Chorwacja INACZEJ, 27.04.-6.05.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Foto psyche
Foto Bosman
Foto Eos
Foto Harp
Foto Wojtek


Kosztorys
Czarter, kasa jachtowa, dojazd i powrót: 1550 zł od osoby
Kaucja: 1500 euro
Uciechy portowe: wydaliśmy po około 400 - 600 zł

Na mariny wydaliśmy ok. 130 euro = ~490 zł
Na paliwo ok. 10 euro = ~38 zł

Piątek - sobota, 27-28 kwietnia, Warszawa - Biograd

Czemu "Chorwacja INACZEJ"? Ten tekst powinien to wyjaśnić...;) Gdyby jednak tak się nie stało, wytłumaczenie tytułu znajduje się na końcu relacji. Miłego czytania :)

Odgrażałam się (niczym Wiedźma przed Brnem, chociaż Brno było chronologicznie rzecz biorąc później...;-p), że w tym roku to ja do żadnej Chorwacji nie jadę. Nie i już. Nie mam czasu ani pieniędzy i w ogóle mam inne plany. Yhm...
Złamałam się jakiś miesiąc przed rejsem i natychmiast zaczęłam szukać ludzi do załogi. Wolne miejsca były jeszcze dwa...
Tydzień przed wyjazdem załoga się skompletowała, pozostało czekać z pewną taką niecierpliwością, spakować się i zrobić ostatnie zakupy. I nagle trrrrach!... Jedna osoba się wyłopotała... Psyche jak zwykle jednak uratowała świat przed zagładą: gg -> Wilczy:
psyche: ej. jest wolne miejsce. jedziesz?
Wilczy: ???
psyche: jedna osoba nie jedzie
Wilczy: o kurde
Wilczy: ale mnie zastrzelilas
Wilczy: fuck
psyche: mnie tez zastrzelilo
Wilczy: aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
Wilczy: ja pierdzielę
psyche: jutro o 12 jest autokar z warszawy, o 16.30 z katowic
Wilczy: jutro?!?!?!
psyche: jutro...
psyche: szybka decyzja
Wilczy: musze cos sprawdzic
psyche: cos sprawdz
Wilczy: [wyłopotał się na 2 minuty...]
Wilczy: aaaa
Wilczy: urlop dostane, juz wiem
Wilczy: ale... jestem kurde totalnie, ale to totalnie niegotowy!
psyche: sluchaj, jedz,
psyche: jakos damy rade
psyche: ja dzwonie do piotrka i mowie mu, ze jedziesz ty
psyche: ok?
psyche: zaraz sie dowiem jak z ubezpieczeniem
Wilczy: kurde...
psyche: nie marudz
psyche: ide dzwonic
psyche: jedziesz
psyche: :)
psyche: zaraz zadzwonie tez do ciebie
Wilczy: Małpa wredna, czy Ty zawsze musisz mi w spokojnym zyciu mieszać?!?!? ;)
psyche: :)

Cały proces przekonywania i podejmowania decyzji trwał 15 minut. No doprawdy nie wiem, czemu on się tak grzebał!...;-p

Torwar, 12.00. Dwa autokary, tłum ludzi, dziewczyna z parasolką - to nasz punkt zborny. Odhaczyliśmy się z Wojtkiem, że jesteśmy, wyściskałam się z Maliną i Lowelasem, w końcu przyjechał nasz autokar. Rzuciliśmy się zajmować miejsca dla reszty załogi, 10 miejscówek naszych, zaklepaliśmy je bagażami, butelkami, polarkami i takimi tam i rozpoczęło się oczekiwanie na odjazd...
Odjazd nastąpił po pół godzinie. Wjechaliśmy na Trasę Łazienkowską, coś zaśmierdziało i okazało się, że wysiadła nam klima... Zaczęło się nieźle, raptem po pół kilometra od miejsca zbiórki, ciekawe, co będzie dalej?...
Dalej były dzieci (siekiery w oczach!), korki warszawskie (standard), otwarty szyberdach (i opalanie niczym w kabriolecie), telefony od reszty załogi, która wsiadała w Katowicach: "Gdzie jesteście?... Daleko jeszcze?!?..." oraz rozweselacz w postaci miodu. Dwójniaka, żeby nie było. Nie wiem, czy to wina miodu, czy nie, ale nagle zaczęliśmy mieć z Wojtkiem rozbieżne widoki za oknem. Ja widziałam kościółek, Wojtek widział baraki czy inne budowle przemysłowe.
- Wojtek, kościół!...
- Beata, jaki kościół?...
- No tam, zobacz, kościółek!...
- Ty już nie pij więcej, coś ci zaszkodziło...
- No kurczę, spójrz trochę dalej, a nie na czubek własnego nosa!...
- Baraki tam stoją!... A nie żaden kościół!...
- Tia, baraki, sam jesteś barak, kościół i koniec!...
Od tej chwili na wszystkie budowle na horyzoncie mówiliśmy per "kościółek" :-) Oczywiście zaraziliśmy tym całą załogę...
Dojeżdżaliśmy już do Katowic. Należałoby znaleźć stację, na której się umówiliśmy z resztą towarzystwa, ale gdzie ona może być?... GPS prowadził, a ja swoją drogą stanęłam nad kierowcami z telefonem i przekazywałam informacje od Piotrka:
- Widać znaczek McDonalda... przy jakimś dużym centrum handlowym jest ta stacja... naprzeciwko Castoramy... to już musi być niedaleko...
W końcu - jest! Trafiliśmy. Autokar zatrzymał się, my wyściskaliśmy się z resztą załogi, w pierwszej chwili nie bardzo wiedziałam, kto jest kto, tłumy się tam kręciły, wreszcie ustabilizowałam sobie widok swojej nowej załogi i po "posiłku regeneracyjnym" w McDonaldzie można było jechać dalej.

Załoga:

Kapitan Piotrek - to był jego pierwszy kapitański rejs, więc właściwie dlaczego go nie ochrzciliśmy?

Asia - [wachta II] narzeczona kapitana, moja siostra z Pogorii i generalnie dobra dusza :-)

Pierwszy oficer Bosman - czyli Michał, gość urodzony ze śrubokrętem w ręku, uparcie wszystko naprawiał, poza tym grał na gitarze :-)

Ania - [wachta I] narzeczona Bosmana, bardzo ruchliwa i energiczna, zajmowała się głównie robieniem zdjęć aparatem Wojtka :-)

Drugi oficer Wilczy - czyli Marcin, Morsky Vlk, zajmujący się głównie nurkowaniem i jedzeniem :-)

psyche - [wachta II] szefica, tym razem na urlopie :-)

Trzeci oficer Harp - czyli Rafał, górołaz, który kiedyś wlazł na łódkę i tak mu zostało :-)

Eos - [wachta III] czyli Patryk, zwany często Etosem, kolejny informatyk (dla odmiany...;-p) :-)

Justyna - [wachta III] żona Eosa, najspokojniejsza osoba na rejsie :-)

Wojtek - [wachta I] namawiany przez pół firmy na wyjazd, kuk okrętowy, mieszkał w szuflandii razem z Harpem :-)



W autokarze pojawiła się gitara. Oraz buteleczki z krupniczkiem...:-) Zajęliśmy "business class", czyli siedzieliśmy niemal tuż za kierowcami, na początku autokaru. Doprawdy nie wiem, czy im nie przeszkadzała gitara i nasze wrzaski, ale nie dali po sobie niczego poznać. Krupniczek krążył, krew w żyłach też coraz szybciej, obraliśmy opcję grania po jednej piosence na kolejną literę alfabetu. Oczywiście nie obyło się bez problemów typu: czy "Amsterdam" jest na "a", czy na "k", bo alternatywny tytuł to "Kubański szlak"?...
Wjechaliśmy do Czech. Tuż za granicą Bosman zaczął śpiewać po... czesku!...
- Czy jak wjedziemy na Węgry, to zaczniesz śpiewać po węgiersku?...
Reszta autobusu patrzyła na nas jak na ochlajusów i rozrabiaki, tymczasem my się świetnie bawiliśmy. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że to będzie zupełnie inny rejs od dotychczasowych...
Nie wiem, jak to się stało, ale kierowcy włączyli "Taxi" na wideo. Zapewne ktoś miał już dość naszego wycia. Ok, schowaliśmy gitarę, pogapiliśmy się w telewizorek, częściowo odpłynęliśmy, potem był jeszcze "Dzień Świra", na granicach generalnie nam nie przeszkadzano, aż dojechaliśmy do granicy z Chorwacją.
Yhm... Celnik o wyglądzie rannego, wściekłego, przerośniętego skunksa bagiennego zażyczył sobie zajrzeć do bagażników autokaru. Po czym powiedział ze złośliwą satysfakcją:
- A, jedzonko, no nie, nie, nie, żadnego jedzonka wwozić do naszego pięknego kraju nie można, sorry, musicie wrócić...
Zatkało nas cokolwiek. Faktycznie, słyszało się opowieści o tym, że do Chorwacji nie wolno wwozić jedzenia, ale na litość boską!...
- No to mamy problem... - stwierdził jeden z naszych kierowców.
- Ile kosztuje problem?
- 200 euro... Jak mu dasz 100, to się obrazi i nie da rady przejechać...
Celnik nawet się nie krył z wyciąganiem papierka z paszportu, schował go do kieszeni, uśmiechnął się obleśnie i pozwolił jechać. Tia...

Jedziemy na rejs :)

Do Biogradu dotarliśmy jakoś koło południa, wytoczyliśmy się z autokaru, nastąpił podział łupów (czyli owego przemyconego za łapówkę żarcia) na pięć łódek i przejmowanie jachtów. Ale już było wszystko jasne: widok na marinę, las masztów, wiatr na wantach grał i świeciło słońce. I ten zapach!... I rogale na gębach :-)
Jacht został przejęty, zaczęliśmy się na niego pakować, układać żarcie, chować plecaki, zwiedzać...
- Ej, zaraz, a dlaczego tu nie ma drzwi?!?... - doleciało nas nagle z dziobu. Rzuciliśmy się tam wszyscy z zaciekawieniem. Na dziobie, w figlowniku, mieszkali Bosmaństwo z gitarą, a obok, w szuflandii (czyli kabinie z piętrowymi kojami) - Harp i Wojtek. Między figlownikiem a szuflandią było normalne przejście z przewidzianymi drzwiami, tylko drzwi były... wyjęte. Państwo stwierdzili po namyśle, że nie będą się ograniczać i drzwi nie wstawią - najwyżej będą się ganiać dookoła słupka oddzielającego kabiny od korytarzyka. Yhm :)
- Ciekawe, ile mamy papieru toaletowego - westchnęła któraś z kobiet podczas rozpakowywania pudeł z żarciem.
- Na razie nie znaleźliśmy żadnego... - grobowo odpowiedziała inna.
- No jak to?!?... Bez papieru nigdzie nie płynę!...
- Cicho, są ręczniczki...
- No a papier?!...
- Najwyżej kupimy...
- No tak, ale powinien być!...
- Jeszcze nie wszystko rozpakowaliśmy...
Wojtka natychmiast zapędziłyśmy do kambuza i zrobiłyśmy z niego udzielnego króla.
- Wojtuś, a gdzie chcesz mieć makarony?... Wojtuś, a słoiki z mięskiem?... Wojtuś, a puszki? Wojtuś, schowaj sobie to tam, gdzie ci będzie wygodniej...
No nie powiem, ale chyba poczuł się jak w haremie :) Za to my postanowiłyśmy dbać o niego niczym o skarb, w końcu facet zajmujący się kucharzeniem to cenna sytuacja jest :)
Piotrek coś zamamrotał o podziale wacht, przy Wojtku się lekko zawahał, kobiety natychmiast zareagowały: Wojtek jest zawsze w kambuzowej!... :)
- Ej, a może byście tak mnie o zdanie zapytały, co? - zaprotestował cichutko Wojtek, ale tak, żeby broń Boże nikt nie wziął tego serio. Bo w gruncie rzeczy to on lubi gotować :)

