Dublin, Irlandia, 10-11.04.06 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Dublin w obiektywie


Kosztorys (w sumie, za 2 osoby)
Bilety na samolot: 320 zł
Bilety wstępu + przejazdy: 69 €
Knajpy: 130 €
Nocleg: 37 € + 20 zł (+ 5 euro - depozyt)
Zakupy: 41 €

Z Lublinka do Dublinka...:-)

4.15 rano. Dźwięk budzika. Za oknem ciemno.
- Zamówiłeś taksówkę na 5 rano.
- Nie, na 5.15.
- Na piątą.
- Nie.
Skubany, miał rację, przyjechała 5.15. Chyba niczego nie zapomnieliśmy, jedziemy na lotnisko.
- Poprzednim razem to lotnisko było bliżej - marudzę w taksówce. Faktycznie, jedziemy i jedziemy. Wreszcie jesteśmy na miejscu, w hali tłum. Jak to? Skąd tu tyle ludzi?... Przecież samolot miał być w połowie pusty?... Siadamy na chwilę, potem ustawiamy się jednak na końcu kolejki do odprawy bagażowej, komentując lotnisko.
Nowo zbudowany terminal ciągle ma jakieś niedociągnięcia i braki. Nie ma przed nim porządnego parkingu, auta parkują w błocie, na czymś, co byłoby trawnikiem, gdyby nie było takie rozjeżdżone ;-p Nielogicznie rozwiązana jest sprawa podjazdu pod drzwi wejściowe. Brakuje zegara w hali głównej - na szczęście jest zegar na wyświetlaczu nad odprawą bagażową, ale wyświetlacz działa jak chce, tym razem informował na przykład o lotach do Lwowa, które tak naprawdę do rozkładu lotów wejdą dopiero za kilka dni, a nie było informacji o aktualnie odprawianym locie do Dublina.
Odprawa zaczęła się z kilkunastominutowym opóźnieniem. Dobrze, że stanęliśmy w tej kolejce, bo okazało się, że ludzi przybywa i w hali robi się powoli coraz ciaśniej. Niektórzy mieli nadbagaż, otwierali torby i oddawali mniej potrzebne rzeczy odprowadzającym. My bagażu głównego nie mieliśmy wcale, więc bez problemu po okazaniu internetowej rezerwacji otrzymaliśmy karty pokładowe i mogliśmy pójść do odprawy paszportowej. Panowie w okienkach przybili nam pieczątki na kartach pokładowych (?) i poszliśmy dać się przetrzepać.
Obsługa łódzkiego lotniska jest szalenie skrupulatna. Musieliśmy powyciągać z kieszeni wszystkie rzeczy, zdjąć paski i cały nasz dobytek przejechał przez to urządzenie do podglądania. Zastanawiałam się chwilę, czy zabiorą mi moją ukochaną różową zapalniczkę, z którą od jakiegoś czasu się nie rozstaję, albowiem połączyło mnie z nią gorące uczucie. Wszak na billboardzie powieszonym przed stanowiskami odprawy bagażowej wyraźnie jest napisane, że zapalniczek przewozić nie wolno, można za to zapałki. Ale jednak nie, nie zwrócili w ogóle na nią uwagi (dzięki, bogowie, wszak tęskniłabym za nią szalenie), za to zainteresowali się napojami w plecaku Wilczego.
- Co pan tam ma, w tych butelkach?
Wilczy zastanowił się i chcąc być porządnym człowiekiem, odpowiedział zgodnie z prawdą:
- Colę... i mineralną.
- Proszę otworzyć.
No tak, przemycamy spirytus niewątpliwie do Dublina w ilości dwóch półlitrowych butelek :-) Panowie sprawdzili, że zakrętki są fabrycznie zamknięte i odczepili się od naszych napojów. Ciekawe, czy próbowaliby się napić, gdyby butelki miały ślady otwierania?...:-)
Przeszliśmy do poczekalni. Najwyższy czas skorzystać z toalety. Niespodzianka: brakuje papieru toaletowego. To pierwszy lot dziś, 7 rano, można było tę toaletę przygotować, tak?... Brakuje też zegara, przydałby się...
Miejsca w samolocie są nienumerowane, kto pierwszy - ten lepszy, stajemy więc w kolejce, jak tylko taka zaczyna się formować. Wreszcie ostatnia kontrola i idziemy do samolotu - na tym lotnisku idzie się na piechotę przez płytę, nie ma autobusu ani rękawa. Stewardesy witają na pokładzie i proszą o zajmowanie miejsc od środka samolotu. Siadamy na skrzydle, w wyjściu awaryjnym, można rozprostować nogi. No dobra, ja mogę, Wilczy nie, bo to ja siedzę przy oknie. Wyłączamy telefony i od tego momentu nie mamy pojęcia, która jest godzina, bo jedyne zegarki mamy w komórkach...:) Czas oczekiwania na start się dłuży. Stewardesa mówi, że ze względu na jakieś kłopoty musimy jeszcze chwilę poczekać, potem do samolotu podbiega jakaś pani z plikiem papierów i wreszcie kołujemy na start.
Z lekkiej drzemki budzi mnie głos stewardesy, która informuje, że dostaniemy niespodziankę: batonik Milky Way Minute. Rany boskie, no!... Przecież dopiero co robiliśmy całą kampanię reklamową Milky Way Minute, no czy ta praca musi mnie dopaść nawet 10000 metrów nad ziemią?!?...
- Dzień dobry państwu, mówi kapitan. Lecimy z prędkością 860 km/h na wysokości 10000 metrów. Temperatura na zewnątrz wynosi minus 58 stopni Celsjusza. Lot będzie trwał 2 godziny i 40 minut. Przelecimy nad Berlinem, Amsterdamem, Manchesterem.
- Zimno - skwitowaliśmy te minus 58 stopni i zapadliśmy w drzemkę. Ja jeszcze otuliłam się kurtką... A potem okazało się, że wygodne fotele lotnicze to mit i oszustwo, bo szyja bolała mnie szalenie i wcale nie było wygodnie tak spać ;-p
Kiedy zbliżaliśmy się do Dublina, Wilczy wyciągnął swoje tajemnicze papierki z równie tajemniczej teczki i zaczął je pilnie studiować. Oczywiście, mapa dublińskiego lotniska :-) Jak dziecko, a właściwie jak facet - wszak wiadomo, że oni nigdy nie dorastają... Siedział zatem obok mnie, z nosem w MOJEJ szybie, a palcem na tej mapce, którą zresztą umiejscowił sobie na MOICH kolanach, i mamrotał.
- Podejdziemy do tej strony... O, tu, zobacz - odsunął nos od szyby, żeby mi pokazać kawałek kompletnie niezrozumiałej dla mnie mapki. - Na ten pas... Na pewno. Chociaż na tym też byśmy się zmieścili. Ale nie, podejdziemy na ten. O, tam leci samolot, a my robimy jakieś kółko, pewnie go przepuszczamy, żeby on pierwszy wylądował...
- A skąd tu wieją wiatry? - spytałam inteligentnie, bo jako kobieta lotniczo tresowana od jakiegoś czasu przez mężczyznę wiedziałam, że ma to jakieś znaczenie. Phi. Chciałam być uprzejma, nie? ;-p
- A skąd mam wiedzieć? - odpowiedział inteligentnie ukochany i wsadził z powrotem nos w szybę, a mapę na moje kolana. - O, widać już Dublin!... Zobacz!...
- Ciekawe jak, skoro zająłeś sobą całe okienko - mruknęłam, wpychając swoją głowę obok jego głowy. Nie wiedzieć czemu okienka w samolotach są na jedną głowę. Protestuję.
Faktycznie, zobaczyliśmy miasto, znając usytuowanie lotniska i plan Dublina niemal na pamięć rozpoznaliśmy niektóre elementy terenu. Jak w domu :-) Zaczęło się podchodzenie do lądowania, Wilczy musiał się ustabilizować w fotelu, a ja musiałam oddać kurtkę do schowka nad głowami. Za to zaraz po wylądowaniu Wilczy natychmiast wsadził głowę w okno i radośnie odnajdywał kolejne punkty na swojej mapce lotniska, podsuwając mi ją co jakiś czas pod nos.
- O, zobacz, teraz tędy kołujemy, E6!... O, a teraz skręcamy w B6!...
No siedział obok i ćwierkał, aż samolot nagle bardzo ostro zahamował. Po czym skręcił. Wilczy się rozjarzył:
- O, pomylił się, pojechałby prosto, a teraz skręcił w P2!...
- Trafiony, zatopiony - mruknęłam pod nosem, chyba nie usłyszał. No bo kto to widział jakieś E6 czy B6!...
Podjechaliśmy pod rękaw, mogliśmy zacząć wychodzić, nareszcie. Krótka kontrola paszportowa, bagażu brak, wychodzimy!...:-) A nie, jeszcze toaleta, punkt obowiązkowy. Tyle, że do męskiej jakoś dziwnie zastawione wejście... Nie zastanawiając się dłużej (natura mnie pchała do przodu), wlazłam do damskiej, uzyskując od Wilczego zapewnienie, że spotkamy się za chwilę przed wejściem.

