Pojezierze Drawskie, Kopenhaga, 30.08 - 7.09.2003 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Pojezierze Drawskie i okolice
Kopenhaga


Kosztorys
Paliwo - 180 zł
Knajpy - 261 zł + drinki imieninowe - 110 zł = 371 zł
Hotel - 70 zł
Prom - 347 zł
Parking - 30 zł
Sklep wolnocłowy - 266 zł
Kopenhaga - 100 $

Trasa:

Warszawa - Wólka - Okole - Świnoujście - [Kopenhaga] - Świnoujście - Jeziorna - Warszawa - 1420 km

Wyjazd

Z Warszawy po wielu bojach wyjechaliśmy koło godziny 18. Udało się upchnąć wszystko w bagażniku, który aż jęczał, jak się zamykał. Nawet gitara weszła i nie połamał się gryf... W radosnych humorkach ruszyliśmy na zachód.
Im później i ciemniej, tym bardziej plany dojechania do Bydgoszczy brały w łeb. Gdzieś w trasie spadł na nas deszcz... much i innych owadów - nagle zabębniło w szybę tak, że aż się przestraszyłam. Zatrzymaliśmy się w Wólce za Sierpcem w hoteliku, który nie wyglądał na luksusowy, a jednak był całkiem przytulny i miał w łazience mydło i szampon :-)
Rankiem, po śniadanku (jajecznica, pycha) - ruszyliśmy dalej. Najpierw pobłądziliśmy przy wjeździe do Torunia. Ni stąd, ni zowąd wyrzuciło nas na fragment autostrady, który przewiózł nas przez Wisłę i - chciał nie chciał - jechaliśmy po drugiej stronie. W Bydgoszczy trafiliśmy do domu towarowego i poczyniliśmy zakupy (ale saperki nie mieli, no!) i już coraz bliżej byliśmy celu... A poza tym to Wilczemu śpiewały opony. Sam tak powiedział!
Jak dojeżdżaliśmy do Czaplinka, to popsuła się pogoda. Wiadomo - przybywamy na miejsce... Fatum :-) Czaplinek zwiedziliśmy po amerykańsku, starając się nie jeździć za dużo pod prąd. Dokończyliśmy zakupy w miejscowym monopolowym i pojechaliśmy szukać miejsca.
Po niezłych wertepach, zastanawiając się, dokąd właściwie jedziemy, dojechaliśmy nad jeziorko Głębsko. No i...

Wakacje! :-)

Zaczęły się pichceniem obiadu. Herbatka z rumem, łazęga po okolicy i rozstawianie namiotu. Okazało się, że pompka jest nieco nadgryziona zębem czasu i trzeba dwóch osób do pompowania materaca. Miejsce biwakowe niewątpliwie przez kogoś nadzorowane, ponieważ stały resztki drewnianych "mebli" oraz kosze na śmieci. Wszystkie, jak jeden mąż, wywrócone i śmieci rozsypane po okolicy...
Urządziliśmy sobie spanko, poszliśmy na spacer na drugą stronę jeziora, wieczór spędziliśmy przy gitarze i poszliśmy grzecznie spać.
Ranek obudził mnie wcześnie i poczułam się jakaś obolała. Nic mi to jeszcze nie powiedziało niestety, dlatego następnego dnia wstałam jeszcze bardziej obolała... Zwyczajnie za mocno napompowaliśmy materac!... Sieroty...

Grzyby...

Nawet nie padało (chwilami), więc po śniadanku wybraliśmy się na spacer do lasu. Na grzyby, hihi :-) O grzybach wiemy oboje tyle, że mają nóżkę i kapelusik i że te czerwone z białymi kropkami na pewno nie nadają się do jedzenia. Trochę niewiele... Ale do odważnych świat należy. Spacer brzegiem jeziora doprowadził nas do rzeczki z bagnistymi brzegami. Trzeba było skręcić z powrotem do lasu, ale las był pod górkę. Wybierałam się do lasu, a nie na spacer po górach i łąkach, tak? Wilczy oblazł w małe gąsiennicowate stworzonka. Zrobiło się wręcz gorąco. Wreszcie dotarliśmy do lasu, tam chłodniej... i trafiliśmy na pierwsze grzybki! Hmmm, ciekawe, czy jadalne? Wyglądają nieźle, niektóre nadgryzione przez robaczki, więc chyba jadalne?... Zaryzykujemy! Przedzierając się przez pajęczyny w ilościach hurtowych, szukaliśmy runa leśnego pod drzewkami, aż tu nagle coś załomotało i usłyszeliśmy trzask łamanych gałęzi. Sarenka! (wersja Wilczego: jelonek!) Przebiegła obok nas jarem pod górkę i zniknęła między drzewkami. Szkoda, że nie miała ochoty pozować...
Jak wróciliśmy okrężną drogą do namiotu, okazało się, że ktoś posprzątał wszystkie śmieci i pole jest czyste i piękne. Zebrane grzyby ciążyły w torebce, więc trzeba było je przyrządzić. Luksusowy obiad składał się z kaszki kuskus, duszonych grzybków oraz puszki mielonki. Jakimś cudem skończyła nam się sól, ale generalnie danie dało się zjeść...
Telefonicznie zarezerwowaliśmy miejsce na promie Świnoujście-Kopenhaga-Świnoujście i już nie było odwrotu. Jutro trzeba będzie się spakować (myślałam o tym z trwogą...) i znów w drogę...
Opracowaliśmy trasę i naszło mnie na łowienie ryb. W końcu po coś tę wędkę wzięłam, nie?

Ryby...

Wypakowałam ją z pokrowca. To było najłatwiejsze zadanie. Potem zaczęły się schody... Najpierw trzeba było ją złożyć. Za każdym razem, kiedy myślałam, że to już mogę zrobić, okazywało się, że gdzieś jeszcze coś trzyma. A to gumka, a to zablokowany kołowrotek... a w ogóle to kręciła się rączka! Puszczony luźno koniec żyłki ze spławikiem zaczął żyć własnym życiem, kompletnie nie zwracając uwagi na moje potrzeby. W końcu udało mi się to jakoś opanować i mogłam dowiązać haczyk. To poszło w miarę łatwo, szczęśliwa z sukcesu zabrałam torbę, chleb, wędkę i powędrowałam niedaleko, na miejsce już wcześniej wydeptane przez wędkarzy. Było tam nawet krzesełko :-)
Kulka z chleba jakoś trzyma się na haczyku, czas na pierwszy rzut... Wzięłam zamach i!... Nic. Na końcu wędki smętnie zwisa to samo, co zwisało przed chwilą. Hmmm. Coś zrobiłam nie tak, przecież ta żyłka powinna polecieć, nie?... Przyjrzałam się ustrojstwu bliżej. Ciekawe, do czego służy ten pałąk na kołowrotku?... Hmmm, da się odgiąć! Ojej!... żyłka pod ciężarem ciężarków (;-p) i spławika wysunęła się z kołowrotka na ziemię. Acha, znaczy, to trzeba odgiąć na czas rzutu. Ok. Ale najpierw trzeba rozplątać to, co już jest poza kołowrotkiem...
Wyplątałam się ze stosu żyłki, nakręciłam ją z powrotem na kołowrotek, odgięłam blokadkę i rzuciłam. No pięknie!... Nawet o nic nie zahaczyłam :-) Ale coś blisko. Trzeba spróbować jeszcze raz. Ściągnęłam wszystko i okazało się, że tych ekscesów nie przeżył chlebek. Trzeba było zrobić jeszcze jedną kulkę i nadziać na haczyk. Lepiej byłoby łowić na robaki, ale robaków nigdzie nie było... Chlebek na haczyku, zamach i pięęęękny rzut!... No. Teraz należy spodziewać się szybkiego brania. Stałam tak i czekałam na branie, trzymając wędkę i gapiąc się w wodę. Stałam i stałam. W końcu mi się znudziło, postanowiłam rzucić sobie raz jeszcze, bo tak mi się spodobało. Więc cała operacja od nowa. Nakręcanie żyłki na kołowrotek, pilnowanie, żeby się nie poplątała, przytrzymanie żyłki palcem, odgięcie blokadki, zamach i...
Trafiłam idealnie w środek trzcin przybrzeżnych. No tak, pomyślałam sobie, to teraz koniec łowienia... Pociągnęłam raz. Nic. Pociągnęłam mocniej. Znów nic. Ale przecież kiedyś jakoś te haczyki z chaszczy wyciągali, nie? No to pociągnęłam znów. Trzciny puściły! Ale zostawiły sobie haracz... Haczyk do mnie już nie wrócił. Wrrrr.... Zdeprymowało mnie to, złożyłam ustrojstwo i wróciłam do namiotu. Nie to nie, nie będę łowić!
No to poszliśmy na spacer w kierunku wsi. Nawet nie było daleko, nie padało i całkiem miło się szło. Dworek, którego ruiny stoją w Okolu, stał się własnością prywatną z groźną tabliczką "zły pies", ale bez psa. Może ktoś to wyremontuje? Obeszliśmy to naokoło wzdłuż ogrodzenia, trafiliśmy na ruiny starej lodówki i żyrandola i daliśmy sobie spokój ze zwiedzaniem zabytków. Ale niedaleko stała wieża telefonii komórkowej prawdopodobnie, więc musieliśmy pójść ją obejrzeć. Do namiotu wróciliśmy na skuśkę przez pola...

