Chorwacja, 19-28.05.2006 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Chorwacja według psyche


Kosztorys
Czarter: po 863,20 zł od osoby
Kaucja: 1050 euro (w sumie)
Zrzutka na miejscu: po 530 kun od osoby = ~320 zł
Uciechy dodatkowe (głównie kolacje): wydaliśmy po około 400 - 600 zł
Dojazd i powrót: po 270 zł (autokarem)
Zrzutka przed wyjazdem na zakupy: po 36,80 zł

Na mariny wydaliśmy: 1703 kuny =~ 1022 zł
Na paliwo: 210 kun =~ 126 zł

W drodze

Dotarliśmy pod Kongresową przed czasem. Autokar miał odjeżdżać o 9.00 rano, umawialiśmy się na 8.30, z zegarkami w rękach oczekiwaliśmy na przybycie kolejnych członków załogi. Jako pierwsza objawiła się Mrówka. W okolicach 8.40 zaczęliśmy się delikatnie denerwować. Kilka minut później dobili Agnieszka z Sewerynem, a Gniadego nadal nie było... Co gorsza: nie odbierał telefonów!...
Kolejnym stresem napawał nas autokar GlobTouristu, który zaparkował sobie nieopodal nas i zachęcająco otworzył drzwi.
- Mam nadzieję, że nie z nimi jedziemy - mruknął Wilczy, patrząc na autokar spode łba.
- Tam stoi jakiś drugi - mruknęłam ja, pokazując palcem autokar firmy Retman. Porządna, trzyosiowa Scania Irizar. Zawsze to jakaś nadzieja... Z GlobTouristem jechaliśmy rok temu i nie w smak było nam jechać z nimi znów ;-p
Wyglądaliśmy Gniadego z pewną taką niecierpliwością, wydzwaniając do niego solidarnie co 5 minut. Pojawiła się wizja NIEPOJECHANIA na rejs!... Powoli ogarniała nas groza...
...aż wreszcie, gdzieś daleko, daleko na horyzoncie... no dobra, od przystanku autobusowego szedł sobie gość z workiem żeglarskim. Gniady!... Ufff!... Przysłowiowy kamień z serca, koniom lżej :-)

Załoga
• Kapitan Gniady - nie będę się powtarzać, w końcu ile razy można pisać to samo? :-)
• Pierwszy oficer Wilczy - też się nie będę powtarzać ;-p
• p.o. drugiego oficera psyche - urodzona szefica :-)
• Mrówka - czyli Sylwia, przyjaźń z czasów tak zwanego buntu młodzieńczego, obecnie koniara zapalona, jeździ na różne zawody, skacze przez przeszkody i generalnie z końmi dogaduje się całkiem nieźle :-)
• Agnieszka - oficjalna żona Seweryna. Poświęcała czas na naukę nowych okoliczności, takich jak np.: bimini top :-)
• Seweryn - człowiek o jednej twarzy i stu imionach, w czasie rejsu był: Sylwkiem, Sławkiem, Sebastianem...:-) Wynalazca i racjonalizator-amator, co i rusz wynajdował część jachtu, którą można by usprawnić...:-)

Okazało się, że autokar właściwy to ten Retmana, więc jak już kolejny kamień potoczył się do śródmiejskiego rynsztoka, wsiedliśmy do autobusu i poczuliśmy wreszcie, że przygodę czas zacząć :-)
Autobus ruszył, po czym prawie natychmiast utknął w korku. No jasne, 9:20, centrum Warszawy, nie ma się czemu dziwić. Zdziwiliśmy się dopiero, jak tuż przed Rawą Mazowiecką zatrzymał się i już tak został... A potem okazało się, że policja wszystkich kieruje objazdem przez Rawę. Fantastycznie. Powoli robiło się coraz później, a my tkwimy w gigantycznym korku, ciągle w Polsce, bez perspektyw na jakiś ruch, krótkofalówki też nic nie powiedziały, CB nikt nie miał, odcięci od komputerów, odcięci od świata!...
Jak wróciliśmy na trasę, wróciło w nas życie. Krótki postój w Katowicach, potem przed granicą na jakieś jedzonko. Wracamy do autokaru i Wilczy pokazuje mi zegar nad kierowcą:
- Ten zegar resetuje im się po każdym wyłączeniu silnika...
- Nawet nie wiedziałam, że tu jest silnik... - odpowiadam rezolutnie. - Tfu, zegar!... :-)
Na każdej granicy ta sama szopka: otwieramy paszporty na stronie ze zdjęciem i uśmiechamy się do znudzonego pracownika granicznego. Niektórzy to nawet na twarze nam patrzyli, inni tylko przechodzili środkiem autokaru i czym prędzej wysiadali. Towarzystwo z Katowic otworzyło flaszkę, my wyciągnęliśmy książki.
- Klub bibliotekarza - podsumował nas Gniady, sam wczytując się w "Kod Leonarda Da Vinci" w oryginale.
Autokarowe rozmowy prowadziły do zaskakujących wniosków:
- Seweryn, czemu się nie śmiejesz?
- Bo oszczędzam na elektryczności...
W Chorwacji poczuliśmy się jak w domu, wszak jesteśmy już stali bywalcy, dumni i bladzi opowiadaliśmy o tunelach i autostradach, w końcu dojechaliśmy do Zadaru. Autokar się zatrzymał i stoi. Po chwili pilotka zapytała przez mikrofon:
- Kto z państwa wysiada w Zadarze?
Odpowiedziała jej cisza absolutna. Potem pojawiła się konsternacja. Zaraz potem głupie chichoty. Nadal jednak nikt się nie przyznał, że wysiada. Pilotka sprawdziła zatem listę pasażerów i wyczytała nazwisko.
- Jaaaa? - dało się słyszeć czyjś obruszony głos. - Ależ skąd!... Ja wcale tu nie wysiadam!... Jadę dalej!... - za chwilę pan dodał: - Ale jak pani bardzo chce, to mogę wysiąść...
Yhm. Ok. Autokar ruszył...:-)
Jak siedzisz w klimatyzowanym autobusie, to nie wyobrażasz sobie, że na dworze może być ciepło. Tym bardziej, że kolor morza sugeruje, że jednak jest całkiem chłodno. Tymczasem w Chorwacji naprawdę jest dużo cieplej niż w Polsce!...
I tak dojechaliśmy do Primoštenu.