Toalety
Obowiązkowy temat każdej podróży.
Generalnie Polacy nie powinni czuć się zbyt zaskoczeni stanem toalet, albowiem są one podobnie utrzymane jak u nas: zwykle nie lśnią, jest w nich średni syf i czasami brakuje papieru toaletowego. Zaskoczyć natomiast może co innego: absolutny brak klamek. No nic na to nie poradzę: w toaletach w Dublinie brakuje klamek!... Wchodząc, drzwi się popycha - zupełnie jak w saloonie na dzikim zachodzie. Wychodząc - ciągnie się za pałąk, przytwierdzony do drzwi od wewnątrz. Ma to jakiś sens, dopóki mówimy o drzwiach zewnętrznych: z knajpy do korytarzyka do toalet, z korytarzyka do konkretnego podziału na męską i damską... Ale jeśli chodzi o wejście do konkretnej kabiny, robi się z tym malutki problemik. Mianowicie drzwi do kabiny otwierają się do wewnątrz. Dzięki temu należy najpierw je jak najszerzej otworzyć, potem wejść do kabiny, a następnie wykonać wszelkie dostępne akrobatyczne sztuczki, żeby się zmieścić w tej kabinie między sedesem a zamykanymi drzwiami. Ten manewr skłania do odchudzania...:-)
Kolejną niespodzianką, na szczęście łatwą do opanowania, jest sposób spuszczania wody. Najczęściej do spuszczania wody służy spory, wystający ze ściany gdzieś obok sedesu przycisk. Czasami jednak jest to wajcha, którą trzeba przekręcić w dół. Zdarzały się również stare, wiszące u sufitu rezerwuary, w których spuszczanie wody uruchamiało się, ciągnąc za długi łańcuszek...
Zwykle nie było problemu z rozpoznaniem, czy toaleta jest męska, czy damska: międzynarodowe znaczki kółeczek i trójkącików, ewentualnie napisy: "ladies" czy "gentelman", niemniej jednak w bardziej irlandzkich pubach można mieć z tym problem, bo kto wie, co się kryje za drzwiami z napisem: "mna"? :-)
Jeszcze jedna niespodzianka: w damskich toaletach w pubach do ściany przytwierdzony jest dystrybutorek perfum. Trzy zapachy do wyboru: Giorgio, Obsession i Opium, w cenie 50 eurocentów lub 1 €. W męskich - standardowo - prezerwatywy ;-)


Dublin city reality - dzień pierwszy

...za chwilę, jak wyszłam, okazało się, że Wilczego przed wejściem nie ma.
Rozejrzałam się spłoszona.
Zwiał?
Nie no. Żeby zwiać, nie musiał mnie wlec ze sobą do Dublina!...
Jedyna nadzieja w męskim kiblu. Drzwi się jakby odkorkowały, pewnie tam wszedł, w końcu to planował.
Dobra. Poczekam na niego trochę... i pooglądam tablicę informacyjną w tym czasie...
Podeszłam do tablicy, jednym okiem łypiąc cały czas w stronę wyjścia od kibla. Obejrzałam sobie rozkład przystanków autobusowych, plan hali, popatrzyłam na ludzi...
Wilczego nadal nie ma. Ustabilizowałam się zatem naprzeciwko wyjścia z kibla i gapiłam się bezczelnie na wychodzących facetów. Po jakimś czasie (wieczność to była chyba) zaczęłam zwracać uwagę na wchodzących również, żeby sprawdzić, czy tacy wchodzący też wychodzą. Potem wyciągnęłam telefon i zaczęłam zastanawiać się, czy nie zadzwonić do tego chłopa. Potem zrobiło mi się śmiesznie, bo pomyślałam, że nawet nie mam pojęcia, gdzie śpimy, mam za to przewodnik po Dublinie i mogę sobie iść zwiedzać. Potem w końcu Wilczy wyszedł z idiotycznie rozanieloną miną.
- Wieczność tam siedziałeś! - wsiadłam na niego natychmiast.
- Aha - zgodził się radośnie i kompletnie nie przejął moim zdenerwowaniem. Wredny, nic innego ;-p
Poszliśmy do informacji turystycznej, nabyliśmy bilety na autobus i wypełzliśmy przed lotnisko.

Bilety autobusowe i transport
Wszędzie można wyczytać, że istnieje coś takiego jak "Dublin Rambler". To sieciowy bilet na niemal wszystkie linie autobusowe jeżdżące po Dublinie (wykluczając Aircoach, czyli bus kursujący z lotniska do miasta oraz autobusy wycieczkowe, czyli Day Tours i Nitelink). Można nabyć jednodniowy (5 €) lub trzydniowy (10,50 €). Nigdzie jednak nie ma informacji o Dublin Rambler Family, który na jeden dzień kosztuje 8,5 € i jest ważny dla dwóch osób dorosłych plus dla maksymalnie 4 dzieci do 16 lat.
Można też nabyć Dublin Pass, który jest biletem na autobus i jednocześnie działa jak zniżka lub wejście bezpłatne do wielu różnych atrakcji - szczegóły na http://www.dublinpass.ie/.
Istnieje też linia autobusowa "Day Tour", w skrócie: Hop On - Hop Off, czyli linia turystyczna przejeżdżająca obok najciekawszych zabytków miasta, w każdej chwili można z takiego autobusu wysiąść, zwiedzić, co trzeba i wsiąść do następnego, żeby przejechać dalej.
Co jest dość istotne, bilety można kupić także u kierowcy, podejrzewam jednak, że tylko jednorazowe.
A inną ciekawostką są kolejki ustawiające się do autobusów. Kiedy taki autobus podjeżdża na przystanek, najpierw z niego wysiadają pasażerowie, a następnie pojedynczo, stojąc karnie w kolejce, wsiadają następni. Zatrzymują się przy kierowcy, kupują bilet, reszta kolejki stoi grzecznie za nimi, nikt się nie przepycha, nikt nie leci zająć sobie miejsca, nikt się nie rzuca i nikt nie stoi potem nad innymi, udając bardzo zmęczonego, słabego człowieka u kresu sił (ale jak tylko w końcu autobusu zwolni się miejsce, to taki słabiutki człowieczek dostaje energii atomowej i z prędkością światła, roztrącając po drodze innych chętnych na to miejsce, przebywa nawet największą odległość i z satysfakcją dopada wolnego siedzenia... ciekawe, nie? ;-p). Jeśli ktoś ma już bilet, to wsiada, pokazując ten bilet kierowcy.
Przystanki autobusowe zaopatrzone są w okrągłe plastikowe buły, do których przytwierdzone są rozkłady jazdy oraz inne informacje. Jeśli chodzi o rozkłady, niekoniecznie są one zgodne z prawdą, linia 41 na pewno jeździła jeszcze później, niż twierdził rozkład (bo ją widzieliśmy ;-p), tak samo Aircoach wcale nie jeździł co 15 minut itd. Niemniej jednak rozkłady są, plastikowa buła daje się kręcić, zatem nie trzeba latać dookoła słupa, co jest dość wygodne. No i nie trafiliśmy na zdemolowany przystanek - widać ciągle za mało tam naszych ;-p Nie ma za to na przystankach ławeczek i daszków, co w kraju, gdzie deszcz pada średnio raz na godzinę, wydaje się być dosyć dziwne.


