Egipt, kurs nurkowania, 16-23.11.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Hurghada - foto psyche
Na łodzi - foto psyche
Auta Hurghady - foto psyche
Morze Czerwone od środka :) - foto Wilczy

Przygotowania, czyli jedziemy na kurs nurkowania

- No dobrze - powiedziałam do Wilczego. - To listopad. Zajmij się znalezieniem kursu...
- Jasne, coś już mniej więcej wiem...
Nie wnikałam, co wie. Liczyliśmy na to, że pojedziemy z wrocławiakami, ale się wyłopotali pod pozorem braku pracy (a zatem środków do życia, o wakacjach nie wspominając). Nie to nie, będziemy musieli sami sobie z tym poradzić...
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie pani z Travelplanet.pl. Korzystając z okazji, poprosiłam o ofertę przelotu i hotelu w Hurghadzie i tutaj zaczęły się pierwsze schody. Termin miałam dość ściśle określony, nie wcześniej, nie później, okazało się, że nic z tego. Później o jeden dzień. No dobra...
Zaraz potem okazało się, że powinnam zrobić badania, czy w ogóle nadaję się do nurkowania. Biorąc pod uwagę moją alergię... Lekarze zaczęli mnie wysyłać na kolejne badania, cała ta szopka trwała i trwała, odsyłano mnie od jednego specjalisty do drugiego, w końcu się zdenerwowałam i zdaje się, że w rejestracji zażyczyłam sobie poważnego traktowania. W rezultacie uzyskałam zaświadczenie, że jestem zdolna...;)
W międzyczasie okazało się, że komunikacja mailowa pozostawia wiele do życzenia i ustalanie hotelu oraz przelotu zaczęłam załatwiać z Travelplanet.pl przez telefon. Termin jest, hotel jest, ale miejsc w samolocie nie ma. Gorąca linia między mną a biurem podróży trwała, wreszcie też zakończona sukcesem, po anulowaniu jednej rezerwacji druga już była tą właściwą, tyle że wylot w sumie był niemal tydzień później, niż to sobie planowałam. Nerwowo zerkając w kalendarz, zacisnęłam zęby i odesłałam faksem podpisane papiery... W międzyczasie Wilczy ustalił z bazą nurkową, że przyjedziemy w piątek i od razu, od soboty, chcielibyśmy rozpocząć kurs. Ależ proszę uprzejmie, kurs będzie, kiedy tylko sobie zażyczymy...
Pozostawało tylko czekać.
Wieczorem, po 22.00, w dniu, w którym zapłaciłam za przelot i hotel, zadzwonił do mnie szef i zapytał, czy mogłabym przełożyć urlop... Koleżanka ze studia miała wypadek i potrzeba rąk do pracy.
[Tutaj cenzura wycięła wszystko, co pomyślałam w tamtych okolicznościach przyrody.]
Następnego dnia atmosfera w pracy była dość napięta i przygnębiająca. Udało mi się przekonać szefa, że jednak fajnie by było, gdybym pojechała. Myślę, że gdyby wiedział wtedy, co go czeka w tym tygodniu beze mnie, to przywiązałby mnie do kaloryfera w pracy i nie pozwolił wyjść z biura w ogóle... Ale na szczęście to wszystko wydarzyło się potem, tymczasem ja mogłam już zacząć pakowanie ;)

16 listopada, piątek, złe miłego początki

- Alkohol musimy kupić - mamrotałam do Wilczego, nerwowo rozglądając się po lotnisku. - No i nie wiem, co z tymi napojami...
- Może wystarczy, że będą fabrycznie zamknięte - pocieszał mnie Wilczy.
- Zobaczymy...
Strefę wolnocłową zwiedziliśmy porządnie, nabyliśmy Finlandię Cranberry półlitrową w ramach lekarstwa na ichniejszą florę bakteryjną i dwie paczki kabanosów, jedną z nich pożarliśmy od razu, drugą schowaliśmy do torby i poszliśmy do kontroli. Oczywiście napoje nam zabrano. A nie kupiliśmy nic bezalkoholowego do picia...
Samolot arabskich linii lotniczych Lotus Air wystartował. Tym razem dowcipy lotnicze nawiedziły nas w małym stopniu, bardziej zajęci byliśmy samym samolotem, ciasno jak diabli, trochę zniszczone siedzenia, wiele już ta maszyna przeszła. Podobno piloci są nieźli, ale...
Na pokładzie podano nam niecały kubeczek napoju oraz zachęcono do skorzystania ze strefy wolnocłowej, którą zbyliśmy potężnym ziewnięciem. Wystartowaliśmy kilka minut po czasie, czyli przed 19.00. Dolecieć mieliśmy tuż przed północą - do Hurghady leci się 4 godziny, ale w Egipcie jest o godzinę później niż w Warszawie.
Na żadne specjalne widoki szans nie mieliśmy, bo oczywiście ciemno wszędzie. Usychając z pragnienia, w półśnie, dolecieliśmy wreszcie na miejsce i włączyliśmy komórki. W ramach zegarków. Aha. 20 minut po północy...
Obowiązkowa szopka z opłatami za wizę (karteczki do wypełnienia dostaliśmy w samolocie), kolejka do odprawy, do bagażu, potem szukanie pana z tabliczką "Pegas" - bo właśnie z tego biura docelowo mieliśmy wykupione wakacje. Próbowaliśmy zlokalizować jakieś napoje, sklep na lotnisku był czynny, czemu nie, w środku alkohole, perfumy i fajki. Tia...

Następnie wycieczka chodniczkiem do strefy autokarowej, co 20 metrów na chodniku stał ktoś z obsługi biura podróży i powstrzymując ziewanie, powtarzał:
- Dobry wieczór, do tej budki najpierw, potem do autokaru proszę... Dobry wieczór...
Aha, mało było budek do tej pory, widać muszą dać zajęcie większej ilości osób. W budce siedział koleś, który na podstawie voucherów przydzielał miejsca w autokarze. Poszliśmy do właściwego, upchaliśmy bagaże przy pomocy kierowcy do bagażnika, po czym kierowca zaczął się do nas awanturować w swoim języku. Wyłapaliśmy słowo "bakszysz". Spojrzeliśmy po sobie zrezygnowani:
- No tak!... Welcome to Egipt!...
- Cholera, a tak było fajnie, co mnie podkusiło?!? Mówiłam, że już tu nie wrócę!...
Wilczy wykazał się asertywnością, stwierdził stanowczo, że nie mamy pieniędzy, odwrócił się na pięcie i pomaszerował do autokaru. Pomaszerowałam za nim.
W autokarze objawił się Kuba, nasz przewodnik z ramienia Pegasa, który dla tylnej części autokaru musiał powtórzyć swoje przemówienie, albowiem system nagłaśniający działał - nie wiedzieć czemu - tylko do połowy pojazdu. Do hotelu dojechaliśmy po 1 w nocy, zakwaterowanie trochę trwało, zostawiliśmy paszporty, dostaliśmy klucz od pokoju i powędrowaliśmy w stronę schodów. Naprzeciwko schodów była winda. A raczej dwie malutkie, przeszklone kabinki i tłum ludzi chcących jechać na górę z walizami. Bez słowa i bez wahania ominęliśmy z pogardą ten tłum i poszliśmy na piechotę. Na trzecie piętro, do pokoju numer 301.
Chyba zmęczenie dodawało nam sił, bo na to trzecie piętro wdrapaliśmy się dość szybko. Tabliczka z numerami pokojów i strzałką była tuż przy schodach, więc zgodnie ze strzałką powędrowaliśmy w lewo. Co prawda zastanowił nas fakt, że na tabliczce było: "301-319", a numeracja zaczynała się od 302, ale byliśmy twardzi i zwiedziliśmy całe skrzydło, zanim wróciliśmy pod strzałkę i poszliśmy w dokładnie przeciwną stronę...
Bingo! Pokój odnaleziony!...
Weszliśmy, zapaliliśmy światło, otworzyliśmy balkon, coby sztynk z pokoju wypędzić, sprawdziliśmy, co działa (lodówka - tak, lampki nocne - nie), obejrzeliśmy łazienkę i nagle światło zgasło.
- Co jest?...
Pstrykanie przełącznikami nic nie dało. Zastanowiła mnie jednakże plastikowa kieszonka tuż przy drzwiach...
- Daj klucz - powiedziałam do Wilczego. Posłusznie dał. Wsadziłam go w kieszonkę i... zapanowała jasność!...
- No też mi wynalazki!...
- Prych!...
Opanowawszy tutejszą technikę, wyruszyliśmy na poszukiwanie sklepu z napojami. Bo pić się chciało nadal potwornie, a przecież wody z kranu spożywać nie należy. Wyszliśmy z hotelu...
- O, tam powinien być jakiś sklep - Wilczy pokazał palcem w prawo i ruszył.
- Ciekawe, skąd wiesz - wymamrotałam pod nosem i polazłam za nim.
- No jak to? Nie poznajesz? Mieszkaliśmy tu obok przecież.
- Ta, mieszkaliśmy...
- No pięć lat temu. W tamtą stronę, tylko trzeba było iść tą ulicą obok.
Zwariował chyba. Plac budowy, syf, krawężniki jak domy, rozpędzone samochody, brak chodników, człowiek musi mieć oczy dookoła głowy, żeby przejść do sklepu, a on chce, żebym pamiętała jakieś sklepy i hotel sprzed pięciu lat??? W dodatku wtedy byłam atakowana cały czas przez Arabów i musiałam jeszcze od nich się opędzać!... Bogowie, co mnie podkusiło, żeby znów wrócić do Egiptu!... Chyba miałam zaćmienie umysłu!... A, prawda, nurkowanie...
Wilczy dotarł na drugą stronę ulicy, ucieszył się na widok apteki, polazł do bankomatu, wywlókł jakąś kasę, pokręcił głową taksówkarzowi (zaśmiałam się złośliwie: do hotelu poproszę...), zaciągnął mnie do apteki, nabył prochy na zemstę faraona (Antinal), powlókł mnie do sklepu, kupił dwie dwulitrowe butle napojów i pozwolił dossać się do jednej z nich natychmiast. Zanim wróciliśmy do hotelu, została w niej na dnie jakaś resztka. Potwornie chciało nam się pić...
Zakupy zostały skontrolowane na bramce wejściowej do hotelu przez coś w rodzaju ochroniarza, do pokoju wróciliśmy nadal schodami, nastawiliśmy budziki na 7.30 rano i padliśmy wreszcie do łóżek. Była 3 w nocy czasu miejscowego...

