Rejs pod hasłem "Zabić Harpa!", Grecja, 7-24.05.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Ateny
Rejs okiem psyche
Portrety załogi
Ludzie w Grecji
The best of Wilczy
Relacja alternatywna, powstała tuż po rejsie :)

Prolog, czyli Grecja kulinarna

Na początku były weki.
A właściwie bardzo się z Rudą starałyśmy, żeby były. Mięsko gotowe, usmażone, upieczone, zapachy roztaczało nieziemskie. Zapakowane w słoiki, zawekowane, stało sobie radośnie i stygło, a my uprawiałyśmy życie towarzyskie w pokoju. W międzyczasie do Rudej zadzwonił telefon, więc taktownie wycofałam się do kuchni...
Kiedy Ruda weszła do kuchni piętnaście minut później i zapaliła światło, ujrzała mnie z nożem i widelcem nad talerzem z resztkami mięska...;)
W domu okazało się, że część słoików się nie zamknęła. Po wielokrotnych próbach z różnymi słoikami i kilkukrotnym gotowaniu połowę planowanego mięska zjadłam na miejscu, zadowalając się tym, że zamknęło się cokolwiek i z mocnym postanowieniem: nigdy więcej wekowania! - pojechałam na rejs :)

Żeby obejrzeć ten filmik pobierz Flash Player.

Przedstawiamy trailer filmu z rejsu w Grecji :)
Tym razem, ze względu na rozmiar filmu, będziemy go prezentować tylko na spotkaniach z nami.

Ateny drżały już oddechem ulic rozpalonych...

Środa wieczorem.
Z czeluści przejścia na perony na dworcu Warszawa Wschodnia wyłoniły się trzy sylwetki obładowane plecakami i worami żeglarskimi. Nawet w ciemnościach można było poznać, że to załoga ;) Kapitańcio, Siostra i Kreweta (wówczas jeszcze zwany Kyniem) zakończyli pierwszy etap podróży do Grecji. Resztę wieczoru oraz niewielką część nocy spędzili u mnie - odpowiednio - na łóżku lub nowym, puszystym dywanie ;)
Pobudka o barbarzyńskiej godzinie 5 rano, coś w rodzaju toalety i jazda taksówkami na lotnisko, gdzie koczowała już reszta pełnych oczekiwania uczestników wycieczki. Harpa nawet odprowadziła siostra, pewnie chciała sprawdzić, w czyje ręce go oddaje ;) Gitara ustabilizowała się w rękach Krewety (stał się odtąd nosicielem), Qbk został ustabilizowany obok Rudej dla potrzeb odprawy, Harpowi do bagażu każdy podokładał co nieco, przez co Harpa bagaż miał potężny nadbagaż i potem nastąpiło przepakowywanie w drugą stronę: do bagażu podręcznego całej załogi...;) W końcu pozbyliśmy się worów i plecaków, i mogliśmy pójść na śniadanie.
Podczas śniadania okazało się, że do substancji żrących zaliczamy psyche.
A czy to moja wina, że na widok jedzenia uruchamia się u mnie ślinotok?... ;-p
Qbk się zlitował i dał mi kawałek buły. Kapitańcio skomentował:
- On jeszcze nie wie, co go czeka...
- A ja tam będę psyche dokarmiać - stwierdziła Ruda. - Ja mało jem...
Spojrzałam na nią z uwielbieniem. Wreszcie ktoś rozumie moje potrzeby!...;)))
Harp objął przeciwne stanowisko:
- Zrobimy transparent: "Nie dokarmiać psyche!".
- Wręcz przeciwnie, dokarmiać, nie będzie nam wyżerać!... - obruszyła się Siostra.

Załoga:

Kapitańcio - czyli Piotrek; kapitan nasz szalony był...

Pierwszy oficer Wilczy - moje prywatne utrapienie

Siostra - [wachta I] czyli Asia, kapitanowa

psyche - [wachta I] psyche vel Ruda Żmija

Drugi oficer Harp - usiłował pracować

Magda - [wachta II] jedna z sióstr

Kreweta - [wachta II] Kynio przechrzczony na Krewetę

Trzeci oficer Qbk - Ja Iwan i ty Iwan

Ruda - [wachta III] szefowa kuchni

Bożena - [wachta III] druga z sióstr



Samolot uśpił wszystkich, prócz Rudej i Qbka, którzy przegadali cały lot (jacyś dziwni...). Potem autobusem, metrem i na piechotę dotarliśmy do hostelu, gdzie można było pozbyć się bagaży, zorientować w układzie dostępnych łazienek i... wyjść na miasto :) No... daleko nie zaszliśmy, padliśmy w pierwszej lepszej knajpie :)
- Które piwo jest lepsze? Mythos czy Amstel? - zapytała Magda.
- E, wszystkie są takie same - odpowiedział Krzysiek.
- Bo to wszystko musi być Grupa Żywiec - podsumował Wilczy.
Nad barem wisiały tablice reklamujące podawane tu jedzenie. A zatem: szaszłyki, gyros... a na samym początku, na zachętę, był obrazek czegoś, co wyglądało jak nadziany na patyk od szaszłyka szczur... Nie zniechęciło to nas jednak i pożarliśmy wszystko, co dostaliśmy. Nie mogło zabraknąć bitwy o tzatziki ;)
Trawiąc rozmawiamy o tym, co zwiedzić. Ruda sypie propozycjami: tu jest coś fajnego, tam jest coś fajnego - wszystko właściwie na trasie rejsu...Kapitańcio, patrząc na nią z niesmakiem, komentuje:
- Wiecie, ja tam mam 200 godzin do wypływania...
- To wypłyńmy! - rzucił ktoś.
- To wypłyńmy! - stuknęliśmy się.
- Za to się wszyscy stukniemy!... - rzuciłam.
- A to już jak chcecie - Kapitańcio mruknął.
- Wszyscy, powiedziałam. Kapitańcio też!
- Dobrze, że przynajmniej proporcje są dobre...
- Nigdy nie wiesz, na kogo trafisz...
- Yyyy... Harp?...;)
Wracając do hostelu wyczailiśmy supermarket. No i czas ruszyć w miasto - zwiedzać. W końcu po to tu jesteśmy, a nie dla przyjemności ;-p Po drodze jednakże mamy sklep firmowy Crumplera, który niejaka psyche uparła się zwiedzić wściekle, więc cała wycieczka, klnąc pod nosem i rzucając jawne gromy w moją stronę, lazła ulicą wyznaczoną przez Wilczego. Po przejściu obok jakiejś uczelni, która zajmowała pół świata co najmniej, sklep się objawił, nawet piętrowy, wymacałam sobie upatrzoną w internecie torbę, nabyłam ją i szczęśliwa wypełzłam na ulicę, szukając reszty załogi. Przywitali mnie ponurym:
- I masz zakaz śpiewania do końca rejsu!...
Ufff, a mogło być gorzej!...
- Ale nucić mogę?... - zapytałam cichutko, chyba nie zwrócili uwagi...;)))
Następnie szukaliśmy salonu firmowego Winda - operatora komórkowego, który na karty prepaid udostępnia także internet. Tym razem zainteresowany był Harp, który uparcie usiłował pracować podczas rejsu, a do pracy potrzebował łączności ze światem. Niestety, łączność niespecjalnie działała, stąd pomysł salonu firmowego.
Poszli we dwóch - Harp i Kapcio. Nie było ich dłuuuugo, siedzieliśmy lub staliśmy za szybką na chodniku i patrzyliśmy wgłąb salonu, a droga od drzwi do kontuarku była daleka. Wyszli w końcu uchachani, teoretycznie dostali jakieś wyjaśnienia, praktycznie potem okazało się, ze jak nie chciało działać, to nadal nie działa i już. Tyle, że można przynajmniej dzwonić...
Pojechaliśmy w końcu do miasta, w pobliże Akropolu. Wycieczka była metrem, bo mamy całodzienne bilety i fajnie się jeździ. Oczywiście natychmiast trafiliśmy do knajpki - tym razem zachciało się kawy lub piwa (piwo miało przewagę ;). Jedynie Ruda zaszalała i zamówiła Amstela i frappe...
Obok, uliczką - deptakiem co i rusz przejeżdżało zabytkowe auto, wyglądające, jakby brało udział w jakimś rajdzie.
- O, następny!... Oni tam się gdzieś zbierają...
- Ja myślę, że oni regaty mają!...
Siedzimy w knajpie i narzekamy na odległości do zabytkowych kamulców. Trzeba by się wreszcie ruszyć i zobaczyć te historyczne ruiny, które permanentnie są w trakcie budowy... Tylko jakoś tak ciężko ;-p
- Przebudujmy Ateny, co? Tak, żeby te kamulce były bliżej...
- No i wymyślili!... Za chwilę przeniosą Akropol do knajpy...
- Na razie to tylko plany, ale wiesz... jeszcze ze dwa piwa i zacznie się realizacja...
Staramy się pohamować głośne rechotanie, ewentualnie zachować odrobinę powagi.
- Ja nie mogę, jak patrzę na Harpa... - śmieje się Kapitańcio. Harp ma koszulkę zeszłorocznorejsową, z wielką rybką polującą na mały jachcik.
- Harp, on obraża twoją rybkę!...
- Ugryź pana - polecił Harp swojej rybce.
Siedzę z notesem i skrobię pilnie, starając się zapisać wszystko, co słyszę. Oczywiście nie ma szans, bo gadają jak najęci, a pić też trzeba. Przerywam gadkę:
- Nie mówcie tak szybko!... Nie nadążam notować!...
Nie wiedzieć, czemu, wzbudzam kolejne salwy śmiechu. Dziwni jacyś, no ;-p Przez pół rejsu potem marudziłam, że chcę dyktafon, co zapisuje od razu do pliku tekstowego, nadal go chcę, ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...
Kolejne piwko wjechało na stół. Kreweta się odezwał:
- Piotrek, przypomniało mi się, że ty pisałeś moją pracę dyplomową w technikum...
- Nooo, zaczynają się wspomnienia!... Dawaj dalej!...
- No, my to trochę na innym poziomie mieliśmy kontakty...
- O nie, takich szczegółów znać nie chcemy...
- Ciekawe, czemu się obaj zaczerwieniliście?...
- A ja na wykładach grałam w kości - przyznała się Siostra.
- Ja pisałam listy - podzieliłam się również. Jak wszyscy sypią wspomnieniami, to ja też.
- Jak to?... Długopisem?!?...
- Takie analogowe?!?...
Tia... Czy istniał jakiś świat przed internetem i googlami?...;)
Oderwaliśmy się wreszcie od tej knajpy i poszliśmy oglądać zabytki. Albo przynajmniej kawałek starego miasta. Dotarliśmy pod Akropol, przeszliśmy kawałek, stwierdzając, że wpadniemy tu jutro na zachód słońca i trafiliśmy na owe regaty starych aut. Bardziej prezentacja, ale przyciągnęła trochę ludzi - stare jaguary i inne zwierzątka robiły wrażenie ;)
Wieczorem w hostelu usiłowaliśmy jeszcze się bawić, ale nie wiedzieć czemu część osób zasnęła w trakcie i nie dawało rady ich dobudzić, nawet staropolskim: "Pij, nie ściemniaj!", więc po ustaleniu planu na dzień następny (i przypomnieniu sobie, że poprzednia noc praktycznie nie istniała, więc może jednak warto się trochę przespać) padliśmy do własnych koi. Na razie jeszcze nieruchomych...