Przystanki były, nawet cały ciąg przystanków, stały przy nich autobusy. Piętrowe. Fajnie. Tylko w który mamy wsiąść?... Na informacji hotelowej było napisane, że do centrum jedzie 41. Super. To znajdźmy teraz przystanek dla 41... Nie dla 41b, nie dla 746, o rany, jakieś dziwne te numery tu mają!... No, wreszcie - jest! I nawet za 15 minut ma stąd odjeżdżać. Stanęliśmy zatem przed rozkładem jazdy i zaczęliśmy go z zapałem studiować. Nagle to bezmyślne gapienie się w rozkład przerwał nam jeden pan, machając rękami i pokazując na stojący obok 746, zaczął tłumaczyć, że on jedzie taką samą drogą, więc spokojnie możemy nim jechać, naprawdę!...
Hmmm. Taką samą? Na pewno? W końcu kto wie, to jakiś dziki kraj, te autobusy jeżdżą tu wszak pod prąd, to mogą jeździć, dokąd chcieć!...
- Na pewno, na pewno, jedzie tak samo, nie musicie czekać na 41!...
Dobra. Uwierzyliśmy, podziękowaliśmy uprzejmie i weszliśmy do 746. Podpatrując ludzi, wiedzieliśmy już, że pokazuje się bilet kierowcy, więc my też pokazaliśmy. Kierowca z niewzruszoną cierpliwością w odpowiedzi pokazał nam kasownik. Aha.
Kasownik wielki. Dziurę miał. Wsunęliśmy bilet w szczelinę, kasownik połknął go i zanim zdążyłam się zmartwić, że nie odda, wypluł, skrzecząc przy tym zupełnie niczym warszawskie kasowniki. Postąpił zatem właściwie w sposób przewidywalny, odebrałam zatem bilet z dziury i powędrowaliśmy na górę. W końcu mamy szansę przejechać się piętrowym autobusem, trzeba z niej skorzystać. Niestety, miejsca przy samej szybie były zajęte, usadowiliśmy się zatem na następnych. Wilczy wyciągnął plan miasta, ja wyciągnęłam komórkę, on gapił się na mapę, ja klepałam smsy, autobus ruszył. Natychmiast oderwałam się od telefonu, wszak musiałam obserwować, jak to naprawdę jest z tym jeżdżeniem po lewej stronie. No i faktycznie - co autobus skręcał, to cały czas byłam przekonana, że skręca pod prąd i w ogóle coś jest nie halo z tymi stronami ulicy. Ciągle przeszkadzały mi te pojazdy po drugiej stronie ulicy, ciągle nie mogłam się oprzeć, że coś tu jest nie tak. W dodatku pasy z tej wysokości wydawały się być szalenie wąskie i jak ten autobus w ogóle się tu mieści?!? O, i jeszcze rowerzyści pętający się po jezdni, po złej stronie jezdni, dodajmy!... A, nie, właśnie po tej dobrej niby. Kto to widział, żeby wszystko jeździło na opak?!?...
Wreszcie Wilczy powiedział, że wysiadamy. No dobra, najwyższy czas, co tak będziemy jeździć i jeździć. W dodatku słońce przygrzało i zrobiło się w autobusie gorąco. Wypełzliśmy zatem zaraz za mostem, rozejrzeliśmy się, ubraliśmy się natychmiast, bo jednak było chłodno. Jest pięknie!... Dookoła kolorowe budyneczki, w cholerę autobusów i całej reszty pojazdów jeżdżących, oczywiście po złej stronie drogi. Kolorowy tłum. To... co robimy?
- Idziemy tam - Wilczy pokazał palcem. - Nad rzeką.
- A gdzie jest Temple Bar? - spytałam, bo on już tę mapę przestudiował, a ja jeszcze nie, poza tym nie rozerwiemy jej na dwie równorzędne jednostki.
- No, mniej więcej w tamtym kierunku, tylko trochę bardziej w głębi...
Ok, to idziemy. Minęliśmy knajpkę, co nam przypomniało natychmiast, że musimy zjeść śniadanie, bo ta czekolada, wchłaniana w autobusie, na długo nie wystarczy. Poza tym fajnie byłoby się czegoś napić. Herbaty, no przecież nie piwa o 10 rano!... Ale idziemy dalej, w rezultacie obeszliśmy kwartał w kółko i wróciliśmy do tej pierwszej knajpki. Na śniadanie, napisali, że podają. Ulokowaliśmy się przy stoliku obok kominka, cudownie ciepło, rozebraliśmy się z kurtek i polarków, dostaliśmy karty śniadań. Dla bardzo głodnych i dla średnio głodnych. Uznając, że jesteśmy bardzo głodni, zamówiliśmy dwa pierwsze zestawy, zastanawiając się, co to jest ten white&black pudding...
Najpierw dostaliśmy herbatę. Z mlekiem. Potem przyjechały dwa talerze, wypełnione na full żarciem... Na jednym była wielka buła, przekrojona na pół jak do hot-doga, w środku ułożone kiełbaski, przykryte plastrami smażonego bekonu, na wierzchu było sadzone jajko, obok gigantyczna porcja frytek (przy czym frytki nietypowe, to po prostu grubo pokrojone ziemniaki o kształcie zbliżonym do frytek). Na drugim: dwie kiełbaski, plastry bekonu, sadzone jajo, połówka gorącego pomidora, stosik grillowanych pieczarek i plastry czegoś białego i czegoś czarnego. To pewnie ten pudding... Czarne smakowało jak porządnie zmielona kaszanka. Białe - jak kaszanka, ale... biała?... :-) Do wszystkiego były 4 tosty i masełko. Bardzo słone masełko.
Na stoliku stało sobie naczynko z jednorazówkami z keczupem, musztardą, majonezem, jakimś brązowym sosem i takimi tam. Bardzo inteligentnie spytałam Wilczego, czy ma ochotę na keczup do frytek, oczywiście potwierdził, zatem wyciągnęłam ze stosu czerwone opakowanie i podałam mu. Chciałam być pomocną kobietą, tak?...
- O fuj! - usłyszałam nagle z boku. Pomyślałam sobie, że no co, kiełbaski mu nie smakują, przecież są całkiem ok?...
- To jest ocet!... - powiedział Wilczy, starając się uratować resztę niepolanych frytek.
- Jak to ocet? - zbaraniałam z lekka. Po czym przyjrzałam się kolorowi opakowania, które przed chwilą mu podałam. Faktycznie, ta czerwień różniła się lekko od czerwieni opakowania z keczupem... Hmmm... no ale przecież nie zrobiłam tego specjalnie, nie? ;-p Wilczy jednak łypał na mnie spod oka. Ale frytki zeżarł :-)
Okazało się w ogóle, że siedzimy przy wejściu do kibla. Za drzwiami jak do saloonu co chwila ktoś znikał, od czasu do czasu też ktoś stamtąd wychodził, w każdym razie w tamtą stronę normalnie były pielgrzymki :-) Zastanawialiśmy się, czy wchodzą tu ludzie z ulicy i korzystają z toalety, czy skąd oni się biorą, bo nie widzieliśmy tylu osób przy barze, jak tamtędy przechodziliśmy... W końcu postanowiliśmy sami sprawdzić stan toalet.
Za saloonowymi drzwiami bez klamki znajdował się korytarzyk. Przed nosem - małe, przeszklone pomieszczenie. W prawo - toaleta dla inwalidów, dalej jakieś drzwi z napisem "staff only". W lewo - schody w dół... Skorzystałam z toalety dla inwalidów, skoro była najbliżej, a wiadomo, czy jest tu jakiś inny kibel? Może po tych schodkach na dół, ale jeszcze się zaplączę w tych korytarzykach i zgubię?... Wilczy skorzystał również, zapłaciliśmy za śniadanko i poszliśmy zwiedzać miasto.
Zgodnie z kolejnością w przewodniku powędrowaliśmy najpierw do Trinity College. Weszliśmy przez główną bramę i pierwsze, co zauważyliśmy, to Kampanila, czyli trzydziestometrowa dzwonnica. Stoi w centralnym punkcie sporego placu, otoczonego zabytkowymi budynkami szkoły. Na schodkach budynków siedzą sobie uczniowie, wielki trawnik dookoła, ławeczki, mnóstwo rowerów przy głównym wejściu czeka na swoich właścicieli. Taki porządny, prawdziwy kampus, znany z zachodnich filmów. Poszliśmy dalej, między budynki i natrafiliśmy na bibliotekę (z toaletą, ufff), a przed nią pomnik kuli. Interesujący, nie powiem ;-p
Z Trinity College poszliśmy na wprost Dame Street, podziwiając architekturę banków i knajp, mijając ulicznych artystów i przystanki autobusowe z kolejkami. Przeszliśmy obok City Hall, czyli ratusza i weszliśmy prosto na zewnętrzny dziedziniec Dublin Castle (zamku królewskiego), czyli spory parking... Jak już pooglądaliśmy auta (szukałam peugeotów z kierownicą po prawej stronie, kto to widział, kierować autem, siedząc na miejscu pasażera, no!...), weszliśmy do kaplicy zamkowej pooglądać wnętrze. No owszem, było na co popatrzeć, bardzo ładne sklepienie i organy. Nad drzwiami - główka z kluczem. Potem poszliśmy na dziedziniec wewnętrzny, zdolni nawet poświęcić te 5 € na bilet, ale okazało się, że wycieczki tylko z przewodnikiem, w dodatku najbliższa za półtorej godziny, zakręciliśmy więc na pięcie i poszliśmy dalej. Albowiem było jeszcze jedno przejście w murach na mniejszy dziedzińczyk, gdzie było coś w rodzaju ogrodu ze strumykiem i ławeczkami. Z jednej z nich skwapliwie skorzystaliśmy. I chciałam powiedzieć, że tam rosły palmy!... Takie prawdziwe, zielone palmy!... No halo, pomyliłam kierunki?... Przy temperaturze 7 stopni Celsjusza ciężko było mi uwierzyć w te cholerne palmy, ale one tam naprawdę były, prawdziwe, pomacałam. Ja też chcę palmę przed blokiem!...;-p
Z zamku powędrowaliśmy na tereny zielone na jego tyłach, wcześniej jeszcze fotografując wejście do komisariatu ichniejszej policji, czyli Gardy. Oddział mieści się we fragmencie zamkowych zabudowań, pod wieżą, w wieży zapewne trzymają złoczyńców...:-)
Zielony kawałek trawnika opanowany był przez ptasią grypę, dzieci i kilka sztuk dorosłych z kubkami kawy w rękach i gazetami na kolanach, gapiących się tępym wzrokiem przed siebie. Dublińczycy się nie spieszą, mają czas na przysiądnięcie na ławeczce w parku czy małe piwko w pubie w środku dnia. To odróżnia ich od nas ;-p
Po obejściu zielonego w kółko powędrowaliśmy w kierunku Christ Church Cathedral. To potężna katedra z równie potężną kryptą, całkiem zresztą nieźle i wygodnie urządzoną...;-p Wjazd: 5 € od osoby. Fakt, kościółek zrobił na nas wrażenie, począwszy od sklepu z pamiątkami na wejściu, przez złote tabliczki z napisami na ścianach, złote ptaki - podstawki pod książki, rzeźby i kryptę w końcu. Krypta wcale a wcale nie była straszna, wręcz przeciwnie, łagodne łuki sklepienia, jasne światło, żadnych duchów, prochów, stęchlizny, a nawet odkryliśmy w załomie murów drzwi ze znaczkiem toalety - ale zamknięte, co za pech!...;-) Poza tym obejrzeliśmy sobie wszystkie dostępne gadżety, łącznie z płaskorzeźbą Titanica, wpadającego na górę lodową. Titanic po bliższych oględzinach okazał się być "Enterprisem" i cała misternie uknuta historia wzięła w łeb. No trudno :)
Wywlekliśmy się z podziemi i z katedry i rozczulając się nad szalenie kolorowymi kwiatkami wokół kościoła poszliśmy dalej, nad rzekę Liffey. Już bardzo, bardzo chciało nam się gdzieś usiąść i napić się kawy, zatem powędrowaliśmy mostem na drugą stronę rzeki i zaczęliśmy szukać odpowiedniego miejsca. Jakoś ciężko było znaleźć, w końcu - jest pub, weszliśmy zatem czym prędzej i stojąc w drzwiach, rozejrzeliśmy się.
W pubie atmosfera zgęstniała. Jeden po drugim zaczęli odwracać się w naszą stronę faceci stojący przy barze. Inni, gapiący się w telewizor wiszący nad naszymi głowami, też spojrzeli się na nas. Powoli nasze wejście zostało zauważone też w następnym pomieszczeniu. Niepewnie weszliśmy dalej. Ucieszyłam się nawet, że to taki bar tubylców. Przeszliśmy do końca drugiego pomieszczenia. Zaplute, nigdy nieścierane stoliki. Cisza, tylko telewizor grał. Bogowie wiedzą, ile spojrzeń nas prowadziło. Doszliśmy do ściany. Poczuliśmy znajomy zapach dawno niesprzątanego kibla. Obok niego było drugie wyjście. Nie zatrzymując się, wymaszerowaliśmy z wybitnie irlandzkiego pubu, odprowadzani spojrzeniami...
Następny pub był zdecydowanie dla turystów, co najpierw sprawdziliśmy, oglądając skrupulatnie fasadę, a dopiero potem weszliśmy do środka...
Jak już usadowiliśmy się przy stoliku, usłyszeliśmy swojskie:
- Goooośkaaaa!....
O, jak w domu - ucieszyliśmy się i Wilczy poszedł zamówić kawę. Potem ja spytałam o toaletę i całe szczęście, że trafiliśmy na Polkę, bo okazało się, że do toalety trzeba zejść na dół, skręcić, znów skręcić a potem poszukać drzwi z napisem "mna". Bo wszędzie są kółeczka i trójkąciki albo napisy po angielsku, a tutaj jest "mna". Ciekawe, czy bym trafiła bez tego dokładnego opisu... Btw. męski kibel było widać z daleka, ja protestuję!...;-p
Po odpoczynku i przebieraniu się w wygodniejsze/cieplejsze/chłodniejsze ciuszki (w zależności od indywidualnych potrzeb każdego z nas) ruszyliśmy dalej. Zafascynowana kierownicami umieszczonymi po złej stronie auta, usiłowałam robić zdjęcia peugeotom. Nawet mi się to udawało od czasu do czasu. Wróciliśmy na południową stronę Liffey po mosteczku dla pieszych i obiecałam, że już nigdy więcej na ten most nie wejdę, bo chociaż jest piękny, to trzęsie się szalenie i nie wygląda stabilnie i solidnie... I powędrowaliśmy na Temple Bar.