Maza
Maza, przechrzczona przez nas natychmiast na Mazak (co miało swój głęboko ukryty sens, który wyszedł na jaw później) lub Mazaj, to jacht typu Gib Sea 43. 4 kabiny, w tym jedna z kojami piętrowymi, dwie koje w mesie, dwie toalety, długość: niecałe 13 metrów. Rollgrot i rollfok, szał ciał i uprzęży, a jednak wyposażenie i zabudowa wnętrza średnio funkcjonalne. Nasz egzemplarz miał ponadto popsutego GPS-a i popsuty silniczek od pontonu. O ile GPS-a naprawiliśmy, o tyle silniczka już nie daliśmy rady i było machanie wiosełkami. Poza tym całkiem dzielna łajba i pływało się wygodnie ("I szybko" - copyright by Wilczy) :)

Udało nam się zapakować na Mazę, poupychać wszystko po kątach, bakistach i jaskółkach, Piotrek poczuł się i uparł na szkolenie (po tekście: "Na jachcie nie pijemy alkoholu..." zapanowała śmiertelna cisza i przytłaczająca powaga, nikt nie mrugnął nawet okiem, w końcu jeśli chce, to niech nie pije, nie? ;-p zmuszać go nikt nie będzie...), przymierzyliśmy kamizelki ratunkowe i pasy (poplątały się natychmiast) i w końcu uznaliśmy, że nadszedł ten wiekopomny moment, żeby wypłynąć...

Sobota, 28 kwietnia, Biograd - Žut

Odbiliśmy. Już znikają główki portu... Powoli zachodzi słońce. Niedaleko przepływa motorówka z czymś na dziobie.
- To pies chyba?...
- To nie pies, to baba!...
- Gorzej. To nie baba, to facet!...
Rozdziewiczyliśmy moją banderkę sizową, wreszcie zawisła. I łopocze ;-p Pojawiły się pierwsze delfiny, wywołując euforię na pokładzie :)
- Ej, coś mi tu nie wychodzi - mówi nagle Bosman z nawigacyjnej. - No weź spójrz. Nanoszę pozycję z GPS-u na mapę i wygląda na to, że nie wypłynęliśmy z portu...
Okazało się, że popsuł nam się GPS. Cudownie - właśnie zapada zmrok, płyniemy między wyspami, zaraz będzie ciemno, a my bez GPS-u mamy spore szanse wpakować się na jakieś śliczne skałki. Tiaaa...

Z dziennika pokładowego:
2000 Awaria GPS, nawigacja terestryczna do czasu usunięcia awarii, KK 245.
Wiatr NW, siła 1, temperatura 16°C.

- Bo on generalnie to działa, tylko nie pokazuje waypointów...
- Zresetuj go może?
- No właśnie, może by tak wyjść i wejść?
- Trzaskałem już drzwiami...
- A może nam się antena odłączyła?
- No może, ale ciekawe, gdzie ona jest...
UKF-ka głosem Adama (organizatora) nic nam niestety nie pomogła. Do wyboru mieliśmy płynąć dalej w ciemno albo zawrócić do portu. Ale stracilibyśmy jeden dzień płynięcia... Więc póki co - płyniemy! No i szukamy anteny. Gdzieś musi być chyba?...
Całe towarzystwo zaczęło się miotać w poszukiwaniu bliżej niezidentyfikowanego CZEGOŚ.
- To taki grzybek powinien być...
- Chyba mun...
- Na koszu rufowym mieliśmy rok temu...
- Nie ma nic na koszu rufowym. A na pewno żadnego grzybka...
- Na maszcie też nie ma...
- Może w kajucie?...
- W kajucie? Bez sensu!...
- A którędy idą kabelki?
Niewinne pytanie spędziło towarzystwo na dół, do nawigacyjnej. Stłoczyli się wokół stołu i zaczęli rozbierać GPS-a na części pierwsze. Powolutku, po kawałeczku, doszli do anteny... w kapitańskiej!... Bosman wpełzł tam zatem z narzędziami i niedługo potem dały się słyszeć odgłosy wybitnie niecenzuralne.
- Gdzie oni to wsadzili!... Dojścia żadnego do tego nie ma!... Co za szit!...
Wypełzł.
- Ma ktoś obcinacz do paznokci? Albo nożyczki?...
- Nożyczki. Może nóż?
- Daj te nożyczki...
- A może byś tak obiad zjadł?...
Bosman olał obiad, wywlókł grzybka, dorwał się do pasty do zębów (jak wiadomo rewelacyjnie czyści ;-p), bo cola się już skończyła i wziął się do mycia styków.
Wojtek przysiada się do Bosmana.
- Idę do słońca.
- Nie mów do mnie słońce!..
...minęły 3 godziny...
- Zaraz, zaraz... a co właściwie jest w paście do zębów?...
- No... pasta?...
- Fosfor?...
- Fluor!...
- Tiaaaa... to ja sobie mogę tą pastą szorować do rana!...
- Nie przeszkadzaj sobie :-)
Wpłynęliśmy między wyspy na czuja. Wilczy stoi na dziobie i robi za oko, pilnuje, żebyśmy w nic nie wpadli. Całe szczęście, że echosonda działa...
- Tu powinien być taki domek z lewej... Jeśli to ta wyspa, którą pamiętam... - mówi Piotrek zza koła sterowego. - Będziemy próbowali tu zakotwiczyć, może się uda...
- Domek może i jest, ale diabli wiedzą, gdzie...
- Daleko jeszcze do brzegu?...
- Dobrze, że księżyc świeci, przynajmniej cokolwiek widać...
Udało się rzucić kotwicę pi razy oko na środku zatoczki. W bezpiecznym miejscu. Wrażenie odnieśliśmy, że trzyma, ale Piotrek dla świętego spokoju wyznaczył wachtę kotwiczną. Zjedliśmy kolację (GPS GPS-em, ale wszak jeść trzeba ;-p), Bosman nadal grzebał się w kajucie kapitańskiej, wyginając ręce pod dziwnymi kątami, w końcu - eureka! - udało się naprawić drania. Działa!...:)
...potem okazało się, że wystarczyło wyjąć jedną deskę i dojście do miejsca zamontowania anteny stało otworem...:)

Niedziela - poniedziałek, 29-30 kwietnia, Žut - Vis (Komiža)

Noc spędziliśmy, pilnując kotwicy, kotwica pilnowała nas, zatem ranek zastał nas w błogim spokoju w tym samym miejscu zatoczki, w ktorym stanęliśmy wieczorem. Przed nami była wyspa z malowniczo wyglądającym pagórkiem.
- Stamtąd jest piękny widok na okolicę - oznajmił mentorskim tonem Piotrek. - Warto zobaczyć, naprawdę. Ja już tam byłem, ale wy możecie spokojnie zrobić sobie wycieczkę, nie będziecie żałować!...

Kornaty

No tak, wszak jesteśmy na archipelagu Kornatów i to, że przyjechałam tu na rejs, a nie na wspinaczki wysokogórskie, nie jest żadnym wyjaśnieniem, tak?...;-p Ok, ściągamy ponton, do pontonu silniczek i...
- Hmmm - on chyba nie daje się odpalić...
- Jak to?
- No nie działa!...
- Dwie awarie dziennie?
- Ale jedna była wczoraj wieczorem, a druga jest dziś rano. A to dopiero początek dnia...
Bosman natychmiast zaczyna rozbierać silnik od pontonu na drobne. Pomaga mu Wilczy. Piotrek przygląda się temu z niesmakiem i mówi:
- Chłopaki, jak pogubicie kawałki silnika w wodzie, to ja was chyba zabiję... nie możecie tego robić na pokładzie?...
- Oj nie marudź. Tu jest wygodniej...
Silniczek jednakowoż działać nie zaczął, więc po podpompowaniu pontonu popłynęliśmy na silniku ręcznym (czyli wiosełkach) do brzegu i powędrowaliśmy na górę. Góra nazywa się Papese i ma 170 m n.p.m. Same skały przetykane zieleniną :) Z góry faktycznie jest piękny widok na okolicę, pstrykamy foty, rozłazimy się po kamulcach, w końcu wracamy. Krotkofalówką komunikujemy się z Piotrkiem, który został na pokładzie: "No już, już idziemy z powrotem!...". Okazuje się, że pełno tu kleszczy, wielkich i wygłodniałych, rzucają się na nas stadami, strzepujemy je z ubrań, mając nadzieję, że nie schowały się w żadne trudno dostępne miejsca. Docieramy na brzeg, ponton zabiera pierwszą partię chętnych, nie wytrzymuję, ściągam ciuchy i wskakuję do wody, gotowa wrócić na jacht wpław. Wreszcie!...
Woda jest cudowna, oczywiście pierwsze wrażenie szokujące termicznie, ale szybko się przyzwyczajam. Udało się nie wleźć na żadnego jeżowca, płynę swobodnie do jachtu, jest super, docieram, proszę o płetwy i razem z Anią ciągniemy na brzeg ponton z Bosmanem w środku po kolejną partię chętnych do powrotu. Bosman szczęśliwy, że nie musi machać wiosełkami, śmieje się, że ciągną go dwie nimfy :)
Dość przyjemności, płyniemy dalej, w planach mamy długi przelot, bo aż do Biševa. Stawiamy żagle, wieje nam ładnie, słoneczko świeci, opalamy się...
- Wiesz co?... Ej!... Wilczy!... - domaga się uwagi Ania. - Robisz mi cień na nogach!...
Wilczy się kompletnie nie poczuł...;-p
Wojtek ogląda swoje trampki.
- Wiecie co, jak kupowałem te trampki, to one były już takie retro...
- Wiesz co? Kłamiesz. To jest żenujące!...
- Beata. Zapisz to. Ja to sobie później, k*a, poczytam...
Obiad pod żaglami smakuje wyśmienicie.
- Bo my tu na żeglarstwo sportowe przyjechaliśmy - komentuje Wojtek siedzenie na deku nad talerzami.
- Taaaa, sportowe - podejmuje wątek Bosman. - Podnoszenie ciężarów - mówi i podnosi szklankę pełną piwa. - Szermierka - pokazuje międzynarodowy gest dawania w szyję. - A wieczorem - szachy - podpiera się ciężko...:-)
- Podaj pokrowiec, leży za Piotrkiem - mówię do Bosmana.
- Możesz podać? - Bosman do Piotrka.
- A w ryj chcesz? - odpowiada rezolutnie Piotrek.
- A dasz?...
Przed nami płynie jacht. Tym samym kursem, takie same żagle ma postawione. Łykamy go po ich zawietrznej jak złoto i cieszymy się jak dzieci. Jesteśmy lepsi ;-p Gramy na gitarze, śpiewamy, trochę osłabł wiatr, więc płyniemy wolniej.
- Jakby tu była jakaś dziewica, to mogłaby podrapać w stopkę... - mówi Bosman, siedząc leniwie za sterem. Bo jeśli dziewica podrapie w stopkę masztu, to jacht zaczyna płynąć szybciej.
- Ja jestem dziewicą - mówi Ania.
- Bosman - reaguje natychmiast Piotrek. - Nie jesteś już moim kumplem...
Robimy sałatkę, Wojtek stoi przy garach, Ania kroi i miesza. Czeka na gotujące się jaja.
- Jak jajka?
- Ok - mówi poważnie Wojtek.
- Nie można być skromnym - komentuje Piotrek. - Skromność jest oznaką miałkiego umysłu.
- Zapisałam, że twoje jajka są ok - oznajmiam Wojtkowi z radosnym uśmiechem.
- Dochodzą - wtrąca Ania...
- Jutro będziemy wchodzić do Błękitnej Groty - zmienia temat Piotrek, patrząc na mapy.
- Jutro aparat jest mój - reaguje Ania, mając na myśli aparat fotograficzny Wojtka.
- Ale on nie jest podwodny...
Ania kroi ugotowane wreszcie jajka do sałatki, Wojtek pilnuje.
- Znów jej się patrzę na jajka...
Wcięło mi okulary przeciwsłoneczne. Wydawało mi się, że położyłam je na półeczce nad szafką, ale nie mogę ich tam wymacać. Oczywiście jęczę i marudzę. Wilczy nie wytrzymał, wkurzył się, pomacał półeczkę i... znalazł!... Ucieszyłam się jak dziecko.
- Wilczy!... Jesteś wielki!... Ale jak ja szukałam, to ich tam nie było!... Nie mogłeś ich rano znaleźć?...
Piotrek i Asia reagują od razu:
- To my was opuścimy... - i wychodzą na dek.
- Co oni tam robią? - dobiega nas pytanie z pokładu.
- Wilczy odbiera nagrodę...
Po chwili Wilczy wychodzi na pokład. Ania rzuca okiem na niego i pyta:
- Wilczy, a gdzie ty masz spodnie?!?...
Płyniemy bardzo powoli, wiatr zdycha, żagle praktycznie nie są naprężone. Bosman siedzi za sterem i się nudzi.
- Bosman - zaczyna Piotrek. - Mam wrażenie, że ci wszystko zwisa...
- Czego?... - grzecznie odpowiada sternik. - Płyniemy szybciej od wiatru...
Pojawiły się delfiny, to już drugi raz - wszyscy się cieszą, a Piotrek na to:
- No co, obiecałem? Obiecałem!...
Kiedy sobie przypomnimy o obecności telefonów komórkowych, wymieniamy SMS-y z Maliną, która dopytuje się, dokąd płyniemy. Zasięg UKF-ki już nie daje rady, oni pojechali na północ, my od razu na południe, chyba mamy problem, żeby się jakoś spotkać...
Nasza wachta nawigacyjna przypada na godziny 20-24. Koło 22 orientujemy się, że wysiada jeden akumulator. Akurat ten od przyrządów. Za chwilę skończy nam się światło na pokładzie, również lampy nawigacyjne, będziemy niewidoczni dla innych...
- Druga awaria dzisiaj. Cudownie.
- Prąd nam się skończył, bo prawie nie płynęliśmy na silniku!... To jest Chorwacja, tutaj się uprawia jachting, nie żeglarstwo, tu się nie pływa nocami!... Nie płynęliśmy na silniku, nie ładował się akumulator, a od początku był słabszy. Po prostu musimy załączyć silnik...
O 23.00 odpalamy katarynę, światło od razu robi się mocniejsze. O 24.00 zdajemy wachtę Harpowi i idziemy spać do lewej hundki - kajuty Justyny i Eos-a, oni właśnie wyszli na wachtę, zostawiając nam wygrzane koje :)