Wszystko przeciw nam

Rankiem padał deszcz. No jasne - jak my mamy się zwijać, to pada!... Nic to, pada z przerwami, więc liczymy na te przerwy... Razem z nami chyba liczą panowie, którzy wyrąbują las - a raczej wycinają, bo robią to takimi wielkimi piłami elektrycznymi z rzężeniem i łomotem. W trakcie naszego pakowania się jedno drzewko ląduje na drodze wyjazdowej z biwaku. Jedynej. Hmmm... nic to, pewnie raz dwa potną to na kawałki i ściągną z drogi... Hmmm, ale właśnie na drogę spadło drugie drzewko!!!! I zaczął padać deszcz!... No teraz to już mogiła. Nie wyjedziemy stąd, bo oni się zwinęli, drogę mamy nieprzejezdną, namiot mokry i prom do Kopenhagi szlag trafi...
Pakujemy się dalej, deszczyk przeszedł, ale panów nadal nie ma... Został już tylko namiot, nawet trochę wysechł... O, słychać piły!
Poszłam zatem pogawędzić z panami, coby dowiedzieć się, czy zamierzają udrożnić nam przejazd... Okazało się, że zamierzają, czemu nie, zaraz podjedzie ciągnik i ściągnie...
No faktycznie. Podjechał i ściągnął, potem jeszcze tylko z resztek gałęzi sobie oczyściliśmy drogę i...

Na północ!

Najpierw jednak na wschód - do Bornego Sulinowa. Legendę obejrzeć trzeba. Dziwnym trafem, jak tylko zbliżaliśmy się do jakiegokolwiek miasteczka, zaczynał padać deszcz. W plenerze było ślicznie, piękne słońce, w miasteczkach deszcz lub mżawka. Zatem Borne Sulinowo zwiedziliśmy również po amerykańsku, rozglądając się co nieco za Domem Oficera, ale jednak go nie znaleźliśmy, więc po kilku kółkach dookoła miasta i obejrzeniu ruin kamienic ruszyliśmy do Czaplinka. Oczywiście zaraz po wyjeździe z miasta pojawiło się słońce, zatrzymaliśmy się więc w lesie, przy przejeździe przez nieczynną linię kolejową do Bornego Sulinowa, wśród kwitnących wrzosów. No pięęęęęknie!... Wilczy powędrował w krzaczki, ja zaczęłam kicać przy wrzosach, żeby je uwiecznić rzecz jasna, i nagle lunęło. Nie, żeby deszczyk, ulewa jak trza, w dodatku przeszła w grad! Schowałam się do samochodu i czekałam na biednego Wilczunia, któremu dupsko zmokło :-)
Przyszedł jak przestało prawie już padać, powarczał coś pod nosem i pojechaliśmy w stronę Czaplinka. Zaraz za nim jest Stare Drawsko - mała wioska, położona w ślicznym miejscu między dwoma jeziorami. A potem już Droga Pięciu Jezior - prześliczna trasa między jeziorkami i wzgórzami. No tutaj to nam się głowy kręciły w prawo i lewo jak wiatromierze...
- Tutaj powinny być jeziora zaraz... No i jest jakiś dołek... Ono jest bardzo zarośnięte! To jest jezioro... Krzywe - komentowałam sobie pod nosem.
- I za chwilę następne - powiedział Wilczy.
- Tak, ale to jezioro się nie nazywa.
- Jest nonejmowskie?
- No totalny nonejm.

Marsz grany przez kiszki

I nagle poczuliśmy głód. Decyzja prosta: trzeba zjeść obiad. Tylko gdzie?... Wjechaliśmy do Reska.
- Może tu będą mieli knajpę i obiad? -powiedziałam z nadzieją.
- Mają wieżę kościelną.
- Eeee... mało jadalna.
- Tak, średnio.
- Mają rowerzystę ale pewnie twardy i łykowaty.... W dodatku nie podobał mi się, był wąsaty. O, mają ciuchcię!... Kiosk spożywczy mają też. Mają dach nad głową ale... jeść?... Kurcze, ci ludzie tu w ogóle nie jedzą, zauważyłeś?... Spożywczo-przemysłowy wszędzie...
Jedziemy tak i czytamy szyldy, które nam się rzucają w oczy. Wszędzie spożywczo-przemysłowe. Nagle przeczytałam:
- Miś.
- Co? - zapytał się inteligentnie miś zza kierownicy.
- Handel 'Miś' usługi - przeczytałam do końca.
Nadzieja opuszczała nas, im bliżej było do tablicy oznaczającej koniec miejscowości.
- No i co? - zapytałam beznadziejnie.
- Orlen - dobiegła mnie odpowiedź.
- Też mało jadalny...
- No żeby to chociaż była jakaś duża stacja benzynowa...
Trafiliśmy na ładne miejsce, naprzeciwko jakiegoś gospodarstwa.
- O, tu jest ładne miejsce, żeby sobie usiąść i niech ci z tego domu zrobią nam obiad - zamarzyłam. Wjechaliśmy do Płotów.
- Płoty? To może obiad? - powiedziałam z nadzieją. I komentowałam widok za oknem: - Tu rzeczywiście są płoty. I inne konstrukcje. A tam rosły jabłka na drzewie!... To się nadaje do jedzenia, wiesz?...
Nie dość, że jakieś podstępne objazdy nas zmusiły do kręcenia po Płotach, to jeszcze pojechaliśmy w złą stronę. Zawróciliśmy i pojechaliśmy objazdem do Gryfic. Dopiero w Gryficach, zdecydowani już na wszystko, nabyliśmy kurczaka z rożna i pożarliśmy go w 'ogródku' knajpy-sklepu przydrożnego. Popiliśmy colą i pojechaliśmy jednak przez Golczewo do Świnoujścia.

Świnoujście

Pilnowaliśmy znaków, żeby trafić na przystań promową. Udało się bez pudła, nawet wyczailiśmy parking strzeżony, na którym pan z góry wiedział: do czwartku? No tak do czwartku... Widać znał dokładnie rozkład jazdy promów :-) Odebraliśmy bilety, zostaliśmy poinstruowani co nam przysługuje i pojechaliśmy na kolację do miasta. Promem, oczywiście :-)
Szliśmy nabrzeżem, patrząc, co się zmieniło od naszej ostatniej bytności tutaj. Rozglądaliśmy się też za bankomatem i wreszcie... udało się! Znaleźliśmy Euronet i postanowiliśmy odwiedzić knajpę, w której kiedyś nas dobrze nakarmili. Pizza i sałatka grecka, herbatka, całkiem przyjemnie :-) Ale już trzeba wracać.
W hali odpływów (no skoro jest hala odlotów, to jest i odpływów, nie?) tłum. Wyczailiśmy miejsce pod ścianą, usiedliśmy i spokojnie poczekaliśmy, aż tłum się rozproszy. W pierwszym okienku pani wydała nam kartę pokładową i zabrała jeden bilet. Z trzech. W drugim okienku pan zajrzał do naszych paszportów, pooglądał sobie bilet i już mogliśmy wędrować na prom. W wejściu powitały nas dwie panie, wskazały drogę do kabiny, odebraliśmy klucze w recepcji i już... na promie!