Temple Bar i irlandzkie puby dla turystów
Każde miasto chyba ma taką uliczkę - jakby specjalnie dla turystów. Uliczkę, po której nie jeżdżą samochody, uliczkę-deptak, a wokół same knajpki i sklepiki z pamiątkami. Tutaj były właściwie same knajpki...:) Każdy pub musiał się czymś odróżniać od innych, zatem fasadą. Każdy był inaczej pomalowany, inaczej udekorowany, inne zdobienia, kwiaty, latarenki, zegary, menu, no i na co drugim nagroda pubu roku :) Przed wieloma knajpami do ścian były przytwierdzone popielniczki, w Irlandii bowiem nie można palić w pubach, zatem jak ktoś chce do piwka zapalić papieroska, musi wyjść na zewnątrz. Stąd popiołki przed pubami, a za to w środku całkiem przyjemnie, bez dymu i nieśmierdząco...:-)
Jeśli jednak podniesie się głowę, widać, że te całe dekoracje, formy i barwy sięgają najwyżej do połowy pierwszego piętra, wyżej jest już tylko zwykła, płaska ściana z cegieł, bez żadnych ozdób i w kolorze cegły. Płaskie okna, żadnego szaleństwa, kamienica podobna do kamienicy. No, chyba że pub zajmuje także piętro, wówczas oczywiście zdobienia sięgają wyżej :-)
Knajpki w ogóle są urządzone zupełnie inaczej niż u nas. Nie jest to jedna płaska przestrzeń, zagospodarowana stolikami. Nie, tam jest kilka poziomów, trzy schodki w górę, dwa w dół, balustradka, podwyższenie, drugi poziom, piwniczka... Dzięki tym mykom architektonicznym z jednego nieciekawego pomieszczenia wydziela się kilka mniejszych, przytulnych miejsc, w których można się schować i w spokoju sobie pić piwko/kawkę/jeść obiad. Niektóre knajpki, zajmujące kilka poziomów, są naprawdę niezłym labiryntem, czasem może być problem, żeby trafić we właściwe miejsce, bo każde schody prowadzą na kompletnie inny poziom...:-)
Kolejną interesującą rzeczą w pubach jest obsługa. Na 90% można być pewnym, że trafi się na Polaków za barem...:-) Okazuje się, że stanowimy tam naprawdę sporą mniejszość narodową - w tej chwili około 3% społeczeństwa.
No i bary zaopatrzone są w ogromną ilość nalewaków do piwa - tak na oko ponad 10 sztuk, z każdego leje się inne piwko. A piwa nie żałują - leją pod sam wrąbek kufelka, do tego stopnia, że trudno to donieść do stolika, nie upijając kilku łyków. Nie skąpią :-)


Piękna, zadbana Temple Bar, z różnokolorowym tłumem ludzi. Z knajpkami, z kwiatami, z pomnikiem w kształcie palmy, która na dole przekształca się w trzy czy cztery siedzonka. Wędrując i podziwiając, szukaliśmy sklepów z płytami, Wilczy bowiem nadzieję miał na jakiegoś białego kruka. A może czarną wronę? ;-p Kto wie, w każdym razie konwersował ze sprzedawcami, którzy traktowali go jak konesera i z szacunkiem odpowiadali, że nie, proszę pana, nie mamy tego, bardzo nam przykro, po czym tracili zainteresowanie, słusznie wychodząc z założenia, że skoro gość wie, czego chce, to innego kitu mu nie wcisną. Tym prostym sposobem zwiedziliśmy kilka głęboko ukrytych sklepów z muzyką, nie nabywszy ani jednej płyty...:) No w sumie mamy polskie zespoły grające folk irlandzki i pewnie to jest bardziej irlandzkie niż prawdziwy irlandzki folk, czyli zupełnie jak z muzyką country - polskie country jest bardziej country niż amerykańskie ;-p
Przeszliśmy Temple Bar w stronę Grafton Street, czyli deptaka handlowego, po drodze mijając pomnik Molly Malone.

"Przez uliczki Dublina szła raz piękna dziewczyna,
Pchając wózek z rybami, słodka Molly Malone."


O Molly Malone można poczytać na przykład na szanty.art.pl :-) A tutaj jest tekst piosenki.
Na Grafton Street pooglądaliśmy stragany, a następnie skręciliśmy do Powerscourt Townhouse. To centrum handlowe umieszczone w XVIII-wiecznej budowli, całkiem nowocześnie urządzone w środku i zapewne szalenie drogie, zwiedzanie ograniczyliśmy jednak tylko do rzutu okiem i poszliśmy szukać obiadu, na który był już najwyższy czas. I zadekowaliśmy się w polecanym w przewodniku barze O'Neills.
To, że nie błąkamy się po jego wnętrzach do tej pory, należy złożyć wyłącznie na karb mojej orientacji w centrach handlowych. Pub ma co najmniej dwa piętra (o dwóch wiemy, dalej nie zwiedzaliśmy), kilka barów, kilka różnych poziomów, kilka wejść (i nie mogliśmy się zdecydować, którymi drzwiami mamy wejść do środka) i mnóstwo zaułków. Również jest tam kilka toalet, z czego z jednej z nich jest wyjście na mostek nad podwórkiem między kamienicami... A w dodatku są podświetlane ultrafioletem, dzięki czemu wszystko wygląda szalenie upiornie, łącznie z papierem toaletowym...:-)
Ustabilizowaliśmy się przy stoliku na średnim poziomie i Wilczy poszedł zamawiać w ciemno. Nie było go dosyć długo. Wreszcie patrzę - idzie. Niesie dwa talerze pełne żarcia. Dwa wielkie kopce różnego rodzaju ziemniaków. Do tego jakieś dodatki i gdzieś pod tym wszystkim jeszcze góra mięcha... No ratunku!...
- Gdybym wiedziała... trzeba było jedno zamówić!...
- No skąd miałem wiedzieć, zapytała, czy ziemniaki, powiedziałem, że tak i ona zaczęła mi nakładać z jednej miski, z drugiej, z trzeciej... co miałem zrobić? - tłumaczył się lekko zirytowany Wilczy.
- A widziałeś, ile tu jest mięsa???... Trzy kawały!... U nas to byśmy dostali jednego kotlecika i koniec... Tylko kto to teraz wszystko zje?...
Nie daliśmy rady. Mimo głodu i nastawienia na konsumpcję do samego końca nie daliśmy rady. Polegliśmy sromotnie. Jeśli oni tyle jedzą, to nic dziwnego, że dziewczynki, pokazując brzuszki, pokazują tak naprawdę góry wylewającego się zza paska od spodni sadła. Wyjątkowo nieestetyczny widok ;-p
Siedzieliśmy tak sobie i konsumowaliśmy powolutku. Naprzeciwko usiadł sobie koleś, bez skrępowania położył nogi na stołku i coś tam leniwie jedząc, przeglądał gazetę. Pod stolikami leżały jakieś papiery, generalnie bar wielkim głosem wołał o sprzątanie. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Śmiem twierdzić, że w naszych barach chyba jest ciut porządniej...?
Ponieważ zaczęło się robić późne popołudnie, przez Temple Bar poszliśmy w stronę hotelu, czyli przez rzekę na północ. Odkryliśmy tory tramwajowe i bardzo piękne tramwaje, Wilczy oczywiście zapatrzył się w nie jak w obrazki ;-p Następnie zapatrzył się na szybką kolej, czyli DARTa, jadącego po szynach nad jezdnią - takie metro tyle, że jedzie górą, między domami, no dokładnie wyglądało to tak, że wjeżdża w ścianę budynku... potem okazało się, że nie całkiem w ścianę, ale był blisko ;-p Trafiliśmy na właściwą - według planu - ulicę, czyli Lower Gardiner Street. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć numer 89-90, bo tam właśnie znajdował się Browns Hostel, w którym mieliśmy rezerwację. Szliśmy cokolwiek w ciemno, gdyż w Dublinie ewidentnie oszczędzają na tabliczkach z nazwami ulic. Po prostu ich nie ma. Zdarza się jedna raz na jakiś czas, przy większym skrzyżowaniu, chociaż to wcale nie jest regułą. O numerach domów generalnie można zapomnieć, to pewnie taka niespodzianka dla przyjezdnych - zabawa w ciuciubabkę?... Niemniej jednak hostel znaleźliśmy, trafiliśmy we właściwe drzwi, załatwiliśmy formalności z bardzo zaspanym i szalenie ziewającym kolesiem jako recepcjonistą, obejrzeliśmy pokój, przywitaliśmy się z Wendy, która już tam mieszkała, skorzystaliśmy z toalety i czym prędzej poszliśmy do miasta z powrotem. Na piwo. Mocne wrażenia wymagały zapojki...:-)