Poniedziałek, 30 kwietnia, Vis (Komiža) - Biševo - St. Klement

Budzę się o 7 rano, podpływamy do wyspy Vis. Szybki prysznic na łódce. Znów delfiny. Wchodzimy do portu w miasteczku Komiža, żeby zrobić zakupy i wyrzucić śmieci. Stajemy na kotwicy i desantujemy się pontonem na brzeg. Miasteczko jest niewielkie, typowe domy zbudowane z szarych cegieł i kamieni nad samym brzegiem morza, wręcz na kamienistej plaży :) Kupujemy świeże wielkie buły i inne pyszności, wracamy na jacht i płyniemy w kierunku Błękitnej Groty na wyspie Biševo. Po drodze osiągamy prędkość 10 węzłów i cieszymy się jak dzieci :) Docieramy tam o 11:15, w zatoczce przed wejściem do groty kłębi się tłum jachtów i jeszcze większy tłum pontonów między nimi. Fale wściekle uderzają o skały, niby wiatr nie jest silny, ale w tym miejscu akurat wszystko się kłębi. Jachty robią kółka w zatoczce. My włączamy się w kółeczko, spuszczamy na wodę ponton, wsiadają do niego Bosman, Asia i Harp, walcząc z falami płyną w kierunku groty, przed którą stoi łódka z dziadkiem. Robimy kółeczko, ponton wraca, wycieczka wchodzi na pokład cała mokra, nie dało rady w tych falach inaczej...

Załoga

- Czemu już wróciliście?...
- Wielka dupa! - mówi Bosman ze złym wyrazem twarzy. - Ten dziadek!... Nie chciał nas wpuścić, ponton chciał przebijać, kasę chciał, drań jeden, ja mu kasę pokażę!...
- A ile tej kasy chciał?
- Nie wiem!... usiłowaliśmy wpłynąć, ale wjazd jest cały zastawiony tą jego łajbą, a on macha bosakiem czy czymś takim, gotowy przebijać pontony...
- Trzeba by wpław, pod dnem łódki...:)
Odpływamy. Stawiamy szmaty, wieje trochę mocniej, 3-4, jedziemy w kierunku Palmižany. Kawa na wodzie, jabłuszko na przekąskę, ogryzkami rzucamy w morze, Piotrek trafił w stelaż od biminitopu. Dogadzamy sobie i korzystamy z wiatru. Jest cudownie.
Piotrek poszedł na dziób i usiadł, majtając nóżkami przed jachtem.
- No tak!... My tu sobie musimy sami radzić, bo kapitan poszedł siedzieć!...
Dziobu zapragnęli wszyscy, ja, Ania i Wilczy popędziliśmy tam zaraz za kapitanem. Obejmuję Anię, ona rozkłada ręce, słyszymy, jak z kokpitu intonują "Titanica" - klasyka na każdym rejsie. Wieje trójeczka, jacht idzie ładnie, dziób unosi się i spada w dół, podnosząc fontanny wody. Plączemy się po jachcie, to na dziób, to do lodówki, to na dek i tak w kółko. Piotrek wraca z dziobu i się śmieje.
- Zmoczyło mi spodnie!...
- Pokaż dupę - krzyczę w odpowiedzi, hasło zostaje podchwycone, dziewczyny patrzą wyczekująco.
- Zrób fikołka - odpowiada wrednie kapitan.
- Tutaj?... - patrzę na dek, wcale nieprzypominający niczego prostego, nieruchomego i w miarę miękkiego. Plączą się po nim tysiące lin, piesków, wywietrzników, elementów metalowych i twardych jak diabli. On chce, żebym sobie krzywdę zrobiła czy co?...;-p
- No co, psyche, nie zrobisz fikołka?...
No nie. Przecież nie puszczę tego płazem!... Włażę na dek, znajduję najmniej pochylone miejsce, w miarę czyste od tych wszystkich elementów stałych, które mogą wbić mi się gdziekolwiek i zrobić krzywdę, zdejmuję okulary, rozpuszczam włosy, opieram się głową w miarę stabilnie o pokład i robię najkrzywszego fikołka na świecie... Reszta załogi jest zachwycona, jak zawsze zresztą, kiedy ktoś robi z siebie kretyna publicznie :)))
- No!... to pokaż dupę!...:)
Zatrzymujemy się w jakiejś uroczej zatoczce na kąpiel. Jak zwykle biorę byka za rogi, wejście do wody nie jest miłe, ale przecież sobie nie odpuszczę - pierwszy kontakt z wodą o temperaturze 17°C nie jest przyjemny :) Testuję obudowę podwodną do aparatu, ciągle trochę się boję zanurzyć ją pod wodę, chociaż przecież wiem, że jest szczelna. Bosman plącze się dookoła na pontoniku, w wodzie buszujemy chyba tylko ja i Wilczy, reszta siedzi na pokładzie w kurtkach i patrzy na nas ze zgrozą lub politowaniem. No tak, bo gdzieś zniknęło słońce, jest średnio przyjemnie... więc koniec pływania, jedziemy dalej :)
W Palmižanie okazuje się, że jest full. Przyzwoita marina ACI, z porządnym standardem, jest jeszcze niegotowa do sezonu - mają rozstawioną tylko jedną keję. Tak jakby nie wiedzieli, że w Polsce jest teraz długi weekend majowy!... Rzeczywiście, na UKF-ce słyszymy praktycznie samych Polaków i komunikaty pogodowe, nikt inny nie gada, jak braliśmy łódkę w Biogradzie to dookoła też byli sami nasi. Polska przyjechała do Chorwacji, a Chorwacja niegotowa!...;-p Ok, nie chcą nas, to nie, w Hvarze - naprzeciwko - nie mamy szansy stanąć przy kei, bo tam jest tylko miejska keja. Bardzo byśmy chcieli zatankować jacht w wodę wreszcie, bo chyba już powinniśmy, ale skoro się nie da, to się nie da, na razie staramy się zacumować gdziekolwiek.
Dwie zatoczki dalej jest całkiem przyjemne miejsce. Chłopaki starają się podejść jak najbliżej brzegu i zacumować do skał, zostawiając jako keję pontonik. Trwa to potwornie długo, zabieramy się z Asią za robienie obiadu, bo głodne już jesteśmy piekielnie. Akurat oni skończyli się miotać na pokładzie i po okolicy, my skończyłyśmy gotowanie i można było zjeść na deku. Na UKF-ce ciągle słyszymy Polaków, którzy chcą zacumować w Hvarze, który zapchany jest po dziurki w nosie i nie przyjmuje już nikogo nawet na kotwicę. Nawet w eterze sami Polacy...
Po obiedzie - a właściwie kolacji - postanawiamy wybrać się do mariny i skorzystać jednak z prysznica, a przy okazji obadać knajpki na drugim brzegu wyspy - pamiętamy z zeszłego roku całkiem klimatyczne miejsce z pysznym żarciem i dużą ilością wina :) Kapitaństwo i Eosy zostają, reszta, zaopatrzona w latarki i krótkofalówki pcha się pontonikiem na brzeg. I w drogę!... Przez zarośla, ścieżką pod górkę, oganiając się od atakujących gałęzi. I pod górę, pod górę, ciągle wyżej i wyżej, ścieżka właściwie jest półosobowa, bo na jedną porządną osobę jest zbyt wąska, ale nie poddajemy się, chce nam się prysznica i w ogóle jakichś luksusów.
- Fajnie się będzie wracać - ktoś komentuje kolejne czepiające się wszystkiego gałęzie.
- A do tego będzie ciemno...
Docieramy do szerszej ścieżki, obieramy kurs na marinę, w lewo. Po prawej widzimy morze, wyspa jest dość wąska, tracimy kontakt z łódką, bo jesteśmy już za wzgórzem i krótkofalówki nie chcą działać. Docieramy do wioski, knajpki aż kuszą, pachnie jedzeniem, ale nie, jesteśmy twardzi - idziemy najpierw do mariny. To już rzut beretem, za chwilę możemy sprawdzić prognozę pogody i skorzystać wreszcie z prysznica - co za ulga :) Mycie na łódce jednak nie jest najwygodniejsze...
...pół godziny później, dziko szczęśliwi, z nową energią ruszamy na podbój knajp. Wchodzimy między stoliki, znajdujemy jeden z widokiem na ciemną zatoczkę, w której na kotwicy stoi kilka jachtów. Moglibyśmy pogadać z Piotrkiem, ale niestety, wysoki środek wyspy nie daje szans na porozumienie przez krótkofalówki. Zamawiamy krewetki - wreszcie!... Naszym apetytem na owoce morza zarażamy pozostałą część wycieczki i wszyscy się decydują na krewetki. Do tego wino i woda. O ile krewetki zasmakowały wszystkim, o tyle zwyczaj picia wina z wodą nie przyjął się kompletnie :)
Po kolacji, której było ciut mało, ruszyliśmy w drogę powrotną. Kiedy po raz trzeci zobaczyliśmy z lewej strony morze, poczułam, że coś jest nie tak, bo idąc w tamtą stronę, widzieliśmy je tylko dwa razy. Podniosłam alarm.
- Poszliśmy za daleko. Musimy wrócić i znaleźć skręt w prawo...
- Nie, nie było do tej pory żadnej ścieżki w prawo, musimy iść dalej.
- Musieliśmy jej nie zauważyć po prostu...
- Chodźmy jeszcze kawałek, najwyżej potem wrócimy.
Poszliśmy. Łączność z Piotrkiem nawiązaliśmy ponownie, poinformowaliśmy go, że już wracamy, ale co z tego, skoro nie mogliśmy znaleźć drogi. Morze z lewej było już widać cały czas, wszystko we mnie krzyczało, że poszliśmy za daleko. W końcu Bosman dał się przekonać, żeby wrócić, chociaż bardzo niechętnie. Jakiś czas później i kilkadziesiąt metrów dalej Wilczy skręcił w mniej zarośnięty fragment terenu i znalazł właściwą ścieżkę do naszej zatoczki, potem już tylko musieliśmy się przedzierać przez chaszcze i dotarliśmy na jacht. Wszyscy prócz Piotrka już spali. W radiu mówili o nadchodzących burzach, Piotrek trochę obawiał się, czy kotwica nas utrzyma, bo nie chcielibyśmy skończyć na skałach, koło których przecież stoimy. W zatoczce prócz nas zacumował jeszcze jeden jacht. Piotrek opowiedział nam, jakiego stracha napędził im dźwięk palącej się instalacji elektrycznej... Przez jakiś czas cała pozostała na jachcie czwórka szukała dymu i spalenizny, zanim doszli do wniosku, że te trzaski to wapienne dno zatoczki...:) Kadłub jachtu stanowił świetny głośnik dla tego hałasu... Wybraliśmy się trochę na kotwicy i w końcu poszliśmy spać, ustalając oczywiście wachtę kotwiczną i mając nadzieję na spokojną noc.

