Rejs wysokogórski, Grecja, 9-25.05.2008 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Warszawa - Ateny - Warszawa - foto psyche
Milos - foto psyche
Kreta - foto psyche
Santorini - foto psyche
Amorgos - foto psyche
Kos - foto psyche
Simi - foto psyche
Rodos - foto psyche
Grecja - foto Wilczy
Grecja podwodna - foto Wilczy


Kosztorys
Czarter: 4400 € za jacht za 2 tygodnie
Kaucja: 160 € od osoby
Zrzutka do kasy jachtowej: 103 € od osoby
   w tym:
   po 5 € od osoby - opłaty portowe
   po 15 € od osoby - paliwo do jachtu i pontonu
Przeloty: 975 zł od osoby
Uciechy portowe: ~220 euro od osoby
Ubezpieczenie: 67 zł od osoby

 
Żeby obejrzeć ten filmik pobierz Flash Player.

To tylko trailer naszego filmu. Chcesz obejrzeć całość? Potrzebujesz hasła, zgłoś się po nie :) Uwaga, plik (w formacie *.mp4) waży 244MB!

Wszyscy śpią z Harpem, czyli jedziemy na rejs

Nie wiedzieć czemu, rejs miał powodzenie i od stycznia już stała kolejka chętnych. W końcu skład się ustabilizował i wiadomo było, że pojedziemy mimo wszystko. A pod górkę było od samego początku...
Najpierw, na SIZ-ie targowym, Magda - poznawszy Serwana i Wojtka - stwierdziła: "To ja śpię z tym trzecim!...", czego nie omieszkałam natychmiast "temu trzeciemu", czyli Harpowi, przekazać. Stwierdził zniesmaczony, że upiliśmy się wszyscy strasznie i on w ogóle nie wie, o co chodzi. No fakt, nie wiedział, bo trzeźwy był ;-p
W międzyczasie zmieniały nam się łódki jak rękawiczki i zanim ustabilizował się Cyclades 43.4, zdążyliśmy wyrwać sobie część włosów z głów i zmienić trasę rejsu trzy razy :)
Potem LOT usiłował nas bestialsko pozbawić pieniędzy za bilety, nie dając biletów w zamian i nic sobie z tego nie robiąc. Walczyliśmy jak lwy i LOT padł jak mucha. Mieli (uwaga, bo może jeszcze mają...) bug w systemie, polegający na tym, że jeśli rezerwujesz przez internet większą liczbę biletów niż jeden, a nie ma takiej liczby biletów w podanej (najniższej zazwyczaj) cenie, to bardzo ładnie blokują kasę na koncie i zwracają informację, że transakcja nie może być zrealizowana bez podania przyczyny. Zanim uda Ci się wyjaśnić sprawę, to szlag Cię trafia sześć razy i rezerwujesz w końcu przelot przez telefon, co kosztuje dodatkowo sporo więcej. Milutko, nieprawdaż? ;-p Co więcej, LOT wie o tym bugu i albo nic nie robi, albo nie chce nic zrobić...

Załoga:

Kapitańcio - czyli Piotrek, mówiono, że z diabłem ma pakt ;-p

Pierwszy oficer Wilczy - zajmował się głównie zabawą z GPS-em i ustawianiem tam różnych dziwnych rzeczy, na przykład planszy, na widok której wszyscy natychmiast zapytali: "O! Jak włączyłeś tę grę?" ;)

Siostra - [wachta I] czyli Asia, ślubna Kapitańcia, moja Siostra pogoriowa :)

psyche - [wachta I] psyche vel Ruda Żmija, wybór należy do Ciebie!... Znów szefica, czyli w moich rękach była kasa rejsowa...;)

Drugi oficer Magdusia - czyli Magda z popsutą nóżką, na szczęście po jachcie dużo chodzenia nie ma ;)

Wojtek - [wachta II] nasz ulubiony Kuk, bez niego rejs jest niesmaczny ;)

Serwan - [wachta II] niegdyś instruktor żeglarstwa, stara znajomość z #żagle :)

Trzeci oficer Harp - czyli Rafał, szalenie popularny :)

Ruda - [wachta III] czyli Agnieszka, jedyna, która mówiła do Woodza per "Marcin" ;)

Woodz - [wachta III] czyli Marcin, dostawca gitarry :)



Wreszcie nadszedł moment, w którym nie było już odwrotu i powoli zaczęliśmy zjeżdżać się na Okęcie, w umówione miejsce, celem przywitania się ze wszystkimi, poznania się tych, co to jeszcze nie zdążyli, i wspólnego patrzenia z nadzieją w przyszłość. Magda przyszła ostatnia, z daleka już krzycząc do Harpa:
- Cześć, jestem Magda, śpię z tobą!...
- Już mi się dziewczyna podoba!... - odparł Harp, uśmiechając się szeroko.
Magda wzbudziła ogólną wesołość oraz zazdrość i nie wiedzieć czemu, od tego momentu spać z Harpem chcieli wszyscy. W końcu ustaliliśmy, że Harp jest przechodni i codziennie śpi z kim innym, a rano będziemy sobie opowiadać wrażenia ;))) ("A mój Harp był inny" - filozoficznie stwierdził Wojtek ;)) Tylko sam zainteresowany jakoś dziwnie nie brał udziału w dyskusji...;-p
Wędrując przez Terminal 2, pozbyliśmy się najpierw bagaży, drżąc o ich ewidentną nadwagę (dało radę, we dwoje z Wilczym mieliśmy raptem 3 kg więcej, niż powinniśmy, a wszystko przez ołów do nurkowania, bez którego Wilczy powiedział, że się nie rusza z miejsca ;-p), następnie przeszliśmy bez przeszkód przez kontrolę właściwą razem z gitarą i ustabilizowaliśmy się w sklepach wolnocłowych, a potem w samolocie, gdzie porozrzucani po różnych miejscach machaliśmy do siebie znad buteleczek wina. Magda skorzystała z wolnego siedzenia po drugiej stronie samolotu i wyniosła się spomiędzy Harpa i Wojtka, co Harp potem skomentował:
- My to mieliśmy dobrze z Wojtkiem, bo Magda się od nas wyprowadziła...
- Można to zrozumieć na dwa sposoby...
- Bo mieliśmy wolne siedzenie między nami i...
- I?... Brnij dalej!...
- I było nam wygodnie!...
Dolecieliśmy do Aten o 3:25 czasu miejscowego, nie musieliśmy długo czekać na bagaże, wyszliśmy za bramki i rozdzieliliśmy się - Magda z Serwanem pojechali przespać się kilka godzin w hotelu, a reszta załogi znalazła sobie "cichy" kącik na skraju hali lotniska, gdzie rozłożyła obóz. Na podłodze legły karimaty, przykryte częściowo śpiworkami, a na nich legliśmy my. Byłoby całkiem cudownie, gdyby nie to, że nikt nie zgasił nam światła, a głośniki cały czas nadawały - albo muzykę, albo komunikaty. No i dookoła kręcili się ludzie...
W końcu wstałam. Wojtek popatrzył na mnie tępym wzrokiem.
- Gdybym ja zasnął, toby was tu roznieśli z tymi bagażami...
- Jesteśmy ci wdzięczni niesłychanie.
Wyszliśmy przed lotnisko.
- Ci taksówkarze to tutaj się snują, łażą, normalnie, jakby tu mieszkali - zaczął opowiadać Wojtek. - No wiesz, ja już ich poznaję, jak dziesiąty raz widzę tę samą twarz...
Zrobiło się chłodnawo. Wojtek zaczął wyciągać z plecaka bluzę.
- Taaaak... - komentował sobie pod nosem. - Gdzie ja mam bluzę?... Wiem, gdzie mam bluzę. W plecaku. Na samym dnie. Owinięta jest w nią flaszka. I co? I teraz ja będę marzł, żeby flaszka miała ciepło!...
Wyciągnął wreszcie tę bluzę, ubrał się i ożywił.
- Idziemy na kawę? - zapytał.
Kiwnęłam potakująco głową.
- Dużą z mlekiem... - dodałam.
- Idziemy - powiedział z naciskiem Wojtek. - Nie "idę".
Z kawy zrobiła się kawa z kanapką. Jak wróciliśmy do legowiska, reszta towarzystwa powoli się dobudzała. Moja kawa stała się przechodnia, nie wiedzieć czemu ;-p Ale było jej za mało, więc państwo stwierdzili, że pójdą po własną. Nie było ich całą wieczność, ale wrócili z biletami na autobus. Czas pożegnać gościnne lotnisko i udać się w podróży ciąg dalszy. Marina czeka!
W autobusie zrzuciliśmy bagaże na środek i potem, przy co ostrzejszych zakrętach, łapaliśmy je, żeby nie rozbiegły się po całym pojeździe. Wilczy z nosem w mapce mamrotał nazwy przystanków, reszta spoglądała za okno na te słynne Ateny. Jakieś takie nijakie, szaro-bure i bez żadnych atrakcji. W końcu nadjechał nasz przystanek, więc wysypaliśmy się z setkami plecaków, tysiącem worków żeglarskich i jedną gitarą na ateński bruk i zaczęliśmy się rozglądać. Nie trwało to długo, bo gdy tylko autobus odjechał, natychmiast zaparkował na przystanku samochód z gościem, który - pomagając sobie rękami - usilnie próbował coś nam wytłumaczyć. Załoga wypchnęła Piotrka na strzał.
Gadał długo, w końcu auto odjechało, Kapitańcio wrócił do nas z głupią miną i kartką w ręku i rzekł:
- Słuchajcie... to był gość od jachtu... okazuje się, że oni nie mają swojego biura w marinie, są lotni... więc nasz jacht nazywa się Nissos Kea II i stoi przy kei trzeciej...
Zbaranieliśmy lekko. Jak to: "są lotni"???... Gość podjechał tuż za autobusem, to co, za każdym autobusem tak podjeżdżał?... Skąd wiedział, że wysiądziemy właśnie z tego?!?...
Nic to, zarzuciliśmy bagaże na plecy i poszliśmy poszukać przejścia dla pieszych. Znaleźliśmy bardzo szerokie pasy, zajęte w 2/3 przez barierki rozdzielające pasy ruchu. Aha. Jak tylko poczuliśmy pod nogami beton mariny, natychmiast zjawił się obok nas ten sam gość w aucie i pokazał kierunek marszu. Zaczęło się robić zabawnie...
Jak ten sam gość podjechał do nas czwarty raz, właściwie już rzut beretem od kei, i zaproponował podwiezienie nam bagaży, stwierdziliśmy, że skoro przeszliśmy już te 5 km po marinie, to jeszcze jeden też damy radę.
Keja numer trzy była na dokładnie przeciwnym krańcu Kalamaki niż my na początku wędrówki, ale trafiliśmy. Na samym jej końcu, na doczepionej kei pływającej, mogliśmy zrzucić bety i w tym momencie gość zapytał:
- Chcecie zrobić zakupy? My wam w tym pomożemy, tylko trzeba jechać już.
Ok, zorganizowaliśmy się z Siostrą i Wojtkiem natychmiast i gość zawiózł nas do sklepu.
- Tu napoje.
Zgrzewki wody, zgrzewka piwa, soki, wino?... No koniecznie, wino też. Mleko. Zakupy (niemal 100 €) powędrowały do bardzo, ale to bardzo rozwalającego się busa, który nawet nie miał w środku tapicerki. My również zostaliśmy tam wtłoczeni i inny facet zawiózł nas kawałek dalej, do sklepu z jedzeniem, po czym stwierdził:
- To ja zawiozę napoje na keję, a po was ktoś przyjedzie.
Y... zbaranieliśmy po raz kolejny.
- Mam nadzieję, że te napoje faktycznie trafią na keję...
- I ciekawe, skąd będziemy wiedzieli, że po nas ktoś przyjedzie...
- Swoją drogą, niezłą mają tę organizację...
W sklepie, który nie był zbyt wielki, spędziliśmy mnóstwo czasu, szukając według listy różnych potrzebnych rzeczy i przerażając się cenami. W rezultacie, zapatrzeni głównie w ceny produktów, kupiliśmy kawę bezkofeinową...;) Załadowaliśmy dwa wózki żarciem, zapłaciliśmy niecałe 200 €, wytoczyliśmy się ze sklepu i ufając pani kasjerce, czekaliśmy na transport.
Po chwili przyjechało auto, z którego wysypała się wataha naszych. Siedziało ich tam zdecydowanie więcej, niż powinno. Kierowca pozbył się ich i zapytał nas, czy do mariny chcemy.
- No, generalnie to tak, ale czekamy na transport...
- Jedźcie ze mną.
- Dzięki, ale my mamy własny transport...
Chyba... - dodaliśmy w myślach.
Kasjerka wyszła ze sklepu i coś zaczęła mówić, ale nie dało się zrozumieć, czy mamy czekać, czy mamy jechać i w ogóle o co chodzi. W końcu zdecydowaliśmy się na ten transport, który był, i dobrze. Okazało się, że napoje też dojechały bez problemu. Wkrótce też dotarli do nas Serwan i Magda, przy czym Serwan dotarł niekompletny. Starał się głośno nie kląć, ale czasem mu się coś wyrwało - okazało się bowiem, że w autobusie z hotelu do mariny zostawił statyw i koszulkę rejsową...
- No wiesz, mogłeś powiedzieć, że ci się wzor na koszulce nie podoba!... - skwitowałam.
- Wzór jak wzór, statywu szkoda... ciekawe, czy mają tu coś takiego, jak biuro rzeczy znalezionych... - mamrotał Serwan do końca rejsu co jakiś czas. Zaspokajając ciekawość: statyw w koszulce objawił się trzy miesiące po rejsie w stanie nienaruszonym, jak stwierdził właściciel: "Sqbany małomówny jest, ale coś mi się o uszy obiło, że był w Atenach, Wiedniu i Poznaniu, zanim do Warszawy dotarł... Internet to potęga, nie? :)". "Niczym krasnal Amelii" - skomentowałam wielki powrót statywu. Tylko dlaczego pocztówek nie przysyłał?...;-p
Tymczasem smażąc się na słońcu, czekaliśmy, aż wysprzątają nam łódkę, poszliśmy partiami na obiad do greckiej knajpki, w końcu Nissos Kea II była nasza. Okazało się, że łódka jest nowiutka, przed nami była tylko w jednym, tygodniowym rejsie.

