie bardzo mają jakieś ogrodzenie...;)
Wędrujemy w dół (bo łatwiej) trasą przejazdu Elevador da Bica - krzywych wagoników, wyglądających jak wagoniki tramwajowe, a działających jak każda kolejka górska: jeden wagonik jedzie w dół, drugi do góry, spotykają się na mijance na środku trasy, a w dziurze między płytkami chodnikowymi widać grubą, stalową linę, która je ciągnie. Wagoniki jeżdżą, ludzie chodzą po tej samej części górskiej ścieżki, na ten sam chodnik wychodzą ludzie z domów i to wszystko jakoś działa, i jakoś nie słychać paniki, że uwaga, tramwaj jedzie!... Ciekawe, czy w ogóle zdarzają się wypadki?
Docieramy na dół tylko po to, żeby wjechać zaraz na górę. Zaczynam podejrzewać, że Wilczy chciał przyjechać do Lizbony po to, żeby sobie pojeździć tramwajami ;) No dobra, ja też lubię takie wynalazki...;)))

Bar przy funikularze

Na górze z wagonika wychodzimy praktycznie prosto do knajpki. Zdecydowanie lokalesowej. Bierzemy obiad dwudaniowy: jakaś zielona zupa warzywna, a na drugie dla Wilczego ryż, frytki, kawałki mięsa, oliwki i na to wszystko sadzone jajo, a dla mnie gotowane ziemniaki, tuńczyk z puszki, sałata, pomidor, oliwki i gotowane jajo. No ok, wybieraliśmy z karty w ciemno :) O dziwo wszystko było jadalne i całkiem smaczne. Przyglądamy się ludziom, atmosfera w knajpie jest rodzinna. Toaleta dla gości i pracowników jest ta sama, umywaleczka za to jest usytuowana na zewnątrz toalety, dzięki temu widać, że wszyscy myją ręce. No dobra, w środku nie było już na nią miejsca :)
Lizbonę zwiedza się tramwajem. Albo jakimkolwiek innym pojazdem szynowym. Nie wyobrażam sobie być w Lizbonie i nie przejechać się funikularem, elevadorem czy tramwajem po wąskich i krzywych uliczkach. To jest po prostu "must do". Zatem po wyjściu z knajpy znów polujemy na tramwaj, żeby przejechać się w losowo wybrane miejsce. Tramwaje jeżdżące po najstarszej części miasta nie są już raczej zabytkowe, za to są stylizowane, dzięki czemu przejażdżka jest naprawdę przyjemna dla oka :) Fajnie, że nie wrzucili na te linie jakichś nowoczesnych wynalazków ze stali i szkła.
Wysiadamy pod Katedrą Sé. Stoi sobie na zakręcie, z malowniczym widokiem na idącą w dół uliczkę z tramwajami. Tuż obok jest uroczy skwerek z podziemną toaletą publiczną, płatną "co łaska" ;) Zapuszczamy się w uliczki obok, fotografując ozdoby na domach w postaci azulejos albo murali. Obok Katedry rośnie szpaler drzew pomarańczowych. Na jednej z kamienic jest azulejosowy obraz przedstawiający chyba kowala. Obok - wariacje na temat lwa :) Ozdoby z kafelków to oni potrafią robić naprawdę piękne.
W przewodniku wyczytaliśmy, że gdzieś tu zaraz obok jest diamentowy dom. No to trzeba go zobaczyć, bo to niezła atrakcja musi być, kluczymy więc wąskimi przejściami, bramami, schodami i wychodzimy kilka pięter niżej na ulicę. Po czym ogarnia nas obrzydzenie. Diamentowy dom to nic innego, jak zwykły dom, z cementową fasadą w kształcie dziobów. Takie wystające z prostej ściany rzędy trójkątów, nie tylko nie jest to atrakcyjne, ale wręcz przeciwnie - jest paskudne i doprawdy wstyd pisać o takich rzeczach w przewodnikach. Powinni kazać unikać takiego miejsca, szczególnie po tak estetycznych doznaniach jak azulejos kilka pięter wyżej!... Trudno, co zrobić, uciekamy z tego miejsca czym prędzej i tyle.
Znowu łapiemy jakiś tramwaj i wysiadamy z niego nagle przy kolejnym miejscu, gdzie nam się wydaje, że będzie fajnie. To następny punkt widokowy. Jeden z ładniejszych, które widzieliśmy: ma pięknie urządzony placyk z podcieniami, oczywiście wszędzie nieodłączne azulejos, a do tego gra uliczna orkiestra, a ludzie tańczą :) Przypadkowi przechodnie dają się porwać w wir zabawy. Fascynujące :)
Turlamy się dalej. Tym razem idziemy znaleźć tajemniczy dom z filmu "Lisbon Story" - Palácio Belmonte. Teraz mieści się w nim hotel i to jeden z najdroższych w mieście. W filmie grają też okoliczne kamienice, po których zostały dziś tylko ruiny. Przemykamy dziedzińcem hotelowym, szukając wejścia, bo podobno na tarasie hotelu można się napić kawy z widokiem na Tag, ale jedyne drzwi, które znajdujemy, to te główne z filmu, czerwone wrota, zamknięte i bez szyldu. Miejsce niby zadbane, a jakby wymarłe. Ciekawe...
Następne wąskie uliczki. Żeby było jeszcze zabawniej - z ruchem wahadłowym :) Akurat jest czerwone światło. Tramwaj zatrzymuje się przed sygnalizatorem i cierpliwie czeka, teraz zielone mają ci z dołu. Za tramwajem stroi jakiś niecierpliwy samochód. Nic się nie dzieje, auto się decyduje zatem, wyprzedza tramwaj i jedzie w dół i... na zakręcie spotyka się z tramwajem, jadącym pod górkę. Ze względu na warunki nikt nie ma tutaj szansy rozwinąć większej prędkości niż jakieś 20 km/h, więc wszyscy się grzecznie zatrzymują i auto musi mocno kombinować, żeby zrobić tramwajowi wolny przejazd. I po co się było spieszyć?...;p
Usiedliśmy w knajpce usytuowanej dokładnie na zakręcie tej wąskiej uliczki i gapiliśmy się na tramwaje. Posileni kawą i ciastkiem ruszyliśmy dalej zwiedzać, ale okazało się, że kończy się czas naszym biletom. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że zdążymy dojechać do jakiejś stacji metra z automatem, ale po 15 minutach oczekiwania nie przyjechał żaden tramwaj, a bilet nam się konsekwentnie skończył całkiem. Pewnie znów gdzieś ktoś zaparkował na torach. Po 20 minutach przyjechały 4 tramwaje pod rząd...
Zeszliśmy na nogach na przyuważoną na mapie stację metra obok dworca kolejowego. Okazało się, że znów mamy za duże nominały do maszyny i nikt nam nie chciał rozmienić tych pieniędzy - udało się dopiero w Telepizzy, a i to z jakimiś problemami. Nie rozumiem, czy oni tutaj mają zakaz rozmieniania kasy?...