Wilczy komentuje:
No to znowu gdzieś razem lecimy :) Fajnie, ale...
- pierwszy raz arabski przewoźnik (a znając powszechne narzekania...)
- pierwszy lot Airbusem A320 (np. pierwsze modele miały problemy z elektroniką...)
- jak policzyłem, to miał być mój 13-ty lot!
Z takimi informacjami to nic, tylko skorzystać z kaplicy lotniskowej ;-)
Tym bardziej więc samolot i sam lot był dla mnie miłym zaskoczeniem. Maszyna, owszem, 10-letnia, ale w dobrym stanie. Standard... czarterowy i widać, że podróżują nią watahy wczasowiczów, ale ogólne wrażenie mw. takie jak w samolotach Centralwings (podobny wiek i podobny stopień zużycia). Załoga kabinowa całkiem sympatyczna (naprawdę bez zastrzeżeń). A same przeloty? O ile obydwa lądowania można ocenić nawet na 5 (także to w deszczu, po zmroku w Warszawie), to oba starty wręcz na 6 (choć nie wiem, czy to akurat tylko zasługa pilotów, czy może charakterystyka A320).



Nasz samolot (informacje dla maniaków):
- Airbus A320-233, s/n 743
- rejestracja: SU-LBG
- silniki IAE V2527-A5
- data dostawy: 25.11.1997
- przewoźnik: Lotus Air - http://www.lotus-air.com/

17 listopada, sobota, pierwszy dzień kursu

Budziki zadzwoniły dwa, przed zamawianiem budzenia w recepcji się powstrzymaliśmy, środek nocy, ale trzeba wstawać. Niemal spakowani zeszliśmy na śniadanie. Herbata i sok z pomarańczy, tak zwany szwedzki stół, do wyboru gotowane jaja, jakaś breja, inna breja, coś w rodzaju leczo i naleśniki, smażone na bieżąco.
- Nie mamy czasu na naleśniki - stwierdziłam z żalem, grzebiąc w półmisku z dwoma rodzajami wędliny. Obok stał taki sam półmisek z dwoma rodzajami sera. I jeszcze serek-papka do wymieszania z miodem lub marmoladą. Bułeczki, ciasteczka, wybierać było w czym, tylko czasu brakowało.
Zaopatrzeni w ABC (płetwy, maski, rurki), ręczniczki, krem do opalania, książkę, zeszyt, długopis, wodę do picia oraz suchą bieliznę do przebrania zeszliśmy do recepcji z nadzieją, że jednak po nas przyjadą. 8.30. Czekamy...
- Ten koleś chyba ma napisane na polarku Seva Divers - stwierdził niepewnie Wilczy na widok gościa wysiadającego z busika.
- No i?... - zapytałam inteligentnie.
- No to nasza baza nurkowa jest!...
Aha. Zapakowaliśmy się do busika, mamrocząc: "Hello!", potem okazało się, że w busiku są sami Polacy. I tak poznaliśmy Basię i Jurka, i jeszcze kilka osób, z którymi spędzaliśmy potem czas na łodzi.
Osobnym przeżyciem była jazda busikiem przez miasto. Podskakiwał na wybojach, jęczał i wył, kierowca co i rusz trąbił (na znajomych, ot tak, dla ostrzeżenia...) i pędził przez miasto z prędkością zdecydowanie nie całkiem bezpieczną. W końcu, zebrawszy po drodze wszystkich pasażerów (nie może zmarnować się ani jedno miejsce w busiku...), dojechaliśmy pod hotel Beirut, obok którego była pusta, robiąca smutne wrażenie działka, a na końcu dróżki prowadzącej do morza była miniprzystań, fragment nabrzeża z przycumowaną łodzią o wdzięcznej nazwie Alia. Oczywiście natychmiast przechrzciłam ją na Balia ;)
Towarzystwo zapakowało się na Alię, zdjęło buty i upchnęło je w półeczkach w kokpicie oraz rozlazło się po okolicy. Pojawił się wielki Arab z szopą rozjaśnionych od słońca, kręconych włosów i zaczął rządzić. Aha, to Tarek, właściciel tego interesu...
- Wy na kurs? Dobra, to chodźcie, pokażę wam, jak montować sprzęt...
W czasie kiedy reszta montowała swój sprzęt, Alia płynęła na rafy, my uczyliśmy się zakładać jacket na butlę, montować automat, nazywać jego poszczególne części (no dobra, Wilczy już wiedział, jak to się nazywa, ale on czytał wcześniej książkę, a ja nie). Niektóre z tych czynności wymagały użycia niezłej siły i nie dawałam sobie rady. Potem następowało dobieranie ilości balastu i wybieranie pianki, krótka pogadanka na temat tego, co będziemy robić pod wodą, i w końcu zatrzymaliśmy się przy jakiejś rafie.
Teraz był czas na briefing: Tarek szybko opowiedział, gdzie jesteśmy, jak wygląda tutejsza rafa, co można zobaczyć, jaka jest głębokość i przydzielił ludzi przewodnikom. Jak już wszyscy zanurkowali, przyszedł czas na nas.
- Ja nie skoczę - zapowiedziałam od razu i chyba na twarzy miałam wypisany ośli upór, bo nikt nie próbował mnie zmusić do skoczenia.
Pięciopunktowe sprawdzanie przed wejściem do wody, Wilczy skoczył, ja wlazłam, napompowany jacket utrzymywał mnie na powierzchni.
- Gotowi? - zapytał Tarek.
- Gotowi - potwierdziliśmy.
- No to schodzimy.
Szoku nie było, bo przecież mieliśmy już za sobą intro. Co prawda pięć lat temu, ale jednak. Wypuszczając powietrze z jacketu, powoli zanurzaliśmy się pod wodę, ściskając nos, wyrównywaliśmy ciśnienie. Swoją droga, nie bardzo sobie wyobrażam wyrównywanie ciśnienia za pomocą przełykania śliny - jak można cokolwiek przełykać z drugim stopniem automatu w gębie?!?...
Opadliśmy na dno i zaczęliśmy wykonywać ćwiczenia; najpierw pokazywał je Tarek, musieliśmy po nim powtarzać. Więc: wyjmowanie drugiego stopnia automatu z buzi, odrzucanie go i odnajdywanie na dwa sposoby, usuwanie wody z drugiego stopnia, wymiana drugiego stopnia na octopus... I do góry. Wilczy się jeszcze na chwilę zatrzymał, coś podniósł z dna i wypłynęliśmy. Potem okazało się, że wyłowił... kartę kredytową!...
Wynurzenie się z wody z całym tym ciężarem wymaga niezłego wysiłku, na szczęście na łodzi była silna i sprawna obsługa, pan chwycił mnie za butlę i pociągnął do góry, dzięki czemu dałam radę wydostać się na pokład. Najpierw na kolana, potem nawet udało się wstać i zdjąć z siebie całe mokre ustrojstwo. Znaczy akwalung ;-p
- Czerwona jesteś na twarzy - powiedział do mnie Tomek po zdjęciu całego tego bagażu.
- Tak, wiem, to od maski - stwierdziłam, nie przejmując się kompletnie, bo jak wiadomo, maska zostawia czerwone pręgi na człowieku.
- Nie, krew ci leci...
Aha. Pomaszerowałam do łazienki, no faktycznie, nos popuścił. To się zdarza, zresztą jestem niewyspana i pewno lekko osłabiona. Umyłam się porządnie i skorzystałam z prysznica, jak to dobrze, że mają tu słodką wodę i można się opłukać!...
Czas na obiad, po obiedzie chwila relaksu i płyniemy już w następne miejsce. Sytuacja się powtarza: nurkowie rekreacyjni schodzą pod wodę, po nich my, po omówieniu na powierzchni ćwiczeń. Tym razem ćwiczymy pokazywanie sobie najważniejszych znaków: brakuje mi powietrza, podaj mi powietrze. I korzystanie z cudzego octopusa. Ćwiczymy tez robienie pompek pod wodą, czyli regulowanie opadania/wynurzania się wyłącznie własnymi płucami, ćwiczymy zawisanie w toni nieruchomo. W końcu wynurzamy się, teraz musimy rozmontować sprzęt.
- Tarek, możemy zostawić tu maski i płetwy?...
- Pewnie. Znajdźcie tylko sobie jakiś kosz.
To jest dobry pomysł, nie będziemy musieli tego ze sobą targać. Wilczy i tak korzysta z płetw miejscowych, ja pływam we własnym sprzęcie. Włosy wkręcają mi się między rurkę a maskę i plączą niesamowicie mimo porządnego, ścisłego warkocza. Sztuką jest rozczesać je teraz. Trudno, zrobię to po ich umyciu w hotelu. Ale nie tak szybko do niego wrócę, na dziś mamy zaplanowane oglądanie filmu instruktażowego w bazie Seva Divers...
Przypłynęliśmy na miejsce, Tarek zapakował nas do swojego auta i przewiózł jakieś 500 metrów do bazy. Tam wypełniliśmy jakieś papierki, zamknięto nas w oddzielnym pomieszczeniu z komputerem i zapuszczono film, wyprodukowany oczywiście przez PADI. Na pocieszenie dostaliśmy herbatkę...

PADI
Professional Association of Diving Instructors jest amerykańską organizacją szkoleniową. Materiały szkoleniowe opracowane przez PADI są jedynymi słusznymi materiałami, przeznaczonymi - naszym zdaniem - dla tępych Amerykanów (nie obrażając inteligentnych Amerykanów, w końcu tacy chyba też istnieją?...). Istnieje jeden podręcznik do kursu, przetłumaczony (ha, ha, ha!...) na wszystkie możliwe języki, istnieje jeden film, na którym pokazane jest wszystko. Główną myślą przewodnią podręcznika i filmu jest: jeśli czegoś nie wiesz, zapytaj swojego instruktora PADI, jeśli czegoś nie masz, zgłoś się do najbliższego centrum nurkowego PADI. Nasi pomogą ci we wszystkim!... Poza tym na pewno musisz wypłukać wszystko słodką wodą. No i PADI ma kurs na wszystko!... Na wiązanie sznurowadeł pewnie też ;-p
Mieliśmy nadzieję, że skoro książka jest napisana dla debili, to wyjaśnienia też jakieś będą proste i przystępne, tymczasem niektóre kwestie nie są wyjaśnione w ogóle i bardzo, ale to bardzo nas to zmartwiło.


