Rejs po wyspach greckich, 12-26.05.2012 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Warszawa - Lavrion, fot. psyche
Lavrion - Lutra, Kithnos, fot. psyche
Lutra, Kithnos - Ermoupoli, Siros, fot. psyche
Ermoupoli, Siros - Mykonos, Mykonos, Delos, fot. psyche
Mykonos - Naxos, Naxos, fot. psyche
Naxos, Naxos - Katapola, Amorgos, fot. psyche
Katapola, Amorgos - kotwicowisko, Santorini, fot. psyche
kotwicowisko, Santorini - Thira, Santorini - Ios, Ios, fot. psyche
Ios, Ios - Adamas, Milos, fot. psyche
Adamas, Milos - Livadhion, Serifos, fot. psyche
Livadhion, Serifos - postój w Lutra, Kithnos - Korissia, Kea, fot. psyche
Korissia, Kea - Lavrion, fot. Wilczy


Kosztorys
Przeloty: ~800 zł od osoby, Warszawa - Ateny - Warszawa, LOT
Czarter: 3650 euro za jacht za dwa tygodnie ze sprzątaniem i ubezpieczeniem kaucji
Kasa jachtowa: 1200 euro (całość)

Prolog

- Pojechałabym na jakiś rejs - powiedziała Ruda zupełnie nie znienacka.
- Yhm - odpowiedziałam inteligentnie, gapiąc się tępo przed siebie.
- To kogo bierzemy do załogi?...
- I kogo na kapitana?...
Potem odezwał się Serwan.
A potem to już wszystko razem się ogarnęło i nagle okazało się, że Bavaria 45 Cruiser jest nasza. Skład załogi nie był jasny niemal do samego końca, Serwan poszukiwał przejściówki do wody, Wilczy ciągle grzebał w matematyce, a ja zajęłam się upychaniem wszystkich ważnych rzeczy do plecaka. Pakowałam się chyba ze 4 razy, zmieniając po drodze plecak, aż w końcu osiągnęłam stan "brońcie bogowie przed otwarciem, bo się wysypie i pozabija" ;) I mogłam jechać na wakacje!

Sobota, Warszawa - Ateny (Lavrion)
Czyli poznajemy Maję of Sweden

O jakiejś wściekle porannej godzinie zwlekliśmy się z łóżka. Obijając się o ściany poszłam zorganizować jakieś śniadanie. W drzwiach pokoju powstrzymało mnie mamrotanie Wilczego:
- A ja miałem ze sobą spodnie?...
Hm.
Siedzimy przy tym śniadaniu, zasypiając nad kanapkami.
- Czy my możemy się kiedyś wyspać na wakacje?... - zapytałam retorycznie.
- No... ale przynajmniej jest jasno. I nie leje...
- Jak nie?
- Yyy?
- Widziałam ludzi z parasolkami... I słyszałam takie pa, pa, pa...
- Ludzie ci mówili: "papa"?
- Nie, to krople deszczu mówiły o parapet!...
Wreszcie znaleźliśmy się na lotnisku, walcząc wcześniej z korporacjami taxi, które przez niemal godzinę nie były w stanie wysłać po nas taksówki. Tanie korporacje, znaczy. Ta droższa wysłała od ręki... Na lotnisku usiłowaliśmy się odprawić samodzielnie, udało nam się połowicznie, bo informację o odprawieniu się dostaliśmy na telefon, zamiast sobie wydrukować kartonik, jak to zrobiła Ruda. Trochę techniki i się człowiek gubi ;p
Serwan w swoim wielkim kapeluszu meksykańskim, Małgosia i Ruda już byli, chwilę po nas dotarła Agnieszka. JOrka z Walusiem mieli dojechać w poniedziałek, więc w 6 osób poszliśmy nadać bagaże. Zaraz potem spotkałam Mariusza, który się nami niejako zaopiekował :) Albowiem miałam pewne wątpliwości, czy gitara nie będzie stanowiła problemu i trochę spanikowałam. Ale udało się przejść kontrolę bezpieczeństwa bez żadnego problemu, nawet bez wyciągania sprzętu foto z plecaka, jedynie - jak zawsze - pasek ze spodni, spinka z włosów i buty z nóg. Striptiz normalnie. Mariusz pozwolił wsiąść na segwaya i okazało się, że to wcale nie jest tak trudno opanować, ale człowiek musi przestać się chwiać i kiwać ;) Jeszcze tylko zakupy, czyli rum i wreszcie znaleźliśmy się w samolocie. Stanęliśmy na końcu pasa i stoimy.
- Na co my czekamy? Korek jakiś, czy co?...
Lądują dwa samoloty, my nic.
- Nie, rozkopali pewnie. ZTM chce tu puścić tramwaj...
Do picia dostaliśmy wodę i wino w przeciekających szklaneczkach. Po winie zrobiłam Serwanowi i Małgosi zdjęcie i stwierdziłam:
- Jesteście niewyraźni. Wszyscy jesteśmy niewyraźni. Ja to mam zamiar być niewyraźna do końca rejsu - pomyślałam ciepło o winie LOT-owskim...;)
- Nad czym lecimy?
- Nad chórem.
- Nad czym?!?...
- No nad chmurami...
W Atenach ciepło, słonecznie i przyjemnie. Zaraz znaleźliśmy przystanek, skąd odjeżdżał bus do Marcopulo, gdzie mieliśmy się przesiąść w autobus do Lavrionu. Mieliśmy sporo bagaży, ale okazało się, że to nie stanowi problemu dla kierowcy - rzuciliśmy plecaki i worki na podłogę przy wejściu, a kierowca oparł sobie na nich rękę i trzymał je w czasie wiraży... a my tylko patrzyliśmy, czy nie uciekają i czy nie rzucają się na innych pasażerów ;) Potem przesiadka w porządny autobus z gościem sprawdzającym bilety. Kierowca na przedostatnim przystanku, już w Lavrionie, zapytany o port, pokiwał głową, że tak, to następny przystanek i w ten sposób zawiózł nas do portu promowego... a powinniśmy wysiąść w centrum, przy porcie jachtowym. No cóż. Czekała nas wycieczka z powrotem z bagażami...

Lavrion
Doskonałe miejsce na start rejsów po Cykladach - lepsze, niż Ateny, bo leży na końcu cypla. Nieduże miasteczko z supermarketem, w którym zaopatrują się chyba wszyscy żeglarze :) Tradycyjnie dowóz produktów na keję w cenie zakupów, plus jako bonus pięć zgrzewek wody. Dojazd z lotniska w Atenach autobusem z przesiadką w Marcopulo, bilet na całą trasę - 4 euro od osoby. Autobusy odjeżdżają co godzinę.


Informacja o Lavrionie Budkę Navigare Yachting znaleźliśmy bez problemu, zrzuciliśmy bagaże na kupę, chłopaki zajęli się przeglądaniem i podpisywaniem papierów, a ja, Ruda i Agnieszka poszłyśmy na zakupy. Wszystko pięknie, mapkę dostałyśmy, ale jakoś za diabła nie chciała zgodzić się ze stanem faktycznym ulic i w rezultacie poszłyśmy w kompletnie nie tę stronę. W końcu jakiś gość na rowerze nas podprowadził i trafiłyśmy do supermarketu, i zaczęło się szaleństwo zakupowe. Prócz darmowego dowozu dostaliśmy jeszcze pięć zgrzewek wody gratis, wszystko - łącznie z podpisywaniem papierów na dostawę - trwało strasznie długo, ale w końcu się udało. Zostawiłyśmy zakupy w sklepie i poszłyśmy do portu tym razem krótszą drogą. Chłopaki przejmowali jacht. Przeniosłyśmy zatem wszystkie graty na keję, żeby już mieć blisko, niebawem przyjechały zakupy, pozostało tylko czekać i smażyć się w słońcu. Było cudownie...;p
Wreszcie cała akcja - przejmowanie się skończyło, ktoś sprytnie położył tylną klapę i zrobiło się bardzo wygodne miejsce do wnoszenia bagaży i zakupów. Mogliśmy zaanektować łódkę :)

Maja of Sweden
Bavaria 45 Cruiser z 2011 roku, długość 14,27 metra, waga: niecałe 13 ton, 100 m2 żagla. 4 kabiny z podwójnymi kojami, dwie koje w mesie, tylne kajuty mają własne łazienki, przednie - oddzielną łazienkę i oddzielną toaletę. Dwie lodówki i jeden nieduży zamrażalnik. Niby wyposażenie fajne, ale na całym jachcie brakowało udogodnień typu wieszaczki na mokre sztormiaki (tak, tak, bo w Grecji pływa się tylko przy dobrej pogodzie...). Schowków zęzowych nie było w ogóle, na szczęście w siedzeniach było sporo miejsca na napoje. Naczynia kuchenne niestety śmierdziały potężnie anyżkiem, zapach nie do wywabienia. No i kadłub może i był z 2011 roku, ale jego osprzęt raczej już wiekowy, o czym mieliśmy się niebawem przekonać...


Na kolację poszliśmy do knajpki i chyba tam była nasza pierwsza gumowata ośmiornica. I Mythos, oczywiście, niegumowaty ;) Wieczór skończył się imprezą na deku...:) Oraz jazdą z hydrauliką, bo okazało się, że jest jakiś problem z wypompowaniem wody z prysznica dziobowego. Do tej pory nikt nie wie, jakim cudem to działa i co powinno być ustawione, żeby działało ;)

Z dziennika pokładowego:
Wieczór z hydrauliką; 2x1,5 l wina, brak świateł przy odbiorze, psyche burczy prysznicem. 0230 - wino wyszło. Polacy drą japy na utce obok.


Mapa rejsu

Niedziela, Lavrion - Lutra, Kithnos
Czyli już znikają główki portu

Serwan zrobił pobudkę o 0800. O 0900 wyszliśmy z portu, postawiliśmy foka, potem grota i zalegliśmy na pokładzie. Ruda i Agnieszka skarżyły się na dyskotekę w nocy, nikt poza nimi jej nie słyszał :)
- Psyche będzie śpiewać. Psyche może śpiewać... Ma pozwolenie na śpiewanie. Raz w roku.
- Naprawdę?!?... Mogę?!?...;)
Wilczy bawi się chartplotterem i ciągle wynajduje coś nowego.
Skończyła nam się woda w jednym ze zbiorników, a deska rozdzielcza pokazuje, że jeszcze jest w połowie pełny. Hydraulika nadal daje nam popalić...

Z dziennika pokładowego:
0500: deszcz w Grecji. Prognoza: 1-9 km, deszczowo.
0900 wyszli. Wiatr: 5B, silnik.
Kombinują z fokiem i grotem oraz silnikiem. Wiatr zdycha. Potem się pojawia. Czas na obiad!


Na obiad był kurczak z warzywami i makaronem. Jak zwykle pyszny :) Potem załoga znów zaległa. Wilczy stoi za sterem. Ja czytam przewodnik. Wyczytałam z niego, że ludzie na wyspie Kithnos zajmują się wyplataniem KALOSZY. Potem odkryłam, że mają miejscowość KANALIA. Oczywiście chodziło o kosze i miejscowość Kanala, a czytać z pomyłkami nauczyłam się chyba od Blond Wiedźmy :)

Kithnos
Cyklady Zachodnie. Powierzchnia wyspy: 90 km2. Długość linii brzegowej: 98 km. Główny port wyspy: Merichas na zachodnim wybrzeżu. Miejscowość Lutra na północno-wschodnim wybrzeżu słynie z gorących, siarkowych źródeł, bijących na stokach dawnego wulkanu.


O 1645 wpłynęliśmy do Lutry na wyspie Kithnos. Po naszej lewej burcie - Rosjanie. Po prawej - Niemcy. Komentarz do rzeczywistości:
- A my znowu między Ruskimi a Niemcami...
Niemcy przecumowali się dalej na takie dictum i obok nas stanęli Francuzi. Ale furt pod niemiecką banderą...
Przy okazji podłączenia się do wszystkich możliwych mediów korzystamy z gniazdek na 220 V. Pakuję się przez Serwana w mesie do tego gniazdka i narzekam:
- Ale ty gruby jesteś!... Normalnie tłuścioch!...
- Rejsowa kuchnia mi nie służy...
- Na Bugu we Włodawie przybyło pięć...
- Na Serwanie w Lutrze przybyło siedemnaście...

