Chorwacja, 20-29.05.2005 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Chorwacja według psyche
Chorwacja podwodna według Wilczego
Chorwacja według Pawełka
Chorwacja według Pawła


Kosztorys
Czarter: po 750 zł od osoby
Kaucja: 1500 euro (w sumie)
Zrzutka na miejscu: po 477 kun od osoby = ~260 zł
Uciechy dodatkowe (głównie kolacje): wydaliśmy po około 300 - 400 zł
Dojazd i powrót: po 400 zł (autokarem)
Zrzutka przed wyjazdem na zakupy: po 66 zł

Jedziemy!...

Gorączkowe przygotowania do wyjazdu trwały już od dawna. Powietrze drgało, łącza rozgrzewały się do czerwoności, palce bolały od stukania w klawiatury, kiedy ustalaliśmy jadłospis i wielkość koszulek. Oraz inne, równie ważne rzeczy :) Wreszcie nadszedł ostatni wieczór, gorączka pakowania i oczekiwanie na budzik, który ma zadzwonić o 4.30 rano. To była bardzo krótka noc :)
Taksówka zawiozła mnie na autobusowy przystanek międzynarodowy. Że to przystanek, to zorientowałam się, kiedy pan kazał mi zapłacić za kurs... No nawet złamanej tabliczki pod tą Kongresową nie ma, poczułam się jak na Krecie ;-p Jak wysiadłam z auta, okazało się, że jest zimno.
Po chwili zrobiło się bardziej zimno. Przypomniałam sobie, że termometr mówił, że jest 0 stopni. A ja jadę pływać, tak?... Na razie zazgrzytałam zębami i przywitałam się z naszym kapitanem Gniadym oraz Pawełkiem (dla odróżnienia od Pawła), który przybył do nas z Białegostoku. Dygocząc, zjedliśmy jakąś bułę, szumnie nazwaną hamburgerem, przynajmniej była cieplejsza niż otoczenie. Autobus się spóźniał skandalicznie, być może gdyby było ciepło, nie grałoby to żadnej roli...
Była chyba 6.30, jak odjechaliśmy spod Kongresowej. Powoli dochodziliśmy do siebie w ciepłym wnętrzu autokaru i psyche zaczęła bawić się w młodego technika. Wyciągnęłam świeżo nabyte krótkofalówki, które coś poprzedniego wieczoru zaczęły świrować i nie chciały poprawnie działać. Wymieniliśmy spostrzeżenia dotyczące przydatności tej zabawki, włożyliśmy świeże baterie i... okazało się, że sprzęt działa bez zarzutu :) Zmęczenie jednak dało o sobie znać i do Łodzi, po resztę załogi, dojechaliśmy lekko przytłumieni.
Nasza gromadka osiągnęła właściwy stan, czyli dołączyli do nas Monika i pierwszy oficer Wilczy. Niestety, dodatkowe miejsca, wykupione przez nas, acz niewykorzystane, firma przewozowa była uprzejma sprzedać powtórnie i z 3 miejsc na nogi, bagaże i w ogóle zrobiło nam się 1 wolne. Przyznam, że zdziwiliśmy się trochę zapobiegliwością firmy Globtourist, tym bardziej, że pieniędzy nam zwrócić nie chcieli...
Przysypiając, dojechaliśmy do Katowic, gdzie poszliśmy gromadką zwiedzać dworzec autobusowy w poszukiwaniu toalety.
- Toalety na tym dworcu są dwie - poinformował nas Gniady. - Tutaj zaraz pierwsza... druga z drugiej strony. A jest jeszcze trzecia, tam dalej, na zewnątrz...
- Skąd ty to tak dobrze wiesz?...
- Bo ja tu kiedyś przyjeżdżałem do szkoły...
Faktycznie, cywilizacja... odetchnęliśmy jak już wyszliśmy na "świeże" powietrze na zewnątrz ;-p
Następnym przystankiem była granica polsko-czeska.
- Proszę przygotować paszporty na stronie ze zdjęciem i zsunąć fotele - powiedział pan kierowca. Ten tekst słyszeliśmy już co granica... Pan pilnujący granicy przeszedł się po autokarze bardziej chyba dla rozrywki niż dla sprawdzania. Następna granica czesko-słowacka, znów szopka z paszportami, wreszcie postój na obiad w Bratysławie. Centrum handlowe z torebkami (oj, ciężko było mi się oderwać od jednej wystawy...), kilka knajp, tylko którą wybrać?... Chłopaki usiedli nad chińszczyzną, my nad bardziej cywilizowanymi posiłkami i do autokaru dotarliśmy ostatni. Bo tak dobrze było w pozycji pionowej, że nie chciało się siadać z powrotem na tych ciasnych miejscach...
Kolejna granica - słowacko-węgierska - wzbudziła nasze pewne obawy. Przedtem kierowcy opowiadali na postojach krew w żyłach mrożące historie o zwyczajach węgierskiej służby granicznej. Oczekują na łapówki, żądają piwa, nie chcą przepuścić przez granicę, generalnie stosują szykany. My wykpiliśmy się kawą. Z cukrem. Aczkolwiek negocjacje trochę trwały, postaliśmy na tej granicy jakiś czas.
Granicy węgiersko-chorwackiej nie pamiętam za bardzo, zdaje się, że zapadła noc i usiłowałam spać, o ile można usnąć w szalenie niewygodnej pozycji pt.: "fotel autokarowy". Było zimno (bo klima chodziła bez zarzutów), było głośno (bo video też działało sprawnie) i ciasno. Ale jechaliśmy wszak na wakacje!...
Nad ranem, już nad morzem, zatrzymaliśmy się, żeby wysadzić całkiem sporą grupę osób z namiotami. Jakieś kilkanaście kilometrów później okazało się, że młodzi ludzie zabrali cudze bagaże...
Było chyba koło 7 rano, jak dotarliśmy do Zadaru. Wytarabaniliśmy się z autokaru, zwiedziliśmy toaletę dworcową (ręczniczki, proszę bardzo, mydełko, lustro, co prawda nie wyglądało to wszystko najlepiej, ale przynajmniej się starali...), zarzuciliśmy plecaki na ramiona i obraliśmy kurs na marinę.

