Egipt, Hurghada, listopad 2002 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

To bardzo nietypowa relacja, bo stworzona tak naprawdę ponad 6 lat po opisanym wyjeździe - może dlatego, że (również wyjątkowo) przygotował ją Wilczy. Psyche załatwiła by to o całe lata wcześniej - i tym razem jest to stwierdzenie dosłowne:).

Dodatkowym urozmaiceniem jest to, że tym razem sporo opisów zostało zamieszczonych jako komentarze przy zdjęciach w galeriach. Autorką zdecydowanej większości zdjęć jest psyche. Tych, na których występuje ona sama raczej nie robiła, choć, jak pokazuje historia, nie zawsze jest to oczywiste ;)

  Hurghada
Kair - wycieczka autokarowa
Nurkowanie
Jeep safari na pustyni

Egipt znienacka, czyli pierwszy kontakt z kolorowymi rybkami

Już od pewnego czasu do mojej świadomości nieśmiało dobijała się myśl, że miło by było kiedyś zobaczyć na własne oczy to, co dotychczas znało się tylko z telewizji i kolorowych albumów - rafę koralową z całym zamieszkującym ją żywym inwentarzem. Myśl jednak się przebić nie potrafiła, coś takiego jak wakacje w Egipcie wydawało mi się jakimś burżuazyjnym wymysłem niedostępnym dla normalnych ludzi, którzy wakacje spędzali głównie jednak na Mazurach czy w innych polskich borach, lasach. Potrzeba było dopiero psyche, żeby klapka w wilczym rozumku przeskoczyła i... nagle okazuje się, że rezerwujemy tygodniowy pobyt w Hurghadzie! Na dodatek pod koniec listopada - a taki wylot w środku burej jesieni to w ogóle genialny pomysł - w Polsce pogoda pod zmokłym psem i nagle, po kilku godzinach lotu, znajdujemy się w krainie, gdzie słońce stoi wysoko i świeci cały czas. Żadnych chmur, mgieł, deszczu... Ładujemy akumulatorki :)

Na miejscu bardzo ciepło, ale nie gorąco, poniżej 30 stopni. Woda w morzu tylko w pierwszym momencie wydaje się chłodna, ale już po chwili jest ok, pływać i snorklować można długo, właściwie nie marznąc. Na początku wstępne oswajanie się z Egiptem, czyli spacery po ulicach, sprzedawcy, naganiacze, wysokie krawężniki, niepojęte zwyczaje w ruchu ulicznym, arabskie cyfry, intrygujące samochody, bakszysz... Wiadomo :)

No i morze. Hotel mamy paskudny, że strach, ale o dziwo tuż przy nim jest całkiem ciekawa, jak na sąsiedztwo hotelowej plaży, mała rafa. Pierwsze wrażenie: "Rany! Jestem w akwarium! Jakie duże te ryby!". Świat jak z bajki, dotychczas widziany tylko w telewizji, okazuje się istnieć naprawdę! Jasne, nawet wtedy już byłem poinformowany, że ta rafa jest mocno poniszczona, że tuż przy brzegu niewiele jest ciekawych rzeczy, a i woda nieco zmącona, ale dla mnie to był raj :) Pływałem wcześniej w Morzu Śródziemnym, no ale tego się przecież nie da porównać. Staram się zapamiętać napotkane ryby - kupuję malutką książeczkę "Fishes of the Red Sea" i nawet niektóre daje się rozpoznać.

Przy pierwszym snorklowaniu zaliczam niezłą gafę, ale tłumaczę się, że nie do końca przez mnie zawinioną. Na wyjazd pożyczyłem od znajomego człowieka aparacik do zdjęć podwodnych - małpkę na kliszę (kilka lat temu to jeszcze było normalne). Człowiek mówił, że w środku jest częściowo wypstrykany film i żebym najpierw go dokończył, a potem wywołał całość. Licznik klatek nawet pokazywał jakieś kilkanaście ujęć. Dzielnie fociłem więc to, co pod wodą, udało mi się nawet znaleźć parkę błazenków (uaaa! eeekstra!), nie licząc papugoryb, czy innych stworów, których nazw nie pamiętam. Po wyjściu z wody otwieram aparat, a tam... nie ma filmu! Aaaaaa... Bosko. Świetną sesję treningową sobie wymyśliłem, nie ma co...