Nastał piątek i jacyś barbarzyńcy (zdaje się, że z mojej załogi w dodatku) przyszli nas obudzić. Sadyści absolutni!... No, ale co zrobić... - można na przykład pójść na śniadanie, ponoć podają w knajpce na rogu, szwedzki stół, 5 euro i jesz ile chcesz... Hmmm, czemu nie :)
Śniadanko faktycznie było, teoretycznie do 10, ale o 9:55 pani powiedziała, że ależ proszę bardzo się częstować, czemu nie :) Potem okazało się, że ta 10 to się tak przedłuża co najmniej do 11, a może i dłużej :) Śniadanko - rewelacja! Tylko Siostrze pod kubek z wrzątkiem podeszło dziecko i rozlała sobie ten wrzątek na łapkę :/ Potem mogła sama robić za grzałkę. Ale smarowała rękę jakimiś tajemniczymi specyfikami zakupionymi w aptece na drugim rogu i pod dwóch dniach już było ok.
Najedzeni, połową załogi pojechaliśmy na dworzec autobusowy po bilety do Lefkady. Jadąc autobusem miejskim, Kreweta podpadł Kapitańciowi. Kapitańcio postanowił pokazać, kto tu rządzi:
- Śpisz w pontonie!...
Dotarliśmy na dworzec autobusowy przez jakieś straszne rudery i przemysłowe sytuacje. Najpierw trafiliśmy do informacji, gdyż dworzec pełen był okienek z opisanymi kierunkami, a Lefkady nie było nigdzie. Okazało się, że trzeba wyjść na stanowiska i tam też są budki z biletami...
No dobrze, dopchaliśmy się, nabyliśmy 10 biletów na dzień następny, pozbyliśmy się 305 euro za całość i wróciliśmy (przez kawę...;) do hostelu. Po czym całą brygadą pojechaliśmy pod Akropol, żeby wreszcie zwiedzić kawałek tych Aten!... No bo skoro już tu jesteśmy...
Ale najpierw obiad! Z tym zgodzili się wszyscy, znaleźliśmy zupełnie sympatyczną knajpkę, oblegliśmy wielki stolik w ogródku i skuszeni sałatką owocową, którą mieliśmy dostać gratis za to, że jednak wleźliśmy do tej knajpy, a nie do innej, obejrzeliśmy menu. Tzatziki poszły na pierwszy ogień, piwo również, a potem to już gusta się jakoś rozlazły.
Przyszło zimne piwko i zrobiło się zupełnie przyjemnie. Kapitańciowi się przypomniała rozmowa z mamą:
- Moja mama powiedziała, że jako jedyne małżeństwo na łódce powinniśmy promować ten stan.
- Yyy... to my potraktujemy to po swojemu. Wystawimy księgę kondolencyjną w nawigacyjnej... - skomentował Wilczy.
- Świetny pomysł - ucieszyłam się od razu, już planując wpis.
- Psyche, śpisz w pontonie!...
- Krzychu, witaj! Będzie nam cieplej... Mówiłam, że w tym pontonie to będzie niezły tłok...;)
Wreszcie przyszło jedzenie i jak byliśmy w trakcie, to przyszła też kamera. Nagrywano jakiś program o knajpie, poproszono nas, żebyśmy się wypowiedzieli, czy nam smakuje i czy jest fajnie. Oczywiście wypowiadał się Kapitańcio:
- No smakować, to smakuje, a czy jest w porządku, to jeszcze nie wiem, dowiem sie, jak dostaniemy tę sałatkę owocową gratis, co to ją nam obiecali na wejściu...;)
Kamera sobie poszła, a Kapitańcio został lokalną gwiazdą ;-p - nie wiedzieć czemu zaczęło go to w pewnym momencie irytować. Ach, te gwiazdy, są strasznie kapryśne ;)
Bilety wstępu na Akropol zostały nabyte również z kasy rejsowej, która - po opłaceniu biletów na przejazdy i noclegów - zaczęła niebezpiecznie topnieć. Papierki akropolskie upchnęłam w torebce i z ogromną niechęcią wlazłam na teren historycznych ruin. Bo znów trzeba iść pod górkę!...
- Musimy?...
- Po to tu przyjechaliśmy...
Zapadło takie grobowe milczenie, dało się słyszeć tylko ciężkie oddechy załogi wlokącej się noga za nogą przed siebie ze zwieszonymi nosami. Czasami ktoś przystawał zrobić zdjęcie. Aż dotarliśmy do schodków, na których wszyscy klapnęliśmy i zaczęliśmy narzekać, że gorąco ;-p Tak nas zastał Kapitańcio.
- A wy co? Nie spać, zwiedzać!...
Poszliśmy dalej. Przy następnym przystanku zrobiło się lekko ciekawiej, zaczęliśmy podziwiać miasto prześwitujące w dziurach ruin, nagle zadzwoniła moja komórka. Kapitańcio. No bez przesady - zgubił się, czy co?... Odebrałam.
- Zamknąć mnie chcieli, bilety potrzebuję!... W którą stronę poszliście?
W rezultacie po niego wróciłam, bo okazało się, że rozmawiamy o różnych rozwidleniach, przy czym ja kompletnie nie pamiętam rozwidlenia, o którym mówi on :) Spotkaliśmy się i...
- Poszedłem jak człowiek za potrzebą w krzaki, akurat tak ładnie rosły. Nagle usłyszałem gwizd - no normalnie z gwizdkami tu chodzą!... Dopadli mnie i biletu żądają! Ledwo im wytłumaczyłem, że bilety ma taka jedna Ruda Żmija, która popełzła już dalej... Dali mi w końcu spokój, uwierzyli i puścili wolno. I w rezultacie się nie wysikałem, no!...
Dotarliśmy do reszty towarzystwa. Harp na widok Kapitańcia:
- I co? Wygodne mają kajdanki?...
- Takie różowe... - dołączyła Ruda...;)
- Ty barbarzyńco, chciałeś obsikać historię!...
Weszliśmy wreszcie prawie na samą górę, a tam schodki. No masakra! Ale to już te najważniejsze ruiny, oczywiście obowiązkowo obstawione rusztowaniami. Bo, jak wiadomo, zabytki w Grecji są wiecznie w stanie budowania, odbudowywania, remontu czy czegokolwiek. Rusztowania muszą być!...
Przeszliśmy obok Historii, powiało, Rudej rozwiał się włos, co natychmiast skomentowałam do Wilczego:
- O, Ruda ma rozwiane włosie.
- Przecież ona nie jest szczotką!... - zaprotestował Wilczy.
Po obejrzeniu prawie wszystkiego zeszliśmy na te główne schodki, gdzie Kapitańcio się rozłożył całym kadłubkiem i zaczął pozować. Już po chwili usłyszeliśmy gwizd...;) Nie wolno!...
- Co jest?... Leżeć nie wolno?!?...
- Nie, gwiżdżą na ciebie, bo poznali gwiazdę...
Kapitańcio warknął, ale zwlókł się ze schodków. Pomaszerowaliśmy dalej. Dookoła Akropolu. W pewnym momencie towarzystwo klapnęło na murku, a ja wykonałam klasyczne jezioro łabędzie. Balecik! Znów mieli darmowe kino ;-p
Dotarliśmy do płotu, dalej chodniczek biegł wzdłuż niego i Kapitańcio oparł się o siatkę.
...z oddali dobiegł nas gwizd, nie wolno!...
No teraz to już wszyscy zaczęli się śmiać z naszej lokalnej gwiazdy maksymalnie:
- Zacznij rozdawać autografy!...
- Patrz, już cię poznają, a dopiero się nagrywałeś!...
- A potem Harp będzie chciał prezent... na gwiazdkę - wymamrotał Kapitańcio zniesmaczony.
- Dasz mu swój poster z autografem - podpowiedziałam.
- Jeszcze na tym zarobi!...
- No to co, przecież to twój kumpel?...
- Na razie to jego notowania spadają.
- No i tak to jest. Już się zaczęło. Ta sława uderzyła mu do głowy. Już nie chce się bratać z kolegami...
- No, już nie ma kumpli...
Wyszliśmy wreszcie z pilnie strzeżonego terenu pełnego chwastów i kamulców i poszliśmy poszukać knajpy. Było gorąco i zdecydowanie należało się już czegoś napić!... Trafiliśmy na kolejne stoliki w sympatycznym zaułku, w sumie, czemu by nie tu? Dopadł nas kelner:
- Ooo, Asterix from Poland!...
- Czy aster to przypadkiem nie jest gwiazda?...
- No!... Piotrek, poznał cię!...
- Śpisz w pontonie...
- No to co, piwo, nie? Piotrek stawia wszystkim...
- Co?!?
- Przecież jesteś gwiazdą...
- Ja z wami nie mogę!... Wszyscy śpicie w pontonie!...
- Ale tam już nie ma miejsca!...
- To Krzysiek ma najgorzej...
- Czemu?
- Bo on śpi na samym spodzie...
- Ej, zaraz, ja też, ja protestuję, będziemy pobierać opłaty za wstęp do pontonu!...
Stanęliśmy z Qbkiem na papierosku nieopodal, stoimy tak i patrzymy na załogę, komentując coś co chwilę.
- Jesteśmy jak loża szyderców... - mówię. W tym samym czasie Ruda mówi o nas to samo ;) No to sobie poszydzimy...
- Piotrek, a autografy to już rozdałeś? - pytam uśmiechając się jadowicie.
- Oto gwiazda i jego fani - mówi Qbk.
Piotrek spojrzał na mnie, a właściwie SPOJRZAŁ.
- Ja już wiem, co będę miała w opinii napisane... - mruknęłam.
- Można to napisać na różne sposoby... - odpowiedział Qbk.
- Na przykład: trzymać w zamkniętym pomieszczeniu... - rozjarzył się Kapcio.
- Lepiej tak: idealnie sprawdza się w zamkniętej komorze silnika - zakończył Qbk. I on, bandyta, przeciwko mnie?!? ;-p
Po wyjściu z knajpy wracamy pod Akropol, coby popatrzeć na oświetlone nocą ruiny i miasto. Skałki okazują się być wściekle śliskie, cudem unikamy upadków i utraty sprzętu fotograficznego. Zalegamy w średnio wygodnych pozycjach na wolnych kawałkach skałek, z lewej dolatuje zapach trawki, tłumy wielojęzyczne tu sobie piknikują, ktoś coś pije, ktoś coś pali, niezły śliski tygielek. Robimy nocne zdjęcia i wracamy do hostelu, gdzie - chociaż w planach mieliśmy grzeczne spanie - rozkręca się imprezka. Mamy kanapki na jutro, mamy wino, mamy kubeczki i zaczyna się robić wesoło.
Harp zaległ, za to na wierzchu została jego pianka. Taka jakaś... jak damska? ;-p Nie zastanawiając się długo zaczynam ją na siebie nakładać, w czym dzielnie sekunduje mi Ruda, Wilczy i Qbk, reszta tylko z politowaniem obserwuje przedstawienie, poza Harpem, który twardo śpi.
Gustowną miał Harp piankę - wyglądałam w niej zupełnie nieźle, tylko gorąco się zrobiło, zatem jednak ją zdjęłam. Harp do końca rejsu mi wypominał, że ma fałdę na brzuchu i że niby rozciągnęłam mu tę piankę - a to nieprawda, bo jeśli już, to na zadku powinien tę fałdę mieć! ;-p
Qbk postanowił go obudzić, żeby się nie obijał podczas krążenia flaszki. Nie był jednak zbyt subtelny, po prostu przyłożył mu w zad! Poskutkowało, Harp się napił, po czym poszedł spać dalej.
Obudził się za to Kreweta, który dostał tajemniczego smsa od jakichś nieznajomych lasek z zaproszeniem na imprezkę. Korespondencja się mocno rozwinęła i cały czas śmialiśmy się z niego, że powinien szybko wracać, bo to może coś interesującego tam go do tego klubu zaprasza ;)
Wreszcie, kompletnie pijana, padłam spać o 2:33. A o 5:20 zadzwonił budzik...

Ja na morze chcę

Z hostelu wytoczyliśmy się we właściwym czasie, acz w niewłaściwym stanie. Część z nas spała na stojąco, część miała syndrom dnia poprzedniego. Ta najprzytomniejsza część klęła pod nosami na ciężar bagaży, które znów trzeba było zarzucić sobie na plecy i pomaszerować do autobusu.
Na dworzec dojechaliśmy w krótkim czasie, zalegliśmy przy stanowisku odjazdu, jeszcze jakieś ostatnie zakupy na drogę i jedziemy :) W autobusie zrobiło się błogo i częściowo posnęliśmy, acz Harp - pewnie ze względu na ten niedziałający nadal internet w komórce - zaczął się pod nosem wyzłośliwiać i oznajmił do Kapitańcia:
- Rudej to możesz już w opinię chorobę morską wpisać...
Ruda go zignorowała dumnie i przez sen :)
Po drodze mijaliśmy Kanał Koryncki, Wilczy zdążył mnie obudzić, żebym jeszcze rzuciła okiem i już było po Kanale. Ten ułamek, który widziałam, wyglądał fajnie ;)
Następną atrakcją był piękny most, który wyzwolił w nas chęć wyciągnięcia aparatów - no taki ładny widooooczek!...;-p Oczywiście z pędzącego autokaru, poprzez rosnące przy szosie drzewa, słupy oraz inne atrakcje zdjęcia powychodziły w większości zabawne, acz nieoddające urody mostu ;)
Kierowca zjechał na postój i towarzystwo wyległo do toalety. W greckiej toalecie zadziwiły mnie babcie, które ustawiały się nie w jednej kolejce do wejścia jak w cywilizowanych kiblach, tylko przed kabinami. W ten sposób jak kabina się zwalniała, nie musiały lecieć do niej przez całą długość toalety, tylko wchodziły od razu, cały czas coś gaworząc do siebie i otoczenia. Nie znałam tego zwyczaju, zatem dwie babcie wepchnęły się przede mnie i dopiero trzecia, widząc moją święcie oburzoną minę, wpuściła mnie do toalety przed siebie. No masakra, nie mam zwyczaju rozpychania się łokciami wśród babć, zatem pewnie w życiu bym się tam nie wysikała ;)))
Ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie z prawej pojawiło się morze, z lewej - skałki.
- No, wreszcie czuję się jak w Grecji - uśmiechnęłam się do widoku.
Wilczy gapił się w okno, na morze.
- Coś w ogóle pływa po tym morzu? - zapytał. - Czy będziemy pierwsi?...
- Ooo, woooda! - zauważył ktoś. - I to nawet taka pomarszczona...
- To ze starości - skomentował Harp.
Przez malutki mosteczek wjechaliśmy do Lefkady. Okazało się, że składa się ona wyłącznie z mariny, jechaliśmy i jechaliśmy na dworzec autobusowy, a po lewej ciągle był las masztów. W końcu osiągnęliśmy dworzec, wytaszczyliśmy się na bruk i zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej...
- Trzeba zrobić zakupy... Tu jest market...
- Trzeba znaleźć jacht!...
Nastąpił podział ról, chłopaki poszli szukać jachtu, ja z Siostrą i Harpem poszliśmy na zakupy. Załadowaliśmy wszelakim dobrem dwa wózki, próbowaliśmy się dogadać przez krótkofalówki z Piotrkiem, ale baterie powiedziały: "O, nie!", zatem paszczowo ustaliliśmy, że weźmiemy taksówki, coby przewieźć bagaże i zakupy na jacht. Tak też uczyniliśmy i zalegliśmy w marinie, przy piwku, po kolei korzystając z dobrodziejstw prysznica (na czas! mierzył czas teoretycznie odkręconej wody, praktycznie moim zdaniem sterczenia pod prysznicem...). Harp grzebał sobie w swoim laptopie przy pomocy śrubokręcika, Kapcio i Wilczy odbierali jacht, Qbk ustawiał Siostrze aparat i uczył ją robić zdjęcia, Ruda dochodziła do siebie, siostry godziły się z losem...
Wreszcie jacht został przejęty, wpakowaliśmy się więc na niego z bagażami i po ustaleniu, kto gdzie śpi ("Ja chętnie na dziobie" - zgłosiła się Ruda, "Ja też lubię dziób" - oznajmił Qbk, zatem siostry nie miały wyboru i wylądowały w szuflandii, a Harp z Krewetą w mesie), po kawałku zaczęliśmy rozparcelowywać rzeczy po jaskółkach, głównie w kambuzie.
Okazało się, że jacht jak na dwa lata jest dość zniszczony, albo raczej zaniedbany. Część szafek po otwarciu nie chciała się sama zamknąć, szafki ze zbiornikiem na ścieki w ogóle nie można było otworzyć, akumulator od świateł nawigacyjnych i reszty był na wykończeniu. Poza tym na łódce było raczej brudno...
Kiedy już wszystko się pochowało i poukładało, panowie poszli jeszcze pod prysznice, na zakupy, cokolwiek, a panie rozsiadły się na deku. Między nami usiadł Qbk. Idący keją Kreweta zobaczył zatem pięć lasek dookoła jednego faceta:
- Ej, nie za dobrze ci?...
- Harem zakładam...;)
Kapcio strzelił pogadankę umoralniającą i kształcącą i można było wreszcie wypłynąć, co natychmiast wykorzystałyśmy z Rudą do zrobienia obiadu. Na pierwszy ogień poszło mięsko Rudej. Wszyscy już wściekle głodni na pokładzie ze ślinką kapiącą z języków starali się nie patrzeć nam na ręce. Obiad podano na deku pod zachód słońca.
- Jak parszywie romantycznie do wyrzygania - skomentował Harp okoliczności przyrody.
Towarzystwo poszło spać, bo jednak poprzednia noc też była krótka. Przedtem dało się jeszcze słyszeć, jak Kreweta i Harp mamrotali coś o kolorowych stringach, ale przy bliższych pytaniach nabierali wody w usta. Zostaliśmy na wachcie z Kapitańciem. Dopłynęliśmy do Meganissi, rzuciliśmy kotwicę i popilnowaliśmy jej troszkę - okazało się, że nas ściąga, więc przestawiliśmy się, ustaliliśmy wachty kotwiczne i też padliśmy spać. Wreszcie...;)