Nissos Kea II, czyli okołojachtowe rozważania Wilczego
Nissos Kea II czyli Cyclades 43.4 ze stoczni Beneteau - jacht nówka sztuka nieśmigana - rocznik 2008 (czyli bieżący), na początku pierwszego sezonu, tylko po tygodniu pływania Statecznych Niemieckich Turystów. Wszystko jeszcze pachnące nowością, dobrze, że na siedzeniach już folii ochronnej nie było :) Silnik, nowiuteńki Yanmar, można dyło dotykać bez ryzyka zabrudzenia rąk (tu wspomnijmy polskie jachty klubowe...), nawet ponton prosto spod igły. Wyposażenie też nas zaskoczyło - nie licząc elektroniki, świeżego kompletu map Imraya czy tratwy ratunkowej, cała masa potencjalnie przydatnych drobiazgów: solidny komplet narzędzi naprawczych z ławeczką bosmańską (przydała się!), drewniane kołki do zatykania dużych dziur (te na szczęście nie...), dryfkotwa, składane kula i trójkąty sygnalizacyjne, nożyce do cięcia lin stalowych, dwie latarki z zapasem baterii, małe zapasowe światła nawigacyjne (te też się przydały!), zestaw ABC do snorklowania czy inne tego typu rzeczy, o których można by nie pamiętać przy tworzeniu własnej listy wyposażenia. Oglądając wnętrze jachtu, czuliśmy się na początku z Piotrkiem jak dzieciaki wpuszczone do sklepu z zabawkami :)
Ale... nie było kieliszków do wina - atrybutu psyche wyrażającej uznanie kapitanowi za udany manewr cumowania. Brak zapasowej szekli zrekompensowałem osobiście, a brak zapasowej żarówki do świateł pozycyjnych zrekompensowała zmyślność Serwana i... 9 euro :)
A Stateczni Niemieccy Turyści... zostawili w naszej kabinie przyklejoną do sufitu gumę do żucia.


Przy wrzucaniu betów na jacht pojawił się problem - kto w końcu z kim śpi?... (poza tym, że wszyscy śpią z Harpem, rzecz jasna ;))) Po krótkiej burzy i niemożności dojścia do porozumienia Kapitańcio wyciągnął trzy monety (bo wszystkie zapałki nagle gdzieś wcięło) i rozłożył przed chłopakami bez przydziału. No i wyszło na to, że jednak Magda będzie spała z Harpem ;) Można było wreszcie zająć się wypływaniem...

Ateny - Milos, 10-12 maja, czyli "...z mariny Kalamaki nasz wypływał jacht"

Odcumowaliśmy tuż po 20.00. Akurat wachtę nawigacyjną miała pełnić wachta pierwsza, czyli Wilczy, Siostra i ja. Rozwiało się, pojawiły się fale, a wraz z nimi żądania Neptuna dotyczące naszych żołądków. Próby radzenia sobie z chorobą morską były różne: Ruda zwinęła się w koi, ja sterczałam na deku i marzyłam o sucharkach, Magda testowała cudowne pigułki... Generalnie towarzystwo padło spać, bo nikt nie miał ochoty na kolejną nieprzespaną noc, zatem na deku została tylko I wachta i Kapitańcio. W pewnym momencie chłopaki stwierdzili, że postawią żagle (bo przecież tak fajnie wieje) i usytuowali psyche za sterem. "Genialnie" - pomyślałam, ster chwyciłam, "Ile mam płynąć?" - zadałam profesjonalne pytanie, żeby nie było, że całkiem się nie znam.
Trasa rejsu - Na razie ustaw się w linii wiatru, postawimy żagle, a potem... się zobaczy - mruknął Kapitańcio i polazł do masztu.
- Jasne - mamrotałam zatem za sterem ciężko wystraszona. - Doskonale. W linii wiatru. Tylko gdzie ona jest, ta linia?!?... Ktoś ją w ogóle widział?!?... Na asfalcie to są linie, a na morzu?... Co za bzdura!...
Bardzo starałam się, żeby oni nie powypadali za burtę i żeby wiatr nami nie miotnął, jak już postawią te żagle. W końcu je postawili, zleźli do kokpitu i Kapitańcio zadowolony stwierdził:
- No, to tak 150...
Spróbowałam ustawić się na to 150. Aha. 135. Kręcę, kręcę... przeleciało, 170. Wracam. Przeleciało, 140. Z powrotem... noooo prawie jest!... Akurat, 160. Zaparłam się, nie ma tak, te gwiazdy nie będą mi przelatywać z jednej strony masztu na drugą, nie dam się, w końcu im to jakoś wychodzi, to i mnie musi wyjść!... Wbiłam wzrok w kompas, zaczęłam widzieć mroczki przed oczami, czerwony kolor podświetlenia sprawiał, że widok mi się rozmywał, w dodatku wszystko się bujało i kompas także, nie patrzyłam w ogóle dookoła, na horyzont, dokąd płyniemy, tylko w ten cholerny kompas!...
Gdzieś tak po 15 minutach udało mi się ustabilizować wreszcie na oczekiwanych 150.
- Teraz powinieneś zmienić kurs - mruknęłam do Kapitańcia, który z rozbawieniem obserwował moje wysiłki.
- Ty nie gadaj tyle, bo znów zjeżdżasz w bok... - odpowiedział złośliwiec jeden.
Generalnie do dziś uważam, że płynąć prosto się nie da i już! ;-p
W końcu nadeszła wyczekiwana północ, zbudziliśmy wachtę II i poszliśmy spać. Tylko co to za spanie, kiedy po pierwsze - buja i nie da się nijak ustabilizować w koi, a po drugie - Neptun tak całkiem wcale nie odpuścił...

Niedziela
- Jacht nam się rozkręca - powiedział Wilczy do mnie na dzień dobry. - Sam! Serwan znalazł śrubkę.
Taka uroda nowych jachtów - diabli wiedzą, co się rozleci :) Miejsca przeznaczenia śrubki nie znaleźliśmy do końca rejsu, ale jeszcze nie raz przyszło nam coś naprawiać. Na razie, oprócz śrubki, mieliśmy zerwaną topenantę i nikt nie wiedział czemu, natomiast trzeba było ją zamocować we właściwym miejscu jak najszybciej. Bo jednak bom niekoniecznie powinien trzymać się na dirkach...;) Tymczasem śniadanie zostało potraktowane lekko wzgardliwie, natomiast wzięcie miały zapiekanki Wojtka, które przygotował w porze obiadowej (14:30!) podczas cumowania w Milos. Po zacumowaniu Kapitańcio przy pomocy chłopaków wlazł na maszt i grzebał tam sobie w sznurkach, a ja z Siostrą przysiadłyśmy na ławeczce z widokiem.
Nie nasiedziałyśmy się zbyt długo same, podeszła do nas leciwa Greczynka i krzywo się uśmiechając, zaczęła coś nadawać. Uśmiechnęłyśmy się w odpowiedzi uprzejmie, co grecka babcia uznała za zaproszenie i rozsiadła się na ławce obok nas, opowiadając dalej swoje historie. Oczywiście po grecku. Okazało się jednak, że grecki prosty jest i dowiedziałyśmy się, że babcia ma córkę, która jest stewardesą, syna, który siedzi w Nowym Jorku, i chyba pięcioro dzieci w ogóle. A ona sama nigdy z Milos nie wyjechała, spędziła tu całe życie. Na pamiątkę dostałyśmy adres, zapisany w moim kapowniku drżącą ręką greckim alfabetem...;) Babcia była super, ale w końcu przyszła po nią koleżanka i razem poszły sobie gdzieś dalej.
Pomogłyśmy zacumować jakimś Polakom, za co nawet nie usłyszałyśmy "Dziękuję". Nasi panowie stwierdzili, że tanio się sprzedałyśmy, bo powinnyśmy wziąć za usługę kasę...;)
Spacer po mieście ze wspinaczką pod górkę - jakżeby inaczej - zaowocował trafieniem na naganiacza, który twierdził, że "Marianna", restauracja w porcie, należy do niego i ma tam dobre greckie jedzenie, i zaprasza. Po obejściu wypożyczalni samochodów, skuterków i quadów trafiliśmy na "Mariannę" - okazało się, że jest niemal naprzeciwko naszego jachtu, więc czemu nie. Kawa była smaczna, a kelner mówił po polsku ;)
Pojawił się jacht z niemiecką banderką.
- Kto przyniesie jutro więcej banderek, niekoniecznie greckich, dostanie nagrodę...
;)
Po chyba 7 latach zagrałam znów w mafię - zdołałam namówić załogę do gry i wieczorem w kokpicie rozlegało się:
- Zapada noc... Mafia wychodzi z ukrycia... Dziś w nocy znów krew popłynie ulicami miasta...
No fantastyczna zabawa ;-p
Potem w ruch poszła gitara i szanty.
- Patrzę, co to za Greczynka siedzi na kei i śpiewa z nami szanty, a to nie Greczynka!... - zauważył nagle Woodz, wskazując alienującą się Siostrę.
- Ta Greczynka to coś zmarznięta pod tą latarnią...

Poniedziałek
Po śniadanku Harp zszedł na nabrzeże wyrzucić śmieci. To niewiarygodne, ile się tego produkuje... Akurat ulicą nadmorską przejeżdżała śmieciarka, zatrąbiła na Harpa, ten zmienił kierunek i... niemal z łódki wrzucił śmieci do auta... Ten to ma farta, no ;)
- Eeee, no podoba mi się ta Grecja ;) - skomentował.
Wypożyczyliśmy jedno auto (20 € plus paliwo 5 €) i Ruda robiła za kierowcę, wożąc nas partiami do Plaka - niedalekiej miejscowości, w której są jakieś historyczne sytuacje warte obejrzenia. Biorąc pod uwagę to, że na miejsce docieraliśmy partiami, rozleźliśmy się po całej okolicy, oglądając atrakcje. Wałęsałyśmy się z Siostrą i krótkofalówką, czekając na przyjazd Wilczego i Kapitańcia, aż w pewnym momencie krótkofalówka zagdakała Piotrkiem:
- Już przyjechaliśmy, gdzie jesteście?
Wyjaśniłam im, że czekamy przy wiatrakach. Zobaczyłyśmy chłopaków w towarzystwie Rudej i Woodza idących w naszą stronę i po chwili usłyszałyśmy z krótkofalówki:
- Mamy coś do zatkania wam ust!
Chwila konsternacji, patrzymy na nich z niedowierzaniem, Piotrek manipuluje sobie przy rozporku... Spojrzałyśmy z Siostrą na siebie:
- Y... czym on chce nam zatkać te usta?!?...
Okazało się, że po drodze zatrzymali się w piekarni i kupili pyszności: pierożki z czymś i ciasto z wiśniami. Ciasto pierwsza klasa! Najpierw wąchaliśmy z natchnieniem. Wsadziłam nos w plecak Woodza. Coraz głębiej i głębiej...
- No dobra, ale tam niżej są moje skarpetki!...
- Zastanawialiśmy się, jak nagrać zapach... - mruknął Kapitańcio zapatrzony w mój nos w woodzowym plecaku. Wyjęłam nos, pozwalając wyjąć im pyszności.
- Zatrzymaliśmy się przed piekarnią, żeby zrobić zdjęcie - wyjaśniła Ruda.
Po chwili już było słychać tylko wielkie mlaskanie, nikt nie miał czasu gadać, bo każdy miał zajętą gębę...;)
Poza tym był piękny kościół z kolorowymi witrażami, były wiatraki (i faktycznie wiało przy nich jak diabli), było miejsce, skąd wykopano Wenus (to właśnie ta tutejsza, z Milos, ta słynna), był w końcu teatr antyczny z widokiem na morze i były katakumby ;) Wszędzie było słychać gdakanie kur i pianie kogutów, a w sklepach znaleźć jajko to wyższa szkoła jazdy. Powoli dojrzewaliśmy do tego, żeby te jajka gdzieś ukraść...;)
- Bo skoro mają kury, to muszą mieć i jajka, nie? To co z nimi robią? ZJADAJĄ?!?!?...
Po powrocie na jacht postanowiliśmy przetestować "Mariannę" pod względem otwartości na turystów i poprosiliśmy o ice coffee na jacht. Prośba spotkała się z pełnym zrozumieniem i chwilę później przyszedł do nas kelner z tacą, objaśnił po polsku, które kawy są bardziej, a które mniej słodkie, nie wziął pieniędzy i sobie poszedł, wprawiając nas w stan totalnego, lekko osłupiałego szczęścia.
- Proszę państwa, dostaliśmy kawę na jacht! - powiedział Wilczy z uniesieniem.
Następnie trzeba było nabyć szeklę, gdyż topenanta została przymocowana świętą szeklą Wilczego. Zatem Harp i Wilczy poleźli do sklepu ze wszystkim i utknęli na dobre pół godziny przy ścianie z szeklami, przebierając i wybierając niczym kobiety wśród butów albo torebek. Normalnie dostali amoku!... W końcu, po długich bojach, nabyli szeklę za całe 1,3 € ;)
Wreszcie, po ostatnim ładowaniu telefonów, dysków, aparatów, tankowaniu wody i zakupach, można było wypłynąć...

Milos - Kreta, 12-15 maja, czyli "niech diabli porwą Coast Guard"

Zaraz po wypłynięciu Wilczy zatroszczył się o atrakcje i utopił czapkę. Spojrzał za nią smętnie...
- Ok, podejście do czapki! - zarządził Kapitańcio. Serwan z bosakiem ze śródokręcia podjął czapkę i potem droczył się z Wilczym, nie chcąc mu jej oddać, w końcu zaistniało niebezpieczeństwo, że czapka znów wybierze wolność...;) Ale jednak Wilczy odzyskał swoją lekko podtopioną własność i skierowaliśmy się do zatoczki na kąpiel.
Po drodze nadszedł czas na jabłko. Ja swoje już zdążyłam pochłonąć, patrzyłam zatem głodnym wzrokiem na innych jedzących, po brodzie ciekła mi ślinka...
- Daj kawałek - mamrotałam do każdego, kto był w zasięgu wzroku, niczym rumuńskie dziecko na Marszałkowskiej. - No daj pani...
Zlitował się Harp i oddał mi pół swojego jabłka (myślę, że on po prostu nie wytrzymał tego żebrzącego wzroku), gryza dostałam od Woodza, a reszta pożarła swoje jabłka w tempie ekspresowym, żebym im nie wyrwała z gardeł pewnie...;)
Nie to nie. Poszłam się położyć na dziób. Płyniemy, rozkosznie buja, słońce świeci, w ogóle jest fajnie...
- Żmija, masz coś wielkiego między nogami...
Miałam. Foka...;-p
Późnym popołudniem wpłynęliśmy do Kleftiko, zatoczki Milos.
- Ale tu pięęęęęknie - rozległo się natychmiast. Bo i było pięknie, zatem trzeba było natychmiast wskoczyć do wody i sprawdzić, jak bardzo pięknie jest z bliska ;) Woda była... orzeźwiająca ;-p Ale nie przeszkodziło nam to jednak w popływaniu sobie dookoła skałek.
Po kąpieli, podczas obiadu Wojtek oznajmił:
- Nie mam na nic ochoty...
Spojrzał na Magdę.
- No, może na coś jednak mam...
- Nie masz gumek - odpowiedziała Magda.
Rzuciłam się do notatnika.
- Będę uważał... - zaczął Wojtek, spojrzał na mnie i dokończył: - Nie, błagam, nie zapisuj tego. Przez to nie mogę tej twojej strony pokazywać nikomu...
- A w nocy były delfiny - mówi Ruda, czym ściąga na siebie natychmiast wściekłe spojrzenia tej części załogi, która wtedy spała. - No, na świtówce. Płynęły sobie niedaleko...
Potem nastąpiła zemsta wściekłego Serwana, czyli Serwan zmywał pokład, podczas gdy Wilczy zmywał naczynia, a reszta towarzystwa grała w scrabble.
Wypłynęliśmy wreszcie z zatoczki. Siedzimy sobie na deku. Serwan na rufie myje zęby, Harp za sterem, Kapitańcio je kolację. Wilczy:
- A może ułożymy jakąś piosenkę?... Majowy wieczór piękny był, na rufie Serwan zęby mył...
Serwan wraca z rufy. Stoi przed stołem i zastanawia się, którędy przejść. Z jednej strony siedzę ja, z drugiej trzy osoby.
- Tu niebezpiecznie... - mamrocze pod nosem - ale tu trzy osoby...
Prych ;-p
Przed nami wachta 24.00 - 4.00, więc przedtem trzeba się troszkę zregenerować. Jacht zapadł w sen, prowadzony przez wachtę drugą...

