Biela Farma, 30.12.2003 - 3.1.2004 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Kilka zdjęć psyche

- Ciężki ten plecak jak diabli - przywitałam Wilczunia w poniedziałkowy wieczór na Fabrycznym. Ucieszył się, zapakował mnie do autka i pojechaliśmy.... na zakupy rzecz jasna. Uzupełnić zapasy przed wyjazdem.
W trasę ruszyliśmy we wtorek rano.
No dobra, rano jak rano... było przed dwunastą...:) Zimno średnio, za to mgła wielka. W mieście jeszcze da się przeżyć, za miastem widać było głównie białe płaty. Więc jedziemy, podziwiając widoki...:)))
Bielsko-Biała zakorkowana. Żywiec za to dowcipny. Na rondzie - dwa drogowskazy do Korbielowa. Ten drugi z numerem drogi. Logika wskazuje, że ważniejszy... Jakże omylnie! Drugi zjazd z ronda tak naprawdę dochodzi do pierwszego i w dodatku jest perfidnie podporządkowany!... Staliśmy tam jak idioci i czekaliśmy na wolną drogę.
Na granicy celnik spytał nas uprzejmie:
- Dokąd państwo jadą?
Opowiedziałam mu bardzo inteligentnie (biorąc pod uwagę, że staliśmy na granicy polsko-słowackiej...):
- Na Słowację.
Nie dał się zbyć jednakże i zażyczył sobie wiedzieć dokąd konkretnie. Zaczęłam się jąkać, bo nazwa jakoś wyleciała mi z głowy.
- Biała... biała... (gryzłam się w język, żeby nie powiedzieć "chata")...
- Biała Farma? - podpowiedział, widząc moje męki, celnik.
- O, właśnie - ucieszyłam się.
- A długo państwo tam będą? - dopytywał się dalej, widać przyjemnie mu się ze mną rozmawiało.
- Do soboty - odpowiedziałam mu już bez zająknięcia. Oddał nam paszporty i kazał jechać.
Słowacki celnik wziął nasze paszporty do ręki z lekkim obrzydzeniem, zajrzał w nie i oddał bez słowa. Znaczy można jechać...
Zatrzymaliśmy się zaraz za granicą, bo okazało się, że jest sklep. Sklep zatem zwiedziliśmy dokumentnie i pojechaliśmy dalej, odliczając te dwa kilometry do Białej Farmy. Trafiliśmy bez pudła, wjechaliśmy na bardzo ośnieżoną drogę, zatrzymaliśmy się przed chatą, tą naszą i zainstalowaliśmy się w pokoju bez okien.
Klamek też nie było.
To nie żart...
Chata była nieduża, piętrowa, składała się z dwóch pokoików i jednego pokoju, łazienki, schodków dla odważnych ludzi oraz kominka. Nam przypadł pokój na pięterku, najmniejszy i bez okna. Drzwi normalnych też tam nie było, tylko takie przesuwane, stąd nie było klamek.
Zaczął się wypoczynek...
Wypoczynek polegał głównie na:
- piciu czegokolwiek (piwo, ajerkoniak w ilościach hurtowych, wódka, cola, sprite),
- oglądaniu telewizji (!!!), bo towarzystwo przywiozło telewizor i kasety wideo z klasykami, takimi jak "Hydrozagadka" albo "Nie ma róży bez ognia",
- spędzaniu czasu w knajpie, gdzie trzeba było się uzbroić w cierpliwość,
- drzemaniu w międzyczasie,
- włóczęgach pieszo-automobilowych po okolicy.
Pierwszy wieczór zatem spędziliśmy w knajpie, najpierw jedząc obiad, potem pijąc grzane wino całą brygadą. Jak się okazało, impreza z knajpy przenosiła się do naszej chaty akurat, więc w domku można było bawić się nadal, oby tylko nic nie zasłaniało telewizora... :)))
Sylwestra zaczęliśmy wycieczką do Orawskiej Polhory, Namestowa oraz Oravskiego Podzamoka (jak to się odmienia???). Obejrzeliśmy zamek, wyglądał bardzo groźnie, szczególnie od dołu, bo stał na takiej fajnej, wysokiej skarpie. Mgła dookoła panowała niesamowita, szczególnie na szczycie jednej górki, widoczność ograniczyła się autentycznie do kilku metrów, nie było widać, w którą stronę skręca droga... no fantastycznie!... oraz trochę niebezpiecznie. Zamek, niestety, ku naszemu smutkowi ogromnemu, okazał się być nieczynny. Wracając, usiłowaliśmy zwiedzić jakiś sklep. Spożywczy. Zajeżdżaliśmy chyba pod co najmniej 4 pod rząd - wszystkie zamknięte... a my głodni jak diabli... bez wódki... bez niczego... W końcu trafiliśmy na czynny sklep, ale kiepsko zaopatrzony, potem zaryzykowaliśmy sklep pod granicą i jużą w trochę lepszych humorach wróciliśmy do chaty, szykować się na bal.