Wisienka gratis :-)

Kabina luksusowa. No dobrze, bez okna (Wilczy ma do dziś do mnie o to pretensje, bo przy rezerwacji powiedziałam, że nie potrzebujemy okna...), ale za to całkiem spora, z piętrowym łóżkiem (były też apartamenty...), ze stoliczkiem, fotelem i łazienką. Całkiem przyzwoicie. Oczywiście od razu musiałam spróbować wszystkich dostępnych mi przycisków, więc nagle ze ściany dało się słyszeć radio, potem zapaliła się lampka nad łóżkiem, a potem zgasło światło w kabinie. Jak już opanowałam przyciski, rozpakowaliśmy się i skorzystaliśmy z dobrodziejstw toalety, to poszliśmy zwiedzać prom. Znaleźliśmy restaurację (tu jutro będzie śniadanko, mniam), bar (ale jakoś smętnie wyglądał), drugi bar (no tu trochę lepiej, zjeść też coś można...), sklep wolnocłowy z perfumami i drugi z alkoholami. Wilczy odciągnął mnie siłą od wystaw sklepów wolnocłowych, tłumacząc, że w tę stronę nic nie kupujemy, tylko z powrotem. No już dobrze, niech mu będzie... Ok, już wiemy, co gdzie jest, więc teraz na spacer po pokładzie... Hmmm, zimno :-) ale przyjemnie. No to czas coś ze sobą zrobić. Wycieczka raz jeszcze tą samą trasą zaowocowała odkryciem drzwi do knajpy, która jakoś nam się spodobała. Bardzo przyjemnie urządzone wnętrze, w drewnie i skórze, za barem prawdziwy barman i mnóstwo fajnych flaszek. Szybka decyzja: zostajemy tu!!!
Wnikliwa lektura karty zaowocowała zamówieniem jednego wynalazku i drugiego drinka tradycyjnego. W międzyczasie wypłynęliśmy z portu i w trakcie picia coraz bardziej oddalaliśmy się od lądu... Po pierwszym drinku nastąpił drugi, z postanowieniem twardym, że będzie ostatnim. Jednak niestety, do drugiego drinka pan mi wrzucił wisienkę, której nie mogłam się oprzeć. Po prostu musiałam...: - Ja poproszę drinka z wisienką - powiedziałam do pana czarująco i po dodatkowych pytaniach (słodki czy nie? mocny czy nie?...) dostałam szklaneczkę z dwoma wisienkami :-) Ta druga to gratis od barmana. No pięęęęknie!.... :-)
Ok, skończyły się drinki, czas popłynąć do kabiny. Ale niestety, na drodze stanęło kasyno, obok którego nie mogłam przejść obojętnie! Weszliśmy zatem tracić kasę na automatach. Automaty jednak jakoś mnie nie lubiły. Nie chciały przyjąć pieniążka, w dodatku duńskiego już (bo kupiliśmy za kontuarkiem), po wielu próbach jeden z automatów rozmienił mi 20 koron na pojedyncze i mogłam już zacząć tracić je na upatrzonym wcześniej automacie. Oczywiście, straciłam wszystkie :-) Trzeba było jeszcze kilka koron nabyć, zmienić automat i nawet kilka razy udało mi się grać z kredytu. No, jest nieźle :-) Po utracie sumy 15 zł Wilczy wyciągnął mnie z automatów i zaprowadził do kabiny, gdzie padłam natychmiast spać, niewątpliwie pod wpływem alkoholu.

Nowa pieczątka :-)

Najpierw obudził mnie budzik z telefonu zza ściany. Potem zadzwoniły nasze telefony, a potem ściana powiedziała:
- Dzień dobry państwu! za godzinę nasz prom przypłynie do Kopenhagi...
Pani mówiła jeszcze długo, po angielsku i po duńsku, i Wilczy powiedział, że żeby mówić po duńsku to on nie wie, co trzeba mieć w buzi, bo rozgotowane kartofle nie wystarczają...
Zwlekliśmy się jakoś lekko nieprzytomni, chociaż alkohol chyba wywietrzał. Spakowaliśmy się i powędrowaliśmy na śniadanie z widokiem na morze. Wpłynęliśmy już między wyspy i z okien promu w restauracji było widać różne zabudowania na brzegach i na przykład wiatraki na morzu :-) Fajna elektrownia.
Na śniadanie był szwedzki stół, Wilczy pochłonął chyba stos parówek, a ja jajeczniczkę i inne szaleństwa. Herbatka i kawka, za oknem morze, sama przyjemność...
W końcu dobiliśmy, czas wyjść na świat. No to wyszliśmy i... utknęliśmy w kolejce do okienka z kontrolą paszportową. Staliśmy sobie długo dość, w końcu podaliśmy paszporty przez okienko i... otrzymaliśmy piękne, równo przybite, nowe pieczątki! Bardzo nam się to spodobało, więc rozjarzeni weszliśmy do następnego pomieszczenia, w którym trzepano bagaże. Usiłowaliśmy podetknąć nasze bagaże pod nos pani, ale olała nas kompletnie i nie chciała sprawdzać, co przemycamy. No trudno, wyszliśmy w takim razie z budynku i... dokąd dalej???

Punkty obowiązkowe

Mapka, którą mieliśmy w jakichś reklamowych materiałach, powiedziała nam, że do syrenki to w górę mapki, a do miasta w dół. No to najpierw do syrenki, rzecz jasna, syrenka jest obowiązkowa przecież! Hmmm... przy syrence tłum. Jakieś autokary z wycieczkami. Na szczęście już się zbierają do odjazdu... Przez chwilę mieliśmy syrenkę tylko dla siebie!... No faaaajna. I jaka czysta woda! Zaraz jednak dogonili nas nasi, znaczy, z naszego promu. "Zrobią nam państwo zdjęcie?..." Pewnie, a państwo nam? :-)
Od syrenki droga poprowadziła nas przez coś, co nazwaliśmy Cytadelą, ale naprawdę nie mamy pojęcia, co to takiego. Ale ładne budyneczki były, takie czerwone, z cegły, wszystko czyste i dobrze utrzymane, otoczone fosą i wałem, a na wale, na trawce, pasły się... najprawdziwsze owce! W środku miasta. No cóż...
Wędrowaliśmy uliczką, przy której na naszym planiku było zaznaczonych sporo kółeczek z numerkami w środku, czyli zabytków. No i faktycznie, jakieś kościoły i inne szaleństwa architektoniczne. Wilczy oglądał się za laskami na rowerach, a mnie tłumaczył, że to nie laski, tylko przystanek autobusowy go tak zafascynował... Tia :-) I dowędrowaliśmy tak do Nyhavn, czyli uliczki - kanałku. Stoją tu ponoć XVIII-wieczne kamieniczki i stare żaglowce, bardzo piękne i często w kiepski stanie. Stąd można też popłynąć statkiem wycieczkowym na przejażdżkę po kanałach albo usiąść w jednej z niezliczonych knajpek.
Znaleźliśmy wreszcie kantor, więc postanowiliśmy wymienić 100 dolarów na ichnie korony, żeby mieć jakąś siłę nabywczą w portfelu... Podałam zatem pani w okienku stówkę i spodziewałam się w zamian konkretnej ilości koron. Korony dostałam, uśmiechnęłam się, powiedziałam 'fenkju' i... zdziwiłam się. Dostałam tych koron mniej, niż się spodziewałam... Ale dlaczego???? Wilczy wyczytał ze ściany: podatek. 10%. No tak, to by się zgadzało... Ratunku!!!! Jeszcze nic nie kupiliśmy, a już jesteśmy lżejsi o te 10%... Wrrrr....
No dobrze, obeszliśmy Nyhavn dookoła, ładne takie, kolorowe i tak dalej, wróciliśmy na plac i postanowiliśmy dalej iść Strogetem. Ulica - sklep. Można kupić tu wszystko, każdej marki sklep, a do tego jest siedziba tych gości od Księgi Guinessa. Uliczka bardzo miła dla oka kobiety, nic tylko kupować i kupować, ale... nigdzie nie da się usiąść!! No nigdzie. Nie uświadczysz ani jednej ławki! Chociaż, przepraszam bardzo, trafiliśmy na ławeczki, wolne do tego, bo... całe lepkie. Nie wiem, od czego, pewnie coś z drzew. Nie dało się usiąść...
Tak doszliśmy do Placu Ratuszowego, czy jak on się tam zwie. I co ujrzeliśmy na jego środku? - ławeczki!!!! Huraaaaa!... Usiedliśmy sobie jak biali ludzie i napawaliśmy się pięknem otoczenia (a tak naprawdę to daliśmy odpocząć lekko już zmęczonym nogom).
Tuż obok było muzeum Tussauda i...

Tivoli!