Wtorek, 1 maja, St. Klement - Hvar (Hvar) - Brač (Milna)

Wstajemy o 8.30, śniadanie jemy na wodzie, płynąc już do Hvaru. Noc przebiegła bez atrakcji, kotwica nas utrzymała, prognozowane burze nie nadeszły (albo poszły gdzieś indziej). O 9.30 cumujemy w Hvarze. To znaczy chcemy zacumować, ale nagle okazuje się, że stoimy śrubą na mooringu... jakiś metr od brzegu... "Słyszę, jak kapitan cicho klnie" :) No tak, krzywo leżące mooringi mają to do siebie, że czyhają na biednych żeglarzy. Ten wkręcił nam się w śrubę i trzyma. Wilczy nurkuje...
Nieszczęsna śruba Mazy - Bardzo ściśle nakręcony - mówi, wystając z wody obok łódki chwilę później.
- Spróbuj go odkręcić - mówi Piotrek.
- Spróbuję, ale raczej nie dam rady...
Wilczy z powrotem pcha się pod łódkę. Część załogi decyduje się na wyjście do miasta, wszyscy nie jesteśmy tu potrzebni. Wilczy mocuje nas cumą do bojki, żeby nam się dziób nie plątał po okolicy, stoimy przycumowani do brzegu na dwóch luźnych cumach rufowych, walka z mooringiem i śrubą trwa. Wilczy robi zdjęcie aparatem Bosmana, Bosman pyta:
- Co widać na zdjęciu? Pokaż...
- Nie chcesz tego oglądać... - odpowiada Wilczy. Bosman ogląda zdjęcie...
- Fuck!...
Piotrek:
- Pokaż, co widać?...
- Nie chcesz tego oglądać... - powtarza Bosman. Piotrek jednak ogląda...
- Fuck!...
W końcu Piotrek nie wytrzymuje i nurkuje pod łódką, za chwilę to samo robi Bosman. Zdjęcia mooringu na śrubie robią oszałamiającą karierę, okazuje się, że tam niejedna warstwa jest nakręcona, chłopaki biorą nóż w zęby i przystępują do cięcia zapiekłej liny. Wilczy, zmarznięty, wychodzi, woda ma jakieś 16°C, gorąca herbata i jakiś alkohol na rozgrzewkę wcale nie są przesadą. Okazuje się, że słusznie Mazę przechrzciliśmy na Mazak, panowie wychodzą z wody niebiescy jak burta jachtu - Maza pokolorowała wszystko, do czego się dotknęła. Wilczy ma nawet niebieską głowę...:) W końcu udaje się porozcinać linę i ściągnąć ją ze śruby - stopiony fragment zabieramy na pokład na pamiątkę. Panowie naprawiają mooring i możemy już zacumować normalnie. I wreszcie wyjść do miasta, do twierdzy, z której jest ponoć piękny widok na okolicę...
- Myśmy tu przyjechali naprawiać Chorwację czy jak?... Najpierw GPS, teraz mooring... co jeszcze, porty mamy im naprawiać?...
- Może zburzymy im coś i postawimy od nowa w 3 dni?...
Chce nam się kawy w knajpce. Idziemy wąskimi uliczkami pod górę, szukając jakiegoś uroczego miejsca na kawę i wino. Może jakąś przekąskę. Trafiamy do Konoby Menego, gdzie zsuwamy stoliki i targujemy się w kwestii wina. Docierają do nas Eosy i Harp, którzy już zwiedzili twierdzę. Nagle okazuje się, że jesteśmy głodni, więc z przyjemnością przystajemy na propozycję właściciela, że da nam wybór miejscowych specjałów dla 10 osób za 1000 kun. Plus wino. Nie możemy się doczekać jedzenia, patrzymy na ręce właścicielowi, który kroi plastry pršuta, robimy zdjęcia kuchni, ślinka cieknie, wino się leje. Na stołach lądują po kolei talerze z różnymi przysmakami. Coraz więcej i więcej. Rzucamy się na jedzenie, nie mieliśmy pojęcia, że jesteśmy tak głodni, a może smak tych potraw sprawia, że chcemy więcej i więcej. Był talerz z wędlinami i serami, były dwa czy trzy rodzaje ryb, były grillowane i duszone warzywa, sałaty, oliwki, a dodatkowo ciasta, wcale nie na słodko... Re-we-la-cja! :)
Jak wreszcie stamtąd wyszliśmy, to znów się rozdzieliliśmy. Bosmany, kapitaństwo i my poszliśmy na górę, do twierdzy, reszta poszła w miasto - w dół. W twierdzy rzucamy się robić zdjęcia widoczkom. Piotrek robi za statyw. Gapimy się w plener, wzdychając nostalgicznie. Wieje silny wiatr, za chwilę zaczyna padać, chronimy się z Bosmanami w knajpce na dziedzińcu twierdzy, kupujemy lody, potem kawę. Piotrka i Asi z nami nie ma, gdzieś się wyłopotali.
- Gdzie kapitaństwo?
- Pewnie on jej singing in the rain...
Budujemy samochodziki z części wyjętych z lodów, bawimy się jak dzieci, w końcu przestaje padać i pojawiają się Piotrek z Asią.
- Byliśmy w więzieniu - informuje Piotrek z kamienną twarzą.
Aha, jasne... No dobrze, my też pójdziemy...
- Uważajcie, śliskie schody...
Więzienie jak więzienie, wąskie cele, wąskie okienka, ciasno i przytulnie ;-p Wychodzimy, jeszcze kilka zdjęć, rzut okiem na nasz jacht, stojący gdzieś tam na dole przy kei miejskiej, wreszcie wracamy. Z zakupów nici, sklepy pozamykane, wchodzimy jeszcze do kościoła, wielki, wypasiony, bogato zdobiony, mijamy wycieczkę polskich motocyklistów, wracamy na jacht i o 16.30 wypływamy.
Szczęśliwa załoga w Hvarze Zastanawiamy się, dokąd płynąć, na stole nawigacyjnym porozkładane mapy, Asia przypadkiem chlapie na nie colą.
- Nie na mapy!... I to moja kobieta!... - reaguje Piotrek.
- Będziesz musiał ją ukarać - komentuje Wojtek. - I to trzy razy...
- Nie da rady - odpowiada natychmiast Asia.
Wybuch śmiechu, kurtyna :)
Płyniemy w stronę Milnej. Siedzimy na deku, rum z colą w szklaneczkach, humory całkiem ok. Wieje trójeczka, kolejny dzień idziemy praktycznie wyłącznie na żaglach, silnika używając tylko przy manewrach. Żagle ułożone na motyla. Nic się nie dzieje, dzieci potrzebują rozrywki, Piotrek wyciąga znalezioną w płatkach zabawkę - papierową, rozciągającą się spiralę. Zaczyna tym strzelać w moją stronę, ja odwarkuję w odpowiedzi, w końcu rozdziawiam dziób i usiłuję to złapać zębami. Kłapię paszczą, ale to mi ciągle umyka, robi się śmiesznie, inni łapią za aparaty, paparazzi skubani, słychać doping, wszystko dzieje się na wysokości - nie wiedzieć czemu - rozporka Wilczego, który stoi przy zejściówce. Ja siedzę i kłapię zębami, Piotrek strzela spiralką, reszta umiera ze śmiechu i słychać tylko komentarze:
- Ej, Piotrek!... Za krótkiego masz!...
- Nie sięgasz!...
- Psyche, otwórz dziób!...
Wreszcie wszyscy się zmęczyli. Usiłowałam zgubić tę zabawkę, ale jakoś mi się nie udało, Piotrek schował przezornie. Siadam między dziewczynami na deku, słońce jest coraz niżej, daje ciepłe światło, znów pojawiają się paparazzi, robimy sesyjkę lasek na deku. W każdej możliwej konfiguracji :)
- A co będzie, jak nam się odkręci wiatr?... - pyta nagle ktoś nerwowo.
- Naprawimy i wiatr!...
:-)
Wojtek siedzi z aparatem taki jakiś niezdecydowany. Siadam na stole w kokpicie i zaczynam się do niego wdzięczyć, on strzela fotki. Nagle panowie wpadają na genialny pomysł (i ciekawa jestem, kto był prowodyrem, drogi kapitanie... ;-p), że skoro i tak robimy sesyjkę, to pobawmy się dalej i... rozbuchtowali outholer grota i zaczęli mnie nim... wiązać!... Zaiste, świetna zabawa (na zdjęciach widzę, że faktycznie była świetna), chociaż nie wiem, co im (nam?) przyświecało prócz zachodzącego słońca...;-p Całe szczęście, że przynajmniej grot był zwinięty wtedy ;-p (zdążyliśmy zrzucić żagle...).