Stół zastawiony butelkami z coca-colą, sprite'em, wodą mineralną i napojami, które każdy przyniósł ze sobą. Na dwadzieścia osób - dwa talerzyki z kanapkami. Jedna patera z owocami, dwa małe talerzyki z ciastem. No i może ja jestem żarłok, ale wydaje mi się, że to jednak jest mało!... Ale pewnie się czepiam ;-p Podano trzy dania ciepłe, faktycznie, najadłam się tym, chociaż nie było czym zakąszać. DJ był rzecz jasna miejscowy, zatem gadał w jakimś pogańskim języku i co i rusz puszczał wesołą muzykę rodem ze Słowacji, czyli radosne disco-slovakio :) Nawet niektórych kawałków dało się słuchać :-) Na szczęście potem przeszedł na klasyki i już przy nich pozostał, co prawda wersje to były dyskotekowe, ale przynajmniej stary dobry rock i pop. Zatem - ruszyliśmy w tany! Na parkiecie się zakotłowało. Generalnie widać było albo Sylwka, który obracał którąś pannę z protezki, albo pląsał w kółeczku (Sylwek, dałeś z siebie wszystko!), albo Maćka powszechnie zwanego Zembrionem. Czasami jeszcze pojawiali się smutni sztywni panowie z kamerkami/aparatami cyfrowymi w rękach i uwieczniali szaleństwa innych (zapewne aby ich potem szantażować). Tajson zrobił dokumentację stołu (tzn. kto z kim i w jakiej pozycji). Odgrażał się potem, że zrobi z tego stronkę, czekamy, czekamy!...:) Nadszedł czas na szampana. Było go, jak się okazało, w nadmiarze, zatem co niektórzy ściskali się z innymi przy okazji składania życzeń z całą flachą w ręku :-) Potem szybkie sztuczne ognie. Szybkie, bo zimno i bo śnieg padał. A potem odbyły się występy sztuki ludowej, czyli bodajże czterech chłopców w strojach fajnych przytupywało na środku, śpiewając zboczone piosenki ze smutnymi minami. Potem to już nie pamiętam. Ale zdaje się, że fajnie się tańczyło. Mam nadzieję, że coś zobaczę na zdjęciach...?
Pierwszy stycznia. Wszystko zasypane. Śnieg na samochodach w ilości hurtowej sprawił, że wszyscy poczuli zimę i zaczęli wybierać się na narty. I zaczęła się szopka. Okazało się, że odśnieżenie auta to mały pikuś w porównaniu z tym, że trzeba wyjechać na górkę. Bo na górce była droga... Ponad godzinę mieliśmy przedstawienie pod oknami. Pchali auta, nie pchali, warczeli silnikami, kręcili kołami, głównie w miejscu, w końcu ktoś wygrzebał łańcuchy, nagle samochodów zrobiło się więcej, bo w sam środek walki z żywiołem wjechał jakiś Słowak, przybył pan z odśnieżarką i generalnie było fajnie. Nam. Bo staliśmy przy grzejniku i było nam ciepło, a oni musieli babrać się w śniegu. W końcu wyjechali, a my poszliśmy na spacer.
Było pięknie, śnieg skrzypiał, biało dookoła, zaśnieżony las wyglądał cudownie. Szalona poprzednia noc w połączeniu ze świeżym powietrzem dość wcześnie zwaliła nas z nóg i generalnie dzień był przedrzemany. Oraz przegapiony w tv :)
Piątek postanowiliśmy spędzić, przynajmniej częściowo, patrząc na narciarzy. Po odśnieżeniu (a co, sypało sprawiedliwie cały czas!) i kilku próbach podjazdu pod górkę zza mostka pojechaliśmy pod wyciąg. Słowacki.
Tłumy. Zimno. Mróz szczypie w policzki. Ślisko. Dookoła jacyś szaleńcy na dwóch kawałkach plastiku. Kolejka do wyciągu. Zapach grzanego wina.
Zimno.
Zimno coraz bardziej. Wilczy patrzył tęsknym wrokiem na stok, ja patrzyłam tęsknym wzrokiem na parking...
Jednak skapitulował (postanowił sobie co prawda, że jedzie na narty przy najbliższej okazji) i pojechaliśmy do sklepu pod granicę. Stał się już naszym ulubionym miejscem zakupów :)
Po powrocie do chaty poszliśmy jeszcze na spacer pięknie zaśnieżoną drogą celem uwiecznienia otaczającej nas przyrody. Jak już porządnie zmarzliśmy kolejny raz, wróciliśmy wreszcie do chaty, po czym wybraliśmy się na obiad.
W restauracji siedzieli Sylwek z Karpikiem. Dosiedliśmy się czym prędzej. Oni właśnie kończyli, my chcielibyśmy złożyć zamówienie. Sala była prawie pełna. Kelnerka się zwijała jak najbardziej, ale przez - jak sądzę - brak wyszkolenia - siadała jej organizacja pracy. Poza tym była sama jedna na całą salę i bar... Zamówienie przyjęła od nas po ponad pół godzinie siedzenia przy stoliku. Po godzinie podała obiad. Całe szczęście, że my cierpliwi jesteśmy!...:)))
Jak Wilczy kończył piwo, wrócili Sylwek z Karpikiem... na kolację...
Wieczór spędziliśmy, oglądając tym razem "Życie jest piękne" na ibooku, po czym poszliśmy grzecznie spać. Niegrzecznie się nie dało, przez te imitacje ścian wszystko było słychać...:)
Sobota to dzień wyjazdu. Po średnio obfitym śniadaniu (potem cały dzień byłam głodna) zaczęliśmy się pakować. Moje pakowanie polegało na tym, że część swoich rzeczy podrzuciłam Anecie do zabrania... Rozpędziliśmy się zza mostka i... do domu!
Droga zaśnieżona całkowicie. Ostatnie zakupy w sklepie, najpierw w miasteczku, potem pod granicą. Lentilky jeszcze leżą :-) Na granicy - słowacka budka zamknięta na głucho. Polska ręka celnika, wystawiona przez okienko, zmarznięta. Obyło się bez konwersacji, celnik szybko zajrzał w paszporty, szybko je oddał, a my zaczęliśmy w tych objazdach szukać właściwej drogi.
Potem się jechało i jechało, i jechało... Po śniegu zalegającym dookoła. Coś padało... Kierunek - Łódź. Koniec wakacji...


Wyszperane w Sieci:

Biela Farma: http://www.bielafarma.com/


psyche