Ryby są nietowarzyskie, żadna nie chciała się dać dogonić, nawet jak się za jakąś puściłem w pogoń, bo zdawała się być wyjątkowo nieruchawa. Potem dopiero doczytałem, że te pomarańczowe kreski przy ogonie to właściwie były ostre kolce służące do obrony. Może więc lepiej sobie darować zbliżanie się do takiej ryby, tym bardziej, jeśli nie zna się jej zwyczajów. Poza tym stworzenia w wodzie były grzeczne - ja nie ruszałem ich, one nie ruszały mnie... No, jedne małe czarne maluchy mnie tylko straszyły :) Przepływam spokojnie nad nimi, aż tu patrzę, a te kilkucentymetrowe maleństwa w większej kupie stoją praktycznie pionowo w wodzie gapiąc się do góry na mnie. Co chwilę któreś z nich podpływa nieco w moją stronę i zaczyna trząść całym swoim kilkucentymetrowym cielskiem! Muszę przyznać, że wzbudzały respekt mimo nikczemnej postury ;-)

A co poza wodą? Naturalnie wycieczka do Kairu... Właściwie to się do tego specjalnie nie paliliśmy, no, ale skoro już jesteśmy w Egipcie... No i te przewidywane pytania rodzin: "To nie widzieliście piramid?!" No dobra, trzeba, to trzeba :) Poza tym "jeep safari" do jedynej chyba w okolicy "prawdziwej wioski beduinów", służącej za obowiązkowy przystanek dla tabunów turystów. Oglądamy też samotne drzewko na pustyni, które widziałem wcześniej na zdjęciach innych ludzi. Wszyscy mu robią zdjęcia, ale to wszyscy! To najwidoczniej jedyne takie drzewko w promieniu kilku tysięcy kilometrów.

Jak wiadomo, obcowanie z Arabami dla niewprawnych może być bardzo męczące, dlatego tym bardziej doceniliśmy dzień przeznaczony na wyprawę nurkową z polską bazą. Kontakt do bazy "Adventurer" wyszukałem jeszcze w Polsce, na miejscu udało mi się dodzwonić do kogo trzeba i płyniemy :)

Rano podjeżdża po nas busik zbierający "ofiary" z różnych hoteli i meldujemy się w porcie na kei.

Nasze "intro", czyli dzień na łodzi nurkowej

Od rana mieliśmy dobre humory. Nawet arabski "szaman", który za drobną opłatą (a jakże!) okadził jakimś szamańskim kadzidłem zgromadzonych na pokładzie turystów nie wywołał zniecierpliwienia, a tylko uśmiech :) Na łodzi sporo osób, ale nie tłok, podobno mniej niż zwykle. Szefostwo polskie, reszta załogi arabska. Wśród turystów część to certyfikowani nurkowie, część to "liptony", tak jak my, a część to osoby określające się jako tylko towarzyszące ("Nie, nie, ja tak tylko z mężem, do wody nie wejdę").