Karta do automatów na prąd Z dziennika pokładowego:
Woda i prąd z automatów na kartę, wszyscy korzystają na nielegalu. WiFi jest w restauracjach ale płatne (dla klientów). Sklep ma komputer, możliwe podłączenie do sieci.


Na wielkich kamulcach, robiących za falochron i wiatrochron - kolorowa reklama piekarni "Artofori bakery". Aż zachciało się świeżej bułeczki...:) Obok - przedziwna konstrukcja czegoś w rodzaju mostu, urwana kawałek za końcem nabrzeża. Dalej typowy port rybacki z masą porozkładanych sieci, kutrami i kotami, potem plaża, a na niej stoliki knajpek. Z drugiej strony zatoki - gorące źródła, potem na zboczu coś w rodzaju zameczku.
Na kolacji wylądowaliśmy w knajpce Sofrano, w której kelnerką była Polka. Wzięliśmy lokalne wino na spróbowanie: półlitrową karafkę białego, półlitrową - czerwonego. Zgłodnieliśmy.
Restauracja Sofrano - To może octopus salad?
- Nie - powiedziała pani. - Nie mam tego. To znaczy mam, ale wam nie dam. Chcecie talerz owoców morza?
Chcieliśmy. Dostaliśmy: rybki, ośmiornicę, kalmary i krewetki oraz bardzo dobry ser. Wzięliśmy więcej wina...;)
Po kolacji część załogi poszła na spacer. Dookoła zatoczki, po schodkach w górę... Wracamy obok zamku, który budzi niezdrowe zainteresowanie. Ogrodzony płotem, w płocie furtka.
- Może jest otwarta - mówi Ruda. No to pchnęłam bramkę i... otworzyła się!... Niewiele myśląc - weszliśmy na teren. Mocno zarośnięty, widać, że nikt się tym za specjalnie nie interesuje, chociaż miejsce jest przecudne, z pięknym widokiem na zatokę, a i architektura budowli niecodzienna. Usiedliśmy na tarasie z widokiem, pogapiliśmy się na port, na zatokę, na morze i w końcu opuściliśmy gościnne progi niezwykłego miejsca. Wracając na łódkę zauważyliśmy w zaułku dziwne urządzenie z kołowrotkiem.
- Ooo!... To jest maszyna do robienia czegoś z czymś!... - wykazałam się inteligencją.
- To jest maszyna do robienia konserwy turystycznej - sprostował Serwan.
Zbliżamy się do łódki.
- Skończyły się żarty, zaczyna się trap - oznajmił Wilczy.
Na koniec dnia poszliśmy jeszcze skorzystać z tych gorących źródeł. Serwan z Małgosią weszli do kolan, my z Wilczym uparliśmy się położyć w tej wymieszanej wodzie. Faktycznie, ze źródełka leciała gorąca woda, tak gorąca, że można się było poparzyć. Mieszała się z chłodną wodą morską bardzo nierównomiernie, w związku z czym były albo zimne albo ciepłe obszary, nic pośrodku :) Po wytaplaniu się w wodzie o głębokości do kolan wróciliśmy na łódkę się wykąpać, zmyć z siebie to morze... Więc znów zaczęły się komentarze:
- Serwan warczy...
Pompka od wody jest umieszczona w lewej rufowej łazience, dzięki czemu w lewej rufowej kabinie doskonale słychać, jak ktoś korzysta z wody. A pompy zęzowe potwornie hałasują podczas pracy...
Rozmawiam z Wilczym o tym, że rano jest nieprzytomny. Wilczy jak zwykle nie chce się ze mną na jakiś temat zgodzić:
- Mam cię kopnąć w nabiał?
- Gdzie ja mam nabiał?... Mleka nie daję...
- Mleka nie dajesz, nic nie dajesz...
- Kur nie znosisz - do rozmowy włączyła się Ruda.
- Widziałem, jak kurczaki żarła - skwitował Serwan.

Poniedziałek, Lutra, Kithnos - Ermoupoli, Siros
Czyli wszyscy śpią z Walusiem

Serwan znowu zerwał się skoro świt i o ósmej wyszedł z portu. No to wstałam, co by odbijacze pochować. Powrzucałam je do kokpitu najpierw, na to wyszedł Wilczy, podrapał się w głowę i mówi:
- A, to psyche zrobiła ten bałagan!...
Potem zaczęli stawiać żagle, a ja udawałam, że umiem sterować na wiatr ;p Po śniadaniu istotnie sobie posterowałam, czego efektem był nieduży zygzak, ale to nie moja wina, to wiatr się odkręcił!... W rezultacie trzeba było jednak odpalić katarynę i nie wygłupiać się z grotem.
Płyniemy na wyspę Siros po resztę załogi - jOrkę i Walusia. Waluś uprzedzał o sobie SMS-ami: "Skondensowane zuo wylądowało", "Nie śpimy... zwiedzamy.", "Nie brać autostopowiczów. Stop. Listonosz puka 2 razy. Stop. Potrzebny sok z jabłek. Stop. Posiadam żubrówkę :D Stop".
To nie była pierwsza żubrówka, ale jak i poprzednie została przyjęta entuzjastycznie ;)

Z dziennika pokładowego:
Po wypłynięciu zaczęło piszczeć zabezpieczenie ładowania akumulatorów (?). Odnaleziono schowek obok nawigacyjnej za poduszką. Zresetowane guzikiem "ON/OFF". Żółta (charge) świeci się, gdy silnik jest na obrotach (na luzie nie).
Łódka piszczy niezidentyfikowanym piskiem jednostajnym spod nawigacyjnej. Volty są, Amperów nie ma.
Psyche samodzielnie prowadziła jacht, bo Serwan poszedł spać, a Wilczy s[zamazana literka]ać.


Ruda zrobiła kanapki. Ona to dobra kobieta jest...;)
Rozmawiamy o zakupach. Bo tu mają sieć Carrefour Express.
- O, tam to wszystko jest. Jak my ostatnio poszliśmy do Piotra i Pawła, to nie było kefiru.
- Jak to? Naprawdę?!?... To w ogóle możliwe?
- Nie wiedziałem, że w Grecji jest Piotr i Paweł...
- No jest i nazywa się Paulus i Piotrus.
Po drobnych poszukiwaniach stwierdziliśmy, że nie mamy tratwy. Po jakimś czasie się znalazła, ale teraz byliśmy na etapie wyszukiwania wad jachtu. Za największą wadę uznaliśmy brak stewardess roznoszących drinki...

Siros
Cyklady Centralne. Powierzchnia wyspy: 96 km2. Długość linii brzegowej: 87 km. Główny port wyspy: Ermoupoli na wschodnim wybrzeżu, jest również stolicą administracyjną Cyklad. Wyspa niegdyś była bastionem katolicyzmu na Morzu Egejskim.


Wpływamy do portu Ermoupoli. Kręcimy się po deku, ja wypatruję jOrki i Walusia i... widzę ich, widzę!... Leniwie idą nabrzeżem, nad nimi unosi się balonik. Zaczynamy jazdę z cumowaniem, trochę to trwa, jeszcze podbieramy kotwicę, jeszcze coś, jeszcze coś... Stoimy dwa metry od brzegu, jOrka z Walusiem stoją na nabrzeżu naprzeciwko nas, przyglądając się nam z beznadziejnym wyrazem twarzy.
- A może wpuścimy ich na pokład?...
- Eee... a mają coś dobrego do jedzenia?...

Załoga
W dzienniku pokładowym załoga została określona mianem: "sami menele" ;)

Serwan - zwany przez niektórych Tomkiem, zrywał się skoro świt i kapitanił :)

Wilczy - Prawdziwy Wilk Szuwarowo-Bagienny, nie, żeby od razu prawa ręka kapitana, ale pomocne zwierzę :)

Małgosia - czyli ozdoba kapitana, niespotykanie spokojna osoba, mrucząca czasem pod nosem trafną ciętą ripostę ;)

psyche - psyche vel Ruda Żmija, Wielki Odkurzacz z żołądkiem jak dół na kompost :)

Ruda - najlepszy kuk na świecie z zacięciem filozoficznym :)

Agnieszka - mały diabełek, czyli kleine Teufel, pełna energii :)

jOrka - czyli #żagle rządzą, wolała zdecydowanie pokład od kambuza :)

Waluś - Naczelny Mafiozo Rejsu, Killer Ostateczny...;)



Z dziennika pokładowego:
1700 Udało się zacumować. Prąd i woda w automatach na kartę, Wi-Fi z restauracji płatne lub dla klientów.


I tak na deskach naszego pokładu pojawił się osławiony Waluś. Wszyscy śpią z Walusiem (i nie pamiętam, skąd to się wzięło...). Waluś służy za straszak:
- Bądź grzeczny, bo będziesz spać z Walusiem!...
Działa idealnie, szczególnie, jak to się mówi samemu Walusiowi...;)
Waluś znalazł sobie miejsce w kuchni, zadomowił się tam, pokroił mięsko obiadowe i oznajmił:
- Porzucam trochę mięsem.
Siedzimy na deku, pijemy żubrówkę, Wilczy tłumaczy Walusiowi, o co chodzi z gitarą:
- Interfejs wejściowy - pokazuje struny. - Przykładasz siłę kinetyczną - poruszał strunami. - I zamieniasz to na częstotliwości...
Potem Wilczy zaczął tworzyć:
- Jesteśmy na wczasach...
- W tych góralskich lasach - dokończyli wszyscy, ale Wilczy miał własną wersję:
- W tych greckich popasach... Słoneczko nie świeci, z czego już cieszą się dzieci...
- Graj, bo cię spoję - zagroziłam Wilczemu, który sobie plumkał.
- Zamiast grać, wolę, żebyś mnie tak solidnie spoiła - zaśpiewał w odpowiedzi. - Z tego, co pamiętam, to dawno tego nie robiłaś... Napiłbym się jakiejś dobrej żubrówki, lepsza taka wódka niż... - tu Wilczemu zabrakło słowa, więc dokończył Waluś:
- Dzikie mrówki!...
- Tak! Bo mrówek też nie jadłem nigdy i mrówki muszą być niedobre! - śpiewał dalej, improwizując, Wilczy.
Agnieszka przepycha się na "swoje" miejsce w kokpicie.
-Och, kręcisz się, jak osławione robaki po śmietniku!...
- No, ja je znam!...
Wilczy jakoś tak stoi, jakby na coś czekał i popędzał towarzystwo.
- Wilczy, weź usiądź, bo sprawiasz wrażenie tymczasowości...
Bawiliśmy się przednio, wieczór niepostrzeżenie nadszedł. Żubrówka poszła cała. Rum napoczęto. Waluś coś mamrotał o pustym kubeczku, Ruda solidnie mu polała rumu, że już cola się nie zmieściła... potem się tłumaczyła, że nie widziała, ile leje, bo flaszka jej widok zasłaniała :) Ale za to zyskała szacun Walusia :)
Na łódce obok - Cypryjczycy i chyba Rosjanie. Gramy i śpiewamy, w pewnym momencie zrobiliśmy koncert życzeń.
- Polish song, polish song! - usłyszeliśmy, więc co poleciało?...
- Szła dzieweczka do laseczka!...
Zgłodnieliśmy.
- Tu niedaleko jest gyros pita... - poinformowali nas Waluś z jOrką, którzy zapoznali się dość dobrze z okolicą. Więc czym prędzej ruszyliśmy na wyprawę.
Było gyros pita chrum chrum. Kotopoulo nie mieli.