Tylko gdzie, do licha, jest wejście??? W którą stronę iść, żeby za bardzo się nie nachodzić?... Na mapce było zaznaczone coś jakby wejście, więc poszliśmy w tamtą stronę i rzeczywiście - trafiliśmy do głównego wejścia. Jak się potem okazało, wejść było kilka i spokojnie mogliśmy iść w drugą stronę...:-)
Wjazd - 60 koron od łebka. No trudno, odżałowaliśmy, weszliśmy i zrobiło się jakoś tak bardziej jak w bajce :-) Ładnie. Kolorowo. Niespiesznie. Sklepiczki i knajpki, ławki!!!! Usiedliśmy na jednej i zaczęliśmy przeglądać plan imprezy. Wyczailiśmy restauracje (38, z różną kuchnią), atrakcje (od A do Z) i toalety (dość istotna sprawa, sztuk 6) i wszystko bardzo fajnie, tyle, że po duńsku wyłącznie. A w ludzkim języku opisać te atrakcje to nie łaska??? Już nie mówię, że koniecznie po polsku, ale może przynajmniej po angielsku.... Ale nie, po co...
Obleźliśmy Tivoli dookoła, powoli szukając jedzenia i orientując się w sposobie uczestniczenia w atrakcjach. Więc do atrakcji kupuje się oddzielnie bilety, określoną ich ilość, w automatach stojących zwykle gdzieś obok i piszących głównie po duńsku (nie widziałam, aby pisały w innym języku, ale może nie dopatrzyłam się). Jedzenie znaleźliśmy na przykład chińskie i jakoś nam nie podpasowało (chociaż możliwe, że w Danii nie podają piesków i kotków...). Również były owoce morza. W końcu utknęliśmy w restauracji Viften Cafeteria, gdzie co jakiś czas pan sprząta stoliki hurtem, a zamawia się jedzonko przy barze i potem oni wywołują numerek. No to fajnie. Usiedliśmy przy stoliku świeżo sprzątniętym, przestudiowaliśmy kartę i poszliśmy do baru zamówić to, co wisiało przed knajpą w roli promocji. Nazwę tego czegoś przepisałam, bo świadoma jestem, że w życiu tego nie wymówię...
Przy barze okazało się, że owa promocja jest wywieszona nad nim (tym barem). Więc pokazaliśmy palcem i pan spytał się o piwo. Czy duże. Popatrzyliśmy po sobie, głupie pytanie, jasne, że duże, nie? Pan wklepał to w maszynkę i podał nam cenę. Gdybyśmy siedzieli na stołkach, to byśmy z nich spadli. Była sporo wyższa od tego, co widniało na promocji... Okazało się, że to przez to piwo.
Przyuważyliśmy przy barze misę z solą i pieprzem. Nie mogliśmy przegapić takiej okazji - sól nam się przecież skończyła! Więc nabraliśmy garściami malutkich saszetek i usiedliśmy z piwem przy stoliku. Jakieś duże to piwo, Carlsberg oczywiście, trochę dziwnie duże... Wilczy pomamrotał pod nosem: A może to jest 0,75?...
No tak. Chcieliśmy przecież duże piwo, nie? To dostaliśmy duże... Rany boskie... I ja to mam wypić??? Jak ja mam problemy z pół litrem?... Ratunku!....
Co jakiś czas pan gulgotał przez mikrofonik. To znaczy, sądzę, że wypowiadał owe numerki... My czekaliśmy na swoje jedzenie metodą: jeśli nikt się nie podrywa i nie leci do baru po żarcie, to znaczy, że to nasze... I udało się! Dostaliśmy obiad. Pożarliśmy go z przyjemnością, chociaż niektóre rozwiązania nas trochę zdziwiły (na przykład takie małe, zielone, marynowane coś na mięsku leżące...). Wypiliśmy to piwo trochę z trudem, ale wypiliśmy. Ja nie wiedziałam, że w ogóle są kufle 0,75 litra!...
Wyszliśmy z knajpy. Najpierw - do toalety, żeby nadmiar piwka odsączyć... Potem - dookoła raz jeszcze i powoli szykowaliśmy się już do wyjścia. Przechodząc koło kolejki górskiej, kolejnej jej odmiany, Wilczy powiedział: No jak to, i nie spróbujemy żadnej atrakcji???...
Ok. Poszliśmy walczyć z maszyną do sprzedawania biletów. Udało się, zawalczyliśmy, dostaliśmy odpowiednią ilość biletów i weszliśmy do kolejki... Usiedliśmy, chwyciliśmy pałąk i pochyliliśmy go na nasze kolana, torby przymocowaliśmy do rączek i nóżek i poczuliśmy się komfortowo. I kolejka ruszyła...
Na początku powoli. Spokojnie. Dostojnie niemal wjechała w grotę. Zapadła ciemność totalna, w końcu wyjechaliśmy z groty i kolejka runęła w dół!... Ale jak! Tempa nabrała ostrego od razu, ja nie wiem, tam w ogóle oporu nie ma czy jak??? Zgodnie wszyscy wrzeszczeliśmy i piszczeliśmy, kolejka spadła w dół, potem podjechała pod górkę i znów zakręciła w jakichś ciemnościach. I tak ze 6 razy... Przed jedną z grot, po jakimś takim zjeździe i przed kolejnym, urządzenie bezduszne robiło zdjęcie. Nie pozwolili się przygotować, nie uprzedzili, pozować się nie dało! Dlatego głupie miny mamy, że hej! Po tej atrakcji mogliśmy już z czystym sumieniem wyjść z parku i powędrować dalej...

Christiania

Powędrować jak powędrować, raczej powlec się... Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa. No ale jak to, nie odwiedzimy Christianii? Myyy?... No dobrze, uległam. Rzeczywiście chciałam zobaczyć tę wsypę hippisów, więc powlokłam się powoli mostkiem, lekko rozkopanym, przez kanał. Najpierw nie było nic. To znaczy, nie, żeby zupełnie nic, były normalne sklepy, kamienice i ruch uliczny z przewagą rowerów. W końcu na mapie dopatrzyliśmy się, dokąd należy iść. O rany... to tak daleko... no już trudno, idziemy, podziwiając po drodze kolejne żaglowce przycumowane w kanale. W końcu dotarliśmy do litej zabudowy i zaczęliśmy zastanawiać się, gdzie tu może być wejście do tej całej komuny... Ruszyliśmy w prawo. Doszliśmy do czegoś w rodzaju furtki na budowę, więc zdecydowanie postanowiłam nie szukać dalej, tylko wedrzeć się tędy. Nogi mnie bolą na szukanie oficjalnego wejścia, które jest Bóg wie gdzie! - oznajmiłam Wilczemu, który - chcąc nie chcąc - musiał wejść za mną. No i... owszem. Jeden budynek, wyglądający jak gmach jakiejś uczelni, przed nim plac zabaw z huśtawkami (natychmiast się nimi zainteresowałam, w końcu było na czym usiąść), ławeczka z kilkoma osobami, rozpijającymi winko, jakieś nowe domki budujące się i wyglądające całkiem porządnie... gdzie ten mit?
Nieco nieusatysfakcjonowani poszliśmy kulturalnie jak ludzie do wyjścia i wróciliśmy innym mostkiem na właściwą wyspę. Nogi bolały coraz bardziej...

Nyhavn 2

Pomysł, aby gdzieś usiąść powoli sprowadzał się do wyszukiwania knajpy z kawą i ciasteczkiem. Genialnie pomyśleliśmy, że po prostu usiądziemy nad kanałkiem Nyhavn, bo tam ładnie i są knajpki. Tak też zrobiliśmy, upewniając się najpierw, że można zapłacić w knajpie Visą za kawę. I ciasteczko. Można. No to złożyliśmy swoje zmęczone kości na krzesełkach z pledami, obok ogrzewania, zamówiliśmy kawę i po ciasteczku. Kawa była dobra, ciasteczko też, Wilczy usiłował pochłonąć całe mleczko do kawy, ale mu z gardła wyrwałam resztkę, ciasteczko było ciepłe i generalnie jakoś szybko się skończyło, a mieliśmy jeszcze sporo czasu i zupełnie nie chciało nam się ruszać... W końcu jednak podnieśliśmy się i poszliśmy jeszcze przez Amalienborg (czyli rezydencję królewską) do Rosenborgu. Ani to po drodze, ani jakieś super ważne, ale to, co najbliżej, już obejrzeliśmy...