...podczas oglądania filmu ze dwa razy przysnęłam. Wreszcie film się skończył i mogliśmy jechać do domu. Hassan - całkiem przystojny przewodnik nurkowy - odprowadził nas do taksówki, zapłacił kierowcy i pożegnał się z nami. A my usiedliśmy dość niepewnie w środku i zaczęliśmy zastanawiać się:
- Ciekawe, czy będziemy musieli zapłacić jeszcze raz...
- Będziemy się kłócić!...
- Trzeba było zapytać Hassana...
Ogromne było nasze zdziwienie, kiedy kierowca podjechał pod hotel i grzecznie się z nami pożegnał, nie żądając dodatkowej zapłaty.
- Cywilizują się czy jak?...
Byliśmy głodni. Wściekle głodni, porządnie zmęczeni i potwornie śpiący. A kolacji jeszcze nie podają, bo... nie wiadomo, czemu. Za to jakiś zespół hałasuje w holu. Atrakcja dla turystów?...
Doprowadziliśmy się do porządku w pokoju i poszliśmy warować przed jadalnią. Tłum. Wpuszczać będą za jakieś pół godziny... Postanowiliśmy zrobić sobie krótki spacerek po okolicy, żeby nie zasnąć. Wreszcie zaczęli wpuszczać... Rzuciliśmy się do kolejki, najpierw zupka, trzeba czymkolwiek zapchać żołądki. Zupka zjedzona, ok, trzeba pilnować stolika i jednocześnie stanąć w kolejce po drugie danie. Jasssne... Zanim dopchałam się do drugiego dania, zdążyłam zapomnieć, że było jakieś pierwsze... Ja nabierałam na talerze, Wilczy zanosił do stolika. Zapiekanka ziemniaczana, ryż, inny ryż, breja, inna breja, ze 4 rodzaje mięska, oddzielnie cały stół sałatek i warzywek oraz deseru: mnóstwo różnych rodzajów ciast. No mniam :)
Jedzenie było naprawdę niezłe, zacierało nasze niezbyt smaczne wspomnienia sprzed pięciu lat. Ale czegoś byśmy się napili...
- Tam - pokazałam palcem okienko z boku sali. - Tam chodzą ludzie po napoje...
Wilczy dość niepewnie popatrzył w tamtą stronę...
- Dobra, to ja pójdę... Colę, tak?
- Tak.
Wilczy poszedł i go wcięło. Zdążyłam zjeść prawie całe, jak wrócił wreszcie, dumny z siebie, z dwiema colami w butelkach.
- Matko bosko!... Ależ ciężko było się z nimi porozumieć. Musiałem trzy razy powtarzać, że ma być cola. Nie tonik. Oni tam chyba bardzo słabo rozumieją ludzki język...
Kolacja wreszcie dobiegła końca, na deser wsunęłam jeszcze ze 4 kawałki ciasta (genialne!...), a potem wróciliśmy do pokoju i stanęliśmy nad flaszką. Lekarstwo to lekarstwo...
- Ale co?... tak bez popitki?... - spojrzałam niepewnie na Finlandię.
- Przecież ona smakowa jest. Dlatego taką wybraliśmy, żeby była smaczna sama z siebie.
- Ale to wódka!...
- No, właśnie dlatego jest szansa, że przeżyjemy faraona...
No trzeba, to trzeba. Chwyciłam flaszkę i napiłam się z gwinta odrobinę. No smaczna... No to jeszcze raz. I jeszcze raz, żeby było tego alkoholu odpowiednio dużo w organizmie. W ramach lekarstwa. Wykrzywiło mnie na lewą stronę, popiłam czymś tam i oddałam flaszkę Wilczemu. On zrobił dokładnie to samo, obowiązki odwalone, można iść spać. Padliśmy jak muchy...

18 listopada, niedziela, drugi dzień kursu

Pobudka o tej samej, makabrycznej porze. Na śniadanie poszliśmy tym razem z bagażami, żeby nie latać w tę i z powrotem. Do busika wsiadaliśmy już jak starzy znajomi ;) Basię, żonę Jurka, Tarek przechrzcił na Babcię. Okazało się, że Basia też robi kurs OWD, a jej mąż nurkuje od kilku lat i ona, żeby się nie nudzić w hotelu, postanowiła popływać razem z nim. Codziennie podczas podróży na łódź opowiadała nam, jakie jeszcze ćwiczenia nas czekają...;)
Dzień na Alii jak co dzień. Zlokalizowaliśmy swoje skrzynki, wypłynęliśmy, przeczekaliśmy briefing dla nurków z papierami, omówiliśmy swoje ćwiczenia i zeszliśmy pod wodę. Tym razem musieliśmy zdjąć maskę pod wodą, założyć ją i wydmuchać z niej wodę, co oczywiście po fakcie okazało się być łatwizną, ale ciężko było mi to zrobić pierwszy raz w życiu, w dodatku bojąc się o soczewki. Ćwiczyliśmy też usuwanie skurczu i pływanie z kompasem. I jeszcze jedno ćwiczenie, a właściwie orientacja, jak to jest, kiedy kończy się powietrze: patrzyliśmy na manometry (przyrządy pokazujące ciśnienie powietrza w butli), a Tarek zakręcał nam butle. Rzeczywiście dało się odczuć, że oddycha się trudniej. To idealny moment do spanikowania :)
Po obiedzie Tarek zapytał nas, czy mamy wypełnione testy na zaliczenie - powinniśmy przeczytać dwa rozdziały książki, każdy z nich jest zakończony testem.
- Nie - stwierdziliśmy chórkiem, niezbyt się przy tym kajając. - Musieliśmy się wyspać, 4 godziny snu to za mało...
Tarek tylko pokręcił głową i więcej już nie pytał o testy. Swoją drogą, wręczyliśmy mu je ostatniego dnia kursu wszystkie naraz.
Obiad na łajbie składał się z różnych rodzajów ryżu, makaronu, ziemniaków, surówek i dwóch kawałków mięska: albo były to skrzydełka, albo coś w rodzaju chorwackiego cevapcici - mielonego mięsa nadzianego na patyk jak szaszłyk. Do tego butelka coli lub fanty. Całkiem smaczne to było, muszę przyznać. Bez ograniczeń była kawa i herbata oraz woda. Po obiedzie - relaks, przepłynięcie na kolejne miejsce nurkowe i zabawa od nowa.
Tym razem na Alii było sporo osób na intro - pierwsze nurkowanie z przewodnikiem, taka zachęta, zobaczcie, jak jest fajnie, spodoba wam się, zapiszecie się na kurs i będziemy mieć z tego pieniążki. My zrobiliśmy intro pięć lat temu i rzeczywiście, od tego czasu temat kursu nurkowania powracał, ale z jednym zastrzeżeniem: tylko w Egipcie. Musi być rafa, musi być kolorowo i musi być dużo fajnych rybek!... Jeśli spędza się czas w hotelu, to taka wyprawa łajbą w morze jest zupełnie fajną odskocznią od egipskiej codzienności.
Briefing dla introwców przeprowadzała żona Tarka, Gosia. Patrzyliśmy lekko zafascynowani, mówiła im o wszystkim, pokazywała każdy fragment stroju, tłumaczyła, żeby nie przejmować się maską i tak dalej - jak do dzieci. A stado ludzi siedziało wpatrzone w nią baranim wzrokiem i widać było, że są całkiem spokojni. No, no, myśmy tak rozbudowanych informacji nigdy nie otrzymali...;)
Czekając na swoją kolej, sterczeliśmy na dolnym pomoście Alii i przyglądaliśmy się, jak introwcy są wciągani pod wodę. Obok nas nerwowo przestępowała z nogi na nogę pani, trzymając za rękę kilkuletnią dziewczynkę. W końcu zapytała:
- Bardzo przepraszam, mogłaby pani się zaopiekować moją córką?... Bo oni chcą, żebym ja już szła, a mąż ciągle gdzieś tam pływa, ja nie mogę jej tak samej zostawić!...
Spojrzałam w dół. No dziecko. Dziecko spojrzało na mnie. Moje uczucia do dzieci chyba nie są wypisane na twarzy, inaczej pani w życiu by się do mnie nie odezwała. Z dość niepewną miną zgodziłam się i pani - cała szczęśliwa - poszła nurkować.
Dziecko na szczęście okazało się być zupełnie spokojne i ciche, niczego ode mnie nie chciało, patrzyło tylko, jak jej mama usiłowała zanurzyć głowę pod wodę i kompletnie jej nie szło. No fakt, dla ludzi, którzy nie pływają, to może być problematyczne...
W końcu pani zrezygnowała z nurkowania i wyszła, i zostałam zwolniona z obowiązku pilnowania dziecka. Wilczy przestał się ze mnie śmiać, że jestem przedszkolanką...
Wreszcie przyszła nasza kolej. Tym razem ćwiczyliśmy oddychanie ze wzbudzonego automatu, oddychanie z jednej butli i kontrolowane awaryjne wynurzenie płynąc. To ostatnie chyba nie do końca mi wyszło, ale jednak Tarek mi zaliczył. Nie sprawialiśmy chyba zbyt dużo kłopotów :) Podczas przystanku dekompresyjnego Tarek wyjął automat z ust i pokazał mi język. Zrewanżowałam się mu natychmiast tym samym, a co!... Wilczy twierdzi, że pokraśniał z dumy w tym momencie, czego kompletnie pod wodą nie było widać, bo pod wodą wszystko jest niebieskie ;-p Trochę z niepokojem patrzyliśmy na nasze manometry, bo powietrza w butli zostało już bardzo mało, ale przystanek dekompresyjny musi być, zresztą w razie czego jesteśmy 3 metry pod powierzchnią...
Tym razem do hotelu wróciliśmy busikiem, ze wszystkimi, z Basią opowiadając sobie przeżycia dnia dzisiejszego. W hotelu pierwsze, co zrobiliśmy, to wzięcie prysznica. Lodowatego, dodajmy. Kiedy ja marzłam pod kiepskim ciśnieniem zimnej wody, Wilczy siedział w drzwiach od łazienki i czytał na głos książkę (podręcznik znaczy). Nagle, przy moim kolejnym szczęknięciu zębami, oznajmił:
- A to ciekawe, bo jak ja się myję koło północy, to woda jest ciepła...
- Nie denerwuj mnie - wyszczękałam. - Koło północy to ja już śpię...
- Może teraz wszyscy się myją?...
- Tak przed kolacją? To co, wszyscy w tym hotelu nurkują?!?... Niemożliwe...
Cudem udało mi się rozczesać kołtuna i mogliśmy pójść na kolację.
Przed restauracją tłum. Po sali kręciło się kilkunastu gości i ustawiało różne rzeczy.
- Ty, patrz!... - wysyczałam, przyglądając się bacznie. - Dziś będzie kolacja przy świecach!...
No full wypas i w ogóle szał ciał i uprzęży. Panowie roznosili świece i robili nastrój. No tak, niedziela...
Na stół z ciastami wjechał...
- Co to jest??? Królik?...
- Miś polarny...
- Ta, zobacz, jakie ma uszy!...
- No ciekawe... i cały biały?...
- Biała myszka!...
- Taka wielka?!?
- Muszę tego spróbować. Na pewno jest pyszne!...
Pani w drzwiach, wyglądająca na Rosjankę, cierpliwie tłumaczyła, że jeszcze nie wpuszczają. Jeszcze 15 minut. Może 20. Generalnie diabli wiedzą.
- Głodna jestem. Zaraz im się tu przyssam do szyby...
Plątaliśmy się po holu. Po drugiej stronie wind były sklepiki, więc poleźliśmy tam. Z daleka usłyszeliśmy:
- Hi, where are you from?
- From Poland...
- A, cześć, jak się masz!...
No tak, typowa reakcja.
- Ja mówię po polsku!... Chodź, zobacz mój sklep, mam tu dużo rzeczy, nie musisz nic kupować. A obok mam sklep - złoto, srebro, co tylko chcesz! - to ostatnie zdanie było ewidentnie do mnie.
- Nie chcę złota, nie chcę srebra, chcę jeść - wyjęczałam do młodego Araba, który koniecznie usiłował nam pokazać sklep. Arab popatrzył na drugą stronę holu.
- No, zaraz będzie kolacja, za chwilę.
- No ja wiem, tylko od 20 minut mówią, że będzie za 15!...
Zaczęliśmy oglądać zawartość sklepu z pamiątkami i oczywiście utknęliśmy przy tytoniu do shishy. Natychmiast zaczęłam szukać jabłkowego i go nie znalazłam. Pogaworzyliśmy jeszcze z Arabem, który w sumie okazał się być całkiem sympatyczny, i w końcu otworzyli jadalnię...
Tłum się rzucił.
My też.
Udało się wepchnąć w kolejkę, zająć stolik, zanieść tam zupy i upolować drugie danie. Tym razem po sali chodził pan i pytał, co chcemy do picia. Wczoraj pewnie też chodził, ale byliśmy bardziej niecierpliwi...
- Dwie cole - zadysponował Wilczy i zastanowił się półgębkiem: - Ciekawe, ile pan sobie policzy...
- Powinien 10 tych ich śmiesznych pieniędzy... - odparłam, oglądając kartę napojów.
- Powinien...
Pan chwilę później przyniósł nam dwie cole w puszkach i dwie słomki. I poszedł sobie. No dobra...
Następnie przyszedł inny pan i przyniósł nam rachunek. Położył karteczkę na stole i sobie poszedł. Na karteczce ewidentnie było napisane: 10.
- Patrz. Może się trochę ucywilizowali?...
- Jest jakaś szansa...
Wilczy przygotował 11 funtów i dał panu do ręki, dziękując uprzejmie. Pan zgiął się w ukłonach i poszedł sobie precz z zadowoloną miną. Niesamowite...
Owa biała myszka okazała się być wielkim ciastem z kremem na wierzchu. Genialna. Oczywiście nie poskąpiłam sobie smakołyków.
- Przeginam - stwierdziłam przy trzecim kawałku ciasta.
Pięć minut później Wilczy, przy drugim kawałku ciasta:
- Przeginam...
Wytoczyliśmy się z jadalni, ciężko popatrzyliśmy na schody i bez słowa zaczekaliśmy na windę. W pokoju padliśmy na łóżka.
- Dogorywam...
- Ta... Zmęczony, połamany, najedzony, same nieszczęścia!...
- Ty nie gadaj tyle, tylko wyciągaj flaszkę i rób drinka...
- Ciekawe w czym. Nie mamy ani jednego kubka.
- Fakt, w sklepie też nie było...
Wilczy zniknął w niewiadomym celu w łazience. Jakiś czas później wrócił ze szklanką od zębów.
- Umyłem ją!... Naprawdę!... Poza tym to i tak zdezynfekuje... - stwierdził, nalewając wódki do szklanki.
- No dobra, ale co teraz?... Sok?... On jest jakiś... dziwny. A wódka jest cranberry. Generalnie te dwa smaki do siebie kompletnie nie pasują!...