Wtorek, Ermoupoli, Siros - Mykonos, Mykonos
Czyli morze pokazuje pazury

Z dziennika pokładowego:
Od 0430 silny wiatr i fale. 0600 - Bavaria obok jednak nie wychodzi (ponoć mamy kotwicę na ich łańcuchu). 0730 - zerwała się im kotwica. Panika. Wyszli, weszli, skrzyżowali z naszą, wyszli, poszli. O 0630 wychodził jacht, o 0730 widać go przy kei naprzeciw - ponoć przy wychodzeniu uszkodził sąsiadów.


Wieje jak diabli: 6 do 7B. Zerwaliśmy się koło 7 rano, bo obok zaczęło się dziać. A to kotwice, a to podejścia/odejścia od kei. I tak ciągle ktoś usiłował przestawić naszą łódkę, albo kotwicę, więc nie dało się spać.
Wszyscy mi zaglądają do kapowniczka, jak skrobię.
- Psik!... - odganiam ich, jak tylko mogę :)
Poszliśmy do kapitanatu po prognozę pogody. Kapitanat: wrota w budynku jak do jakiegoś garażu, w środku - pusta budka strażnicza, obok motor, dalej schody na pięterko, tam podest i drzwi, za nimi kolejne schody. Dopiero na tym drugim pięterku mieści się biuro. Prognoza do południa jest przerażająca, czekamy, a nuż się poprawi. Tymczasem zastanawiamy się, czy nasza kotwica trzyma, bo buja całkiem konkretnie.
Reklama nurkowania Spacer po mieście owocuje odkryciem uroczego placyku z mnóstwem kłębiących się gołębi. Nad miasteczkiem góruje kościół z niebieską kopułką. Wąskie uliczki, budynki z żółtej cegły, fantazyjnie wykończone balkoniki, piękne kwiaty, knajpiane stoliki stojące wprost na ulicy. Jeszcze kupujemy pieczywo, bo świeże i pięknie pachnie, jeszcze pijemy kawę w jednej z knajpek...
Wychodzimy z portu około 12:30. Ciągle mocno wieje.
- Psyche, Małgoś - woła Serwan po odejściu. - Cycki do kokpitu!... - to skrócona forma "Proszę, dziewczęta, odwiążcie i schowajcie odbijacze" ;p
- Chyba skręcamy, bo wiatru nie czuję - odzywam się nagle.
- Psyche jest jednym wielkim ickiem... - komentuje Wilczy.
Przez chwilę wyobrażam sobie siebie powiewającą na jakiejś wancie, ale widok jest mocno przerażający, więc odganiam go sprzed oczu czym prędzej ;)
Rozmawiamy o zwierzątkach na pokładzie. Amba jakaś, pamiętamy tylko o kotkach, pieskach, wszach jumprowych i jaskółkach. Na pewno jest ich więcej!...
- A tam coś pomarańczowego pływa - woła nagle Ruda.
- Gdzie? - wszyscy się zerwali.
- Na dziewiątej.
Wszyscy umilkli, pilnie wpatrują się w morze.
- Chyba mamy inaczej zegarki ustawione...
Płyniemy. Buja jak diabli. Staram się trochę przespać, bo jakoś w nocy mi to nie wychodzi, ale nie mogę, bo koje nie są wyposażone w pasy i rzuca mną po całej kajucie. Nawet układanie się wpoprzek i zapieranie o burtę i przedział silnikowy nie pomaga, bo co i rusz lecę do góry i walę głową w półkę. Ech, żeglarstwo ;p
JOrka zaczepia Walusia.
- Co, znowu mam sobie gacie podciągnąć? Przecież już raz dziś podciągałem - prycha Waluś.
- Bliżej nam do cyrku chyba... - ktoś komentuje rzeczywistość pokładową.
Przygotowujemy się do zwrotu przez rufę. Wszyscy się pchają do szotu foka.
- Wszyscy chcą ciągnąć - komentuję.
- Ja nie. Dla mnie to nowość - odpowiada Waluś.
- Ja przepraszam, ale ja nie mogę brać udziału w manewrach, ja muszę zapisywać... - mówię, przepychając się między wszystkimi i usiłując znaleźć takie miejsce, żeby nikt mi w łeb łokciem nie dał.
- Mówiliśmy ci, że powinnaś to sobie przywiązać na sznureczku na szyi - komentuje Gosia.
- A potem sznureczek wkręcimy w jakiś... - Serwan rozgląda się za narzędziem mordu.
- I zrobimy mielonkę.
Kochają mnie, nieprawdaż? ;p
Przy okazji bujania Waluś został Prezesem. Biedny, ale dzielnie to znosi. Stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości ;p Po jakimś czasie podśpiewuje sobie:
- Panie szofer, gazu, panie szofer, gazu, Ruda leje już w garażu... - tu wyłapał podejrzliwe spojrzenia innych, prócz Rudej, bo Ruda spojrzała z wyrzutem. Przecież to nie jej wina, że nalała mu niemal cały kubek rumu ;) - Nie było o morzu! Staram się rozładować jakoś te emocje...
- Już sobie dwa razy z tym poradziłeś...
Jakieś manewry.
- Ała!... - jOrka.
- Co, kabestan cię uderzył?
- Twardy jakiś...
- Też uważam, że powinni robić pluszowe.
Słucham tego, co oni wygadują i mam potrzebę zapisywania wszystkiego. Kapowniczek leży w stole.
- Dajcie mi notesik - proszę.
- Ja ci podam - Waluś na to, otwierając stół. - Nie dlatego, że cię lubię, czy coś, tylko jeszcze tu nie zaglądałem...
Nagle zabujało bardziej.
- Jakaś martwa fala - skomentowała jOrka.
- A czym się różni martwa fala od... - zaczął Waluś i zabrakło mu słowa.
- Od żywej? - podpowiedziałam usłużnie.
- Od normalnej!...
- Martwa nie krzyczy - oznajmił Wilczy.
Oczywiście natychmiast przypomniał nam się dialog z jednego z poprzednich rejsów o martwej mewie...;)))
- Jak sprawdzamy, czy kotwica trzyma?
- Znajdujemy sobie jakiś punkt na brzegu i sprawdzamy, czy jacht się względem tego punktu nie przesuwa...
- Na przykład mewę...
- Nieruchomy punkt...
- Martwą mewę...
Tak właśnie było w Chorwacji :)
Tymczasem podchodzimy do Mykonos.
- Gdzie jest wejście do portu?
- Tam, gdzie to małe, białe...
- Yyyy...
Małych, białych jest w cholerę na całym nabrzeżu. Same małe, białe domki. Cały brzeg wyspy jest nimi usiany, bo miasto jest mocno rozłożyste, a do tego nowa marina jest zbudowana spory kawałek od portu miejskiego, więc zabudowania rozlazły się jeszcze bardziej. Na szczęście chłopaki dzielnie sobie radzą z nawigacją i jednak trafiamy tam, gdzie chcieliśmy :)
Ze złotych myśli przed podejściem do portu:
- Na łódce nie ma hamulców. Są łyse opony...

Mykonos
Cyklady Północno-Wschodnie. Wizytówką wyspy są białe wiatraki, stojące w rzędzie - bardzo pocztówkowy widok. Miasto Mykonos słynie też z Małej Wenecji, czyli domów zbudowanych na samym brzegu morza, obmywanych przez fale - to chyba najdroższe knajpki w mieście :) Po porcie przechadza się pelikan - miejska maskotka, ustępują mu wszyscy, łącznie z samochodami :) Mykonos jest miastem, w którym trzeba się pokazać, odwiedzają je celebryci, a bardzo wysokie ceny nie odstraszają tłumów turystów.


Port jachtowy w Mykonos jest na północ od miasta. Jest wyposażony w mooringi, stajemy więc na mooringu i kotwicy, ale za to bez wody i prądu. W tej części nie doprowadzili jeszcze takich atrakcji, za to tu jesteśmy bardziej osłonięci od rozbujanego morza. W końcu po co komu prąd i woda, no już nie panikujmy!...;p
Do zewnętrznej strony pirsu cumuje jakiś potężny wycieczkowiec, któremu bujanie niestraszne. Przy zabudowaniach do obsługi promów jest sanitariat, ale działający po grecku: na trzy toalety działa jedna, do tego jedna umywalka i jeden prysznic w sekcji damskiej. W męskiej działa tylko jeden kibelek :)
Jutro chcemy dostać się na historyczną Delos, idziemy więc do najbliższej cywilizacji zorientować się w opcjach podróży. Dowiadujemy się, że jeżdżą autobusy do miasta i stamtąd odpływają statki. Godziny oczywiście nieznane nikomu ;) A reszta, jak to w Grecji, wyjdzie w praniu ;)

Środa i czwartek, Mykonos - Delos - Mykonos - Naxos, Naxos
Czyli trochę historii i psychodestrukcja

Bilet na prom na Delos Zerwani prosto z koi doczłapaliśmy do drogi wyjazdowej z portu. Właśnie kłębiły się tam autobusy jadące do miasta, prawdopodobnie przewożące pasażerów wycieczkowca. Niezwłocznie wsiedliśmy zatem do jednego z nich i to nas uratowało przed kilkukilometrowym spacerkiem. Autobusy dojeżdżały na plac, położony na początku właściwych zabudowań miejskich, i najwyraźniej funkcjonujący jako przystanek autobusowy. Dalej już trzeba było pójść samodzielnie. Doszliśmy do starego miasta, weszliśmy w uliczki w poszukiwaniu knajpy na śniadanie i w rezultacie znaleźliśmy się w małym barze z gyros pita kotopoulo. Knajpka z napisami niemal wyłącznie po grecku, z dwoma stoliczkami ustawionymi we wściekle wąskiej uliczce, którą co jakiś czas przejeżdżał motorek, a żeby mógł przejechać, musieliśmy wstać i odsunąć stołki. Gyros pita rewelacyjny :) Podawany przez otwarte okno - stoliki stały pod oknem - na talerzykach, z frytkami i tzatzikami, tak, jak trzeba. Serwan nazwał mnie Wielkim Odkurzaczem, ale tak naprawdę wszyscy byli zadowoleni ze śniadania ;p Mogliśmy ruszać na podbój Delos! :)

Ulotka o Delos Delos niegdyś była uważana za centrum archipelagu. Urodził się na niej Apollo i Artemida, co było doskonałym pretekstem do wybudowania tu sanktuarium i zrobienia z wyspy ośrodka kultury i sportu :) Aby nie zbezcześcić świętości wyspy wprowadzono zakaz rodzenia i umierania na niej, więc starców i kobiety w ciąży wywożono gdzie indziej. Teraz jest to wielkie stanowisko archeologiczne.