O poranku Ruda oznajmiła:
- A Qbk wczoraj obiecał jajecznicę...
Qbk wzruszył ramionami i wziął się za przygotowywanie śniadania.
- Lubię tak sobie popatrzeć na faceta z jajami... - skomentowałam, kiedy Qbk rozbijał kolejne jajko ;)
- Sekcja kuchenna nam się rozłożyła na dziobie - stwierdziła Siostra.
- Nie podoba mi się to, że jesteście razem - wymamrotał Kapcio.
Komuś się przypomniało, że Kreweta śpi z Harpem.
- Krzychu, i jaki był twój Harp?...
- Na razie go jeszcze poznaję...
Po genialnym śniadanku ruszyliśmy do innej zatoczki na kąpiel. Słoneczko świeci, Qbk pije kawę.
- Dobra, słodka, ciepła... - rozkoszuje się.
- Ale mówisz o kawie?...
- Też!...
Wpływamy do zatoczki. Siostra za sterem.
- Jaka głębokość? - pyta Kapcio.
- Powyżej 100.
- Powiedz, jak spadnie poniżej 50.
- 84... 64...
- Pełnymi dziesiątkami.
- Dziesięć...
Rzuciliśmy kotwicę i nastał ruch na pokładzie - połowa załogi powyciągała pianki, reszta wskoczyła w stroje kąpielowe, zaczęło się macanie wody:
- Bardzo zimna?
- E, nieeee... o k*!...
Kreweta i Harp mają takie same pianki. Kreweta do Harpa:
- Och, kochanie...
- No tak, razem śpią, wszystko jasne...
- Harp, a ty nie masz za dużej tej pianki?...
- No... marszczy ci się na brzuchu...
- I na cyckach...
- Dzięki, psyche...
Tia.
Po kąpieli wsiadamy jeszcze na ponton i włóczymy się po zatoczce. Są malutkie groty, które trzeba koniecznie obejrzeć, w jednej z nich mieszkają gołębie.
- O, jaka śliczna dwuosobowa zatoczka...
- Eeee, tam się i dziesiątka zmieści!...
- Ale nie o to chodzi!...
Kolejną malutką grotę Qbk skomentował odpowiednio:
- O, jaka grota! Można tam ładnie i intymnie wpłynąć...
Po czym wziął na ponton mnie, Siostrę i Magdę, i intymnie wpłynął do groty.
- A ten znów sobie harem zrobił! - doleciało do nas od strony łódki. Zazdrośnicy...;)
Kolejna ekipa na pontonie nie miała już takich proporcji - Harp, Kreweta i Bożena ;)
Wreszcie dość już zatoczek i pływania, jedziemy na Itakę.
- Kto ma teraz wachtę?
- My.
- Nie, my.
- A która jest właściwie godzina?
- A co jest, awanturka?...
Qbk robi szkolenie z węzełków, Bożena stoi za sterem. Przyssała się i chyba jej się podoba. Ale wachta się kończy, Qbk oddaje ster Wilczemu.
- To weź się jeszcze spisz.
- Tylko dobrze się spisz!
Ładnie wieje, dobrze się płynie, tylko jakiś taki przechył jest lekki. W dodatku coś nam świerszczy. Jak płyniemy od 4,5 do 8,5 węzła, to śruba wydaje buczący i mocno wnerwiający dźwięk.
- To dobrze mieć dodatkowe przyrządy - komentuje Wilczy.
- No, na moje ucho to płyniemy pięć węzłów... - Siostra.
- Psyche? Robimy obiad? - pyta Ruda. Głód pojawił się na pokładzie i zajrzał nam w oczy.
- Jak chłopaki zrzucą szmaty, to będziemy robić - oznajmiłam, patrząc krytycznie na bujanie i przechyły.
- Ja mogę zdjąć koszulkę - zaproponował Qbk...;)
No na takie dictum zrobiłyśmy ten obiad :)
Panowie stanęli w zatoczce. Bez silnika, bez żagli.
BEZ KOTWICY.
Tak sobie po prostu stanęliśmy i stoimy... ;)
Po obiedzie ruszyliśmy w stronę Itaki, ale nie obyło się bez atrakcji - standardowo Wilczy wyrzucił czapeczkę za burtę i od razu było podejście do człowieka ;) To już taka świecka tradycja, że trzeba wyrzucić czapeczkę za burtę ;-p Sterczałam właśnie w mesie na zmywaku i tylko mi się horyzont kręcił za oknami :)
Dopłynęliśmy do Itaki. Itaka jak Itaka, żadnych Odyseuszy czy innych Homerów, za to kawałek nabrzeża miejskiego z napisem: "Mooring only". Ucieszyliśmy się jak dzieci, bo wiadomo, że w Grecji mooringi są mało znanym elementem cywilizacji i podpłynęliśmy tam natychmiast. Mooringów można by szukać ze świecą, nie było żadnego, za to niedaleko była knajpka, zatem czym prędzej stanęliśmy long side, nie zważając na awanturnego gościa, który koniecznie nas usiłował przekonać, że nie możemy tu stać i w ogóle wynocha.
Ustabilizowaliśmy się w knajpce przy kawie, część załogi poszła po zakupy i wróciła z winem, tymczasem odkryłam w moim telefonie smsa od Serwana, który właśnie zaczął rejs z Aten - jak się okazało - do Lefkas. Przekazałam mu informacje o autobusie, kursującym między tymi miastami oraz o naszych planach, chociaż i tak nic nie wyszło ze spotkania pośrodku morza...;)
Po godzince odpływamy z Itaki.
- A Harp to ma na każdym rejsie takie powodzenie...
- I to u każdej płci!...
Płyniemy w kierunku Kefalonii. Mamy wachtę 4-8, zatem kładziemy się szybko spać, ale bujanie i warkot silnika sprawia, że długo nie mogę zasnąć. Jak w końcu mi się to udaje, to kiedy Qbk budzi nas na wachę, mam wrażenie, że spałam jakieś 3 minuty. Jestem półprzytomna, ale co zrobić, trzeba się ubrać w sztormiak i szelki, i wypełznąć na pokład.
Jest ciemno. Jest też mokro. Dziewczyny schodzą z wachty, zostaje Qbk, Wilczy przygląda się GPS-owi i chartplotterowi, wreszcie moja wachta siedzi sobie na pokładzie i ziewa na potęgę. Właściwie nie marzymy o niczym innym, jak tylko, żeby wrócić do łóżka. I żeby jeszcze to łóżko się tak nie bujało...;)
Jak robi się trochę jaśniej, spłukuję pokład, bo pojawia się straszny syf. Skąd on się tu wziął?!?...
O ósmej oddajemy wachtę Harpowi i padamy na twarze do koi. Masakra!...:)
Potem okazuje się, że po naszym zejściu pojawiły się delfiny. No i to jest sprawiedliwość?...;-ppp

Budzimy się i okazuje się, że jesteśmy na Kefalonii. A konkretnie w Argostoli - największym mieście na wyspie. Wygląda tak samo, jak milion innych miasteczek na greckich wyspach ;) Główna ulica biegnąca wzdłuż portu, piętrowe budynki dookoła... Dogadujemy się z knajpą, naprzeciwko której stoimy i idziemy skorzystać z prysznica. Pod gołym niebem... ;) Albowiem na tyłach knajpy stoi sobie konstrukcja z plastiku, mieszcząca dwie obszerne kabiny prysznicowe bez dachu, za to z liśćmi spadającymi z drzew. Prysznic jednak jest zbawieniem, szczególnie, że nie trzeba ograniczać ilości wody, ścieki się nie przepełnią (a nawet jeśli, to nie nasze...;).
Czyściutka załoga siada do śniadanka. Siedzimy sobie na deku, dobrze nam, słoneczko świeci, jedzonko jest. Qbk swoją lunetą namierza jakąś laskę na nabrzeżu.
- Ooo, jaka blondi!...
Wszystkie panny na łódce się odwróciły w kierunku namierzania.
- Rozmiar buta: 41 - dodał Qbk.
- A cycków?
- A stan konta?...
- Tego mój aparat nie pokazuje...
- To pokazują damskie aparaty.
Po śniadaniu Harp się instaluje w knajpie, gdzie ma dostęp do internetu i próbuje jednak pracować. Na tym rejsie Harp jest po prostu wirtualny... Reszta towarzystwa wypożycza samochody i jedziemy zwiedzać jaskinie.
Na pierwszy ogień poszła jaskinia Drogarati - bardzo piękne stalaktyty i stalagmity w kolorze czerwonym, ciągle z nich coś kapało, również Wilczemu na aparat. Chodniki jaskini były wyłożone dywanami, nasiąkniętymi mocno wilgocią. I w tych okolicznościach przyrody okazało się, że Kreweta zdradza Harpa, bo Harp go zostawił... No straszne tragedie tam na jaw wyszły!...;)
Po wypełznięciu z chłodnej i przyjemnej jaskini na upalne wyżyny Kefalonii nogi nas same poniosły do knajpki. I okazało się, że z Wilczym jako jedyni jesteśmy straszliwymi alkoholikami, albowiem wszyscy wzięli sobie kawę, soczek czy lody, a my po piwku...;) No cóż, jak tam sobie chcą ;-p
Następnym punktem programu była jaskinia z jeziorkiem, czyli Melissani.
Na wejściu nas zastopowało, albowiem ze ściany wystawał krasnoludek. Skojarzenie prawidłowe, Wrocław - miastem krasnoludków, ten tutaj pasował, jak ulał, tylko miał jeden taki szczegół wyróżniający. A mianowicie męski atrybut w stanie gotowości do pracy sterczał mu dumnie z przodu... Absolutnie przecudowny widok ;)
Dotarliśmy wreszcie do jeziorka, czekał już na nas pan na łódce, zaprosił nas do środka i przewiózł po jaskini.
Fakt, było na co popatrzeć.
Podobno jeziorko ma 30 metrów głębokości...
Kolejnym punktem okazał się cypelek z twierdzą, czyli Assos. Do twierdzy to nam się średnio chciało iść, natomiast na obiad i owszem, zatem wlaliśmy się do pierwszej porządnie wyglądającej knajpy z widokiem i wywołaliśmy od razu poruszenie. Stoliki zestawiono, obrusy wymieniono, karty podano i jakiś czas później zaczęła się walka, gdyż jedzenie przychodziło partiami. Kto dostał pierwszy, miał pecha, bo inni mu wyjadali...;) Głównie dotyczyło to Bożeny...;)
Po pysznym jedzonku dostaliśmy rachunek. Oczywiście po grecku.
- O żesz k* - skomentował Kapitańcio.
Pani przyszła nam pomóc przy tłumaczeniu rachunku. Więc tłumaczymy pani, że musimy dostać menu, żeby to sobie jakoś policzyć. Bo nie wiemy, co jest co...
- Pani też nie wie - rzuca Bożena, prawdopodobnie nieodbiegając od prawdy...
Po obiadku spacerek nabrzeżem, robimy jeszcze dziwkę Molly i wracamy do aut. W drodze do Argostoli komunikujemy się krótkofalówkami. W drugim aucie podpadł Kreweta, krótkofalówka głosem Qbka powiedziała, że zapakowali go do bagażnika. Przed nami serpentyny. Na jednej z nich - samotna koza. Drzemy się przez krótkofalówkę, że uwaga, koza!
- Już ją mamy. W bagażniku z Krewetą...
Kapitańcio nam podpadł prowadząc auto.
- Mamy chętnego do Krewety do bagażnika...
- Kogo?
- Kapitańcia.
- Nie wiem, czy Kreweta nie będzie zazdrosny...
- Ale o kozę, czy o Kapitańcia?...
Po powrocie ustabilizowałam się z Wilczym w knajpie obok Harpa. Chciałam zgrać zdjęcia z kart na dysk, ale wypadało cokolwiek zamówić, więc wybrałam sobie z karty latte. Pierwsza laska, która usiłowała mnie obsłużyć, poszła po pomoc. Podeszła do nas starsza babka, której przekazałam moje zamówienie, a Wilczy zapytał, czy możemy skorzystać z prądu. Pani coś kręciła głową, kręciła, w końcu sobie poszła. Siedzieliśmy przy stoliku skonsternowani, bo w końcu nie wiadomo, można skorzystać, nie można skorzystać, o co w ogóle chodzi?... Potem podeszła do nas znów młoda laska z kartą, w której pokazałam palcem, co chcę i postanowiłam się jednak podpiąć do prądu. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi...
Po jakichś piętnastu minutach przyjechało do mnie espresso.
To myśmy usiłowali się dogadać, a oni nas po prostu nie rozumieli!...
Ok, zdjęcia zgrane, Harp na łódce, można jechać. Kierunek - Zakynthos!
W ramach kolacji Qbk zrobił kanapki feng shui dla Kapitańcia.
A z okazji wachty 0-4 padłam spać koło 22... Potem zaczęło bujać i się obudziłam...;-p