Wtorek
Wstawało się raczej tragicznie, ale się wstało. Średnie bujanie, choroba morska dawno minęła, na zewnątrz ciemno i mokro. Zorganizowaliśmy sobie gorące kubki, staraliśmy się pilnować spisywania pozycji co godzinę i staraliśmy się nie zasnąć. Kierunek - Kreta. Gdzieś daleko przepływały promy, pływające dyskoteki, rozświetlone tak, że świateł nawigacyjnych nie widać. Podnosiły nam na chwilę adrenalinę, dzięki czemu udało się jednak nie zasnąć. Za kołem staliśmy na zmianę, głównie z autopilotem :) Potem skrupulatnie ustaliliśmy między sobą, kto kiedy kierował tym autopilotem :) W końcu minęła wieczność, czyli te 4 godziny naszej wachty, i poszliśmy zbudzić następców...;)
Po ósmej zwlekliśmy się z koi, pochłonęliśmy śniadanko i bujaliśmy się na fali w kierunku Chanii. Kawa w kubeczkach, dla chętnych - patrz: Kapitańcio - kisiel w kubeczkach, nic się nie dzieje, sundeck. Podczas stawiania żagli Siostra:
- To gdzie mam stanąć, żeby nie przeszkadzać?...
Na horyzoncie pojawiły się brzegi Krety. Na drugim horyzoncie pojawiła się mała kropka, która szybko zaczęła rosnąć. My - niewzruszeni.
- Ej, to Coast Guard - stwierdził Kapitańcio na temat rosnącej kropeczki. - I płyną do nas!...
Poruszenie wywołał średnie, w końcu wszyscy wiedzą, że "niech diabli porwą Coast Guard, tak mawiał każdy z nas". Niemniej jednak na wszelki wypadek wszyscy sięgnęli po aparaty fotograficzne. Żywcem nas nie wezmą!...
Hellenic Coast Guard podpłynęła do naszej lewej burty, Kapitańcio wypełzł na śródokręcie, porzucając kisiel na stole w kokpicie.
- Dokąd płyniecie? - zawołał pan, wystając z okienka motorówy.
- Do Chanii - odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą.
- A, to płyńcie trochę innym kursem, bo tu ćwiczenia wojskowe są, musicie ominąć ten teren... Płyńcie kursem 190!... 190!...
- Ok, 190! - odpowiedział Piotrek.
- Piotrze - włączył się Harp. - Ale my płyniemy 190...
Konsternacja.
Coast Guard odpłynął kawałek, zabujało, kubeczek z kisielem się przewrócił, kisiel zaczął ściekać po stole i okolicach...
- Żesz szlag, no Coast Guard wylał mi kisiel!...
Coast Guard wrócił.
- Usłyszeli?...
Nie dali po sobie poznać. Mieli lepszy pomysł:
- Płyńcie za nami!...
I dali czadu trochę w prawo. No dobra, za nimi, to za nimi, tylko nasz silniczek to się ma nijak do ich silnika. Zniknęli nam niemal z pola widzenia, ale zatrzymali się, poczekali, aż podpłyniemy.
- No, to teraz płyńcie 190!...;)
Coast Guard pomachał nam ogonkiem na pożegnanie i popłynął w siną dal, pilnując terenu ćwiczeń kreteńskiej marynarki wojennej. Tymczasem my ustabilizowaliśmy się na sundecku z gitarką i winkiem.
- Proszę państwa, przed państwem legendarny zespół Sekstans z Łodzi!...
Wilczy został zmuszony do zagrania "Petersburga", ale nie odpuściliśmy także sobie "Szkunera I'm Alone" ;)
Żadna zabłąkana torpeda, mina ani pocisk nas nie dopadły, bez większych przeszkód udało nam się wpłynąć do Chanii. W samym porcie trochę narozrabialiśmy... Był silny boczny wiatr (a nie wyglądał) i gdy chcieliśmy stanąć rufą do nabrzeża, zniosło nas na wycieczkowiec robiący za knajpę. Na szczęście nic się nie stało, panowie ze statku mającego burtę powyżej naszych oczu pomogli nam zacumować za nimi long side, odwdzięczyliśmy się im wojtkową flaszką i poszliśmy na zakupy. Cumowanie cumowaniem, a obiad zjeść trzeba ;-p
Usiłowałam kupić filtr polaryzacyjny do mojego obiektywu, niestety, mimo szczerych chęci okazywało się, że mam za duży obiektyw, bo miejscowe filtry plaryzacyjne kończyły się na znacznie niższej średnicy. Za to udało nam się nabyć jaja (za całe 2,7 €), co poczytaliśmy sobie za osobisty sukces ;) Spacer po mieście zakończył się wizytą w hali targowej, gdzie Ruda nabyła mięsko, z którego potem na jachcie produkowała coś, co obłędnie pachniało czosnkiem na całą okolicę.
Wszyscy skłębili się wokół kambuza, udając, że mają zajęcie absolutnie niecierpiące zwłoki i rzucając zezowate spojrzenia w kierunku Rudej, talerzy, kuchenki i misek.
- Jak patrzę na tę kucharkę, co tak gotuje... - zawiesił głos Wojtek. Spojrzeli na niego wszyscy, a szczególnie Woodz. - To chyba kupię sobie jeszcze tego sera...
Ser (w postaci koła młyńskiego) zajął pół lodówki, ale jego zamieszkanie tam spotkało się ze zrozumieniem wszystkich i nikt nie miał mu za złe tego, że zajmuje miejsce dla flaszek na przykład. Każdy pewnie miał nadzieję, że uda mu się uszczknąć kawałek...;)
Magda siedzi pod skylightem. Co i rusz spada na nią jakaś susząca się szmatka. Wojtek komentuje:
- Musisz tu spać dzisiaj... To znak...
Tuż przed obiadem prowadzimy rozmowy o smarkaniu i puszczaniu bąków. Oczywiście prym wiedzie nasza gwiazda - Wojtek:
- A my tu co? Morze, tak? I puszczamy morskie bąki... Taka morska bryza...
Magda podpina ładowarkę i ciężko jej to idzie. Odwraca się i widząc Wojtka, mówi:
- O, Wojtek, dobrze, że jesteś...
- Mam włożyć?
- No...
- Magda to ma potrzeby...
- A Wojtek je niezwłocznie realizuje...
Po obiedzie przecumowaliśmy się w pierwotnie wybrane miejsce, tym razem obyło się bez atrakcji w postaci niekontrolowanego rejsu po całym basenie portowym, za to niewątpliwą atrakcją było montowanie trapu. Ile osób, biorących w tym udział, tyle koncepcji, każda lepsza od poprzedniej, żadna na tyle rozsądna, żeby po pijaku wracać na jacht.
- To jest koncepcja numer dwa, koncepcję zainicjował Serwan - Wilczy zwrócił się do Serwana - Jak pan zaczął swoją karierę żeglarską?
- Od montowania trapów...
- O, Wojtek, tobie też się udało przejść po tym trapie!... Opowiedz nam swoje wrażenia...
- Jestem synem Copperfielda...
Mniej więcej po wieczności trap został zamontowany dość nietypowo i można było wreszcie wybrać się do miasta...;)
Opanowało nas szaleństwo zakupów. Kaufen, kaufen! Pakujemy portfele, aparaty fotograficzne (z przyzwyczajenia), drepczemy na kei, poganiając resztę. Tuż przed wyjściem pojawił się problem natury słonecznej i kremu z filtrem. Siostra:
- Psyche? A Woodz to nam coś obiecał...
- Nooo, że nas wysmaruje. To może wieczorem, jak będziemy robić kanapki na Samarię...
- Dobrze - wtrąca Kapitańcio. - To potem my wysmarujemy Woodza...
Najpierw były lody. Każdy wziął inne. Wilczy, patrząc łakomie na mój wafelek, stwierdził poważnie:
- To będzimy sobie nawzajem lizać...
Spacerkiem po mieście doszliśmy do dworca autobusowego i sprawdziliśmy, jak wygląda kwestia dojazdu do Wąwozu. Wyglądała nieźle, okazało się, że nawet się trochę prześpimy tej nocy. Wracając, zahaczyliśmy o gyros pita kotopulo - wreszcie coś, co naprawdę lubimy ;) Zamówione w jednym okienku jedzenie przyniesiono nam z drugiej części knajpy po drugiej stronie ulicy. Piotrek, wgryzając się w gyrosa:
- Ej, laski, kupcie nam piwo...
Po kolacji wylegliśmy do kokpitu, zabierając się za konsumowanie rumu z colą i cytrynką. Piotrek:
- Żmija, jak będziesz za oceanem, to kupisz koszulki, te z thinkgeek...
- Po co, możemy sobie sami takie zrobić...
- A prawa autorskie?
- A kto się o to przyczepi?... Tutaj, w Polsce?...
- Powiedziała psyche w porcie w Chanii na greckim jachcie...
Podczas trwania rumu z colą gramy w mafię. Wojtek:
- Ok, chcecie mnie zarżnąć, to rżnijcie...
*
Harp podpadł Siostrze. Widząc jej minę, stwierdził:
- O rany, zaraz wylecę za burtę i to trzeciego statku...
*
- Serwan pierwszy raz nie głosuje za zabiciem Magdy, tylko psyche...
- Poszłaś w odstawkę, Magda...
*
- A Wilczy ze swoim łysym umysłem...
*
- Mafia uderzy...
- Mafia uderzy w kimono.
Jesteśmy w ferworze walki z mafią, kiedy nagle od strony kei dobiega nas:
- Cześć, jesteście z Polski?
Głupia sprawa, bo nie ukryjemy, że rozmawialiśmy po polsku. Przyznajemy się niepewnie. Na kei stoją dwie plastikowe laski, uśmiechając się szeroko.
- A skąd?
No lepszego pytania nie mogła zadać. No bo skąd jesteśmy? Wrocław, Warszawa, Chełm, Giżycko, Łódź, Opole, Kraków, Tomaszów Mazowiecki...
- Bo ja mieszkam w Sparcie. Już pięć lat! Tutaj jesteśmy na wakacjach. A to jest moja koleżanka Greczynka...
Yhm. So what?...;-p Dziewczynki się wreszcie zabrały, widocznie nie okazaliśmy im większego zainteresowania, bardziej zajęci mordowaniem mafii tudzież niewinnych mieszkańców miasta. Postanowiliśmy też zagrać w killera. Po wyjaśnieniu zasad i rozlosowaniu ofiar zaczęła się jazda.
- Kto na trzeciego do koi? - zaproponował Serwan. Wojtek natychmiast podchwycił:
- Magda, śpisz z nami? Magda, podzielisz nas?...
- A potem was pomnoży...
W trochę nerwowych nastrojach położyliśmy się wreszcie spać...

Środa
Jedziemy do Wąwozu Samaria. Magda ze względu na swoją nogę zostaje na jachcie. Kanapki, jabłka i woda w plecakach. Bilety na autobus po 5,9 €. Chmurzy się, ale mamy nadzieję, że unikniemy deszczu. Szczyty gór toną w chmurach, autobus wspina się serpentynami, wisimy w oknach, podziwiając szaro-burą okolicę. Na miejscu konsumujemy kawę, szwendamy się po toaletach, staramy się co prawda chodzić trójkami, ale padają pierwsze trupy, robi się groźnie. Bilety do wąwozu są po 5 €. Idziemy w podgrupach, Serwan z Wojtkiem wyrwali do przodu, my zajmujemy się robieniem zdjęć w każdej możliwej konfiguracji. Chmury gdzieś się rozpełzły, pojawiło się porządne słońce, grzeje, chłodzimy się wodą ze strumienia, napełniamy butelki, Ruda kuleje, Wilczy kręci, ja poganiam, bo mam wrażenie, że idziemy zbyt powoli. Harp staje na krawędzi jakiegoś urwiska i rozkłada ręce.
- Harp, nie rzucaj się, wcale nie będziesz szybciej na dole...
Wszyscy dostali amoku fotograficznego, w skałkach, w strumieniu, wszędzie. Robimy sobie zdjęcie niemal grupowe przy okazji jakiegoś rozlewiska. Kanapki znikają, jabłka też, resztkami karmimy konia w Samarii. Koń wygląda tak, jakby przez całe życie był karmiony wyłącznie przez turystów, dla których celem wycieczki przez wąwóz jest nakarmienie tego właśnie konia... Mijamy najwęższe miejsce i lecimy dalej, bo robi się coraz później, wreszcie widać wyjście z wąwozu, zaraz za nim siedzi Serwan z Wojtkiem.
- No nareszcie!... - oznajmił Serwan. - Siedzimy tu już od godziny!... A ja to nawet dłużej...
- Trzeba by się zorientować, kiedy mamy prom...
- Wszyscy już chyba z tego wąwozu wyszli...
- E-e, jeszcze Ruda z Woodzem. Jest tu piwo?...
Wzięliśmy sobie piwko i czekaliśmy na Rudą i Woodza. Dość szybko nadeszli i piwo trzeba było pić na wyścigi... Okazało się, że ostatni prom to mamy za chwilę, więc musimy lecieć na nabrzeże. Po drodze minęliśmy kozy wdrapujące się na pochyłe drzewo. Kapitaństwo przeszli, Harp przeszedł, przeszłam ja, a za chwilę usłyszeliśmy takie łubudu!... Zanim zdążyliśmy się odwrócić, kozy stały znów na czterech kopytach, ale już nie na drzewie...;)
A na nabrzeżu dziki, rozszalały, brudny i spocony tłum. Bilety na prom - 7 €, zdzierstwo!... W końcu zawsze można tu zostać do rana i wrócić pod górkę wąwozem ;-p
Na promie siadamy na jakichś ławeczkach i dogorywamy, pochłaniając resztki jedzenia, które jakimś cudem dotrwały do tej pory. Martwy Wilczy nie stanowi już dla mnie zagrożenia, więc snuję się z nim w roli ochroniarza, bo duch killera unosi się nad towarzystwem niczym chmura gradowa. Wreszcie dopływamy, lokalizujemy autobus i pakujemy się do środka, na tył. Autobus mozolnie wspina się serpentynami i podziwiamy widoki, ale wkrótce dopada nas znużenie i żarty się kończą... Ustalamy jedną istotną rzecz: idziemy od razu na kolację do knajpy i nie wygłupiamy się z przyrządzaniem czegokolwiek na jachcie.
W Chanii nie mogliśmy się zdecydować, w którą stronę iść, żeby znaleźć fajną knajpę, więc dotarliśmy do niej, idąc wielkim łukiem. Jak już ustabilizowaliśmy się przy stole i ustaliliśmy, co jemy, Serwan poszedł po Magdę i zaczęły się spekulacje - kto na kogo ma zlecenie i które z nich przyjdzie tu jako trup ;) Tymczasem ja dorwałam Siostrę w damskiej toalecie i z przykrością (he, he, he) musiałam ją zabić, natomiast Ruda poleciała (właściwie pokuśtykała) za Kapitańciem na zewnątrz, żeby dokonać mordu. Trup ściele się gęsto i to przed kolacją!... Martwi są też Harp i Woodz, czyli połowa załogi. Krwawa środa dobiega końca...;)
Po porządnej kolacji ("menu for 2" oczywiście) wracamy na jacht, szybka kąpiel i spać. Tego wieczoru nikt nie siedział w kokpicie do rana ;-p