Na UKF-ce sami Polacy. Słuchamy sobie rozmówek:
- Gdzie dziś stajecie?
- Nie wiem, płyniemy do jakiejś mariny, żeby się trochę umyć. Wiesz, mamy dwie kobiety na pokładzie...
Aha ;-p
Ślicznie zachodzi słońce, akurat chowa się za wyspą, znów rzucamy się do aparatów, dziś jest dzień sesji. Jelonek leci za jelonkiem normalnie ;)
Już widać Milną. Nad wyspą zbierają się czarne chmury, przygotowujemy się do ewentualnej burzy. Po ogólnym stwierdzeniu, że będzie padać, Bosman schodzi pod pokład po sztormiaczek. Po jakichś dziesięciu minutach wychodzi w pełnym rynsztunku: spodnie, kurtka, kalosze i szelki...
- Ej, Bosman, a może płetwy chcesz?...
Przybiliśmy wreszcie do kei w Milnej, stanęliśmy niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie cumowaliśmy rok temu - dwa miejsca w lewo :-) Naprzeciwko kościół, sklep, bankomat, znajome klimaty... Wreszcie można się wykąpać, zjeść obiad... No i czas na piwo :) Poszliśmy do Konoby Delfin. Idziemy ulicą, jedyną w tym mieście, biegnącą wzdłuż nabrzeża...
- Kurczę, czy oni mają tylko jedną ulicę w tym mieście? - pyta Bosman zirytowany, idąc po linii ciągłej.
- Tak - odpowiadamy chórem ja i Piotrek...
Po pierwszym piwku wyłopotali się Asia i Bosman, my w końcu też wróciliśmy i silną grupą: ja, Wilczy, Piotrek, Wojtek, Harp i Ania doszliśmy do wniosku, że imprezkę czas zacząć. Zaopatrzyliśmy się w rum, colę i cytrynkę i poszliśmy na nabrzeże balować dalej...
Przyplątał się tubylec z prośbą o ogień do skręta. Dostał ogień, odplątał się. I tak jeszcze ze trzy razy. W międzyczasie nam się zaczęła kończyć cola... Tubylec w towarzystwie innych tubylców siedział jakieś 30 metrów dalej. Mieli na stanie młodego chłopaka, który jeździł na skuterku z butelką z napisem Coca-Cola.
- Może oni wiedzą, gdzie tu można colę kupić o tej porze?... - rzucił ktoś nieśmiało.
- No może... trzeba by zapytać...
- To następnym razem jak przyjdzie po ogień...
Przyszedł. Nie było mnie przy rozmowie, ale jak wróciłam, okazało się, że jesteśmy już zaprzyjaźnieni z tubylcami, a w butelce po coli wcale nie ma coli (można się było domyśleć, prawda?), tylko jest... bimberek. Własna produkcja, porządna moc, niezły smak...
Imprezka międzynarodowa trwa. Interesujące, że w Milnej co roku zawieramy znajomości z narodami ościennymi... Rok temu w końcu piliśmy u Czechów na jachcie!...:) Niemniej jednak to towarzystwo jest średnio atrakcyjne. Dowiedzieliśmy się, że jeden z nich jest ochroniarzem (i handlarzem bronią ;-p), drugi - komendantem tutejszej policji. Ile w tym prawdy, to nie wiadomo, ale z każdym łykiem bimbru robiło się coraz mniej ciekawie i wszystko zaczęło wymykać się spod kontroli. Nagle dowiedzieliśmy się, że obietnica jest ważniejsza od życia ludzkiego i trochę nas zmroziło... Postanowiłam działać.
Najpierw schowałam nóż do pochwy. Harp wsadził go sobie za pasek.
- Harp, ratunku. Zróbmy coś.
- Spokojnie, damy radę.
Ok. Wilczy w środku dyskusji z tym honorowym. Piotrek obok też coś tłumaczy. Ania i Wojtek powędrowali na łódkę, zamiast nich przyszedł Bosman. Trzeci z tubylców zaczął patrzeć na mnie z błyskiem w oku i przerwą w zębach. Poczułam obrzydzenie, ale udawałam, że się świetnie bawię...
W końcu cudem udało się wyekspediować Piotrka na łódkę, po brawurowym i kolektywnym sikaniu z nabrzeża. Tubylcy poczuli, że im się towarzystwo wykrusza i zrobili się bardziej namolni (w końcu do flaszki trzeba mieć kompanię, nie?...). Wrócił Wojtek, zaczęłam jak kwoka zagarniać wszystkich pod skrzydełka, Harp mnie powstrzymał:
- Nie bierz go pod rękę, bo widać, że chcesz przerwać rozmowę...
O matko, no dobra!... To co ja mam biedna zrobić?... I znów cały świat na mojej głowie!...;-p
Tubylcy też poczuli zew pęcherza i to nas uratowało, udało się zwiać na łódkę. Wojtek, który usiłował zejść z łódki w poprzek trapu, ale Wilczy przeszkodził mu w genialnym planie utopienia się w porcie, został na deku i poszedł spać, przytuliwszy się do koła sterowego, reszta położyła się grzecznie, a ja zostałam w mesie, pilnując sytuacji.
Sytuacja przeniosła się w pobliże naszej łódki i ustabilizowała. To znaczy tubylcy pili nadal, a ja w myślach wieszałam na nich psy różnej maści i rasy... Też bym poszła spać, tak?!?...;-p
Wreszcie usłyszałam dźwięk silnika (tak, tak, byli samochodem!...), ucieszyłam się, że może wreszcie sobie pojadą, auto odjechało, wystawiłam pół głowy i... stanęłam oko w oko z tym od błysku i przerwy. Cudownie. On oczywiście szalenie ucieszył się na mój widok i już ruszył w stronę jachtu, porzucając kompana. Spanikowałam natychmiast.
- Wilczy!... Wilczy, obudź się!... Wstawaj!... On się nam na jacht pakuje!... Zrób coś!... Wyjdź, wyrzuć go, zabij go, cokolwiek!... - syczałam wściekłym szeptem, widząc, że tubylec już stawia drugą nóżkę na naszym trapie.
Wilczy się obudził, dotarło do niego, co mówię, przeciągnął się, bardzo niezdecydowanie usiadł, wszystko to trwało wieki, a ja już widziałam obrzydliwego Chorwata pakującego się nam bez ceregieli na łajbę. Ratunku!...
Wreszcie Wilczy oprzytomniał na moment. Wylazł do kokpitu, tubylca przystopowało, ja się schowałam w cieniu, przy kuchni. Tubylec udał, że chciałby ognia (łgarz potworny, miał własny!...), Wilczy powiedział, że sorry, ale nie pali, sprawdził, czy Wojtek dobrze się trzyma koła i wrócił, olewając kompletnie resztę świata. Tubylec postał trochę przed łodką, w końcu poszedł do kumpla. Nauczona doświadczeniem, nie wysuwałam już nawet pół nosa z kabiny... I tylko klęłam w myślach, bo ani zasnąć, ani poczytać książki, ani grzebnąć w necie, ani pograć w warcaby ;-p Poranka oczekiwałam jak zbawienia.
Nadszedł świt, na ulicy pojawili się pierwsi ludzie (i nie chodzi o Adama i Ewę ;-p), dwaj tubylcy przenieśli się na krzesełka jakiegoś baru i tak już zostali. Niestety, nadal nie dało rady wyjść z łódki, nadal chowałam się w cieniu, plącząc się po mesie niczym robaki po śmietniku. Justyna o poranku stwierdziła, że "ktoś nam po łódce chodził w nocy..." - ten ktoś to ja, to ja!... Miotana furią i ogarnięta szaleństwem (bo przecież nawet zapalić nie szło, dopiero nad ranem wykombinowałam sobie butelkę w ramach popiołki...)! W ramach rozrywki robiłam zapiski:
Jest 4.15. Młody pojechał po dostawę alkoholu, jak sądzę...
Jest 5.30. Jeden atak odparty. Obudziłam Wilczego, narobiłam hałasu. FUCK!
Wreszcie przed ósmą uznałam, że jest ok i położyłam się spać...