Sobota, Primošten - Trogir

Marina o wdzięcznej nazwie "Kremik" jest kawałek za miasteczkiem, w następnej zatoce. Autokar zatrzymał się przed zjazdem w dół na jej teren (nie rozumiem, czemu nie zjechał?...), wytarabaniliśmy się z bagażami, umówiliśmy się na powrót i zaczęliśmy z całym tym majdanem schodzić w dół. Pocieszaliśmy się tym, że nie musimy zasuwać przez całe miasto, jak rok temu... Ale wcale nie ubyło od tego kilogramów bagażu! ;-p
Nasz czarterodawca był oczywiście na samym końcu nabrzeża. Szliśmy i szliśmy. I szliśmy. Minęliśmy restaurację, sklep, toalety, kanciapy kolejnych firm, następne toalety, barek...
Wreszcie zwaliliśmy bagaże na wielką kupę przed budyneczkiem firmy i Gniady poszedł negocjować. A nam się zamarzył prysznic i zmiana ubrania...:)
Okazało się, że wszystko fajnie, ale łódki jeszcze nie dostaniemy. Później. No, trochę później, koło południa... Super. Zatem prysznic, wakacyjne ciuchy i... do knajpy na kawę :-) Oczywiście do knajpy mieliśmy chyba z kilometr ;-p I to jeszcze dookoła. Odwiedziliśmy od razu sklep, Gniady nabył śliwowicę na dobry początek rejsu, jakieś wstępne zakupy i powoli wróciliśmy do naszych bagaży. Okazało się, że łódkę będziemy mogli odebrać zaraz, wykiełkował zatem szybciutko pomysł, żeby jeszcze dziś wypłynąć. Chociażby do Trogiru, nie jest daleko, a tutaj, w samej marinie, kompletnie nie ma co robić!... Panowie poszli przejmować jacht, panie (zupełnie jak u Muzułmanów ;-p) wzięły się za bagaże i przeniosły wszystko na keję. Jęcząc i stękając przy tym niemiłosiernie. Potem okazało się, że generalnie GDZIEŚ są wózeczki do wożenia bagaży...;-p Tiaaaa...
W końcu łódka była nasza. W międzyczasie wpadł na keję milczący człowiek, starający się zbytnio nie rzucać w oczy, i wręczył naszym panom (z kompletnym brakiem poczucia przyzwoitości, wszak widział, że panie na pokładzie też są ;-p) ulotkę night clubu. Ulotka wzbudziła natychmiast zainteresowanie panów, ale jednak spojrzenia pań sprawiły, że decyzja o wypłynięciu została podtrzymana i kilka minut po 14 oddaliśmy cumy :-)

Marioli
Marioli, ze względu na słowiańsko brzmiące imię, przypadła nam do gustu, aczkolwiek widać było po niej wiek. Różne morskie przygody zostawiły też na niej kilka trwałych śladów (m.in. pęknięty laminat na rufie, prześwitujące - być może łatane burty). Marioli to jedyny w tej firmie czarterowej Elan 36 z 1999 roku. 3 kabiny, 7 koi. Natychmiast powstało hasło: "Spędziliśmy tydzień na Marioli!...", a Wilczy w przypływie dobrego humoru stworzył rymowankę:
"Na Marioli, na Marioli,
Nikt się tutaj nie... cacka.
Nie ma tu wielkiego picia,
Bo jest Gniady, nie ma... [tu wstaw domyślne imię ;-p]"


Oczywiście, wmordewind. Przypadkowa pozycja z trasy: 43°28'388"N, 16°00'198"E. Kurs nad dnem: 130°. Zanotowano o godzinie 17.00 ;-) Do koła sterowego załoga pchała się namiętnie, wyszło nam z tego, że Seweryn chociaż jest pierwszy raz na jachcie, to steruje jakby robił to od zawsze. Dyskutujemy o dzisiejszej trasie:
- Zresztą decyzja należy do kapitana.
- O Boże... - powiedział na to kapitan, biorąc do ręki mapę.
Wilczy do Seweryna: "Potrzymać ci koło?"...
17.20. Stawiamy grota. Nie chce się rozwinąć porządnie. Zwinięty na górze niczym naleśnik. Zwijamy i rozwijamy jeszcze raz, w końcu się udaje go ładnie postawić. Zaraz potem stawiamy foka - czyli niepełną genuę. Dzięki temu osiągamy prędkość zawrotną niemal - 7,1 węzła! :-) Nie na długo jednak, o 18.10 zrolowaliśmy żagle i dalej szliśmy na silniczku z prędkością 5,1 węzła. W tym samym czasie odkryliśmy też prześwitujące ściany w kabinie dziobowej (czyli figlowniku Agi i Seweryna), potem okazało się, że burty prześwitują też w innych miejscach...
20.10. Cumujemy w Trogirze, przy tej samej kei, co rok temu...:-) 43°30,8'N, 16°15,2'E. Idziemy w miasto i lądujemy w tej samej knajpie, w której rok temu po ścianie łaziła centralka (czyli gekon pospolity ;-p), z każdego rogu ulicy atakują nas lody, Trogir nocą jest piękny, czujemy wakacje!...

Ten wyjazd bardzo wyraźnie pokazał mi, jak niewiele warte są banały, obiegowe opinie, wyrabiane podczas jednotygodniowego pobytu w danym miejscu. Po zeszłorocznym rejsie byłam przekonana, że w Chorwacji lodów nie ma - poza drobnymi wyjątkami. Tymczasem okazało się, że lody są na każdym rogu ulicy, jest mnóstwo budek z lodami, w każdej knajpie dają lody i w ogóle można się cały czas żywić wyłącznie lodami!... Ktoś skomentował: "Przeczytali twoją relację..." :-)
Druga upadła kwestia to toalety. W zeszłym roku powalił mnie ich stan. Wróciłam wszak zachwycona. Tym razem okazało się, że wszystko wraca do normy - pod prysznicami w marinie Kremik nie było ciepłej wody, w Starim Gradzie nie było toalety w ogóle (no, miejski kibelek z umywalką...) i generalnie bywało brudniej...