Czwartek
Prosto z kajuty wchodzę do łazienki (pod warunkiem, że nikt mi nie zamknął na zamek tych drzwi od środka ;-p), podczas porannej toalety słyszę:
- Psyche, ale dooooobre śniadanie... szkoda, że już się kończy...
Wredna ta moja załoga, nie ma co ;-p
Po śniadaniu jest czas przeznaczony na zakupy. Idziemy z Kapitaństwem na spacer alejami handlowymi Chanii. Rozglądam się lekko nerwowo, czy nie zobaczę gdzieś Blond Wiedźmy, która zapowiedziała swoje przybycie do Chanii dnia poprzedniego, na widok długich blond kłaków dostaję gęsiej skórki, ale nie, to nie Wiedźma, schowała się widać i czeka, aż odpłyniemy. Oddaję duszę zakupom ;-p Torebki, koszulki, ręczniczki, portfele, czapeczki... Tu jest wszystko dla turystów. W sklepie z portfelami natykamy się na ekspedientkę mówiącą po polsku - Czeszka mieszkająca od lat na Krecie. Przy torebkach prowadzimy wielojęzyczne negocjacje cenowe:
- A fifteen będzie ok?
Było ok ;)

Zakupy
Co się kupuje w Grecji? Oczywiście - przyprawy! Mix for gyros, mix for tzatziki, mix for greek salad, mix for chicken... do wyboru, do koloru, małe paczki, większe paczki, gigantyczne paczki, różnego rodzaju mieszanki, "A ta jest bardziej czerwona, ciekawe czemu..."; są też zioła pakowane pojedynczo w spore foliowe torebki. Efekt pozakupowy jest taki, że jacht pachnie niczym sklep zielarski ;)
Poza tym w czołówce zakupów są oliwki, wielkie, błyszczące, kolorowe oliwki, zupełnie inne od tych sprzedawanych w Polsce. Pierwszą różnicą jest smak, drugą - pestka w środku :) Oliwek jest milion rodzajów, każdy smakuje inaczej.
Atrakcją jest też jogurt do przygotowywania tzatzików oraz sery - wielkie niczym młyńskie koła, mocno pachnące sery, które potem mieszkają w naszej lodówce i - jestem pewna! - wyżerają nam nasze zapasy i wypijają piwo!...;)
Oczywiście poza tym są typowo turystyczne artykuły: tekstylia i galanteria, kubeczki, miseczki i wszystko, co możesz sobie wyobrazić, oraz to, czego nie możesz - tak, to też tam jest!... A w Chanii jest uliczka ze sklepami z samymi narzędziami mordu, czyli nożami i pochodnymi... Kaufen, kaufen, drżyj, karto kredytowa, drżyj, portfelu!...


Na jacht wracamy przez halę targową z jedzonkiem, przyprawami, owocami, oliwami... Aby zaoszczędzić miejsca w ściekach na jachcie, sikamy w kiblu miejskim. Okazuje się, że z żywych na jachcie pozostałam tylko ja i Magda, reszta towarzystwa jest już martwa. Wszyscy zacierają ręce i niemalże obstawiają zakłady, która z nas przeżyje...;)
Na nabrzeżu, na ławeczce akurat obok naszego trapu, siedzi kilku zafrasowanych gości, niektórzy z jakimiś karteczkami, ewidentnie wyglądają, jakby przygotowywali się do egzaminu, chociaż my przechrzciliśmy ich per "mafia". Rzeczywiście, do kei podpływało małe coś, zabierało takiego mafiozę na pokład i odpływało w siną dal, aby po jakimś czasie wrócić i mafioza wymienić na świeżego ;)
Przygotowujemy się do wypłynięcia. Za wodę i prąd zapłaciliśmy 16 €, za postój - 4 €, no żyć nie umierać ;) Pod względem opłat za parkowanie Grecja jest niemal darmowa w stosunku do Chorwacji, ale też nigdy tak naprawdę nie wiemy, czy uda nam się podłączyć do wody i prądu, a porty są tylko miejskie.

Kreta - Santorini, 15-18 maja, czyli "morska szczerbata brać dokoła"

Punkt 14.00 wypływamy, Piotrek za sterem:
- A kto właściwie ma wachtę?
- Pierwsza - stwierdził Harp. Spojrzałyśmy na siebie z Siostrą i jak na komendę wzruszyłyśmy ramionami.
Chwilę później ster przejęła Magda. Nad nią - rozpięty bimini.
- A dlaczego płyniemy w cieniu?...
Płyniemy w sporym przechyle.
- Coś nam się poziom przesunął.
- W ogóle nie trzymamy poziomu...
Kapitańcio zaległ na deku. Siostra:
- Ja bym go przywiązała za nogę do jakiegoś szota... Idę sprawdzić, jak mocno on śpi.
- No i miał chłop spokój - skomentował Serwan.
- Miał. Ale wyszedł za mąż! - odpowiedziała Siostra.
Płyniemy prawie 5 węzłów.
- Gnamy jak pocisk... - zanucił Serwan.
Wojtek zajmuje się obiadem, bo rzutem na taśmę, wracając z zakupów, kupił owoce morza za całe 50 €. Pomimo bandyckiej ceny wszystkim (no, poza Kapitańciem i Rudą) gęby się rozjarzyły i wytworzył się ślinotok nie do opanowania... Przy okazji czyszczenia jedzonka okazało się, że jeden kalmar został złowiony podczas posiłku - wystawała mu z pewnego otworu (który prawdopodobnie był pyskiem, ale w sumie to nie wiadomo, bo kalmar z każdej strony wygląda tak samo...) rybka, po części nadgryziona... To bardzo niehumanitarne ze strony łowców, tak przerywać komuś obiad!...;-p W trakcie gotowania Wojtek wyszedł na pokład:
- Ja nie jestem stworzony do gotowania... Oddechu potrzebuję...
- To weź podbierz grota - zakomenderował Serwan zza steru. - Starczy, starczy... To zrobimy tak: jak ty będziesz potrzebował zaczerpnąć oddechu, to wyjdziesz na dek wybrać grota, a Wilczy - jak ty zejdziesz - będzie luzować.
- Taaa, jasne i może jeszcze pokład umyć?
Przypomniał mi się zwyczaj fotografowania Molly.
- Wilczy, a gdzie tu zrobimy portową dziwkę Molly?
- Na Rodos by pasowało.
- A kogo? Magdę może?
- Możemy wszystkie po kolei. A na koniec Harpa.
- Harp, masz cień do powiek? - włączył się do dyskusji Woodz.
- A co ja, k*, jestem?...
- No i mniej więcej o to chodzi...
;)
Siostra spisuje kurs.
- Co ja mam spisać?
- No... ilość chmur... kolor gaci kapitana...
W dzienniku pokładowym odnotowano: "Kolor gaci kapitana: granatowy".
Wilczy wychodzi na dek z krewetką w zębach. Wszyscy głodni. Serwan:
- Dlaczego on je, a ja nie? Wilczy, wyluzuj i podbierz grota!...
Wreszcie pojawił się najbardziej oczekiwany obiad: krewetki, kalmary, ryba, sałatka, czyli spécialité à la Wojtek. Potem zarządziliśmy gremialne sprzątanie jachtu. A potem Kapitańciowi odbiło:
- Wilczy, idziesz się kąpać?...
I poszli. Szliśmy pod żaglami, Kapitańcio założył kamizelkę, przywiązał się na linie do jachtu i usiadł na rufie. Zanurzył stopy:
- A!... E, no ciepła jest!...
Po czym wlazł cały, drąc się wniebogłosy, bo przecież woda była ciepła...;) Postukałyśmy się z Siostrą wymownie w czoła, pomachałyśmy Piotrkowi na pożegnanie i zaczęła się jazda:
- No, to teraz powiedz, czy będziesz grzeczny, to zastanowimy się, czy cię wciągnąć z powrotem na jacht ;-p
Po Kapitańciu poszedł się kąpać Wilczy. Został puszczony luzem, a potem...
- O, dogania nas!...
- Ale wolniej płyniemy...
Po Wilczym na ciąganie na linie zdecydował się Woodz. Jak wracał, to Ruda stwierdziła, że nie idzie po ręcznik dla niego.
- Nogi mnie bolą... i inne...
- No właśnie, mnie też bolą jakieś takie dziwne mięśnie... - stwierdziłam.
- ...których wcześniej nie miałaś? ;)
Stanęłam w zejściówce i patrzę spode łba na Wilczego.
- No co?! Nie utopiłem się, możesz dalej po mnie jeździć...
- Do domu!...
- Już, już...
Późnym popołudniem Piotrek do Asi:
- Chodź, żona. Idziemy na spacer...
Samaria jednak dała się we znaki i dość wcześnie udaliśmy się na spoczynek, zostawiając prowadzenie jachtu wachcie nawigacyjnej. Nam w udziale znów przypadła wachta 24.00-04.00...

Piątek
Obudziłam się z przeczuciem, że zaraz wylądujemy na Santorini, a ja to przeoczę. Jednak nie, mieliśmy jeszcze kawałek, chociaż już było widać wulkan na horyzoncie. Po śniadaniu wychodzę na dek. Wilczy stoi z locją.
- Pokaż - mówię.
- Płyniemy po niebieskim, zielone jest dookoła - pouczył mnie.
Zatrzymaliśmy się przy Nea Kameni - tej kupie głazów naprzeciwko rogala, części bardziej wulkanicznej niż reszta, bo to tutaj dymi i śmierdzi siarką. Stanęliśmy przy kei jakiegoś wycieczkowca i poszliśmy oglądać wzgórze partiami. Oczywiście za pieniądze - wejście na tę kupę gruzu kosztuje 2 €. Poszłam z drugą partią, powąchałam siarkę, przyjrzałam się unoszącemu się dymkowi z wulkanu, rzuciłam okiem na okolicę i wracałam już na jacht pontonem, bo musieliśmy zwolnić keję. Postawiliśmy żagle. Serwan podczas tego manewru usiadł mi na kolanach (twierdząc, że to kwestia przechyłu ;-p). Przepłynęliśmy pod Thirą (i zrobiliśmy pokazówkę dla tych wszystkich turystów na górze), obejrzeliśmy ją sobie od dołu, po czym popłynęliśmy w kącik kupy gruzu (do "zatoczki" ;-p) pod pretekstem kąpieli. W tak zwanym międzyczasie znalazłam się sam na sam z Magdą w mesie i przypomniało mi się, że przecież killer wciąż trwa!...
- Magda... bardzo cię przepraszam, ale pif-paf...
- O do licha, kompletnie o tym zapomniałam!...
I tak zostałam zwycięzcą killera ;)
W "zatoczce" uznałam, że jest za zimna woda, ale Wilczy wlazł do morza i ciężko było go wyciągnąć. Tym trudniej, że w skałach kryją się homary...
- Wojtek, umiesz przyrządzić homara?
- Jasne, dawajcie...
Niestety, Wilczy wystraszył się wystających czułków zwierzątka i na zdjęciach poprzestał. Zatem trzeba było przygotować obiad z tego, co było... czyli jedzonka przywiezionego przez Harpa.
- Co przygotował Harp?
- To nie ja, to moja mama...
- O, dziś na obiad jest mama Harpa!...
- No, no!...
- Nie mama Harpa, tylko Harp w sosie własnym...
Zebraliśmy się wreszcie i ruszyliśmy na drugą stronę wyspy, do Vlihady. Obiad został zakropiony winkiem, którego wypiłam całe pół szklaneczki i nieopatrznie wylazłam na dek.
- Potrzymaj ster - powiedział do mnie Kapitańcio i zmył się pod pokład, żeby już tam zostać. Myślałam naiwnie, że on tylko tak na chwilę, a on usiadł za stołem i wraz z resztą załogi rozpracował kartonik winka. A mnie ze złości zaschło w gardle...
Stałam tak sobie za sterem, słonko mnie grzało, wiaterek chłodził, jadem plułam, ale w nikogo nie trafiłam, wiatr miałam praktycznie idealnie od rufy, do sterowania łódką pod dwoma żaglami beznadziejny. Wilczy myślał, myślał, aż wymyślił:
- A może na motyla?...
No niech będzie i na biedronkę, skoro ma być lepiej ;-p Grot w lewo, fok w prawo i jedziemy!
Jakieś kropelki jadu doleciały do mesy, bo nagle w kokpicie pojawili się Wojtek z Harpem z darami w postaci ciasteczek. No, dobre i to...;-p Jak szybko się pojawili, tak szybko zniknęli (pewnie żebym za dużo nie zeżarła ;-p). Całe towarzystwo wyległo na pokład dopiero, jak skończyło im się wino. Rozsiedli się, rozejrzeli, pochichotali, po czym... umyli pokład. Tia...
Zacumowaliśmy przy kei rybackiej, ewidentnie na czyimś miejscu. Niedługo po nas przypłynął gość kutrem. Sam jeden. Podpłynął do nas, zatrzymał się (chyba na ręcznym ;-p) i zupełnie spokojnie, bez żadnych nerwowych ruchów, przycumował sobie do nas long side kompletnie bez niczyjej pomocy. No, nasi mu przerzucili cumy przez polery na nabrzeżu i to wszystko... Staliśmy na prawej burcie i patrzyliśmy na niego z nabożnym zdumieniem, że tak można. A jak tylko zacumował, usiłowaliśmy ograbić go z połowu, ale zaśpiewał (a właściwie zapisał w zeszycie, bo jedyny język, jakim się posługiwał, to był grecki język i podejrzewam, że żadnego śpiewu po grecku byśmy nie zrozumieli) taką cenę, że uprzejmie podziękowaliśmy i udostępniliśmy własną rufę do przenoszenia skrzyń na keję. Następnie padło hasło: wypożyczamy samochody.
- Ta... - mruknęłam, ciągle z resztkami jadu na języku. - Ciekawe, czy macie trzeźwych kierowców...
- A piłaś coś?...
- Pół szklanki wina...
- Ja też tylko pół szklanki, to ja też mogę prowadzić - dołączyła Ruda. Kapitańcio zadzwonił i poprosił o dwa Fiaty Albea (w sumie 90 € za dwa dni z dodatkowym ubezpieczeniem). Idąc za radą Rudej, zgłosiliśmy po dwóch kierowców do każdego auta i po podpisaniu świstków ruszyliśmy na drugi koniec wyspy, do Oia. Obejrzeć ten słynny zachód słońca...
- Nie umiem tym jeździć, to jest jakieś dziwne, sprzęgło wysoko łapie, nie umiem ruszać, wychodzi mi tylko z piskiem opon, o właśnie!...
- Cicho, dasz sobie radę - mamrotała załoga z tyłu i z boku, wtrącając się w mój monolog. Jechałam sobie powolutku za Rudą, bo bałam się szybciej ;-p Duży jakiś ten samochód. Zatankowaliśmy za 5 €. W Thirze się oczywiście zgubiłam i pojechałam przez miasto, zamiast je objechać, ale jednak udało się nie rozjechać żadnego turysty, nie trafić w żaden budynek ani inny pojazd i w końcu dotarłam do Oia już niemal całkiem wyluzowana. Zaparkowałam gdzieś pod płotem i poszliśmy szukać tego zachodu słońca...
Udało się przepchać przez dziki tłum na ostatnim chodniku Oia w jakieś bardziej luźne miejsce. Przepchnęliśmy się na ten trochę bardziej płaski koniec wyspy, zobaczyliśmy, jak pięknie słońce zachodzi za inną wyspę, jeleń na rykowisku zupełnie przyzwoity, skoro wszyscy robili zdjęcia, to my też i zaraz po zachodzie poszliśmy szukać naszych z drugiego auta. Ponoć siedzą gdzieś w knajpie na tarasie.
Tymczasem ludzie oglądający zachód słońca tuż po nim zaczęli pisać SMS-y i dzwonić. "Znów się udało, znów słońce zaszło, żyjemy!"
- Zaraz po zachodzie słońca wyślij SMS-a, dzięki temu słońce zajdzie też dnia następnego. Pamiętaj, jeśli SMS-a nie wyślesz, może nastąpić koniec świata!
Zupełnym przypadkiem trafiliśmy na naszych, więc przysiedliśmy się do stolika obok i zamówiliśmy jedzonko, a po kolacji wróciliśmy karnie do łódki spać.