Środa, 2 maja, Brač (Milna) - Split - Trogir

Ja się położyłam, reszta załogi wstała i wypłynęliśmy z gościnnej Milnej... Piotrek twardo stanął za sterem, wyprowadził łódkę z portu, po czym zaległ, oddając ster Bosmanowi, któremu akurat przypadała wachta nawigacyjna.
Nie cierpię spać, kiedy coś się dzieje, otrzeźwiło mnie zatem i wypełzłam na pokład. Tym bardziej, że i tak trzeba było rozłożyć stół na czas śniadania, a my w mesie przecież spaliśmy na stole, więc tak czy siak - zgonili mnie z łóżka... Sadyści ;-p
Doszliśmy do wniosku, że należy umyć pokład. Natychmiast przypomniało mi się, jak na Mazurach wykonałam patent z wyrzucaniem za burtę wiaderka razem ze sznureczkiem, rzuciłam się zatem do mycia pokładu, co by przełamać fatum (to taka silna, męska potrzeba sprawdzenia się ;-p). Zaczęłam szorować od dziobu, według prawideł sztuki ;-p Doszłam do pontonu, kiedy doleciało mnie hasło: "Kawa!" :) Rzuciłam zatem mycie i popędziłam natychmiast do kokpitu. W końcu nocka była nieprzespana, tak? ;-p
- Aha, no to teraz robimy casting na mycie pokładu...
- Ale to nie jest kolekcja Pirelli...
Zgłosił się chętny do roboty - Eos.
- Przede wszystkim masz zły strój - gdzie bikini?...
- A gdzie narzędzie? Jak ja mam myć ten pokład?...
Wreszcie ja usiadłam nad kawą, a Eos popełzł na dziób.
Wiała jedynka - dwójka, kołysaliśmy się spokojnie, płynąc powoli w stronę Splitu. Bosman siedział za sterem, leniwie opierając się o koło. Robiło się coraz cieplej, więc Bosman zdjął polar i położył sobie za plecami. Zupełnie nie wiadomo, po co wstał, a polar - poczuwszy wolność - rzucił się do wody...
- Mój polar!...
- O cholera...
- Kurczę, no trzeba go podjąć!... Robimy zwrot!...
Ruch na pokładzie, zwrot przez rufę, kilka par oczu wpatrzonych w unoszący się na powierzchni polar.
- Może powinniśmy jednak odpalić silnik?
- Może damy radę na żaglach... Jeszcze się nie utopił...
- Biedny polar...
- Rzućmy mu koło!...
Maza zaczęła skręcać, acz bardzo powoli i spokojnie. W końcu zdecydowaliśmy się odpalić katarynę. Polar powoli znikał pod wodą. Na pokład wybiegł Piotrek.
- Co się dzieje? Czemu odpaliliśmy silnik?...
- Robimy podejście do polara...
- Co?!?...
- No widzisz? Tam jest, jeszcze go widać... O, już zniknął...
- Mój polar!...
- Biedny... utopił się...
- To ja biedny - warknął Bosman. - Ja!... Zostałem bez polara!...
- Na tym rejsie najlepiej wypadł twój polar - skomentował Wilczy.
Wyrównaliśmy kurs, zgasiliśmy silnik i szliśmy dalej w stronę Splitu, uczciwszy pamięć polara minutą ciszy. Nagle znów alarm na pokładzie:
- Kleszcz!...
- Jak to? Tutaj?...
- Skąd on się tu wziął?!?...
- Z drzewa...
- Z tego zielonego, rozłożystego dębu, pod którym należy się położyć w przypadku choroby morskiej?...
W samo południe dopłynęliśmy do Splitu, stanęliśmy na kotwicy naprzeciwko deptaka, podzieliliśmy się krótkofalówkami i tradycyjnie pontonikiem desant na brzeg. Piękna pogoda, ciepło, Asia i Piotrek zostali na Mazie i się opalali (a przynajmniej tak twierdzą, w sumie zostali wreszcie sami, to kto wie ;-p). Cała reszta karnie poszła zwiedzać miasto.
Najpierw trafiliśmy na rozlewisko (pękła rura czy coś?...), potem na remonty, następnie na pizzę w kawałkach, którą natychmiast nabyliśmy, albowiem głód poczuliśmy piekielny. Zaraz potem powędrowaliśmy zwiedzać Pałac Dioklecjana, czyli praktycznie pół miasta (bo to nie był byle tam pałac, tylko niezłych kilka uliczek!...;-p).
Zabytkami się podzieliliśmy, na wieżę nie chciało nam się włazić kolejny raz, weszliśmy zatem z Wilczym do Katedry, bo tam nas jeszcze nie było. Oczywiście zakaz fotografowania (dziwne jakieś te zakazy ;-p). Na targu tuż obok dorwaliśmy kubeczek z napisem "Croatia Captain" i wizerunkiem żaglówki. Jak tylko go zobaczyłam, wiedziałam: TRZEBA go kupić. Zrobiliśmy małą zrzutkę i kubeczek był nasz :)
Portowa... Molly W oczekiwaniu na towarzystwo, które wlazło na górę, na wieżę, usiedliśmy niemal przed nią i zamówiliśmy kawę. Knajpa wyległa na schodki biegnące dookoła placu, bardzo sprytnie to zostało pomyślane: miniaturowe stoliki do postawienia na schodku, poduszeczki obok i proszę - nic, tylko usiąść i się raczyć czymś smacznym :)
Siedzieliśmy sobie zatem zupełnie beztrosko, pijąc jakąś fajną kawę i wodę, spędzając uroczo czas na nicnierobieniu, dobili do nas Justyna (bez Eos-a, który akurat teraz poszedł zgrywać zdjęcia z karty), Ania, Wojtek... W końcu ekipa zebrała się cała i wtedy spadła bomba.
Bomba miała postać ptasiej kupy, która spadła na nas z wysokości kilku pięter, okazało się bowiem, że siedzimy pod wystającym na schodki daszkiem, okalającym cały budynek. Pod daszkiem siedzą sobie gołębie i tylko co jakiś czas odwracają się tyłem do przodu i podnoszą ogon... Nie celując, bo i tak - sądząc po ilości ludzi - mają 100% trafień... Na szczęście nic nie wpadło do kawy, za to na nas, na ciuchy, na plecaki, plecy, ręce - i owszem, bo rozbryzg miało to g... niezły... Uratowały nas chusteczki nawilżone, swoją drogą powinni jakoś uprzedzić nas w knajpie, nie?...;-p
Opuściliśmy wynawożone schody i poszliśmy w uliczki. Dotarliśmy oczywiście do Pomnika z Wielkim Paluchem, czyli pomnika Grgura Ninskiego - ma wypolerowany przez miliony wielki paluch od nogi, pewnie pomacanie tego palucha przynosi szczęście, oczywiście macaliśmy go kolektywnie, przepychając się przez tłumy ludzi chcących sobie zrobić z paluchem zdjęcie. Atrakcja turystyczna numer jeden :) Następnie trzeba było zrobić zdjęcie portowej dziwki Molly (to tradycja taka, w Splicie w uliczkach...:). Potem poplątaliśmy się jeszcze chwilę i przez targ ("Truskawki!... Bez truskawek nie wracajcie!" - przykazała nam kapitanowa, a jej się słuchać trzeba) i lody zaczęliśmy wracać na łódkę, bo już czas.
Minęła 15.00, odpływamy, obieramy kurs na Trogir. Chłopaki biorą się za przygotowywanie jedzonka, my z Asią siadamy w mesie i ze złośliwym wyrazem twarzy się przyglądamy... głównie tyłom panów. Przyznam, że to wtedy przyszedł nam do głowy pomysł na konkurs męskich pośladków...:)
Obiadek na deku, w drodze. Do obiadku - winko. Kulturalnie, w kieliszkach... Harp nalewa z pięciolitrowego baniaczka. Póki nalewał nad stołem, nie uronił ani kropelki. Jak tylko przeniósł się z nalewaniem nad zlew, natychmiast poleciało tego wina ciut za dużo.
- A nie było mówione, że wina nie oszczędzamy?...
W rezultacie Wilczego kieliszek się zalał. Pijus, nie kieliszek!...;-p
Po obiadku wcale nie zrezygnowaliśmy z winka, miało piękny kolor i ślicznie wyglądały oświetlone słońcem kieliszki. Oczywiście odbyła się sesja: kieliszków, wina, kieliszków pod słońce, ludzi z kieliszkami, Wilczego za sterem z kieliszkiem, państwa kapitaństwa z kieliszkami, państwa kapitaństwa mizdrzących się do siebie... Na deku pojawiła się gitara, chłopaki zaczęli grać cokolwiek. Nagle doleciało do mnie:
- ...pararara...
- Ej, co to jest: "pararara"? - zapytał Eos...:)
Na moje specjalne życzenie była też "Plastikowa biedronka" i "Petersburg". Wilczy miał okazję się wykazać :) Acz do gitary pchali się wszyscy. Piotrek zaprezentował nowy interesujący sposób sterowania: na stojąco, z prawą nogą nonszalancko opartą na kole sterowym. Tia...:)
Powoli dopływaliśmy do Trogiru. Każdemu, kto tu już raz był, jarzyły się gęby - Trogir bardzo ładny jest i klimatyczny. I co z tego, że byliśmy tam już ze 3 razy?...;-p Na podejściu do portu zobaczyliśmy z daleka stojącą łódkę.
- Ej, oni mają chyba polską banderę?...
- Faktycznie. Nasi!...
- Nie jest to takie dziwne, tu sami nasi...
- No ale to polski jacht jest!
- Ale dlaczego oni stoją? Czy mnie się tylko wydaje, że stoją?
- Chyba stoją. Może wpadli na mieliznę?...
Na dek przywędrowała lornetka.
- Coś tam kombinują...
- Ponton na wodzie...
- Dadzą sobie radę, widać, że zaprawione w bojach chłopaki.
Przepływamy obok dzielnicy przemysłowej i jak zawsze przyglądam się z fascynacją tym wszystkim dźwigom i innym potworom stojącym na nabrzeżu. Jak zwykle je fotografuję - mam już niezłą kolekcję zdjęć z trzech kolejnych lat :) Czuję miłe podniecenie na widok znajomych budynków, starówki, mariny, o, przy tej kei staliśmy rok temu, ciekawe, czy krasnal Amelii nadal stoi w ogródku?... Hmm, dlaczego tu taki tłum łódek? Zaraz, zaraz, nie ma gdzie stanąć?...
- Macha nam gość z kei... każe zawrócić i płynąć z powrotem...
- Ale chyba nie powiedział, że nie ma miejsc?
- Nie, wygląda tak, jakby nas kierował do innej kei...
- Idzie nabrzeżem?
- Idzie, idzie. No to jedziemy za nim.
Postawili nas przy ostatniej kei, otwartej na wejście do portu. W sumie o tyle miło, że mieliśmy mnóstwo miejsca do manewrów, o tyle niemiło, że było daleko do toalety. Ale bieganie kilometrowe do kibelków mamy już wyćwiczone, więc damy radę. Załoga natychmiast zajęła się własnymi sprawami - część poszła pod prysznic, część robiła klar na łódce, Bosman chwycił za gitarę, stanął na kei i zaczął grać i śpiewać. Cztery pokładowe kobiety, z pełnymi wina kubeczkami i kieliszkami w rękach, wylazły za Bosmanem, stanęły obok i podrygiwały w takt muzyki. Ludzie z innych łódek przyglądali nam się z nieco zdezorientowanymi uśmiechami (pewnie bali się, że skończymy nad ranem...;-p). Harp kręcił film, my usiłowałyśmy sobie przypomnieć skomplikowany układ choreograficzny do "Kaczuszek" :) W międzyczasie przybił do naszej burty ów polski jacht, który widzieliśmy na podejściu do Trogiru. Okazało się, że popsuł im się silnik i silniczkiem do pontonu dopchali jacht do kei. Ciężka sprawa, ale dali sobie radę, jutro będą szukać mechanika czy sklepu...
Dziewczęta również kolektywnie poszły pod prysznic. W toalecie mariny - same Polki. Czułam się jak w kraju. Dlatego kiedy do kabiny z popsutą ciepłą wodą zaczęła wchodzić jakaś kobieta, powiedziałam do niej jak do człowieka, że proszę pani, tam nie działa ciepła woda. A pani na to do mnie zaświergotała po francusku. W życiu tak nie zbaraniałam!... Zanim do mnie dotarło, że ona nie jest Polką, musiałam mieć bardzo głupią minę :-)
W końcu poszliśmy do miasta. Keja odetchnęła...;-p
Trogir nocą. To jest to, co króliki lubią najbardziej :) Spacer swoją drogą, ale pomni naszych doświadczeń kulinarnych, postanowiliśmy zaprowadzić towarzystwo do naszej ulubionej knajpki z fajnymi kelnerami i superżarciem. Co prawda Bosman niemal zdezerterował w pewnym momencie do jednej z knajpek po drodze, ale przekonaliśmy go, że tam będzie lepiej...:) Jest!... Udało się, trafiliśmy. Knajpka, w której rok temu po ścianie łaziła centralka (czyli gekon ;-p), w której byli uprzejmi kelnerzy, nastawieni przyjaźnie do turystów, w której były smaczne owoce morza... Usiedliśmy przy stole, dostaliśmy karty i zaczęliśmy wybierać. Ja i Wilczy - oczywiście - talerz owoców morza dla dwojga, reszta towarzystwa też w tym klimacie, do tego sałata mieszana, wino i woda. Siedząc nad napojami, między budynkami, zaczęliśmy się bawić w sesję zdjęciową, wlazłam na schodki, żeby towarzystwu zrobić zdjęcie z góry, co zrobił pan kelner? Zwinął daszek nad stołem, żebym miała lepszy widok!... No i jak tu nie kochać Chorwacji?...:)
Wilczy doszedł do wniosku, że warto by skorzystać z bankomatu, kelner, nie bawiąc się w tłumaczenia, gdzie jest bankomat, po prostu zaprowadził Wilczego do niego!...
Trogir jest cudowny :)
Przyszło jedzonko. Albo byliśmy potwornie głodni, albo było świetnie przygotowane, bo z każdej strony zaczęły dobywać się jęki zachwytu i urocze mlaskanie. Nasza "mieszana ryba" była na podgrzewanej tacy. Znalazły się tam oczywiście i kalmarki, i krewetki królewskie, i kilka rodzajów ryby, i małże... Najsmaczniejsze małże, jakie jadłam w życiu :)
Po jedzeniu Piotrek skomentował:
- Będziemy zawsze chodzić za wami do knajpy!...
:-) Hmmm, ciężki los...:)
W środku knajpki był telewizor, akurat rozgrywał się jakiś mecz. Co jakiś czas ktoś z nas chodził do toalety i przynosił najnowsze wieści - aktualny wynik...:)
Po jedzeniu spacer po uliczkach, tutejsza starówka nie jest taka rozłożysta jak splicka, ale spacerek i tak był przyjemny. Oczywiście zahaczyliśmy o lody... w ostatniej chwili, bo państwo właśnie je zamykali!... Banda ludzi z językami do pasa oblepiła witrynę i doszli do wniosku, że jednak schowają je za chwilę :) W końcu wróciliśmy na łódkę, po drodze mijając auta z polskimi rejestracjami. Doszliśmy do wniosku, że no nie - przecież nie pójdziemy już spać, skoro mamy jeszcze wino, prawda? Część osób się wyłopotała, ale państwo kapitaństwo, ja i Wilczy oraz Wojtek poszliśmy za marinę, na koniec malutkiej stacji benzynowej, pobawić się jeszcze chwilę - tym razem bez dodatków w postaci miejscowej mafii :) Dokończyliśmy winko i również poszliśmy grzecznie spać.