Niedziela, Trogir - Milna

Pobudka o barbarzyńskiej godzinie 7.30 - i tak już będzie codziennie. Robimy zakupy: 10 litrów wina :-) Rozmówki podczas wchodzenia z winem na jacht:
- Nie wpadnij z tym winem...
- Tiaaa, raczej nie wpadnij tego wina!
Cumy oddajemy o 9.00, śniadanko jemy na wodzie. Słoneczko przypieka.
- To co, teraz trzeba się posmarować kremikiem?
- Tiaaa, mariną Kremik...
Kawę pijemy na pozycji: 43°28'864"N, 16°12'620"E ;-)
W dzienniku pokładowym, który uparcie prowadziłam według własnych zasad, zanotowałam, że o 9.50 ustąpiliśmy pierwszeństwa Hiszpańskiej Inkwizycji, ale za cholerę nie mam pojęcia, o co mi chodziło... Ktoś pamięta? :-)
10.05 - stawiamy żagle: grota, potem genuę. Prędkość zawrotna: 1,4 węzła i spada. Wiatru prawie nie ma. Słońce za to nieźle grzeje...
Seweryn chce zejść pod pokład, stoję akurat w zejściówce. Seweryn:
- Przepraszam.
- Nie mogę, teraz jestem zajęta!...
- To bądź zajęta niżej...
Yhm, cóż za propozycja!...;-)
O 10.30, przy prędkości 0 węzłów, zwijamy żagle i odpalamy silnik. Nakręciliśmy film, że w ogóle postawiliśmy żagle, wystarczy ;-p
11.25. Dopływamy do zatoczek na wyspie Šolta. Temperatura wody niezmiennie 21°C. Chyba wprowadzili tą wartość na stałe, żeby ludzi nie straszyć - wszak rok temu woda miała temperaturę w okolicach 17°. Odpuszczamy sobie ruchliwy port promowy o cudownej nazwie Rogač i cumujemy w zatoczce Nečujam. Z teoretycznie piaszczystą plażą, co jest z pozycji jachtu na środku zatoczki bez znaczenia ;-p Obowiązkowa kąpiel, te 21° to naprawdę jakaś ściema, szybko wchodzę do wody, bo jak zrobię to powoli, to zrezygnuję. Potem obiadek: spaghetti z sosem pomidorowym. Nie wiedzieć czemu o naszym obiedzie zwiedziały się mewy i upierdliwie krążyły wokół jachtu, domagając się żarcia. No dobra, dostały kilka nitek makaronu (ale bez sosu), zabijały się o niego cokolwiek, wyławiały z wody, ale nagle... dały nam spokój.
- Nic dziwnego - skwitowała Agnieszka. - Dajemy im bez sosu, to nie chcą takiego półproduktu...
14.10. Wypływamy z zatoczki. Stawiamy foka, osiągamy prędkość 6,3 węzła. Śliczny fordewind odkręca się na prawy baksztag, robimy zwrot i stawiamy grota. Wiatr się kręci, fok zaczyna łopotać. Mrówka:
- Mam wybrać?
- Ty wybierz, a ja odpadnę - zgodził się Gniady.
- A ty już nie polewaj...
Powiało. Prawy hals. Prędkość na samych żaglach: 5,7. Rośnie. Osiągnęliśmy 6,5 węzła.
Tymczasem na horyzoncie pojawiły się kardynałki. Kardynałka, jak sama nazwa wskazuje, jest to żona kardynała. Kardynałki są w zatoczce. Dziś mamy ochotę na jeszcze jedną zatoczkę...
- O, już się widok na wieś otwiera...
- Na wieś... Krowy, kury...
- Droga na Ostrołękę...
- Wilczy, podaj mi notes.
- A wodę?
- Wody nie. Notes.
- A może jednak wodę?!
Cumujemy w zatoczce na jeszcze jedną kąpiel. Z bezpiecznych 9-11 metrów nagle robią się bardzo niebezpieczne 4 metry i robimy szybki ruch w tył. Ale jednak się udaje zatrzymać na chwilę. Wilczy wywleka z wody muszle po jeżowcach (tutaj wtręt na specjalne życzenie Wiedźmy: tak, moja droga, dla Ciebie te jeżowce :-) Koniec wtrętu ;-p. W jednej z nich mieszka krab (dla niepoznaki ubrany jeszcze w muszlę po jakimś ślimaku ;-p), który brutalnie zostaje wydłubany ze schronienia (tą muszlę ślimaka zostawiliśmy mu nietkniętą) i obfotografowany. Wysuwał nieśmiało nóżki, ale cały nie chciał wyleźć, trudno, wrzuciliśmy go humanitarnie do wody z powrotem. Może trafi na własne podwórko ;-p
17.10. Wypływamy z drugiej zatoczki, do mariny Milna na wyspie Brač wpływamy o 18.15. Pozycja mariny: 43°19,6'N, 16°27,0'E. Wody mamy jeszcze 3/4 zbiornika, fuel prawie pełny. Potem okazało się, że wskaźnik wody ma dwa do trzech stanów: pełny, 3/4, pół. Ale nie ma stanów pośrednich... Dziwna sprawa, co? ;-p Fuelu ubywało płynnie, że tak powiem :-)
Obok naszej łódki stoją zeschizowani Niemcy: odpychali nerwowo nogami nasz jacht, podnosili wyżej nasze odbijacze. Naszemu przybijaniu do nabrzeża towarzyszyło bicie dzwonów z pobliskiego kościoła. Kościół był całkiem pobliski, wystarczyło przejść przez ulicę i jeszcze 10 metrów...;-p Za to dokładnie naprzeciwko zejścia z trapu był bankomat i zamknięte na głucho drzwi. Rano okazało się, że za tymi drzwiami jest sklep...:-) Wszystko blisko, tylko, kurczę, do toalet jak zwykle na drugi koniec mariny - spacerek półkilometrowy ;-p
Po sklarowaniu łódki, ze szklaneczkami w dłoniach, dzieci zaczęły zabawę pod tytułem: "Ojej, jak tu dużo krabów!..." - faktycznie, po pionowej, obrośniętej glonami ścianie nabrzeża wędrowały sobie niezliczone ilości krabów, takich trochę większych niż ten w zatoczce. Na pokładzie zrobił się ruch:
- Łyżkę!...
- Czym by go tu!...
- Talerz!...
- Miskę!...
- Łyżkę cedzakową!...
- Dawaj go, dawaj!...
Wyłowili kraba, który natychmiast po znalezieniu się na pokładzie spieprzył do achterpiku. Ile oni się namęczyli, żeby go wywlec stamtąd z powrotem i nie zrobić mu krzywdy!... Ale psychikę to będzie miał biedny skrzywioną do końca życia ;-p Wylądował w końcu w głębokiej porcelanowej misce (żeby nie uciekł), miał sesję zdjęciową oczywiście, Niemcy zapewne patrzyli na nas z obrzydzeniem i postanowili następnym razem wozić ze sobą własną zastawę stołową, a krab wrócił do wody i zapewne postanowił wynieść się na Karaiby :-)
Czas na kolację. Opuściliśmy zatem łódkę i poszliśmy nabrzeżem przed siebie. Nie było daleko, miasteczko nieopodal się kończyło, wróciliśmy zatem do knajpki na zakręcie i rozpoczęliśmy konwersację z kelnerką. To znaczy: ona o coś pytała, a my jej odpowiadaliśmy: "Tak!". Dopiero po konsternacji na jej twarzy zrozumieliśmy, że to nie była dobra odpowiedź :-) Skorzystaliśmy z rozmówek językowych, które posiadała Agnieszka...:) Dowiedzieliśmy się z nich na przykład, że popielniczka to "pepeliara". Atrakcją knajpy była grupka miejscowych w wieku poprodukcyjnym, świętująca coś niewątpliwie, wyrażająca swoją radość życia śpiewem. Pal sześć, że ze śpiewem to nie miało zbyt wiele wspólnego, ale mieli dość ograniczony repertuar - w zasadzie jedną piosenkę!... No ratunku!...
Wieczór postanowiliśmy dokończyć na łódce, przy własnym winie. Konsumowany alkohol co jakiś czas wymuszał wędrówki do toalety, szło się nabrzeżem, wzdłuż zaparkowanych (no dobrze, przycumowanych ;-p) innych łódek i obserwowało życie. Na jednej z łajb niedaleko nas kilku facetów w coś grało. Obok inni imprezowali. Kiedy już skończyło nam się natchnienie na wino i wracaliśmy z toalety z umytymi ząbkami, na pierwszej łajbie został tylko jeden facet, za to z gitarą, brzdąkał sobie Beatlesów smętnie, na drugiej łajbie natomiast imprezka trwała w najlepsze. Na widok gitary przystopowało mnie cokolwiek. Wypity alkohol zdecydowanie sprzyja zawieraniu znajomości międzynarodowych :-)
- Wilczy - wysyczałam. - Mają gitarę!...
- Yhm - ziewnął Wilczy w ramach odpowiedzi.
- Mógłbyś coś zagrać!...
- Tiaaaaa...
- No!... Może by się tak z tym gościem jakoś zaprzyjaźnić?...
- Noooo... Ale mi się chce spać...
Super. Na drodze stanęła nam kamienica. Poszliśmy zatem ją zwiedzić. Okazała się być dość nudna w środku, ot zwykła klatka schodowa, wyjrzeliśmy przez okienko na port, zeszliśmy na dół i oklapliśmy na klombach naprzeciwko owych dwóch łódek. Gość na gitarze nadal brzdąkał. Zrobiło się sennie.
Nagle ktoś do nas podszedł. Zwróciłam na niego uwagę dopiero, jak był tuż, bo przedtem gapiłam się tępym wzrokiem w asfalt i zastanawiałam, jak się zmusić, żeby wstać i jednak pójść spać. Podniosłam głowę. Przed nami stał facet z drugiej, imprezującej łódki i wyraźnie podsuwał coś w naszą stronę. Przyjrzałam się: batonik niewątpliwie i to całkiem spory. Gęba mi się rozjarzyła:
- Dzięki!... Bardzo dziękujemy!
- Z Polski jesteście?
- Z Polski, a ty?
- A my z Czech!
- Fajnie! Dzięki bardzo.
Gość uśmiechnął się i wrócił na łodkę. Mnie poderwało.
- Jazda - mruknęłam do Wilczego. - Idziemy po czekoladę!...
Możliwe, że głupio wyglądaliśmy, jak szybkim krokiem odeszliśmy z nabrzeża w siną dal, unosząc w objęciach nowo nabytego batonika (zżerając go od razu, rzecz jasna), ale trudno. Dopadliśmy Marioli, grzebnęliśmy w lodówce, wywlekliśmy mleczną czekoladę Wedla i poszliśmy z powrotem. Zrewanżować się.
Panowie na nasz widok rozjarzyli się również i zaprosili na łódkę. Możliwe, że była to Bavaria 44 albo coś mniej więcej tej wielkości (od Wilczego: to był Y999), w każdym razie duże bydlę, zmieściliśmy się bez problemu, każde z nas dostało do rączki śliczną czerwoną puszeczkę z piwkiem i imprezka się zaczęła :-)
...szczerze powiedziawszy, niewiele z niej pamiętam :-) Kiedy Czesi zwiedzieli się, że z futbolem oraz hokejem mamy niewiele wspólnego, przeszliśmy na inne tematy: skąd i dokąd płyniemy, gdzie pracujemy i co robimy, gdzie mieszkamy (ooo, Warszawa, big city) oraz dogadywaliśmy facetowi z gitarą na tej łódce obok. Językami posługiwaliśmy się różnymi: oni mówili po czesku, my po polsku, chwilami udawało się przejść na angielski, kiedy już nijak nie szło się dogadać. Mój sąsiad, uroczy blondyn z kręconymi włoskami, przyznał się, że montuje jakieś kotły czy inne rury. Nie wiem, chciał mi przez to coś powiedzieć? ;-p
W pewnym momencie moje uwielbienie do gitary dało o sobie znać i zaczęłam męczyć owego Szweda, Duńczyka czy ktokolwiek to był o szanty. Na głupie pytanie, czy zna jakieś szanty, popatrzył na mnie baranim wzrokiem. Spróbowałam kilku międzynarodowych słów na określenie szanty, ale po każdym reakcja była niezmienna, przeszłam zatem na angielskie "sea songs". Gość podumał chwilę, pomyślał, podrapał się po głowie, po czym zagrał... "Sailing" Roda Stewarda... Tiaaaa.
Piwko w końcu się skończyło, byliśmy oboje w stanie kompletnego upojenia alkoholowego i opuściliśmy gościnną łódkę, gnąc się w ukłonach, żegnani przez gościa w cyrkowym trykociku. Słodki, doprawdy :) Jak padłam na własną koję, nie wiem, wiem za to, że następnego dnia było szalenie ciężko wstać...