Rosenborg

Wielki park, z ulotkami w wejściu, ładnie utrzymanymi trawnikami, wszędzie czysto, a na trawnikach siedzieli ludzie. Wyczailiśmy na planie wyjście z parku w drugim, interesującym nas końcu, więc powolutku powlekliśmy się w tamtym kierunku. Po drodze trafił nam się plac zabaw, z którego należało skorzystać rzecz jasna natychmiast :) Tylko dlaczego on był zamykany na małe furteczki? Żeby się dzieci nie rozbiegły po okolicy?... Na placu zabaw stał smok, którego zaraz dosiadłam, a Wilczy zaczął snuć marzenia o smokach latających. Potem odwiedziliśmy (wg słów Wilczego: idealnie czyste!) miejscowe toalety, jakiś żywopłot i poszliśmy szukać tego wyjścia, co to wg mapy miało tu być. Hmmm... Po jakimś czasie zaczęliśmy zastanawiać się, o której ten park zamykają i czy zdążymy przed zamknięciem z niego wyjść, bo tego wyjścia to coś nie ma... Znaleźliśmy inne, dzięki Bogu... i stąd już prosta droga do przystani naszego promu. Ale jaka daleka!...

Kopenhaga

Miasto bez ławek. Pełne rowerów, peugeotów cc i nigdzie niespieszących się ludzi. Sklepy czynne do 17. Psie kupy na każdym rogu ulicy. Ceny z kosmosu. W knajpach ze stolikami na świeżym powietrzu - koce do przykrycia. Publiczne kible bezpłatne i czyste - utrzymane porządnie. Korki tworzące się na ścieżkach rowerowych. I przede wszystkim ścieżki rowerowe dosłownie wszędzie. Cywilizacja kontrastów?...

Powrót

Dojrzeliśmy ławeczkę. Cud się stał, bo w tym mieście koszmarnym ławka chyba jest na wagę złota... I tak powoli, z postojami, doczołgaliśmy się do portu, dostaliśmy w okienku karty pokładowe i nową pieczątkę w paszporcie ("a tobie to krzywo przybili, o!") i weszliśmy na prom. Do znajomej już kabiny, zdjąć buty!... Ale ulga...
Ale to nie koniec. Jeszcze wszakże trzeba zakupy poczynić, nie? No to marsz na pokład szósty... Po dokładnym zwiedzeniu sklepu z kosmetykami, po przedarciu się przez tłumy Duńczyków, płynących nie wiadomo po co do Polski, po przejściu trzy razy dookoła regałów z alkoholem, wydaliśmy resztkę gotówki na alkohol i słodycze... I tak pięknie obładowani i potwornie już zmęczeni poszliśmy spać. Tylko koja się teraz liczyła. O przepraszam, łóżko :-)
Poczułam tylko, że coś bardziej kołysze niż poprzedniej nocy i odpłynęłam w objęcia Morfeusza. Wilczy odpływał piętro wyżej...

Comeback

Plany poranne każde z nas miało inne. Ja chciałam w Świnoujściu odwiedzić bankomat i sklepik ze sweterkiem cudnej urody na wystawie, a Wilczy chciał jechać do Międzyzdrojów. Przyznam, że skusił mnie śniadaniem w hotelu Marina, w którym gościliśmy dwa lata temu, jak jechaliśmy na Wiatrak. Zgodziłam się.
Zeszliśmy na ląd, bagaży trzepać znów nikt nam nie chciał, zmieniliśmy obuwie, zapakowaliśmy się w auto i pojechaliśmy do Międzyzdrojów. Wydawałoby się, że Międzyzdroje małe są. Otóż nic bardziej błędnego, żeby znaleźć różne jego fragmenty, objeżdżaliśmy je w kółko wiele razy, a to znaczy, że można się tam zgubić... Raz nawet usiłowaliśmy jechać pod prąd :-) Ale daleko nie zajechaliśmy, bo gość na nas pomrygał i Wilczy się kapnął.
Najpierw szukaliśmy bankomatu. Znaleźliśmy bank, czemu nie, ale bez bankomatu w ogóle. Pani uprzejmie nam wyjaśniła, że co prawda jeden Euronet w Międzyzdrojach był, ale sezonowy, i ona wcale nie wie, czy on jeszcze stoi. A stał na deptaku.
No to pojechaliśmy na deptak, kierując się tabliczkami "Molo". Jedna taka tabliczka wskazywała karetkę zaparkowaną na wjeździe w uliczkę. Nie dało się przejechać obok...
No dobrze, bankomat znaleźliśmy, czynny, okrzyk ulgi z naszych młodych piersi się wyrwał i powędrował... eee... znaczy, wróciliśmy do centrum, do hotelu, musieliśmy oczywiście to skrzyżowanie przejechać ze 3 razy dookoła, bo nie było gdzie zaparkować, no i śniadanie!...
Głodni niesłychanie rzuciliśmy się na żarcie. Nie wiedziałam, że człowiek jest w stanie zjeść tyle w ciągu jednego posiłku. Pochłonęłam:
- jajecznicę z co najmniej dwóch jaj,
- kanapkę do tego z jakimś serkiem żółtym, z wielkiej buły zrobioną,
- kanapkę z wędlinką,
- kolejną kanapkę z wędlinką i serkiem,
- jeszcze jedną kanapkę...
- do tego masa szczypiorku, pomidorów, ogórków, dwie herbaty, kawę na koniec i pewnie zjadłabym coś jeszcze, ale mi było głupio...
Wilczy zachowywał się podobnie, tyle, że on do jajecznicy dołożył parówki...

Molo

Po śniadanku po prostu musieliśmy pójść na molo. Tym razem żadna karetka nam w paradę nie weszła i spokojnie podjechaliśmy pod sam deptak. No i poszliśmy popatrzeć na morze... jakbyśmy dopiero co z niego nie wrócili. Wiało. Były też fale ze spienionymi grzywkami. I mewy. Pełno mew i innych ptaszysk, nie wiadomo co robiących w tym ludzkim siedlisku. Pogoda wcale nie była plażowa, zimno i pochmurno...
Mieliśmy resztkę chleba, pomyślałam, żeby ją rzucić ptaszyskom na pożarcie. Wilczy na to: eee, mewy to nie będą tego jadły... Wyjął chleb, urwał kawałek i rzucił w powietrze. Zakotłowało się, zaszumiało, zafurkotało i całe to ptactwo, łażące leniwie po brzegu, nagle znalazło się nad moją głową, bijąc się o ten kawałek chleba...
No rzeczywiście, nie będą chciały tego jeść...:-)
Wyciągnęłam aparat, a Wilczy rzucał chleb do góry. Skubane łapały w locie. Ale niestety, Wilczy nie oszczędzał, więc chlebek się zaraz skończył, a my pojechaliśmy dalej...

Drogą nr 102

A było się nie wygłupiać, tak?... Sam tego chciał. Wilczy, rzecz jasna!... Jak jechaliśmy na wakacje, to tak sobie palnął: możemy jechać, którędy chcesz, nawet drogą numer 102! Natychmiast skorzystałam z tej opcji i znalazłam na mapie drogę numer 102. Otóż wiedzie ona z Kamienia Pomorskiego do Międzyzdrojów właśnie, więc zapowiedziałam Wilczemu, że z przyjemnością się przejadę drogą numer 102. Przepadło!... Nie ma spokojnego powrotu na pojezierze, zwiedzamy, zwiedzamy!...

Trzęsacz i Trzebiatów

Wilczy nie mógł sobie darować tej ruiny, więc jadąc spokojnie przez cały Woliński Park Narodowy (przepiękny!), Dziwnów i inne takie, dojechaliśmy do Trzęsacza. No faktycznie - kościół, zbudowany niegdyś 2 km od morza, jest dziś totalną ruiną składającą się z resztek jednej ściany. Resztę zabrało morze. Nie ma to jak żywioł...
Znów musieliśmy zejść nad morze. Wiało. Mewy. Ludzie, idący brzegiem morza na bosaka (rany, jaka musiała być zimna woda!!!!). Jakiś szaleniec na serfie...
Po Trzęsaczu przyszedł czas na Trzebiatów (a mnie się wydawało, że to gdzieś na południu jest!). W Trzebiatowie oglądaliśmy mury miejskie, kościół, rynek, na którym jakiś gostek zaproponował nam popilnowanie samochodu (???), odkryliśmy nieczynną informację turystyczną z napisem "wracam o 13" (to jak niegdyś monopolowe otwierali...), zorientowaliśmy się, że zaczęła się szkoła i nabyliśmy śliczny świecznik. For mi, rzecz jasna.