Czwartek, 3 maja, Trogir - Primošten

Jak się obudziłam, okazało się, że jest mokro. Nie dość na tym, wcale nie zamierza wyschnąć!... Ciągle pada, niebo jest zasnute chmurami i wygląda na taką piękną mazurską trzydniówę ;-p Nie jest dobrze. No ale trzeba ruszać...
Przy okazji wycieczki do toalety porobiłam kilka zdjęć trogirskiej starówki w deszczu, żeby mi się prezerwatywka na aparat nie marnowała :) No i popłynęliśmy dalej - w kierunku Primoštenu. Z SMS-ów wymienianych z Maliną wynikało, że mamy szansę się tam wreszcie spotkać :)

Trogir w deszczu

Dziwnym trafem kolejny dzień nasza wachta nie miała zbyt dużo pracy na pokładzie, z czego obie z Asią bardzo się cieszyłyśmy, bo pogoda nie była zachęcająca, chociaż padać wreszcie przestało. Niemniej jednak widok chłopaków w mokrych sztormiakach, w kapturach i kaloszach działał na nas jak kubeł zimnej wody i wolałyśmy się nie rwać do pomocy. To już naprawdę lepiej robić obiad czy kolację...:)
Bosman, widząc, że sięgam po zeszyt ("Kapownik" - tak go nazywali ;-p), dopytywał się, czy będzie przedstawiony w pozytywnym świetle...:)
W mesie Ania i Asia śpiewają "Szantę dziewicy". Cała reszta załogi siedzi w kokpicie. Na dźwięki piosenki schodzi do nas kapitan.
- Ja to chyba muszę zejść do tych dziewic...
- Wszystkie chłopy na górze, a tam na dole orgazmy lecą!...
Pozazdrościli widać ;-p
Trochę się rozwiało, 3-4, obie szmaty postawione, jedziemy i się cieszymy na wieczorną imprezę. Ustaliliśmy, że obiad zjemy na miejscu, po zacumowaniu. Niestety, jabłuszka nam się skończyły, za to mieliśmy czekoladki, ciasteczka, proszę bardzo, czym chata bogata - kto schodził na dół, nie wracał z pustymi rękami :) Siedzieliśmy w kokpicie, raczyliśmy się gorącą herbatą z rumem oraz innymi specjałami. Szelki nas kompletnie poplątały, co nie miało większego znaczenia, w końcu i tak staliśmy się jedną wielką rodziną :) Po pięciu godzinach płynięcia zacumowaliśmy - wyjątkowo jak nie w Chorwacji dziobem do kei (bo płytko było!...) - w Primoštenie, jak się potem okazało - burta w burtę z łódką, na której pływa kapitan Mieczkowski...:) Zdecydowanie nastał czas na przygotowanie obiadu no i... na wino dla kapitana, w końcu ciężki dzień za nami, tak? ;-)
Na tacy postawiłam kieliszek z winem. Przez łapę przerzuciłam szmatę kuchenną, jak to prawdziwi kelnerzy powinni mieć. Polazłam z tym na dziób, na który właśnie po wyjątkowo krzywo leżącym trapie wspinał się z kei Piotrek. Zza chmur wyszło słońce, rozpogodziło się...
Piotrek na szczęście do wody nie wpadł, wdrapał się na ten dziób, zachował się tak, jakby to wino na tacy dostawał codziennie od lat po zacumowaniu, przyjął je od dygającej kelnerki, podziękował i wypił. Mam wrażenie, że ubaw mieliśmy maksymalny, a obserwatorzy opadnięte lekko szczęki :-)
Obiad zjedliśmy na deku, pod winko. Potem małe sprzątanko w mesie. Harp pyta:
- Dziewczyny, nie widziałyście mojego portfela?... Tu go kładłem - pokazuje na stół, sprzątnięty do czysta.
- Poproś - mówi Asia. Dołączam się, rzucamy sobie porozumiewawcze spojrzenia.
Harp, mając przed sobą dwie harpie (;-p), posłusznie robi kota ze "Shreka", robimy mu zdjęcia, uznajemy, że postarał się wystarczająco i ze stołu wyjmujemy jego portfel, pełen drobnych pieniążków.
- O matko, jaki ciężki!...
- Pokaż, co tam masz?
Harp wyciąga kartę zniżkową do sklepu Skalnik. Oglądam ją dokładnie - zboczenie zawodowe się we mnie odzywa. Na karcie jest wizerunek człowieka.
- A to jest koleś czy laska?
- Wszystko jedno - odpowiada Harp, chcący zabrać ten portfel wreszcie i sobie pójść.
- No może tobie jest wszystko jedno!... - odpowiada natychmiast Piotrek :)
Chłopaki idą po wino, tuż obok jest rozlewnia, wracają z dwoma pięciolitrowymi baniakami: białe i czerwone plus dwie butelki - tym razem różowe. Są bardzo zadowoleni, bo na miejscu degustowali. Jest coraz weselej :) Idziemy do miasta pozwiedzać, a co :)
Primošten jest w remoncie. Główny plac starówki rozkopany, ogrodzony, masakra. Poszliśmy brzegiem wzdłuż morza, znaleźliśmy lody, oczywiście od razu trzeba było zakupić. Wybieram dwa smaki, kulki lodów w Chorwacji są ze trzy razy większe niż u nas. Pan nakłada, podaje mi, po czym lód zostaje w jego ręku, a w moim drugi, spodni wafelek... Wybuchamy śmiechem, pan zaczyna się bawić, z mojego loda robi ludzika, dokłada mu czapeczkę i nos z wafla, oczka z ziarenek kawy... Każdy następny lód też jest kombinowany, bawimy się świetnie, wszyscy są szczęśliwi - i znów: jak tu nie kochać Chorwacji?:) Idziemy z lodami na plażę, gapimy się na zachód słońca, czego nam więcej trzeba?...
Wina, oczywiście! :) Więc wracamy na łódkę.
Zastanawialiśmy się zawzięcie, jak zaczepić kapitana Mieczkowskiego, który jest też znanym szantymenem, żeby nam coś zagrał i zaśpiewał, ale cały problem zdjęła z nas Malina, która przypłynęła trochę po nas, zorientowała się natychmiast w sytuacji i zakrzyknęła na całą keję:
- Panie kapitanie, witamy!...:)
Nić porozumienia została zawarta, dostaliśmy zaproszenie na sąsiednią łódkę, już było wiadomo, że imprezka będzie. Tymczasem zaczęliśmy od winka na Mazie, poznaliśmy załogę Maliny (i Lowelasa, i Kasi...:) - sami znajomi :). W końcu Malina przywędrowała do nas, przetransferowaliśmy się na sąsiednią łódkę, pojawiły się gitary i skrzypce, winko przytargaliśmy ze sobą, usiedliśmy na burcie i zaczęliśmy imprezę...
Najpierw gospodarze zagrali piosenkę w obcym języku. No ale my mieliśmy Bosmana...:) Posłuchał, podumał, brzdąknął gitarą i...
- Pijte vodu, pijte pitnou vodu, pijte vodu a nepijte rum...
Czyli zaśpiewał jeden ze swoich flagowych kawałków - "Pijte vodu", a potem "Láske", czyli czeską wersję "Miłej". Gospodarze nie pozostają nam dłużni i tak zaczyna się swoisty koncert na dwie, a chwilę później trzy łódki. Ci, którzy się nie mieszczą u kapitana Mieczkowskiego, siedzą na burtach i w kokpicie Mazy, ludność się plącze, pije, śpiewa i jest szczęśliwa...:)
...po dwóch pięciolitrowych baniakach wina, dwóch litrowych butlach, mieszanych z przywleczonym z łódki Maliny winem, impreza się skończyła ze stratą jednego kieliszka. Nie mam pojęcia, jak znalazłam się w mesie, acz łóżko już było rozłożone - niniejszym dziękuję serdecznie temu, kto je rozłożył, bo w moim stanie bez zająknięcia położyłabym się nawet na trapie i zasnęła bez przejmowania się jakimikolwiek niewygodami...:)

Piątek, 4 maja, Primošten - Biograd

W środku nocy, przed 11.00, kazali mi się zwlec z wyra, bo śniadanie chcą robić i stołu potrzebują. Sadyści, nic innego ;-p No dobrze, zwlokłam się, rozejrzałam po okolicy, pochmurno, zimno, wieje i w ogóle świat jest nieprzyjazny. Dookoła prawie pusto, niemal wszyscy już wypłynęli. Na nas też czas...

Wiało do 8B

Pogoda i stan mojej głowy sugerowały pozostanie w łóżku, ale łóżko zaczęło się przemieszczać w nieokreślonych płaszczyznach, stan morza: 6, wiatr: S7. Zaklinowałam się w kapitańskiej, zapierając się o ścianki i o cokolwiek się dało i dogorywałam. Reszta w doskonałych humorach chłonęła wiatr i świetnie się bawiła na pokładzie. No rzeczywiście, wiało do 8B, zupełnie przyzwoita pogoda na żeglowanie, ale dlaczego mnie tak głowa boli?...;-p
Jechaliśmy sobie spokojnie na zarefowanej genui, kierując się już do portu macierzystego. Największą atrakcję stanowiły fale, więc kto żyw rzucił się robić zdjęcia (jakby to był ósmy cud świata ;-p). Wilczy na rufie w pozycji: "Nie przeszkadzać, rzygam!" fotografował kilwater (dla ścisłości: Wilczy nigdy nie rzyga na morzu...;-p). Harp siedział wpatrzony w świat za prawą burtą, odwrócony plecami do reszty świata na łódce. Sternicy uparli się, żeby porzucać moim zdechłym odwłokiem po kapitańskiej, w efekcie obracało nas bokiem przy dużym przechyle, a ja klęłam pod nosem, nie mając siły zakląć na głos :) Chłopaki dumni z siebie i bladzi osiągnęli prędkość 11,1 węzła (i udokumentowali ;-p). Po czym rzucili kotwicę w zatoczce na... kąpiel!... Ciemne, zasnute chmurami niebo. Silny wiatr, 7-8B. Woda o temperaturze 16°C. Bosman, opatulony po uszy i w czapce świętego Mikołaja, wlazł na przyczepiony na cumie ponton i plątał się dookoła jachtu. Wilczy w piance i z ciężarkami i Ania - w kostiumie kąpielowym - wleźli do lodowatego morza, smaganego podmuchami wiatru. Poza tym wszystko ok... I to mnie bolała głowa, tak?!?...;-p
Korzystając z okazji, zrobiliśmy obiad, wyjątkowo syty, ponieważ zostało nam sporo żarcia. O 17.20 podnieśliśmy kotwicę i popłynęliśmy dalej...
Godzinę później staliśmy w kolejce do stacji benzynowej w Biogradzie. Martwiły nas wysokie fale, widzieliśmy, jak właśnie tankującym jachtem rzuca, ale nie mieliśmy wyjścia - uzupełnić paliwo trzeba było. Przyszła nasza kolej, udało nam się ustabilizować jacht u nabrzeża, kompletnie zresztą nieosłoniętego przed pełnym morzem. Tankujemy.
- Co jest?... Dlaczego mi już odbija?... Przecież dopiero co zacząłem lać?...
- A ile wlazło?
- Trochę ponad 10 litrów...
- No niemożliwe, tylko tyle spaliliśmy?...
Ogólna konsternacja.
- Spróbuj jeszcze raz...
- No próbuję, ale odbija...
- Strzałka stoi na "Full"...
- No fakt, prawie nie pływaliśmy na silniku przecież...
- No dobra, jest full, to jest, tym lepiej dla nas, zostanie nam kasa rejsowa :)
O 19.00 weszliśmy do portu w Biogradzie, przy wysokiej fali i silnym wietrze obsługa pomogła nam zacumować, pomagali każdemu jachtowi, bo faktycznie było nieciekawie. No, to jesteśmy... zdaje się, że to już koniec rejsu... Ale ostatnia noc przed nami :)