- Trudno. Co robić. Pij... - podsunął mi szklankę. Co było robić? Wypiłam ;-p
Usiedliśmy nad książką, w końcu trzeba ten materiał podgonić. Rozwiązujemy testy. Pytanie brzmi: co zrobić, jeśli pod wodą spotka się niebezpieczne zwierzę?... Wilczy znalazł rozwiązanie:
- Wyjść z wody, wziąć karabin maszynowy, wrócić i pokazać temu sukinsynowi, kto tu rządzi!...
Aha. Zaczęła się głupawka...
Nagle okazało się, że drink się skończył, więc Wilczy dorobił ciąg dalszy. I tak sobie siedział z tą szklaneczką w ręku. Wyciągnęłam prawicę:
- Dawaj.
Spojrzał na mnie niewinnie i odwalił megaściemę.
- Ej no!... - zdenerwowałam się i pokazałam gest: podaj mi powietrze. Wilczy dostał ataku śmiechu i oddał mi szklankę...
Jakiś czas później ewidentnie zaczęła nam przeszkadzać muzyka dobiegająca zza okna.
- Słuchaj, zamawiałeś radio?...
Wilczy podniósł głowę, spojrzał mętnym wzrokiem w kierunku balkonu.
- Mamy granat?...
Muzyka ucichła. Uczyliśmy się dalej, póki nie padliśmy...

Ĺťeby obejrzeÄ? ten filmik pobierz Flash Player.

