Jak duchy tu przybyły, żagli pełen cały świat,
Owiane tajemnicą, skrzydła ich wypełnił wiatr,
Ten świeży wiatr poranny, co wilgocią smaga twarz.
Cudownie jest znów ujrzeć, jak płyną, płyną w dal...

Windjammer, slup i kecz, brygantyna, jol,
Ze świata wszystkich stron, gdzie każdy z nich zostawił dom.
Zdobywcy oceanów przebyli drogi szmat,
W imieniu swoich nacji chcą pozdrowić Nowy Świat.

A ci, co tego ranka na brzegu chcieli stać,
Ujrzeli cudny widok - żaglowców wielkich świat.
Słyszeli też wołanie, co z oddali przyniósł wiatr
I czuli znów, jak pokład drży, a twarz ma słony smak.

A kiedyś wnukom swym opowiem o czerwcowych dniach,
Gdy tłum żaglowców przybył, nieba sięgał każdy maszt
I odkąd je ujrzałem, już morze mi się śni.
Tak w serce mi zapadły żaglowców wielkich dni.

Dzień wielkich żaglowców, Smugglers

Cutty Sark Tall Ships' Races, 19-20 lipca 2003

  Zdjęcia psyche
Zdjęcia Grubego
Zdjęcia Grażki

Przydałyby się jeszcze zdjęcia Młodego, ale czy one kiedyś ujrzą światło dzienne?...;-)

  psyche.osx.pl / wyprawy

Piąta rano. O tej porze to normalni ludzie przewracają się na pierwszy bok!... A my musimy wstać. Masakra. Wilczy mamrocze coś pod nosem niezrozumiale, pewnie nawet nie słyszał budzika...
Wywlokłam go niemal przemocą z domu. Na dworze ciepło i jasno. Podjeżdża bolid Grubego, wsiadamy i... wracamy na Żoliborz :))) Po kąpielówki. Przy okazji kąpielówek zostaje nam dostarczone ciasto, pycha. To w ramach śniadanka? :-)
Radośnie wyjeżdżamy na trasę i... hamujemy. Korek jakiś czy coś?... Owszem. Korek. Smętnie patrzymy przez okno, Wisłą wpław byłoby szybciej... Ale, kurczę, żadnego zjazdu tu nie ma, same barierki... W końcu korek jakoś się rozładowuje, jedziemy sobie szczęśliwi, słuchamy różnych ładnych piosenek, w tym Manu Chao, spekulujemy na różne tematy i w końcu McDonald rzuca nam się w oczy. Poczuliśmy głód. Decyzja: śniadanko!...
Śniadanko śniadankiem, pewnie da się to szybciej załatwić, niż skorzystanie z toalety, bo kolejka tak na 20 osób... Ląduję w krótszej kolejce na stacji, która jest obok. Pada deszcz. Kobieta siedzi w kiblu chyba z 15 minut. Kupony na McDonalda okazały się być przeterminowane bestialsko. W ogóle jakoś jest niewyraźnie...
Jedziemy dalej, niebo się przeciera. Wilczy wspomina, jak przecierało się na Suwalszczyźnie. Trzy dni się przecierało i przetarło się, jak wróciliśmy do Warszawy... Żaglowce w strugach deszczu nie będą wyglądały zbyt interesująco...