Nastał wtorek. Na wachcie znów ciemno i mokro. Płyniemy sobie spokojnie, nic się nie dzieje, nagle okazuje się, że głębokość mamy tak poniżej 10 metrów...
- Hmmm - mówi mądrze Wilczy. - Odbij od lądu... Na mapie tu nic nie ma...
Odbijam. Po jakimś czasie głębokościomierz zaczyna migać, znaczy jest za głęboko do pomiaru. Wracam na kurs, głębokość miga, jest ok. Ale za chwilę sytuacja się powtarza - znów głębokość spada poniżej 10 metrów... Odbijam. Wracam. Jest ok. Za chwilę znów!...
- Ej no, ktoś się z nami w coś bawi? Co tam pływa w tej wodzie, wieloryb? Łódź podwodna?...
Przynajmniej coś się dzieje. Dochodzimy do wniosku, że straszy nas jakaś łódź podwodna, pewnie mają ćwiczenia, albo co - i tak sobie robią jaja akurat pod nami, żeby nas zdenerwować. Przestaliśmy na nich zwracać uwagę, to sobie popłynęli, bo głębokość wróciła do normy...;)
Przespałam się trochę po wachcie, akurat, żeby obudzić się na śniadanko na deku. Kreweta wychodzi na dek z nieodłączną wędką. Wszyscy się usuwają z drogi, nikt nie chce mieć wydłubanego oka...
- Jaka tu jest głębokość? - pyta Kreweta.
- 160. Więcej...
- Chyba, że nam się trafi ławica łodzi podwodnych...
- A jak złapiemy łódź podwodną na wędkę?...
- Nieeee, za dużo roboty. Weźcie to potem oskrobcie i wypatroszcie...
Śniadanie trwa w najlepsze. Na stole - dżem.
- Nigdy nie potrafiłem zrozumieć ludzi, którym smakuje dżem. Ja dżemu nie lubię.
- Nigdy nie potrafiłam zrozumieć ludzi, którym coś nie smakuje...
Płyniemy sobie, kawa, lenistwo. Nagle - poruszenie.
- Coś jest na wodzie z lewej strony!...
- Majtki!
- Różowe stringi?...
- Lalka!
- Miś!
- Różowy miś!
- Godzina 10:40, minęliśmy niedźwiedzia...
- Godzina 10:50, przestajemy pić...
- I skończyła się trawa...
Robimy zwrot. Wędka Krewety nadal na rufie. Jacht skręca...
- Jeszcze trochę i się nasz jacht na wędkę złapie...
- No dobra - mówi Qbk po śniadaniu. - Czas umyć zęba.
- Którego?
- Dziś myjemy lewą trójkę...
- Dla oszczędności myjemy jednego zęba dziennie...;)
Rozpoczęliśmy grę w killera i blady strach padł na wszystkich. Psychoza nie pozwalała schodzić pod pokład...
W grze chodzi w skrócie o to, żeby zabić bez świadków osobę, którą się wylosowało. Na tak małej przestrzeni, jaką jest łódka, jest to dość skomplikowane...;)
Dopłynęliśmy do Zakhyntos, do zatoki z wrakiem. Kotwica rzucona, Kapitańcio mówi:
- Trzeba napompować pompon...
Kto do pontonu, ten do pontonu, reszta wpław - płyniemy na plażę z wrakiem. Tymczasem obok nas zaczynają śmigać łodzie z turystami - jedna, druga, trzecia... No halo?!?... Stonka rozłazi się po plaży, pcha się do obiektywu, nie da się zrobić ładnego zdjęcia, bo ludzie są wszędzie, na szczęście po półgodzinie się zmywają.
- No, mamy chwilę dla siebie, te łodzie zaraz tu wrócą z następnymi...
- Swoją drogą, ciekawe, ile oni płacą za taką wycieczkę...
- Ze 30 euro...
- A my tutaj sobie sami... i nie musimy się spieszyć...
- W dodatku robimy dla nich za atrakcje turystyczną, widzieliście, że wszyscy robili zdjęcia NAM?...;)
Przypłynęły następne łódki. Chłopaki zaczęli się ustawiać jak modele do zdjęć. W końcu im się znudziło i poszli się kąpać, albo co.
Sam wrak jest całkiem fajny i wielki, porządnie zardzewiały, plaża dość kamienista, lepiej chodzić jednak w jakimś obuwiu, co poczułam dość konkretnie, kiedy zdjęłam płetwy i próbowałam łazić bez niczego. Silna fala rzucała mnie o brzeg na płytkiej wodzie, gdzie gmerałam sobie w tych płetwach, ale było całkiem przyjemnie ;)
Popłynęłam z Bożeną, Harpem i Krewetą do groty pontonem.
- Oni mają swoje glass boat, a my mamy seks boat ;)
- Ja tam nic nie wiem... - mówi Kreweta.
- O czym? O seksie? Nie martw się, wyedukujemy cię! ;)
Wreszcie dość tego, wypływamy i zarządzam mycie pokładu. Instaluję przy sobie wiaderko, za szczotę łapie się Magda, która trzyma się dzielnie mimo choroby morskiej. Buja konkretnie, nabieranie wody do wiadra jest loterią, za każdym razem się zastanawiam, czy wiaderko mi ucieknie, czy nie... Ale jestem twarda, nie puszczam linki mimo coraz większej ilości siniaków i obtarć, a to o wanty, a to o relingi. Jeden z siniaków pozostał mi potem na długo, prezentowałam go dumnie, a wszyscy wołali na jego widok z zazdrością: "Ojej, ale masz siniaka!"... ;)
Magdę zastępuje w pewnym momencie Harp, na końcu pomaga mi Ruda, mam już serdecznie dość sprzątania jachtu na najbliższą tysiąclatkę. Jestem cała mokra i poobtłukiwana. I głodna!...
Ruda zagoniła chłopaków do pracy. Usiadła sobie na sierotkę (czyli w zejściówce) i dyrygowała. Kreweta stał przy kuchence, Harp z Qbkiem robili zieleninkę i tzatziki. Plątałam się dookoła...
Qbk przeciska się obok mnie z wielkim ogórkiem w ręku.
- Posuń się, psyche, muszę sobie umyć ogóra...
Co było robić, usunęłam mu się z drogi ;-p Na takie dictum...;)
- Ja nie lubię koperku - mówi Qbk. I pyta, patrząc na Rudą: - Ile mam go dodać?...
- No, więcej... - mówi podejrzliwie Ruda, bo koperku na razie w tzatzikach nie ma wcale. Qbk wyjmuje z pęczka jedną gałązkę.
- Tyle wystarczy?...
Ruda zabiła go wzrokiem. Qbk wyjął jeszcze pół gałązki.
- No tak z pół opakowania - Ruda wykazała się cierpliwością.
- Ej, ja naprawdę nie mam poczucia humoru, jeśli chodzi o koperek - oponuje Qbk.
Rudej przypomina się skecz kabaretu Łowcy B. "Szczypiorek" i natychmiast skomentowała Qbka:
- Koperek, k*..., koperek! ;)
Harp wyciska czosnek do wiaderka do szampana, w którym robimy tzatziki. Tzatzików ilość hurtowa :) Nagle dostałam czosnkiem w łokieć.
- Dzięki, Harp - mówię i wylizuję sobie rękę.
- Aleś wytrysnął, Harpik - komentuje Kreweta od patelni...;)
Nagle bujnęło solidnie.
- Buja! - rozdarła się Ruda w stronę deku.
- No co ty? A u nas nie - odwrzeszczał Wilczy z pokładu. - U mnie działa...
Sadysta ;-p
Po obiadku siedzę na deku i przeglądam przewodniki. We wszystkich są jakieś informacje, które mnie kompletnie nie interesują...
- Takie pier* dla turystów jest w tych przewodnikach...
W międzyczasie padł jakiś trup. Killer szaleje, chociaż niby trochę zabawa przycichła.
- Co za załoga... Zboczeńcy, mordercy - komentuje Kapitańcio.
- Ależ marudne są te gwiazdy - odpowiada Ruda.
O 19.30 cumujemy w Zakhyntos. Kapitańcio wchodzi do naszej kajuty w poszukiwaniu szelek, coby je skompletować w jednym miejscu przed kolejną nocą - do tej pory były porozdzielane po kajutach.
- O, znalazłem jeszcze jedne zbunkrowane szelki - mówi do mnie z oskarżycielską miną.
- No, to wilcze, one były używane w nocy. Wilczy w nich wrócił do łóżka - odpowiadam na niewypowiedziany zarzut.
Zapada taka krępująca cisza, a potem wszyscy naraz wybuchają gromkim rechotem.
- No, no, psyche, takie przyjemności...
- Bo zapomnieli kajdanek z domu...
- No właśnie, ktoś mówił o tych z różowym futerkiem... Kapitańciu!...;)
Idziemy do miasta. Kapitaństwo zostali jeszcze na łódce, reszta załogi pcha się na stały ląd, który już trochę się buja. Zwiedzamy kawałek miasteczka, kupujemy lepkie słodycze i lądujemy w knajpie. Zamawiamy owoce morza i piwo. Obok nas zajmuje strategiczną miejscówkę kot. Potem drugi...
- Aha, chyba dobrze tu dają jeść...
Chcemy zadzwonić do Kapitaństwa, żeby nas znaleźli, ale nie odbierają telefonów, albo coś. Harp:
- Dajcie im spokój, chcą wreszcie pobyć tylko we dwoje... Nie przeszkadzajcie im...
Kapitaństwo i tak nas znaleźli, w dodatku z wielkimi lodami w garściach. A owoce morza faktycznie były pyszne :)
Na wino jednak wróciliśmy na łódkę. Kreweta zdezerterował i poszedł spać. O, nie!... Ściągnęłam go z wyra za nogę i wypchnęłam na dek. Więc co zrobił?... Wypił swoje wino, powiedział grzecznie: "Dobranoc" i poszedł spać z powrotem. Harp zakomenderował:
- Kreweta, grzej wyro!...