Kołobrzeg

Następnie obraliśmy kierunek - Kołobrzeg! Nie, wcale nie zamierzaliśmy startować w żadnych festiwalach, skądże znowu, ale jakoś tak miałam ten przewodnik w łapce i mi się wyczytało, że tam jest stara dzielnica Podczele, kiedyś baza wojskowa rosyjska, z bunkrami na samoloty... i te bunkry... Ale najpierw przeszliśmy przez miasto. Obowiązkowo przez nową starówkę, sklepów co niemiara, knajpek, w końcu do jednej z nich Wilczy mnie zaciągnął. Na kawę i ciastko. No dobrze, uległam, na własną zgubę, bo od tych słodkości mdlić mnie zaczęło... Potem pojechaliśmy szukać tych bunkrów. Miały być na drodze na Koszalin. W lesie. Martwiąc się, że pojechaliśmy już za daleko, jechaliśmy przed siebie, bo nie mieliśmy jak skręcić. Wilczy dopytywał się upierdliwie, jak tam dojechać:
- A w tym przewodniku nie było napisane, jak tam trafić?
- Nie. Przecież już ci mówiłam, że nie. Jak mnie o to zapytasz piąty raz, to cię wyrzucę z samochodu.
- O, to może być ciekawe. Misiu, a czy tam...
- Nieeeeeeeeeeeee!.....
Rozglądając się dookoła, Wilczy wypatrzył wieżowiec:
- Patrz, tam jakiś wieżowiec stoi duży.
- Brzydki. Naprawdę myślisz, że ruscy budowali takie wielkie brzydkie wieżowce, które widać z daleka?
W końcu ujrzeliśmy napis "Podczele - lotnisko" i z ulgą skręciliśmy w bok.
Najpierw był las, potem mały mostek nie wiadomo nad czym:
- Tajny most - stwierdził Wilczy.
- Bardzo tajny, tylko nad czym on jest? Nic tu pod spodem nie płynie...
- To jest wyjątkowo dobrze zamaskowana rzeka!
...potem drugi bardzo stromy mostek nad jakimś strumyczkiem i w końcu wjechaliśmy w osiedle. Domy, właściwie niskie bloki, właśnie wśród lasu, fatalnej jakości drogi i dziury... jedna z ulic doprowadziła nas na koniec osiedla. Jak zwykle był problem, gdzie są te cuda, o których piszą w przewodniku, bo zawsze to, co najciekawsze, najtrudniej znaleźć.
- Zwiedzimy po amerykańsku Podczele tak, jak wszystko, co zwiedzamy... - oznajmiłam beznadziejnie.
- Tu chyba nie jedziemy? - Wilczy zatrzymał się przed jakąś naprawdę kiepsko wyglądającą drogą.
- No chyba nie - poparłam go.
- Wygląda strrrrrrasznie tajemniczo! - oznajmił on i ruszył.
- Rozumiem, dlatego właśnie jednak tam pojedziemy... - skomentowałam, dodając po chwili: - Strasznie tajemniczo się skończył asfalt i zaczęły się dziury... - zaczęłam się śmiać. Za chwilę jednak ujrzałam coś straszniejszego:
- Ty, ale ten asfalt się zaraz zupełnie skończy i stąd nie wyjedziemy.
- Co, nie ma żadnego wyjazdu? - zaniepokoił się Wilczy.
- Nie ma.
Okazało się, że jednak wyjazd jest, na drogę obok, tyle, że po dziurach.
- E, wiesz co, mimo że nie ma wyjazdu, ja jednak wyjadę, dobrze? - powiedział Wilczy, wjeżdżając pod drzewko.
- Dobra, ale te gałęzie nas zamiotą...
Przejechaliśmy kawałek. Było ślicznie. Nie wytrzymałam:
- No to powiedz to swoje sakramentalne "no pięknie tu jest".
- Ech... ona się ze mnie śmieje.
- No poooowiedz...
- Jezu, jakie tu rudery!
Wilczy złośliwie przewiózł mnie po dziurach.
-Dokąd jedziemy? - zapytałam niewinnie. - Tędy to chyba nawet żaden czołg nie przejechał...
Jak już dotarliśmy na koniec cywilizacji i do ruin, okazało się, że jesteśmy na początku pasa startowego. I zaraz obok był pierwszy bunkier... Ostro zaprotestowałam przeciwko zwiedzaniu po amerykańsku, bo bunkry chciałam pomacać. A nie tylko pooglądać przez szybkę. Poskutkowało, Wilczy się zatrzymał, przepłoszyliśmy jakąś rodzinkę z kamerą i wózkiem i poszliśmy oglądać schrony na samoloty. Kawał terenu upstrzony był bunkrami o regularnych kształtach, ale nieregularnie położonymi, które były w istocie hangarami na samoloty. Dwa pasy startowe, a wokół nich takie pagórki, bo wszystko porośnięte jak trzeba zielenią. Niestety, betonowe płyty pasa startowego powoli zamieniały się w gruzowisko, co kawałek stały przy nich znicze i krzyże, całkiem świeże, z 2002 roku na przykład - ofiary wyścigów samochodowych? Miejsce pasuje jak ulał... z oddali dochodził nas szum morza. Bunkier za bunkrem, generalnie w każdym kupa śmieci, ale też ruskie napisy, całkiem dobrze widoczne. Poczuliśmy się usatysfakcjonowani - warto było jeździć i szukać!

Powrót do wód

Wróciliśmy na trasę, bo cokolwiek późno się już zrobiło, a nie chcieliśmy rozbijać namiotu w ciemnościach. Przejeżdżając przez Białogard typowaliśmy, który ogródek należy do Wrony, ale chyba nie wytypowaliśmy nic :-) Potem dopadł nas jak zwykle głód.
- Hmmm... no dobrze, coś bym zjadła... Jak będziemy przejeżdżać przez to Stare Drawsko, to możemy się rozglądać w prawo i w lewo. A będziemy jechać normalnie czy widokowo?
- Widokowo chcesz, nie?
- No nie wiem. Mój żołądek to różne rzeczy mi mówi.
- Żołądek nie gada.
- Żołądek nie gada? Mój różne rzeczy potrafi powiedzieć. W wielu językach :-)
No i zatrzymaliśmy się w Drawsku na obiad. Całkiem smaczny, chociaż oszczędny :-)
W końcu zjechaliśmy z drogi we wcześniej upatrzonym miejscu i zaczęliśmy szukać kolejnego biwaku...
Droga była jak najbardziej gruntowa, wśród lasu, z dołkami, nie na moje zęby i nie na Wilczego podwozie. Siedzieliśmy z nosami przy szybie i usiłowaliśmy przewidzieć kolejne dołki. Na rozwidleniu wybraliśmy lewą odnogę, przejechaliśmy kawałek i zastopowała nas kałuża... Może i nie była głęboka. Może i nie miała niespodzianek na dnie. Ale jednak jakoś tak podeszliśmy do niej nieufnie... Decyzja została podjęta: zawracamy! Fajnie powiedzieć, trudniej wykonać. Weź i zawróć na takiej wąskiej leśnej dróżce. W końcu się udało, wróciliśmy i zaczęliśmy testować drugą odnogę tego rozwidlenia. I tu spotkała nas miła niespodzianka. Dojechaliśmy do biwaku, nad samo jeziorko, Wilczy zmarszczył brwi i oznajmił posępnie: chyba.... no chyba... trafiliśmy!... Ucieszyłam się szybko, bo można będzie wreszcie oddać się przyjemnościom. Wybraliśmy miejsce, postawiliśmy namiot, coś jeszcze zjedliśmy i napoczęliśmy zakupy wolnocłowe (no herbatka rozgrzewająca musiała być, bo zimno...) oraz piwko.

Na ryby!...

Postanowiłam połowić ryby. Zgłębiłam okoliczne krzaki, ale nie znalazłam żadnych robaków, więc zaczęłam łowić na chleb. A raczej jego resztki. Ryby wszak pływają tu całymi stadami, widać je wyraźnie... Chleb mi szlag trafił, pewnie spadł z żyłki, bo jakoś nie chciał się trzymać. Wilczy poszedł w krzaki z łomem i wrócił z dwoma wijącymi się robakami, które natychmiast postanowiłam zużytkować. Jeden poleciał do wody, znudziło mi się gapienie się na haczyk, więc ściągnęłam żyłkę (już mi to szło trochę lepiej),a tam robaka ani śladu... No tak. Nadziałam drugiego. Ładniejszego. Tłuściejszego. Z zaleceniem: bez rybki mi nie wracaj! I rzuciłam.
Znów mi się znudziło, pomyślałam, że rzucę gdzieś obok, zaczęłam ściągać żyłkę i nagle... poczułam szarpnięcie! Ryba!... No tak. Wyciągnęłam z wody najpierw spławik, potem robaka, balansującego gdzieś na środku żyłki (wędrowniczek jakiś czy co???), a potem rybę, która złapała się na pusty haczyk!... Wyjęliśmy ją z wody, ściągnęliśmy z haczyka, płotka albo ukleja to była, całe 10 cm miała, pogładziliśmy ją czule po pysku, po czym wrzuciliśmy z powrotem do wody. No przecież do jedzenia to trochę za mało, zresztą i tak już postanowiłam, że kończę łowić.
W ten właśnie sposób złowiłam rybę...