Widok z Miradouro da Senhora do Monte na miasto

Wróciliśmy metrem do hotelu po kurtki i - z powrotem w miasto! Dotarliśmy do Miradouro da Senhora do Monte, czyli swojskiego miradoru pod kościołem i obok nieczynnego kibelka. Piękny widok na położone niżej miasto, na górę zamkową, Ponte 25 de Abril i podświetloną figurę Chrystusa na drugim brzegu. Szukaliśmy ruin klasztoru obok górnej stacji Elevador da Bica, było ciężko, ale w końcu uznaliśmy, że ta ciemna, kompletnie nieoświetlona plama, to właśnie to. Czemu pożałowali prądu na oświetlenie jednego z piękniejszych zabytków, to do dziś nie wiemy.
Na placyku miradoru znajduje się też widok miasta sprzed 70 lat, namalowany na azulejos. Można sobie porównywać, jak bardzo i gdzie zmieniła się Lizbona przez te lata :) Chociaż za dnia pewnie byłoby łatwiej...:D
Niedaleko, trochę niżej, jest drugi mirador. Łatwiej chyba dostępny, bo i więcej ludzi na nim. Widok podobny :)
Zrodziła się w nas potrzeba czegoś słodkiego, więc zakotwiczyliśmy w knajpce i zaordynowaliśmy ciastko i herbatę. Ha, ha! O słodka naiwności!...
Z ciastkiem problemu nie było, pokazaliśmy palcem, które chcemy i już. Natomiast w kwestii herbaty zrobiło się zabawnie. Przyszła do nas mięta a w dzbanku obok - mleko... Twardzi byliśmy, wypiliśmy to - smakowało interesująco :)
Ciągle jeszcze nas nosiło, więc wróciliśmy na dół, do Baixa i przeszliśmy się opustoszałymi kompletnie uliczkami. Aha, to nie tutaj toczy się życie nocne. Pusto, ciemno, pełno śmieci. Zdaje się, że są sprzątane nocą. Poszliśmy w stronę Praça dos Restauradores, w boczną uliczkę, bo tam się jeszcze coś działo. No owszem, kilka sklepików z pamiątkami (no wiecie, pocztówki, alkohol ;), ale głównie restauracje. Raczej tłumnie. Przed knajpami - naganiacze. Ale nie tylko... Wilczy dostał propozycję:
- Cocaine, sir?
- No wreszcie!... - skomentował, naczytawszy się w przewodniku, że takie rzeczy mogą się tu zdarzać.
- Bałeś się, że już ci nie zaproponują?...
Naganiacze nas zdenerwowali i w końcu uciekliśmy. Na końcu ulicy dostaliśmy jeszcze propozycję kupna haszyszu, zatrzymała nas jeszcze restauracja z wystawą z owocami morza i już skręciliśmy w stronę placu, który był tak samo wymarły, jak reszta świata poza tą jedną uliczką z knajpkami. Zapakowaliśmy się do elevadora, a zaraz za nami wsiadła tam wycieczka włoskich nastolatków. O mamo...
Na górze poszliśmy na kolejny mirador, a potem usiłowaliśmy znaleźć przyjazną knajpkę na kolację, ale naganiacze znów nas zniechęcili, a knajpki wyglądały na bardziej klubowe niż kolacjowe. Naganiacze co prawda po stanowczym "No, thank you" odpuszczali, ale trzebaby to sobie nagrać, bo od gadania co 5 metrów można się zmęczyć. A na ulicach tłumy...
Ponieważ odmówiłam jedzenia kurczaka (bo mogę go sobie zjeść w domu, w Polsce), to wróciliśmy do hotelu i w ramach kolacji zjedliśmy jakąś zdechłą bułę, ser hiszpański, chorizo, potwory z głębin (tym razem z puszki) i dużo pomarańczy. Pomarańcze są super! :)

- Jedziemy na Rózię - zakomunikował mi Wilczy o poranku, wchodząc do stacji metra.
- Gdzie?!?
- No najpierw jest Intendent, potem Monisia, a potem Rózia. Zaraz Ci pokażę na planie - mówi i wskazuje na stacje Intendente, Martim Moniz i Rossio... Wjeżdża pociąg na stację:
- O, tramwaj jedzie!
Na Monisi przesiadka w tramwaj numer 15 i jedziemy do Belém.
Belém jest położoną na zachód w stosunku do centrum miasta dzielnicą Lizbony, jej pełna nazwa brzmi Santa Maria de Belém (czyli Matka święta z Betlejem). Jej głównymi atrakcjami są Klasztor Hieronimitów i Wieża Belém. Za wisienkę na torcie robią ciasteczka, podobno słynne wielce, niestety, nie spróbowaliśmy :)
Psyche, Zuzanna i kapowniczek na wieży w Belém Wstęp do wieży i klasztoru można załatwić biletem łączonym (10 €). Poruszaliśmy się nieco po omacku, bo przewodnik został w hotelu. Na szczęście atrakcje widać z daleka, w dodatku ten tłum ludzi też może naprowadzić na kierunek zwiedzania...;)
Najpierw idziemy do wieży obronnej. Miała chronić miasto przed najeźdźcami od strony morza. Wieża jest bardzo ciasna i dwa kierunki ruchu kompletnie nie działają w przejściach ani na schodkach - mieści się tam tylko jedna osoba i to na wcisk. Niestety, duża liczba chętnych do zwiedzania sprawia, że schodki i przejścia się po prostu korkują. Większość czasu trzeba spędzić w kolejce do wejścia...
Na dolnym poziomie są poustawiane armaty, na wyższym są strzelnice. Instaluję się w jednej z wieżyczek z widokiem na Tag i smaruję w kapowniczku wrażenia. Wilczy mówi:
- Teraz będziemy śpiewać szanty.
- Jakie?...
- Wieżowe. Hej na wieży psyche leży. Pisze w kapowniczku coś. Tłumy ludzi dookoła, psyche ma wszystkiego dość.
Poniekąd nawet rację miał...;) Ale żeby tak od razu wierszem? :D
Z wieży udajemy się do klasztoru, bo przecież nie jesteśmy tu dla przyjemności. Do kościoła można wejść za darmo, do klasztoru już obowiązuje ów łączony bilet. Idziemy najpierw do kościoła. No piękny jest, trzeba przyznać. Gotycka bryła i renesansowe zdobienia czynią cuda architektoniczne :) Zatrzymuję się przy każdym niepłaskim elemencie, chyba nigdy nie wyjdę z kościoła, bo byle kolumna jest stworzona z płaskorzeźb, a każda twarz jest inna... Witraże też robią wrażenie. A sklepienie to już mistrzostwo świata!
Dodatkowo w kościele jest grobowiec Vasco da Gamy, bardzo ładny, ze stateczkami po bokach :) Klasztor zresztą powstał jako wyraz dziękczynienia za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii.

Płaskorzeźby z kościoła Hieronimitów

Przechodzimy do klasztoru. Pierwsze, co odkrywam, to toalety - damskie są tuż przy wejściu, całkiem ładne, jak to w klasztorze :D Wilczy niestety musi lecieć kilometry do męskiego, więc tym razem wyjątkowo to ja czekam na niego. Potem oglądamy sobie bardzo zachmurzone patio (niebo cały czas straszy deszczem), reflektarz z pięknie zdobionymi ścianami oraz wychodzimy na pięterko kościoła. Tutaj też jest ładnie: siedzonka dla braciszków rzeźbione w nagie kobiety na przykład.
Na końcu szlaku turystycznego jest oczywiście sklep z pamiątkami...
Powoli zmierzamy w stronę sklepu z ciasteczkami. JOrka kazała, więc idziemy. Pod sklepem kłębi się dziki, rozszalały tłum, ludzie depczą po sobie, wyrywają włosy z głowy, wyciągają szyje i wpychają się do wnętrza przez drzwi i okna. Oglądamy fragment wystawy, stoją jakieś bliżej niezidentyfikowane słodycze, wygląd mają taki sobie, w dodatku jest ich cała masa rodzajów i nie wiadomo, które się nadają do jedzenia. Te ciastka są podobno słynne, ale obawiam się, że niekoniecznie mam ochotę być zgnieciona przez tłum, a potem kupić co popadnie, bo nie ma opcji zastanowienia się i obejrzenia na spokojnie asortymentu. W dodatku robię się głodna...
Nie zastanawiamy się zbyt długo. Wracamy te 20 metrów do knajpy z kebabem. Bierzemy dwa kebaby na wynos i... stopuje nas natychmiast. Danie jest tak skomplikowane, że nie ma opcji jedzenia paszczą na ulicy, bo to jak jedzenie z koryta. Siadamy przy stoliku i pochłaniamy danie na ulicy przed knajpą.
Następnym przystankiem jest Muzeum Komunikacji, czyli Museu da Carris. To jest oczywiście konik Wilczego, wszak przyjechaliśmy do Lizbony jeździć tramwajami, funikularami, elevadorami oraz oglądać przeszłość pojazdów szynowych, jasna sprawa :) Bilety kosztują 3 €. Najpierw zwiedzamy salkę ze starymi biletami, modelami tramwajów i resztą drobiazgów, potem podjeżdża po nas zabytkowy wagonik z miękkimi siedzeniami, zasłonkami pluszowymi, przepięknymi lampami... niesamowite! I jedziemy nim przez teren muzeum do drugiej części, tam, gdzie stoją prawdziwe wagony. I tu jest pięknie :) Zachwycamy się każdym kawałkiem stali i drewna, macamy wszystko, co się da, wsiadamy do zabytkowych wagoników i wyobrażamy sobie, jak to było, jak one faktycznie jeździły po mieście. Najbardziej nam się oczywiście podobają wagoniki otwarte po bokach, tak, że z ulicy wsiadało się bezpośrednio na jedno z siedzeń. A siedzenia były przekładane tak, aby zawsze można było siedzieć przodem do kierunku jazdy. No cudo! :) Chociaż pewnie jednak średnio wygodne i z ograniczoną pojemnością, bo do dzisiejszego wagonika da się wepchnąć znacznie więcej osób na stojąco niż wtedy, kiedy miejsca były jak w bryczce - wyłącznie siedzące.