Przejazd na Delos promem kosztuje 17 euro, wstęp na wyspę - płatny już na wyspie - 5 euro. Promy pływają kilka razy dziennie, trzeba pilnować godziny odpłynięcia swojego statku. Na wyspę ciężko się dostać inaczej, ponieważ teoretycznie jest zakaz cumowania, mikre nabrzeże jest zajęte przez statki zarobkowe. Do bramy z kasą ustawia się kolejka ludzi z promów, na szczęście szybko idzie, acz kilka minut trzeba ostać w prażącym słońcu.
Daleko za bramką usiłuje przycumować pontonik z czwórką młodych ludzi w środku. Ewidentnie chcą zaoszczędzić po 5 euro od łebka :) Ale nic z tego, pani z ochrony włącza swoje płuca na najwyższy bieg i dmie w gwizdek, uszy nam odpadają, pani gwizd przerywa krzykami, tamci się orientują, że to do nich, ale zastanawiają się, czy reagować, pani nie przestaje hałasować, w końcu tamci odpuszczają, wsiadają w ponton i dopiero pani cichnie, chociaż wzburzenie widać na niej jeszcze potem dość długo. Razem z kolegą po fachu komentują po grecku sytuację, nic nie rozumiemy, ale dużo możemy się domyśleć :)
Przechodzimy przez bramki, przy pierwszych ruinach skręcamy w prawo, idziemy pod górkę, do ruin świątyni, tam się rozdzielamy - ja z Rudą zostajemy i zwiedzamy dół, reszta towarzystwa idzie na górę. Początkowo jest miło i przyjemnie, jakieś sobie ruinki, szeroka ścieżka, ładne widoki... Potem ścieżka zakręca i za kolejnymi budynkami, w chaszczach i kamulcach, zanika kompletnie. Staramy się znaleźć ciąg dalszy drogi między ruinami, ale jesteśmy bez szans, albo urwisko, albo nietknięte ludzką nogą chaszcze pełne innego wymiaru biologii. W końcu kapitulujemy i pchamy się po mniej zarośniętych kamulcach. Dookoła - jaszczurki, wysuszone ostre trawy, prażące słońce i znikąd pomocy. Patrząc na wędrujących górką ludzi dochodzimy do wniosku, że tam musi być ścieżka, więc jesteśmy niedaleko, tylko trzeba do niej dotrzeć. Akurat trafiamy na pole wielkich, ruchomych kamieni, bardzo staramy się ich nie naruszyć, już we trzy - bo z Agnieszką - docieramy do ścieżki i idziemy obejrzeć resztę atrakcji. Dookoła, przez wyschnięte jezioro, pomniki, posadzki i kolumny docieramy do knajpki, akurat w tym samym momencie dociera do niej reszta naszej załogi z drugiej strony, Wilczy ma dla mnie nawet kwiatuszka. Siadamy przy stoliku, zamawiamy sok pomarańczowy i odpoczywamy od upału.
Wracamy na prom. Po drodze Agnieszka pozuje na małych kolumienkach, razem z Wilczym robimy jej zdjęcia, fajnie to wygląda. Zaraz potem spektakularnie się potykam i lecę na ryj... Już prawie, prawie sytuacja opanowana, już niemal się podnoszę, ale najwyraźniej jestem za ciężka, coś mnie przeważa i jednak lecę na glebę, bardzo starając się ocalić aparat od rozwalenia. Przedstawienie dla turystów - gratis :p A ja dopiero na promie orientuję się, że chyba sobie coś nadwyrężyłam, bo nie mogę schodzić po schodach - prawa noga odmawia mi posłuszeństwa...
Cocktail bar Katerina's W Mykonos idziemy jeszcze obejrzeć Małą Wenecję - urocze domki postawione na skałach tuż nad wodą, tak, że są obmywane przez co większe fale. Wyglądają przepięknie z morza, dla szczurów lądowych natomiast atrakcją jest wejście do takiej knajpki i wypicie wściekle drogiego drinka na balkoniku, wystającym na morze.
W jednej z takich knajpek zadekowaliśmy się, żeby skorzystać z Wi-Fi. Mała buteleczka wody kosztowała nas 3 euro...;) Ale prognozę pogody sprawdziliśmy. Mało atrakcyjna, ale nie tak tragicznie, jak wczoraj.
Po drodze do autobusu zatrzymał nas jeszcze pelikan portowy. Wielkie ptaszysko, dumnie kroczące nabrzeżem i mające wszystko w... dziobie?, stanowiące atrakcję dla turystów i obiekt kultu. Pelikan ma zawsze wolną drogę. Wszyscy schodzą z jego trasy. A jak on idzie, to tamuje ruch... Samochody się zatrzymują, żeby mógł przejść!... Ludzie kłębią się obok niego, ale kompletnie mu to nie przeszkadza, dopóki ktoś nie przegina z czułościami. Pogłaskany trzeci raz po głowie przez tego samego pana zdenerwował się, zasyczał i chciał złapać za palec dziobem.
Wróciliśmy takim samym autobusem, najwyraźniej na krzywy ryj, pod prom i przygotowaliśmy się do wypłynięcia. W planach jest Naxos :)
Serwan szuka instrukcji od radia, bo świeci się distress.
- Na ogół te ważne instrukcje są... - zaczyna mówić.
- Niedostępne - podpowiadam.
- Nienapisane - kończy Waluś.
Wypłynęliśmy o 1530. Patrzę do dziennika pokładowego i widzę, że machaliśmy tym fokiem jak diabli: fok góra, fok dół, znów fok góra... wiatr: SW, S, siła 4B. Posterowałam sobie trochę autopilotem :)

Naxos
Cyklady Centralne. Powierzchnia wyspy: 428 km2. Długość linii brzegowej: 148 km. Na Naxos jest najwyższy szczyt Cyklad: góra Zas (Zeusa) - 1003 m n.p.m. Wyspa często występuje w mitologii.


Do Naxos wchodzimy już po 22. Wilczy za sterem, ja na kotwicy, Waluś na mooringu. 2315 stoimy, jest woda i prąd. Po kolacji mam klasycznego zgona, ale nie mogę zasnąć. Rozlosowaliśmy killera, z ustaleniem, że zaczynamy grać rano... Już niedługo na wszystkich padnie blady strach ;)
Wilczy z Walusiem spędzili noc na zawieraniu męskich znajomości, czego efektem było prawie 5 kg płaszczki, oczyszczonej i przyniesionej przez rybaka o 8 rano na naszą łódkę...;)
Na widok rybaka Wilczy poszedł budzić Walusia:
- Waluś, kolega przyszedł...
- Waluś jest nieczynny - oznajmiła jOrka.
No i sorry ;p
O poranku zostałam pierwszą ofiarą killera, zabił mnie Serwan, dobrze wyczuł moment, byłam nieprzytomna i nie miałam sił się bronić. A potem zabijać zaczął Waluś. I nagle okazało się, że mamy na jachcie seryjnego mordercę...;)
Waluś, jak już się obudził, umył zęby kremem do mycia twarzy, którego Agnieszka nieprzezornie nie schowała i potem pluł tym kremem przez cały dzień ;)
Towarzystwo wzięło auto i pojechało zwiedzać wyspę, ja i Wilczy padliśmy, mnie się dały we znaki nieprzespane noce i ogólne zmęczenie oraz schodzący stres, jemu - noc z Walusiem. Po kilku godzinach wściekle mocnego snu doszliśmy do siebie i wstaliśmy - akurat zaczynało padać. Zrobiło się ciemno i przyszedł wiatr. W tym momencie zaczyna do portu wchodzić jakiś jacht. Robili podejście przez blisko godzinę, chyba ze 4 razy próbowali, wypływali z portu, omawiali manewr, wracali... W końcu im się udało, ale trwało to masakrycznie długo, znudziło nam się obserwowanie, szczególnie, jak pływali na wstecznym.
Siedzimy na deku, smarujemy się kremem z filtrem. Na kei stoją jacyś ludzie:
- To na deszcz ten krem? ;)
Jeszcze zwiedziliśmy najbliższą okolicę - typowe wąskie uliczki i malutkie sklepiki w ich labiryncie, zjedliśmy obiad w knajpce i wrócili państwo z wycieczki z nowym tekstem:
- Chodź, Waluś, zajmij swoje 3/4 kadru!... - tak się ustawiali do zdjęć :)
- Coraz bardziej mi się tu podoba - zaczyna Waluś wieczorne opowieści. - Czuję się jak w domu. Jak mieszkałem we Frankfurcie, to miałem takie małe mieszkanie, że jak miałem ochotę, to spałem z mordą w lodówce... - skomentował nasz salon z kuchnią :)
Wszyscy pytają się nawzajem: "Żyjesz jeszcze?", bo jakoś szybko ten killer poszedł. Został Waluś i Małgosia, wszyscy więc nie mogą się doczekać akcji finałowej...;)
Tymczasem wybieramy się jednak spać.
- Taaak, zasypiajcie, zasypiajcie - mruknął Waluś na widok Agnieszki, idącej do kajuty. - Za chwilę zacznę chrapać!

Piątek, Naxos, Naxos - Katapola, Amorgos
Czyli wybieramy gwiazdę turnusu

Zasnęłam jak dziecko. Spałam bez przerwy do 10 i wreszcie poczułam się szczęśliwa i wyspana. Jak się obudziłam, wyszłam na pokład i już tam zostałam, bo akurat po naszej lewej burcie podchodził jacht, a tam było tylko pół miejsca. Biegiem z odbijaczem... Ale udało się - weszli szybko, gładko, dobrze, bez wstrząsów.
Za plecami usłyszałam głosem Walusia: "Pif-paf!"
- Wcale nie! - zaprotestowała Małgosia.
- Ja wiem, że ciężko jest przyjąć porażkę do wiadomości...
- Nie, nieprawda, ja się schowałam, zanim...
- Dobra, to zabiję cię jeszcze dwa razy - zgodził się Waluś.
Wychodzimy z portu o 11. Pogoda jest ładna, słońce świeci. Prognozy co prawda nadal mówią o szóstce, ale morze jest spokojniejsze. Wilczy za sterem przy odejściu, Serwan na kotwicy, Waluś na cumie. Ruda i Gosia robią śniadanie :)
Tylko wyszliśmy, to się rozpadało. I tak cały czas: pada, nie pada, pada, nie pada... Wieje 1 do 2, stan morza: 1. W dzienniku pokładowym w rubryce "Żagle" widnieje zrezygnowane: "E tam".

Z dziennika pokładowego:
Kolor gaci kapitana: białe albo czarne (stringi zostały w Warszawie).


Załoga śpi. Waluś - z gitarą. Ruda - z mokrym śpiworkiem, bo przecieka jej zawór od skylighta. Aga śpi z telefonem. JOrka - śpi po prostu :) Serwan z Wilczym na pokładzie mokną, mnie natomiast fascynuje fryzura Małgosi, bo ma taki piękny splot zrobiony i ja koniecznie też taki chcę. Zdaje się, że dość długo marudzę na ten temat, chociaż bardzo staram się ograniczać marudzenie :)
Na obiad Waluś robi słynną zdobyczną rybę. Niestety, ponieważ czyta w międzyczasie "Zupę z ryby fugu" Moniki Szwai, wszyscy się zastanawiają, czy jako naczelny killer chce nas już otruć, czy dopiero się przymierza...;)
Smażona płaszczka okazuje się być niesamowicie smaczna. Trochę problemów przysparza sposób jedzenia wielkich płatów, ale szybko opracowujemy patent na wyciąganie włókien mięsa spomiędzy giętkich części szkieletu widelcem i nagle jedzenie płaszczki okazuje się być nie tylko pełne walorów smakowych, ale także bardzo proste :) Na obiad poszła połowa kupionej ryby, resztę upchnęliśmy w zamrażalniku, będzie na drugi raz.
Czasem pada, czasem nie. Czasem stoi jakiś żagiel, czasem nie. Jedziemy w ciemność. Grecja jego mać...
Zrobiliśmy sobie jaskinię hazardu, Ruda wyciągnęła karty. Ale w pokera bez pieniędzy to żadna gra.
Przepływamy między dwoma wyspami.
- Płytko tu jest - mówi ktoś, co oznacza głębokość poniżej 10 metrów.
- Taaa. Mewie tylko do brzucha... - potwierdza jOrka.
Jak na Grecję to jest strasznie zimno. Przynajmniej już nie pada. Dopływamy do Amorgos. Stoję na dziobie na kotwicy, Serwan za sterem. Nagle zmieniamy kurs i Serwan robi kilka kółeczek w basenie portowym, skręca sobie i ewidentnie bawi się sterem.
- Co, będziemy parkować z piskiem opon? - pytam inteligentnie. Ale nie, jak już Serwan wszystkim zawrócił w głowie, oddał ster Wilczemu.

Z dziennika pokładowego:
1930 Port Katapola - Wilczy cumował, Serwan kazał pochwalić :-)
Port: 3,10 euro
prąd: 5 euro

Winda kotwiczna i bow thruster nie działają jednocześnie (thruster wstrzymuje windę).
W Katapola jest prąd (rzadko rozstawiony). Wodą zarządza rybak, który przed południem jest w morzu. Telefon do niego ma gość z Port Authority, ale i tak się rybaka nie można doczekać.