Przestaje padać. A to utykamy w kolejnym korku, tym razem na moście na Wiśle. Okazało się, że jest sobie remont i most tymczasowy nie radzi sobie z tłumem głównie warszawiaków żądnych morza... Ostrzegliśmy Młodego, coby nie jechali przez ten stojący most, wyrwaliśmy się z korka wreszcie, po czym natychmiast zgubiliśmy się w Trójmieście. Gdzieś tu jest zapewne obwodnica, tylko gdzie? :-)... Dotarliśmy do Gdyni, objechaliśmy ją w kółko ze trzy razy ("bo w Gdyni są dwie ulice, Władysława Czwartego i Świętocośtam" - copyright by Gruby), sprawdziliśmy każdą nitkę pewnego skrzyżowania, które było bardzo skomplikowane jak dla mnie, po czym uzyskaliśmy informację od chłopca, prowadzącego starszego pana, że mamy skręcić tam. No to skręciliśmy tam. A tam był tłum jak się masz!... Jednak udało nam się znaleźć miejsce na parkingu teoretycznie strzeżonym i drogim jak diabli. I mogliśmy już pójść na keję...
Parking przylegał niemal do sceny szantowej, na której akurat pogrywał sobie jakiś zespół (nasz typ: Mordewind). Maszty widać było z daleka... Są! Stoją! Największe żaglowce świata!... Pogubiliśmy się natychmiast, ale w tym tłumie nie dało się inaczej. Aparat przyrósł mi do ręki. Grubemu zresztą też :-)
Żaglowce były piękne. To, co widziałam do tej pory, to były małe łupinki w porównaniu z tym, co stało w porcie w Gdyni. Jak to jest, że takie wielkie krypy płyną napędzane żaglami???? Ile metrów kwadratowych materiału musi być, żeby to poruszyć?... Ilu ludzi musi przy tym pracować, jak doskonała musi być synchronizacja tej pracy, żeby nie była ona bezsensowna... I jakim doświadczonym facetem musi być szef tej całej bandy...
Meksykański Cuauhtemoc o długości 90,5 metra, z największą liczbą załogi (260 osób), rzucił się w oczy kłębiącym się przy nim tłumem. Był ładny, to prawda, Meksykanie się postarali, oni sami zresztą też wypucowani i umundurowani jak trzeba. Stali oparci o burty i uśmiechali się do kobiet :-) Kolejka do wejścia na jacht była jednak tak długa, że zrezygnowaliśmy i poszliśmy dalej. Kolejnym jachtem był największy żaglowiec świata - rosyjski Sedov. 121,6 metrów długości, 250 osób załogi. Wydawałoby się, że to zobowiązuje. Niestety... Nie Rosjan! O burty opierali się młodzieńcy w brudnych, porozpinanych koszulach, bez czapek, ze znudzonymi minami. Wstęp na jacht kosztował 10 zł (inni wpuszczali za darmo...). Stempelek - złotówka. Na pokładzie sprzedawano piwo i coś do piwa... Pełna komercja!... W dodatku w kiepskim, brudnym wydaniu... Jednak wleźliśmy na pokład i pooglądaliśmy jacht z bliska. Musiałam oczywiście zadzwonić dzwonem, no bo po to on jest, żeby dzwonić, nie? Sesja zdjęciowa przy dzwonie i kole sterowym skończyła się przy wywietrzniku na zdjęciach latających sukienek i włosów...
Sporo jachtów było niedostępnych dla zwiedzających, ale prezentowały się nieźle, wszystkie w gali... A na końcu stał Zawisza Czarny i Wilczemu łezka zakręciła się w oku. W końcu kiedyś cztery dni na jego pokładzie spędził :-) Za Zawiszą stał jeszcze taki duży statek, jak sądzimy wszyscy, lodołamacz. Nazywa się Antarctica, ale widać zamalowane bukwy - nasi rąbnęli ruskim taki wielki lodołamacz? :-)))) Wędrowaliśmy keją, oglądając wszystko, co przypłynęło do Gdyni i generalnie wniosek sam się nasunął: wszyscy raczej starali się pokazać klasę, poubierani byli porządnie, jachty w gali, czyste, bez zacieków, tylko... rosyjskie jakoś tak odstawały. Ciekawe, czemu? Taki na przykład Sedov w niedzielę już wypłynął. Chłopaki zebrali na flaszkę i odpłynęli, żeby się nią nie dzielić?... :-)
***(10.09.2003) No dobrze, niech będzie, dopiszę, bo wszyscy się czepiają. Sedov wrócił - odpłynął na kilka godzin, bo był wyczarterowany przez Multibank. Co i tak nie zmienia faktu, że jak na tę klasę zlotu, nie był przygotowany odpowiednio...;-p. Ale to tylko moje zdanie!***
Zgłodnieliśmy, więc czas na obiad. Podobno gdzieś tu jest Sfinx, więc czemu by nie?... Dotarliśmy do Sfinxa. Zapchany po uszy. Ludzie czekający na jedzenie szczęśliwi już dlatego, że w ogóle wygrali walkę o stolik. Kolejka chętnych na miejsce siedzące sugerowała najbliższy obiad za jakieś dwie godziny... Wyszliśmy. Trafiliśmy do Trattorii, włoskiej restauracji, gdzie wreszcie mogliśmy się odprężyć, usiąść, spokojnie zamówić jedzenie i... pójść do toalety. I tu niespodzianka: toaleta płatna. W domu handlowym. Hmmm...