Psyche w starym tramwaju z przekładanymi siedzeniami

Jako bonus w pierwszej sali jest miniwystawa... instrumentów grających :)
Potem oglądamy coraz nowsze modele tramwajów i autobusów (także piętrowych, śmieszne są), a na końcu... czcionki i maszyny drukarskie! No tego bym się nie spodziewała ;)
Do wyjścia znów nas wiezie ten przepiękny, miękki i pluszem wykładany wagonik i to już koniec przyjemności. Wychodzimy. Nad nami - przęsła wiaduktu Ponte 25 de Abril. Przed nami - przystanek tramwajowy. I uciekający tramwaj, standard. Stajemy na przystanku, nastawiając się na oczekiwanie. Tymczasem jedzie autobus.
- Odsuń się, bo ci o brzuch zahaczy - mówię do Wilczego i awantura gotowa.
Jakiś czas później Wilczy mówi:
- Wyjdę za róg zobaczyć...
- Nie wychodź za róg, bo nie będzie ci gotował - kwituję.
Głupawkę przerywa w końcu jakiś inny tramwaj, którym jedziemy na Monisię. Idziemy na Restauradores poszukać piwa, wchodzimy do pierwszej lepszej knajpy, która jest mocno obskurna.
- Tu wszystko wygląda, jakby się zatrzymało w latach siedemdziesiątych - mówi Wilczy i zdaje się, że ma rację.
Zamawiamy dwa piwka. Pan za ladą ma problemy z angielskim 14 i 40, więc nie możemy się dogadać, ile mamy zapłacić. W końcu pan sobie radzi - pokazuje nam kwotę na kalkulatorze :) Bierzemy każdy swój kufel i idziemy do stolika. Ja swoje piwo stawiam bez problemu, Wilczemu za to podczas pochylania się nad stolikiem z ramienia zjeżdża plecak i uderza w rękę z piwem. Efekt jest całkiem wiadomy: część piwa leci na stolik, krzesełka, podłogę... Na szczęście tylko część :)
Został nam jeszcze jeden elevador do przejażdżki, więc po piwku postanawiamy wykorzystać nasz bilet do końca. Wjeżdżamy krzywym wagonikiem na górę i idziemy w miasto. W tej części sporo jest czegoś w rodzaju rezydencji - dużych pałaców zamkniętych za ogrodzeniami, całe posiadłości wręcz. A dla kontrastu jest sporo zwykłych, zaniedbanych kamienic.
Docieramy do pomnika, który nas mocno zadziwia. Naprzeciwko budynku Uniwersytetu Medycznego, na skraju Jardim Braancamp Freire, stoi pomnik doktora Sousa Martins - lekarza, który dużo zrobił dla biedoty. Stoi i robi ogromne wrażenie! Dookoła postumentu leży cała masa tablic dziękczynnych: mają najprzeróżniejsze kształty i kolory, część z nich prócz tekstu ma przyklejone zdjęcia, wszystkie są podpisane imieniem i nazwiskiem osoby dziękującej. Wyglądają trochę jak płyty nagrobne, bo są z kamienia, ale mają zupełnie inną wymowę. Doprawdy, trudno oderwać wzrok.
Powoli wracamy w stronę hotelu. Przydałyby się jeszcze jakieś zakupy, więc rozglądamy się za supermarketem, ale jakoś ciężko taki znaleźć. W końcu nam się udaje, całkiem niedaleko hotelu odkrywamy coś w rodzaju lokalnej Biedronki. W środku są ogromne kolejki do kas.
- Gdyby mieli tych marketów więcej, mieliby krótsze kolejki.
- Ale gdyby mieli więcej marketów, to upadłyby sklepiki lokalne, których i tak nie ma...
- Knajpy by upadły, bo ludzie zaczęliby jadać w domach!
Trzeba sobie radzić - suszenie prania w pokoju :) Zrobiliśmy spore zakupy, bo następnego dnia wybieramy się do Sintry. A tymczasem uznaliśmy, że czas skorzystać z pralni. Oczywiście mamy pralnię w hotelu, ale za wypranie jednej pary gaci liczą sobie jak za zboże, więc uznaliśmy, że 4 € za górę ciuchów to nie jest wygórowana stawka. Zapakowaliśmy się zatem w reklamówki i cichaczem wymknęliśmy z hotelu, chichocząc głupawo.
W pralni na wejściu jest panel sterowania, dalej ściana z pralkami, dalej z suszarkami. Każde urządzenie obsługuje się z tego panelu, który rozgryźliśmy dość szybko, po czym przystąpiliśmy do działania. Wybrana pralka gotowa, pieniążek wrzucony, detergent oni dodają sami, pstryk... o, działa! :)
Temperatura mocno spadła, zatem siedzieliśmy w pralni w czapkach i kurtkach, czekając, aż nam się upierze. Potem postanowiliśmy skorzystać z suszarki nie bacząc na to, że ludzie obok mieli problemy z otwarciem jednej z suszarek. Oj tam, jakoś to będzie wszak. A przynajmniej będzie podsuszone...
Pranie się zrobiło po 40 minutach, w plastikowych koszach przenieśliśmy je do suszarki i za kolejnego euraska podsuszyliśmy. W pralni było darmowe Wi-Fi, więc nawet nie musieliśmy ze sobą rozmawiać...;)
Przemyciliśmy pranie z powrotem do pokoju, rozwiesiliśmy sobie sznureczki w co atrakcyjniejszych miejscach pokoju, resztę gaci porozkładaliśmy po dostępnych przestrzeniach płaskich, po czym poszliśmy spać :)