Termin "lipton" bardzo mi się spodobał - oznacza klienta, który wykupił nurkowanie zapoznawcze, tzw "intro". Osoba taka nie posiada żadnych uprawnień nurkowych, a generalnie też żadnych umiejętności - jest przez obsługę ubierana w sprzęt, wkładana do wody, trzymana tam trochę i wyciągana z powrotem - zupełnie jak torebka herbaty ekspresowej ;-)

Najpierw popłynęliśmy na pierwszą lokalizację, gdzie prawdziwe nury wskoczyły do wody, a nasza grupa wycieczkowiczów, jako potencjalnie w ogóle nie oswojona z wodą, była uświadamiana, o co tu w ogóle chodzi. Wygrzebaliśmy sobie pasujące jakoś na nas krótkie pianki, dziewczyna z załogi pokazała nam na jaką cześć ciała zakłada się maskę i czym mamy się pod wodą bawić (podpowiedź: niczym!). Wśród współtowarzyszy niedoli mieliśmy np. dziewczynę, która narzekała, że właściwie to ona nie wie, co tu robi, bo się odważyła wybrać na rejs, ale teraz to by najchętniej uciekła. Inną osobą była pani, hmmm... chyba wyraźnie po 60-ce, która powiedziała, że jest tu, bo nurkowania jeszcze nie próbowała, a chce w życiu spróbować wszystkiego, czego się da :)

Poznaliśmy się też z głównym przewodnikiem, postacią autentycznie nietuzinkową i, zdaje się, dość znaną w nurkowej Hurghadzie. Alex, były zawodowy nurek marynarki wojennej, brodaty facet około 50-ki, pochodzenia egipsko-niemieckiego. Postać natychmiast zjednująca sobie sympatię, a przy okazji podobno absolutny specjalista we "wciąganiu pod wodę" każdego, nawet najbardziej zestresowanego i gotowego w ostatniej chwili zrezygnować klienta. Oczywiście, bez przymusu i łez - tylko perswazja, urok osobisty i odrobina psychologii :)

Popłynęliśmy na drugą lokalizację, tym razem już tę dla nas. Był to sam skraj rafy w okolicach wyspy Giftun, gdzie stało już kilka innych łodzi. Tylko kilka, bo było to stosunkowo daleko od Hurghady. Dowiązaliśmy się do kotwicy stałej, odstawiliśmy silnik i zaczęła się zabawa. Dopięliśmy pianki, płetwy na nogi, pas balastowy na siebie, siadamy przy butlach, obsługa jako niewtajemniczonym dopina i pompuje jackety, no i można ruszać. OK, wstaję z całym tym majdanem i... rany, jakie to wszystko jest ciężkie! Dobrze, że to tylko kilka metrów do drabinki. Jakoś doczłapałem, maska na nos, automat do pyska (o, działa, jak miło), grzecznie schodzę po drabince do wody, gdzie przejmuje mnie arabski przewodnik.

Zanurzamy się powoli wśród kilku innych "zestawów" turysta-przewodnik na odpowiednią turystycznie głębokość, czyli tylko kilka metrów. Ciężki los introwca - przewodnik trzyma cały czas za rękę i obsługuje jacket. Niby rozumiem, jak by to można robić samemu, ale zapewne tak mi się tylko wydaje, a poza tym, gdyby wszyscy, którzy pierwszy raz znaleźli się pod wodą nagle zaczęli się rządzić, to można by osiwieć :) A co pod wodą, to już zależy od przewodnika. Mój, niestety, był mało przebojowy i raczej nerwowy... Miałem ze sobą aparacik do robienia zdjęć podwodnych, a przewodnik postanowił go mi lepiej przymocować, co mu jakoś marnie szło, a ja musiałem czekać, aż się skończy bawić. Potem zaczął coś kombinować przy sprzęcie - aha, postanowił przejść z oddychaniem na mojego oktopusa (dodatkowy automat) i stąd całe, znowu trochę trwające, zamieszanie. Ale może to i lepiej, bo wcześniej ów oktopus był w turystycznej pozycji "na kotwicę", czyli wlókł się za mną swobodnie. No, ale i tak samo przebywanie pod wodą było tak fascynujące, że całość naprawdę mi się podobała. Patrzyłem tylko, co robią inni i zauważyłem, że warto było trafić właśnie na Alexa, które to szczęście miała akurat psyche :) Pokazywał różne ciekawostki na rafie, uczył, czego się można ewentualnie na chwilę przytrzymać, a czego w żadnym wypadku nie wolno.