Poniedziałek, Milna - Stari Grad

Idąc z Gniadym do kapitanatu, żeby zapłacić za postój, wymieniłam uśmiechy i zwyczajowe "haj" z Czechami. Gniady, wtajemniczony już w nasze życie nocne, powitał ich:
- Now I know, where she spent last night...
W ramach zakupów nabyłyśmy z Mrówką truskawki. Jeśli chodzi o owoce i warzywa - jakoś mało ich tu jest jak na kraj południowców. Wydawałoby się, że na każdym straganie będzie tego zatrzęsienie, a tymczasem jest głównie sałata, jakieś zielone listki o bliżej nieokreślonej nazwie i to by było na tyle. Trochę większy wybór można znaleźć w sklepie...
Śniadanie znów jemy, płynąc. Jakiś taki dziwny standard nam się ustabilizował: panowie na pokładzie ŻEGLUJĄ, panie pod pokładem robią śniadanko. Widocznie panie są bardziej głodne rano ;-p
O 10.00 postawiliśmy grota. Teraz już stawia się ładnie, bez zawijania. Potem do grota dołączył fok, prędkość na żaglach: 5,6 węzła. Siła wiatru: trójeczka. Maksymalnie na żaglach osiągnęliśmy 6,2 węzła.
Wczesna pobudka skutkuje u mnie sennością pomimo kawy. Kolejny zwyczaj: po śniadanku panie wędrują do swoich kajut na swoje miękkie koje, panowie smażą się na słońcu i pilnują pokładu. To co, że rzuca, zdrzemnąć się można, wystarczy tylko odpowiednio się zaprzeć o ściany ;-p
Mrówka ze swojej kajuty:
- A ja się nie mogę zamknąć!
- Dlaczego?
- Bo mam drzwi!
Yhm. Po bliższych oględzinach okazało się, że w drzwiach do kajuty miała po prostu położoną sztorcklapę ;-p
O 12.00 zacumowaliśmy w zatoczce Sviračina przy wyspie Hvar: 43°12'327"N, 16°27'224"E. Temperatura wody niezmiennie 21°. W ramach przekąski jemy te chorwackie truskawki (nic specjalnego ;-p). Obowiązkowa kąpiel, wchodzę do wody. Mrówka:
- I co, ma 20 stopni?
- Ta, chyba Fahrenheita...
Kąpiel była krótka zatem, acz uszczęśliwiła mnie i tak. Tym razem udało się wydłużyć wąż od prysznica na rufie i można było całą sól z siebie przyjemnie spłukać, poprzednio coś go przywaliło i miał długość maksymalną niecały metr. Spróbujcie się spłukać takim krótkim prysznicem stojąc na wąskiej rufie ;-p
Zrobiłam zdjęcie w kierunku wyjścia z zatoczki. Akurat przepływał tamtędy jakiś jacht. Zaraz po moim "pstryk" jacht skręcił w naszą stronę.
- A ci co, mają zakaz fotografowania?...
Zacumowali niedaleko i popsuli nam widoczek ;-p
Na obiad jest kurczak w sosie chińskim, tym razem nie będziemy karmić mew, niech idą sępić do łódki obok ;-p. Błogie lenistwo po obiedzie.
- Piętnasta dziesięć - poinformowałam towarzystwo.
- Powoli będziemy się zwijać - odpowiedział mi Gniady.
- Z naciskiem na powoli, czy na zwijać? - spytał Wilczy.
- Z naciskiem na "się" - odpowiedziałam radośnie.
15.20. Odpływamy. Pomimo korzystania z prysznica, zmywania po śniadaniu, obiedzie i mycia truskawek zbiornik wody nadal jest full. Dziwna sprawa, ale zapewne NAGLE skoczy na 3/4 ;-p