O poranku pozbieraliśmy wszystkie (tak nam się wtedy wydawało...) gacie i skarpetki, i pochowaliśmy je, coby pań sprzątaczek nie zniesmaczać. Wilczy sobie radośnie podśpiewywał pod nosem:
- W Narodowym Centrum Queża kupisz sera, nie kupisz jeża...
Wszystko przez piękną ulotkę Queijaria Nacional, która wpadła nam w ręce. I w końcu zabrakło czasu na Narodowe Centrum Queża, musimy wrócić do Lizbony!...
Zapakowaliśmy plecak, aparat, czapki i poszliśmy negocjować w recepcji wyjazd samochodem. Bo parking podziemny oczywiście zaszlabaniony. Problemu nie było, dostaliśmy kartę do wyjazdu, trasę Wilczy opracował wcześniej, ruszyliśmy zatem w stronę Sintry.
To znaczy - taki mieliśmy zamiar. Z rozłożoną mapą na kolanach patrzyłam z przerażeniem na pięć tysięcy rozjazdów, estakad, wiaduktów, kierunków, asfaltów, pasów, które się ze sobą krzyżowały, plątały i rozjeżdżały. W efekcie rozjazdów, złych skrętów i oznakowań, które nic nam nie mówiły, zwiedziliśmy lotnisko, łącznie z terminalem drugim, przejechaliśmy cały kawał drogi kompletnie niepotrzebnie i tuż obok drogi właściwej, tylko nie było jak na nią wjechać.
- Ja wiem, ty spotterze, że chciałeś się na samoloty pogapić, ale nie tu mieliśmy jechać... - skomentowałam akcje Wilczego za kierownicą. Odmruknął coś niezrozumiale, zawracając.
W końcu się udało wrócić na właściwą drogę, acz do końca patrzyłam na te asfalty nieufnie.
Potem było już łatwiej i do Sintry dotarliśmy bez przeszkód. Raptem 34 km, daleko nie było. Za to podobno kompletnie inna strefa klimatyczna... Chłodniej niż w mieście, może dlatego, że Sintra leży wśród wzgórz?
Okazało się, że to takie malutkie miasteczko górskie, z jednokierunkowymi drogami. Udało się Wilczemu gdziekolwiek zaparkować (kłopot z wolnymi miejscami dramatyczny), ja pobiegłam do bankomatu i poszukać informacji turystycznej. Z bankomatem było łatwo (chociaż nie dogadaliśmy się co do kwoty), z informacją trudniej. Podobno jest w budynku dworca. Zajrzałam. Znalazłam jedno okienko, wyglądające jak kasa kolejowa, przed nim kolejka... Obeszłam budynek prawie dookoła... Skapitulowałam i zapytałam jakiegoś człowieka. Wskazał mi owe okienko z biletami.
Nie, to nie była kasa kolejowa, to była właśnie informacja turystyczna, nazwana tutaj radośnie "Halo, Sintra!". Kasy biletowe są tutaj automatyczne ;p
Uliczki między posiadłościami Sintry No dobrze, wyrwałam panu z okienka plan miasta i okolic, pozbierałam informacje o atrakcjach, czyli o posiadłościach wartych zwiedzenia. Bardzo to ładnie przygotowali - każda posiadłość ma swój składany mini-przewodnik: z jednej strony grubego papieru - narysowana mapka atrakcji z opisami, z drugiej - więcej opisów i np. mapka głównego budynku posiadłości. Albo widoku na okolicę. Ładne to, informacje podane w sposób prosty i zrozumiały, szybko można odnieść je do rzeczywistości. Pogratulować pomysłu!
Jedynie Quinta da Regaleira miała mapkę w innym kształcie. Domyślam się, że to z tego powodu, że ma innego właściciela, niż reszta atrakcji.
Właśnie Quinta da Regaleira była naszym pierwszym przystankiem. Tak naprawdę to po to Wilczy jechał tyle tysięcy kilometrów - właśnie zobaczyć ten pałac, ten park, te podziemne korytarze, te groty, te studnie... Co tam lizbońskie tramwaje, co tam sewilskie uliczki, to Quinta da Regaleira go tu ciągnęła jak magnes!
Jednak zanim oszalał ze szczęścia, musiał do niej trafić, a potem znaleźć miejsce do parkowania, co nie było łatwe. Droga, prowadząca ciągle i uparcie pod górę, była wąska i z obu stron obudowana bardzo wysokimi, kamiennymi murami, ogradzającymi kolejne posiadłości. Wąsko, kręto, ciasno, samochody trąbiące przed zakrętami, mijanki graniczące z cudem... Nie było nie tylko miejsc parkingowych, ale także chodnika, pobocza, czegokolwiek - jedynie co jakiś czas zjazd czy brama do kolejnej posesji. No dobra, chwilami pojawiało się coś w rodzaju szczątkowego chodnika...;) A pod bramą celu naszej podróży nawet było kilka miejsc parkingowych. Oczywiście - zajętych. Wilczy pojechał dalej i w efekcie stanął na poboczu przy następnym majątku, akurat się udało, ufff...;)
Weszliśmy na teren Quinta da Regaleira, nabyliśmy w kasie bileciki (6 €) i mogliśmy zacząć się zachwycać.
A było czym. Nie bardzo wiedzieliśmy, od czego zacząć zwiedzanie, więc po prostu poszliśmy przed siebie gapiąc się na wszystko z rozdziawionymi gębami. To jakiś szalony sen architekta, ogrodnika i poszukiwacza (albo może zakopywacza) skarbów razem wziętych. W ogrodzie pełno było atrakcji w rodzaju schodków, budyneczków, grot, wieżyczek, mosteczków nad ciurkającą wodą, wreszcie studni i podziemnych korytarzy, nierzadko mocno zawilgotniałych... Wszystko uroczo zarośnięte różnego rodzaju zieleniną. Mchem na przykład. Paprotkami. Palmami.
Obejrzeliśmy sobie wyłożoną azulejos maleńką fontannę, kamienne ławki z rzeźbionymi postaciami zwierząt i elementami roślinnymi, groty z jeziorkami, kamienne murki odgradzające rozszalałą przyrodę od ludzkich ścieżek... Kaplica była bardzo ładnie pobielona w środku i miała urocze, kręcone schodki na chór. Kręcone schodki zresztą są tu po prostu wszędzie, wiją się wokół własnej osi w każdej jednej wieżyczce i skale, bo nagle się okazuje, że ta skała to tak naprawdę kolejny budynek o nieznanym przeznaczeniu...
Wchodzimy wszędzie, wsadzamy swoje nosy w każdą zatęchłą, przepiękną dziurę. Na każdą wieżyczkę się wdrapujemy, niepomni, że ciasno i po schodach trzeba wchodzić. Oglądamy widoki, wypatrujemy owej słynnej Studni Inicjacji, gapimy się na pałac, który zostawiamy przytomnie na koniec. Grota Ledy jest jakaś taka pusta w środku. Z Regaleira Tower widać kolorowy Pałac Narodowy Pena, też byśmy chcieli go obejrzeć. Na dłużej zatrzymujemy się przy Lake of the Waterfall, bo jest pięknie - małe jeziorko, zasilane wodospadzikami, częściowo ukryte w grocie, nad nim - uroczy skalny mosteczek. W grocie jest jeden z końców podziemnych tuneli, ale przecież nie będziemy szli od końca! Docieramy w końcu górą do Studni Inicjacji i dostajemy małpiego rozumu.

Studnia Inicjacji - widok w dół ;)