Kwestia noclegu
Okolice centrum obfitują w noclegownie. Hostel przy hotelu noclegiem poganiał. My, rezerwując nocleg na http://www.taniehotele.co.uk/, nie mieliśmy wglądu w jakość tego, co rezerwujemy, ale licząc, że jedziemy do cywilizowanego kraju, uznaliśmy, że cena 18 € od osoby do czegoś zobowiązuje. Tiaaaa...:-)
Browns Hostel to budynek z zewnątrz podobny do wszystkich innych. Ciemna cegła, porządne okna, klasyczny wygląd. Maleńka recepcja, zamykana na zamek magnetyczny otwierany z wewnątrz przez recepcjonistę. Podczas meldowania się otrzymaliśmy kartę magnetyczną do damskiej toalety (męska nie była zamykana na takie ustrojstwo), klucz do pokoju (pokój nie miał numeru, tylko nazwę, nasz nazywał się Slaney) oraz informację, że za klucz płacimy depozyt 5 €.
Pokój był 4-osobowy, na jego wyposażenie składały się dwa piętrowe łóżka, jeden kosz na śmieci i 4 pojedyncze wieszaki na ścianie. Oraz dość szeroki parapet, co nieco ułatwiało sprawę, albowiem z płaskich powierzchni poza tym w pokoju były wspomniane już łóżka oraz podłoga. Był jeszcze grzejnik na prąd. Okno składało się z wielu luksferów umieszczonych zamiast kawałka ściany, jak łatwo zgadnąć, nie otwierało się.
Łazienki były zupełnie oddzielnie, piętro niżej, czyli w półpiwniczce. Damska wyglądała jak dłuuuuugi korytarz, po którego lewej stronie były najpierw kabiny z sedesami, następnie rząd umywalek, a na końcu - tym razem z prawej - rząd kabin prysznicowych. Z toalet zamykała się jedna na 6 czy 7, do reszty po prostu nie pasowały drzwi. Papier toaletowy był. Przy umywalkach były dwa krany: oddzielnie z ciepłą i zimną wodą, umieszczone dosyć daleko od siebie, działały one na wcisk - należało wcisnąć przycisk i wówczas woda leciała przez chwilę. Okazało się, że leci jednak z taką siłą, że spokojnie może rękę urwać. Należało zatem z kranami obchodzić się szalenie delikatnie i ostrożnie. Właściwie należało zatkać umywalkę korkiem (korki były, na łańcuszkach) i nalać sobie wody... Ponadto przy umywalkach były dozowniki na mydło, w większości pełne. Na ciepłą wodę w umywalce czekało się chwilę, za to pod prysznicem proces ocieplania się wody trwał szalenie długo, za to tam przynajmniej był jeden kran. Też zresztą na wcisk. W ramach powierzchni płaskich naprzeciwko kibelków (czemu nie umywalek?...) stały dwie ławki, a przy prysznicach dwa krzesła. Wystarczyło...;-p
Toalety były sprzątane, aczkolwiek oczywiście można było lepiej. Za to pokój sprzątany nie był bardzo dawno - włosy na parapecie, plamy, syf na podłodze. Tylko pościel wyglądała na czystą. Koce dostaliśmy z recepcji za darmo (dzięki, bogowie!...), bo pościel dostępna w pokoju to było prześcieradło i poduszka.
Do noclegu należało się śniadanie, wydawane do 10. Śniadanie polegało na tym, że w kuchni w podziemiach stało lodowate mleko, płatki śniadaniowe w dwóch rodzajach, tosty i masło. Ponadto można było napić się kawy lub herbaty. Oczywiście samoobsługa.
Gardiner Street to w ogóle ulica pełna noclegów - dookoła były same szyldy informujące o cenie noclegów, głównie w kwocie 50 €, domyślamy się, że standard był tam nieco wyższy.


Wróciliśmy na Temple Bar nieco inną drogą, koło iglicy, przez O'Connel Street, oglądając po drodze upiększone worami na śmieci ulice. Najpierw wysunęliśmy hipotezę, że w tych czarnych workach to leżą poćwiartowane teściowe. Ale jak przed jednym z hoteli zobaczyliśmy tych worków ze 30, to teoria z teściowymi upadła. No to co, gości hotelowych tak załatwiają, żeby mieć wolne miejsca?... No chyba jednak śmieci?... Najgorsze było to, że oni te śmieci tak przed front wystawiali i psuli mi widoki do zdjęć ;-p
Okazało się, że wieczorem Temple Bar jest bardziej zatłoczona, bardziej kolorowa i w ogóle świat robi się piękniejszy. Ulokowaliśmy się zatem w jednym z pubów na pięterku, przy oknie, widok mieliśmy piękny, zachodzące słońce dawało miękkie światełko, latarnie zaczynały się świecić, za plecami siedzieli Polacy, Wilczy poszedł zamówić piwko. I za chwilę wrócił, mówiąc, że barmanka... jest Polką. No tak, należało się tego spodziewać :-)
- Mam wrażenie, że ten samolot był podmiejski.
- Aha, polecieliśmy sobie na wycieczkę do Żyrardowa...
- Też się czujesz tu jak w domu?...
Zajęliśmy się wysyłaniem smsów pod piwko.

Z smsów:
"Witamy w Vodafone, w Irlandii. Poczta Głosowa wybierz 2222, Obsługa Klienta 2601 - tak jak w domu. Przyjemnego pobytu!"
"O2 welcomes you to Ireland. Stay on the O2 network for the best coverage."
"Jedziemy piętrowym autobusem po złej stronie drogi. Czas sprawdzić, czy mają tu dobre jedzenie..."
"W samolocie dali nam Milky Way Minute!... Czy praca może na chwilę dać mi spokój? Duże śniadanie irlandzkie jest duże :-)"
"Warunki mieszkalne poniżej krytyki. Za to porcje żarcia w knajpach gigantyczne. Idziemy w miasto odreagować hotel... Dbaj o pomidorka!"
"Owocuje. Wilczy testuje mętne piwo. Ja zasypiam. Ostatnia noc strasznie krótka była. Hotel ostatniej kategorii. Nogi bolą, bo złaziliśmy pół miasta. Nigdy nie wiadomo, z której strony coś nadjedzie. Poza tym w barach sami Polacy. I generalnie zadbane miasto, chociaż w bramy lepiej nie wchodzić. Jutro w nocy powrót."