Sobota
Całą noc przewracałam się z boku na bok i kombinowałam, bo rozbolał mnie ząb. No halo?!?... Nie miał kiedy?!?... Środki przeciwbólowe nie dawały rady, zimna woda pozwalała odetchnąć przez jakieś 3 minuty, potem ból wracał. O 4:37 usłyszałam, jak przycumowany do nas rybak odpływa - praktycznie nie było czuć jego odejścia, tylko ryk silnika... Wreszcie zwlokłam się i zastanawiałam, co robić. Magda kazała dzwonić do ubezpieczyciela, wypełzłam zatem półprzytomna na keję i zadzwoniłam, mamrocząc do telefonu jakieś niestworzone rzeczy... Potem dopiero, jak Allianz oddzwonił, uświadomiłam sobie, że powiedziałam, że jestem na Rodos. Ale i tak najwięcej czasu zajęło mi wyjaśnienie, że nie mieszkam w żadnym hotelu, że się przemieszczam jachtem i diabli wiedzą, gdzie będę za dwa dni na przykład. Co i tak nie zmieniło faktu, że miła pani przez telefon poinformowała mnie, że jest sobota i Grecy mają weekend... Cudownie...
Pochłonęłam jakiś silny środek przeciwbólowy od Magdy, położyłam się jeszcze na chwilkę, potem wyżebrałam od Woodza resztkę płatków śniadaniowych i ustabilizowałam się w pionie z butelką wody mineralnej. Ustalono - jedziemy zwiedzać Thirę.
Tym razem za kółkiem Fiata usiadł Wilczy i pojechaliśmy. Zwiedzanie zaczęliśmy od sklepu z lodami i napojami, potem szwendaliśmy się uliczkami, zaglądaliśmy do sklepów, a Siostra stwierdziła, że Oia bardziej jej się podoba. Że jest bardziej naturalne. Usiedliśmy w knajpie na mrożonej kawie i trafiliśmy na kelnerkę Polkę, która przyniosła nam trzy różne desery. Pożarliśmy je oczywiście wspólnie, wymieniając się :) Harp miał szarlotkę na ciepło z lodami. Piotrek spytał Siostrę:
- Próbowałaś Harpa?
- Tak.
- Pyszne... - Zmitygował się: - Kiedy próbowałaś Harpa?!?...
Przeciągnęliśmy towarzystwo przez Thirę, coby zobaczyli ów najsłynniejszy pocztówkowy widok, który sami odkryliśmy przypadkiem kilka lat temu. Widok został spocztówkowany przez każdego z nas, sesja zdjęciowa z modelkami odwalona, można było kierować się z powrotem...
...Ale po drodze zatrzymał nas pub irlandzki, wiadomo, w samym środku Grecji ;) Chłopaki zarządzili piwo, Siostra poszła na zakupy, ja nie mogłam się zdecydować, wreszcie ustabilizowałam się przy zimnej coli z lodem, który wykorzystałam do chłodzenia zęba.
Wróciliśmy na keję z zamiarem wypłynięcia, ale jednak, patrząc na mnie, Kapitańcio kazał mi dzwonić jeszcze raz do ubezpieczyciela. Zadzwoniłam i tym razem podałam właściwe miejsce pobytu, pan do mnie oddzwonił z informacją, że dentysta - pan Georgiu - oczekuje na mnie w Centrum Medycznym Santorini Medical w Mesaria Town o 18.30. Za niecałą godzinę.
- Oddaliśmy już samochody...
- Taksówki istnieją, tam na górze jest hotel, zamówią ci, idź mi już stąd!... Zroluj sobie tego zęba i wsadź, wiesz gdzie!...
- A potem nim pomachaj...
Wzięłam pod rękę Wilczego i Magdę i poszłam. W zasadzie byłam prawie cały czas przytomna ;-p Taksówka została zamówiona, Mesaria na mapie znaleziona, powstawało pytanie, czy taksówkarz będzie wiedział, gdzie jest Santorini Medical...
Nie wiedział. Wysadził nas na skrzyżowaniu, wypisał rachunek i sobie pojechał. Inna sprawa, że cała wyspa ma raptem 40 km długości, więc daleko nie miał ;-p
Ruszyliśmy w jedną stronę i trafiliśmy na coś, co wyglądało, jakby mogło być przychodnią. Ale było zamknięte na amen. Poszliśmy zatem w drugą stronę i trafiliśmy - doktor stał w drzwiach, łagodnym uśmiechem zapraszając do środka. Mnie było wszystko jedno, jak dla mnie, to mógł mnie potraktować i obcęgami, byle tylko przestało mnie boleć!...
Wlazłam na fotel natychmiast, z absolutnym przeświadczeniem, że nie zejdę, póki lekarz nie zrobi czegoś konstruktywnego. Mój upór było widać na kilometr, pan doktor uprzejmie wyprosił za drzwi Wilczego i Magdę, rozłożył fotel niemal do pozycji poziomej i postukał w zęby.
- Boli?
- W zasadzie to nie, ale jestem pewna, że to czwórka albo piątka.
Prześwietlenie. Stukanie raz jeszcze. Potem dostałam znieczulenie i pan zabrał się do porządnej roboty, cały czas szalenie delikatnie. Co chwila pytał, czy aby na pewno wszystko jest w porządku, czy mnie nie boli, czy jest mi ok i niemal czy nie mam ochoty na drinka!... Przyznam, że jak już przestałam czuć ból, to zrobiło mi się szalenie błogo, dopadło mnie też zmęczenie i głód i zastanawiałam się, czy to na pewno będzie mile widziane, jeśli nie tylko zasnę mu na tym fotelu, lecz także będę burczeć brzuchem!... W dodatku klimatyzacja działała, więc zaczęło mi się też robić zimno... W pewnym momencie, jak już miałam wszystko w pysku rozgrzebane i podziurawione, pan wyszedł sobie pogadać z Magdą i Wilczym. Wrócił jednak, wepchnął mi lekarstwo w tego zęba, wypisał receptę (czyli nazwy leków na świstku z bloczku do bazgrania), napisał epopeję do mojego dentysty, zainkasował pieniążki ponad normę wyznaczoną przez ubezpieczyciela i kazał pogrzebać w tym zębie za tydzień. No za tydzień to ja dopiero wracam do domu!...
- Co on od was chciał, jak tak sobie do was wyszedł?...
- Przyszedł nam powiedzieć, że ta wizyta będzie dodatkowo kosztować cię 150 €.
- I co, gdybyście nie zgodzili się zapłacić, to by mnie tak zostawił z tym zębem?!?... - ogarnęła mnie zgroza.
Weszliśmy do sklepu ze wszystkim poprosić o zamówienie taksówki. Magda zorientowała się, że ekspedientka mówi po rosyjsku, natychmiast przeszła więc na ten język i gaworzyła sobie dalej, nie wiadomo o czym. Taksówka zawiozła nas do Thiry, zrobiliśmy rundkę po aptekach, w końcu jedna okazała się być czynna, leki dostałam i wróciliśmy wreszcie na jacht. Było już ciemno, załoga po obiedzie przywitała mnie, wołając:
- O, psyche!... Myśleliśmy, że nie będziesz mogła jeść, więc zjedliśmy twoją porcję...
Kochani są, nieprawdaż? ;-p
Jednak fragment kotleta zostawili, głównie dla Magdy i Wilczego, a ja padłam do koi nafaszerowana antybiotykiem i środkiem przeciwbólowym. Zanim na dobre wypłynęliśmy, ja już żeglowałam w objęciach Morfeusza...

Santorini - Amorgos, 18-19 maja, czyli quady za 250 €

Niedziela
Obudziłam się, patrzę - zatoczka. Stoimy przy wyspie Amorgos. Dopłynęliśmy tu bez mojego udziału o 6:40 :) Przespałam rewelacyjnie całą noc, przespałam swoją wachtę (zamiast mnie na deku siedział Kapitańcio), przespałam nawet delfiny!... Wstałam rozćwierkana i z ochotą na kąpiel. Pomacałam wodę, ciepła :) Szybkie śniadanko, tabletki i chlup do wody :)
Koło południa przenieśliśmy się do niedalekiej zatoczki, pooglądać wrak Olympii. Wrak zagrał w "Wielkim błękicie", więc popłynęliśmy poprosić o autograf ;-p
Tym razem prawie wszyscy wleźli do wody. Popłynęłam pontonem razem z Wilczym i Woodzem dookoła wraku, porobiłam zdjęcia, na brzegu było wysypisko śmieci. Nie wytrzymałam i wlazłam do wody, i z powrotem do jachtu przyholowałam Woodza wpław, celem oszczędności paliwa...;) Wilczy został, myszkując między żelastwem, nie dał sobie wytłumaczyć, że skarbów już tu nie ma ;-p
Ponton był dość mocno wykorzystywany przez wszystkich i wreszcie skończyło mu się paliwo. Kapitańcio przypłynął do jachtu i powiedział, że trzeba wrócić po Harpa, więc wlazłam na pontonik z Wilczym i dość okrężną drogą popłynęliśmy po naszego - jak się okazało - porządnie wściekłego kolegę. Bo Harp czekał na nas przy wraku i liczył na to, że przypłyniemy po niego od razu... za to się wygrzał na słońcu dość konkretnie i potem miał darmowe smarowanie plecków przez niemal wszystkie laski w załodze ;)
Przygotowaliśmy sobie sałatkę owocową w dwóch odsłonach - ze śmietaną i z wódką (bo mnie przez te antybiotyki alkoholu nie nada). Wyspana i z niebolącą szczęką wykazywałam się chyba nadmiarem energii, bo Serwan w pewnym momencie skomentował:
- Wolę, jak cię zęby bolą...
Zarządziliśmy obiad.
- Tylko niech tego ryżu będzie więcej!... Bo ja potem głodny chodzę!...
- Właśnie, ja też, mamy tego żarcia tyle, że zdecydowanie możemy nie oszczędzać.
- Tylko jeść, jeść...
Po obiedzie:
- No i co?... Dziewięć poszło... woreczków z kaszą.
- No!...
- Dobra - stwierdził Wojtek. - To teraz, jak będziemy w porcie, to wiadrami wszystko będziemy brać. I kuchnię polową ze sobą...:)
Popłynęliśmy do miasteczka Katapola. Jak zwykle kłopoty z parkowaniem, bo port pozajmowany przez kutry rybackie. Wypatrzyliśmy piękne miejsce na dwa jachty, kierujemy się tam więc powolutku, rufą, kotwica na dziobie gotowa, odbijacze w dłoniach, nic nas nie znosi, jest miło i spokojnie i nagle...
- Tu nie ma miejsca! Nie możecie tu wpływać!... Zniszczycie mi jacht!... Co wy robicie!... To mój jacht!... Chcecie mi go zniszczyć!... Płyńcie gdzie indziej!...
Jacht po naszej prawej burcie nosi banderkę niemiecką. Rozgorączkowany i bluzgający gość miota się na dziobie i pluje jadem na kilometr. Ewidentnie nie chce, żebyśmy stanęli obok niego. Miejsce jednak nie jest zajęte, a on nie jest miły, zatem parkujemy bez żadnych niespodzianek, idealnie rufą do kei, po czym - na złość paskudnemu Niemcowi - wychodzę spod pokładu z tradycyjną butelką wina i szklaneczką dla Kapitańcia. Niestety, zwyczaj nieco podupadł, bo tym razem na wyposażeniu jachtu nie było kieliszków...;) Niemiec rzucał się wściekle na swoim jachcie nadal, ale praktycznie go nie słuchaliśmy, bo przykleiliśmy się burtą do jachtu z drugiej strony, zostawiając mu miejsce na plucie jadem do morza.
- Opcja ze zdobyciem niemieckiej banderki nadal jest aktualna... - mruknął Piotrek, podczas gdy wybieraliśmy się do miasta na zwiedzanie... i kolację, bo już zdecydowanie na nią czas ;)

Greckie mariny
To dość interesująca sprawa. Właściwie należałoby powiedzieć, że mariny jako takie nie istnieją (a na pewno nie takie full wypas, jak w Chorwacji)... z pewnymi, drobnymi wyjątkami :) Istnieją natomiast porty miejskie.
Port miejski charakteryzuje się prawie całkowitym brakiem infrastruktury socjalnej. To znaczy - jest keja (ale o mooringach możecie zapomnieć, nie istnieją, korzysta się z kotwicy...;). Czasem na tej kei są nawet przyłącza do wody i prądu, w większości przypadków zepsute lub wyłączone. Raz dziennie bywa na kei obsługa, od której można wyżebrać możliwość podłączenia się do prądu i zatankowania wody. Opłaty są śmiesznie niskie (np. 4 € za wodę...:). W niektórych przypadkach płaci się także za postój - na przykład w Chanii zapłaciliśmy za dwie doby stania... 4 €! ;) O toaletę należy martwić się samemu (i wykorzystywać do tego głównie jacht, który powinien być zaopatrzony w zbiornik na ścieki), albowiem jeśli istnieje na brzegu toaleta, zwykle jest... greckiego standardu, czyli niekoniecznie czysta...
Biorąc to pod uwagę, nie należy się dziwić, że greckie porty są strasznie brudne. Niemniej jednak ciężko zrozumieć pływające w porcie śmieci. I o ile śmieci organiczne, poza wyglądem i zapachem, są stosunkowo niegroźne dla morza, o tyle plastikowe butelki czy torebki foliowe nie powinny się tam znaleźć, bo w śmietniki każdy port jest zaopatrzony dość porządnie i wyrzucenie śmieci do kontenera na brzegu nie powinno stanowić problemu. Żeglarze?... Wstydźcie się!