Z smsów:
Ja do Wiedźmy: Wyspa Brac. Restauracja Fontana. Dostaliśmy właśnie małorybne pasztety, cokolwiek miałoby to znaczyć. Palmy. Cumujemy pod kościołem. Wino dobre. Tęsknię!
Wiedźma: Zimno. Wiatr. Zamiast palm topole, zamiast wina minerałka, zamiast pasztetu kanapka z serem, a zamiast rejsu - praca jutro. Tęsknię bardzo! Baw się dobrze :-)
Ja do Choinek: Słuchajcie, płyniemy! Pogoda cudna, prędkość 4 węzły, wmordewind niestety. Buja łagodnie. Buziaczki dla wszystkich z Adriatyku!
Oni: Zazdrość... No ale to prymitywne uczucie, więc się wyrzekamy :-) Niech Wam Neptun sprzyja i Eol nie odmawia! Stopy wody (...) i wiatru w du... RUFĘ znaczy. Pozdrawiamy!

17.00. Wpływamy do Starego Gradu, który chwilę później określamy mianem Starego Grata. Cumujemy obok Czechów. Gniady:
- O, tutaj psyche spędzi pół nocy za batonika. A całą za dwa!
Z prawej przycumowali Niemcy. Jakoś tak sami sąsiedzi wszędzie dookoła ;-p
W Starym Gracie nie ma toalet. To znaczy stoi sobie budka - toalety miejskie tak zwane, są tam dwie kabiny z sedesami i dwie umywalki, żadnego prysznica. W dodatku przybytek zamykają o godzinie 22.00. Kosze na śmieci są przepełnione. Nabrzeże jest dopiero budowane, to znaczy przyjeżdża sobie betoniara z przystojnym kierowcą i wylewa zawartość na metalową kratkę. Korci mnie, żeby zostawić tam odcisk dłoni ;-p (powstrzymałam się ;-p).
Na kolację poszliśmy do schowanej knajpki, upchnęliśmy się na wewnętrznej salce - patio, obok kuchni. Miła obsługa, fajny wystrój, na początek jak zwykle zamówiliśmy wino i wodę i czekaliśmy spokojnie na jedzenie.
Dostałam przypalone i przesolone lignje na żaru (czyli swojskie kalmary z grilla). Nie nadawały się do jedzenia. Potem się okazało, że dla mnie się nie nadawały, bo Mrówka wchłonęła...:) Powiedziałam kelnerowi, że jak na świeże lignje na żaru, to te są wielce niedobre i przypalone. Nie zareagował. Mieli tylko świeże, co oznaczało konkretnie, że dwa razy droższe. Tiaaaa.
Po obowiązkowym winku na dobranoc przypomniało nam się, że musimy skoczyć do bankomatu. Nie ma problemu, bankomaty są na nabrzeżu, poszliśmy zatem, wsunęłam kartę w szczelinkę i... opadła mi szczęka. Bankomat mianowicie był szalenie uprzejmy i zaczął mówić do mnie po nazwisku!... "Pani psyche, niech pani nie zapomni wyjąć karty!... Pani psyche, ile pani chce pieniędzy? Pani psyche, czy życzy sobie pani jeszcze jakąś transakcję?..." No ratunku!... Żeby bankomaty do mnie gadały!?... Okazało się, że ten bankomat generalnie jest uprzejmy, do Wilczego też zasunął od razu z nazwiska, a co, żeby nie poczuł się poszkodowany pewnie...
To jednak nie koniec atrakcji wieczoru. Przypałętał się do nas, obok tego bankomatu, kotek. Nieduży, taki jakiś dachowiec chorwacki. Pogłaskać się nie dał, ale przebywał w okolicach, konkretnie pod murami domów. Powoli szliśmy w kierunku łódki, kotek w tę samą stronę. Cały czas nabrzeżem. Jak mu się nagle murek kończył, to czekał, aż dojdziemy mniej więcej do połowy drogi do następnego murka, po czym galopował przez otwartą przestrzeń, dopadał zbawienia w postaci kolejnej ściany, zwalniał, czekał na nas i wędrował dalej w naszym tempie. Zastanawialiśmy się, co my z nim zrobimy na łódce, jeszcze zechce z nami zamieszkać i nie daj Boże zeżreć nam nasze zapasy, ale w pewnym momencie kotek skręcił. Wszedł do knajpy, na samym środku przejścia między stolikami przywitał się z drugim kotkiem, po czym okazało się, że ten nasz to była ONA i... koty zajęły się sobą, kompletnie ignorując otoczenie. Kocia miłość po prostu!... Teraz już wiemy: kotka potrzebowała ochroniarzy, żeby dotrzeć bez problemu do kotka!...
Spotkaliśmy jeszcze jedną centralkę (czyli gekona) na ścianie kamienicy i to chyba koniec zoo na ten wieczór. O krabach na nabrzeżu litościwie nie wspomnę. Za to okazało się, że stoimy pod kafejką internetową...

Wtorek, Stari Grad - Palmižana

Moja jedyna podczas tego rejsu poranna kawa (w towarzystwie kapitana), w kafejce w porcie. Niebo jest cokolwiek zachmurzone.
Odkrycie dnia: jajecznica z 10 jaj, z których jedno odmówiło współpracy, nie jest wystarczającym śniadaniem dla 6 głodnych osób.
O 9.50 wychodzimy ze Starego Grata. Wiatr jakiś krzywy, bardzo ciasno stoimy, rozpychamy się na odbijaczach, odbijacze się rolują, ciaaaasno! Znosi nas trochę, w rezultacie zatrzymujemy się na cudzym mooringu, silnik się wyłącza i stoimy unieruchomieni. Mooringi idą tutaj bardzo poziomo, co nieco utrudnia manewrowanie. Konsternacja, nie wiadomo tak naprawdę, co się tam pod tą łódką dzieje, na wszystkich łajbach dookoła poruszenie, ktoś skacze do wody, ktoś wsiada na ponton, mooring, na którym stoimy, będzie zaraz zluzowany, jak tylko ta łódka się przecumuje do innej... Czekamy na zluzowanie, w końcu się udaje, gość, który zanurkował, odplątuje linę z naszej śruby, udaje się odpalić silnik, wszystko jest ok, dziękujemy i odpływamy. Ufff :-)
10.10. Stawiamy foka. Wiatr się odkręca. Prędkość na foku i silniku: 7,6 węzła. Kierujemy się na drugą stronę wyspy Hvar, do miasta Hvar. Wiatr się wzmaga, odstawiliśmy silnik, płyniemy na samym foku. Staję za kołem sterowym. Marioli robi się lekko narowista.
- Ona potrzebuje męskiej ręki...
W dodatku łódka zaczyna trzeszczeć. Wilczy:
- Psychuś, nie trzeszcz.
Oddałam ster Gniademu. Właściwie sam go sobie odebrał. Marioli się uspokoiła jakoś dziwnie ;-p Prędkość: 6 węzłów, kurs: 287.