Tym razem polska barmanka była bardzo miła i przyjaźnie nastawiona do rodaków, bo podeszła nawet do nas spytać, jak smakuje nam to mętne piwo, które podała Wilczemu. Wilczemu smakowało :-)
Oczywiście przetestowałam toalety, oczywiście znalazłam w nich napis "no smoking" oraz dystrybutorek z perfumami, oczywiście musiałam zastanowić się, jak się spuszcza wodę. A potem poobserwowaliśmy sobie przez okno, jak kręci się scenę pocałunku.
Zza rogu ulicy wyszła para. Ona rozbiegana, w podskokach, on spokojniejszy, ale też pełen energii. Ona go bierze za rękę, zatrzymują się na środku, dają sobie buzi i idą już dalej razem, znikają za rogiem ulicy. A to wszystko kręci koleś jakąś niedużą kamerką. Ci zza rogu wrócili, już się nie trzymali za ręce. Jeszcze raz. Tym razem koleś z kamerą ruszył się z miejsca i prowadził ich, ale jak szedł tyłem, to wpadł na śmietnik. Jeszcze raz... W końcu chyba był zadowolony z ujęcia, bo poszli wszyscy razem gdzieś dalej. Przedstawienie się skończyło.
Za to przy stoliku obok nas usiadła wycieczka skośnookich. Trochę sobie ich posłuchaliśmy, ale nawet gdybyśmy chcieli, nie szło ich zrozumieć, więc w końcu zmieniliśmy lokal i weszliśmy do szalenie zatłoczonego pubu z live music. Każdy niemal pub miał tabliczkę, że traditional irish music tonight, live music i takie tam. Okazało się, że live music już nie ma, chociaż zdaje się, że była przedtem. Teraz za to są problemy z miejscem i nie ma gdzie usiąść, szczególnie jeśli dźwiga się dwa plecaki i aparat dodatkowo. Niemniej jednak miejscóweczka została znaleziona, a Wilczy poszedł szukać toalety. Wrócił z ogłupiałym wyrazem twarzy.
- Zmarnowałem jedno euro - wyznał. - Tam był Murzyn!...
- Ale o co chodzi?...
- Wychodzę z toalety, a on mi mydełko podaje, ręczniczek, no normalnie wszystko, kłaniał się jeszcze...
- Ratunku!... Ja nie chcę knajpy z Murzynem!... Ja chcę normalny kibel bez bonusów!...
- Ale może w twojej nie będzie Murzyna?...
- Wszystko mi jedno, nie pójdę sprawdzić, ja się boję Murzynów, ja chcę w kiblu mieć święty spokój i intymną atmosferę, idziemy stąd!...
No i wywlokłam go z pubu, chociaż miał chyba ochotę tam zostać. Trudno.
Ponieważ nie bardzo było już dokąd iść, wylądowaliśmy w pubie, w którym rano jedliśmy śniadanie. Nasz stolik był wolny ;-p, usiedliśmy zatem i Wilczy przyniósł jednego Guinnessa i jedno coś innego. Pogapiliśmy się na ludzi, gapiących się w telewizor, powoli dopijaliśmy to piwo i czuliśmy się coraz bardziej zdechli i zmęczeni, wszak bardzo długi ten dzień był. Czas wracać do hotelu... Po drodze zahaczyliśmy jeszcze tylko o sklep z ochroniarzem - Murzynem, kupiliśmy chipsy i picie. Generalnie co sklep, to ochroniarz - Murzyn. Ciekawa sprawa. Może tu jest jakaś przynależność, barmanki - Polki, ochroniarze - Murzyni?...
Okazało się, że naszych współspaczek nie ma. Pewnie gdzieś balują, bardzo dobrze, mamy święty spokój, nie trzeba być miłym, wysilać się po angielsku, konwersować, można po prostu mamrotać, odwracać się tyłem i mieć generalnie w dupie, co też niezwłocznie uczyniliśmy, korzystając przedtem z szaleństw w toaletach. Ulokowaliśmy się na łóżkach, ja na górnym, na które wchodziło się po beznadziejnie skonstruowanych schodkach, wbijających się w stopy. Otuliliśmy się kocami. No dobra, względnie ciepło, może jakoś da się wytrzymać. I zapadliśmy w sen.
To znaczy Wilczy zapadł. On potrafi jakoś tak zasnąć wszędzie i zawsze. Ja słyszałam cały czas mamrotanie zza ściany, albowiem ściana pokoju przylegała do living-roomu ;-p, gdzie siedziało dwóch młodych Rosjan i konwersowali sobie pół nocy o bogowie wiedzą czym, przy akompaniamencie radia z komórki. No żesz szlag mnie trafił ze 3 razy, w końcu, wracając z kibla, poprosiłam ich, żeby jednak może przynajmniej tę komórkę wyłączyli, zaowocowało to tym, że ją ściszyli. Dobre i to. W końcu zasnęłam i obudziłam się, jak panienki wróciły, zachowywały się wyjątkowo przyzwoicie i cicho, poszły od razu spać i z czapki.
W living-roomie zasnęli Ruscy, Polacy, gadający tam przez cały wieczór, rozpełzli się gdzieś po pokojach, zrobiła się głucha noc i zrobiło się zimno. Na szczęście koc był dość ciepły, zmarzłam tylko trochę...