Po śniadanku wypływamy z Zakhyntos. Kreweta przeciska się z wędką między ludźmi na deku.
- Uwaga na głowy!...
- Ała!... - zaczyna się drzeć Kapitańcio, za którym akurat Kreweta się przepycha. - Ała!... Ała!...
- Piotruś, ale to nie ten kij cię po plecach smyrał - komentuje Kreweta.
- Krzychu, nie płyniesz więcej na rejs! - odpowiada Kapitańcio.
- I od teraz będzie nowa komenda: chroń rufę!...
Zatrzymujemy się na kąpiel w zatoczce, Kapitańcio wchodzi do wody:
- Aaaa!... Aaaaaaaa!...
- Zamknij się i umieraj jak mężczyzna! - mówi Qbk.
Potem obiadek i sałatka owocowa. Rewelacja!... Oczywiście tłuczemy się o resztki :) Do wielkiej miski pchają się łyżeczki ze wszystkich stron, walka głównie polega na zrzucaniu innym z łyżeczek jedzenia, no masakra :)
Pijemy winko w kieliszkach na deku. Harp trzyma butelkę z wetkniętym korkociągiem w korek.
- Harp, coś ci sterczy...
Nagle ktoś zauważa coś za burtą.
- Co to?...
- Topielec?!?...
Podpływamy bliżej...
- Żółw!...
- Dwa żółwie!...
- O, cholera, nie powinniśmy im chyba przeszkadzać...
- No w takiej chwili...
- Pornola możemy nakręcić...
- Mały alarm żółwiowy!... Dwa kopulujące żółwie...;)
I tak sobie komentowaliśmy moment prokreacji w wykonaniu dwóch żółwi, pływając dookoła nich. Chyba miały nas dość!...;)
W pewnym momencie na fali pojawił się ptaszek. Cokolwiek go zwiewało, widać było, że ledwo leci, wiatr był silny, a ptaszek usiłował chyba do nas dolecieć i odpocząć.
- O, to ten nasz!... z zatoki z wrakiem!... Ej, wracaj tu!...
- A ten co?...
- Pewno zasnął nam na łajbie i teraz się obudził.
- Tak daleko od domu?
- Facet jest w niezłym stresie...
- Czekajcie, uratujemy ptaszka - stwierdził Kapitańcio nagle. - Oko na ptaszka! Melduj odległość!
Robimy zwrot, żeby ptaszek miał bliżej, ale niestety, gdzieś go zwiało i zniknął. Nie dało się go uratować...
- Szkoda ptaszka...
- A czyj to ptaszek?
- Panowie, sprawdźcie swoje ptaszki...
- Dajcie spokój, on jest w samotnej podróży dookoła świata, a wy mu przeszkadzacie...
- No, wyleciał 20 lat temu...
- I to jeszcze jako jajko...
- Właśnie kończy, ma 2 km do celu...
Płyniemy sobie spokojnie, obok nas przepłynęło krzesło... Harp za sterem. Qbk patrzy, patrzy i w końcu mówi:
- Mamy ciekawą głębokość... 1,1 metra... ja przy takiej głębokości to już wrzucałem wsteczny...
- Harp jest twardy :)
Głębokościomierz oczywiście zwariował, jak zwykle ;-p
Qbk sobie coś podśpiewuje ciągle. A to "Śpiewać każdy może", a to "Czy ktoś widział dziób-dzióba?", a już szczytem wszystkiego był "Bilet miesięczny na okaziciela" ;)
- Ale przegląd piosenki...
- Żeglarskiej...
- Qbk się rozkręca.
- No, ja mam tak samo, jak psyche z jedzeniem. Wrzucam drugi bieg. A mam ich 12...
Nadchodzi noc. Buja coraz mocniej, na deku praktycznie tylko wachta nawigacyjna. Qbk wychodzi z zejściówki, zapinając spodnie i mówi:
- Prosiłbym sternika o niebujanie, kiedy mam spodnie na wysokości kolan, bo nie wiem, za co łapać!...

Qbk budzi nas na wachtę przed 4 rano. Świtówka przed nami.
- Jak będzie ładny wschód słońca, to mnie obudźcie - mówi i idzie spać. Akurat, ładny wschód słońca...
O 7 schodzę na dół i zaczynam produkować śniadanie. Dziś będą zapiekanki. Piekarnik w końcu mamy, trzeba go wypróbować... Trochę ciężko się pracuje, mając do wyboru blat lodówki, który i tak ciągle trzeba podnosić do góry oraz koje, pełne w dodatku męskich stóp w śpiworkach. Na szczęście Harp z Krewetą szybko się budzą i wstają, więc mam trochę więcej miejsca na szaleństwa kulinarne.
Dopływamy do mariny Pilos na Peloponezie, idę do kajuty kucharzy - czyli na dziób - wyjąć pilota od kotwicy. Wchodzę tam niechcący z zapiekanką w dłoni. Ruda patrzy na mnie badawczo, Qbk robi maślane oczy.
- Śniadanie - mamroczą półprzytomnie oboje.
- Do łóżka? - pytam i strzelam sobie w stopę.
- No!...
Co było robić, zaniosłam im talerzyk z zapiekankami ;) Zdaje się, że mnie pokochali ;)
Wstawiam następną partię zapiekanek do piekarnika. Hmmm, właśnie skończył się gaz!... Druga butla jest w bakiście na rufie. Woda też się nam kończy... Kapitańcio komentuje:
- Znaleziono jacht z polską załogą. Nie mieli wody ani jedzenia. Byli brudni, głodni i kompletnie pijani...
- No właśnie, dobrze, że alkohol jeszcze mamy...
Zarządziliśmy kawę i obadanie miasteczka. Kawa była fajna, na małym ryneczku, potem poszliśmy oglądać ruiny twierdzy, skąd jest przepiękny widok na skały wyspy Sfaktiria Nisida, koło których przepływaliśmy. Są też wysokie i szalenie suche trawy oraz robactwo :) Po porządnych zakupach wracamy na jacht i o 13.00 wypływamy, nadal bez wody, za to z wymienioną butlą z gazem :)
Po drodze jemy obiad Krewety: kurczaczek :) Zmywanie następuje wodą zaburtową, naczynia zostają do płukania, jak tylko dossiemy się gdzieś do wody słodkiej... W locji piszą o wodzie w porcie Finakounda. Pirs jest pod wieżą kościoła. Płyniemy, płyniemy, wieży kościoła nie widać i nie widać... wpływamy do portu. Wieżę kościoła widać dopiero z lądu.
- Bo przecież bez sensu jest robić locję z wody - skomentował Qbk.
Stajemy na kotwicy na środku zatoczki portowej. Badamy sytuację. Pirs jest, woda jest, tyle, że tam płytko jak diabli. W zasadzie absolutnie nie powinniśmy podpływać. W zasadzie grozi nam utknięcie na mieliźnie. W zasadzie...
- Dobra - mówi Kapitańcio. - Odbijacze na burty i na rufę, jedna osoba do meldowania głębokości, Wilczy jest na nabrzeżu jako desant, jedziemy!...
Staję na rufie z okiem przyklejonym do głębokościomierza. Płyniemy. Powolutku. Wszyscy na pokładzie, każdy się gapi, a ja czytam wskazania.
- Dwa metry... Jeden, dziewięć... Jeden, osiem... Jeden, sześć... Jeden, trzy... Jeden...
Manewrujemy i ustawiamy się rufą do nabrzeża. Podchodzimy.
- Zero, dziewięć... Zero, osiem... Zero, siedem...
Zaczynają mi się włoski podnosić na głowie.
- Zero, sześć... Zero, pięć...
Wpatruję się w głębokościomierz z niedowierzaniem. Na pokładzie cisza. Ktoś przygląda się skałom przesuwającym się leniwie pod kadłubem.
- Zero, pięć...
Wilczy łapie cumę, ktoś staje z odbijaczem na rufie...
- Zero, pięć...
Stoimy!... Uffff.
- Wariaci!...
Na nabrzeżu - wycieczki, my - interesujący obiekt pływający, normalnie powinniśmy bilety sprzedawać!... Lada moment, a zaczną nam do garów zaglądać ;-p
Tankujemy wodę, wreszcie będzie można pozmywać po obiedzie i się umyć. Nie ma nikogo, komu moglibyśmy zapłacić za tę wodę, więc powolutku i ostrożnie odpływamy i jedziemy dalej. Kierunek - wyspa Kithira :)
Kreweta smętnie patrzy na swoją wędkę. Ciągle nic się na nią nie złapało, chociaż próbował już różnych kombinacji. Widocznie tu nie ma ryb ;) Kreweta jednak nic sobie nie robi z naszych kpin i co rano wychodzi z kabiny z długim kijem i zarzuca wędkę na nowo. A my, chociaż głośno się z niego nabijamy, ciągle po cichu mamy nadzieję, że jednak złowi jakiegoś wieloryba i będziemy mogli zasmakować smażonej rybki ;)
Tymczasem zapada noc, zatem wszyscy, poza wachtą nawigacyjną tradycyjnie kładą się spać. Harp układa się obok Krewety w mesie. Ktoś komentuje, że oni codziennie rano wstają tacy zadowoleni... Coś w tym musi być...
- Taaa, bo obaj się cieszą, że obronili rufę... - sprowadza nas na ziemię Kapitańcio. No tak ;)

Znowu budzi nas Qbk. Tym razem dochodzi północ. Przecież dopiero się położyłam, tak? ;-p
Na górze autostrada. Morze upstrzone światłami. Qbk objaśnia:
- Ten na szóstej to już popłynął, oddala się, ale ten na czwartej nas goni, tamten na jedenastej przejdzie nam przed dziobem, a to na drugiej to jakieś nowe i podejrzane jest. Dopiero się pojawiło. Jak widzicie - ruch mamy spory...
Faktycznie, przez całą wachtę mijały nas jakieś promy, niektóre całkiem blisko. Każde światełko było bacznie obserwowane, a kiedy robiło się z niego milion światełek, to niezłym wyzwaniem było odnalezienie czerwonego lubi zielonego światła nawigacyjnego. Za każdym razem cieszyliśmy się jak dzieci, jeśli udało nam się takie światło nawigacyjne zidentyfikować. A jeden prom to przepłynął normalnie ocierając się o nas lusterkami ;-p

Wilczy uściśla:
Największym ze statków, które minęliśmy całkiem blisko była podążający na zachód wycieczkowiec "Costa Europa". Ciut większa ta "Europa"... Długość w stopach: 797 (my: 43), liczba pasażerów i załogi: 2124 (my: 10), ilość kabin: 753 (my: 3, nie licząc "noclegowni" Harpa i Krewety :) Ale za to u nich pewnie nie da się posterować - a u nas... trudno się przed tym wymigać ;)


Bawimy się w wymyślanie wyrazów na ostatnią literę wyrazu poprzednika. Kłopot jest z "y", a Wilczy - złośliwiec - cały czas wymyśla słowa kończące się tą samą literą - "o". Potwór!... Pod koniec wachty doszliśmy już do "Ooooo!..." oraz "Okokoko" ;)
Wreszcie, w stanie kompletnej głupawki, zdaliśmy wachtę Harpowi, Wilczy napisał sobie w dzienniku pokładowym: "Dobranoc, Wilczy :-)" i padliśmy do koi ;)
W ramach śniadania wystąpiły płatki z mlekiem. Kapcio wrzucił sobie do miski jednego płatka...
- Tyyy, nie przesadzaj, dobra? Zostaw trochę dla innych!
Jak sobie dorzucił więcej, to wyżeraliśmy mu z michy :) Czyli tradycyjna walka o jedzenie.
Kapitańcio myślał, że jak wstanie, to będziemy już na Kithirze. Tymczasem byliśmy ciągle w morzu i Kithiry nawet nie było widać.
- Gdzie jesteśmy i dlaczego tak daleko? - spytał inteligentnie oficera wachtowego. Trafiło na Qbka. Wszyscy zastygli w oczekiwaniu na odpowiedź...
- No ja to nie wiem, ale jak wyszedłem na wachtę, to płynęliśmy tam - odparł Qbk, pokazując palcem za rufę...;)
Zalegliśmy na pokładzie. Nic się nie działo. Z tej nudy zaczęły się rozmowy o nazewnictwie różnych części jachtu.
- Najzabawniejszy i tak jest prewenter.
- A co to jest?
- Zapobiegacz.
- A, znaczy kondom!...
- Obywatelu, zrób sobie dobrze sam...
Zaraz po śniadaniu zachciało nam się sałatki owocowej, więc zabrałyśmy się za jej tworzenie z Rudą. Ciekawostką było to, że co chwila ktoś wchodził pod pokład pod różnymi pozorami i gmerał nam paluchami w miskach.
- Won! - krzyczałyśmy i wymachiwałyśmy nożami, rozchlapując po okolicy sok z owoców. - Wynocha!... Zabierać te łapy, bo poobcinamy!...
- I sałatka przestanie być owocowa...
- Będzie z wkładką mięsną...;)
Kapitańcio miał jedno wytłumaczenie:
- Ja tylko sprawdzam, czy nie mdłe!...
Z dziennika pokładowego:
"1300 Nie spisana z powodu lenistwa i ogólnego rozprężenia. Wszyscy coś czytają, albo się molestują, albo robią sałatkę owocową. (Silnik, genua, słońce, 0,1 wiatru)."
Na pokładzie lenistwo.
- Idź, spisz pozycję... - pada niemrawe polecenie.
- Skoro rok temu spisywaliśmy kolor gaci kapitana, to w tym roku możemy spisywać pozycje...
- Ale czyje?...
- No na przykład - pozycja na rodeo - czyli psyche na łydkach Krewety...
Zaczęłam robić zdjęcia "każdy z każdym", co kochana załoga natychmiast mi popsuła, ustawiając się do zdjęcia we trójkę, we czwórkę, albo w ogóle całą splątaną gromadą. Zapamiętać, kto z kim, a kto jeszcze nie - to dopiero było wyzwanie!... Przy niektórych uściskach aż się zastanowiłam, czy przypadkiem nie pojawiły się jakieś nowe preferencje, szczególnie, jak Wilczy z Qbkiem zaczęli się miotać w swoich ramionach. Bo w sumie niby oficjalnie każdy z nich jest hetero, ale cholera wie - może akurat odkryli swoje alter ego?...;-p
Sałatka owocowa, pożarta w trzydzieści sekund, rozbudziła apetyty. Robimy obiad :) Dwa gary na gazie, kasza pyrkocze, zapachy się rozchodzą dookoła. Apetyt sięga zenitu. Co chwila ktoś wchodzi do mesy i głupkowato pyta, wpatrzony w kuchenkę:
- Obiad?...
- Jeść?...
- Głodny!...
Powoli przestajemy ze sobą rozmawiać, ograniczając się tylko do najkrótszych niezbędnych komunikatów...
Magda wychodzi ze swojej kajuty.
- Cześć - witamy ją w mesie. - Nie jesteś głodna, prawda? Nie chcesz jeść?...
- Czy ktoś już zamówił twoją porcję?...
- Matko, jaka chamówa... - komentuje Kapitańcio, który nagle uznał, że musi wspiąć się na wyżyny kultury i udawał, że nie jest tak głodny, jak reszta załogi.
W pewnym momencie zaproponował, że mnie zaadoptuje. Będzie z głowy problem z dziećmi - będzie miał już takie odchowane.
- A będziesz mi kupował sukienki? - spytałam z głupim uśmieszkiem.
- Chyba piwo...
- I jedzenie...
Pomysł adopcji umarł śmiercią tragiczną ;)
Wreszcie obiad był gotów, więc zaczął się rytuał rozkładania.
- Ale ja poproszę małą porcję kaszy... - powiedziałam.
Odwrócił się do mnie Qbk z wielkim nożem w ręku.
- Dobra, dobra, zjem całą kaszę, jaką dostanę - zareagowałam natychmiast ;)
Po obiedzie dopłynęliśmy do wraku Nordlanda, tkwiącego sobie malowniczo u wybrzeży Kithiry. Bardzo był piękny, acz trudniej dostępny, niż dotychczas widziane greckie wraki ;) Popływaliśmy sobie trochę obok niego w kółko, porobiliśmy trochę zdjęć i popłynęliśmy dalej.
Nagle Harp zgłodniał. Jakby zupełnie nie było obiadu... Wziął pół chleba, przeciął na pół wzdłuż, potem naciął w środku, wpakował w obie połówki po parówce, ćwiartkach pomidora, posmarował musztardą i ketchupem i...
- Harp? - słychać było niedowierzanie we wszystkich głosach. - Gdzie ty to zmieścisz?!?...
Harp tylko wzruszał ramionami i wziął się do jedzenia. Niewiarygodne, ale pochłonął to wszystko i dopiero wtedy na jego twarz wypełzło zadowolenie!...
Następną atrakcję dostarczył Kreweta, który poplątał swoją walącą po oczach żarówiastym, zielonym kolorem żyłkę. Zielony kłąb wyglądał tak, że ja bym go od razu wyrzuciła, porzucając wszelkie szanse na rozplątanie - wszak tego się normalnie rozplątać nie da. No, może po jakichś trzech dniach...
Kreweta usiadł za stołem w mesie i zaczął metodycznie gmerać w tym zielonym kłębie. Na początku trochę mu kibicowałam, bo było mi go żal, ale po kilku minutach mi się znudziło i sobie poszłam. Jakież było moje zdziwienie, jak jakieś czterdzieści minut później Kreweta wyszedł z rozplątaną żyłką z powrotem na pokład!... On twierdzi, że ją rozplątał, moim zdaniem po prostu uciął i wyrzucił ten kłąb, inaczej być nie może :)