Katalog ze sklepu na Amorgos Waluś zszedł na ląd i ma chorobę lądową:
- Niedobrze mi na kei...

Amorgos
Cyklady Południowo-Wschodnie. Powierzchnia wyspy: 153 km2. Długość linii brzegowej: 112 km. Amorgos słynie z wraku Olimpii, występującego w filmie "Wielki Błękit". W Katapoli jest nawet knajpka "Wielki Błękit", w której wyświetlają film w różnych wersjach językowych.


Spacer po Amorgos dotąd nieznanym - weszliśmy między uliczki, trafiliśmy na jakieś wąskie przejścia, bez szans, żeby podjechać tu autem. A tymczasem na górze: hotelik :) Z własnym ślimakiem. I pięknym widokiem na port...
Trafiliśmy jeszcze na trzy śpiące obok siebie koty pod krawężnikiem, gdzieś bardziej w city. No miejsce sobie wybrały... najwidoczniej nikt im po nocy nie jeździ po łapkach i ogonkach :)
Reszta ekipy poszła testować kolejnego octopusa z grilla. Jak można się domyślać, był gumowy... Waluś nie może się z tego otrząsnąć. Najchętniej sprałby kucharza. Wyrywa się i ciągnie nas ze sobą:
- Spalę tę budę!... Chodźcie, spuścimy im łomot!...
- Waluś, idź sam!...
- E, tak bez audytorium...
Wieczór zakończyliśmy mafią. Jak zwykle posypały się głowy niewinnych:
- No i teraz nie mamy szewca we wsi...
Waluś po killerze się rozochocił i teraz stał się mafiozą. Na wszelki wypadek nikt mu nie chce podpaść, więc... został ogłoszony gwiazdą turnusu.
Ale najpierw go jednak kilka razy zabiliśmy, bo co to za porządki, żeby mafiozo plątał się po mesie? Ruda go zabiła za to, że on ją zabił w killerze. Ja go zabiłam na wszelki wypadek...;)

Amorgos nocą

Sobota, Katapola, Amorgos - kotwicowisko, Santorini
Czyli nigdy nie wpisuj portu docelowego do dziennika pokładowego przed zacumowaniem

Wyszliśmy z Katapoli ciut po 9 rano. Waluś stanął za sterem jeszcze przed śniadaniem.
- Zacznijmy śniadanie od modlitwy...
Jedziemy na Santorini z postojem w zatoczce wrakowej. UKF-ka coś gada w kompletnie niezrozumiałym języku.
- Ma rację - stwierdza Serwan.
Stajemy na kotwicy w zatoczce z wrakiem Olimpii, tym słynnym na cały świat wrakiem z "Wielkiego Błękitu". Wreszcie jest okazja do kąpieli :) Woda ma temperaturę 20,5 stopnia, cieplutka. Chętni wsiadają do pontonu, inni chętni włażą do wody bezpośrednio (patrz: psyche). Podczas, gdy Waluś wiezie na ląd Wilczego, ja dopływam do wraku o własnych siłach, okrążam go. Trochę się "zestarzał" od naszych ostatnich odwiedzin: nie ma całego środka, sporo go ubyło w ogóle. Za 20 lat to całkiem zniknie ;p Na brzegu - wysypisko śmieci, dramat. Wracam tak samo, wpław na jacht i bardzo mi dobrze, że wreszcie sobie popływałam :) Co jakiś czas przejeżdża obok mnie na pontonie Waluś z pasażerem.
- Podwieźć cię? - pyta uprzejmie.
- Po dwieście pięćdziesiąt! - odpowiadam i płynę dalej :)
Kompletnie nie mam zaufania do tej drabinki jachtowej i przy wychodzeniu na pokład korzystam jednak z pomocy Serwana. Drabinka pewnie jest wporzo, ale ja mam wrażenie, że siedzi zbyt płytko i przy gwałtowniejszym ruchu wypadnie, da mi w łeb i polecę na dno razem z nią...
O 1230 odjeżdżamy od wraku. Serwan sobie śpiewa:
- Jeden w skali Beauforta...
Na deku plaża. Ruda bierze się za obiad: makaron z boczniakami i szpinakiem, który okazał się nie być szpinakiem, dzięki czemu nie miałam problemu ze zjedzeniem go. Co kto wchodzi do kambuza, to stwierdza:
- Grzybem jedzie!
Porcje nie wyszły zbyt wielkie, więc po obiedzie i drzemce zaczęliśmy opróżniać lodówkę: melon, arbuz, pomarańcza... wszystko poszło :) Ruda komentuje:
- Znalazłam sposób na pozbycie się zapasów z lodówki: wystarczy zrobić mały obiad!
Podchodzimy do Vlihady na Santorini. Kiedyś tam staliśmy trochę mniejszym jachtem. Locja pisze, że podejście jest płytkie, ale czy można wierzyć locji? Pogłębiają je co roku na wiosnę, jest maj, już powinni to dawno załatwić, próbujemy. Na podejściu - "kaczuszki", czyli jakieś żółte bojki.
Znów coś nam piszczy na pokładzie.
- O, trafiliśmy w waypointa - stwierdza Wilczy, majstrując przy chartplotterze.
- Potrącą nam z kaucji - komentuje Serwan.
Śmiejemy się, że możemy rozwalać wszystko, co jest droższe niż 75 euro, bo do tej kwoty odpowiadamy gotówką, powyżej - mamy ubezpieczenie kaucji.
JOrka wchodzi do mesy przed podejściem do portu:
- Wyciągamy cycki!
- Znaczy, ściągamy biustonosze?...
Na podejściu do Vlihady jest znak: "TUNE TO CHANNEL 10 VHF". Serwan stara się wywołać port, bezskutecznie. Obchodzimy żółtą boję. Serwan po chwili, uskuteczniając manewry:
- Gdzie jest ta żółta zdzira?
W połowie falochronów stajemy na mieliźnie. Serwan daje wstecz, odchodzimy. Druga próba bliżej lewej strony... Niestety, znów stoimy. Silnik wstecz, jacht nie chce zejść, obraca nas, w końcu się udaje i wypływamy poza falochrony. Zastanawiamy się, co dalej - z jednej strony jest kotwicowisko, z drugiej - można stanąć na kotwicy w środku rogala. W rezultacie wygrywa kotwicowisko, Ruda bierze się za kolację i robi placki z gruszką i kiwi - bardzo smaczne :) Stajemy na kotwicy niedaleko Vlihady, na tyle blisko, że łapiemy WiFi z lądu. Ustalamy wachty kotwiczne po półtorej godziny: najpierw Agnieszki, potem jOrka z Walusiem, potem ja i Wilczy i nad ranem Serwan z Małgosią. Waluś narzeka, że w miasto nie pójdzie, a przecież wczoraj mu obiecaliśmy, że dziś będzie mógł się wyszaleć. Idzie zatem do kajuty, po chwili dobiega wołanie:
- Karolina, pomożesz mi?
JOrka idzie, po chwili wraca. Nagle słychać znowu z kajuty:
- A buzi?!?...

Santorini
Cyklady Południowe. Niewątpliwie najsłynniejsza i najpiękniejsza wyspa Cyklad. Jej aktualny wygląd zawdzięczamy wybuchowi wulkanu ok. 1500 lat p.n.e. Czarne zbocza obsypane białymi domkami wyglądają olśniewająco. Jedna z najdroższych wysp, z ogromnym ruchem turystycznym.


Niedziela, kotwicowisko, Santorini - Thira, Santorini - Ios, Ios
Czyli nie ma to jak obżarstwo :)

Obejmujemy wachtę kotwiczną o 0300. Nuuudy, panie. Na pokładzie całkiem ciepło, jakieś gwiazdki gdzieś tam się po niebie plączą, ląd migocze latarniami.

Z dziennika pokładowego:
- Pies szczeka!
- Tu są komary!
0345 - zabito komara :)
Morze spokojne, bardzo niewielki rozkołys.
0900 - odpalono silnik.
1245 alongside, Thira (woda, prysznice).


Rano Waluś śpiewa i dowcipkuje. Zeszło się na striptiz.
- Striptiz był wczoraj. Najpierw psyche, co prawda ja nie widziałem, bo mnie wyciągnęły z pokładu. Potem Wilczy. A na koniec miss mokrego podkoszulka...
- Chyba mister.
Na śniadanko skromnie: jogurcik, kanapki z reszty chleba. Nawet bez herbaty...
- Jesteśmy bez zakupów, Sprite tylko do piwa - informuje Waluś Serwana, wyciągającego butelkę Sprita z lodówki...;)
Postanowiliśmy wejść do Thiry, bo naprawdę mieliśmy już mało wody. Stanęliśmy longside do nabrzeża, skąd natychmiast usiłowano nas przegonić, ale uparliśmy się na tę wodę i koniec. Okazało się, że w tym miejscu cumują tramwaje z promów, więc po prostu możemy tamować ruch - ale na szczęście zostawiliśmy im wystarczająco miejsca, no i nie mieliśmy w ogóle gdzie zaparkować. Stoimy niemal naprzeciwko wejścia na schodki na górę.
Plan był taki, żeby dogadać się z jakąś knajpą lub sklepem i spróbować nabrać od nich wody za kasę, ale podczas cumowania wyczailiśmy kran na nabrzeżu, przy budynku. Kran co prawda był zakłódkowany, ale... działał :) Podłączyliśmy się do niego natychmiast i zaczęliśmy nalewać wodę. Poleciałam szybko pozmywać naczynia, reszta załogi po kolei szła się kąpać, trzeba wykorzystać sytuację do końca i wyjechać w morze z pełnymi zbiornikami! W międzyczasie Waluś robił za dziwkę Molly pod latarnią na nabrzeżu, oglądały nas hordy turystów, a jOrka stwierdziła:
- Wiecie co, coś jest nie tak. Wykąpaliśmy się i muchy się zleciały...
- Ale musieliśmy przedtem walić - skomentował Waluś.
Sklepu z żywnością na nabrzeżu nie było, a nie mieliśmy już czasu na wchodzenie czy wjeżdżanie na górę. Wyżebraliśmy więc tylko dwa chleby w knajpie za bandycką cenę i ruszyliśmy w morze. Na obiad Ruda przyrządziła makaron z sosem pomidorowym z oliwą, czosnkiem i ziołami. Na dokładkę rzucili się wszyscy :) Z Agnieszką się licytujemy, która z nas zjadła więcej i oczywiście żadna nie chce zostać Żarłokiem Rejsu :)
Waluś strasznie klnie w kuchni. JOrka komentuje:
- Warunki sztormowe liczone w kurwach na minutę...
Siedzimy na pokładzie. Nad nami żagle. Cisza, Waluś leży z głową na kolanach jOrki, każde z nich coś czyta. Waluś nagle:
- A buzi?
No, tak.
Schodzę pod pokład zrobić herbatę.
- Mogłabyś mi przynieść taką gazetę: "Sens"?
- A ja też mogę mieć prośbę? Przyniosłabyś mi sztormiak...
- To ja najpierw przyniosę sztormiak, a potem poszukam sensu... życia...
- Jaka siła wiatru? - dopytuje się jOrka.
- Trzy do czterech.
- A w supełkach?...
Waluś sobie podśpiewuje, rzucając sfermentowanymi oliwkami za burtę:
- Jem oliwki, karmię Neptuna - będzie wiatr, ale nie wichura... Tera uchlejemy tego dziada z trójzębem tam na dole...
- To jakaś *** jest, a nie GPS - wybucha nagle Wilczy, nie mogąc znaleźć portu na Ios na chartplotterze.
- Bo tam nie ma portu...
- Waluś już tam był i nie spodobało mu się...
Mapa wyspy Jednak port na Ios był (woda i prąd na plastikową kartę za 5 euro, kaucja za kartę: 10 euro) i stanęliśmy tam bez problemów, po czym poniosło nas na ląd. I pod górkę, oczywiście. City jest na górze, poszliśmy więc schodkami, chociaż jeździ autobus, ale nie - my twardziele jesteśmy. Wdrapaliśmy się na szczyt tej góry, przeszliśmy się główną ulicą miasta, poobserwowaliśmy życie lokalne, zrobiliśmy zakupy w supermarkecie tuż przed zamknięciem (na dole, w porcie, jest Carrefour express, ale otwierają go o 8.30, a my jak zwykle chcemy wypłynąć skoro świt...), po czym poszliśmy na gyros pita kotopoulo do sympatycznie wyglądającej lokalnej knajpki. Było pysznie :)

Ios
Cyklady Południowo-Wschodnie. Powierzchnia wyspy: 108 km2. Określana jako wyspa wiecznej zabawy.