19 listopada, poniedziałek, trzeci dzień kursu

Tego dnia było nas tak wiele, że płynęliśmy dwiema łodziami, my właśnie na tej drugiej, nazywała się Maximilian. Najpierw nastąpiło przenoszenie rzeczy z jednej łodzi na drugą, potem Maximilian popłynął za Alią. Jak zwykle stanęliśmy obok kilku innych łodzi przy kawałku rafy. Podczas płynięcia siedzieliśmy w kokpicie i czytaliśmy książkę, żeby nadgonić materiał. Naprzeciwko siedział gość z obsługi, patrzył na nas z szerokim uśmiechem i w końcu zapytał Wilczego:
- Ona jest twoją nauczycielką?... Bo czyta ci książkę...
Jasssne. Wilczy w odpowiedzi, uśmiechając się uprzejmie, zrobił mu zdjęcie. Na co gość oznajmił:
- Aj łont tu voodoo.
Że co?!?...
- Aj łont tu voodoo - powiedział gość jeszcze raz, pokazując tym razem palcem na nas. Ekhm... Jakie, do licha, voodoo?!?... - Ju mejk mi voodoo end aj łont tu.
Aaaa, photo!... Matkobosko.
- Jasne. Sure. No problem, but give us your e-mail...
Ufff. Jednak najlepiej po angielsku rozmawia się z Polakami, oni przynajmniej mówią wyraźnie ;-p
Łajba przycumowała do Alii, nastąpiło zamieszanie spowodowane ponownym przenoszeniem rzeczy, Tarek zawołał nas na briefing. Dziś do nas miało dołączyć młode małżeństwo, które też zdecydowało się na kurs. Okazało się, że pływali też na Pogorii i w Chorwacji byli z Korbą w tym samym czasie co my. Niemal ciągle się na siebie natykaliśmy do tej pory, a spotkaliśmy się w Egipcie...
Ona była lekko blada, on nie mógł się doczekać. Tarek zaprosił nas na briefing:
- Do budy!...
No dobrze, przeleźliśmy na Alię, weszliśmy do kabiny. Tarek pokazał na mnie palcem i powiedział do świeżej kursantki:
- Nie martw się, ona też tak wyglądała dwa dni temu.
Jasne, dzięki ;-p
Dowiedzieliśmy się, co będziemy dziś robić, oni też, zarzuciliśmy sprzęt na siebie i napluliśmy na maski. Od dawna wiadomo, że jest to jedyny właściwy sposób na to, żeby maski nie parowały pod wodą - trzeba do nich napluć, rozsmarować to po całym wnętrzu, wypłukać i założyć na siebie. Tak, brzmi to obrzydliwie ;) Są także preparaty, którymi się psika szkło masek i one podobno pomagają. Nowi kursanci spojrzeli na nas z obrzydzeniem, na nasze zaplute maski...
- To działa, dzięki temu nie będą wam parować maski, radzimy też tak zrobić - powiedziałam uprzejmie, bo ja generalnie dobrą duszą jestem i chcę pomagać innym. Odezwał się małżonek:
- My mamy preparat, najlepszy, jaki jest. Też nam nie będą parować maski.
Ok, jak sobie życzycie, nam szkoda pieniędzy na preparaty...
Wleźliśmy do wody. Tym razem zdecydowałam się wskoczyć, Tarek wreszcie przestał się ze mnie śmiać, no dobra, dało radę, wystarczyło tylko trzymać maskę i automat, nawet specjalnie zimna nie poczułam, pianka jest fajna, grzeje :) Ok, znaleźliśmy się w wodzie we czwórkę plus Tarek. Odpłynęliśmy kawałek, Tarek zszedł ze mną i małżonkiem pod wodę, posadził nas na dnie i wrócił po Wilczego i żonę.
...jakiś czas później obok mnie pojawił się Wilczy. Małżonkowi kompletnie zaparowała maska, ale pod wodą ciężko powiedzieć: "A nie mówiłam? ;-p". Siedzieliśmy grzecznie na dnie we trójkę, zaczęło nam się nudzić, obejrzeliśmy sobie kawałki rafy widoczne dookoła, dno, zawiśliśmy w toni i czekamy. W końcu dotarł do nas Tarek, sam. Aha, żona nie dała rady, no dobra. Krótkie ćwiczenia dla małżonka, potem my - tym razem musieliśmy przepłynąć 15 metrów bez maski. Ustaliłam na powierzchni z Tarkiem, że nie będę otwierać oczu, więc bardzo proszę, przepłynę, ile on chce, ale musi mnie trzymać za rękę i dać mi znać, że już mogę maskę założyć. Tak też się stało, tym razem nie miałam problemu z założeniem maski i wydmuchaniem z niej wody. Musieliśmy jeszcze zdjąć i założyć z powrotem pas balastowy oraz jacket z butlą. Z pasem nie było dużych problemów, chociaż swoje ważył, nawet pod wodą, ale udało się. Z jacketem był większy problem, bo skubany uciekał na powierzchnię i ciężko było go założyć z powrotem na siebie, ale udało się. Te same ćwiczenia musieliśmy powtórzyć na powierzchni: zdejmowanie i założenie pasa balastowego i jacketu, pompowanie jacketu ustami oraz w ramach bonusu holowanie nurka - czyli Tarka - do łodzi dwoma sposobami. Matko bosko, okazało się, że to dość wyczerpujące zajęcie jest...
Po wyjściu Wilczy opowiedział mi, co się działo na powierzchni, jak my już zeszliśmy pod wodę.
Żona (nieumiejąca pływać notabene) dała się przekonać do wsadzenia głowy do wody, oddychanie nie sprawiało jej problemów, patrzyła sobie w morze, tylko tak była skupiona na oddychaniu, że nie kontrolowała kompletnie świata poza tym. Najpierw Tarek, potem Wilczy usiłowali ją zmusić do machania nogami, żeby przepłynęła kawałek samodzielnie. Żeby zaczęła się ruszać. Ale ona kompletnie ogłuchła. Wilczy do niej mówił, krzyczał, stukał ją w ramię, nic kompletnie. Podniósł jej rękę, wyjął ją z wody, puścił, ręka opadła bezwładnie... Zero kontaktu. W takiej sytuacji nie dało rady kontynuować...
Tymczasem pojawiły się delfiny, wywołując natychmiastową reakcję tłumów na wszystkich łódkach: ludzie rzucili się najpierw po aparaty fotograficzne, a potem na pokład. Nawet obsługa, czyli Arabowie, wołała po polsku: "Delfiny!..." ;)
Ale po kąpieli trzeba się spłukać. Łazienka na Maximilianie pozostawiała dużo do życzenia, przeleźliśmy więc na Alię i skorzystaliśmy z prysznica. Przydybał nas na tym Tarek:
- A co wy tu robicie? To nie wasza łódź!...
- Y...
- Chyba zrobię listę czułości Tarka... - stwierdziłam, płucząc włosy.
- Nie zapomnij o Babci - dodał Wilczy, sam jeszcze nie wiedząc, że został Łysym.
Zaraz potem rozgorzała dyskusja na temat odległości.
- No bo jak się ocenia odległość pod wodą? - dopytywałam się upierdliwie. Na własną zgubę. - No przecież chyba nie na oko?!?...
- Na oko to... - Tarek odsunął się trochę dalej. - Na oko to tak... 75B.
Zatkało mnie. No dobra, ok, trafił, ale na litość boską!...
- Ale tak z daleka... to wiesz... z daleka to płaszka...
- Dajcie mi coś ciężkiego - miotnęło mną. - No dajcie, niech mam czym rzucić!...
Nie dali. Tarek żyje. Niemniej jednak od tej chwili zostałam płaszką.
Po obiedzie popłynęliśmy na następne miejsce do nurkowania. Po zacumowaniu najpierw dostaliśmy ochrzan, że nie zmieniliśmy sobie butli ("No to już, szybko, szybko!..."), potem zostaliśmy zagonieni na briefing ("Do budy!..."). Po czym okazało się, że płyniemy z Hassanem. Normalnie. Ok...
Tym razem na nurkowanie Wilczy wziął aparat, pamiętny sytuacji sprzed 5 lat nie wskakiwał z nim, podałam mu go, jak już był w wodzie. Pięć lat temu podczas uderzenia aparatem o wodę odskoczyła blokada pojemnika na baterie i w rezultacie zrobiliśmy tylko jedno zdjęcie pod wodą...
Podczas nurkowania rekreacyjnego każdy ma swojego partnera i pływamy razem. Zasady ustalone są przed wejściem do wody, wiadomo, że trzymamy się przewodnika, ale w razie zgubienia wynurzamy się i spotykamy się na powierzchni. Będąc już w wodzie, ustalamy, czy wszystko jest OK i na znak przewodnika zanurzamy się. No i...
Fajnie było tak płynąć z innymi i rozpoznawać pod wodą, kto jest kto. Wreszcie zaczęliśmy porządnie oglądać podwodny świat - kolorowe rybki, roślinki, zwierzątka. Jak któreś z nas widziało coś fajnego, pokazywało natychmiast temu drugiemu. Trafiliśmy na węża morskiego. Rybki raczej się nas nie bały, uznawały nas za dziwne stworzenia pływające, ale nie pozwalały podpływać zbyt blisko i niekoniecznie cieszyły się, kiedy wyciągaliśmy w ich strony ręce.
Byłam trochę kiepsko wyważona, bo zmieniłam piankę na długą, a nie dołożyłam balastu i ciągnęło mnie w górę. Raz mnie wyniosło na powierzchnię, na szczęście zanurzenie było niewielkie, więc bezdekompresyjne, ale obiecałam sobie solennie, że jutro dołożę kostkę balastu.
Co jakiś czas sprawdzaliśmy manometry, pilnowaliśmy ilości powietrza w butli, wiadomo, lepiej mieć to pod kontrolą. Nie wiadomo, kiedy minęła godzina i wynurzyliśmy się, tym razem porządnie, z przystankiem dekompresyjnym.
Tarek spojrzał na nas, skrzywił się i oznajmił:
- Nawet nie mam za co ich opieprzyć, podobno dawali sobie radę...
No cóż ;-p
Zdejmowanie mokrej pianki nie należy do przyjemności, tym bardziej, jeśli wieje wiatr i wcale nie jest superciepło. Dlatego trzeba to robić szybko i od razu się gdzieś schować... a zaraz potem napić się gorącej herbaty.
- Do tej herbaty przydałyby się batoniki... - spojrzałam z nadzieją na Wilczego. Kupiliśmy przecież batoniki specjalnie w tym celu...
- Aha - Wilczy spojrzał z nadzieją na mnie.
- Aha - stwierdziłam zrezygnowana. - Zostały w lodówce...
Jak to po nurkowaniu ? na łodzi komentuje się to, co się widziało pod wodą. Okazało się, że druga grupa widziała murenę. Pooglądaliśmy zdjęcia i filmiki kręcone przez Wilczego, poleźliśmy do steru. Obsługa wydawała się być dość skupiona, słońce powoli zachodziło, Alia płynęła przed nami. Dowiedzieliśmy się, że tu jest wąskie - czterometrowe tylko - przejście w rafie i musimy się w nim zmieścić. No dobra... Zabrzmiało to groźnie, ale udało się bez problemu :) Dopłynęliśmy do brzegu, idąc do busików zatrzymaliśmy się, bo pojawiła się masa kotów. Jak wiadomo, koty fajne są i koniecznie trzeba im zrobić zdjęcie, co też natychmiast uczyniliśmy. Nowi kursanci zatrzymali się przy nas. Popatrzyli z lekką pogardą i ona się odezwała:
- Tak, tak, zrób mu zdjęcie, w Polsce nie ma przecież kotów...
Warknęło we mnie coś, ale nie odpowiedziałam.
- W Polsce nie ma kotów - powtórzyła panna. Nie wytrzymałam tym razem.
- Wiesz, ja lubię koty - powiedziałam w jej kierunku. A do Wilczego niecenzuralnie skomentowałam sytuację.
- Chyba jej bardzo, ale to bardzo nie lubię. Może jest zazdrosna o to, że my sobie radzimy z nurkowaniem?...
Zapakowaliśmy się w busiki, Basia powiedziała, że ona już jutro nie będzie pływać, dość ma, musi odpocząć, ale może byśmy się wybrali na piwo?
- Bardzo chętnie :) To umówimy się jutro z Jurkiem.
Jak zwykle prysznic, potem poszliśmy rzucić okiem na najbliższą okolicę. Tuż obok był sklep nurkowy, do którego natychmiast weszliśmy. Korzystając z zamieszania, jakie robiło tam stado Rosjan, obejrzeliśmy sobie wszystko bardzo dokładnie.
- Och, jaka ładna koszulka - zaświergotałam, wpatrzona w wieszak.
- Aha, faktycznie - przytaknął mi Wilczy. Spojrzałam na niego. Był wpatrzony w zupełnie inną koszulkę...
Wycofaliśmy się w końcu ze sklepu i powędrowaliśmy drugą ulicą do hotelu. Poszliśmy kawałek dalej, zobaczyć hotel, w którym mieszkaliśmy poprzednio. Okazało się, że jest teraz w remoncie...
- No i dobrze. Za to szkoda, że nie ma naszego Coffee Shopu...
- Ciekawe, co się stało z Ali Babą...
Czas na kolację, wróciliśmy więc do hotelu z drugiej strony i... zgubiliśmy się natychmiast.
- Zaraz, zaraz, gdzie tu jest recepcja?...
W końcu trafiliśmy do schodów i do holu właściwego. Okazało się, że byliśmy poziom niżej...;)
Do kolacji została jeszcze chwila, więc wróciliśmy do pokoju. Zatrzymałam się przy łóżku, bo nagle dojrzałam...
- Telewizor!!!... My mamy w pokoju telewizor?!?...
- Od początku przecież tu stoi...
- Niemożliwe. Nie widziałam go do tej pory...
- Chcesz powiedzieć, że dopiero po trzech dniach pobytu tutaj zauważyłaś, że tu stoi taki gigantyczny telewizor?...
- Na to wygląda...
Yhm...
Tym razem kolacja była przy normalnym oświetleniu, znów zamówiliśmy colę, zjedliśmy szybko, dopchaliśmy się ciastem i wróciliśmy się uczyć. Siadamy nad książką, ale przecież jeszcze lekarstwo...
- Wyciągaj flaszkę i rób drinka - powiedziałam do Wilczego. - Albo nie, walniemy tylko czystą, nie chce mi się tego pić.
- No, mi też. Jak widzisz, nie jestem alkoholikiem, momentalnie zrezygnowałem z pomysłu robienia drinka - oznajmił Wilczy, wyciągając Finlandię z lodówki. Zastanowiłam się przez chwilę, co będzie, jak nam ta wódka zostanie. Przecież nie przywieziemy jej z powrotem!...
- Ble. Lekarstwo... - mruknął Wilczy, otwierając butelkę. Skrzywiliśmy się oboje.
- Widzisz, ale być może dlatego właśnie nie mamy rozwolnienia...
- Nie zapisuj tego!... Jak ja to kumplom pokażę!... - wrzasnął Wilczy, wpatrując się w moje bazgroły. - Nie wiem, co tam napisałaś, ale jak przesadzisz, to cię wypłuczę w słodkiej wodzie!...
Przejęłam się. Naprawdę ;-p
We wtorek miał być ostatni dzień kursu z egzaminem. Przysiedliśmy więc do książki. Dopadła nas oczywiście głupawka...
- ...kodu flagowego alfa - przeczytałam.
- Co? Alfa? A nie alfa!...
- A to nie to samo? Alfa, beta...
- Brawo...
- Charlie, delta...
- No może i tak, ale będę narzekał!...
- Na co?!? Wilczy? Na swoje lokalne centrum nurkowe PADI? Ty heretyku!...
Uczymy się dalej, doszliśmy do zanieczyszczonego powietrza i znów dostaliśmy głupawki na temat powietrza zanieczyszczonego w toalecie...
- Nurka oddychającego zanieczyszczonym powietrzem można rozpoznać po krwistoczerwonych wargach i łożyskach paznokci - przeczytałam. Oczywiście natychmiast zaczęliśmy oglądać swoje paznokcie. Dało się usłyszeć cichutkie: "O cholera..." i razem zaczęliśmy je czyścić...;)
- Dekompresja: DCS. - przeczytałam. - DCS? To są EPS-y z piątym kanałem!... - Myślisz, że można zachorować na PDF-a, albo na JPG-a?... Ktoś ma HIV-a, ktoś ma GIF-a - skomentował Wilczy.
Dokończyliśmy książkę, przerobiliśmy po jednym ćwiczeniu z tablicami i padliśmy spać. Jednak ciągle tego snu było za mało...