Wilczy wspomina:
W międzyczasie morze uspokoiło się, jak rzadko kiedy. Jego powierzchni nie marszczył najmniejszy nawet podmuch, przez co w wodzie bardzo wyraźnie odbijały się chmury. Polazłem na dziób, stanąłem na koszu dziobowym i poczułem się, jakbym chodził po niebie :) Pomyślałem sobie, że idealnym dopełnieniem tego widoku byłyby tańczące przed dziobem delfiny... Stworzenia te najwyraźniej usłyszały moje myśli, bo kilka minut później zostaliśmy uraczeni wielominutowym pokazem kilku delfinów, które bawiły się ze sobą i naszym dziobem. Dzięki gładkiemu jak lustro morzu widzieliśmy ich podwodne harce doskonale.


O 21.35 zacumowaliśmy w Kithirze na wyspie Kithira. Ruda nas straszyła, że w przewodnikach pisali, że to antyturystyczna wyspa jest. Nie lubią tu obcych i nie chcą ich. Niemożliwe, przecież to jest Grecja, tu wszędzie kochają turystów...
Okazało się, że możliwe... Za możliwość skorzystania z prysznica zażyczyli sobie po 6 euro od głowy, za zatankowanie wody na jacht - 30 euro. I wcale nie garnęli się, żeby tę kasę z nas wycisnąć... Swoją drogą nie daliśmy im zarobić, ale to zupełnie inna bajka :)
Po zacumowaniu w porcie załoga się rozdzieliła - ja, Wilczy, Kapitaństwo i Ruda zostaliśmy na jachcie i rozpracowywaliśmy winko pod gitarę, reszta poszła w miasto szukać imprezy. Poleciały standardy szantowe, było wesoło, Siostra poszła spać, za to wróciła reszta towarzystwa. Z flaszką...
Impreza przeniosła się na nabrzeże, gdzie Harp zaczął uczyć nas tańczyć salsę. Ja ustabilizowałam się z Kapitańciem w kąciku i prowadziliśmy długie, nocne Polaków rozmowy o życiu i tak dalej (tylko rano myśl o jajecznicy wzbudzała we mnie wstręt). Reszta bawiła się przy dźwiękach muzyki z harpowego komputera. Zdaje się, że rzeczywiście coś tańczyli :) Nagle okazało się, że oni już śpią, a my znów mamy pusto w szklankach.
Po wymieszaniu wina, wódki, krupniku i znów wina okazało się, że siedzę na schodkach prowadzących do latarni (która oczywiście działa) i kolejny raz widzę wracającego na łódkę Krewetę z Magdą. A wydawało mi się, że już raz wracali...
W końcu, gdzieś nad ranem, poszłam spać.

Następnego dnia wolałabym się nie obudzić.
Propozycję śniadania skomentowałam wzgardliwym milczeniem. Na propozycję wstania z koi nawet nie raczyłam odpowiedzieć. Dzień znam głównie z opowieści...;) Niczym wierny stróż zostałam na łódce, pilnując włości, chociaż robiłabym chyba mało groźne wrażenie w razie czego. Raczej żałosne ;)
Co jakiś czas się budziłam i sprawdzałam, kto się pęta po nabrzeżu. Co jakiś czas ktoś wracał na łódkę, więc kontrolowałam, kto się pęta. Towarzystwo rozlazło się po wyspie i zwiedzało, częściowo knajpy, częściowo oglądali widoczki. Ja widoczki obejrzałam na zdjęciach ;)
Obiad nadal był niegodną mnie propozycją, chociaż pachniał zachęcająco. Za to jak panowie zaczęli akcję "Rurociąg", wreszcie mnie podniosło i nawet poszłam na pobliskie wzgórze obejrzeć jeden widoczek na żywo :)
Akcja "Rurociąg" polegała na absolutnej kombinacji, żeby zatankować jacht w wodę, nie płacąc 30 euro za coś, za co gdzie indziej płaci się maksymalnie 5. Kran do wody był na początku kei - w najpłytszym miejscu, w dodatku nie całkiem było wiadomo, czy ten kran to aby na pewno jest z dobrą wodą. Ale trzeba zaryzykować... Pomysły były różne. Kupić baniak i nosić po 5 litrów (zbiornik do napełnienia ma pojemność 200 litrów ;). Kupić dwa baniaki. Podpłynąć tam. Nie ma szans, za płytko, w dodatku skały. No i przycumowana jednostka, pewnie w ostatnim głębokim miejscu...
Chłopaki poszli więc na szaber i - gdzie tylko mogli - pożyczali leżące samopas węże... Częściowo bez wiedzy właścicieli. Następnie połączyli pięć takich węży, przy każdym łączeniu ktoś stał i pilnował, i puścili wodę. Porozumiewali się przez krótkofalówki, bo odległość była znaczna... Całość wyglądała dość malowniczo z góry :) Ale sukces został osiągnięty - woda zatankowana!... Co prawda uznaliśmy, że ten zbiornik będziemy wykorzystywać do mycia, a do picia ten drugi, ale mieliśmy przynajmniej spokojne serca, że wody nam nie zabraknie. Po całej akcji węże zostały oddane tam, skąd wcześniej wybyły, a my czym prędzej wynieśliśmy się z gościnnej inaczej wyspy...;) Cały dzień wzrastał wiatr i pod wieczór, akurat jak wypływaliśmy, rozwiało się już konkretnie. Dopadła mnie melancholia.
- W Chorwacji też miałam kaca jak ósemka wiała... - przypomniałam sobie.
- Psyche - żeglarze spojrzeli na mnie z nowym zainteresowaniem - to jak ty masz kaca, to nam wieje?...
- Będziemy się zrzucać na alkohol dla ciebie! - wpadli na genialny pomysł, nie bacząc na moje przerażone spojrzenie. Wspomnienie alkoholu wzmogło moje fatalne samopoczucie.
- A potem na nową wątrobę. Tak co trzy lata...
Sadyści ;-p

Teoretycznie spaliśmy do 4. W praktyce spać się nie dało, bo tak bujało - rzucało nami naprawdę konkretnie, należałoby spać w poprzek kajuty, żeby się jakkolwiek zaprzeć. Wyszliśmy na wachtę właściwie bez snu. Wilczy wcześniej i tak miotał się po pokładzie, ja starałam się trochę odpocząć po kacu, ale w rezultacie odpoczywałam na wachcie, siedząc przypięta i trzymając się kurczowo czegokolwiek, bo jacht zmieniał poziom i pion zupełnie nieprzewidzianie. Wiatr trochę zdechł, fale zostały, w dodatku z dwóch kierunków - od dziobu i poprzeczne. Naraz. Morze uparło się, że da nam w kość, skoro do tej pory się leniliśmy...
Przy okazji stania za sterem po lewej stronie, tam, gdzie był normalny, bujający się, podświetlony na upiornie czerwono kompas, stwierdziłam, że nie umiem na niego sterować. Nie wiem, w którą stronę kręcić kołem, żeby osiągnąć ten kurs, którym powinnam płynąć. Po prawej stronie jest wyświetlacz z cyferkami i tam nie mam problemu w utrzymaniu kursu. Po lewej nie daje rady i koniec. Stwierdziłam, że kompas jest z Kutna i koniec, a na taki argument nawet Wilczy wymiękł i doszedł do wniosku, że trzydziesty siódmy raz nie będzie mi tłumaczył, jak mam patrzeć na tę czerwoną bułę.
- Nakrzycz jeszcze na fale - poradził mi na koniec długiej dyskusji o kompasie.
Nakrzyczałam ;-p ;)))
Z okazji świtu zaczęło być coś widać. Między innymi potężną chmurę, która upatrzyła nas sobie jako łatwy cel... Takie chmury określa się mianem: "Chmura sp*laj" ;) Na szczęście chmura się rozeszła, niestety zabrała ze sobą resztkę wiatru.
Rano Kapitańcio nieopatrznie zapytał:
- Jaką mamy prędkość?
Qbk odpowiedział, zerkając na przyrządy:
- Nikczemną. Skradamy się...
Skradaliśmy się do Elafonisi - ponoć najpiękniejszej plaży na Krecie. Podpłynęliśmy z boczku, rzuciliśmy kotwicę i mimo fal i średnio uprzejmej pogody usiłowaliśmy coś zobaczyć. Qbk wyszedł na pokład ze sztormiaczkiem:
- Warunki są ciężkie...
Kapitańcio wsiadł w ponton i próbował popłynąć na plażę, ale nie dało rady - wlazł do wody w płetwach i piance, i popłynął wpław. Zaraz po nim wlazłam do wody ja, czas się otrzeźwić. Trochę źle założyłam maskę i cały czas do lewego oka nalewała mi się woda, poprawianie nic nie dało, możliwe, że krzywiłam twarz, w każdym razie co chwilę lewe oko zalewała mi słona woda. Walcząc z falami i tą maską nawet nie zauważyłam, kiedy dopłynęłam prawie do brzegu. Dogonił mnie Wilczy:
- Podziwiam cię! - powiedział na powitanie.
- Ale o co ci chodzi? - zapytałam podejrzliwie.
- No taki kawał przepłynęłaś w takim tempie, w dodatku pod te fale, pod wiatr...
- Ale... przecież wcale nie było jakoś ciężko, tylko ta maska...