Dublin city reality - dzień drugi

Obudziłam się, bo współspaczka wypełzła ze swojego łóżka i szeleściła torebkami, aż w końcu poszła do łazienki. Wiem, bo ją tam zaraz potem spotkałam. Pozbieraliśmy zabawki i poszliśmy na śniadanie. Tiaaa....
Naiwnie zrobiłam sobie płatków na mleku, okazało się, że mleko jest lodowate i zęby mi ścierpły i zaprotestowały przeciwko głupim żartom. Pochłonęłam więc tosta, potem drugiego i skulona słuchałam sobie, jak obok rozmawia dwóch Polaków, jeden na oko student, drugi - pan w kwiecie wieku.
- Jak myślisz, pójdą na litość? - mówił ten młodszy. - To 120 euro. Niedużo, co? Co to dla nich. Może pójdą...
- Nie wiem.
- Na litość ich wziąć... W końcu powiem, straciłem robotę. Nie mam i już. No skąd wezmę, jak nie mam, no skąd? Spod ziemi nie wytrzasnę. Jak myślisz?
- Nie mam pojęcia...
- Wrócę do domu. Syn marnotrawny. A ty na kiedy masz bilety? Na piątek?
- Na piątek.
- A jakie to linie? Pokaż? O, aha, a o której masz wylot? Aha... No tak. Myślisz, że pójdą na litość? No co mam zrobić, straciłem robotę, syn marnotrawny...
Nasłuchałam się tego syna marnotrawnego, aż mi się niedobrze zrobiło, zapragnęłam normalnego śniadania i dość szybko wynieśliśmy się z Browns Hostel, zostawiając za sobą polską obsługę śniadania, Polaków-kombinatorów, syf i malarię. Ale nie tylko nasi tam mieszkali, byli też smagłolicy i całkiem czarni.
Idąc Talbot Street, trafiliśmy na kolejne polskie sklepy. Znów zastanawialiśmy się, czy nie jesteśmy przypadkiem w Żyrardowie... Tak samo jak u nas w bramy nie należy wchodzić, bo śmierdzą i nie wiadomo, co się tam dzieje w środku. Tak samo jak u nas przejścia dla pieszych na przycisk. Za to zupełnie inaczej niż u nas nad czerwonym światłem wyświetla się czas do następnego zielonego. No i dźwięki są przy tym bardzo dziwne :)
Najpierw obeszliśmy kwartał ulic, szukając Placu Parnell. Jak już doszliśmy do punktu wyjścia, doczytaliśmy w przewodniku, że ten plac to właściwie jest zabudowany szpitalem i takimi tam. Zatem konkretnego placu nie ma...
Ulicą O'Connella poszliśmy na śniadanie w kierunku Temple Bar, tam weszliśmy do pubu, który wyglądał dość porządnie, zamówiliśmy śniadanko, dostaliśmy znacznie mniejsze porcje niż wczoraj, ale smaczne było. O mleko do herbaty zostaliśmy zapytani, nie było go defaultowo. Po sali kręcił się kelner, wyglądający, jakby był tu tylko przy okazji i przez przypadek, luzik kompletny, nikłe zainteresowanie klientami. W pewnym momencie podszedł do nas i zaczął zbierać mój talerz, ale jak Wilczy mu nie pozwolił zabrać swojego, to mój też odstawił z tymi wszystkimi śmieciami, które zdołał na niego wrzucić. W życiu bym się takiej reakcji nie spodziewała...
- Kelner kapeć! - mruknęłam, bo jakoś tak mi się skojarzyło. Wilczy spojrzał na mnie z nowym zainteresowaniem. - A nie, to sędzia kalosz... - przypomniało mi się.
W końcu kelner zaczął wydawać nam resztę z rachunku, do którego knajpa doliczyła sobie 12,5% za obsługę. Wydawał nam ją tak długo i w takich częściach, że natychmiast przypomnieliśmy sobie kelnera z Egiptu, ktory po wysunięciu z dłoni jednego papierka patrzył się smętnie w dal z nadzieją usłyszenia: dziękujemy, reszta jest twoja. Nic z tego, nie usłyszał niczego takiego, ale i tak zostawił sobie napiwek. Ten poszedł w ślady tego egipskiego - może to bracia syjamscy? ;-p Też zostawił sobie w końcu jakiś napiwek, tyle że to raczej było kilka eurocentów, ale zawsze - przy doliczaniu napiwku do rachunku nie zgadzam się na żadne dawanie napiwku dodatkowego. Tym bardziej, jeśli biorą sobie 12,5%!... W każdym razie wyszliśmy stamtąd lekko wściekli. W ramach poprawy nastroju postanowiliśmy zobaczyć Galerię Fotografii i National Photographic Archive. Skręciliśmy według planiku w przewodniku i przystopowało nas.
- To powinno być gdzieś tu - mruknął Wilczy, gapiąc się w kamienicę.
- Tiaaaa - zawtórowałam mu kulturalnie.
Skręciliśmy w bramę jakąś, właściwie przesmyk między dwoma kamienicami, znaleźliśmy się na podwórku, dość dużym, właściwie skwerze między różnymi budynkami. Na tyłach jednego z nich odnaleźliśmy archiwum fotografii, więc czym prędzej tam weszliśmy, tym bardziej, że zaczynało właśnie coś padać. Okazało się, że jest dostępna tylko jedna wystawa zdjęć i żadnych archiwów. No dobre i to.
Po czym zaczęliśmy szukać galerii i trafiliśmy na nią dopiero niemalże stojąc przed nią - był to bardziej sklep z książkami, albumami, a dopiero na piętrach były zdjęcia. Coś na kształt naszej Yours Gallery w Warszawie. Część wystawy tam prezentowanej to była w ogóle instalacja poświęcona wojnie w byłej Jugosławii.
W końcu powędrowaliśmy na Dame Street, żeby przemieścić się w kierunku Muzeum Guinnessa, po drodze złapał nas deszczyk, no tak, prognozy mówiły jasno, że w poniedziałek będzie piękna pogoda, ale we wtorek może padać. Wilczy wyciągnął parasol, podjechał autobus, więc wsiedliśmy i pojechaliśmy na czuja. Wysiedliśmy też na czuja w dobrym miejscu, skręciliśmy w dobrą uliczkę, no normalnie jak po sznurku do tego piwa :-) Na tyłach browaru - bo wejście jakoś tak od tyłu było - stał sobie chłop z furmanką i koniem, zrobiłam zatem mu czym prędzej zdjęcie. Zdaje się, że coś tam do mnie potem mamrotał, ale zdaje się, że niewiele słyszałam, a zrozumiałam jeszcze mniej. Wycieczka szła ;-p
Do wejścia do muzeum prowadziły tory. No poważnie, niknęły w drzwiach obrotowych ;-p Duży budynek z czerwonej cegły, z oknami co jakiś czas, wewnątrz okazał się być pusty, wydrążony, zostawili normalnie tylko jakieś rury (i to pokazowo, bo one prowadziły donikąd), podesty (i to nie wszędzie, pośrodku była dziura na przestrzał), a górę budynku w ogóle zrobili ze stali i szkła. Niesamowite.
Naprzeciwko schodów ruchomych, które zawiozły nas na pięterko, stała pani i coś od nas chciała. Okazało się, że chciała być naszą przewodniczką. Nie potrzebowaliśmy jednak przewodnika, trochę oszołomieni rozejrzeliśmy się po okolicy. Aha, z lewej sklep z gadżetami, z prawej wystawa butelek, naprzeciwko kolejka do kasy. A gdzie toalety?... Aaaa, z tyłu. Najpierw zatem przetestowaliśmy toalety :-) Były najporządniejsze w całym Dublinie... Potem zrobiliśmy szybkie przepakowanie się, przebranie, pochowanie ciuchów, bo tu w środku ciepło, i stanęliśmy w kolejce do kasy. Kolejka poustawiana w zygzaczek, według toru wyznaczonego przez słupki połączone sznurami, jak w Shreku zupełnie. Pan w kasie spytał o naszą narodowość i powiedział: tam siedzi Kamila, ona Polką jest, możecie u niej zostawić swoje bagaże :-) Po czym poinformował nas, że na te kupony przysługuje nam darmowe piwo na samej górze, miłego zwiedzania, następny!...
Poszliśmy zatem do Kamili, powiedzieliśmy grzecznie "dzień dobry, czy możemy tu zostawić plecak?", na co Kamila powiedziała: "jasne" i mogliśmy już iść zwiedzać.
Było fajnie.
Najpierw było ciemno i szumiało głośno. Tutaj dowiedzieliśmy się, z czego robi się piwo: zatem jęczmień, woda, chmiel. Pod wodospadem wszyscy robili sobie zdjęcia, niektórzy wrzucali tam pieniążki, powstrzymaliśmy jednak gesty wyławiania...;-p Potem była sala z maszynami różnego rodzaju, makietami i slajdami. A potem był advertising, czyli reklama i bajery: buteleczki, gadżety, nalepki i wafle, czyli świat zabawek według Guinnessa. Zachwyciliśmy się czymś pośrednim pomiędzy butelką a puszką oraz modelami beczkowozów konnych :-) W końcu dotarliśmy pod ścianę płaczu, gdzie ludzie zostawiali karteczki z własnymi wrażeniami. My też zostawiliśmy, a co :-) Taka księga gości czy coś w tym rodzaju. Aż dotarliśmy na sam szczyt, gdzie rozpostarł się przed nami widok na miasto, a gdzie mieścił się Gravity Bar, czyli darmowe piwo za kuponiki.
Za oknem - krajobraz po deszczu, przed chwilą przeszła niezła nawałnica, widzieliśmy przez dach z szyb i stali, jak lało. W środku - dziki tłum, kilka stolików zajętych, pufy też, a nam nogi powłaziły tam, skąd wyrastają. Klapnęłam sobie na podłodze koło windy i tak już zostałam, Wilczy poszedł zamienić kuponik na kufelek.
Z jednym kufelkiem Guinnessa obeszliśmy malutką wieżę dookoła, gapiąc się, co tam widać. Zaczęło wychodzić słońce, poprawiała się widoczność, zobaczyliśmy brzeg morza, Wilczy podzielił się ze mną piwem i w pewnym momencie chyba zaczął się niecierpliwić:
- Jak się ma to piwo?
- Świetnie...
- I długo jeszcze będzie trwało w tej postaci?...
A mógł po prostu wyciągnąć rękę po kufelek, nie? ;-p
Oczywiście porobiliśmy zdjęcia, temu, co za oknem, oraz sobie nawzajem, z kufelkiem ciemnego pełnego. Owszem, takie schłodzone nawet da się pić, chociaż raczej nie zostanę wielbicielką Guinnessa. Ale piwko się skończyło, zatem wróciliśmy na dół do sklepu. Pośród tysiąca nikomu niepotrzebnych rzeczy, takich jak koszulki, kufelki, zabawki, kufelki z logiem Guinnessa, Wilczy znalazł jedną rzecz i ją nabył, mianowicie musztardę...:-)
No poważnie.
Kupił sobie musztardę...
Ja zachowałam się przyzwoiciej, albowiem kupiłam batonika. Nie był zbyt smaczny, jak się potem okazało ;-p
Wyszliśmy z muzeum na nieco mokry bruk i poszliśmy w stronę autobusu. Koń z panem jak stał, tak stał, nie widać było po nich skutków niedawnej ulewy, widać oni tutaj są odporni na wodę lejącą się z nieba. Słoneczko zaczęło świecić, zrobiliśmy się głodni oczywiście, więc skierowaliśmy się do centrum. Na piechotę, bo przyjemnie, a poza tym możliwe, że nie chciało nam się czekać na autobus, bo jakieś autobusy nam pouciekały, no i jeszcze problem ze zlokalizowaniem przystanku, no bo trzeba się chwilę zastanowić, zanim człowiek przypomni sobie, po której stronie ulicy do licha zatrzymują się autobusy!...:-)
Ulokowaliśmy się w "The Castle Inn", naprzeciwko Katedry, którą zwiedziliśmy wczoraj. Jak zwykle: kilka poziomów, schodki, miękkie i przytulne kanapy, zakotwiczyliśmy zatem przy jednym ze stolików i poczekaliśmy na kelnerkę. Knajpa wyglądała na porządną, kelnerka rzeczywiście przyszła i rzuciła: "Hi, guys!", po czym zaczęliśmy składać zamówienie. Przy Wilczym się nie zająknęła, ale kiedy ja otworzyłam buzię, spytała, czy jesteśmy z Polski... i dalszy ciąg zamówienia składaliśmy już w języku ojczystym. No tak!...
Zamówiliśmy fish&chipsa, czyli tradycyjne danie ;-p Dostaliśmy całkiem smaczny kawałek jedzenia i oczywiście piwko, trochę tylko wszystko tam suche podają, pewnie dlatego żłopią piwo, żeby to nasmarować jakoś. W pubie stał sobie jak zwykle telewizor, leciał jakiś mecz, przed nami dziewczynki opowiadały sobie o facetach, obok babcia przysiadła z siatą z zakupami i mineralną, powolutku toczyło się życie.
Po tradycyjnym zwiedzeniu toalet powędrowaliśmy w kierunku St. Patrick's Cathedral, przy której był śliczny trawniczek i w ogóle skwerek. Alejką między trawniczkami wędrowała sobie spokojnie mewa z wielkim pomarańczowym dziobem. Zrobiłam jej kilka zdjęć, aż skręciłam za nią w drugą alejkę, odwróciłam się w końcu i zaczęłam wracać do Wilczego, a mewa... odwróciła się i zaczęła iść za mną!....
- Wilczy. Zrób coś - zażądałam nerwowo. - Czy ona nadal za mną idzie?...
- No idzie.
- Ja się jej boję!...
- Nooo, wielka jest...
- Może to szpieg!? Czemu ona za mną idzie? No zrobiłam jej kilka zdjęć, ale bez przesady!...
W końcu jednak mewa zawróciła i zajęła się czymś innym i mogłam odetchnąć. Poszliśmy do katedry. Wilczy zachwycił się szarością kamieni, z których jest zbudowana:
- O, tak lubię: zielony trawniczek i szare mury!...
No trudno, co zrobić ;-p
Znaleźliśmy jakieś wejście. Nie byliśmy go jednak zbyt pewni, katedra oczywiście w remoncie, rusztowania i takie tam. Wleźliśmy jednak, za drzwiami: schody. A potem kolejne drzwi. Wejść? Nie wejść? Popatrzeć?... Ale o co chodzi?... Przyszedł ktoś inny, wszedł, więc my wsunęliśmy się za nim, a tam na bramce ksiądz. Z towarzyskiej konwersacji wynikło, że jeśli chcemy, to proszę bardzo, możemy wejść, ale musimy zostać na mszy, która będzie za 15 minut, nie kręcić się, nie szwendać, nie rozrabiać i w ogóle najlepiej modlić się i już.
Nie chcieliśmy. Popatrzyliśmy sobie na to, co było widać, święty Patryk niezłą ma chatę, trzeba przyznać, po czym wynieśliśmy się godnie acz stanowczo i zaczęliśmy szukać toalety. Wszak piwo do obiadu było, tak? ;-p
Pierwsze kroki skierowaliśmy na zamek. Była tam toaleta, pamiętałam. Ale okazało się, że zamek czynny do 17, właśnie zamknęli go razem z kiblem, dziękujemy, do widzenia, sio.
Przez Grafton Street, zahaczając znów o Molly Malone, doszliśmy do końca deptaka, pod St. Stephen's Green i weszliśmy do zamykanego właśnie centrum handlowego z zajefajnym gigantycznym zegarem, skorzystaliśmy z toalety i w radośniejszych nastrojach powędrowaliśmy dalej. Ostatni spacer przez centrum, ostatnia kawa w jakimś pubie. Oczywiście za nami usiedli Polacy...:-)
Wilczy wziął piwko, ja dużą fajną kawę, siedzimy i mamroczemy sobie pod nosem, słuchając jednym uchem, o czym ci za plecami gadają. Generalnie tematem była praca w Irlandii. Dowiedziałam się na przykład, że jeśli będę naprawdę poważnie chora, to jakoś mi to mój pracodawca wybaczy, ale nie mogę z tym przeginać, no wiadomo, jak wszędzie.
Nie zamierzam się w tej chwili zatrudniać w Irlandii, więc póki co temat nie był dla mnie szalenie interesujący. Zainteresowałam się zatem swoją kawą i Wilczego piwem. Z zainteresowania wyszło mi, że Wilczy szanuje swoje piwo, a ja kocham wołki zbożowe...:-) A poza tym nie mamy o czym rozmawiać.
- Ten bar jest połączony z jakimś hotelem - oznajmił mi Wilczy, pokazując rachunek z kasy fiskalnej. Faktycznie, na rachunku, poza normalnymi pozycjami, było: "room: #".
- Już wziąłeś pokój, tak?! - zareagowałam, jak przystało na blondynkę. I co z tego, że teraz jestem ruda? ;-p
- To już lepiej, żebyśmy nie mieli o czym rozmawiać... - wymamrotał Wilczy w odpowiedzi, dodając po chwili: - I zapadła taka krępująca cisza...
- To jak ona ma na imię? - drążyłam dalej.
- Ona jest leworęczna.
- Ale ja nie gram w golfa!...
Ten ostatni fragment naszej rozmowy to oczywiście nawiązanie do głupiego dowcipu:

- Najdroższy, co byś zrobił, gdybym umarła? - zapytała żona.
- No cóż, byłbym bardzo zasmucony - odpowiedział mąż. - Dlaczego o to pytasz?
- Ożeniłbyś się ponownie?
- Oczywiście, że nie.
- Nie cieszy cię życie w małżeństwie? - spytała żona.
- Oczywiście, że mnie cieszy, kochanie.
- To dlaczego byś się nie ożenił?
- No już dobrze, ożeniłbym się ponownie!
- Naprawdę? - zapytała żona, wyglądając na poważnie zranioną.
- Tak - odpowiedział mąż.
- Spałbyś z nią w naszym łóżku?
- No tak, tak myślę.
- Ach, rozumiem - powiedziała żona znacząco - A pozwoliłbyś jej nosić moje stare ubrania?
- Jeżeli by chciała, to czemu nie.
- Ach tak! - chłodno powiedziała żona.
- A zdjąłbyś ze ścian moje zdjęcia i powiesił w to miejsce jej?
- Tak by chyba należało zrobić.
- Czyżby? I pewnie pozwoliłbyś jej grać w golfa moimi kijami?
- Ależ kochanie, oczywiście, że nie - powiedział mąż. - Ona jest leworęczna...


Powoli zaczęliśmy się zbierać do autobusu, wszak trzeba zdążyć na lotnisko. Minęła nas laweta, co skomentowałam beznadziejnie:
- Co za dziwny kraj!... Samochody jeżdżą po lewej stronie i do tego piętrowo...
Dotarliśmy na przystanek autobusu 41 i 746, o których wiedzieliśmy, że jadą na lotnisko. Ustabilizowaliśmy się tam i przejrzeliśmy sobie rozkłady jazdy. Rozkłady mówiły, że generalnie autobus 746 jeździ raz na godzinę, ewentualnie raz na dwie godziny, zależy o której ;-p Obok jest przystanek Aircoach, jeżdżącego teoretycznie co 15 minut, ale według stanu faktycznego co 35 minut :-) Jeden Aircoach przepuściliśmy zatem, czekając na rozkładowy 746. Nie przyjechał. Mijały nas różne autobusy, coraz częściej mające napisy "Out of service". Coraz więcej takich jeździło, coraz mniej z normalnymi numerkami, powoli zapadała ciemność i robiło się coraz później. Powoli też zaczynaliśmy się denerwować, obok przystanęła równie zdenerwowana parka, po ponadczterdziestominutowym oczekiwaniu na autobus wsiedliśmy do następnego Aircoacha, tracąc kolejne 7 € od głowy, za to mając większą pewność, że dostaniemy się na lotnisko na czas. Po drodze jeszcze podziwialiśmy widoki: rozkopaną O'Connell Street, światełka lądujących samolotów, podświetlone kościoły. Wreszcie dotarliśmy na lotnisko.
Lotnisko zwiedziliśmy, odprawę bagażową przeszliśmy, dostaliśmy bilety, malutka pani wszystko nam wyjaśniła, dokąd mamy iść i co robić. Kupiliśmy picie, w hali odlotów o tej porze czynny był jeden kiosk i jeden bar z kanapkami, nuuudy, panie. Kanapka z kurczakiem, przepakowanie bagażu, ostatnie łyki z otwartej butelki z napojem, żeby pozbyć się podejrzeń o przemycanie alkoholu. I przejście przez bramkę do sprawdzania, co się przemyca. Przed bramką siedział sobie na stołeczku pan, któremu migało się paszportem i biletami, pan był średnio zainteresowany tematem oglądania, rzucił okiem i nie wnikał w treść kart pokładowych ani paszportu. Państwo na bramce obejrzeli sobie nasze bagaże bez słowa, nie zainteresowali się tym razem butelkami ani niczym, poszliśmy zatem zwiedzać część lotniska niedostępną dla śmiertelników. To znaczy: ja poszłam do kibla, a Wilczy do okna, pogapić się na samoloty...:-)
W końcu ustawiła się kolejka do bramki do samolotu. Tak sobie stojąc w niej i gapiąc się bezmyślnie na istoty obsługujące ową kolejkę, dokonałam niezwykłego odkrycia: stała tam ta sama pani, która robiła nam odprawę bagażową. Postanowiłam poinformować o tym fakcie Wilczego następującymi słowami:
- Skarbie, tam stoi pani, która sięga ci do pasa i będzie obrywać!...
Odpowiedziała mi pełna zgrozy cisza. Po chwili Wilczy zdławionym głosem spytał:
- Ale co obrywać?!?...
No tak. Karty pokładowe przecież!...;-p

...i z powrotem...

Planowany start: godzina 23:15. Rozejrzeliśmy się skrupulatnie, na dublińskim lotnisku też nie było zegara. Brak informacji o godzinie jest dość męczący, jeszcze na lotnisku to pół biedy, bo mamy komórki, ale w samolocie telefony mają być wyłączone, zatem kompletnie jesteśmy pozbawieni informacji o czasie. Zegarków na rękę żadne z nas nie nosi już od lat...:-)
W samolocie za nami usiadła jakaś laska, przysiadło się do niej dwóch kolesi i zaczęli podryw. Nudni byli potwornie, niestety, przeszkadzali trochę spać swoim gadaniem.
Lot minął szybko, znów dostaliśmy po batoniku, trochę przysypialiśmy, chociaż już nad Łodzią, całkiem obudzeni, gapiliśmy się na miasto, a Wilczy co chwila komentował:
- O, to jest ulica jakaśtam!... O, teraz lecimy nad moim osiedlem!...
- To może wysiądziemy?...
- Byłoby zdecydowanie bliżej...
Po wylądowaniu - kolejka do odprawy paszportowej. Oni faktycznie tam się na tym Lublinku nudzą... Panowie w kabinkach wyrywkowo sprawdzali, kto zacz, pytając o różne dane z paszportu, na przykład: "A kiedy się pan urodził?"... Mnie nikt o nic nie pytał, możliwe, że wyglądałam na tak zaspaną, że niekoniecznie odpowiem. Brak bagażu sprawił, że wyszliśmy szybko z hali, dorwaliśmy taksówkę, wróciliśmy do domu i nareszcie można było pójść spać...:)

Wyszperane w Sieci:

Łódzkie lotnisko Lublinek: http://airport.lodz.pl/
Stowarzyszenie "Lotnisko dla Łodzi": http://www.lotniskodlalodzi.org/
Centralwings: http://centralwings.com/
Moja Irlandia - przydatne informacje: http://www.mojairlandia.pl/
Christ Church Cathedral: http://www.cccdub.ie/
Dublin Pass: http://www.dublinpass.ie/
Muzeum Guinnessa: http://www.guinness-storehouse.com/
Polski Dublin: http://www.polskidublin.com/
Towarzystwo Polsko-Irlandzkie: http://www.tpi.poznan.pl/
Ambasada Irlandii w Polsce: http://www.irlandia.pl/
Noclegi: http://www.taniehotele.co.uk/


psyche