Po obiadku powrót do portu, tym razem - druga strona kei, czyli ORP Błyskawica (no faaaajny, takie działka ma i wyrzutnie czegoś tam i w ogóle ładnie pomalowany....), zaraz za nim Dar Pomorza i Dar Młodzieży. Ładniutkie takie. Naprzeciwko - akwarium morskie, gdzie oczywiście trzeba było pójść. Nabyliśmy bilety i wpakowaliśmy się do środka, żądni wrażeń. Nie wiem jak inni, ale ja się rozczarowałam początkowo... Bo żadnych rybek, żadnych zwierzątek, tylko plastikowe albo jakieś inne makiety...
Do rybek trzeba było zejść dwa piętra w dół. Rybki były, czemu nie, nawet rekinek-miniaturka, skrzydlica, która jest wielką miłością Wilczego, śliczne koniki morskie i inne zwierzątka, częściowo paskudne, a częściowo przepiękne... Akwaria nas zatrzymały na dłużej. Powspominaliśmy Morze Czerwone, poprzyglądaliśmy się z niedowierzaniem niektórym okazom, na końcu zachwyciły mnie ogromne żółwie.
Wreszcie wyszliśmy, coby zrealizować kolejny punkt naszego planu na bieżąco układanego. Mnie i Wilczego ciągnęło do Gdańska, a Antenkę i Grubego do Sopotu. Pożegnaliśmy się więc przed gdańską starówką i poszliśmy w miasto...
Najpierw dotarliśmy nad "tę rzekę na M" (bo ciągle mi się myli, czy to jest Motława, czy Mołtawa, niby prosta nazwa, a jakaś taka pokręcona ;-p). Okazało się, że mostek okupują głównie koty (było ich tam ze 4 albo więcej) oraz wędkarze. Koty sprawiały wrażenie średnio sępiących i nieźle utuczonych... Do towarzystwa miały mewę, pewnie też sępiła, chociaż też nieźle wyglądała... Koty aparatu się nie bały, ale mewa owszem, jakaś dzika czy co?....
Przeszliśmy się Długim Targiem, wcale nie był taki długi i nie było na nim fajnych lodów. Potem skręciliśmy w małą śliczną uliczkę, która wyglądała jak z bajki i nie mam pojęcia, jak się nazywa (Wilczy wie). Była przepiękna, każda kamienica miała swój tarasik, kilka małych knajpek i stoisk z biżuterią z bursztynu robiło klimat. Miodzio :-) Doszliśmy znów do Motławy i niczego nie podejrzewając, usiedliśmy w knajpce na piwko i kiełbaskę. Piwko szło do nas ruski rok, doszło w połowie kiełbaski. Już wtedy wiedzieliśmy, że ta knajpa to był wielki błąd. Nie ze względu na szybkość obsługi, ale... na pieprzone komarzyce!!!! Wredne owady wyczuły świeżą krew i przyssały się do nas jak do korytka. Po chwili jedną ręką trzymałam kufel albo widelec, a drugą się drapałam, ewentualnie odpędzałam od kolejnych głodnych komarów. Naprzeciwko siedziała para Anglików i robiła dokładnie to samo. Było zabawnie...
Wynieśliśmy się z knajpki z klientami na gapę czym prędzej i zaczęliśmy szukać dworca, pod którym się umówiliśmy z Antenką i Grubym. W zasadzie dobrze szliśmy, kiedy nagle w całym mieście zgasły latarnie uliczne. Tak po prostu. Na dziś już się naświeciły... Zrobiło mi się trochę nieswojo, ale nic to - do dworca niedaleko.
Okazało się, że na dworcu nie ma sklepu z piwem. Co za miasto...
Pojechaliśmy do hotelu, nieco już zmęczeni. A w hotelu - luksusy... Pokoje bardzo ładne, na stoliku woda i szklaneczki, w lodówce przekąski i napoje, w łazience mydło i szampon, a na szafce pasta do butów i szczoteczka. Wilczy ochoczo zabrał się do przestawiania łóżek. Wytężył siły i popchnął (łóżko ma się rozumieć...), a ono samo jakoś tak ładnie odjechało. No to luz, przestawił wszystko ładnie i szybko. Następnego dnia okazało się, że łóżka były na kółkach...
Prysznic dobrze nam zrobił. Aczkolwiek po prysznicu plany picia piwka wzięły w łeb, bo padliśmy nieprzytomni na łóżka i zasnęliśmy... (wersja a'la Wilczy: dokładnie, to moje wzięły w łeb przy słowach psyche: "no chyba nie będziesz mi teraz tu siorbał?!").