Wilczy podziwia:
Psyche to twarda babka. Jak tylko na chwilę zapomni, że powinna narzekać i się buntować, to może przenosić góry i oceany wpław przemierzać. Wtedy naprawdę z trudem ją dogoniłem, a psyche była wyluzowana, jakby poszła moczyć nogi w strumieniu, a nie walczyć z wiatrem i falami.
Zresztą, z tym przenoszeniem gór (bagażu) to też święta prawda! Sam widziałem i szczękę z podłogi zbierałem :)


Kapitańcio zaczął nas wołać z powrotem na jacht, rozwiewało się, wiało już 30 i istniało niebezpieczeństwo, że nam kotwica nie wytrzyma. A że stoimy przy skałkach, to czas się zwijać.
Dzięki temu najpiękniejszą plażę obejrzałam bardziej pod wodą niż nad...;)
Ruszyliśmy dalej, na południe Krety. Tym razem zepsuła się wskazówka obrotomierza od silnika... Bo jacht jest mocno zaniedbany, zużyty i psujący się nad wyraz. Skoro naprawialiśmy Chorwację, to możemy naprawiać i Grecję, nie?... Wskazówka obrotomierza na szczęście później się naprawiła, ale na przykład wiatromierz wskazywał tylko wiatr pozorny do końca rejsu. Akumulator był wiecznie niedoładowany, do tego stopnia, że jak płynęliśmy dłużej na żaglach, to wyłączaliśmy lodówkę. Zerwał się bloczek od mocowania fału grota, jakaś przetyczka przy maszcie, jeden odbijacz był martwy, zamykanie szafek kuchennych pozostawiało wiele do życzenia, szafka ze ściekami się nie otwierała, a dwa kieliszki szlag trafił...;) Światełko w pławce od koła ratunkowego nie działało. Ukoronowaniem wszystkiego był popsuty zegarek :)
Dopłynęliśmy do Paleochory bez większych problemów, zacumowaliśmy w sporej, wypasionej marinie, byliśmy tam jedynym jachtem. I chyba w ogóle jedyną jednostką... Oczywiście ani żywej duszy w okolicy, żadnej budki z kapitanatem, żadnego kibelka, nic, za to telefon do stacji benzynowej i owszem. Podpięliśmy się do wody i prądu, wszystko jak nie w Grecji, porządne, działające i w rezultacie za darmo :)
Chłopaki z mesy zdjęli pleksi ze stołu, postawili obok kuchenki i ją suszą. Zgodnie z przewidywaniami wpada na nią każdy przechodzący...;)
Wieczorem zainstalowaliśmy światełko na deku. Akurat poświeciło na Harpa...
- Harp!... Kontakty, adresy, telefony!...
Harp zamiast kontaktów wyniósł na dek komputer i puścił film z poprzedniego rejsu. Po jego obejrzeniu (przy wtórze głosów, powtarzających dialogi...;), Qbk stwierdził:
- To jest Serwan? To ja go znam!...
Jaki ten świat jest mały...;)
Z okazji uroczego wieczoru zagraliśmy w mafię.
Natychmiast padło hasło "Zabić Harpa!" i tak już zostało - jak nie wiadomo było, co powiedzieć, ani kogo zabić, to zawsze wystarczyło rzucić: "Zabić Harpa!" i wszystko było jasne.
Harp poświęcił Magdę, ale i tak w końcu go zabiliśmy.
- To może zabijmy kowala...
- Dlaczego?
- Bo mamy ich dwóch!...
- Niech mi tylko ktoś zabije moją wachtę! - rzucił pogróżkę Qbk przy kolejnym starciu. Zdaje się, że nie podziałała za bardzo...;)
Po kolejnym "Zabić Harpa!", wypowiedzianym przez Krewetę, Harp się uśmiechnął złośliwie:
- Oj, nie będzie spania na nocnej wachcie, nie będzie...
Kapitańcio wpadł w szał zabijania i głosuje za zabiciem każdego, włącznie ze sobą.
Zabiliśmy więc Kapitańcia.
- No i właśnie zabiliście wioskowego głupka... - oznajmił bóg.
- To może zabijmy Harpa dla zasady?...
Wilczy jako bóg wpadł w kłopoty:
- Ale zaraz, bo ja zapomniałem, kto jest mafią!...
- Zabijmy boga - zaproponował Kapitańcio.
- Zabijmy Rudą. Najpierw wypijmy zdrowie kucharzy, a potem zabijmy Rudą!...
- Tak? Dobra... Pogadamy jutro przy obiedzie... Dosypię wam czegoś może...
- A ja nie chce nikogo zabijać - oznajmiłam jako przeciwwaga dla Kapcia. - Chcę wolnej miłości. Sex, drugs and rock and roll!...;)
Mafia jakoś się nie kleiła za bardzo, towarzystwo się wyniosło spać. Na deku został Qbk, Siostra, Magda i ja.
- Bożena, chodź do nas, chcemy sprawdzić, czy Qbk da radę...
Bożena bała się i uciekła do szuflandii. Zamiast niej wyszedł Wilczy.
- Popsułeś mi statystykę - oznajmił Qbk. - A Bożena to nie chciała dojść...
W końcu zrobiło się zimno. Qbk ostentacyjnie zmarzł.
- Ruda w koi cię ogrzeje...
- Ja tam mogę dbać o żołądek Qbka, a nie o ciepłotę - z godnością obroniła się Ruda.
I poszliśmy spać. Nie wiadomo w końcu, czy Ruda ogrzała Qbka, ale rano nie narzekał na zimno ;)

Z okazji poranku zrobiliśmy grzanki na śniadanko. Harp wystąpił w obcisłej koszulce. Przy stole siedziały same baby, Harp i Kreweta, kiedy wyrwało mi się:
- Harpowi sterczą sutki...
;)
Poszliśmy do miasteczka po zakupy, wracając wstąpiliśmy na frappe z widokiem na zatokę. Potem posprzątaliśmy jacht. Zadzwoniliśmy po paliwko, przyjechała cysterna, zatankowaliśmy jacht i już byliśmy szczęśliwi. Tymczasem do portu wpływał francuski jacht, na pokładzie dwie osoby. Jacht utknął nagle na środku basenu na mieliźnie... ale spłynął i zacumował kawałek za nami. Państwo w średnim wieku na wypasionym prywatnym jachcie... Tia.
Na obiad robimy własną wersję souvlaków. Qbk, patrząc na talerz pełen jeszcze surowych szaszłyków:
- Muszę to sfotografować, w życiu mi nie uwierzą, że takie rzeczy na jachcie jadłem!...
Szaszłyki się pieką. Siedzę przed piekarnikiem i gapię się w szybkę. Siostra skomentowała:
- A psyche to się gapi jak kot w akwarium.
- Telewizor ma - dodał Kapitańcio. - Tylko fonia wysiadła...
Zwijamy się i płyniemy dalej, dość tego lenistwa. Pada deszczyk. Bożena stoi za sterem, Qbk zmywa. Bujnęło. Qbk podchodzi do zejściówki:
- Bożena, kochanie, co ja ci takiego zrobiłem, że chcesz mnie zabić?...
Potem Qbk z Wilczym stanęli na deku i Qbk zaczął śpiewać.
"U mienia w gałowie plan
sztob pajechat' w akiean,
sztoby jest' i sztoby pit'
mnie nie nada sjuda żyt'

Żoł, żoł, żoł, żoł, żoł, żołtyj parachod,
żołtyj parachod,
żołtyj parachod.
Żoł, żoł, żoł, żoł, żoł, żołtyj parachod,
padwodnyj parachod,
sawietskij parachod!"

Potem przerzucił się na kokejne pieśni. Spod pokładu przyleciała na dek celna wiązanka. Na to Wilczy dołączył do Qbka z "Pust wsiegda budet sonce" i dalej śpiewali razem...
- Zabijcie ich obu!... - doleciało zbolałe życzenie z mesy ;)
Jak już skończyli śpiewać, Qbk oznajmił:
- Mam plan. Idę się wysikać.
I poszedł. Po chwili wrócił:
- Melduję wykonanie zadania.
Z dziennika pokładowego - między 16.03 a 17.00: "Najazd na Krzyśka". Ktoś wie, o co chodzi?...
Kapitańcio pogmerał w mapach, popatrzył tępym wzrokiem na chartplotter i GPS-a i oznajmił zmianę kursu:
- Qbk! Kurs 130.
- Poprosiłem autopilota, żeby zechciał rozważyć propozycję takiego kursu. Łaskawie się zgodził.
Wyjątkowo mamy jakąś rozsądną wachtę do sterowania: wachtę kapitańską, czyli 20-24. I kilka minut po północy idziemy spać z nadzieją, że prześpimy tym razem całą noc na morzu ;)

Nadszedł wtorek. Qbk z Krewetą smarują się kremem, bo wyszło słoneczko.
- Ej... ale to jest krem PO opalaniu!...
Znów pojawiły się delfiny, ale dość szybko się zmyły, za to wrócił deszcz i albo siąpiło, albo straszyło. Niezawodną metodą na powrót wiatru było postawienie bimini - jak tylko było postawione, to wiadomo było, że zaraz się rozwieje, żeby nam je zerwać. A składanie bimini w wietrze nie jest zbyt przyjemne ;-p
- Kuba...
- Kuba - wyspa jak wulkan gorąca - zaśpiewał Wilczy. Znów zaczęły się przyśpiewki...;)
Po południu dopłynęliśmy do Ierapetry. Wąskie wejście do portu obok twierdzy, jak się potem okazało - również wściekle płytkie. Ruda meldowała Kapitańciowi głębokość.
- Zero, pięć... Zero, cztery... Zero, trzy...
Wszyscy obecni na pokładzie wstrzymali oddech.
- Zero, dwa...
Wszyscy postarali się unieść w powietrze, żeby nie obciążać łódki...
- Zero, jeden... Zero, zero!...
Milcząca panika. Właśnie szorujemy po dnie?!?... Ciągle jeszcze płyniemy...
Po niewiarygodnie długiej chwili Ruda powiedziała:
- Zero, jeden... Zero, dwa... Zero, trzy...
Wszyscy wypuścili z płuc przetrzymywane tam powietrze. Napięcie jakby zelżało...;) Znów się udało!...
Kapitańcio potem skomentował ten moment:
- Usłyszeć: "Zero, zero" i nie zesrać się... to jest dopiero coś!...
W porcie jest ciasno jak diabli. To port rybacki, cumuje tu mnóstwo kutrów i prywatnych, niedużych łodzi. Przy twierdzy stoi spora jednostka Coast Guardu, obok niej jest wolny kawałek nabrzeża. Wieje wiatr, który przeszkadza nam tam bezproblemowo dojść. Ktoś proponuje, żeby stanąć przy zardzewiałym wraku po drugiej stronie nabrzeża, podpływamy tam, ale propozycja upada, bo wrak tuż pod linią wody ma wystające elementy. Wracamy z powrotem w okolice Coast Guardu i w końcu podpływamy do jego burty, prześlizgując się po niej stajemy przy nabrzeżu. Manewry obserwują chyba wszyscy miejscowi rybacy. Większość stojących na nabrzeżu panów pomaga nam zacumować, niektórzy łapią cumy, inni przekrzykują się z niewątpliwymi propozycjami tego, co powinniśmy zrobić. Qbk stoi na śródokręciu z cumą w ręku, podchodzi do niego pan z brzegu, wyjmuje mu tę cumę z rąk i zawiązuje na polerze. W rezultacie Żubrówka wędruje do jednego z tych, ktorzy nam pomagali, a my stoimy pewnie i możemy znów zejść na ląd.
Wieści o naszym przypłynięciu rozeszły się w mgnieniu oka, do portu zaczęły przyjeżdżać całe rodziny, podjeżdżali autami pod nasz jacht, zatrzymywali się, często bez wychodzenia z samochodu stali i się gapili przez okna. Czasami tylko padało standardowe pytanie: "Where are you from?". Ludzie z dziećmi, pary, starsze panie, młodsze panie, małolaty - chyba wszyscy z całej okolicy przyszli podziwiać nasz jacht. Turystyczne jachty prawie wcale tu nie przypływają - raptem kilka sztuk rocznie. Jesteśmy pierwsi w tym sezonie!...;) Stanowimy atrakcję. Pielgrzymki się plączą... Może powinniśmy pobierać opłaty?...
Robimy sobie wycieczkę do sklepu, zaopatrzenie musi być. W sklepie spotykamy Polkę ;) Potem z Rudą i Wilczym włóczymy się po mieście i trafiamy na rewelacyjną pizzę po grecku - czyli z grecką sałatką i salami :) Rzeczywiście jest niezła.
Wieczór, zwieńczony tequilą sunrise, która nie nadawała się do picia, skończył się dla naszej trójki w kojach, podczas gdy reszta towarzystwa balowała.

Wychodziliśmy z portu o północy, praktycznie przespałam wyjście, wstałam dopiero na swoją wachtę, na 4 rano. Na kursie mieliśmy dwa czerwone światełka, jak podpłynęliśmy bliżej (i zrobiło się trochę jaśniej), okazało się, że to jakieś kominy.
- Ciekawe, co to takiego...
- Jakaś fabryka...
- Tajna fabryka małych, żółtych, gumowych kaczuszek.
Z dziennika pokładowego (przed 6 rano): "OLEJ! TAK/NIE". Pod spodem dopisek: "A co chcemy smażyć?"
Trochę pada. Trochę wieje. Stawiamy genuę, wiatr zdycha. Odpalamy silnik, wiatr znów się pojawia... Siostra siada za sterem:
- Jak ja zacznę sterować, to wiatr zdechnie.
I zdycha!...
W dzienniku pokładowym mamy zanotowane odstawienie silnika i postawienie żagli, a 10 minut później odwrotnie...;) Z komentarzem: "Hehe". Na pocieszenie mamy tęczę :) (odnotowana w dzienniku pokładowym o 7 rano).
O 7.12 w dzienniku pojawiło się pytanie: "A kto ma gacie w czachy?"
Generalnie chyba nam się straszliwie nudziło na wachcie, skoro ciągle coś wypisywaliśmy w tym biednym zeszycie... Papier wszystko zniesie :)

Wilczy relacjonuje:
I na tym skończyła się sielanka. Najpierw, przy całkowitym braku wiatru, pojawiła się od brzegu dziwna, nieduża i krotka fala. Dopiero po kilku dłużacych się minutach wypatrywania niespodzianek, zjawił się wiatr, który zaczął od razu przybierać na sile. Robił to stopniowo, ale po paru minutach wiała już szóstka. Przez kilka minut wydawało się, że siła wiatru się ustabilizowała, ale wtedy wiatr włączył "drugi bieg" i kilka chwil później wiała już uczciwa siódemka. Powitaliśmy to już płynąc jak najdalej od brzegu na częściowo zarefowanej genui. Tak zaczęła się kończąca rejs trzydniówa - zawsze pod duże fale i pod silny wiatr, gdyż przy okrążaniu Krety wiatr uprzejmie odkręcał tak, żeby nam już do końca rejsu wiać w pysk. No i skończył się jachting, a zaczęło żeglarstwo, nalbliższej nocy awansując nawet do miana "ku...stwa" ;-)


Buja paskudnie. Qbk, wychodząc na pokład:
- Na lądzie często tęsknię za łódką i morzem, ale nie za tym, że kibel usiłuje mnie zabić...
Wrócił do mesy. Jakieś 20 minut później znów wychodzi:
- Zrobienie kawy zajęło mi 15 minut. W tym czasie kawa wylądowała na podłodze. Woda też. Kilkakrotnie...
Harp stanął za sterem. Uzbrojona w dwa komplety szelek poszłam na dziób nakręcić film i dać sobą pobujać bardziej (jak wiadomo, na dziobie buja najbardziej). Jak już miałam dość i byłam cała mokra (chlapie!...), wróciłam. Oglądam w kokpicie to, co nakręciłam. Na pokład wychodzi Wilczy, przyszła większa falka, zza burty konkretnie chlapnęło.
- Prysznic dla Wilczego!...
- Zabić Harpa?...
Buja tak, że płyniemy bokiem i zygzakami. Qbk:
- Nic się nie dzieje... Nudy jak cholera...
- Widzisz, a trzeba było wykupić jakieś all inclusive... Obmacywać stewardesy albo stewardów... Pić drinki z palemką...
Za sterem Kreweta. Qbk wychodzi na swoją wachtę:
- Krzychu, tak mnie wytelepałeś, jak żadna kobieta!...
Bujamy się na falach, niespecjalnie posuwając się do przodu. Dzień raczej ponury, załoga albo śpi, albo siedzi na pokładzie poubierana w sztormiaki. Wieczorem staramy się zasnąć mimo fal, acz jest to mocno kłopotliwe...