Ciekawostką tego miejsca nurkowego jest mały wrak. Nieduży, mocno już zniszczony, ale jednak najprawdziwszy! Porozwalane blachy poszycia, a wśród nich dość dobrze zachowany silnik. Położenie wraku pozwala się domyślać w jaki sposób mógł się tam znaleźć - stateczek zapewne władował się po prostu na rafę, tuż obok której teraz leży jego wrak - może nawet w nocy? A do najbliższej wyspy jest jeszcze kilkaset metrów... Wraczek ten oczywiście urozmaicał nam podwodny krajobraz, a poza tym na cienkiej warstewce pokrywającego go piasku można było pisać! Widzę, więc, że Alex wypisuje na piasku imiona pań, z którymi nurkował: BEATA... BEBARA (!) Hehe :) Dobrze, że miałem ten swój aparacik, bo dzięki niemu mamy kilka zdjęć z tego nurkowania (miejscowy podobno był popsuty). Mała sesja fotograficzna i... do góry. Szkoda, że tak krótko, może kilkanaście minut? No cóż... przemysł turystyczny. Na szczęście przed nami jeszcze drugie takie nurkowanko.

Na górnym pokładzie laba. Pogaduchy, opalanie się, gapienie w wodę, napoje, lekki, ale bardzo smaczny obiadek... Wakacje! Żadnych naganiaczy, żadnego bakszyszu, luz, blues i swoboda :) W międzyczasie wskakuję jeszcze do wody, żeby trochę posnorklować obok osób, które mają swoje intro. Okazuje się, że do naszego wraku bez problemu schodzę na bezdechu... No tak, to naprawdę nie było głęboko. Pstrykam kolejnych kilka zdjęć. Później przestawiamy się z łodzią na inne, nieodległe miejsce.

Zbliża się drugie nurkowanie, tym razem Alex życzy sobie wziąć od razu dwie osoby - psyche i mnie, bo jakoś tak mu podpasowaliśmy :) Alex będzie płynąć nad nami i trzymać chyba gdzieś w okolicach zaworów butli. Najpierw jednak mam okazję pobawić się w "prawdziwego nurka", ponieważ obsługa mówi, że skoro sobie dobrze radziłem za pierwszym razem, to może zamiast mozolnie schodzić po drabince wolałbym po prostu wskoczyć w sprzęcie do wody? No jasne, że tak! Duży krok do przodu i chlup! Phi, łatwizna. Gdybym jeszcze tylko przy tym nieco pomyślał... ale to się miało okazać za kilka minut.

Tym razem schodzimy na dół po linie opustowej. Dookoła ślicznie, kaniony wśród raf, przy nich sporo ryb, wyżej widać powierzchnię morza i dno łodzi. Pora na pamiątkowe fotki. Alex zostawia nas przy linie, bierze aparat, odpływa trochę i pstryka nam zdjęcie. OK, no to jeszcze drugie i... moment, nie chce się zrobić! Próbuje Alex, próbuję ja... ale aparat najwyraźniej zdechł. No trudno, nie będzie pamiątki, ale nadal jesteśmy pod wodą więc cieszymy się widokami i powolnym "lotem" wśród raf. Żadnych większych morskich potworów wtedy nie widzieliśmy, ale w tak zatłoczonych ludźmi wodach pewnie by się nie zmieściły. Wynurzamy się i tyle przygody ze sprzętem. Dziewczyna z załogi chwali nas jeszcze, że "bardzo ładnie zużywamy powietrze" :) Suszę i otwieram obudowę mojego aparacika fotograficznego. No tak, odskoczyła klapka trzymająca baterie. Dobrze, że to prosty pół-mechaniczny model, bo przynajmniej jedno wspólne zdjęcie się zrobiło. Jakby był nowocześniejszy, to nici i z tego. A przecież to podstawowa zasada, którą później odczytywałem z krzywym uśmiechem: nigdy nie wskakuj do wody ze sprzętem fotograficznym! Niech go potem ktoś poda albo co, ale nie wolno walić nim o wodę. No tak, jasne, zapamiętam to już bardzo dobrze. Na przyszłość.