Studnia. Dziura w ziemi, ewidentnie nosząca ślady masonerii. Której zresztą siedzibą była Quinta da Regaleira na początku XX wieku. Stąd tu tyle różnych mistycznych symboli...
Wokół dziury w ziemi została wybudowana galeryjka, spiralnie schodząca w dół, ze schodkami i kolumienkami. Wszystko kamienne, wszystko obrośnięte mchem. Im niżej, tym ciemniej, wilgotniej... Na dnie brodzimy w wodzie, na szczęście mamy swoje pancerne buty. Przykro mi, jak patrzę na panie w sandałkach...;)
Wilczy uruchamia latarkę, ja zakładam kaptur, zastanawiamy się nad otworzeniem parasolki i wchodzimy w podziemny korytarz. Kapie na głowy :) O ciemnościach nie wspomnę...
Korytarz po drodze się rozgałęzia i w sumie wiedzie w trzy miejsca: do jeziorka, które już obejrzeliśmy; do grot wschodnich - na krańcu posiadłości i do drugiej, niewykończonej studni. Istotnie, jest to kopia tej pierwszej, tyle że uboższa i bardziej zarośnięta :)
Oglądamy jeszcze resztę ogrodu i powoli kierujemy się w stronę pałacu. Węszymy za restauracją, istotnie jest, według przewodnika - droga. Nie jesteśmy jeszcze głodni, więc pchamy się do budynku głównego i już przed wejściem stopuje nas smok, który gryzie się we własny zad. Doprawdy, artyści rzeźbiarze mieli chorą wyobraźnię!...;)
Dalej jest znów pięknie. Bardzo bogato zdobione sufity, ściany, kominek, drzwi... z drobniutkich kafelków ułożona dzika świnia i kolorowy ptak. Jesteśmy w pokoju łowieckim, nic dziwnego... Ogromne okna wpuszczają dużo światła, ale sam pokój nie jest zbyt duży. Jak się paliło w kominku, to musiało być tu bardzo ciepło. Nad oknami sterczą ze ścian głowy zwierząt, na szczęście gipsowe :)
Dalej jest ułożony napis "Salve" - to nad głównym wejściem. A jeszcze dalej jest sala z fortepianem, na którym gra jakiś młody człowiek. Nawet ładnie gra... Przemykamy na paluszkach, gapiąc się na zdobienia ścian i sufitów. W następnym pokoju na ścianach są malunki, objęte wypukłymi gipsowymi, złoconymi ramami. Ładne, ale przemeblowania już nie zrobisz :) Mnie zachwyciły krzesła z oparciami rzeźbionymi w kobiece postacie.
Pokoje nieduże, za to bardzo wysokie. I tak - nad standardową wysokością - jest miejsce na nietypowe zdobienia. Bo czymże innym jest ogromna rzeźba dziecka wśród roślin, wycięta ze ściany na grubość z pół metra, a za postacią jeszcze jest zdobione tło?... Kunszt artysty jest nieoceniony! Albo cały rzeźbiony w drewnie sufit z wystającymi główkami ludzkimi. Niesamowite!
Kołatka na drzwiach wewnętrznych, zajmująca niemal całą ich szerokość, w kształcie lwiej głowy też mnie zachwyciła.
Prawdę mówiąc, ciężko było przechodzić obok tego wszystkiego obojętnie - tyle tam było atrakcji, a wszystko piękne!
Powędrowaliśmy na pięterko, a tam już bardziej sale muzealne - makieta pałacu, zdjęcia i opisy.
Jeszcze wyżej był już tylko taras na dachu, z widokiem na kaplicę z jednej strony i świat z drugiej. Ale znacznie ciekawsze były maszkarony na miejscu - czy to w formie rzeźb kamiennych, czy zdobień murów: fantastyczne zwierzęta, motywy roślinne, postacie ludzkie. Wszystko. Zewsząd patrzyły na nas jakieś oczy... W sumie od nadmiaru wrażeń kręciło się w głowie, a bateria aparatu zaczęła szybko się wyczerpywać.
Wreszcie opuściliśmy gościnne progi Quinta da Regaleira, podreptaliśmy do samochodu, pożywiliśmy się ciastkami i zorientowaliśmy się, że minęła 16. W przewodniku napisali, że na zwiedzanie Sintry trzeba poświęcić przynajmniej jeden dzień. My obejrzeliśmy jedną atrakcję w pół dnia, zatem na całość - 6 pałaców/posiadłości - powinniśmy zarezerwować co najmniej 3 dni!... Z uwagi na późną porę jako drugą atrakcję wybraliśmy pałac i park Monserrate, który był całkiem niedaleko od Regaleiry i mieliśmy szansę jeszcze za dnia go obejrzeć.
Przy Monserrate był przynajmniej parking na więcej niż 4 auta. Bilet do parku i pałacu - 6 €. Do zamknięcia zostało nam półtorej godziny, wcale nie tak dużo. Zaczęliśmy oczywiście od parku :) To wielki, romantyczny ogród, pierwsze skrzypce gra tu natura, nieco wspomagana rzeszą ogrodników. Dawni mieszkańcy majątku, głównie Anglicy, dokładali starań, aby park był bardzo różnorodny, zatem teraz mamy tu mieszankę roślinności z różnych rejonów świata. Podobno rośnie tu ponad 3 tysiące gatunków roślin! :)
Tu przynajmniej jest określony kierunek zwiedzania, idziemy więc za strzałką przez rozszalałą zieloność. Co jakiś czas są tablice informujące, co tu właściwie rośnie. Informacji pewnie można otrzymać więcej, skanując QR kod z tablicy. Sprytne :)
Ścieżka idzie zygzakiem w dół, obok sporych wodospadów, nad jeziorko pokryte roślinnością tak, że w sumie nie widać tafli wody. Mijamy takie wynalazki, jak drzewo truskawkowe ;) Ścieżką wśród kamiennych, zarośniętych mchem ławek, docieramy do ruin starej kaplicy, które całkowicie wzięła w posiadanie przyroda. Między ścianami, oplatając wielkie dziury okienne, rosną drzewa z wielkimi korzeniami, krzaki, kamienie wewnątrz pokrywa mech. Absolutne szaleństwo i nic, tylko kręcić tu horrory ;)
Drzwi do biblioteki w Pałacu Monserrate Zaraz potem natykamy się na tabliczkę "Mexico 200 m".
- Wilczy, gdzieś Ty mnie przywiózł? Ja rozumiem, że pojechaliśmy na urlop, ale mieliśmy nie opuszczać Europy...
Ogród meksykański to zakątek, w którym królują palmy, yuki, agawy, cała masa kaktusów i sukulentów. Pięknie! Niektóre nawet kwitły :) Na środku - jeziorko z fontanną. Dalej dróżka wiła się pod górkę. Znowu!...
- Ciągle jest gdzieś pod górkę. Wilczy!... Jesteś generatorem schodków i podgórek!... Nie jadę z tobą więcej na wakacje!... Bo ciągle jest pod górkę! Najwyżej mogę ci powiedzieć, dokąd jadę...
- Aha, a przed wyjazdem bardzo dokładnie ustalimy, gdzie się nie spotkamy - skwitował Wilczy.
Do kompletu jest jeszcze ogród japoński i różany. Znaleźliśmy też drewnianą skrzynię, którą określiliśmy domkiem dla karaluchów...;)
W końcu przyszedł czas na pałac. W zupełnie innym stylu niż Regaleira, bardziej mauretański, pełen arabskich wzorków i zdobień, wykonanych z gipsu i gdzieniegdzie częściowo zniszczonych. Na wejściu powitała nas fontanna z damą (w kąpieli?), po tafli wody pływały sobie zerwane kwiaty, tworząc uroczy nastrój.
Wilczy zwrócił uwagę na kaloryfery ze starodawną regulacją z napisami FRIO - CALOR ;) Obok kaloryfera, w ściennych ozdobnikach, była zamontowana tablica z mnóstwem przełączników nie wiadomo, do czego. Takich tablic z przełącznikami rodem z poprzedniego wieku było sporo, poukrywanych gdzieś za drzwiami i w kącikach :) Zapewne jak na swoje czasy budynek był niegdyś bardzo nowoczesny.
Mnie zachwyciła biblioteka. Miała wielkie, drewniane, rzeźbione drzwi, momentalnie się w nich zakochałam i oczywiście zaczęłam ustawiać je do zdjęcia. Natychmiast znikąd pojawił się pan z obsługi i uprzejmie mi je zamknął, żebym mogła cyknąć, a następnie otworzył, podparł i kazał nie ruszać ;) W bibliotece stał duży stół z krzesłami, a wysokie, rzeźbione regały na książki były zintegrowane ze ścianami, a do tego miały ozdobione ranty półek. Mogłabym tu zamieszkać...
Następnie utknęliśmy w kuchni, a właściwie w miejscu, z którego podawano posiłki do jadalni. Kuchnia właściwa była piętro niżej, w podziemiach, chociaż to zależy, z której strony patrzy się na pałac, bo ten stoi na nierównym terenie. Otóż w pomieszczeniu obok jadalni była zamontowana winda, którą z kuchni posiłki wjeżdżały na piętro dla państwa... Sama kuchnia, którą natychmiast popędziliśmy zwiedzić, też była niczego sobie. Ogromna, z wielkim piecem na środku, pełna mosiężnych naczyń do gotowania i pieczenia, no cudo! Takie fajne żarcie można tu robić... I rybę w galarecie w specjalnym naczyniu!... Echhhh.
Wdrapaliśmy się jeszcze na pięterko, obejrzeliśmy dostępne pomieszczenia, spojrzeliśmy na panią w fontannie wejściowej z góry. W pokojach były zdjęcia, które pokazywały, jak te pomieszczenia wyglądały niegdyś. Istotnie trochę się zmieniło, ale nadal robią wrażenie i są pełne przepychu.
Wilczy, po obejrzeniu tego wszystkiego, zwrócił się do mnie ze złośliwym uśmiechem:
- A ty się zastanawiałaś, jak sobie urządzić łazienkę? - wskazał na fontannę wejściową. - Jakie chciałaś drzwi do pokoju? - machnął ręką w kierunku biblioteki. - Jaką bibliotekę?...
Ta, jasne. Już widzę te wszystkie atrakcje w mieszkaniu w socjalistycznym bloku!...
Skończyliśmy oglądać pałac, ruszyliśmy więc drogą teoretycznie w kierunku wyjścia. Ale to nie koniec atrakcji, wszak nadal jesteśmy w parku!
- Jak mówiłaś, że mamy do zamknięcia półtorej godziny, to myślałem, że to mnóstwo czasu - skomentował Wilczy, trafiając na kolejny cud architektoniczny w postaci schodków w okolice basenu z wodą. - A teraz czasu niewiele zostało, a tu końca nie widać...
- Nie martw się, może nas nie wyrzucą...
Oglądamy jeszcze jakieś zabudowania gospodarcze, w których są urządzone kolejne atrakcje dla turystów, wyciągające kasę z ich kieszeni. Wreszcie atrakcje się skończyły i wylądowaliśmy w aucie, oglądając mapę i zastanawiając się, co dalej.
- Mamy dwa wyjścia - wymądrzył się Wilczy o godzinie 18:05. - Wrócić do Lizbony tą samą drogą, albo nieco naokoło, zahaczając o Cabo da Roca.
Powoli zbliżał się zachód słońca, ale niebo było czyste i jeszcze było dosyć jasno, żeby cokolwiek oglądać. Cabo da Roca jest najdalej na zachód wysuniętym punktem Europy, więc decyzja była zgodna i słuszna - jedziemy!
Droga prowadziła dalej prosto, ciągle tak samo wąska, ale w końcu wyjechaliśmy spośród murów i wjechaliśmy w las. Teraz było nie tylko wąsko, ale też malowniczo i czasami, na zakrętach nad przepaścią, były piękne widoki na okolicę :) Widać też było ocean, ku któremu nieuchronnie zmierzaliśmy.
Cabo da Roca Zjechaliśmy z głównej drogi, kierując się trochę drogowskazami, trochę mapą, a trochę na chybił-trafił i przypadkiem trafiliśmy. Zatrzymał nas nieduży parking w okolicach latarni morskiej, dalej trzeba było przejść się już pieszo. Na parkingu - auta z polskimi rejestracjami. Pierwszy budynek to informacja turystyczna, w której (gdyby była otwarta) dają certyfikaty, że się było na tym lokalnym końcu świata.
- Sama zrobię taki certyfikat - stwierdziłam, wzruszając ramionami. Ciekawe, ile sobie za taki świstek liczą, bo raczej nie dają go za darmo ;p
Dalej był jeszcze budynek restauracji (nawet nie sprawdzaliśmy cen) i wreszcie tablica z informacją, że to już koniec świata. Dalej nie ma już nic. I nieduży tłumek ludzi, każdy robił sobie zdjęcie na tle oceanu i na tle tablicy, więc zrobiliśmy i my. Może to obowiązkowe? Zupełnie jak klaskanie w Oia po zachodzie słońca?...;)
Odbyliśmy jeszcze krótki spacer brzegiem, no fajnie tu, ocean jest, fale są, zachód słońca się jak najbardziej zbliża. Spotkaliśmy Polaków, wyjątkowo chyba byli normalni, więc przyznaliśmy się do nacji i w końcu ruszyliśmy z powrotem, przez stację benzynową z ciasteczkami (jeść! jeść!...). Do Lizbony nie było trudno trafić, ostatecznie właśnie tam zmierzały wszystkie autostrady w tej okolicy. Dotarliśmy do Praça Restauradores, porzuciliśmy auto na podziemnym parkingu (udało się trafić już za pierwszym objazdem placu) i poszliśmy w bok, szukając kolacji. Zdecydowaliśmy się na restaurację, z której wybiegł jakiś gość i w przelocie powiedział nam, że tu jest smacznie. Hm. No dobra, zaryzykowaliśmy i trafiliśmy w miejsce, gdzie obsługiwała nas dziewczyna, która była pierwszy dzień w pracy (nic to, nieźle jej szło), gdzie jedzenie było - wzorem prosto z Monserrat - wożone windą z kuchni w podziemiach, która to winda się uparcie psuła, i gdzie w sumie nie wiedzieliśmy, co zamówiliśmy. Napoje były proste: wino i woda, luz. Ale poza tym... Wilczy zamówił monkfish i dostał ogromnego szaszłyka z owoców morza i warzyw, zawieszonego pionowo nad talerzykiem... Ja zamówiłam seabass i dostałam kawał grillowanej ryby z warzywami. Wszystko było niesłychanie smaczne, ale też dziwne :)
Wracając do auta zaliczyliśmy jeszcze jakieś sklepiki z pamiątkami i alkoholem (Zimbra!), potem dogadaliśmy się z automatem pobierającym opłaty za parking i wróciliśmy do hotelu. Podrzędnymi uliczkami, bo głównymi nie dało rady...;)