Radosna tfu-rczość
Wilczy: Gdybym miał gitarę, to bym na niej grał,
ale że nie mam gitary, to się opieprzam!


Psyche: Krwawe morze dookoła nas,
jakiś rekin nam na pokład wlazł,
siadł za sterem, objął kurs na wiatr
i powiedział: tym opłynę świat!


Wiedźma się dołączyła: Krwawe morze dookoła nas,
Ruda Żmija żre coś cały czas ;-)


11.15. Zwracamy się do zatoczki. Prędkość na samym foku: 5,1. Studiujemy locję.
- Tam jest jakiś symbol domku...
- Z kart?
Foka zrzucamy o 11.40. Wpływając w zatoczkę przepływamy obok ruiny.
- To jest ten symbol domku, tak?...
- W takim domku pewnie kiedyś dało się mieszkać... Łowili sobie jakieś ryby czy ośmiornice...
- Wywlekali z morza glony i mieli na sałatkę...
- Albo na maseczkę...
- Tu na pewno ktoś mieszkał.
- Albo miał szopę na narzędzia.
- Rybacy trzymali coś... taki składzik...
- Piraci złoto trzymali...
O 12.00 rzucamy kotwicę (9 metrów do dna) w zatoczce Dugiej: 43°11'411"N, 16°25'015"E. Na przestrzał przez wyspę mamy bardzo blisko do Hvaru, ale ponieważ nie ma Pawełka, to nikt się tam na piechotę nie wybiera. Zachmurzenie się zmniejszyło, są już tylko małe baranki, ale ciągle mało słońca. I wiatr, który mnie zniechęcił do kąpieli. Ale Wilczego nie zniechęcił: ubrał się w swoje szpanerskie ciuchy kąpielowe, założył ołowiany pasek i polazł sprawdzać, czy wszystko jest ok z naszą śrubą.
Wywiązała się dyskusja o lokalnych zwyczajach. W mieście Łódź jeździ tramwaj numer 9, którego końcowy przystanek mieści się na "Zdrowiu" - taka nazwa dzielnicy i ulicy. Stąd wzięło się, że jak ktoś kichnie, i odpowiesz mu "Na zdrowie!", to usłyszysz: "Dziewiątką do końca!". Od tej pory na każdy kich odpowiadaliśmy sobie: "Dziewiątką do końca!"...
Wilczy wypełzł z wody i mówi o meduzach, że tak ich pełno tutaj, normalnie po 3-4 na metr sześcienny. Wszyscy rzucili się do bakburty, łódką zakołysało, a meduz ani, ani.
- Chciałeś się wykazać, żeby któraś z nas wypadła, mógłbyś wtedy ją uratować!...
- Właśnie!...
Pojawił się większy kawałek słońca, zatem postanowiłam się jednak wykąpać (temperatura wody niezmiennie 20°, prędkość wiatru od 5 do 7 m/s, wmordewind, czyli z zatoki do morza), Gniademu pozostawiając przygotowania do szaszłyków. Udało się zanurzyć do wody, popływałam sobie trochę z przyjemnością, po czym postanowiłam wsadzić pod wodę oczy i się rozejrzeć.
I to był duuuuży błąd!...
Tam się naprawdę roiło od meduz!!! Było ich znacznie więcej niż 3-4 na metr sześcienny wody! Były wszędzie!... Małe, białe kawałki czegoś galaretowatego i niekoniecznie przyjaznego w bliższym kontakcie!... Ratunku!!!!!
To był rekord trasy, którą przebyłam z wody na pokład jachtu. Na wszelki wypadek już pod wodę nie zaglądałam i postanowiłam więcej tutaj do morza nie wchodzić!...
Mrówka ustabilizowała się w zejściówce, to szalenie wygodne miejsce jest i osłonięte od wiatru. Byłoby rewelacyjne, gdyby nie to, że to jedyna droga pod pokład. Ciągle zatem ktoś mówi do niej: "Przepraszam"... Ustaliliśmy wspólnie, że Mrówka po prostu ma syndrom sierotki, potrzebuje zwrócić na siebie uwagę, czuje się osamotniona, stąd takie miejsce, żeby wszyscy ciągle musieli się do niej odzywać...:-)
Przygotowania do obiadu w trakcie. Słuchamy sobie oczywiście UKF-ki, która nadaje w różnych dziwnych, najczęściej niezrozumiałych językach, a to coś po włosku, a to coś po niemiecku, ale tak sobie nadaje, bo nikt jej nie wyłączył. Nagle zaczyna gadać po ludzku na 16:
- Alfa, alfa, alfa, zgłoś się do Ryżego Konia.
Rzucamy się do UKF-ki, podgłaśniamy, cisza na pokładzie, słuchamy.
- Zgłaszam się.
- Przejdź na 77.
Przechodzimy na 77 i... nic. Cisza. A taką mieliśmy nadzieję na jakieś sensacyjne odkrycie!...
15.07. Kotwica w górę, odpływamy. Splątał nam się trochę łańcuch od kotwicy, ale dało radę. Na kursie mamy kajakarzy - twardziele, przez morze na takich malutkich łupinkach ;-ppp I co z tego, że są tuż obok wyspy? ;-p Mrówka nadal siedzi w zejściówce.
16.40. Nieudane podejście do portu miejskiego w Hvarze. Okazuje się, że jest full, jachty stoją na kotwicy, ciasno bardzo, do tego ruch promowy jak w ulu. No piękne miasto, położone na niewielkim wzgórzu, szkoda, że go nie zobaczymy. Kierujemy się naprzeciwko, na wyspę należącą do archipelagu Pakleni. Tam na pewno będzie prysznic, to marina ACI, oni poniżej pewnych standardów nie schodzą. O 17.40 cumujemy w Palmižanie.
Marina położona cudownie, w lesie, bardzo spokojna woda, żadnych prądów. Dwie czy trzy knajpki, porządne toalety, blisko na drugi brzeg wyspy, dokąd też udaliśmy się na kolację. Do knajpy prowadziły nas drogowskazy, ale ścieżka leśna się w pewnym momencie rozdwajała, roztrajała i w ogóle, ciężko było wybrać, w którą stronę iść. Jakoś daliśmy radę i wylądowaliśmy w knajpie z cudownym widokiem na zatokę, drugi brzeg zatoki ze światełkami, no żyć nie umierać!... I pić, oczywiście, zatem jak zawsze: wino i woda. Bardzo miły kelner, uśmiechnięty i zadowolony z życia. Po skończonej kolacji zaproponował nam jeszcze pół litra wina od firmy, ale mieliśmy problem, gdzie to wino zmieścić - poza tym czuliśmy się już nieźle drinknięci, więc zaproponowaliśmy mu, żeby się napił z nami, ale niestety odmówił, tłumacząc się pracą. W ogóle okazał się być Bośniakiem.
Poszłyśmy oczywiście do toalet z dziewczynami. W toaletach, jak to w toaletach w lesie - pełno wielkich komarów i całej reszty robactwa. Oraz kartki na ścianie z informacją, kto o której godzinie tutaj sprzątał. Ostatnie sprzątanie było gdzieś w okolicach 14.00 ;-p Mrówka i Aga dopisały się zatem w następnych rubrykach, podrabiając ślicznie podpis. Mnie podrabianie podpisu nie przyszło do głowy, przy godzinie 17.00 podpisałam się wprost: psyche...
Seweryn się lekko rozchorował. Mówi do Agnieszki:
- Musisz mi zrobić okład z ciepłych młodych piersi.
- No, i to jeszcze na gwarancji...
Gniademu spierzchły usta, poprosił zatem o coś do ich smarowania. Dałam mu szminkę ochronną jako pierwsza, potem wyciągnęły ręce ze szminkami pozostałe kobiety. Gniady posmarował się moją, oddał mi ją, po czym wziął zamkniętą szminkę od Mrówki i posmarował się jeszcze raz, oczywiście zamkniętą. Mrówka:
- Byłoby łatwiej, gdybyś ją otworzył...