Sielankowy dzień trwa. Wszyscy wymieniają się wrażeniami. Pani, która była "tylko dla towarzystwa" jednak dała się namówić na zejście pod wodę. Zestresowana dziewczyna zaliczyła pierwsze nurkowanie, ale jak miała zacząć drugie, to już na drabince, ubrana w sprzęt powiedziała, że rezygnuje, że nie ma mowy i że ona... dała się przekonać szamańskim sztuczkom Alexa :) Powiedział, że rozumie, o jaki ładny widok na tamtą wyspę, prawda, to jeszcze jeden kroczek, woda jest ciepła, daj, pomogę, piękny błękit, widzisz tę panią, już odpływają od łodzi, tu stawiaj nogę, o, patrz, jesteś po szyję w wodzie, to co, nurkujemy? :)

Płyniemy na kolejne miejsce nurkowe, tym razem na drugą stronę wyspy Giftun. Tam już intro nie będzie, więc mogę sobie dłuższą chwilę posnorklować, podczas gdy prawdziwe nury będą schodzić nieco głębiej przy sporej ściance. Chłopaki bawią się na całego, urządzili sobie wskakiwanie do wody z rufy wciąż płynącej łodzi. Zabawa powoli się kończy, obserwuję spod powierzchni, jak ekipa wraca z dołu i robi sobie jeszcze przystanek na kilku metrach. Potem opowiadają, że widzieli rekina, ale jak zobaczył taką bandę, to zwiewał, aż się kurzyło :)

Wracamy do portu, nieco się spiesząc, żeby zdążyć przed 17-tą, bo to przecież Ramadan i później załodze może być trudno załatwić cokolwiek w porcie. Dziewczyny mają namalowane na ramionach swoje imiona po arabsku (psyche potem długo się dumnie obnosiła ze swoim, hehe), ja dorywam się do steru łodzi. Po wyczuciu sporego luzu na kole, udaje mi się sterować nie kręcąc nim w ogóle. Po kilku minutach arabski sternik przestaje ciągle sprawdzać kurs. No, to prawie komplement :) W międzyczasie rozmawiamy sobie z Mirkiem, szefem bazy i zacieśniamy nić sympatii z Alexem. Cały czas powtarza, że jesteśmy jego "best divers", że nas uwielbia i w ogóle. Obiecujemy, niestety bez pokrycia, że w ciągu roku wrócimy do Hurghady i spotkamy się znowu. Potem jeszcze przez kilka miesięcy utrzymywaliśmy kontakt przez ICQ i ciągle mnie pytał, kiedy wreszcie przyjedziemy. Ech, aż żal...

Zbliżamy się do portu, w międzyczasie zachodzi słońce. Z portu busik rozwozi ekipę po hotelach, ostatnie pożegnania i wspaniały dzień się kończy. To był jeden z najfajniejszych dni wakacyjnych, jakie kiedykolwiek udało mi się przeżyć.



Wyszperane w Sieci:

Tekst o nurkowiskach wokół Hurghady i porady turystyczne (uwaga: z 2004/2005 roku): http://www.wielkiblekit.pl/nurkowanie/egipt_hurghada
Hurghada - panoramy 360 stopni, z dziwną perpektywą ;) : http://www.hurghada.com/
Hurghada na oficjalnej stronie Egypt State Information Service: http://www.sis.gov.eg/En/Tourism/famouscities/Hurghadaa/
Agata Marek, Agata S. Nalborczyk, "Dlaczego boimy się Islamu?": http://www.wiez.com.pl/islam/index.php?id=3


Wilczy (wyjątkowo ;)