Trochę statystyki:
Dzisiejsza trasa: 103,7 km
Całość trasy: 4020 km
Średnia prędkość całej trasy: 96 km/h
Czas jazdy całej podróży: 41 h 47 min.


Ostatni wieczór spędziliśmy na ustalaniu trasy do domu i pakowaniu. Mieliśmy jeszcze taki przebłysk, żeby przedłużyć pobyt w Lizbonie o dobę, ale w recepcji państwo stwierdzili, że mają wszystkie pokoje zajęte, a Booking.com proponował horrendalną cenę, więc odpuściliśmy. Wilczy zarezerwował noclegi po drodze do domu, ja opracowałam supermarkety przy trasie i poszliśmy spać.

Lizbona - Bordeaux - Frankfurt nad Menem - Łódź, czw-so, 21-23 marca

Po ostatnim śniadanku w Hotel Travel Park Lisboa zapakowaliśmy auto i ruszyliśmy przed siebie. Znaczy - do domu. Kierunek: Bordeaux, Francja. Ale najpierw - supermarket Jumbo w Alverca do Ribatejo, 23 km od hotelu. To znaczy - tyle by wyszło, gdybyśmy się nie zgubili już w samym Alverca do Ribatejo, gdzie udało nam się co prawda zjechać z autostrady, ale potem okazało się, że nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy i którędy dalej.
W końcu udało się, Wilczy trafił (bo ja to się już poddałam) i poszliśmy buszować między półkami. Jedzenie!... Dlaczego nie mamy lodówki?!?...
Spędziliśmy w Jumbo sporo czasu, pakując do wózka co się dało: potwory morskie w puszkach, porto, sery, wędliny i coś na drogę. Pani, stojąca przed nami do kasy, miała problem ze swoją kartą płatniczą. Żeby oszczędzić sobie czasu, zapytałam kasjerkę, czy powinniśmy przenieść swoje rzeczy do innej kasy, ale kasjerka mówiła wyłącznie po portugalsku, a jak wiadomo, portugalski jest niepodobny do niczego. Na szczęście cały ambaras nie trwał długo, koszyk pani przed nami został odstawiony na bok i poleciały nasze zakupy, a ja z wrażenia zapomniałam pinu do karty. No dobra, na ułamek sekundy zapomniałam ;)
Zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy dalej - na podbój hiszpańskiego Carrefoura...
O 15.00 byliśmy po zupie i po 160 km dopiero. Do zrobienia mamy około 1100 km, w tym jeszcze jeden supermarket. Dramat. Mocno powoli nam idzie ten powrót...
Na autostradzie A23 jest strefa tunelinio. Dwa tunelinia po 250 m i jeden ponadkilometrowy. Dojeżdżamy do Guardy, temperatura gwałtownie spada. W Lizbonie było +19°C, tutaj raptem +13. Zimno.
Wilczemu za kierownicą się nudzi. Portugalskie autostrady są pustawe, więc ten wykorzystuje okazję i sobie skraca promienie skrętu, jadąc skrajnymi pasami. Albo jeździ slalomem.
- Lubię te zakręty w jedną stronę - skomentował raz, wisząc na skręconej od 20 minut kierownicy.
- Latarnia morska - pokazuje palcem na górę po prawej.
- Jak? Tu? W środku lądu?!?...
- Byliśmy w Meksyku, potem w Ameryce... nic mnie już nie zdziwi.
Portugalczycy jeżdżą z włączonym lewym migaczem podczas wyprzedzania. Gorzej, że po zjechaniu na swój pas zapominają tego migacza wyłączyć. Permanentnie. Raz spotkaliśmy tak jadące i migające auto na polskiej rejestracji.
- To musi być Portgualczyk. Ukradł naszym auto...
Wszędzie widzimy sikaejros i tunelinios. I komentujemy dni tygodnia: jeśli dziś jest środa, to jesteśmy w Sintrze. Jeśli dziś jest czwartek, to chcielibyśmy być już w Hiszpanii...
Skarpety przy trasie jakieś wystrzępione. "Guias sonoras" - głoszą tablice przy drodze, co znaczy, że linie na asfalcie śpiewają.
- Guias sonoras? - oburza się Wilczy. - Asfaltas sonoras!
Wjeżdżamy do Hiszpanii. Wilczy rozgląda się smętnie po tablicach reklamowych i wyrywa mu się:
- ...restauradores...
- Tu nie - gaszę go.
- Szkoda...
W ramach odwetu zaczął seplenić. Jak wiadomo, Hiszpanie seplenią.
- Mów normalnie, Tofik!
- No co, tu można...
Jedziemy sobie w stronę Valladolid, oglądamy krajobrazy.
- Za chwilę będzie tablica: Województwo Kujawsko-Pomorskie.
- Ej, tu też mają takie murki kamienne. Ładne takie.
- Naprawdę myślałeś, że kamienie skończyły się wraz z granicą?...
Mijamy miejscowość Carpio de Azaba. Wilczy przekręcił:
- Karpio de la żaba.
Przy autostradzie ustawione są znaki oznaczające rest area, które dla własnych potrzeb nazwaliśmy znakami z ludzikiem... wydalającym na puszczy. Bo ewidentnie siedzi gość w kucki pod drzewkiem i robi swoje!...
W Valladolid zjeżdżamy z autostrady do Carrefoura. Tutaj jest łatwiej, cały kompleks handlowy jest umieszczony bardzo blisko i nie ma jak się zgubić. W sklepie w panice szukam Sangrii, którą obiecałam przywieźć jednej znajomej, i okazuje się, że jest problem. W końcu Wilczy znajduje gdzieś jedną, zakurzoną, w badziewnej butelce, ale co robić? Trzeba wziąć!... Po powrocie do Polski okazuje się, że u nas jest znacznie większy wybór Sangrii niż w Hiszpanii...
Przebiegamy przez sery i wędliny (znowu!...), wygrzebujemy kolejne puszki z potworami morskimi, a na koniec, rzutem na taśmę dokładam do koszyka marynowane papryczki, które tak mi zasmakowały kilka lat temu w Pedroli, kiedy Kasia i Pawełek ratowali nas z opresji nielatających samolotów. Jest kwadrans po 19, kiedy wychodzimy ze sklepu. Przed nami jeszcze niecałe 600 km do noclegu, a tu już noc się zbliża..
Przesiadam się za kierownicę i ruszam spod Carrefoura. Muszę przejechać przez jakieś rondka i rozjazdy. Na środku jednego z nich, przy ruszaniu, gaśnie mi silnik. Potem drugi raz.
- Co za pierdoła! - zaczynam się na siebie denerwować, starając się nie patrzeć na tych z tyłu, którzy cierpliwie stoją i czekają, aż ogarnę samochód. - Za mało gazu, dawno nie jeździłam, no ale jak można?!?...
- Spokojnie - powtarza obok mnie Wilczy, nerwowo patrząc, czy ci z boku nie mają zamiaru w nas wjechać przypadkiem. - Radzisz sobie...
No w końcu sobie poradziłam, ale co o sobie pomyślałam, to moje.
Wjechałam na autostradę. Wilczy zadzwonił do hotelu i uprzedził, że będziemy w nocy, żeby przypadkiem nam rezerwacja nie przepadła. Jedziemy sobie, śpiewamy szanty, aż tu nagle - zupełnie znienacka! - pejaż. No aż musiałam zwolnić...
Jedziemy przez Kraj Basków. Bardzo pofałdowany teren, ciągle tylko jadę albo tunelem, albo wiaduktem, ciągnącym się w nieskończoność. Mają tu swój język, niepodobny do hiszpańskiego ani niczego innego, zupełnie jak portugalski, tyle, że do niego też niepodobny. Przed francuską granicą jeszcze zjeżdżamy na stację pomni tego, że we Francji paliwo jest droższe. Podjeżdżam pod dystrybutor, a tu nic...
Stacja wygląda na wymarłą, ale jakieś inne auto obok tankuje, znaczy: da się. W budynku jest otwarte tylko jedno okienko z panią w środku, do wnętrza sklepu wejść się nie da (za późno jest). Na dystrybutorze wyświetla się tylko jakaś kwota. Wszelkie instrukcje - po baskijsku. Zaczynamy się robić źli, ale w końcu Wilczy idzie do okienka, po jakimś czasie wraca z dziwną miną i mówi:
- No, zobaczymy...
Po czym tankuje auto.
Otóż okazuje się, że w nocy stacja jest czynna, ale na innych zasadach. Najpierw trzeba pójść do pani w okienku, zostawić jej kartę płatniczą (!), zadeklarować sumę, za jaką się chce zatankować auto, pani odblokowuje dystrybutor na tę konkretną kwotę - więcej nie nalejesz... Zatankować i dokończyć transakcję w okienku. Kraj Basków...
Przed granicą francuską - pejaż. Na granicy - wielki budynek z napisem: "MENDA". Za granicą - pejaż... Francja.
Francuzi nie przejmują się wygodą podróżujących, rozkopali całą autostradę i ciągle są zwężenia, zjazdy na przeciwne pasy ruchu, słupki i ograniczenia do np. 60 km/h, co wcale nie przeszkadza im pobierać opłat - i to wściekle wysokich - za przejazd. Chyba nam się to nie spodobało.
Francuscy kierowcy także nie należą do przejmujących się losem innych: jest noc, jest ciemno, włącza się długie, alleluja i do przodu. Co tam, że oślepia się jadących z przeciwka. Co tam, że świeci się po lusterkach tym z przodu. W ogóle co tam...
Siedziałam za kierownicą coraz bardziej zła. Na szczęście dojechaliśmy do hotelu F1 w Bordeaux, bo jeszcze trochę i zamieniłabym skodę w czołg chyba...;)