Piesze wycieczki

Biwak był ślicznie położony, między dwoma jeziorkami, nad mniejszym z nich, niestety, przy drodze. Droga leśna, ale chyba główny trakt - szalenie uczęszczana! Co chwila coś nią przejeżdżało. Okazało się, że generalnie miejsce jest na szlaku...
Pogoda od rana w piątek panowała śliczna, ciepło i w ogóle. W okolicach naszego śniadania przyjechał facet z babką, usiedli przy innym stoliku, wyjęli piwko oraz... radio!!! i zaczęli zakłócać nam naszą enklawę. Wrrr...
Wybraliśmy się na spacer dookoła jeziora. Najpierw na ścieżce znaleźliśmy jakiegoś żmija. Nie wiadomo, co to było, ale wygrzewało się na środku plamy słońca, było krótkie i złote. I bardzo ładne oraz leniwe. Dotknęłam tego czegoś patykiem (palcem się bałam), a to coś nie zrobiło nic. Wilczy zabronił mi psuć zwierzątko, ale przecież go wcale nie psułam, tylko chciałam zobaczyć, jak się rusza. Więc dotknęłam go jeszcze raz patykiem. Wilczy na to: a gdyby tak ciebie ktoś dźgał jakimś badylem, to co??? No jak tak można???
Wąż bardzo leniwie przesunął się o centymetr w stronę Wilczego. Śmiem twierdzić, że jakoś to moje dźganie za bardzo mu nie przeszkadzało... w końcu chyba zdenerwował się naszą kontemplacją i powoli posuwał się w stronę krzaków. I bardzo dobrze, bo na tej drodze jeszcze by go coś rozlazło albo, nie daj Boże, rozjechało! Więc niewątpliwie uratowałam mu życie. Hough!
Wleźliśmy głębiej w las. Pod pozorem szukania grzybów. Nawet czasem coś znaleźliśmy... ale w końcu pojawiły się chaszcze i znaleźliśmy się nad innym jeziorkiem. Ja się zgubiłam oczywiście, ale ponieważ Wilczy twierdził, że wie, gdzie jesteśmy, więc jako porządna kobieta uwierzyłam mu. W końcu we wszystkich centrach handlowych on też się gubi i zawsze umiem go wyprowadzić do wyjścia...:-) Przez kolejne chaszcze przeszliśmy w kierunku zupełnie nic mi niemówiącym. Właściwie chciałabym już usiąść i czegoś się napić, ciepło się zrobiło bardzo... A tu gęstwina... i chaszcze... i gęstwina... i chaszcze... i wilki wyją... eee... niewyraźnie...
Dotarliśmy do rzeczki. To dobry znak, to jest ta rzeczka właściwa, wypływająca z naszego jeziora. Tylko trzeba ją przejść jakoś... Mostku niet. Niby jest niegłęboka, ale kopytka trzeba by zamoczyć. Wędrując niepewnie brzegiem rzeczki w kierunku odwrotnym do naszego jeziora, doszliśmy do gałęzi przerzuconych przez nią... Wilczy mruknął po męsku: najwyżej cię przeniosę... Zatrzepotałam rzęsami: ależ kochanie!... Po czym wlazłam na te śliskie gałęzie przerzucone przez korytko. Za jakiś czas, spędzony na ostrożnym posuwaniu się do przodu i mamrotaniu Wilczego z brzegu: spadnie... no i będę musiał ją ratować..., znalazłam się na drugim brzegu. Odwróciłam się radośnie i oznajmiłam: eee, da się przejść! :-) Wilczy, chcąc nie chcąc, musiał pójść w moje ślady. Nie spadł i ja nie musiałam go ratować :-) Za to rzucił we mnie torbą z grzybami, bo jednak trochę zebraliśmy, a zrobił to z taką siłą, że grzyby wbiły się w ziemię kilka metrów za mną. Nic to, w końcu i tak mają iść na przemiał nie?...

Wizytacja

Udało się wrócić do obozu, chociaż miałam już wizje pętania się po lesie przez najbliższych kilka lat... Postanowiliśmy zrobić jajecznicę z grzybami, ale zdaje się, że nie do końca nam wyszła (żadne z nas nie wiedziało, jak się ją dokładnie robi). Zjedliśmy zatem paciaję, która wyszła przepięknie, po czym na nasze pole podjechał duży samochód, wysypała się z niego czwórka ludków i najwyraźniej zaczęli rozkładać się do mieszkania. Najpierw wyciągnęli piwo. Na ten widok Wilczy wciągnął głośno powietrze. Nam piwo się skończyło poprzedniego dnia.
Goście okazali się być towarzyscy, a szczególnie jeden z nich, głowa rodziny. Podszedł, popatrzył, zapytał:
- Nie będzie wam przeszkadzało, jak się rozbijemy obok?
Wilczy kulturalnie odpowiedział, że nie.
- A wy - kontynuował pan - to skąd jesteście? Bo taka egzotyczna rejestracja...
Trochę nas zatkało, ja zaczęłam się śmiać, Wilczy zbaraniał, po czym wyjaśnił, że z Łodzi. Pogawędka skończyła się szybko, pan jeszcze tylko surowo zapytał:
- A samolot rozbity widzieliście?
- E...?
- No tu obok, jak się jedzie na Czaplinek, kilka lat temu rozbił się samolot, dwóch pilotów zginęło, pomnik stoi. A na wrzosowiskach już byliście?
- Ee...?
- Największe w Europie, ponad 700 hektarów. Tu obok są, jak się jedzie tam dalej.
- Na pewno obejrzymy...
No tak. Mamy informację turystyczną :-)
Trochę jeszcze pobrzdąkaliśmy (tzn. Wilczy brzdąkał, a ja mu mruczałam pod nosem, co ma śpiewać) i poszliśmy spać...

Ze mną można tylko pójść na wrzosowisko...

Wstaliśmy z mocnym postanowieniem obejrzenia Bornego Sulinowa dokładniej. A właściwie jego okolic. I poczynienia zakupów. Już było wiadomo, że dziś do domu nie wrócimy...
Zapakowaliśmy się zatem w autko i obdarzając niejakim zaufaniem naszych nowych sąsiadów, pozostawiliśmy pod ich pieczą nasz dobytek w namiocie, uzyskaliśmy jeszcze informacje dotyczące dojazdu do wszystkich atrakcji, łącznie z Gródkiem, i pojechaliśmy. Najpierw do Bornego, po drodze zatrzymaliśmy się na owym przejeździe kolejowym w środku lasu, który zwiedzaliśmy poprzednim razem. Piękny las został przez nas zbadany i ze zgrozą odkryliśmy, że nie jesteśmy w nim sami!... Więc wycofaliśmy się i pojechaliśmy do miasta. Zakupy zostały poczynione, przejazd kolarzy obejrzany (no prawdziwy wyścig kolarski tam mieli!), ruiny jeszcze raz pooglądaliśmy przez okna autka i postanowiliśmy pojechać na te wrzosowiska. W drogę skręciliśmy dobrą. A potem to już na czuja. Wedle mapki, która pokazywała jedną drogę na sześć. W pewnym momencie miałam znów wrażenie, że na tych wrzosowiskach utkniemy na resztę życia, a ciągle nigdzie nie było góry z miejscem widokowym... w ogóle to chyba jeździmy w kółko!...
W końcu objawiła się góra. Radośnie, nie zważając na upał niemiłosierny, wdrapaliśmy się na nią i popatrzyliśmy na wrzosowiska. No piękne są!...
Ok, czas do Gródka. Wyjechaliśmy, znów na czuja, z tych krętych piaskowych dróżek, aż dziw, że w żadnym piachu się nie zakopaliśmy, ta astra to naprawdę stała się samochodem terenowym... Jechaliśmy jakimiś brukowanymi dróżkami, przez las, dziury same i nie wiadomo, dokąd w ogóle jedziemy... Trafiliśmy na skrzyżowanie, skręciliśmy więc w prawo. I... trafiliśmy! Bloki. Takie niewysokie, trzypiętrowe czy dwu. W totalnej ruinie. Bez okien, drzwi, futryn, wszystko powyrywane, resztki kafelków walające się wszędzie, ulice zarośnięte i popękany asfalt. Ale... w jednym bloku ktoś mieszka! Przed blokiem kilkoro dzieci bawiło się na podwórku, w oknach wisiało pranie. Gródek ponoć był absolutnie samowystarczalnym miastem, miał ujęcie wody, własną fabrykę prądu i tak dalej. Ciekawe, ile z tego zostało. Bo ze stołówki chyba niewiele - potężny budynek, częściowo zawalony (a przynajmniej coś poodpadało z sufitu), wiele różnych pomieszczeń, których funkcji mogliśmy się tylko domyślać... Takie cywilizacyjne ruiny. Budziły zgrozę...