Na jednym gyrosie wieczór się nie skończył. W pobliskiej knajpce podawano kalmara faszerowanego... Tam właśnie znaleźliśmy jOrkę i Walusia. No i zalegliśmy przy winie, ja się skusiłam oczywiście na kalmara, chociaż wielki, a ja średnio głodna. Serwan dokarmiał mnie jeszcze fetą z sałatki:
- Kto ma ochotę na kawałek fety, psyche?...
I w rezultacie na jacht wróciłam w postaci idealnej - czyli kuli :) Ale jak pomyślę o tym kalmarze, to do dziś mam ślinotok...
Wszyscy poszli spać, Waluś natomiast wziął aparat Agnieszki i poszedł w miasto...

Poniedziałek, Ios, Ios - Adamas, Milos
Czyli zagrajmy w "Zabić Walusia"

Waluś zdążył wrócić na jacht, zanim wyszliśmy z portu, czyli przed 0715. Zrobił śniadanie i poszedł spać :) JOrka skomentowała potem:
- Nie mogę wejść do pokoju, bo mam tam bimbrownię...
Na deku nic się nie dzieje. Ruda siedzi za sterem, generalnie wszyscy coś czytają, Wilczy gapi się w przestrzeń. Wychodzę z logbookiem z zamiarem spisania nas i mówię:
- E, sternik... Sternik! - krzyknęłam, bo Ruda mnie olała ;) Na wrzask poderwała się, rozejrzała po morzu i usiadła. Zaczynam pytać:
- Trip?
Odpowiedziała.
- Kierunek wiatru?
- Neeeee... - aha, NE.
- Siła wiatru?
- Jeden.
- Stan morza?
- Yyyy... - to była najczęstsza odpowiedź na to pytanie :) Druga zaraz po niej brzmiała: "Eeee...".
Przy następnej okazji na pytanie o stan morza Ruda odpowiedziała:
- Dwadzieścia, przecinek, cztery stopnie Celsjusza...
- Mamy zwis przedni - Wilczy skomentował łopoczącego foka. Zwisa i nie ciągnie.

Z dziennika pokładowego:
W wierszu z godziny 1000, w rubryce "Kierunek wiatru" widnieje śliczny zawijas ze strzałką i wpisane po kolei: NE, E, SE. Istotnie, wiatr kręcił jak szalony. W rubryce dotyczącej żagli stoi smutne "E tam". Nie lepiej jest później: godzina 1200 - "Fok smętnie zwisa", godzina 1300 - "Zwis przedni". Ale im później, tym lepiej, od 1500 jest już F, a o 17.20 nawet F i G :)


- Ryba się rozmraża za burtą - oznajmiła jOrka, czym wywołała ogólne poruszenie, chociaż w sumie każdy był świadom tej ryby.
- Ale z daleka od odpływów z kanalizacji?
- Nad wodą...
- Ile razy można zjeść ten sam obiad?...
- Taki smak to chyba tylko Japończycy by znieśli...
Z racji tego, że zgłodnieliśmy, a ryba jeszcze się nie nadaje do smażenia, robimy z Rudą grzaneczki przygotowane jeszcze przez Walusia oraz sałatkę z pomidorów, słuchając jednocześnie UKF-ki, bo wielce interesująco się zrobiło w eterze. Trwa dyskusja włoskiego statku wojskowego z portem w Chani, dokąd ów statek się udaje. Tłumaczymy na bieżąco:
- Tu italian warship, potrzebujemy jedną fajkę i dwa czołgi.
- Aha, wpadną na Kretę i zapłodnią połowę portu...
- Chcemy was zaatakować, ale brakuje nam czołgu, dajcie nam ze dwa...
- Historia uczy, że dwa nagie miecze można dać, to i czołgi też.
- Nagie czołgi.
- Czołgi w ubrankach...
Po chwili:
- Aaa! To nie były fajki i czołgi, tylko pilot service i holowniki!...
Tymczasem rozpędziliśmy się i chwilami mamy nawet 7 knotów na prędkościomierzu. Szaleństwo! W rubryce "stan morza" widnieje: "1Y", czyli już nie wielkie "Yyyy", postęp. O 1630 mamy mały alarm delfinowy, zwierzątka pływają przed naszym dziobem tak blisko, że chyba ocierają się o kadłub. Przekręcają się wzdłuż własnej osi, wyskakują nad wodę i generalnie widać, że bawią się doskonale, acz krótko - po kilku chwilach odpływają i tyle je widzieliśmy.

Milos
Cyklady Zachodnie. Powierzchnia wyspy: 151 km2. Długość linii brzegowej: 126 km. Miejsce kultu bogini Wenus. Właśnie tutaj znaleziono słynną Wenus z Milos :) Jedna z najpiękniejszych wysp, z powulkanicznymi olśniewająco białymi plażami Sarakiniko. Niegdyś wyspa pełna była kopalni minerałów.




W Adamas na wyspie Milos cumujemy o 1845 i wieczór poświęcamy na granie w mafię...
- W miasteczku jest mafia.
- Taksówkarska.
- Waluś jest w mafii, bo dobrze wygląda.
- Ja jestem mocno zbudowany. On to jest gruby po prostu... - stwierdził Waluś, pokazując na Wilczego.
- Obaj dbają o linię. Żeby była gruba i wyraźna - podsumowała jOrka.
Jasna sprawa, że wszyscy chcieli utłuc Walusia, więc czym prędzej przechrzciliśmy grę.
- W co gramy?
- W "Zabić Walusia" :)
- Wstaje noc. Walusie idą w miasto...
Dyskutujemy, kto jest w mafii. Waluś się wypowiada:
- Ja na ciebie leciałem na serpentynach, Ruda. Ale teraz zmieniam zdanie... Urwijmy łeb pełzającej konkurencji! - pokazał palcem na Rudą.
- Zabijmy tradycyjnie Walusia. Oraz Serwana.
Wilczy ni stąd ni zowąd poinformował zebranych:
- Wilczy nie jest w mafii.
Jakoś nikt mu nie uwierzył... Ciekawe, czemu.
- Może jakąś dyskotekę zrobimy? - próbował coś zmienić Waluś.
- Ty po alkoholu jesteś nadaktywny - zaoponowała jOrka. - Nalej sobie wina i siadaj!
W jednej z gier Waluś postanowił być przyzwoity i nie wylosował mafiozy. Skutkiem czego nikt nie chciał go zabić.
- Na Walusia jest zero głosów pierwszy raz w historii mafii...
Wilczy za to zebrał 4 głosy, co przesądziło. Jako bóg oznajmiłam:
- Utłukliście Wilczego. Wilczy, przyznaj się teraz...
- Nie!...
- Proszę, powiedz to ludziom prosto w twarz!...
- Jestem ogrodnikiem!...
- A co robi ogrodnik?...
- Zakopuje ciała...
- Wyrywa chwasty!...
- Ogrodnik jest zawsze winny.
- A listonosz nie puka dwa razy.
- Tak po radziecku gadają, że ja nic nie wiem...
- No skoro jest ogrodnikiem, to musi być mafią.
Kiedy musieliśmy przerwać grę, bo Agnieszka rozmawiała przez telefon, to stwierdziliśmy:
- Dobra, to teraz wyłączamy telefony. - Po chwili ciszy: - I zamykamy kible!...
Agnieszka wróciła, gramy dalej, po kolejnej nocy w miasteczku jest nowa ofiara...
- Znaczy mogę iść zapalić, bo już nie żyję? - Waluś.
- Chciałbyś... - dementuję. - Niestety, przeżyłeś tę noc. - Waluś się cieszy. - Ale za to wiesz, jakiego masz kaca?...
Wyjątkowo mafia poniosła klęskę, miasteczko udało się uratować, informuję, kto był kim, Waluś - katani - do Agnieszki:
- Widzisz? Mówiłem ci! Mówiłem!... Nie chciałaś mi wierzyć!...
- No dobrze, mówiłam, że następnym razem ci uwierzę...
- Następnym razem to on będzie w mafii...;)
Mafia nam się rozlazła, Wilczy poszedł spać, Waluś za to zaczął snuć plany uprowadzenia Coast Guardu. Nie całego, jednego okrętu tylko :) Namawiał Małgorzatę do uczestniczenia w spisku...
- Podejdziesz tutaj i ich zagadasz...
- Ale co ja mam do nich gadać?
- Nie wiem, wszystko jedno, co, a my wtedy podejdziemy od tyłu... - pokazywał akcję chrupkami - zapakujemy się na ten okręt, zwiążemy załogę i tak ich przewieziemy, że będą potem rzygać jeszcze dwa tygodnie!...
- To ja może jednak zostanę... - mówi Małgosia.
- A ja też mogę zostać? - pyta Serwan.
- No ale tylko ty wiesz, jak to poprowadzić!... - oponuje Waluś. - Bo jak ja się do tego zabiorę, to obawiam się, że to się rozpieprzy...
Jednak nie udało się namówić Serwana na podprowadzenie jachtu Coast Guardu i większość załogi poszła spać.

Wtorek, postój w Adamas, Milos
Czyli dzień na lądzie

Z dziennika pokładowego:
0300 Uspokoiło się i przestało rzucać łódką - można iść spać :)


Wypożyczalnia samochodów Tyle zapisałam jeszcze zanim padłam. Ale rano wiatr znów się zerwał. Rozwiało się do 6B i właśnie wtedy zaczęliśmy przestawiać łódkę do wnętrza portu. Jak już się przestawiliśmy, wiatr spadł do 3B...;)
W planach była wycieczka po wyspie. Nie dało rady inaczej, bo połowa załogi pamiętała piekarnię z poprzedniego rejsu i w ogóle mowy nie było, żeby do niej nie zajechać :) Wzięliśmy dwa auta (no dobra, dwa rzęchy, za to były tanie, po 20 euro ;) i ruszyliśmy na podbój wyspy.
Ilustracja popełniona przez Wilczego do całego dnia spędzonego na Milos. W piekarni rzuciliśmy się na słodkości. Na chleb też, ale najważniejsze były słodycze. Lepkie, ciągnące się, kapiące... Achhh, rewelacja! Jak już się nasyciliśmy (i opróżniliśmy portfele), pojechaliśmy do Sarakiniko - pumeksowych plaż położonych na północy wyspy. Krajobraz iście księżycowy, tyle, że wszędzie biało. Pięknie :) Obeszliśmy wszystko, Waluś się wykąpał, my z Wilczym wleźliśmy jeszcze do jaskiń, te były ewidentnie dziełem człowieka. Jak już się napatrzyliśmy, ruszyliśmy dalej - do Pollonii, miasteczka po przeciwnej stronie wyspy niż nasz port. Tam zalegliśmy w knajpce z widokiem na zatokę, zamówiliśmy jakieś kawki i sałatki, i zrobiło nam się błogo. No, prawie :) Podczas dyskusji przy kawie jOrka stwierdziła:
- Wiecie, na czym polega wymiana opinii? Idziesz do psyche z własną opinią, wracasz z jej!
Serwan i Małgosia poszli na spacer po plaży. Ruda zauważyła:
- Serwan kaczki puszcza!
- Ludzie puszczają różne zwierzątka. Kaczki. Bąki. Pawie - podsumował Wilczy.