Środa, Palmižana - Split

Pobudka o standardowej godzinie 7.30. Wracając z łazienki, natykam się na Gniadego pijącego macchiatto w jednym z barów. O 8.50 oddajemy cumy, śniadanko w postaci płatków na mleku jemy już, płynąc. Kierunek: Split.
Postawiliśmy nawet na chwilę foka, ale jak się okazało, że prędkość wiatru jest 0, to go ściągnęliśmy.
Godzina 11.50. Rzuciliśmy kotwicę w zatoczce Stiniva na wyspie Brač. Temperatura wody - standardowo 21°. Pozycja: 43°22'051"N, 16°26'937"E. Wiatr od wody, 2 m/s.
Temperatura wody optymistycznie wzrosła do 23°, więc idziemy się kąpać. Razem z Sewerynem i Agą planujemy zapakować się do pontonu, ale ponton cieknie... A, no tak: korek wylazł i dynda. Ok, korek naprawiony, płyniemy na brzeg, biedny Seweryn wiosłuje, Wilczy ubrany w swoje ciuchy włazi do wody, generalnie jest cudownie.
Dopłynęliśmy do brzegu, a tam pumeks.
Hmmm??? Nikt nie mówił o wulkanicznym pochodzeniu tej wyspy?...
Uzbrojona po zęby, czyli w płetwach, masce i rurce, płynę sobie powoli do łajby z pumeksowego brzegu, oglądając po drodze życie podwodne. Tutaj przynajmniej nie ma meduz, więc jest całkiem przyjemnie. Są za to rozgwiazdy, jeżowce (brrr) i jakieś inne żyjątka, mieszkające wśród kamieni.
14.10. Kotwica w górę, płyniemy dalej. Mamy nadzieję, że uda nam się coś pozwiedzać w Splicie.
16.30. Weszliśmy do mariny. W samym wejściu jest bardzo silny prąd i trzeba uważać, ale udało nam się bezbłędnie. Z mariny jest kawałek do miasta, ale oczywiście twardo idziemy - trochę naokoło, ale nic to. Doszliśmy do pięknej promenady, Aga wyciąga przewodnik i dalej nas już instruuje, gdzie jesteśmy i co widzimy. Na placu pośrodku starówki rozdzielamy się: Gniady zostaje na placu, Seweryn z Agnieszką idą oglądać kościół a ja, Wilczy i Mrówka wchodzimy na wieżę, pooglądać Split z góry. Pomysł wydaje się być trafiony, dopóki nie okazuje się, że wieża w środku jest pusta i składa się wyłącznie z metalowych schodków, wyglądających średnio solidnie, przyczepionych z jednej strony do ściany, a między nimi zieje przepaść. Ale twardo idziemy, nie patrząc w dół, nie dotykając brudnych od tysięcy spoconych rąk poręczy.
Widok z góry rekompensuje wszelkie przeżycia z wchodzenia. Jest pięknie - widzimy marinę, inne wyspy, resztę miasta: jest wielopoziomowe, każda kamienica jest inna, wszędzie są tarasy, tarasiki, balkoniki, przybudówki, daszki. Daleko, daleko są też zwykłe bloki, ale nie wzbudzają naszego zainteresowania. Schodzimy na lekko trzęsących się nogach, ufff, na dole oddychamy z ulgą. Przeżyliśmy! :-)
Spacerujemy dalej po Starówce, Gniady wraca na łódkę, my lądujemy w knajpce na piwku i kawie (to Seweryn, ciągle przeziębiony). Rozmawiamy o snorklowaniu. Wilczy:
- A ty jaki masz numer płetwy?...

Czwartek, Split - Trogir

Rozmowy przy śniadaniu: Mrówka do Wilczego w sprawie kanapki:
- Twardy musisz być.
- Aha, i wypukły z przodu... - odpowiedział jej Wilczy.
Na śniadanie była reszta sałatki z wczoraj i kanapki z serkiem. Dwie harpie po bardzo długiej walce pozwoliły mi otworzyć serek. Walczyłam jak lew, udało się, hurrra!...
Bardzo silny wiatr powoli ucichł, o 9.10 wyszliśmy z portu bez problemu. O 9.30 postawiliśmy grota i foka, ale wiatr był za słaby, prędkość 1,5 węzła.
15 minut później: film pt. "Prawdziwe oblicze rejsu". Zwinięte żagle, silnik w ruch, Gniady jara szluga...;-p
10.15. Totalny marazm. Załoga zaległa na pokładzie. Kapitan zaległ za sterem. Wszyscy się opalają. Panie "pracują nad tyłami", czyli opalają plecy i tył nóg. Nic się nie dzieje.
- Wiecie co - mówi Gniady. - Skoro już wziąłem kąpielówki...
- To byś się wykąpał?...
- Nie, to bym je założył...
:-)
11.35. Minęliśmy jacht z polską banderą. Pozycja: 43°27'973"N, 16°13'376"E.
Zmieniliśmy kurs. Wiatr się wzmógł, mamy teraz silny wmordewind, do 15 m/s. Obchodzimy wyspę. Szalenie chlapie, jesteśmy cali w soli. Prędkość 6 węzłów.
13.10. Cumujemy w zatoczce na wyspie Drvenik V.: 43°26'351"N, 16°10'322"E. Strasznie wieje, chyba nici z kąpieli. Łódką kręci na wszystkie strony, ale kotwica trzyma. Zza wyspy wychodzi błękit, mamy nadzieję na poprawę pogody, w międzyczasie robimy zatem obiad. Pod pokładem jest znacznie zaciszniej :-)
Po obiedzie Wilczy odważnie wchodzi do wody. Twardziel ;-p
15.40. Zbieramy się do wypłynięcia. Gniady:
- Dobrze, zaształujcie wszystko. Jak będzie tak silnie wiało, to może nawet kamizelki założymy. Tak dla...
- Dla szpanu - dodaje Wilczy.
16.10. Postawiliśmy zarefowanego foka. Bardzo zarefowanego. Osiągnęliśmy prędkość 7,6 węzła, nieźle.
16.40. Fok zwinięty ;-p, załoga na pokładzie w kamizelkach.
Łódka pod wiatr idzie bardzo powoli, do 2 węzłów, zatem rezygnujemy z Rogoźnicy i będziemy się starali wejść do Trogiru. Stan morza: 2 do 3, siła wiatru: 6.
17.00. Postawiliśmy pół foka. Prędkość: 7,2.
17.45. Wchodzimy do Trogiru. Na podejściu przed główkami portu natrąbił na nas prom. Po porcie pływają optymisty i pontony. Próbujemy przycumować obok Francuzów, ale okazuje się, że tam nie możemy. Obsługa wyznacza nam inne miejsce, na brzegu kei (tej samej, co zawsze, to już nasz trzeci pobyt w Trogirze, hehe), obok Polaków, z którymi jechaliśmy autokarem. Wieczór spędzamy oczywiście w mieście :-) Tym razem w innej knajpce, ale obowiązkowe lody po kolacji muszą być :-)