Zadar

Ktoś nieśmiało rzucił:
- A może byśmy tak zamówili taksówkę?...
Rozejrzeliśmy się po okolicy.
- Nie... to nie może być daleko...
- Czekajcie, mamy tu plan Zadaru! - powiedział radośnie Wilczy, grzebiąc w Bardzo Ważnych Papierach. Wyciągnął w końcu naszkicowany plan, z którego niewiele można było się dowiedzieć...
- Musimy iść... - rozejrzał się - tam!... - wskazał palcem w jakieś ruiny.
- Musimy dojść do ulicy - powiedział Gniady.
- A kto weźmie bagaże?... - zapytałam cichutko, ale nikt mnie nie słuchał, więc zarzuciłam na plecy plecak, potem drugi, potem aparat i powędrowałam za nimi...
Przy ulicy zaczęło się łapanie ludzi.
- Panie!... Marina to gdzie?...
- Czekaj, może oni angielski rozumieją...
- Marina. Ma-ri-na...
Starszy pan wyjątkowo cierpliwie potraktował bandę obładowaną bagażami różnego rodzaju (w tym pudłem z zapasami żywności) i długo tłumaczył, którędy należy iść i gdzie skręcać. Zrozumieliśmy mniej więcej ogólny kierunek, oraz informację, że do mariny jeżdżą autobusy. Na autobusy patrzyliśmy jednakże z niechęcią, częściowo spowodowaną tym, że w jednym z nich spędziliśmy właśnie ostatnią dobę. Poza tym kto wie, dokąd nas ten autobus wywiezie... Poszliśmy. Co jakiś czas zarządzaliśmy postoje, bo jednak bagaże były ciężkie. Pawełek bohatersko niósł sam pudło z żarciem, bo okazało się, że trochę się rozwala i nie da się go nieść we dwójkę. Obsypane kwieciem krzewy pachniały szalenie intensywnie. Wakacje!...
- Daleko jeszcze?... Głodna jestem!... - zajęczałam, rozglądając się dookoła.
- Mam kanapkę - odmruknęła mi Monika.
- Naprawdę?... - ucieszyłam się resztką sił. I popatrzyłam na nią głodnym wzrokiem. Oraz zarządziłam postój :-)
Kanapka powędrowała do moich rączek i ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do nabrzeża... Woda. Morze... Jakieś łódki kołyszące się przy brzegu. A tuż obok deptak i samochody. I port!... To chyba ten nasz!... Fantastycznie, trafiliśmy, tylko...
- Ale... marina jest z drugiej strony... - ktoś powiedział na głos to, co każdy z nas pomyślał, dodając w myślach wszelkie niecenzuralne wyrażenia. Tak, trzeba było jeszcze przejść dookoła całej zatoki. Niemniej jednak widok jachtów i bliskiego końca naszej mozolnej wędrówki do celu sprawił, że wróciły nam siły :)
Bagaże upchnęliśmy obok kantorka ludzi z mariny, skorzystaliśmy z czystej i porządnej toalety, przebraliśmy się w stroje bardziej odpowiadające klimatowi (polski majowy mróz został daleko za nami, na szczęście...) i poszliśmy w miasto szukać śniadania. Łodkę mieliśmy obiecaną za godzinę...
Knajpa, w której wylądowaliśmy, co prawda śniadań nie oferowała, ale za to mieli kawę. Ciasteczka zorganizowaliśmy z pobliskiego sklepiku własnym sumptem i tak oto kontemplowaliśmy otoczenie. Szczęśliwi, że dojechaliśmy, czekaliśmy na sygnał od reszty załogi, która jechała samochodem, piliśmy kawę i dyskutowaliśmy o planach na najbliższy tydzień. Ale ciągnęło nas na keję...
Wreszcie nadszedł ten moment - Bavaria 37 o pięknej nazwie Lunga była nasza! :) Dowiedzieliśmy się, że "lunga" oznacza po prostu "zatoka". Zaczęliśmy urządzać nasze małe mieszkanko na najbliższy tydzień, przy okazji poznając jacht. Nauczyliśmy się korzystać z kibelka spłukiwanego wodą zaburtową (no sprytna sprawa), poupychaliśmy jedzenie po zakamarkach kuchennych tak dokumentnie, że na przykład ciasteczka odnaleźliśmy dopiero po rejsie, ucieszyliśmy się z lodówki (oj, przydała się...) i upchnęliśmy w szafkach i jaskółkach swój dobytek. I jakoś wtedy pojawił się Jacek.