Mapa Milos

Jeszcze spacer dookoła miasteczka. Poprzyglądaliśmy się, jak pani bieliła murek swojego domu. W końcu jedziemy dalej - do Paleochory, na obiad :) Na mapie otrzymanej w wypożyczalni jest zaznaczone, którymi drogami nie należy jeździć. Ale nie spodziewaliśmy się, że pozostałe drogi są w tak fatalnym stanie. Okazuje się, że większość dróg na Milos to drogi specjalnej troski - asfalt kiedyś może i tu był, ale dawno zawinął się i poszedł w swoją stronę. Drogi składają się głównie z dziur i żwiru na zakrętach... Z kilku takich zawracamy i próbujemy skręcać w następną, generalnie zaciskamy zęby i jedziemy. Obiad czeka!...
Dojeżdżamy pod jakąś knajpę i tam kończy nam się droga. Tak nagle. Więc zostajemy, bo co robić innego? Morze szaleje. Jest potworny wiatr, wszystkie ruchome elementy wystroju knajpki łopoczą i cud, że się nie zrywają. Knajpa jest na skarpie, poniżej - ogromne fale wbijają się w skały i wściekle atakują plażę. Obsługa mówi, że zimą fale są tak wielkie, że wbijają się do restauracji. I ten huk!... Zastanawiamy się przelotnie, jak się trzyma nasza łódka i zamawiamy uparcie grillowaną ośmiornicę. Jest taka, jak wszystkie: gumowa :( Ale jesteśmy dzielni do końca, pożeramy, co dostaliśmy i wracamy już do domu. Znaczy: do Adamas :)
Jedziemy oddzielnie, nie pilnując się już. Docieramy do wypożyczalni, oddajemy auto na zasadzie oddania kluczyków do ręki Greka. On pyta:
- Ok?
- Ok! - odpowiadamy i na tym się kończy całe sprawdzenie auta. Biegniemy do położonego tuż obok Carrefoura na szybkie zakupy, bo żarcie nam wyszło. Obładowani siadami wracamy do portu i przy wejściu na keję spotykamy Rudą:
- Pisałam do was!... Dzwoniłam!... Cholera jasna, nie wiem, gdzie jest wypożyczalnia!... Nie mogłam trafić!...
Faktycznie, wszyscy mieliśmy telefony gdzieś pochowane i nikt nie słyszał. Ruda na szczęście ogarnięta jest i się połapała sama, ale jad jej kapał z ząbków jeszcze pół wieczoru :)

Środa, Adamas, Milos - Livadhion, Serifos
Czyli mafię zesłał bóg

Z Milos wychodzimy o 8 rano. Załoga głównie śpi. Mocno buja, w ciągu dnia wieje nawet szóstka, chłopaki na deku w szelkach. Żagle postawione, gnamy jak pocisk. Za sterem Serwan, obok Wilczy, na jednej ławce śpi jOrka, przypięta do jachtu. Ja się plączę pod pokładem i mam mnóstwo energii. Posmarowałam naleśniki dżemem i zaniosłam chłopakom w ramach śniadania. Posprzątałam, pozmywałam, no plączę się jak robaki po śmietniku.
- Ej, chcecie herbaty? - pytam tych dwóch na deku, tam wieje i zimno, więc herbata jest dobrym pomysłem.
- A dasz radę zrobić? - odpowiadają bez sensu. Wzruszam tylko ramionami urażona. Co, ja nie dam rady?!? ;p Buja, no dobra, ale kuchenkę przestawiliśmy w tryb sztormowy na początku rejsu, nie?...

Z dziennika pokładowego:
BARDZO BUJA
Załoga w szelkach na pokładzie.
Ruda w szelkach pod pokładem.


O 1530 cumujemy w Livadhionie na wyspie Serifos. Na kei jest słupek z prądem, ale popsuty. Dziewczyny poszły zapytać o ten prąd:
- Dzień dobry, czy będzie prąd na kei?
- Nie. Popsute. Od 13 dni.
- To może dziś będzie naprawione?
- He, he, he. Nie. Jesteśmy w Grecji!...

Serifos
Cyklady Zachodnie. Powierzchnia wyspy: 78 km2. Długość linii brzegowej: 70 km. Mała, surowa wyspa z kilkoma żyznymi dolinami. Uprawia się tu winorośl, figi, migdały. Są też złoża metali kolorowych.


Książka kucharska ;) No i wszystko jasne. Niemniej jednak załoga chciałaby się troszkę umyć, a do tego jest potrzebny prąd. Ciągnięcie go z akumulatora może się źle skończyć... Szukamy innych opcji. Pytamy o prysznic w knajpie, proponują nam 8 euro od osoby, zabijamy ich śmiechem, zakopujemy ciała i idziemy do sklepu po zakupy. Sklepów na nabrzeżu skolko ugodno, w każdym mniej więcej to samo, przed budynkiem chłodnie, a w nich zamrożone na kamień nie-wiadomo-cosie, żadnego rozsądnego mięsa, żadnej rozsądnej wędliny, warzywa jakieś takie zdechłe. Obchodzimy wszystkie sklepy po kilka razy, w końcu decydujemy się na jakieś zakupy. Rezultat podsumowuje Wilczy:
- Całego Mythosa wykupiliśmy ze sklepu. Były dwie zgrzewki...
Tymczasem na kei pojawia się pan, który dysponuje kluczami do klap z kranami z wodą. Idzie od początku kei do końca i nalewa wszystkim potrzebującym. My niby jesteśmy średniopotrzebujący, ale nalewamy na wszelki wypadek, bo jak wiadomo, lepiej mieć tę wodę niż jej nie mieć, w końcu nie wiadomo, gdzie będziemy nocować następnego dnia. Okazuje się, że zużyliśmy jej bardzo mało, ale i tak płacimy ryczałt: 5 euro. Negocjować z panem nie idzie, trudno.
Wracamy do kwestii alkoholu.
- Moczymorda brzmi dumnie - stwierdza autorytatywnie Waluś.
- A ja tam nie jestem pijakiem - oznajmia nagle Ruda.
- A czym? - wszyscy są zainteresowani.
- A pijanicą!
Przepis na greckie naleśniki Szwendamy się po nabrzeżu i okolicach. Najbardziej dziwi nas stado... kaczek!... Mieszkających najwyraźniej na plaży, kompletnie nieprzejętych obecnością ludzi, kotów i samochodów tuż obok. Idziemy kawałek drogą wśród wielkich trzcin, to jakaś lokalna dróżka prowadząca do głównej trasy do Chory (czyli głównej części miasta, położonej na wzgórzu). Odkrywamy różne lokalne smaczki typu zardzewiała furtka donikąd :) W międzyczasie jakiś gyros pita kotopoulo się zamarzył, więc zaczęliśmy zamawiać w jednej z knajpek. Po kolei dobijali do nas kolejni załoganci i każdy się decydował, więc w rezultacie z pierwotnych dwóch zrobiło się 8 gyrosków, pan w knajpie był zachwycony. Konsumpcję uskuteczniliśmy na jachcie z wielką uciechą i smakiem :)
Wieczór spędziliśmy znów na grach i zabawach towarzyskich.
- Ja myślę, że... - zaczął Waluś i zaciął się, widząc wycelowany w niego aparat.
- No?... - popędzamy go wszyscy.
- Ale wytnij wszystkie brzydkie wyrazy i powiedz to, co chciałeś powiedzieć - podsunął Wilczy.
- Właśnie dlatego zamilkłem - odparł Waluś.
- Ja jestem za tym, żeby zabić Rudą, podpadła mi ze dwa wieczory temu...
- Ale Ruda zrobiła obiad, dopiero go wsunąłeś, nie można tak...
- Ale skoro już go zjadłem, to teraz mogę ją zabić.
- Ale Ruda jutro też zrobi obiad!...
- Zabijmy Walusia...
- Ja wiem, kto jest w mafii - powiedział Waluś i teatralnie odwrócił się i spojrzał na jOrkę...
- To też lekarze i taksówkarze... - dodał Wilczy. - Tudzież wioskowe głupki...
- Ruda, cofam to, co powiedziałem, zabijmy jOrkę!
- A jOrkę to za co? Dopiero co pozmywała.
- Mafię zesłał bóg, coś innego przecież mógł...
- W mafii albo jest Aga, albo jest psyche... - Wilczy.
- Albo jest Wilczy... - psyche.
- Nie, mnie się ta koncepcja wcale nie podoba! - Wilczy.
- Zabijmy Walusia i... zabijmy Walusia!...
Po długich dyskusjach i burzliwym przekonywaniu reszty społeczeństwa, że Wilczy jest katanim (bo mnie utłukli, głąby), udało im się zabić Walusia. Serwan, jako bóg, zaproponował:
- Waluś, przyznaj się...
Waluś w odpowiedzi zanucił motyw przewodni z "Ojca chrzestnego" :)
Potem wróciliśmy do dyskusji o prysznicu i wyszło nam, że Agnieszka będzie się myć w zagotowanej wodzie, którą Waluś będzie wlewał przez okienko do łazienki.
- Zapalimy wam broadway i na deku się myjcie!...
Przy okazji powstało podanie o imprezę z piątku na sobotę z akceptem Walusia, czemu akurat nie ma się co dziwić. W końcu padliśmy spać - wszyscy oprócz Walusia, który poszedł właśnie imprezować ze środy na czwartek na jacht obok. Kiedy pakuję się po pijaku w koję, Wilczy chrapie. Bardzo staram się go nie obudzić, dzięki czemu walę się we wszystko obok: w sufit, w bok... Ale jakoś się moszczę. Waluś z kolegami drą ryje, ale to nic, gorsze jest to, że używają piszczałki, która skutecznie potrafi wyrwać ze snu. Zwlekam się więc z koi i wystawiam głowę przez zejściówkę, drąc ryja do nich zwrotnie, żeby się uciszyli. Nie pomaga za bardzo, dopiero reakcja Serwana robi z tym porządek i wreszcie zasypiam...

Czwartek, Livadhion, Serifos - postój w Lutra, Kithnos - Korissia, Kea
Czyli na koniec jelenie na rykowisku :)

Odejście jest o 0630 - godzinie, która nie ma prawa istnieć, szczególnie po imprezie. Wstałam koło 0900 ;) Na deku: Serwan i Wilczy. Zrobiłam im herbatę, sobie śniadanie (oni nie chcieli, dziwni jacyś). Potem wstała jOrka i ulokowała się na deku. Ruda stwierdziła:
- O, ja to chyba dzisiaj nie powinnam ruszać się z łóżka...
Posprzątałam, ogarnęłam, poszłam się spisać.
- O, rachmistrz przyszedł - skomentował Wilczy, w gustownych szeleczkach przypięty do pokładu.
Spisuję kurs, pozycję...
- O, przez chwilę wiało nam osiem - mówi Serwan.
- Stan morza?
- Grube trzy!
Buja jak diabli. Kubki, talerze i sztućce szaleją.
- Zrobić wam herbaty?
- A dasz radę?
- No nic zaufania, nic...
Wracając do wiatru. Przeglądam logbooka. Coś mi się rzuca w oczy...
- Taaaa... Pierwszego dnia wiała nam jedynka. Dziś jest przedostatni dzień rejsu. Czyli pod koniec rejsu - ósemka. Jakby ten rejs potrwał jeszcze tydzień, to skala Beauforta by nam się skończyła... Kogo żeśmy zabrali na ten rejs?!?...
W południe przycumowaliśmy w Lutrze, bo rozwiało się bardziej. Prognozy mówią, że po południu wiatr ma zelżeć, więc czekamy. W Port Office można wziąć prysznic za 3 euro od osoby, więc korzystamy wszyscy z przyjemnością i świat od razu robi się piękniejszy ;) Część załogi poszła do znajomej już knajpy, a ja, Wilczy i Ruda zostaliśmy na łódce i zrobiliśmy na obiad to, co było przewidziane, czyli ziemniaki, kiełbasa i tzatziki :)
Państwo wrócili. Przygotowujemy się do wypłynięcia, wiatr trochę zelżał. Waluś wyjmuje wino. Ruda groźnym wzrokiem patrzy i każe je schować. Na pokładzie siedzi Agnieszka ze słuchawkami na uszach i śpiewa:
- Zabij mnie, nim ona to zrobi...
Ruda wychodzi na pokład z nożami w rękach...
- Przyszłam zrobić to, o co prosisz...
Odpływamy, Wilczy za sterem. Na pokładzie - koncert.
- Można kupić bilet na miejsce, w którym tego nie słychać?... - pyta ze zbolałą miną Wilczy.
- Już wykupione - odpowiada ze zjadliwym uśmiechem Agnieszka.
Wychodzę na pokład z logbookiem.
- Psyche, uśmiechnij się, ja też czasem cierpię - pociesza mnie Serwan.
Załoga siedzi na deku w szelkach. Ja masuję sobie spuchnięty nadgarstek, znowu go sobie naruszyłam, rano łazienka usiłowała mnie zabić, a teraz ręka boli. Na pokładzie istne pandemonium: jOrka i Agnieszka śpiewają jedną piosenkę, Waluś drugą. Teraz ustabilizował się przy "Stokrotce". Wynurzam się z zejściówki...
- I psyche tu wychodzi, i myśli, to jest gie... - kończy Waluś.
- Psyche wyszła i wszyscy ucichli.
- Ma się ten respekt...
Ruda wychodzi na pokład:
- Generalnie próbuję złapać pawia... - zwierza się i rozgląda się wokół.
- U nas się puszcza... - komentuje Wilczy.
- Nie, bo znalazł się właściciel tego pawia... - mówi Ruda. I podobno chodziło o książkę ;)
Trochę popadało, trochę zimno, ciągle wieje, chociaż już słabiej, za to pojawiła się piękna tęcza, a zaraz po niej druga. No i jeleniowaty zachód słońca, że szok!