Piątek, Trogir - Primošten

Pobudka o barbarzyńskiej godzinie 6.30. No sorry, ale żeby o tej porze wstawać na wakacjach?...;-p 7.20 wypływamy. Po drodze mijamy jacht na bajecznie kolorowym spinakerze. O 10.10 skręcamy do zatoczki koło Rogoźnicy. Cumujemy o 11.00. Pozycja: 43°32'772"N, 15°56'313"E. Temperatura wody: 19°.
- Ciekawe, jak sprawdzić, czy kotwica trzyma.
- Patrzysz na jakieś punkty na brzegu i sprawdzasz, czy się przesuwają.
- Na przykład na ptaka.
- Nieruchome punkty...
- ...martwego ptaka...
Wilczy chce zejść, Mrówka z syndromem sierotki siedzi w zejściówce. Wilczy:
- Słucham?
- Ale to ty masz interes - odpowiada nieprzejęta Mrówka.
- Wiem!... - mówi dumnie Wilczy.
Krótka kąpiel, z okazji temperatury wody płyniemy do brzegu i staramy się wejść do wody z brzegu. Zadanie nieco utrudnione ze względu na makabryczną wręcz ilość jeżowców - normalnie zatrzęsienie tego tu jest na metr kwadratowy ;-p To okropne, ile niebezpieczeństw czyha na człowieka, pragnącego się wykąpać ;-p
13.30. Ruszamy do Kremika.
14.37. Zacumowaliśmy w marinie macierzystej. Okazuje się, że jacht możemy zdać jeszcze dzisiaj, po czym spokojnie dokończyć się pakować i jutro opuścić pokład normalnie, nie spiesząc się. Tankowanie przebiega może trochę dziwnie - z kanisterków, albowiem w marinie nie działa stacja benzynowa. Zużyliśmy trochę ponad połowę zbiornika. Mamy też zdartą farbę z płetwy sterowej, ale nikt nie robi z tego żadnego problemu. Korzystamy z pryszniców - tym razem płynie w nich ciepła woda w przeciwieństwie do ostatniej soboty :-) Robimy ostatnie zdjęcia na jachcie, kończymy winko. Jak komuś się kończy wino, to pada sakramentalne pytanie:
- Wszyscy normalnie?
- Normalnie - ta odpowiedź znaczy: pół na pół z wodą, tak właśnie pije się wino na południu ;-p I wiecie co? To działa :-)
Wieczorem gramy w pokera - oczywiście w kości. Agnieszka:
- Co ja tam jeszcze mam? (do wyrzucenia)
Przeczytałam jej, jakich pozycji jej brakuje, między innymi fulla. Agnieszka wyrzuciła więc fulla...
- No! Trzeba mi mówić, co mam wyrzucić!...
- Mówisz i masz :-)
Poza tym ustaliliśmy nowy kod sygnałowy: BR BR = BRAK BROWARU ;-)

Sobota, Primošten - powrót...

Oddaliśmy łódkę koło 9 rano, bagaże zostawiliśmy w marinie i pojechaliśmy do miasteczka taksówką. Dużą taksówką ;-p Koszt to 10 kun od osoby. Spacer po miasteczku, kawa w barze z widokiem na port jachtowy, spaceru ciąg dalszy. Trochę ciążyło nam wino, które mieliśmy w plastikowej butelce (przecież nie może się zmarnować ;-p), jeszcze ciągle zimne, rano wyjęte z lodówki. W poszukiwaniach ustronnego i przyjemnego miejsca na wykończenie go zawędrowaliśmy na... cmentarz!... Mogiła z widokiem na morze, proszę bardzo!... Cmentarz leży na wzgórzu i prawie z każdej strony jest otoczony morzem, ze stałym lądem całą starówkę Primoštenu łączy tylko wąski kawałek ziemi. No piękne miejsce!... Ustabilizowaliśmy się zatem za cmentarzem, na skarpie i dwie butelki powolutku przechodziły z rąk do rąk: wszyscy normalnie :-) Potem oczywiście trzeba było coś zjeść, znaleźliśmy knajpkę z tarasem na dachu, obiadek był pyszny, jeszcze jedna kawa (jakoś trzeba ten czas spędzić do 19.30, kiedy to ma przyjechać po nas autokar...) i wracamy do mariny. W ramach oszczędności wróciliśmy na piechotę, podziwiając przyrodę (w postaci ślimaków) i uskakując pędzącym samochodom - tutaj chyba po szosach nie chodzi się na piechotę...;-p
Ostatni prysznic i oczekiwanie na autokar. Około 19.00 okazało się, że już jest, stoi i czeka, wcześniej, niż był zapowiedziany... co było robić, bagaże pod pachy i do góry - naprawdę nie rozumiem, czemu on nie zjechał do tej mariny.
Zachód słońca nad Adriatykiem. Deszczowa noc. Padać zaczęło już na Węgrzech. Polska przywitała nas zimnem i deszczem. Gdzieś w połowie drogi zakwitła myśl: a może by tak porwać ten autokar i zawrócić?... W stronę słońca?...

***
Droga załogo! Oto Wasza szansa - możecie dodać coś od siebie :)
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Chorwacja: http://www.croatia.hr/home/Default.aspx
Chorwacja w Polsce: http://www.cro.pl/
Retman - firma przewozowa: http://www.retman.pl/
Czarter jachtu: http://www.punt.pl/
Tym jachtem pływaliśmy: bardzo długi link ;-)


psyche