Trochę statystyki:
Godzina: 01:25 w nocy
Temperatura: 10,5°C
Dzisiejsza trasa: 1162 km
Całość trasy: 5182 km
Dzisiejsza średnia prędkość: 106 km/h
Średnia prędkość całej trasy: 98 km/h
Dzisiejszy czas jazdy: 10 h 56 min.
Czas jazdy całej podróży: 52 h 44 min.


Hotel F1 jak to hotel F1: pokój z umywalką, łazienki i toalety wspólne na korytarzu, niestety w bardzo złej kondycji. To były kiedyś takie fajne, tanie hotele, prawie bezobsługowe, z samoczyszczącymi i samodezynfekującymi się, plastikowymi kabinami prysznicowymi i toaletami... Tymczasem temu hotelowi przydałby się porządny remont, bo nawet czyszczenie nie dałoby rady tym obskurnym łazienkom. A bezobsługowość dawno poszła w las: w każdym hotelu F1, w którym podczas tej wycieczki byliśmy, ktoś był całą dobę.

Rano śniadanko jak zawsze w F1, tyle, że bagietka jakaś smaczniejsza (jesteśmy we Francji?). Internetu brak, bo się zepsuł. Oglądamy i komentujemy mini-reklamówki różnych atrakcyjnych miejsc w Bordeaux: może warto tu kiedyś przyjechać i zwiedzić miasto?
Ruszamy o 10:15. Wyraźnie widać, że minęliśmy góry: jest płasko i inny klimat, znacznie zimniej, nie zielono, dopiero jakieś przedwiośnie.
Mijając wjazdy na autostradę w przeciwnym kierunku, przyglądamy się znakom. Na każdym takim wjeździe są ustawione zakazy wjazdu pod prąd - logiczne. Ale dlaczego po 4 naraz?...
- Jeden Francuzom nie wystarczy, muszą mieć więcej. Reagują od czterech...
Gdzieś przyuważyliśmy tylko 3 zakazy wjazdu i stwierdziliśmy zgodnie: "O, strefa oszczędności".
Ewidentnie widać, że Francja nam nie służy. Irytują nas rozkopane i jednocześnie wściekle drogie autostrady. Irytuje nas to, że nie chcą w ludzkim języku się dogadać i dopiero wizja katastrofy ich zmusza do przyznania się, że znają angielski. Irytuje nas, że jeden gość wyprzedza drugiego niczym u nas ciężarówki - jadąc 2 km szybciej od tego wyprzedzanego... Albo zmieniają pasy kompletnie bez migacza - widocznie używają go tylko podczas wyprzedzania: włączają i już pół godziny później przypominają sobie, żeby wyłączyć.
- Ja wiem, dlaczego oni tak robią - mówi nagle Wilczy. - Bo jeśli tak trzymają kierownicę - pokazuje, prawą rękę kładąc sobie na kolanach, a lewą na górze kierownicy - to jak mają obsługiwać migacz? Albo mają "wrzuć monetę": wrzucają i mają migacz długodystansowy. Na parę kilometrów. I wtedy nie mogą zjechać w prawo, bo im się migacz marnuje...
Hiszpanie za to podjeżdżają z tyłu pod sam zderzak i dopiero potem zmieniają pas, a po wyprzedzeniu zjeżdżają też tuż przed maskę. Oszczędność miejsca na autostradzie...
Zatrzymujemy się na rest area ze stacją benzynową i domkami z toaletami. W toaletach są łapy kolejowe. W budynku stacji - są normalne toalety, ale jak zwykle trafiamy na sprzątanie, podczas którego cała toaleta jest zamknięta. Pan sprzątający wskazuje mi wejście do męskiej toalety, z czego z przyjemnością korzystam, już jest wysprzątana. Dogadujemy się w czterech językach: on mówi coś po francusku, ja odpowiadam po polsku, on po hiszpańsku, a ja kończę po angielsku. Hm.

Rest area i toalety gdzieś we Francji

Francuzi biją chyba rekord świata w słupkach na autostradzie. Roboty drogowe ciągną się kilometrami, a jeśli się kończą, to na chwilę - pięć kilometrów najwyżej i zaczynają się od nowa. Siedzimy w aucie i warczymy na gumowe pachołki.
- Czy oni mają tu fermy tych słupków? Przecież chyba wyczerpali już cały krajowy zapas wczoraj?!?...
- A nie słyszałaś hałasu w nocy? Przenosili je na naszą trasę...
Zjedliśmy coś, co w drodze wyjątku nazwalibyśmy obiadem, gdyby było jadalne, na jednej ze stacji benzynowych. Dogadać się nie szło nijak, zostaliśmy tylko dlatego, że byliśmy zdesperowani i świadomi, że nigdzie nie uda nam się dogadać z tą nacją. Pokazywaliśmy, że chcemy danie z obrazka, nic z tego, panie nie rozumiały przekazu gestowego. Pani w kasie stwierdziła, że nie mówi po angielsku i dopiero, jak za nami urosła kolejka na kilka osób, odzyskała tę umiejętność. Nie dostaliśmy frytek. Dostaliśmy za to paciaję w podejrzanych kolorach i coś w rodzaju kotleta mielonego. Cokolwiek to było, pożarliśmy i uciekliśmy z tego miejsca jak najdalej...
Po zapłaceniu ponad 30 € za osłupkowaną autostradę dostałam piany na ustach.
- Powinni mieć taką pieczątkę z fakiem. I stawiać ją na tych ticketach autostradowych. I na rachunkach od kelnerów...
Ewidentnie widać, że robią ludzi w bambuko i wcale nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia. Co za kraj!...
"Z Troyes droga prowadzi do Szalonego Szampana, gdzie skręcamy na Ferdynanda Burke" - zanotował Wilczy w kapowniczku. I ja nie mam pojęcia, o jakich miejscowościach on pisał!...
Mijamy niemiecką granicę, zostawiwszy w kasach autostradowych małą fortunę. W Saarbrücken, zaraz za autostradą, szukamy McDonald'sa, którego wielki znak widzieliśmy z autostrady. Zjeżdżamy we właściwym kierunku, znak się gubi, docieramy do rondka, tabliczki kierującej brak, oczywiście skręcamy w złą stronę i zwiedzamy niemieckie miasteczko. W końcu jednak odnajdujemy McDonald'sa i rzucamy się na żarcie. Znów jest późno i znów jesteśmy głodni, a do hotelu jeszcze kawałek drogi.
Hotel Ibis Budget jest w okolicach Frankfurtu nad Menem, gdzie jest kłębowisko autostrad, zjazdów, dojazdów i rozjazdów, a my nie mamy GPS-a. Wilczy posiłkuje się mapą off-line z Google Maps (sprytnie pomyślane, naprawdę), ale nie ustrzega nas to przed błędami. Właściwy zjazd z autostrady mijamy, bo nie wiemy, że to właśnie tu mieliśmy skręcić. I dopada nas grobowy humor: jest już 23.00, jest ciemno, oznaczeń nie widać, a jeśli nawet widać, to i tak nie mamy ich z czym porównać, bo atlas ma za niską rozdzielczość, nie wiemy, gdzie jesteśmy, zamieniam się w automat za kierownicą. Zjeżdżamy z autostrady na następnym zjeździe, ale okazuje się, że nie ma tak łatwo, jak na to liczyliśmy - nie ma przejazdu pod autostradą i powrotu z drugiej strony. Jesteśmy gdzieś w lesie, nic tu nie ma poza ciemnością i kolejnymi rondami, krążymy więc i wydaje nam się, że we właściwym kierunku. Mapa off-line Googla nieco pomaga, ale GPS nie pokazuje na niej dokładnie naszej pozycji, co z kolei nieco utrudnia :) Zatrzymujemy się gdzieś w głuszy i szukamy drogi posiłkując się jednocześnie mapą, na której nic nie widać i telefonem, na którym co prawda widać nieco więcej, ale za to wcale nie tak wyraźnie. W końcu, po wielokilometrowym błądzeniu i wielominutowej grozie, trafiamy we właściwe miejsce - chyba tylko dzięki zimnej krwi Wilczego. Ja, jako automat, sprawdziłam się zupełnie nieźle i uważam za swój sukces to, że nie zaczęłam panikować i rozwijać wizji spania na zjeździe z autostrady w aucie zaparkowanym na środku rondka :)