20 listopada, wtorek, czwarty dzień kursu

W busiku spotkaliśmy tę samą ekipę - Jurka (dziś bez Basi), Justynę. Coraz bardziej czuliśmy na sobie ciężar nadchodzącego egzaminu, ale nie na tyle nerwowo, żeby się nie rozstawać z książką :) Dziś pływamy na Balii, czyli: wreszcie w domu ;)
Jak starzy wyjadacze po wejściu na łódź zaczęliśmy przygotowywać sprzęt. Wieje dość silny wiatr, więc dochodzę do wniosku, że może by tak założyć dwie pianki: długą, a na wierzch krótką, zaczynam więc nerwowo szukać pasujących do siebie (i do mnie) dwóch pianek. Po wielokrotnym zmacaniu cudzych, prywatnych pianek kompletuję strój dla siebie i upycham go w skrzynce. Jeszcze mała czarna i briefing.
Po briefingu Tarek wypowiada swoje zaklęcie:
- No to... ubierać się i do łóżka!...
- To chyba rozbierać się - ktoś prostuje.
No to się ubieramy.
Okazuje się, że to nie jest takie proste naciągnąć na siebie dwie pianki tego samego rozmiaru. Nie daję rady. Dostaję zatem krótką piankę o rozmiar większą, dokładam sobie pół kostki balastu i wskakuję do wody. Pływamy z Hassanem.

Po sprawdzeniu, czy wszyscy są ok, sparowaniu ludzi, schodzimy pod wodę. Wilczy oczywiście z aparatem, ja jednak się nie zdecydowałam na aparat, wystarczy jego sprzęt... Oglądamy sobie spokojnie podwodny świat, aż nagle... delfiny!... Z niebieskiej toni wyłania się para delfinów, jeden z nich trzyma coś w pysku, pewnie rybę. Przepływają obok nas, pokazując nam, jakie są wielkie, gwiżdżą i odpływają. No, to było przeżycie!...;)))
Kilkanaście minut później delfiny pojawiają się jeszcze raz, ale już na krótko. Niemniej jednak bardzo nam się zrobiło miło :)
Po wyjściu z wody czas na krótki odpoczynek i grzebnięcie w książce jeszcze. Na wszelki wypadek przeglądamy najważniejsze fragmenty, oddajemy Tarkowi wypełnione testy z książki, dostajemy do wypełnienia testy zaliczające, wypełniamy je szybko. Czas na obiad i przepłynięcie w inne miejsce. W ogóle nie czuję, że będzie jakiś egzamin czy coś. Luz, słońce, wiatr, sól i delfiny.
Drugie zejście pod wodę niestety było bez delfinów, ale też było miło. Znów nurkujemy razem z Hassanem, bardzo miło się z nim pływa. Okazuje się jednak, że mam za mało balastu w stosunku do ilości pianki na grzbiecie i mam kłopoty z utrzymaniem się pod wodą - jeśli będziemy nurkować jeszcze jutro, koniecznie muszę dołożyć całą kostkę balastu, bo ciągle walczę z tym, żeby się nie wynurzyć...
Czas mija, wracamy na powierzchnię. Nie zdążyłam jeszcze porządnie odetchnąć po wyjęciu z ust automatu, a Tarek z łajby już woła:

Ĺťeby obejrzeÄ? ten filmik pobierz Flash Player.

- Wyłaźcie szybko, egzamin macie!...
O bogowie!... No tak, zdążyłam zapomnieć :)
- A te zaliczenia jak wypadły? - pytam jeszcze, ściągając na wietrze piankę. Brrr, ale zimno!...
- Jestem w szoku, zero błędów - mówi Tarek niezadowolonym tonem, ale się uśmiecha. No tak ;)
Wychodzimy z wody, ja ze zdecydowaną pomocą panów z obsługi, rozbieramy się i siadamy w mesie. Dostajemy do wypełnienia testy i Tarek tym razem nas rozsadza, żebyśmy od siebie nie ściągali. No dobra, nie to nie. Rozmawiam jeszcze przez chwilę z Gosią, potem zabieram się za testy i rozwiązuję. Generalnie mniej więcej daję radę, chociaż przy kilku muszę się zastanowić. No i docieramy do tablic, proste zadania z tablicami rozwiązuję bez problemów, przy trzykrotnych nurkowaniach zaczynam się gubić, rozwiązuję więc resztę z postanowieniem powrotu do tych tablic. W międzyczasie Hassan robi porządek ze skrzynkami ze sprzętem, Wilczy rzuca testy i idzie mu pomagać, żeby uporządkować nasze rzeczy. Umawiamy się, że przyjdziemy jeszcze jutro, na ostatni raz.
Rozwiązane wszystko, idę więc do Tarka z tablicami:
- Słuchaj, nie mogę sobie z tym poradzić.
Siadam obok niego, on rysuje na kawałku papieru szybko wykresik i pyta mnie o odczyty z tablicy. Kierowana jego pytaniami znajduję wszystko w tej zakombinowanej tabeli i zaznaczam właściwy kwadracik. Tarek niemal wyrywa mi testy z ręki i od razu zaczyna sprawdzać. Wiem, że mam jeden błąd jeszcze w tablicach, ale już nie chcę mu tego zabierać, może dam radę tak czy siak to zdać...
Jakieś 30 sekund później już wiem - trzy błędy, zaliczone ;) Wilczy nie zrobił żadnego błędu, Tarek znów potwornie niezadowolony. Sprawdziłam, co zaznaczyłam źle. Tarek w tym czasie wypisał nam papiery, świstek tymczasowy i papier, który należało wysłać do PADI ze zdjęciami, zgłoszenie do certyfikatu. A potem nastąpił moment kulminacyjny, czyli walenie płetwą po tyłku :) Cała mesa miała wielki ubaw z naszych wypiętych tyłków, jeszcze nieubranych, bo nie mieliśmy kiedy. Trzask płetwy o pośladki wywołał salwę śmiechu oraz zaczerwienienie owych pośladków. Teraz mogliśmy się wreszcie ubrać i pozabierać zabawki, a Balia już cumowała...
- My chcemy jeszcze jutro - zgłosiliśmy się do Tareka.
- Dobra, to przyjedzie po was busik.
No i ok.
- A ja chcę dziś do Hard Rock Cafe - zamamrotałam. - Trzeba to przecież opić!...
- No dobra. Już dziś nie musimy zakuwać, to możemy pójść...
- Albo pojechać...
Mniej więcej ustaliliśmy, ile powinna nas kosztować taksówka, wróciliśmy do hotelu i w pokoju przeżyliśmy ciężki szok.
Na moim łóżku siedział sobie wielki, biały, obsypany płatkami kwiatów - ptak. Jak już ochłonęliśmy ze zdumienia i zaskoczenia, jak sprawdziliśmy, że on jest naprawdę z ręczników ułożony, zaczęliśmy się zastanawiać, co to za ptak. Wyszło nam, że łabędź, ale właściwie to diabli wiedzą, bo nie identyfikował się z niczym. No niezły szał!...
Podczas kolacji podszedł do nas kelner od roznoszenia napojów i zapytał:
- Dwie cole?
No proszę, jak miło, zapamiętał!... ;)
Po kolacji wywlokłam Wilczego z hotelu.
- Hard Rock Cafe - mamrotałam pod nosem złym głosem, zmęczona cokolwiek i śpiąca. - Opić trzeba... W ogóle to ja chcę znaczek z Hard Rock!... Idziemy!...
Na podstawie małej mapki, wywleczonej z jakichś materiałów reklamowych, ustaliłam, gdzie mniej więcej knajpa jest i poszliśmy na południe. Nie brzegiem morza, bo byłoby dalej, tylko drogą w głębi lądu. Na razie na piechotę, ze świadomością, że taksówek tu skolko ugodno i w razie czego złapiemy jakąś i podjedziemy. A na razie mamy ochotę się przejść...
Szliśmy i szliśmy, obserwując ruch uliczny i kwestię używania świateł w autach. I tak chyba - w porównaniu do sytuacji sprzed pięciu lat - tych świateł używało więcej kierowców. Trafiliśmy na miejscowe centrum handlowe, kolejne hotele, kawałek pustyni z wielką górą piachu, przed którą była zbudowana ściana z ułożonymi kafelkami obrazami, niewątpliwie artystycznymi...
Po jakimś czasie wleźliśmy w coś jakby bardziej luksusową dzielnicę. Minąwszy chłopaków grających w piłkę na ulicy, przeszliśmy porządnym deptakiem. Czułam, że to powinno być już niedaleko. Powoli marzłam i zaczynałam być bardzo porządnie zmęczona. Zamarzyło mi się ciepłe łóżko...
Dotarliśmy do mapki ulicznej - jednak cywilizacja!... Okazało się, że faktycznie, biorąc pod uwagę drogę, którą już przeszliśmy, do Hard Rock Cafe jest już blisko, acz jeszcze trzeba kawałek się przejść. No dobra, idziemy, lekko marznąc dalej.
Minęliśmy najbardziej wypasione chyba hotele w Hurghadzie, w luksusowej dzielnicy dla bogaczy i w końcu pojawił się neon - wreszcie!... Weszliśmy do środka. Ciepło, właściwie duszno. Znaleźliśmy stolik w niszy, okazało się, że jest dla niepalących, co nie robiło większej różnicy, skoro przy wejściu do niszy stała wielka popielniczka, a zaraz za nią było wejście do akustyka, który nie rozstawał się z papierosem. Dostaliśmy piwko i oklapliśmy...
...jakiś czas później zapłaciliśmy za piwko i poszliśmy do sklepiku po znaczek.
- Nie wiem, jak to się nazywa - stwierdził Wilczy.
- Pin - oznajmiłam leniwie, urywając ziewanie.
- E...
Sprawę załatwiłam zatem kompromisowo - wymamrotałam do pana za ladą, że ja chcę "o, to!", a pan na to odpowiedział: "pin!". Uśmiechnęłam się, palcem pokazałam, który mnie interesuje, Wilczy zapłacił i mogliśmy sobie pójść :)
- Żadnych spacerków - zapowiedział mi Wilczy, jeszcze zanim dobrze wyszliśmy z knajpy.
W naszą stronę już biegł taksówkarz.
- Żadnych - zgodziłam się bez entuzjazmu, bo zmęczenie dało o sobie znać.
- Taxi - powiedział taksówkarz, młody chłopak.
- Taxi - zgodziliśmy się. - Sekalla, hotel Roma, ok?
- Ok, jasne, wsiadajcie, wszędzie was zawiozę - zagadał nas taksówkarz. - Skąd jesteście? - padło sakramentalne pytanie.
- Z Polski. Ale za ile nas zawieziesz?...
- O, to daleko jest, 10 kilometrów!... Polska, jak się masz!...
- Tak, dobrze się mam, jak to 10 kilometrów, przecież przyszliśmy stamtąd dopiero co...
- Skąd? Z Sekalli? Niemożliwe!... To daleko!...
- My lubimy chodzić :)
- Nie wierzę, to za daleko!...
- No naprawdę przyszliśmy, teraz jesteśmy zmęczeni, dlatego chcemy wrócić taksówką... To za ile nas tam zawieziesz?
- 3 funty za kilometr. 10 kilometrów.
- Nie ma dziesięciu, niemożliwe...
- Jest, jest. Możemy wyłączyć licznik, sami zobaczycie na tym liczniku kilometrów, że jest 10!...
- Ten licznik to on też może mieć przekręcony... dobra, jedźmy, zmęczona już jestem maksymalnie...
- Co ona mówi? Co ona mówi? - dopytywał się taksówkarz Wilczego, bo ostatnie zdanie mamrotnęłam po polsku.
- Nic takiego, dobra, jedźmy!...
Pojechaliśmy. Po drodze prowadziliśmy jakąś niezobowiązującą konwersację, dojechaliśmy pod hotel, faktycznie wyszło 10 km. Niezły kawał przeszliśmy... No i zaczęło się targowanie o cenę.
- Wy dacie mi 100 funtów, a ja wam dam tyle - powiedział taksówkarz, odliczając 70 funtów. Byliśmy gotowi zgodzić się na tę cenę, ale może niekoniecznie w ten sposób - Wilczy pokazał mu 50 funtów.
- My damy ci tyle, a ty wydasz nam tyle - pokazał w banknotach 20 funtów. Chłopak zaczął się denerwować i skupiać na przemian. Coś tam mamrotał po swojemu, ja zaczęłam więc mamrotać po swojemu.
- Co ona mówi?!?...
Zmęczenie mnie dobiło, chciałam już iść spać, a ci się szarpią o kasę. W końcu Wilczy po prostu odliczył 30 funtów i dał mu równo - chłopak się ucieszył i mogliśmy wyjść. Ufff...
- On ewidentnie miał kłopoty z liczeniem...
Zanim padliśmy, trzeba było posprzątać ptaka z łóżka. A także wszystkie rozsypane płatki... na których umieściliśmy 5 funtów w ramach uznania za starania.