Wylądowaliśmy w "Le Grand Bleu", gdzie zadysponowaliśmy piwo i naleśniki, a obsługa knajpy włączyła nam "Wielki błękit", żeby tematycznie było już do końca. To doskonały patent, bo dzięki gapieniu się w monitor nikt nie zwracał uwagi na ilość czasu potrzebnego kuchni na przygotowanie jedzenia i zapomnieliśmy niemal o burczeniu w żołądkach. A ja zapomniałam o tym, że jednak alkoholu nie mogę...;-p Przerzuciłam się na wodę, z czego najbardziej zadowolony był Wilczy, bo mógł dokończyć moje piwo ;-p
Po powrocie na łódkę, siedząc na deku przy winku, zastanawialiśmy się, co zrobić Niemcowi, który tak bardzo nas nie chciał obok siebie. Pomysłów było kilka:
- złapać kota i wrzucić im na jacht,
- albo pięć kotów,
- odwrócić banderkę do góry nogami,
- nasikać na cumy,
- odcumować ich,
- okręcić ich relingi papierem toaletowym,
- zatopić.
Niestety, żadna z opcji nie przeszła pełnią głosów, więc poszliśmy jednak spać...;)

Poniedziałek
Obudziło nas uderzenie. Między nas a tego wściekłego Niemca wpłynął katamaran, wcisnął się właściwie, bo dla niego było trochę za ciasno, poluzował nasze cumy, rąbnął nami o nabrzeże i stanął. Hm. Prom, który stał na kotwicach jachtów, wypłynął rano. Jemy śniadanko w mesie i nagle słychać:
- Prawdziwy mężczyzna potrzebny na dek!...
- Harp! - zakomenderował Wojtek ;)
Prawdziwi mężczyźni wyciągnęli mocniej kotwicę. Nagle pada pytanie:
- A co z Rudą?
- Żyje. Pół na pół.
- No tak... dlatego ta kotwica nam się zluzowała... A mówiłem!... Nie bujać dziobem!
- A, to to pukanie słyszeliśmy w nocy...
- Rżnięcie doprowadziło do puknięcia...
Po śniadaniu Serwan zmywa. Znad zlewu pada pytanie:
- A tak z ciekawości, to ile nam jeszcze zostało tej kasy rejsowej?...
- Powinno wystarczyć do końca rejsu.
- Gdyby nie psyche, to zrzutka byłaby po 50 €...
- A tak to będzie po 500 €...
Połowa załogi poszła po quady (85 €), a ja, Kapitańcio, Ruda, Wojtek i Serwan przecumowaliśmy łódkę. Tym razem stanęliśmy obok Anglików, którzy też mieli do czynienia ze wściekłym Niemcem. Wykazali pełne zrozumienie dla naszej chęci przemieszczenia się...;)
Pięć quadów ruszyło drogą do klasztoru wbudowanego w skałę - monastyru Panagía Hozoviotissa.
- Znów pod górkę?!... To ma być żeglarstwo?!... Chyba wysokogórskie!...
- Na bombramreję!...
Klasztor był bardzo pod górkę. Od parkingu szło się jeszcze niezły kawał drogi skalnymi schodami, podziwiając po prawej morze, po lewej wzgórze, przed sobą bielone mury monastyru. W klasztorze żyje raptem kilku mnichów, częstujących tradycyjnymi słodyczami hordy turystów, plączą się koty i jest zakaz fotografowania. Za to można fotografować widok, który jest mocno landszaftowaty :)
Jedziemy dalej zwiedzać wyspę. Pod górkę quad ledwo ciągnie, z górki przejeżdżamy obok Woodza i pędzimy przed siebie. Nagle orientujemy się, że jesteśmy w miasteczku, za nami nikogo, przed nami nikogo, wszyscy się gdzieś wyłopotali. SMS od Woodza: "Zawróćcie i zjedźcie w dół na Pavlos Beach.". Patrzymy na mapę, niezły kawałek przejechaliśmy... Krótkofalówki nie odpowiadają, zostajemy w miasteczku, po chwili przyjeżdża cała ekipa i idziemy do knajpki na obiad.
- To za Harpa, wyrównało się - mówi Kapitańcio.
W knajpie pan miał problemy z przyjęciem zamówienia od bandy dziesięciu osób, z których część zmieniała zamówienia, a w ogóle każdy chciał co innego do picia. Po złożeniu zamówienia poszłam sobie do toalety. Napotkałam ciemność, ale udało mi się znaleźć włącznik światła. Damska toaleta była zajęta kimś porządnie wysokim. "Kiedy damska jest zajęta, idę do pierwszej wolnej" - pomyślałam sobie i zajęłam męską. Wychodząc, zgasiłam światło...
- Słuchajcie, gdzie jest Serwan?... - zapytałam inteligentnie, jak wróciłam do stolika.
- W toalecie.
- Ale dlaczego w damskiej?!?... I to po ciemku?...
Wróciliśmy na tę kamienistą plażę, którą poprzednim razem ominęliśmy szerokim łukiem. Wreszcie quady przydały się do czegoś innego, nie tylko do jeżdżenia po asfalcie...
Po powrocie na łódkę część załogi pojechała w góry, reszta została. Przy oddawaniu quadów okazało się, że mamy kłopoty...
- Chcieliście zniszczyć moje quady! Bo to nie są wasze, to myślicie, że możecie je zniszczyć!... Gdyby to były wasze, to dbalibyście o nie!... Wzięliście je tylko na dzień i jest wam wszystko jedno w jakim stanie je oddacie!... Po morzu jeździliście, a wolno tylko po asfalcie!... Po plaży jeździliście, do mnie telefonowano, ja wszystko wiem!... Musicie zapłacić karę!... po 150 € od osoby!...
Piotrek starał się załagodzić sytuację, obejrzał papier, który nasi podpisywali przy wypożyczeniu, a w którym między tekstem greckim stało jedno zdanie po angielsku, że można jeździć tylko po asfalcie. W końcu uzyskał tyle, że pan zszedł do 50 € od quada, zostawiliśmy mu więc 250 € i poszliśmy sobie na jacht.
- Pewnie każdego tak rąbią na kasę. Między tym całym nabojem tekstu jest jedna linijka po angielsku, przecież nikt tego nie czyta!... Poza tym od czego są quady, od jeżdżenia po asfalcie?... Co za absurd!...
Powoli zbieramy się do wypłynięcia. Jemy obiadokolację, ktoś się kąpie, silnik chodzi, żeby była ciepła woda, zgrywamy zdjęcia, ładujemy aparaty. Nagle Kapitańcio - już podczas spokojnego zbierania się - podnosi głowę i woła:
- Wynosimy się stąd. Natychmiast!...
Jest 21:30, ciemno. Ruch na pokładzie, dwie osoby do kotwicy, rzucamy cumy, wyciągamy się, odbijacze na pokład, do portu wchodzi prom, idziemy mu na czołówkę, kotwica ciągle w wodzie, robi się nerwowo, widzimy kamienną twarz sternika promu, chwila grozy i...
- Kotwica na pokładzie!...
Ostry skręt, mijamy łukiem majestatycznie manewrujący prom i wychodzimy z portu. Śmiech.
- Ty farciarzu, znów ci się udało!...
- Gdybyśmy nie wyszli teraz, bylibyśmy tu uziemieni, prom rzuciłby swoje kotwice na naszej, a wypływa pewnie jutro wieczorem...
- Czy aby na pewno wszyscy są na pokładzie?... ;)

Amorgos - Kos, 19-21 maja, czyli "zapal świeczkę albo dwie"

Stawiamy foka. Wieje konkretnie, ale kręci. Wyszliśmy z zatoczki na zarefowanym foku i silniku. Spuściłam ścieki, wykąpałam się w rzucającym się na falach jachcie i wyszłam na dek. Zapadła noc, po niebie plątały się jakieś gwiazdy. Fok precz, chłopaki odpalają silnik.
- Psyche, włącz światełko silnikowe.
Włączyłam. Wylazłam na dek znów, rozejrzałam się i stwierdziłam, że coś mi nie gra.
- A te czerwone i zielone to co? Bo jakoś ich nie widzę?... - spytałam inteligentnie o światła nawigacyjne.
Okazało się, że boczne światła nawigacyjne się nie świecą, mamy tylko tylne, a to trochę nie za dobrze, biorąc pod uwagę to, że płyniemy nocą... Chłopaki zaczynają kombinować, ale francuski wynalazek nie chce się dać odkręcić. Wymienić należy żarówkę, tylko do żarówki trzeba się jakoś dostać (pomijając już fakt, że i tak nikt z nas nie ma żarówki na wymianę ;). Póki co wyciągnęliśmy światełka zastępcze, małe, ręczne latarenki zielone i czerwone i majtamy nimi sobie.
- Mam pomysł, napuśćmy na to Serwana - proponuje Kapitańcio. Ma to jakiś sens, bo II wachta i tak właśnie wstaje, a Serwan lubi zagadki ;) Światełka zastępcze przywiązaliśmy tymczasowo do relingów. Serwan poszedł na dziób, posiedział tam chwilę, co jakiś czas dając głos (ciemno było makabrycznie) i wrócił z żarówką.
- Grzebaliście w złych dziurkach, panowie...
Na koniec zaczęła wariować UKF-ka - zaczęła sobie wyć. Wilczy i Serwan się na nią gapią, Kapitańcio pyta:
- Co się stało?
- Psyche zeszła na dół - odpowiedział Serwan.
A UKF-ka protestowała przeciwko brakowi połączenia z GPS-em ;-p Protestowała generalnie od samego początku, ale teraz chyba już zmęczyła się naszym brakiem reakcji...
Serwan przełożył na dziób żarówkę z rufy, a w ramach światła rufowego było światełko zastępcze, ręczne.

Wilczy komentuje:
No i znowu naprawialiśmy jacht... Tym razem także elektronikę pokładową :)
Szpanerski chart plotter Raymarine C80 świecił nam w kokpicie we dnie i w nocy. Sprzęgnięty był z rozmaitymi urządzeniami i parametry takie, jak pozycja, prędkość czy głębokość mogliśmy odczytywać bezpośrednio z "telewizorka". Kiedy udało się jeszcze przekonfigurować wyświetlacz tak, że pokazywał także aktualny czas, mało już do szczęścia brakowało. No, może bardziej szczegółowych map elektronicznych - ale co to dla nas, mapy papierowe też lubimy, a rozsądku nie pozwolimy zastąpić sobie elektroniką.
Jednak jedna rzecz nie dawała nam spokoju - na starcie rejsu uwierzyliśmy na słowo, że nasza krótkofalówka DSC jest sprzężona z GPS-em. Dzięki czemu w razie potrzeby nadania komunikatów zawierających naszą pozycję (w tym osławionego "mayday") wystarczy wcisnąć jeden guzik i nasza pozycja leci w świat. Genialna sprawa, ale... u nas nie działa. UKF-ka po włączeniu myśli, myśli, po czym robi głośne jak zaraza PIPIPIPIPI (nie zważając, czy obok ktoś akurat nie śpi) i wyświetla lakoniczne "NO GPS".
Najpierw podeszliśmy do tego z Piotrkiem jak userzy - naprzemienne wyłączanie urządzeń, ruszanie kabelkami, zastanawianie się, czy to przypadkiem nie chodzi na Windowsie 95... Potem (długo potem) zabraliśmy się do sprawy jak admini :) Mieliśmy na pokładzie całą masę porządnej dokumentacji niemal do każdego elementu wyposażenia jachtu. Zacząłem się w to wszystko wczytywać, a Piotrek odkrył w nogach swojej koi urządzenie, które okazało się być jednostką centralną całego systemu (Course Computer?). Po zdjęciu obudowy ukazały się różne bebechy, w tym mała krosownica z podłączonymi różnymi kabelkami. Porównałem to, co było widać, z opisem w instrukcji i oczy robiły mi się coraz większe, uśmiech poniekąd także :) No i mamy rozwiązanie: krótkofalówka zamiast do portu "NMEA OUT" na terminalu 2 była podłączona do "NMEA IN" na terminalu pierwszym. Podwójny błąd :) Wyszło na to, że obydwa urządzenia bardzo uważnie się nawzajem słuchały, ale żadne nie miało zamiaru gadać ;-) W dodatku w tej wersji urządzenia na terminalu 1 nie był transmitowany sygnał pozycji, tylko właśnie na drugim...
Piotrek przepina kabelki, włączamy urządzenia i... JEST! Mamy aktualną pozycję na UKF-ce :))) Przy okazji pozycję możemy spisywać już nie tylko z chart plottera w kokpicie, ale i z kabiny. No, takich trzech jak nas dwóch to nie ma ani jednego! Piątka i żółwik (morski) :-)
W Chorwacji naprawialiśmy GPS i port Hvar, tutaj elektronikę i topenantę... Co oni wszyscy by bez nas zrobili?!


Wtorek
Cały dzień płyniemy, cel - miasto Kos na wyspie Kos. Nic się nie dzieje, kobiety na łódce zdychają, każda w swojej kajucie. Z dziennika pokładowego:
"1111
32° 52' 32" N
26° 35' 67" E
COG 60
SOG 4,7
LOG 2808,6
Psyche się uczesała,
Woodz świntuszy,
Kapcio śpi,
Asia patrzy w górę."