Trochę statystyki:
Godzina: 23:30
Temperatura: 0°C!
Dzisiejsza trasa: 1214 km
Całość trasy: 6396 km
Dzisiejsza średnia prędkość: 110 km/h
Średnia prędkość całej trasy: 100 km/h
Dzisiejszy czas jazdy: 11 h 05 min.
Czas jazdy całej podróży: 63 h 50 min.


- Zimno w tych Niemczech - skomentowałam, wysiadając z auta, które udało mi się pięknie zaparkować tyłem pod hotelem. Jestem z siebie dumna, tym bardziej, że w tym dziwnym samochodzie wsteczny wrzuca się bez sensu, czyli do przodu.
Na kolację pożarliśmy resztę jakiegoś jamónka i popiliśmy herbatą. Śniadaniem się nie przejmowaliśmy, zapłacone. A następna kolacja będzie już w domu...
Ibis Budget to bardziej luksusowa wersja F1: łazienkę mieliśmy w pokoju i była czysta ;)

Nadeszła sobota. Po śniadanku ruszyliśmy w dalszą podróż o 10:46. Były 2°C. W Niemczech jest największe w Europie zagęszczenie McDonald'sów w polu - co i rusz widzimy jakiś słup ze znaczkiem M.
Temperatura spada drastycznie. Po 210 km jest już -3°C. Odczuwalna to chyba jakieś -17, stwierdzamy po zatrzymaniu na stacji i przebiegnięciu się z auta do budynku. Sikanie kosztuje tu 0,5 €, a toalety pilnuje Rosjanin.
Jak coś nam się nie podoba, to powtarzamy sobie puentę z dowcipu o sekatorze: "Wsadź sobie w dupę ten sekator!" - i tak z sekatorem przez Europę...;) Normalnie tytuł relacji wyszedł ;p
Co i rusz są zjazdy na Opel (niczym w innym dowcipie - jakie jest największe miasto w Niemczech? Ausfahrt ;).
- Opel w prawo, a skoda gdzie?... - komentuje rzeczywistość Wilczy.
- Skoda prosto - mówię, jadąc na Frankfurt. Tym razem ten nad Odrą :)
Z kapowniczka, gryzmołami Wilczego zapisane: "Półwiatr. Kierowca kazała poluzować szot grota".


Trochę statystyki:
Godzina: 13:30
Całość trasy: 6666 km - tak nam się diabelsko zrobiło przez chwilę :)
Czas jazdy całej podróży: 66 h 22 min.


Z kapowniczka cd.: "Po hiszpańskim Red Bullu psyche dostaje głupawki. Zalecenia: zmniejszyć dawkę."
Następna linijka: "Poprawka. Odstawić do listopada 2014 r.".
Co jakiś czas samo mi się wyrywa: "Verfluchten niemiecken banditen!". Za to w knajpie mi się mylą języki i zamiast: "zwei" uparcie mówię: "dos", a zamiast "danke" - "gracias". We Francji za to co i rusz mówiłam: "tres bien", nie mając pojęcia, co mówię oczywiście ;) Nie ma to jak być poliglotą ;p
Wszędzie śnieg. Bez sensu. A miało być tak pięknie...
Nagle stopuje nas korek. Korek, na autostradzie? Wszystko stoi. Aha, wypadek...
Auta same z siebie ustawiają się w korku tak, aby mogły przejechać wszystkie niezbędne służby: przejazd jest udostępniony między środkowym a lewym pasem. I faktycznie, to się sprawdza: ewentualne służby nie muszą stać w korku czy się przepychać - mkną na sygnale szybko do celu. Tymczasem niedaleko nas ląduje śmigłowiec ratunkowy. Jesteśmy pod wrażeniem organizacji służb w Niemczech i jak pół roku później stoję w korku na "esce" pod Warszawą, a między autami poustawianymi byle jak przepycha się w mozolnym tempie karetka, straż pożarna i w końcu policja - myślę, że do prawdziwej Europy to jeszcze nam bardzo, bardzo daleko.
Mijamy wypadek, jedziemy dalej. W kapowniczku: "16:03 - osiągnęliśmy szerokość geograficzną Kutna!
Gdzie zakupy dla psychusia?"
W okolicach Berlina jest duże centrum handlowe przy autostradzie, na które się czaiłam. Niestety, chyba je przegapiłam, albo może nie było wcale takie duże...;)
"16:37: jeść jej się chce". No nic dziwnego, nie?...
Docieramy do Frankfurtu nad Odrą. To ostatnia możliwość zrobienia zakupów :) Zjeżdżamy więc do Reala, a tam - napisy po polsku, kasjerki mówiące po polsku, bar turecki z prawdziwym Turkiem za ladą, mówiącym po polsku!... No tak. Granica wymusza :)
Kupujemy chemię, jedzenie (w końcu w domu nic nie ma), jemy obiad u Turka (pycha! i dużo :) i jedziemy dalej. Jest 18:51. Kierunek - Polska.
Węzeł Słupca. Takie przemyślenie: ostatnim razem jechaliśmy tędy w drugą stronę i świat stał przed nami otworem. Teraz też stoi. Tym drugim otworem...
Zjeżdżamy z autostrady. Wjeżdżamy do Zgierza.
- Co my? Muchy? - pyta z niesmakiem Wilczy.
Łódź osiągnięta!


Trochę statystyki:
Godzina: 22:35
Temperatura: -9°C!
Dzisiejsza trasa: 1011 km
Całość trasy: 7408 km
Dzisiejsza średnia prędkość: 105 km/h
Średnia prędkość całej trasy: 101 km/h
Dzisiejszy czas jazdy: 9 h 38 min.
Czas jazdy całej podróży: 73 h 28 min.


Wyszperane w Sieci:

Hotel F1 Lyon Solaize
Motel Sierra Nevada, Granada
Alhambra, Granada
Zespół Menele
Hotel América w Sewilli
Blog "Pisane w Sewilli", z którego korzystałam, szukając atrakcji
Ser Gran Capitán
Catedral de Santa María de la Sede de Sevilla
Real Alcazar
Real Plaza de Toros, czyli arena walk z bykami
Ostatnia Bitwa Templariusza Artura Perez-Reverta w Biblionetce
Sewilla w Wikipedii
Pedras d'El Rei - nocleg przy Cmentarzysku Kotwic
Travel Park Hotel Lisbon
Lisbon Story - film Wima Wendersa o Lizbonie
Zespół Madredeus - występowali w Lisbon Story
Hotel Palácio Belmonte
Elevador de Santa Justa
Klasztor Hieronimitów
Museu da Carris, czyli Muzeum Komunikacji
Quinta da Regaleira w Sintrze
Hotel F1 Bordeaux Sud Villenave
Hotel Ibis Budget Frankfurt Offenbach Sued


psyche