Kurort

Wróciliśmy do namiotu, a tam... tłumy. Dziecko, pies, dwóch facetów, kobieta... wszystko łazi po okolicy, siedzi na naszym (!) pomoście, dookoła ich auta porozwalana kupa rzeczy, koło naszego namiotu śmieć. O nie!... Przekopałam śmiecia do nich. Nie ma tak dobrze! Łowią ryby. Po czym wszystko wyrzucili z powrotem do jeziora, jedną zdechłą już rybkę... Drą się na cały regulator. O rany... "Nasi" powiedzieli nam, że najgorsze już za nami, bo jak nas nie było, to tutaj pięć samochodów i pięć psów się ganiało po biwaku całym. Ufff... Faktycznie dobrze, bo przecież bym się nieźle zdenerwowała. W końcu goście zapakowali się do auta i ruszyli. Trzeba było wykręcić. Patrzyłam sobie flegmatycznie na ich poczynania (na szczęście posprzątali po sobie, ale i tak kultura zachowania jakaś taka nie za bardzo...) i zobaczyłam, jak pan nowym wielkim fordem przyładował w ławę, przy której przed chwilą siedział. Zapomniał czy jak???... Ławę szlag trafił (no dobrze, była przegnita, ale to nie powód, żeby ją rozwalać, tak?), babka wysiadła, ustaliła, że autku nic się nie stało i pojechali. Ech...

Bo do domu, do domu...

Poranek zajęty pakowaniem trwał straszliwie długo. Oczywiście Wilczy musiał jeszcze raz pójść się wykąpać, bo przecież taka ładna pogoda umyka przed nosem... W końcu ruszyliśmy. Pożegnaliśmy się z naszymi sąsiadami i pojechaliśmy szukać tego samolotu, co to się rozbił. Wyjechaliśmy z lasu, wyjątkowo nie gubiąc podwozia na żadnym dołku, znaleźliśmy się wśród pól, Wilczy zaczął snuć opowieści o gaszeniu pożarów i podjechaliśmy pod pomnik.
Faktycznie, ogon samolotu robił za pomnik śmierci dwóch majorów. Smutny widok. Więc pojechaliśmy dalej...
Obejrzałam mapę. Mogłam tego nie robić, ale nie dało się - patrzyłam, co tam ciekawego po drodze by się znalazło... Tak wyłącznie z ciekawości... I dopatrzyłam się. Z drogi z Czaplinka do Wałcza skręciliśmy na Zdbice pooglądać umocnienia Wału Pomorskiego. Umocnień jako takich chyba nie znaleźliśmy, za to trafiliśmy do armaty. Ja tam nie wiem, co to było, lufę miało i kółka, a od tyłu strasznie dużo różnych dziwnych rzeczy obrośniętych pajęczyną. Zaraz obok było drugie takie, tylko większe. Nie mogłam się powstrzymać... Wlazłam na lufę :-) Ale fajnie:) Tylko trochę, kurczę, twardo!... Podjechaliśmy kawałek dalej. Schodki prowadzące wprost z szosy w górę w las ominęliśmy z niejakim żalem, że nie ma gdzie się przy nich zatrzymać (wyglądały wyjątkowo tajemniczo!) i stanęliśmy przy sporym placyku, którego główną atrakcję stanowiły te wszystkie machiny wojenne. Był nawet czołg! Słynny Rudy, czyli T-34 (tak twierdzi Wilczy, a do tego ma rację, bo to samo było napisane na tablicy informacyjnej). Oczywiście czołg to nie lada gratka, więc wdrapałam się na niego natychmiast i pooglądałam sobie świat z góry. Zajrzałam też do środka, w końcu w życiu czołgu na żywo nie widziałam (jakoś do muzeum mnie nikt nie zaciągnął, kiepskich miałam tych facetów, no!), ale niestety środek stanowił jedno wielkie wysypisko śmieci :-( Potem pomacaliśmy wszystkie inne dziwne urządzenia (ponoć haubice czy coś...), czym się dało, to kręciliśmy, co się dało, to ruszaliśmy i w końcu odczepiliśmy się od historii i pojechaliśmy do domu.

Daleka droga

Jechaliśmy i jechaliśmy, burczało nam w żołądkach, knajpy przydrożne nie uzyskiwały naszej akceptacji, w końcu na jakiejś stacji, na wpół żywi z głodu, dorwaliśmy się do koryta. Towarzystwo w restauracji było takie bardziej mafijne, ale nic nas już nie mogło stamtąd wypędzić. Napełniwszy żołądki, pojechaliśmy dalej... Żeby mieć nową kreskę na mapie, wybraliśmy trochę inną drogę. W sumie chyba krótszą. Jadąc przez miasta korzystaliśmy nie tylko z drogowskazów, ale także z mapek miast w atlasie. Tak też zrobiliśmy we Włocławku. Olać drogowskazy, jedziemy na mapkę!...
Skręcić kazałam, więc Wilczy posłusznie skręcił. Potem powoli zaczął mieć wątpliwości.
- Jesteś pewna, że dobrze jedziemy? - wyartykułował, podskakując na wybojach pierwszej klasy.
- No nie wiem. W atlasie jest, że to dobra droga.
- Ok., ten maluch jedzie, to i my jedziemy...
Nagle pokazała się tablica, że do jakiejś tam ulicy się nie dojedzie, bo remont i objazd, i w ogóle. Owej ulicy na mapie nie było. Wilczy zaczął znów się zastanawiać nad sensem krążenia po tym obcym mieście w powoli acz skutecznie zapadających ciemnościach. Nie wiadomo było, dokąd jedziemy, nie wiadomo, czy wyjedziemy, nie wiadomo, gdzie jesteśmy. Wiadomo tylko, po której stronie Wisły, bo nie przejeżdżaliśmy przez most.
Po naprawdę długim czasie, kiedy przejechaliśmy przez dzielnicę wybitnie przemysłową, zobaczyliśmy zieloną tablicę z napisem "Warszawa ileś tam kilometrów". Z naszych ust wydobyło się westchnienie ulgi. Więc jednak dobrze pojechaliśmy!...
Sweet home osiągnęliśmy jakoś blisko północy. To naprawdę była daleka droga...

Spostrzeżenia i dialogi:

- A widziałam jeden radiowóz w Bornem Sulinowie. Tak mi jakoś to dziwnie wyglądało: w ruskim mieście polska policja...

- To Policko, z którego właśnie wyjechaliśmy... To ono leży na linii kolejowej. A wydawało mi się, że my nie jesteśmy pociąg? - analizowałam mapę. - Tylko nie wiedzieć czemu ta linia kolejowa biegnie jakoś dziwnie. Zupełnie inną drogą niż ta droga.
- Yyyy... cały czas słucham twoich wywodów, kochanie...
- Jakoś ci nie ufam :-)

- No prześliczny kawałeczek drogi - powiedział Wilczy.
- No droga jak asfalt no...

Wilczy zagląda pod spód stołeczka. Ja surowo:
- No i gdzie ty mu zaglądasz, co???

Wilczy siedzi przed namiotem i trzyma gitarę (czyli instrument) na kolanach. Ja ze środka:
- Odłóż już tę instrukcję...

Mój komentarz na temat ludków jadących bez świateł i zlewających się z asfaltem:
- Bo oni wszyscy oszczędzają przecież: żarówki... prąd... przewody na pewno...
- Szare komórki - podpowiedział Wilczy.
- Szare komórki? To nie mają co oszczędzać :-)

Wilczy zaczął dziwnie zachowywać się w samochodzie. Zaniepokoiłam się:
- Co robisz?
- Bujałem sobie fotelem.
- Hmmm.... Misiu, możemy pójść na jakieś huśtawki, jak chcesz...

- Nie lubię zakrętów w tamtą stronę, bo nie mogę się w lustro pogapić wtedy...

- A tu były bagna!
- Tak? Patrz, to cudem udało nam się je ominąć.
- Tak, widocznie po słupkach jechałeś...

Nigdy więcej nagrywania na dyktafon w samochodzie z otwartym oknem! Nic nie słychać. Nic. Kompletnie. O!

psyche