Krótki przewodnik dla niewtajemniczonych:
1111 - morski zapis godziny, czyli w tym przypadku: 11:11
COG - Course Over Ground, czyli kurs rzeczywisty (nad dnem, nie względem wody)
SOG - Speed Over Ground, czyli predkość rzeczywista
LOG - odczyt z logu, czyli przebyta trasa (...chyba kilka razy nam się zresetowało :)


Wilczy bawi się chart plotterem w kokpicie, siedzi i klika sobie w guziczki. Wyklikał tak, że pół ekranu zajął widok autostrady przed nami i wszyscy zaczęli go namawiać, żeby włączył jakąś grę...;) W każdym razie po tym jego klikaniu można było wreszcie spisywać godzinę i dane do dziennika pokładowego z kokpitu, a nie miotać się między kokpitem a nawigacyjną. Dzięki bogom, pod koniec rejsu ;)
Wieczorem - przed 21.00 - dopłynęliśmy do Kos i zacumowaliśmy pod twierdzą. Rozleźliśmy się po mieście, we czwórkę z Kapitaństwem wylądowaliśmy na kolacji w knajpie za halą targową i była to największa ilość żarcia, jaką dostaliśmy w Grecji za najmniejsze pieniądze. Nie daliśmy rady przejeść ;)

Środa
Przy śniadaniu okazało się, że Wilczy jest ideałem kobiet. Ruda, Siostra i ja wpatrywałyśmy się przez całe śniadanie w poczciwe pysio Wilczego. Czuł się chyba trochę niepewnie, ale dzielnie to zniósł ;) Poszliśmy zwiedzić twierdzę - kupa zarośniętych gruzów. Spacerkiem doszliśmy do knajpki na milk shake, Kapitańcio poleciał ratować łajbę, bo Harp zadzwonił, że puszcza kotwica, a my poszliśmy eksplorować halę targową. Oczywiście - przyprawy :) Za to Serwan z trudem nabył drogą kupna żarówkę do świateł nawigacyjnych za całe 9 €.
Tankujemy wodę, podpinamy prąd, robimy obiadek i zbieramy się do wypłynięcia. Wilczy robi pranie:
- To ja sobie pobełtam w wiaderku...

Kos - Simi, 21-22 maja, czyli "czwarta nad ranem, może sen przyjdzie"

Odcumowaliśmy o 16:10. Płyniemy na Simi. Co chwila na dek wychodzą jakieś słodycze. Łódka wysprzątana, pokład umyty. Harp siedzi pod pokładem i się uczy, reszta załogi na jego widok dostaje ataku śmiechu. Harp się tylko krzywi z niesmakiem, odwraca do nas plecami i usiłuje się skupić.
- Miałam iść się kąpać - mówi Ruda - ale nie chce mi się stąd ruszać. Po tym myciu podłogi to tak trochę śmierdzę...
Woodz wstaje, podchodzi do Rudej i ją wącha...
Z dziennika pokładowego: "Daszek dół" - czyli zdjęliśmy bimini... No i ciekawe, kto miał taką wenę przy wypełnianiu dziennika? Jak myślicie? Dla trzech pierwszych osób, które podadzą prawidłową odpowiedź - nagroda! ;-p
Siedzę wyszczerzona na deku. Kapitańcio:
- Coś z tobą, żmija, jest dzisiaj nie tak...
- No co, żarcie jest, czekoladka jest...
- Seks będzie - wtrąca Wojtek.
- Nie wiem, Wojtek, nie mówisz mi, co masz w planach...;)
Różne jednostki pływające pod tureckimi banderami Wilczy komentuje:
- Turecki niosły znak!...
Znów w ruch poszła gitara i dowcipy z cyklu: "Oddaj się na cumie!" - "K*a to może i ja jestem, ale nie akrobatka!" ;)
Jedziemy na grocie, rolfok jest - jak sama nazwa wskazuje - zrolowany. Piotrek poszedł na dziób i tam sobie usiadł.
- Patrzcie, Kapitańcio sobie zrolował...;)
Siostra poszła do Kapitańcia. Stanęli razem przytuleni przy sztywnym sztagu. Wilczy zaintonował:
- Strangers in the night...
- Nanananana... - dodała reszta załogi. Kapitaństwo przenieśli się na ponton. Ewidentnie odchodzi love story. Załoga nie może sobie odpuścić:
- Piotrek, to dobrze, że używacie gumy, ale dlaczego takiej dużej?... (ponton jest tak 3-4 osobowy ;-p).
- Bo czasami rozmiar ma znaczenie.
- Ale rozmiar nie tego...
Magda i Wojtek przygotowują kolację. Harp już wyemigrował na dek, siedzi sobie przy stole z notatkami. Serwan zza koła sterowego przenosi się do mesy pomóc w kolacji.
- Harp, przejmij ster.
Harp kiwa głową, nie ruszając się z miejsca. Serwan pokazuje mu, żeby się przesiadł za ster.
- Ale po co?... Przecież autopilot jest włączony?...
- Bo trzeba patrzeć na głębokościomierz.
- A po co?...
- Bo czasami spada. Poniżej pięciuset...
Na kolację będą słynne zapiekanki Wojtka. Co zejdę na dół z moim idiotycznym uśmieszkiem, to dostaję coś do pyska: a to kawałek serka, a to salami, a to pomidorek... No ja kocham tę załogę!...;)
Wspominamy Pratchetta:
- Wolność, równość, miłość w przystępnych cenach. I jajko na twardo!

Czwartek
Wychodzę na wachtę znów o północy. Na deku imprezka, tłumy jak nigdy: Kapitańcio, Woodz z Rudą, Siostra. Generalnie same zwłoki, wszyscy śpią, tylko Harp za sterem smętnie patrzy w horyzont. Ale po zmianie wachty idzie spać, Ruda też, Woodz zostaje z nami i jedziemy dalej. Płyniemy do zatoczki z mnichami. Zatoczka jest mała, księżyc daje trochę światła, echosonda mówi, że jest wściekle głęboko, płycej robi się zbyt blisko brzegu, robimy kółeczko i płyniemy dalej. Wilczy siedzi przy chart plotterze.
- Podłącz jeszcze internet, poszukamy czegoś na Youtube.
- Albo szesnastolatki.com...
- To trzeba by Harpa obudzić...
Siedzimy. Nic się nie dzieje. Pić się chce. Wszyscy wypijają mi wodę z kubeczka. Potem colę. W końcu zrobiłam sobie herbatę.
- Dlaczego tu jest herbata?! Przed chwilą była tu cola!...
Wstaję.
- To ja pójdę. Na spacer...
Jest 2:40. Postanowiliśmy przejść między dwoma wyspami dość wąskim przejściem. Księżyc nam przyświecał. Lewe zbocze nam cykało, prawe zameczało, więc Wilczy odpowiedział i... wywołał lawinę beczenia :)

Wilczy komentuje:
Północne przejście miedzy Symi a sąsiednią wysepką jest czymś, co zapada w pamięć :)
Szerokość 120 metrów i głębokość ok. 4 metrów budzą respekt. Na moim pierwszym greckim rejsie w 2000 roku nie odważyliśmy się nim przejść - za dnia z daleka wyglądało bardzo niepokojąco: wąski pasek spienionej wody między stromymi zboczami obydwu wysp, a wiała wtedy chyba szóstka. Tym razem, po uważnym przestudiowaniu map i locji, zaproponowałem jednak ten skrót. Warunki były zupełnie inne: środek nocy, księżyc, prawie bezwietrznie i bez zafalowania. Miejsce piękne - niesamowite wrażenia widokowe, słuchowe i węchowe (ach, ten zapach lądu...). Najpiękniej wyglądało jednak przesuwające się pod jachtem, oświetlone księżycem dno. Magia :)
Podobał mi się opis tego przejścia w locji - tak właściwie straszne jest tylko za pierwszym razem, a przechodzić nim można nawet przy zafalowaniu - głębokość może wtedy chwilowo spadać o metr, ale i tak pozostaną, całkiem bezpieczne dla kilkunastometrowych jachtów, pewne 3 metry. Konkluzją opisu było - najlepiej po prostu patrzeć cały czas przed siebie i nie zwracać uwagi na gnające pod kadłubem, doskonale widoczne dno ;-)


Wpłynęliśmy do Simi o 3:40 nad ranem, do cumowania obudziłam Serwana i Wojtka, stanęliśmy longside niewątpliwie na miejscu jakiegoś kutra i... poszliśmy w miasto robić zdjęcia. Simi nocą składa się głównie z kotów oraz sów siedzących na latarniach :)
Z dziennika pokładowego: "0435 koniec fotopleneru".
Rano okazało się, że musimy się przestawić w inne miejsce. Harp wydaje odgłosy podczas odpalania silnika:
- Brum, brum, piiiii, bum!...
- Nie podoba mi się twoja interpretacja wydarzeń - komentuję. Po czym dzielę się z załogą spostrzeżeniem:
- Jak zaczynam zdanie, to nigdy nie wiem, jak je skończę...;)
Przecumowaliśmy się więc, po czym okazało się, że stoimy na miejscu dla promu, zatem polecieliśmy na bardzo szybkie zakupy i wynegocjowaliśmy tankowanie wody. Pan w sklepie powiedział:
- Jesteście z Polski? To fantastyczni ludzie!... Nigdy nie pytają w sklepie o cenę, biorą wszystko i płacą, nie to, co Niemcy, oni liczą każde euro, pytają o każdą rzecz!...
Wróciliśmy na łódkę i jedząc śniadanie, postanowiliśmy skorzystać z okazji i zatankować łódkę.
Z dziennika pokładowego: "1050 tankstelle
71 l paliwo (diesel)
6 l E95 (dinghy)"

Potem opłynęliśmy cypel dookoła, żeby stanąć w Simi z drugiej strony. W drodze pojawiły się delfiny - mały alarm delfinowy. Nie chciały podpłynąć bliżej, poskakały sobie tylko, ciesząc nasze obiektywy i popłynęły w morską dal.
Przy wpisywaniu danych do dziennika pokładowego Kapitańcio zarządził:
- Dziś proszę wpisać do dziennika kolor gaci Wilczego.
- Ale których? - pokazałam na kolorową galę flagową, czyli pranie Wilczego, składające się z gaci i skarpetek, rozwieszone na rufie i powiewające wdzięcznie.
Po drugiej stronie cypla stanęliśmy na kotwicy i desantowaliśmy się pontonem na brzeg.
Z dziennika pokładowego: "1245 Kotwica sru!
Już wiemy, co robi taka mała zapadka przy windzie kotwicznej..."
.
Na moje pytanie: "Co robiła taka mała zapadka przy windzie kotwicznej?" Wilczy odpowiedział niechętnie:
- Blokowała opuszczanie kotwicy, co nas z Harpem bardzo zdeprymowało - bo ją właśnie chcieliśmy opuścić... prawie rozkręciliśmy windę kotwiczną, żeby znaleźć, co się blokuje... a tu taki głupi dynks! ;)
Ruda, Kapitańcio i Woodz zostali na Nissos Kea II. Jak zwykle pętałam się z Siostrą i Wilczym. Weszliśmy na górę, zacumowaliśmy w knajpce na sałatce greckiej i kalmarach, potem starą ścieżką zeszliśmy do Simi głównego. Spacerując, pożeraliśmy lody i fotografowaliśmy koty. Wracając, zrobiliśmy wreszcie portową dziwkę Molly i trafiliśmy do portu akurat na bardzo interesujący moment. Kilku Greków przygotowywało się do wodowania kabinowej łajby - na naszych oczach wepchnęli ją do wody, wyglądało to uroczo. A kawałek dalej manewrował wielki statek, odchodził od kei i wykręcał między tymi wszystkimi jachtami stojącymi na kotwicy, naszym zdaniem - na grubość lakieru na lusterkach...;) Z różnych perspektyw wyglądało to tak, że rozjechał z pięć jachtów, ale nie, nie drasnął nawet jednego... Niesamowite dość ;)
Jeszcze desant po zakupy: ja, Harp, Kapitańcio i Woodz. W pierwszym sklepie kupiliśmy 4 flaszki i pięciolitrowe wino, w drugim - colę i Red Bulla. Wracamy obładowani do pontoniku:
- O rany, ale wyglądamy...
- No dobra, ale to jest na dziesięć osób...
- Ale nikt o tym nie wie, wszyscy widzą czwórkę...
- No, akurat: cztery flaszki, jedno wino, cztery cole i 10 Red Bulli...;)
Chłopaki skoczyli jeszcze na kawę i wreszcie wypłynęliśmy. Z dziennika pokładowego: "1925 Won z kotwicy, pies na dek".

Simi - Rodos, 22-24 maja, czyli "kiedy skończy się wreszcie ten rejs"

Próbujemy wpłynąć do jakiejś zatoczki. Docieramy tam już po zmroku, nie jesteśmy pewni warunków, bo kiepsko widać, wycofujemy się zatem i płyniemy dalej. Wilczy zza steru mamrocze, że wiatr mu kręci.
- Niech wiatr przestanie kręcić!... Czy wiatr mnie słyszy?
Próbujemy przejść między wyspami w stronę Panormitis - klasztoru po drugiej stronie Simi. Wieje silny wiatr, między wyspami robią się wysokie fale, Nissos Kea II wznosi się na ich czubkach i opada z trzaskiem, z mesy słychać wrzaski i inwektywy:
- Zwariowaliście?! Myśleliśmy, że łajba nam na pół pękła!... Nie róbcie tego więcej!...
Dobra, dobra... wycofujemy się znowu i szukamy innej zatoczki, w której wreszcie stajemy na czuja na kotwicy i idziemy spać.