Z dziennika pokładowego:
Tęcza! :-) A nawet dwie.
2030 Zapalono światła nawigacyjne. Wilczy kazał zapisać.
2100 Ruda podała melona.
2210 Stoimy w Korissia/Kea.


Kea
Cyklady Północne. Dobre miejsce na ostatni przystanek przed końcem rejsu, bo blisko stąd do Lavrionu. Główny port - Korissia na północno-zachodnim wybrzeżu.


Prognoza pogody

W basenie portowym sporo jachtów na kotwicach. Nam udało się stanąć do nabrzeża. No i ruszyliśmy w miasto :) Gyros pita kotopoulo w miejscowej knajpce, potem spacer między domkami po schodkach i ojej, jak tu pięknie. Na koniec wylądowaliśmy na cmentarzu na wzgórzu, oczywiście z widokiem na morze. Nieźle traktują tu swoich zmarłych...;)
Wieczorem w łódce Waluś szwenda się w tę i z powrotem i narzeka:
- Dlaczego te progi są tutaj tak wysoko?
- Żeby woda się nie przedostawała dalej. A tak naprawdę, żeby sobie można było wybijać zęby. Producenci jachtów mają zmowę z dentystami.

Piątek, Korissia, Kea - Lavrion
Czyli ostatni dzień na morzu

Pobudka na spokojnie, przed 1000. Po śniadanku poszłam do bakery po słodkie i lepkie - czyli ewidentny brak cukru w organizmie ;) Serwan odpalił silnik, a mnie się przypomniała przyuważona wczoraj ośmiornica. Poczułam, że jak stąd teraz odpłyniemy, to stracę jedyną okazję... i wynegocjowałam z Serwanem jeszcze 3 minuty na postój, a Agnieszka poleciała ze mną :) Nabyłyśmy różowe, pluszowe ośmiornice (i tak członkiem mojej rodziny stała się niejaka Zuzanna Octopus) i biegiem na łódkę. No przecież i tak nie odpłyną bez nas, ale niech będzie, że się staramy :) Wbiegamy po trapie, a Serwan mówi:
- To psyche za karę robi odejście.
No dobra. Plaża, więc nie powinnam za bardzo narozrabiać. Rudą umieściłam na cumie (była pod ręką, Ruda, nie cuma), Wilczy stał obok i mnie pilnował, Serwan polazł do kotwicy i udawał, że mnie nie słyszy, więc wysiliłam płuca, wyszliśmy bez żadnego problemu, ufff. Szkoda, że wcześniej nie było okazji potrenować :)

Z kapowniczka:
1056 Ruda robi striptease na pokładzie.


Na obiad stanęliśmy w zatoczce. Wilczy poszedł się kąpać, a ja tkwiłam w środku przy kuchence i robiłam obiad. Poszła reszta kiełbasy w sosie pomidorowym, brokuły w sosie serowym, ryż. Zjadamy resztki. Herbata się skończyła...;) Po obiedzie siedzę w mesie, słońce pada mi na twarz.
- Coś mi tu świeci - stwierdzam, krzywiąc się.
- Dobra, już sobie idę - odpowiada Waluś. Gwiazdeczka jedna...

Z dziennika pokładowego:
Obiad w zatoczce. Nie przejedli :)


Do Lavrionu był już rzut beretem, więc dość szybko weszliśmy do basenu portowego, gdzie przejął nas ponton Navigare Yachting, czyli właściciela łódki. Na pokład wsiadł pan z obsługi, mnie tuż przedtem Serwan wywlókł na dziób do kotwicy, więc już tam zostałam. Dzięki polarkowi od Rudej nie zamarzłam całkiem, bo wiało jednak co nieco...
Gość o aparycji Georga Clooneya stanął za sterem. Reszta osób na pokładzie stała obok i z szacunkiem patrzyła na mistrza. George pokazał mi trzy gesty na trzy różne akcje dla kotwicy: dół, stop, góra, dogadał się ze mną, że rozumiem i zaczął podejście. Tymczasem ja starałam się patrzeć jednym okiem na niego, a drugim na łańcuch, żeby wiedzieć, ile metrów poszło. Akurat w tym przypadku było to pięknie opisane na klapie od pilota od kotwicy - duże, kolorowe oznaczenia z ilością metrów. Bardzo pozytywnie :)
Łańcucha poszło niemal 50 metrów. George zatrzymał łódkę, cumy zostały rzucone. George przyszedł do mnie, sprawdził napięcie, kazał trochę podebrać, uśmiechnął się i podziękował, po czym sobie poszedł. Wracam do kokpitu...
- W rezultacie miałaś najważniejsze zadanie podczas cumowania - powitała mnie załoga.
- Bo wszyscy inni to stali i się gapili tylko...
- Uśmiechnął się do mnie - pochwaliłam się, budząc zazdrość u dziewczyn.
Potem zaczęliśmy sprzątać łódkę, bo trzeba ją było zdać. Uporządkowaliśmy, co się dało, kapoki i szelki poukładaliśmy równo i ładnie, żeby nie tracić czasu na szukanie. Przyszła osobna pani od kuchni, pozaglądała tylko, czy są talerze, nawet ich nie liczyła, zapisała w kajeciku, że są i poszła. Osobna pani od reszty. W sumie to tylko zdawanie ogólne łódki trwało nieco więcej, ale też jakoś się nie przejmowali nami - jak zobaczyli te poukładane kapoczki, to stwierdzili, że jesteśmy super i zdaliśmy na 5+ :)
Wieczorem, jak zwykle - zakupy (bo do domu trzeba przywieźć trochę przysmaków), knajpa, wino i sery na deku, pakowanie... I oczywiście małe dramaty w stylu: o matko, jeszcze o tym zapomniałam, jak ja to wepchnę do plecaka?!?... Waluś odnalazł w plecaku zapomniane Kopalnioki i wszystkich częstował, upychając zamiast nich fetę. Każdy pchał do bagażu kolejne zakupy, słodycze do pracy, prezenty dla rodziny.
- Może jeszcze coś się kupi na lotnisku - pocieszaliśmy się, patrząc na maksymalnie wypchane plecaki i worki żeglarskie. Jeszcze ostatnie łyki tego, co zostało na łódce...

Sobota, Lavrion (Ateny) - Warszawa
Czyli czas do domu

Śniadanie w sobotę wyglądało tak, że wyżeraliśmy absolutnie ostatnie resztki z lodówki. To, co mimo wszystko zostało, dziewczyny wyłożyły miejscowym pieskom, które jednakowoż majtnęły ogonami i nie wyraziły większego zainteresowania.
- Zgłodnieją, to zjedzą - stwierdziła jOrka i też zignorowała sprawę.

Załoga Mai of Sweden, fot. Serwan

Agnieszka co i rusz biegała ze śmieciami, my dopychaliśmy plecaki, jeszcze ostatnie zdjęcie na łódce. Drepczemy do autobusu. Przyjechał wcześniej, niż powinien. Szybka przesiadka na drugi w Marcopulo i już jesteśmy w Atenach.
Bagaży mamy mnóstwo, przydałby się wózek.
Przyprowadzili... platformę!... Rzuciliśmy wszystkie bagaże na nią, na wierzchu usiadłam ja i była jazda bez trzymanki przez parkingi lotniskowe... aż do drzwi do terminala. Tam dopadł nas jakiś gość z obsługi i zrobił raban, że nie wolno.
- Ale jak nie wolno, przecież stała sobie, biedulka, nikt jej nie chciał, akurat się idealnie przydała, nie?...
- Ale nie wolno i już!
No i skończyło się rumowakowanie. Gość zabrał platformę, a tak fajnie się jechało...
Walusiowi się spodobało, więc usadowił się na zwykłym wózku do przewozu bagaży, jOrka robiła za siłę pchającą. Odprawiliśmy się, bagaże oczywiście musieliśmy odwieźć do bramki numer 77 i już mogliśmy iść do kontroli. Przeszliśmy przez nią po obrzydliwie dokładnej kontroli sprzętu fotograficznego, którego w Warszawie nie wyjmowałam w ogóle z plecaka, a tutaj musiałam włączyć i pokazać, że obiektyw się odkręca i jest naprawdę obiektywem. Hm... Pakowanie sprzętu z powrotem zajęło mi ładnych kilka minut...
Mastiha Shop na lotnisku w Atenach jest w szczątkowej formie. No jest, ale malutki i prawie nic w nim nie ma. Oczywiście spędziliśmy w nim trochę czasu, ale byliśmy niepocieszeni.
W samolocie padliśmy na swoje miejsca. Wilczy siedział po przeciwnej stronie przejścia, bo samolot podstawili większy, niż miał być na początku i miejsc się zrobiło więcej. Ruda za nami siedziała sama na trzech miejscach. Nie, nie siedziała: leżała!...
Po wylądowaniu w Warszawie żegna nas kapitan samolotu. Jesteśmy w koszulkach rejsowych, widać łódeczkę. Kapitan nas zaczepia:
- Żeglarze?
- Tak!
- A gdzie pływaliście? A ile czasu? A na jakiej łódce?...
No i się zaczynają morskie opowieści w przedsionku samolotu. Wymiana spostrzeżeń na temat różnych łódek, informacji o miejscach, gdzie warto trenować, odnajdywanie wspólnych znajomych z kursów SRC... No fajnie mieć takiego kapitana - żeglarza! :)

Epilog

I wiecie co? Słowa "Już nie wrócę na morze" nigdy nie są aktualne... A nawet Waluś, jakiś czas po rejsie, przyznał się publicznie: "Nigdy bym nie przypuszczał... chcę na morze!" :D

Zbierałam się do pisania tej relacji okrutnie długo, to fakt. Niedługo minie pół roku od rejsu. Ale może właśnie dlatego naprawdę fajnie było przeżyć to wszystko jeszcze raz, nie czując już bólu w nodze po upadku na Delos, nie mając spuchniętej ręki po dyskusjach z drzwiami od łazienki i tak dalej...;)
Ruda z jOrką coś wspominały o porejsówce, więc... może będzie warto o tym pomyśleć :D

Wyszperane w Sieci:

Navigare Yachting - nasz czarterodawca
Prognoza pogody
Druga prognoza pogody
Wyspa Delos


psyche