Pobudka. Gorąco. Okna otwarte, brak ruchu powietrza... Jest jedna rzecz, która by się w tych luksusach jeszcze przydała. Klima :-)
Śniadanko spożyliśmy w większym gronie, pochłaniając specjały szwedzkiego stołu i ciesząc się, że auto mamy w cieniu. Po śniadanku - kierunek Gdynia. Ostatni spacer wybrzeżem, potem wycieczka do małego portu jachtowego (nazywa sie on "Basen Zaruskiego"), gdzie Wilczy znów się wzruszył, bo ujrzał Wezyra, jacht, na którym kiedyś pływał po Bałtyku. "To był męski rejs... Było nas sześciu. Nie, skąd, cały czas trzeźwi. Upiliśmy się dopiero ostatniego dnia, ale za to jak!... No i przeżyliśmy biały szkwał. Długo by opowiadać...". Naszą uwagę zwróciły tratwy ratunkowe i Wilczy objaśniał, co się z nimi robi. Popatrzyliśmy na urządzenie latające, które nie wiem, jak się nazywa, ale Młody i Marecki się napalili na latanie. Popatrzyliśmy, jak Sedov wygląda z daleka z postawionymi żaglami. Z bliska pewnie wyglądałby lepiej, ale wziął skubany i odpłynął.
W planach mieliśmy jeszcze basen w Sopocie, więc ruszyliśmy tam czym prędzej.
W aquaparku okazało się, że Wilczego szafka jest zablokowana, więc wszystkie graty włożyliśmy do mojej szafki. Basen był fajny - miał dziką rzekę, która przekręciła mnie na lewą stronę i wpłynęła mi do nosa kilkakrotnie, a w jej połowie dobra dusza Antenka pożyczyła mi okulary. Rzeka ubodła też Grubego w kolano podstępnie i perfidnie. Był zwykły basen pokręcony cokolwiek i ze spływającą wodą z różnych dziwnych miejsc z różną siłą. Basenik wychodził też na dwór jedną odnogą, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. No i nie mogliśmy odpuścić zjeżdżalni, więc wdrapaliśmy się na górę, a tam... Kolejka!... I tylko pytania: do żółtej czy do niebieskiej? Hmmm... żółta łatwiejsza. No to do żółtej. Ale czekanie nas zdenerwowało w końcu i poszliśmy do niebieskiej. Usiadłam, zielone światło miałam, odepchnęłam się i jakoś bardzo powoli zaczęłam zjeżdżać. Pomyślałam, że czas, aby przyspieszyć, nie przyszłam tu oglądać widoków... I tyle pamiętam!... Tempa nabrałam ostrego, zamknęłam oczy natychmiast i usiłowałam oddychać jakkolwiek, woda leciała na mnie z każdej strony, w nosie miałam już drugą dziką rzekę, niech to się skończy wreszcie!....
Wpadłam do wody.
Zaciskając cały czas oczy, poczułam, że nie posiadam okularów na głowie. Dopełzłam do końca bajorka, wypełzłam z niego, otworzyłam oczy i poczekałam na Wilczego. Hałas panował straszny. Wilczy wpadł do bajorka z wielką siłą, wylazł, po czym wrócił szukać moich okularów. Stał tam sobie jakiś czas i grzebał rękami w wodzie, w końcu wygrzebał okulary, ufff, a ja w międzyczasie znalazłam jedną moją soczewkę na policzku. Trzymając ją w garści, zastanawiałam się, co dalej, bo drugiej nigdzie jakoś nie widzę...
Wpadliśmy na Grubego. Był świeżo po spotkaniu z dziką rzeką i nie czuł kolana. Pod powieką zlokalizowałam drugą soczewkę, więc wepchnęłam sobie tę pierwszą i poszłam grzecznie bawić się do basenu dla dzieci. Nie dla mnie szaleństwa, bez maski na zjeżdżalnię ani rusz!
Wyszliśmy z basenu w niezłych humorach, trochę zamieszania wprowadziły koedukacyjne szafki i przebieralnie, nagle jakiś mężczyzna pojawił się w damskich prysznicach...
Czas jechać do domu.
Włączyliśmy muzykę. Manu Chao śpiewa i gra, głos z płyty mówi "cinco de la maniana", podchwyciliśmy tekst, nie sądząc, że okaże się proroczy. Spieszyliśmy się na pociąg, zrezygnowaliśmy z obiadu, na stacji benzynowej kupiliśmy tylko jakiegoś hot-doga i colę. Gruby jechał bardzo spokojnie i kulturalnie (muszę to napisać, bo inaczej nigdy już mnie nigdzie nie zawiezie...). No dobrze, nie wyprzedzał na trzeciego przecież jak Marecki ;-p Na Zachodnią dotarliśmy punkt 22. Pociąg odjeżdża - ufff - o 22.20. Wilczy kupił bilet, pożegnaliśmy się namiętnie i odjechaliśmy. I... Zadzwonił mój telefon. Wilczy. Pociąg ma 170 minut opóźnienia...
I była pobudka o cinco de la maniana, a Wilczy pojechał do Łodzi rano, prosto do pracy...

psyche, 23 lipca 2003