Podsumowanie rejsu:
Trasa: Biograd - Žut - Vis (Komiža) - Biševo - St. Klement - Hvar (Hvar) - Brač (Milna) - Split - Trogir - Primošten - Biograd
269 mil morskich za nami :)
154 godziny rejsu, w tym:
- 42 godziny pod żaglami
- 17,5 godziny na silniku
- 94,5 godziny na postoju
Przy wietrze powyżej 8B: 2 godziny

Piotrek zajął się uzupełnianiem dziennika pokładowego, my - kolacją i produkowaniem ostatniego toastu. Resztki alkoholu, jakie jeszcze zostały, wywlokłam i rozlałam do kubeczków. Nawet jakieś polskie piwo się znalazło :)
- No już?... skończyłeś? - pytał się ktoś co chwila kapitana, bo już byśmy się napili, tak?...
Nic z tego, Piotrek postanowił nam jeszcze strzelić pogadankę, na szczęście krótką i pełną peanów - rejs był super, załoga idealnie dobrana, wiatr z właściwej strony, koszty niewielkie, znaczy: mamy za co pić w drodze powrotnej! :) Wreszcie nadszedł ten moment, kiedy można było oficjalnie wręczyć kapitanowi kiczowaty kubeczek z żaglówką pełny piwa i wypić za rejs :)
Częściowo spakowani, ustaliwszy, że musimy zdać łódkę do 10 rano, poszliśmy w miasto. Spotkaliśmy innych "naszych", wymieniliśmy się doświadczeniami, zaczęły się morskie opowieści: "A gdzie byliście?", "A jaką mieliście pogodę?", a to, a tamto... Ostatnie piwko w knajpie, ostatni spacer i pora spać. Stojąc na kei, patrząc na las masztów, pamiętając, że raptem tydzień temu zaczynałam tu rejs, a teraz już muszę wracać do domu, pisałam tęskne SMS-y do Wiedźmy, nieszczęśliwa, że załoga poszła mi spać i nawet napić się nie ma z kim. Nie mówiąc o tym, że zapasy alkoholu na łódce też się już skończyły...;-p Skoro tak, to już trudno, też poszłam spać ;-p

Sobota - niedziela, 5-6 maja, Biograd - Warszawa

Zwlekliśmy się skoro świt, dokończyliśmy pakowanie, przy pomocy Wojtka zrobiliśmy ostatnią jajeczniczkę. Śniadanie zjedliśmy na deku, rozpuszczając zapachy po całej marinie i denerwując półprzytomne inne załogi. Wszyscy przechodzący keją patrzyli na nas z zazdrością i ślinotokiem. Niektórzy posuwali się do pytań, czy już zdaliśmy łódkę, czy już jesteśmy spakowani, czy naprawdę zostało nam jeszcze tyle jedzenia i kto nam robi takie smakowite żarcie...;-) Nieodmiennie odpowiadaliśmy z niezmąconym spokojem, że nie zdaliśmy łódki, że owszem, jesteśmy spakowani, że to ostatnie nasze śniadanie i mamy na pokładzie kucharza ;-p Miny innych: bezcenne :-)
Po śniadanku podzieliliśmy się na podgrupy: część sprzątała jacht, część pilnowała na nabrzeżu bagaży (byliśmy pierwszą załogą, która wyniosła się z łódki we właściwym, ustalonym czasie), a ja z siostrą i Harpem poszliśmy do sklepu przepuścić ostatnie łódkowe pieniądze :-)
Do sklepu było koszmarnie daleko. Z racji podziału zakupów na "łódkowe" i prywatne chodziliśmy do tego sklepu kilkakrotnie i w rezultacie zapasy na drogę wyniosły 9 butelek wina i jakieś drobne przekąski. Wydawało nam się, że to dużo... O słodka naiwności!...:) No dobra, trochę usprawiedliwia nas fakt, że po pierwsze, więcej pieniędzy nie było (wystarczyło jeszcze, ze zrzutką prywatną, na lody i kawę tuż przed odjazdem autokaru), a po drugie, to wszystko jednak ciężkie było i kto to niby miał nosić?...;-p
Załoga na Mazie Łódkę chłopaki zdali bez problemu i bez potrącania z kaucji. Na samym początku Piotrek przejął prowadzenie wyliczeniem usterek, jakie były na jachcie, czyli najważniejszej: niesprawny GPS i pomniejszych - niesprawny silniczek od pontonu.
- GPS naprawiliśmy - poinformował Piotrek ze zblazowaną miną obsługę.
Obsługa spojrzała na niego z szacunkiem i trochę się skurczyła.
- Jak to? Ty naprawiłeś?...
- Nie - przyznał Piotrek szczerze. - Mój pierwszy.
Obsługa spojrzała z podziwem i już o nic nie pytała, usterek żadnych nie znalazła, kaucję oddała całą i była generalnie bardzo miła :-) Pomijam fakt, że kaucja potem się prawie utopiła razem z Asią, którą Piotrek usiłował zrzucić z kei do wody, ale na szczęście się powstrzymał (ciekawe, czemu - przez tę kasę czy przez wzgląd na Asię?...;-p).
Na pożegnanie z Mazą zrobiliśmy sobie jeszcze załogowe i wachtowe zdjęcia na deku i wreszcie zeszliśmy z kei...
...i - po lodach i kawie jeszcze ostatni rzut do toalety. Stoję przed wejściem. Do baraków udających toaletę zmierzają Harp i Piotrek. Zatrzymuję ich przed wejściem:
- Babcia klozetowa jestem. Opłatę proszę wnieść!...
Piotrek wyciąga w moją stronę rękę z lodem.
- Może lodzika?...
- A jakie masz smaki?...
- Ananasy jadłem ostatnio...
Zapakowaliśmy się do autokaru, objęliśmy w posiadanie biznes klasę (czyli tradycyjnie - tuż za kierowcami) i przygotowaliśmy się do podróży. Czyli wyjęliśmy pierwsze wino...;)
...zanim autokar ruszył, pierwsza butelka się skończyła.
- W takim tempie to nam do granicy zabraknie...
- Polskiej?
- Chorwackiej!...
- To zdążymy jeszcze kupić :-)
Wreszcie autokar ruszył, po drodze zbierając jeszcze innych, Bosman tradycyjnie wyjął gitarę, na siedzeniach zrobił się lekki misz-masz i przemeblowanie, kolejne butelki krążyły. Każdy robił jeszcze zdjęcia, bo to przecież ostatnia okazja, Wojtek kręcił film komórką. Nad Piotrkiem powiesiliśmy banderkę, która powiewała na zakrętach. Nadeszła era ostatnich, najgłupszych zdjęć - Wojtek przytulony do Harpa, ja i Ania się całujemy, Piotrek śpi wtulony w Harpa, kopulodrom na siedzeniach chłopaków z szuflandii, wszyscy z flaszkami itd. Wilczy - dla podniesienia poziomu zdjęć - usiłował fotografować tunele (widać były ciekawsze, niż my ;-p)

Krótkie wyjaśnienie tytułu, czyli czemu "Chorwacja INACZEJ"...:)
Ten rejs był całkowicie odmienny od moich poprzednich rejsów w Chorwacji. To nie znaczy - gorszy, czy lepszy, po prostu inny. A jego inność zaczęła się już od podróży w tamtą stronę...
♦ autokar wynajęty specjalnie dla nas, nie firma przewozowa,
♦ popsuta klima w autokarze, gubiliśmy się na trasie, nie było postoju na obiad,
♦ imprezowaliśmy, zamiast czytać książki w podróży,
♦ ciągle naprawialiśmy Chorwację - a to GPS, a to porty,
♦ nocowaliśmy na kotwicy i to niejednokrotnie,
♦ zaliczyliśmy nocne pływanie,
♦ była gorsza pogoda do opalania, lepsza do żeglowania - wiało i to porządnie - do 8B! :)
♦ wiatr wiał prawie cały czas dla nas korzystnie,
♦ prawie nie pływaliśmy na silniku,
♦ nie byłam szeficą, nie musiałam się martwić o rozliczenia,
♦ codziennie były delfiny
...to wszystko było inaczej, niż do tej pory. I pewnie jeszcze znalazłoby się więcej różnic, ale to nie jest zabawa w "znajdź 10 szczegółów", więc nie będę ich szukać. Podsumowując: było super, ja chcę jeszcze raz! :)

Za oknami zaczęło się chmurzyć, potem padać i tak lało już niemal do samego domu. Co jakiś czas zerkaliśmy na tył autokaru. Nie był to najlepszy pomysł, gdyż tył autokaru zerkał na nas z pewnym takim obrzydzeniem...;) W końcu, oczywiście, padła propozycja, żeby jednak włączyć wideo - jednak musieli nas strasznie nie lubić, a przecież nawet tak bardzo nie fałszowaliśmy. Widać oni nie mieli tak udanego rejsu, jak my ;-p
Przy przedostatnim winie (a i tak Asia i Justyna prawie nie piły, a Bosman grał i śpiewał, więc też kolejki go omijały...) doszliśmy do wniosku, że nie no, trzeba chociaż jedno zachować na powrót do Polski. Toaleta w autokarze była nieczynna, to też miało jakiś tam drobny swój wpływ na naszą decyzję. Poukładaliśmy się więc do snu...
Granice przejeżdżaliśmy niemal z marszu, dopiero na polskiej nas zatrzymali i sprawdzili paszporty.
- Aha, jesteśmy już w kraju?... To gdzie było to ostatnie wino?...
- Zaraz!... Poczekaj chociaż, aż przejedziemy tą granicę!...
- No dobra, dobra...
Na pierwszym postoju w kraju, pod kanapeczki na krakersach z pasztetem drobiowym, poszło ostatnie chorwackie wino...
No i pożegnania nadszedł czas. W Katowicach wysiadła część naszej załogi, zrobiło się koło nas jakoś tak pusto i sennie. O 9 rano autokar zatrzymał się pod Kongresową.
- Jak to?... Już?!?...
Nie było rady, trzeba było uwierzyć, że to koniec wakacji.
Ale za rok znów popłyniemy!...;-p

***
Droga załogo! Oto Wasza szansa - możecie dodać coś od siebie :)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Chorwacja: http://www.croatia.hr/home/Default.aspx
Chorwacja w Polsce: http://www.cro.pl/
Takim jachtem pływaliśmy: bardzo długi link ;-)


psyche