21 listopada, środa, ostatnie nurkowanie

- Nie wiem, czy będę dziś nurkować... - stwierdziłam. - Wiatr silny wieje. Zimno jest w ogóle.
- Zobaczysz na łodzi.
Znów w tym samym towarzystwie dotarliśmy do Alii i nie wiedzieć kiedy, okazało się, że szykuję sobie sprzęt. Tak z rozpędu. No skoro tak, to już zanurkuję... A poza tym co, Wilczy będzie nurkował, a ja nie?! ;-p Zanudzę się, czekając, aż on wylezie z wody...
Dziś znów pojawiła się spora grupa ludzi na intro. Zaczynamy briefing, Tarek pyta ogólnie:
- Macie papiery?
- Znaczy... dokumenty?
- Taaaa... znaczy certyfikaty...
Po sakramentalnym: "Ubierać się i do łóżka" poszliśmy naciągać na siebie pianki. Miałam piankę z kapturem, ale zbierało mi się w nim powietrze i ciągnęło do góry. Za duża pianka...
Atrakcji w postaci delfinów niestety nie było, ale i tak było miło. Po obiedzie w mesie Hassan dorwał Wilczego, pokazał palcem na jego koszulkę z Pogorią i zapytał:
- Co to za statek, który masz na koszulce?
- To Pogoria, polski żaglowiec.
- To wrak?
- Co?!...
- On leży pod wodą?
- Yyyy... nie!... to całkiem sprawny statek, on pływa...
- Pływaliśmy na Pogorii - dodaję. Mina Hassana zdradza znudzenie: skoro to nie jest wrak, to nie ma się czym zajmować - bo nie można na nim ponurkować!... Wytłumacz nurkowi, że można wybrać się na statek, który pływa i nie jest wrakiem...;)
Zupełnie leniwie spędzaliśmy teraz czas, nie trzeba było się uczyć, pisać testów, wszystko było już za nami. Skorzystałam z osłoniętej od wiatru rufy Alii i wystawiłam się na chwilę do słońca, przyjemnie grzało, ale wcale nie było jakoś gorąco. Po obiadku drugie nurkowanie, też bez atrakcji, potem pozbieraliśmy swoje zabawki, poszwendaliśmy się jeszcze po łajbie, porobiliśmy trochę zdjęć załodze i okolicy i umówiliśmy się z Jurkiem na wieczór na piwko. Oni mieli następnego dnia wyjeżdżać, więc takie pożegnalne :)
Na koniec wyściskaliśmy się z Tarkiem, Gosią, daliśmy napiwek kapitanowi Alii, pomachaliśmy naszym "friendom", którzy pomagali nam przez ostatnie 5 dni, i szczęśliwi - acz z lekką nutką nostalgii - pojechaliśmy do hotelu.
Po kolacji poszliśmy spacerkiem do "For You", gdzie umówiliśmy się z Basią i Jurkiem. Idąc i przyglądając się ruchowi ulicznemu, który nieodmiennie nas fascynował, przeoczyliśmy knajpkę i dopiero wołanie Basi nas zawróciło.
Wypiliśmy piwko w miłym towarzystwie, życzyliśmy im miłego powrotu do domu i mało odśnieżania i poszliśmy z powrotem do hotelu przez sklep spożywczy, gdzie nabyliśmy granata i jakieś tam drobiazgi. Przechodziliśmy zaraz potem przez małą uliczkę i usłyszeliśmy miauczenie. Bez porozumiewania się skręciliśmy w uliczkę i usiłowaliśmy zorientować się, skąd dobiega dźwięk...
- Nie miauczy teraz, no!...
- Cicho, może zaraz zamiauczy...
- Miauuuu!... - spróbowałam. Po chwili jeszcze raz. Zadziałało, kot się odezwał, zawróciliśmy...
- To gdzieś tutaj musi być... - zamiauczałam jeszcze raz. Wilczy mi zawtórował.
Po jakichś dziesięciu minutach szwendania się w obszarze 10 metrów kwadratowych i miauczenia zorientowaliśmy się, co właściwie robimy.
- Chyba zwariowaliśmy - stwierdziłam, porzucając szukanie kota. - Chyba tak...
- Wracamy do domu, zostawmy tego kota!... Co nas obchodzi jakiś kot w uliczce!...
- To ty zaczęłaś miauczeć!...
No niby ja i co z tego? ;-p A w sklepie były konserwy z dużym napisem "MIAU"...
Dzień skończył się wreszcie i można było pójść spać, nastawiając budzik na najpóźniejszą możliwą porę...;)