Wychodzimy na wachtę o północy, niespecjalnie wyspani. Tak ciężkiej nocy jeszcze nie mieliśmy - głównie jeśli chodzi o utrzymanie równowagi oraz kursu. Bardzo niechętnie stanęłam za sterem, jak Wilczy musiał po coś zejść na dół. Przypięta do kosza rufowego, zaparta nogami - nie dałam rady, na kolejnej fali wyleciałam w powietrze i trzymałam się głównie koła sterowego. Oczywiście kompas kręcił się wariacko w kółko, płynęliśmy megazygzakiem, wychylenie steru z jednej na drugą stronę ledwo mieściło się w skali ;-p
- Wysikałbym się - warknął Wilczy w kierunku fal.
- Nie ma opcji. Sikaj z rufy - podpowiedziałam. - Manewry podsztormiakowe w kingstonie w tych warunkach mogą cię zabić...
W dzienniku pokładowym o godzinie 3.00 zamiast zwyczajowej notatki stoi tylko: "Fale, dryf, kaszanka".
Jak przyszedł nasz czas na zdanie wachty, z ogromną radością oddałam szelki i zdjęłam z siebie sztormiak. Padłam na koję, chociaż nie było szansy, żeby zasnąć - jeszcze żeby były tu jakieś fartuchy, jak na Pogorii... ale nie ma możliwości unieruchomienia ciała przy takim bujaniu, a jak będę co chwila wpadać na Wilczego, to on też mnie nie pobłogosławi.

Wilczy snuje wspomnienia kombatanckie:
Nie pamiętam kiedy miałem tak męczącą wachtę. Mozolne oranie stromych fal i nieustanna walka o to, żeby kurs jachtu oscylował w rozsądnym przedziale ok. 20 stopni (a nie 100, jak się to momentami zdarzało) i to tak, żeby ci pod pokładem mogli choć trochę się przespać... Zawziąłem się, jak głupi, że dotrwam za sterem do samej 4-ej rano, mimo że Piotrek zaofiarował się, że mnie na kilkadziesiąt minut przed końcem zluzuje. Efekt: dałem radę, ale za to potem byłem wprost nieżywy i przez kilka najbliższych godzin, zanim tej wachty nie odespałem, byłbym wręcz niezdolny do jakichkolwiek działań. Na szczęście, z taką ilością dzielnych morskich stworzeń na pokładzie (niekoniecznie wilków) mogliśmy sobie na to pozwolić :)


Do Agios Nikolaos dopłynęliśmy szczęśliwie o 11:40. Bardzo porządna marina, są nawet kolorowe mooringi :) Które wyciągał miejscowy Grek, bo my nie mieliśmy sił...;) Cumując Kapitańcio powiedział obsłudze portu, że stajemy tu na kilka godzin, zatankować wodę, zrobić zakupy i w drogę. Jak zszedł pod pokład, powitał go komitet złożony z trzech bab.
- Żartowałeś z tymi kilkoma godzinami, prawda? Wcale nie chcesz nam zafundować kolejnej takiej nocy, jak ta ostatnia?...
- Bo jeśli tak, to ja zabieram zabawki i dalej jadę autobusem.
- Ja też...
W rezultacie postanowiono, że wypłyniemy nad ranem, żeby się jednak trochę przespać w ludzkich warunkach...;)
Pierwsze kroki skierowaliśmy do łazienek. Bardzo ładny budyneczek z trzema łazienkami dla pań i trzema dla panów, wypasione pokoiki z kabiną prysznicową, toaletą, umywalką z potężnym lustrem. Warunki do mycia naprawdę luksusowe, skorzystaliśmy z nich od razu. A w wejściu do toalet - biblioteczka!...;) Każdy wracający spod prysznica wydawał z siebie jęk rozkoszy :)
- Popłyń do Rio - ktoś zaśpiewał.
- O nie, wiesz, jak to za*biście daleko?... - poleciały protesty.
Na śniadanie poszliśmy do pobliskiej knajpki na omlety. Harp zahaczył najpierw o gyros pita, a potem przysiadł się do nas. Za Harpem przyszedł pies... I zrobiło się wesoło, bo pies ani myślał sobie pójść. Chciałam go wyprowadzić z knajpy, ale patrzył na mnie nierozumiejącym wzrokiem, w rezultacie nagle sama znalazłam się na chodniku, a pies został na balkonie knajpy ;)
Potem rozpełzliśmy się po mieście. Spacerując natknęliśmy się na sklepik z pamiątkami z drewna oliwkowego z polską sprzedawczynią. Utknęliśmy w kolejnej knajpce na kawie. Qbk z Rudą i Bożeną stwierdzili, że spróbują popłynąć na Spinalongę, my poszliśmy nabrzeżem w poszukiwaniu obiadu. Ponieważ rejsy na Spinalongę już dawno były w trakcie, dołączyła do nas reszta i zadomowiliśmy się w uroczej knajpce z widokiem na morze w mniej turystycznej części nabrzeża, gdzie dostaliśmy rewelacyjny obiad i do tego deser - jogurt z wiśniami. Wyjadaliśmy sobie z łyżek, pobiliśmy się niemal o ten deser, tak dobry był :) Resztę czasu poświęciliśmy na poszukiwanie ryneczku ze straganami, niestety - zamiast niego znaleźliśmy zwykły sklep i nieczynne kino :) W rezultacie wylądowaliśmy w knajpce z widokiem na jezioro i zamówiliśmy po drinku.
Wracając na łódkę Qbk zatrzymał się przy bankomacie z zamiarem skorzystania. Wilczy rzucił się do monitorka:
- To ja będę pilnować, czy nikomu nie pokazujesz swojego pin kodu :)
Wpakowałam się Rudej i Qbkowi do koi i jakoś tak wyszło, że Ruda została moją żoną. Przyszłą żoną.
- Będę wam robić zdjęcia w noc poślubną - oznajmił Qbk.
- Ok, ale masz coś jeszcze do zaoferowania?
- Dużo więcej.
- Bierzemy wszystko.
- Krzychu!... potrzebuję pomocy...
Koniec imprezki, wracam do własnej koi spać. Na dobranoc Ruda mówi do mnie:
- Buzi!
- Ale z języczkiem, czy bez?

Wypłynęliśmy o 5 rano. Wstaję na wachtę o 8. Harp za sterem, Qbk, kombinując straszliwie, przypala papierosa. Harp komentuje:
- Podziwiam twoją determinację...
Wypełzam do kokpitu, trzymając się wszystkiego, bo znów buja i rzuca.
- Chciałam wam zrobić herbatki, kawki, ale się nie da, bo buja! - mówię oskarżycielsko. - Harp, nie bujaj!
- Myśmy już pili. Teraz to idziemy spać - odpowiada mi Qbk.
- Tak? Dobra, to sobie nieźle pośpicie - grożę. - Zaraz stanę za sterem!
Walimy dziobem o fale. Kapcio za sterem. Ruda usiłuje spać na dziobie.
- Ruda cię nie pokocha...
- Trudno, nie mogą mnie wszyscy kochać.
- Widzicie, jak ja się poświęcam za miliony? - komentuje Siostra.
Stawiamy żagle, zrzucamy je i tak w kółko, w sumie nie wiadomo, jak lepiej. Z dziennika pokładowego: "1000 Reszty nie wiadomo, bo panowie bawili się żaglami w tę i z powrotem. Teraz stoją oba, ale nie wiadomo, jak długo. Kapcio się cieszy, że szybko płynie. Dziobem rzuca nadal."
- Przyjaciółko żeglarzy - śpiewa Qbk.
- Qbk, ty to jesteś przyjacielem żeglarek...
Znów marazm, usiłowanie spania, tępe siedzenie na deku. Późnym popołudniem przepływaliśmy obok lotniska w Heraklionie, na którym panował niebywały ruch. Wilczy odgadywał typy samolotów. Wieczorem wpływaliśmy do portu, goniły nas promy, na szczęście nie były głodne, żaden nas nie zeżarł :) Za to znów mieliśmy problemy z cumowaniem, bo okazało się, że musimy wpłynąć w bardzo wąskie wejście, wykręcić tam i rozepchnąć inne łódki... Tylko w międzyczasie stanęliśmy na cudzym mooringu. Cudownie...

Wilczy ostrzega:
Podczas manewrów nigdy nie należy ufać pomagierom z nabrzeża! Goście, wyglądający na pierwszy rzut oka na pracowników mariny, machają na nas i zdecydowanymi gestami wskazują nam miejsce przy nabrzeżu, w pełnym niespodzianek, bardzo ciasnym do manewrowania miejscu. OK, cały port jest ciasny, oni są miejscowi i się znają, a my tylko przyjezdni, więc...
- Ale czy na pewno mamy tu wpływać? Tu jest raczej za ciasno dla nas - pytamy głównego pomagiera.
- Nie, nie, spoko, tu na bank jest dobrze, możecie mi wierzyć!
Kiedy już stanęliśmy w poprzek przejścia, opierając się z konieczności na znienacka objawionych cumach i łańcuchach kotwicznych, kombinując dalszy ciąg działań, pada pełne zdziwienia pytanie z brzegu:
- To wy nie macie steru strumieniowego?!
- Nie.
- No to teraz ja nie wiem, co macie dalej zrobić...


Wreszcie zacumowaliśmy - ostatni manewr tego rejsu zakończony sukcesem (przy pomocy załogi obcego jachtu i przy przeszkadzaniu miejscowych mądrych głów). Imprezkę czas zacząć :)
Trzy słabe kobiety poszły do najbliższego sklepu i wykupiły połowę zapasu alkoholu, prawie całego red bulla i prawie całą colę. Nie wiem, co myśleli o nas sprzedawcy, ale nie mrugnęli okiem :) Część załogi poszła spać, reszta przeniosła się na huśtawki, gdzie nastąpiło apogeum - Magda bujała się na wściekle skrzypiącej huśtawce, Kreweta wlazł na latarnię, Qbk zaatakował Harpa i Harp go powalił na ziemię ;) Generalnie było bardzo zabawnie. Wygoniłyśmy wreszcie z Rudą towarzystwo spać, ale Kreweta się wyłopotał i polazł w miasto.

Sobota była dniem na zakupy i pakowanie się. Każdy plątał się po mieście, jak mu było wygodniej. Chyba wszyscy trafili na coś w rodzaju targu, obejrzeliśmy też twierdzę z zewnątrz, zrobiliśmy zakupy i trochę ogarnęliśmy jacht. Nawet krewetki Krewety (na które usiłował łapać ryby, ale krewetki się zaśmiardły i myślę, że rybom też to przeszkadzało) poleciały do kosza :) Wieczorem zamówiliśmy trzy taksówki i pojechaliśmy na lotnisko. Znów przelot kombinowany - przed północą byliśmy w Atenach, gdzie przeczekaliśmy do tej 4.30 rano, kiedy mieliśmy samolot do Warszawy...
"Już nie wrócę na morze, nigdy więcej o nie..."

Epilog, czyli telefonia komórkowa

Tydzień po powrocie z rejsu zabrzęczał mi telefon. Nie jest to nic specjalnie dziwnego, zatem nie spodziewając się niespodzianek zerknęłam na ekran. Oto, co ujrzałam: "Grecja: ceny w PLN z VAT, Pol: do PL 1,79/min, lokalne 1,79/min, odbieranie 0,85/min; SMS do PL MAX 1,39; MMS do PL 3,40; GPRS, Internet i WAP 1,00/50 KB. Więcej bezpłatny tel. +48605020010."

***
A kto ma własną wersję wydarzeń, zapraszam poniżej:
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Linie lotnicze Norwegian
Aegean Airlines
Hostel San Remo w Atenach
Itaka w Wikipedii
Kefalonia w Wikipedii
Zakhyntos w Wikipedii
Kithira w Wikipedii
Kreta w Wikipedii
Skecz "Szczypiorek" kabaretu Łowcy B.
Qbk robi zdjęcia


psyche