Piątek
Rano postanowiliśmy jednak zajrzeć do tej zatoczki, w której nie zatrzymaliśmy się w nocy. Okazuje się, że stoi tam kuter rybacki, wygląda szalenie folklorystycznie, ale rybak łowi ryby na dynamit, przez co natychmiast zyskuje naszą dezaprobatę i mamy kolejnego wroga.
Pchamy się do wody, to prawdopodobnie ostatnia okazja, morze silnie faluje, szczególnie przy skałach, ale nam to jakoś nie przeszkadza. Po kąpieli wpław wskakujemy na pontonik i staramy się zdobyć bezludną wysepkę na środku zatoczki, ale jest dość niedostępna, morze rzuca naszym pontonem o skały, więc jednak rezygnujemy z tytułów zdobywców i wracamy na jacht.
Siedzę sobie w mesie i rozgrzewam się po kąpieli. Serwan mnie zaczepia:
- Co tam, psy?
- Zimno.
- Ta?...
- No. Wystaw czujkę temperatury i sam się przekonaj.
Kapitańcio smaruje plecy mnie i Siostrze synchronicznie. W ogóle odchodzi gremialne smarowanie, wszyscy wszystkich, ustawiamy się w pociąg i smarujemy, niemalże robimy za atrakcję turystyczną ;-p
Wylazłam na dek z kapowniczkiem i klepię donosy. Piotrek:
- Co robisz, żmija?
- Piszę, jak bardzo kocham mojego Kapitańcia...
W końcu zarzuciliśmy kotwicowisko i ruszamy do Rodos. Płyniemy obok Simi, na zboczach pasą się kozy, chłopaki na ich widok zaczęli beczeć, kozy odpowiadały.
- Nawiązaliśmy kontakt z miejscową fauną...
Siostra schodzi z deku:
- Mamy ponoć idealny półwiatr, a idziemy na silniku.
- Tak, bo nam się nie chciało żagli stawiać - odpowiada Kapitańcio.
- Nie dość, że mamy rejs wysokogórski, to jeszcze rejs leniwców - komentuję.
- Chyba ty! - mówi na to Kapitańcio. - Idę sobie posterować. Autopilotem!...
Siostra do Kapitańcia:
- Chodź mi plecy posmarujesz.
- Masz siostrę - Kapitańcio pokazuje na mnie.
Wchodzę z Siostrą do kajuty, za nami wpycha się Piotrek i z niewinną miną mówi:
- No co? Mnie też trzeba posmarować plecy!...
Wrobili mnie w końcu w smarowanie kapitańskich spalonych pleców. A ja tylko po piwo zeszłam z deku...;-p
Po chwili do zamkniętej kajuty zaczął się dobijać Wilczy. Stukał w skylight, walił w drzwi:
- Pizza!...
W końcu się włamał, popatrzył na nas z obrzydzeniem, a wychodząc, powiedział:
- Zamknijcie się, bo jeszcze wam tu ktoś wejdzie!...
Kapitańcio na deku:
- Ja już papierową robotę zrobiłem. Opinie wypisane.
- Ja nie rzygałam! - wtrąca Siostra.
- Każdy rzygał!
- No, ja rzygam do tej pory!... Codziennie rano...
Płyniemy i płyniemy, spać się chce. Kapitańcio patrzy na śpiącą przy stole w mesie Siostrę.
- Asia, nie spać, zwiedzać!...
- No przecież nie śpię. W łóżku...
- A przynajmniej nie w swoim.
- Mógłbyś zacząć się martwić, gdybym spała ze Żmiją w łóżku...
- Sssss!...
- Nie martwiłbym się. Dołączyłbym do was. Z Wilczym.
- Musimy zacząć myśleć o barykadowaniu pokoju...
- I jaskółek...
Nasza kajuta z kajutą kapitańską jest połączona jaskółkami, z których tylko wystarczy wyjąć deskę i już jest widok na przestrzał - możemy sobie podawać ręce :)
- No przez jaskółkę to chyba tylko Harp da radę...
- Gdyby tak bardzo nie bolały mnie spalone ramiona, to mógłbym spróbować... - komentuje Harp.
Ciągle płyniemy. Wąskie przejście między wyspą a lądem, bardzo wysokie fale, mocno buja i pryska sprzed dziobu. Ze dwa razy porządnie uderzyliśmy o wodę dziobem. Po chwili się uspokaja. Do zejściówki z mesy podeszła Ruda, spojrzała na nas z wyrzutem i powiedziała:
- No teraz to przesadziliście trochę...
- Wiemy - mówi skruszony Kapitańcio, bo faktycznie walnęło konkretnie. Ruda kończy:
- ...Dostałam SMS-a: "Witaj w Turcji!"...
Im bliżej Rodos, tym mocniej buja, tym bardziej wieje. Serwan śpiewa swoje "Gnamy jak pocisk", załoga po kawałku się ubiera, widać już główki portu. Ruda wychodzi z mesy z butami dla Woodza:
- Masz, przyniosłam ci, żebyś miał na cumowanie...
Wszyscy zaczynają się śmiać. Wojtek:
- No i teraz nie załóż, spróbuj nie założyć tych butów!...
Wpływamy do portu i kręcimy się, szukając rozsądnego miejsca. Ciasno jakoś. Kotwice rzucone na środku, diabli wiedzą, jak mocno poplątane. Ale nie mamy wyjścia i o 16:30 stajemy - to nasze ostatnie cumowanie. Potem oglądamy piękny zachód słońca nad Rodos, sprawdzamy, czy koty nadal mieszkają na falochronie (owszem, nadal) i idziemy do miasta. Kierunek - gyros pita kotopulo ;)
Trafiamy na jakiś miejscowy fast food na starówce, okupujemy stołeczki barowe, zamawiamy 7 gyrosów, potem dodatkowo ósmy, bo przyłopotał się do nas Harp i wyciągamy sobie z lodówki dwa piwka, potem kolejne dwa. Robimy sobie głupie zdjęcia i generalnie jesteśmy szczęśliwi, bo jest jedzenie :)
Po powrocie na łódkę mieliśmy się pakować, ale zamiast zajmować się nudnymi rzeczami, powędrowaliśmy z gitarą, śpiewnikami, flaszkami i kubeczkami na skały na falochronie. Kobiety zaprotestowały:
- I jak my z tego będziemy wracać??? Po pijaku?!...
- Cicho, baby!... Damy radę!
Szaleństwo wiatru i odległość od łódek sprawiały, że wycia załogi nie było słychać i dzięki bogom, bo pewnie inni żeglarze ciskaliby w nas kamieniami. Poleciały hity i wynalazki, czasem bardziej ambitnie, czasem na poziomie plastikowej biedronki, aż w końcu większość załogi doszła do wniosku, że jest zimno i w ogóle trzeba iść spać.

Sobota
Przenieśliśmy się zatem z gitarą i trunkami do kokpitu, skąd ja też po jakimś czasie się wyłopotałam. Panowie we czterech - Wilczy, Woodz, Harp i Kapitańcio - zostali i walczyli z flaszką dalej, po czym wpadli na genialny pomysł zwiedzania miasta. Pominę milczeniem ich wycieczkę (tym bardziej że sami nie pamiętają, gdzie i po co poszli ;), faktem jest, że Wilczy do koi nie dotarł, tylko zaległ w kokpicie, prezentując się rano nowej załodze, która dość niepewnie stała na nabrzeżu i nie wiedziała, czy może wejść na jacht zostawić rzeczy. W końcu jednak wykazali się odwagą, rzeczy ciepnęli na burtę i poszli sobie, pozwalając nam dogorywać dalej.
Po śniadaniu trzeba było posprzątać jacht i jednak się wreszcie spakować. Oczywiście standardowo rzeczy nie chciały się zmieścić w plecakach i worach żeglarskich. Za każdym razem, kiedy wydaje ci się, że już wszystko opanowałeś, nagle spod polarka wygląda jeszcze jakaś zapomniana kosmetyczka albo torba z brudną bielizną i macha do ciebie złośliwie: "Jeszcze ja, jeszcze ja!". Masz ochotę wyrzucić to za burtę, co morzu i tak różnicy by nie sprawiło, bo syf straszny pływa w portach w Grecji, ale jednak czujesz się na tyle przywiązany do niektórych rzeczy, że tego nie robisz - tylko kolejny raz rozsznurowujesz wór lub plecak i zastanawiasz się, gdzie - u licha - to upchniesz, skoro zapchałeś plecak po dziurki w nosie przyprawami greckimi lub innymi zakupami. Bagaż podręczny też masz już full, a świadomość tego, że przed tobą jeszcze zakupy na lotnisku, nie pozwala ci głębiej odetchnąć.
A po spakowaniu trzeba jeszcze posprzątać jacht... Obie łazienki, kuchnię, lodówkę, zęzy - niby to tylko dwa tygodnie, a w zęzach syf, aż strach.
Wreszcie mogliśmy wpuścić na jacht nową załogę i pójść w miasto. Na starym rynku usiłowaliśmy znaleźć babcię z najlepszym gyros pita kotopulo na świecie, ale nie trafiliśmy do niej i zjedliśmy takie sobie gyros pita kotopulo. Poszliśmy do akwarium morskiego popatrzeć na potwory i przespacerowaliśmy się po starym mieście. A tam akurat w najlepsze odbywał się festiwal Medieval Rose, czyli plątali się ludzie poubierani w stroje z epoki (jakiejś konkretnej zapewne). Był pokaz walk rycerskich, była grupa taneczna, szalenie kolorowa, bardzo brzęcząca i z pomalowanymi na czarno niektórymi zębami. Był też turniej szachowy, w którym brał udział rycerz w zbroi. A całość uświetniały piekące się na ruszcie wieprze z jabłkami w zębach ;)

Wilczy komentuje festiwal:
Trudno wymarzyć sobie lepszą scenerię dla Festiwalu Średniowiecza niż stare miasto w Rodos. Na Medieval Rose trafiliśmy czystym przypadkiem i tylko na kilka chwil. Mnogość równoczesnych wydarzeń w różnych miejscach sprawiała wrażenie, jakby całe miasto opanował duch dawnych czasów. Naszą szczególną uwagę zwróciła kuriozalnie wyglądająca grupa wrzeszczących i tłukących w różne przeszkadzajki ludzi. Ubrani w dziwaczne, bardzo kolorowe stroje z przyczepionymi do pleców stelażami, z których zwisały rozmaite produkty: wędliny, tykwy, świece... Stylizacji na średniowiecze dopełniały kurzajki, makijaż i czarne zęby :) Był też noszony w klatce mały stwór ruszający się w takt muzyki. Muzyki? To właściwie był sam rytm, za to wybijany z absolutnym mistrzostwem - aż żałowałem, że nie możemy zostać i ich dłużej posłuchać. Dzięki programowi festiwalu i... YouTube poznałem ich nazwę: Los Mercatores (czyli "handlarze", co by tłumaczyło ich image), ale poza tym, o dziwo, Internet o nich milczy!
Będę wdzięczny za jakiekolwiek informacje o tej grupie - a najchętniej filmiki z ich występów :)


Ostatnie zakupy, jakieś jedzonko i zimne napoje, prysznic, zdjęcia na łódce i... wsiadamy do taksówek, kurs na lotnisko...

Powroty, czyli nigdy nie wrócę na lotnisko w Atenach

Trzy taksówki przywiozły nas na lotnisko. Mieliśmy jeszcze napoje (również wyskokowe), których należało się pozbyć przed wejściem do samolotu, zatem ustabilizowaliśmy się przed halą odlotów, publicznie spożywając piwo z puszek i wódkę z colą (wyglądała jak cola, tylko procenty miała w sobie konkretne :). Z każdym łyczkiem byliśmy bardziej weseli, ale ogólna radość nas ogarnęła, jak zważyliśmy nasze bagaże, które zupełnie przekraczały dopuszczalne normy. Nikt jednak nie robił nam z tego powodu wyrzutów, resztki coli zniknęły w pojemnych gardzielach załogi, soczki też się wyłopotały i po odprawie bagażowej poszliśmy do sklepu. Świetnie zaopatrzony, ale biorąc pod uwagę to, że za dwie godziny będziemy na lotnisku w Atenach, nie robiliśmy sporych zakupów, bo po co to dźwigać. Wkroczyliśmy do samolotu.
No full wypas - z sufitu zjechały monitorki, które przez cały, raptem godzinny lot do Aten pokazywały nam trasę, temperaturę na zewnątrz w Kelvinach i Celsjuszach, wysokość nad poziomem morza i tylko filmu żadnego nie puścili.
W Atenach odebraliśmy bagaże i poszukaliśmy zacisznego kącika na spędzenie najbliższych czterech godzin. W kąciku padliśmy i odpłynęliśmy... Ale starając się jednak mieć na oku wszystko. Wreszcie nadeszła wiekopomna chwila, czyli 2:30, ściągnęłam towarzystwo z bagaży i kazałam iść się odprawiać. I zaczęła się szopka...;)
Hala odlotów w Atenach jest piekielnie długa. Stanęliśmy w kolejce do odprawy na jednym jej końcu. Podczas odprawy okazało się, że mamy niestandardowe bagaże (??? - znaczy nie walizki, w dodatku z każdego coś wystaje, szelki, pasy...;-p), więc musimy je wziąć na plecy i zanieść do stanowiska w innym końcu hali. Cudownie, biorąc pod uwagę, że jest środek nocy, a te bagaże ważą do diabła i trochę.
Harp nie mógł się odprawić, albowiem nie wystarczyło podać paszportu i numeru rezerwacji - trzeba było oddać bilet papierowy, który Harp schował... gdzieś. Po rozgrzebaniu bagażu głównego na szczęście go znalazł, ale była opcja, że Harp zostaje w Atenach na zawsze ;)
Po pozbyciu się wreszcie bagaży poszliśmy na poszukiwanie sklepów. Znaleźliśmy... za bramką, na której należało okazać boarding card, a i tak czynne były tylko dwa z najmarniejszym wyposażeniem. Zaczęłam żałować, że nie zrobiłam zakupów jednak w Rodos ;-p
Następnie na bramce do wejścia do gate rozgrzebano mi bagaż podręczny i wywleczono z niego resztkę płynu do soczewek, który - według przepisów - stanowi groźną broń, bo jest w buteleczce powyżej 100 ml (miał całe 120 ml). Owszem, za każdym razem do tej pory płyn był oglądany, ale widocznie za każdym razem do tej pory trafiałam na bardziej inteligentną obsługę, tym razem płyn powędrował do kosza, bo z nim w plecaku mogłam być terrorystką. Powiedziałam głośno, co myślę o tym lotnisku, i padłam na ławeczki przed gate. Tymczasem chwilę po mnie przez bramkę przeszedł Woodz z porządnym korkociągiem w bagażu podręcznym - korkociąg, narzędzie niewątpliwie ostre, było z pewnością mniej niebezpieczne niż mój płyn ;)
Siedzimy i czekamy, aż otworzą nam gate, ktoś się pyta, czy już otworzyli... Pada odpowiedź:
- Tak. Łomem.
Wreszcie wpuścili nas do samolotu i można by było iść spać, gdyby nie to, że przyszedł czas na śniadanie... Do śniadania wzięliśmy oczywiście winko, chociaż już nie mieliśmy ochoty na alkohol, ale skoro dawali, to grzechem byłoby nie wziąć.
Wysiedliśmy na lotnisku w Warszawie o 6.05. Serwana bagaż się zawieruszył. Rozejrzeliśmy się. Pochmurno. Tak jakby miało zamiar padać. Zimno. 10 stopni. Paskudnie...
- No dobra... to o której mamy samolot z powrotem?...

***
Poniżej można się wyżywać :)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

LOT: http://lot.com.pl/
Aegean Airlines: http://www.aegeanair.com/
Wenus z Milo: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wenus_z_Milo
Koszulki ThinkGeek: http://thinkgeek.com/
Wąwóz Samaria: nieładny link :)
Santorini: http://pl.wikipedia.org/wiki/Santoryn
Amorgos: http://www.amorgos.com/
Film "Le Grand Bleu" w IMDB: nieładny link ;)
Kos: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kos_(wyspa)
Simi: http://pl.wikipedia.org/wiki/Simi
Rodos: http://pl.wikipedia.org/wiki/Rodos_(wyspa)
Festiwal Medieval Rose: http://www.medievalrose.org/Eng/


psyche