22 listopada, czwartek, streets of Hurghada

Po śniadaniu zaczęliśmy zwiedzanie.
- Poszlibyśmy na naszą plażę - rzuciłam propozycję. - W końcu nawet nie mamy pojęcia, jak ona wygląda...
No i poszliśmy. Trzeba było przejść przez ulicę, a potem przejściem w budynku i wychodziło się na niedużą plażę z leżakami, basenem (ze zjeżdżalnią w kształcie słoniowej trąby) i molo. Po jednej stronie molo kąpali się ludzie, po drugiej ktoś usiłował się nauczyć pływać na desce - przy hotelu działały jakieś akcje animatorskie. Tuż przy plaży natomiast, z drugiej strony, powstawał - zapewne - kolejny hotel, budynek dość wysoki, po którego kondygnacjach pętali się panowie w kieckach, zapewne ekipa budowlana...;)
Kiedy zobaczyli, że robię im zdjęcia, zwołali kumpli i przez chwilę zaroiło się na wysokości od kiecek ;)
Poszliśmy do miasta. Po drodze przyuważyliśmy na murze... to samo graffiti, które widzieliśmy pięć lat wcześniej!... Co prawda ostro wyblakłe, ale jednak kształt robaczków dał się poznać :)
Następnym gwoździem programu był wielbłąd... Uprzejmy i miły pan od wielbłąda zapraszał nas, żebyśmy wsiedli na grzbiet zwierzątka i się przejechali. Za rozrywkę podziękowaliśmy - równie uprzejmie - pyknęliśmy kilka zdjęć, pogłaskaliśmy wielbłąda po głowie i chcieliśmy odejść. Okazało się, że to nie takie łatwe - za rozmowę, zdjęcia i głaskanie należy się zapłata. No i zrobił się problem, bo mieliśmy tylko jakieś grosze albo od razu 50 funtów, a nadal nie bardzo jesteśmy pewni, czy dostalibyśmy resztę... W końcu odeszliśmy, zostawiając drobne, z bardzo niezadowolonym panem, rzucającym zapewne przekleństwa na nas i nasze rodziny do siódmego pokolenia wstecz ;)
Zaraz potem natknęliśmy się na siedzącą pod płotem żebraczkę z dzieckiem na ręku. Bardzo dziwna sprawa...
Potem się zdenerwowałam i zmieniłam obiektyw na dłuższy i mogłam z mniejszym skrępowaniem robić zdjęcia :)
Szliśmy przez miasto, rozglądając się i robiąc zdjęcia. Zawędrowaliśmy w mniej turystyczną dzielnicę, gdzie już czułam się trochę nie na miejscu, bo w sumie tak, jakbym wchodziła mieszkańcom do domów. Po krótkim spacerze tamtędy wróciliśmy na bardziej turystyczny szlak i... trafiliśmy do sklepu z przyprawami oczywiście :)
Wilczego ogarnął szał zakupów. I jeszcze to, i jeszcze tamto, a co to jest to takie?... Tej herbatki, tej, tamtej... Pan sprzedawca wychwalał herbatki pod niebiosa, twierdząc, że są superfajne i superzdrowe, i w ogóle Beduini tylko to piją, na serce, na wątrobę, na wszystko są doskonałe, a Wilczemu oczka się świeciły coraz bardziej i poczułam się jak w tym dowcipie: "Poproszę o lekarstwo na chciwość. - Ile? - Więcej, więcej!..." ;)
Tak więc staliśmy się właścicielami gigantycznej ilości herbaty, jakichś tam ziółek, przypraw i kardamonu. Po czym musieliśmy skorzystać z bankomatu, bo całe to szaleństwo trochę kosztowało...;p Nic nie szkodzi, pan ze sklepu wskazał nam, gdzie jest bankomat i spokojnie poczekał, aż do niego wrócimy...
Przez to wszystko zrobiłam się już porządnie głodna. Zdecydowanie czas na obiad, a nie na jakieś śmieci beduińskie ;-p Wróciliśmy zatem do mijanej restauracji rybnej, która wyglądała dość przyzwoicie. Okazało się, że restauracja jest na piętrze, nad sklepem z wielkimi rybami leżącymi w lodzie i mającymi wyglądać zachęcająco... Minęliśmy ryby, ulokowaliśmy się przy stoliku przy oknie i dostaliśmy karty.
- Yyyy - powiedziałam inteligentnie. - To ja niewiele z tego rozumiem...
- No co, krewetki, kalmary... o, kalmary!... - powiedział Wilczy.
No tak.
Udało się w końcu coś zamówić, chociaż pan przyjmujący zamówienie wymowę miał taką, że ledwo szło go zrozumieć. Wilczy na wszelki wypadek trzy razy powtórzył moje zamówienie, a i tak do końca nie byliśmy pewni, co dostaniemy. Jednak udało się, dostaliśmy to, co chcieliśmy, zupka rybna była pyszna, drugie też, chociaż jak dla mnie za mało zieleniny w tym wszystkim. Ale najedliśmy się, odpoczęliśmy, ceny były umiarkowane, obsługa - prócz problemów z komunikacją - pozytywna. Przy wejściu do toalet (luksusy europejskiego standardu, ale z tej porządniejszej Europy ;) leżały sobie dwa dywaniki za parawanem, miejsce modlitw. Akurat jak chcieliśmy zapłacić i wyjść, to obsługa była za parawanikami...;)
Powoli wracaliśmy do hotelu, czując coraz większą senność. Mijaliśmy szalenie kolorowe sklepy z owocami, sklepy z przyprawami i oczywiście z pamiątkami, stada budek telefonicznych (pięć sztuk w rządku, a każda innego operatora :), podglądaliśmy scenki uliczne, remonty dróg i nicnierobienie w wykonaniu Arabów. Zupełnie niechcący wystraszyłam kota, robiąc mu zdjęcie.
- No co ty robisz? - naskoczył na mnie Wilczy.
- No co? Ładny kotek, o co ci chodzi?...
- Ale on...! No, kupę robił!... Jak można tak podczas!... O, widzisz, wystraszyłaś go i nie dokończył!...
- No nie mów mi, że robienie zdjęć wystraszyło kota podczas wypróżniania się!...
- A ciebie by nie wystraszyło?... Jakby cię w trakcie tak ktoś dorwał z aparatem?...
W sumie miał trochę racji. Mam nadzieję, że kot dokończył bez stresu gdzie indziej...
Wróciliśmy do hotelu i wybraliśmy najsensowniejszy sposób spędzenia czasu do kolacji - spanie!... Wreszcie można było spać do oporu...;)
Po ostatniej kolacji wybraliśmy się jeszcze na zakupy.

- O, mamy jeszcze 5$ więcej - stwierdził Wilczy, wygrzebując 5 funtów z kieszeni.
- Powtórz to, co powiedziałeś...
- 5 ich śmiesznych pieniążków... To mamy 108. Funty, dolary, szparagi... - wymamrotał jeszcze pod nosem...;)
Weszliśmy do sklepu z rożnymi fajnymi rzeczami, pooglądaliśmy sobie, jak jakiś Niemiec przymierza kieckę dla facetów, a drugi robi mu w tym zdjęcia, grzebnęliśmy w koszulkach. Natychmiast zainteresowało się nami kilku gości z obsługi i zaczęło się:
- Hello, where are you from? Poland?! O, jak sze masz!... Dobzie, dobzie!... Mucha rucha karalucha!...
Tutaj nas nieco przystopowało. Że co?!? Postawiliśmy sobie za punkt honoru wyjaśnienie im, co to ostatnie zdanie znaczy, Wilczy zrobił to dość obrazowo, używając gestów międzynarodowych, kiedy zrozumieli, ucieszyli się jeszcze bardziej (chociaż wydawało się to już niemożliwe) i idę o zakład, że na pewno będą to nadal powtarzać...;)
Trochę czasu spędziliśmy też w sklepie nurkowym, skąd wyszliśmy ostatecznie z dwiema czy trzema koszulkami, w tym z komplecikiem typu "jesteśmy bliźniakami" ;)
Dokończyliśmy zakupy, dokończyliśmy flaszkę, spakowaliśmy się, pozostawiając sobie na rano jeszcze możliwość spacerku i poszliśmy grzecznie spać.

Ĺťeby obejrzeÄ? ten filmik pobierz Flash Player.

23 listopada, piątek, czas powrotów

Ostatnie śniadanie przebiegało lekko nostalgicznie. Jednak co jak co, ale żarcie w hotelu było bardzo dobre. Oczywiście szerokim łukiem omijaliśmy specyfiki wyglądające jak bardzo podejrzana maź brunatnego koloru, z nie wiadomo czego zrobiona, ale to, co dało się rozpoznać, było pyszne. No i te ciasta!...;)
Praktycznie spakowani resztę czasu do wyjazdu z hotelu postanowiliśmy spędzić na ostatnim spacerze po najbliższej okolicy. Podsumowując cały pobyt, należy uznać, że Egipt się bardzo ucywilizował od naszego ostatniego pobytu tam - Arabowie przestali być tacy nachalni, nie ciągną za rękawy, bardziej widać po nich chęć bratania się, rozmawiania, przyjacielskich pogawędek niż wyciągania kasy - raz nawet jeden sklepikarz powiedział nam, że to nieładnie wychodzić ze sklepu bez pożegnania, że wchodzimy do niego jak do domu, to powinniśmy z nim porozmawiać!... Ceny ustalone na produktach w sklepie są takie same w kasie, reszta jest wydawana co do grosza, no zupełnie inny świat ;) Tym razem dało się przeżyć bez problemów - i nawet Wilczy nauczył się wreszcie trochę asertywności ;-p
Wsiedliśmy do autobusu, mającego nas zawieźć na lotnisko. Obok usadowiło się towarzystwo, które zapewne spędzało czas wyłącznie na plaży i w klubach. Na rękach - podróby zegarków z błyszczącymi wielkimi napisami "Dolce&Gabbana", to samo na paskach od spodni, miejscowi sprzedają takie "wieś śpiewa i tańczy" za bezcen. W rodzinnym Kutnie będzie robiło furorę, nieprawdaż? ;-p
Rezydent żegnał się z nami całą drogę, głównie w ten sposób:
- Pamiętajcie państwo, jak wrócicie do kraju, będą jechali do Hurghady znajomi, święta przyjdą, takiego Żywca, kawałek jałowcowej dla swojego rezydenta, przekażą na pewno, w końcu to dobrzy ludzie są, wspomnijcie mnie przez chwilę, ja tutaj jeszcze pół roku będę...
;-)
Na lotnisku odstaliśmy swoje w długaśnej kolejce do pierwszego prześwietlenia, żeby w ogóle wejść na teren hali odlotów. Oczywiście musiałam wypatroszyć plecak z aparatu, dysku i innych zabawek. Potem odstaliśmy swoje, żeby nadać bagaż, potem musieliśmy wypełnić świstek wizowy (diabli wiedzą, po co, przy okazji pokłóciłam się z jakąś młodą, plastikową Rosjanką, która najpierw odwróciła się do mnie tyłem, a potem zaczęła się na mnie pchać; stawiłam opór, zamiast się kulturalnie wycofać ;-p), potem przeszliśmy kontrolę paszportową i wreszcie mogliśmy zająć się strefą wolnocłową.
Zaczęliśmy zwiedzać lotnisko. W największej hali poczułam nagle zew faraona, zdążył, skubany, jednak mnie dorwał, tuż przed odlotem!... Wysyczałam do Wilczego tylko, że muszę natychmiast, po czym kurcgalopkiem, zaciskając pośladki, pognałam do wejścia, szukając toalety. Znalazłam... trzy kabiny, kolejka, w środku Arabka pobierająca bakszysz, a ja przy sobie miałam jedynie złotówki, ale chyba na twarzy miałam napisane, że MUSZĘ, bo nawet na mnie nie spojrzała.
Po powrocie łyknęłam tabletkę Antinalu, popiłam wodą, posiedziałam chwilę spokojnie na rozpadającym się krzesełku i chwilę później doszłam do siebie. Ten Antinal naprawdę działa od ręki!...;)
Przelecieliśmy się jeszcze po porządnych sklepach, nabyłam perfumki, Wilczy kupił alkohol, ja jakoś nie bardzo miałam ochotę, w drugim sklepie znów zaczęłam mieć chęć na perfumy, ale kolejka do kasy obsługującej karty, była gigantyczna, a tuż przy sklepie nagle dwóch Arabów zaczęło się drzeć:
- Warsiaaawaaaa!... Warsiaaaawaaaa!...
No i trzeba było zostawić perfumy i wyjść :( Ech, pech, bo akurat perfumy i alkohol to tam się opłaca kupować ;-p
Na pokładzie samolotu w sklepie wolnocłowym przyjmowali wyłącznie euro i dolary w gotówce, więc znów zakupy przeszły mi koło nosa. Będę pewnie musiała tam znów pojechać :-p
W Polsce przywitał nas lekki mrozek, wycieczka przez długie korytarze do Terminala 2, a na koniec trzepanie bagażu głównego... To tak się wita powracających do ojczyzny młodych, pracujących ludzi?...;-p No nas, bohaterów?!?...;)



Wyszperane w Sieci:

Hurghada: http://hurghada.pl/
Nasza baza nurkowa Seva Divers: http://sevadivers.com/
Sklep nurkowy: http://www.sklep-nurkowy.moana.lublin.pl/
Magazyn Nurkowanie: http://nurkowanie.v.pl/
Organizacja PADI: http://www.padi.com/
Organizacja CMAS: http://www.cmas.org/


psyche