O Jacku słyszało się dużo wcześniej od Gniadego. Wiadomo, że Jacek pływa w Chorwacji, zatem jest ogólnie rzecz biorąc zorientowany. Właściwie należałoby powiedzieć, że wynajmuje się jako skipper. Jest typem dość hałaśliwym i idealnym do imprezowania - pod warunkiem, że ma się zdrową wątrobę i kocha się kaca. Jednak nadmiar Jacka wydaje się być dość męczący, bo Jacek lubi narzucać swoje zdanie. I o ile czasem należy go posłuchać, o tyle nie trzeba rezygnować z własnych planów aby posłuchać Jacka.

Jacek wparował na pokład, porwał butelkę mineralnej, wlał w siebie zawartość, uśmiechnął się do Moniki i powiedział, że czeka na swoją załogę. Opowiedział też o swoich planach i panowie obejrzeli wspólnie locję. Tymczasem dotarli "nasi" :) Załoga była w komplecie!...

Załoga
Oto my - załoga Lungi:
• Kapitan Gniady - znów muszę napisać to samo: "czterdzieści trzy zawody, trzydzieści parę lat i ciągle czegoś szukam, i ciągle czegoś brak". Ciągle zadziwia mnie jego wiedza o różnych dziwnych rzeczach. Wyjątkowo spokojny człowiek (ciekawa jestem, czy się czasem denerwuje).
• Pierwszy oficer Wilczy - no tak, cokolwiek powiem, nie będzie subiektywne ;-p W każdym razie o żaglowcach wie mnóstwo (właśnie teraz ciągnę go za język), szalenie uprzejmy młody człowiek i tylko czasami złośliwy bywa i zacięty ;-p
• p.o. drugiego oficera psyche - no naprawdę się starałam nic nie zdefraudować i chyba mi się to udało :) Aczkolwiek muszę przyznać, że to strasznie męczące zajęcie - trzymanie kasy. Trzeba pilnować, żeby nie tylko jej nie zgubić, ale też, żeby nie wydać jej na przyjemności...
• Monika - "ach, Monika, dziewczyna ratownika" - jak to chłopcy podśpiewywali pod nosem. Z racji miejscówki do spania zaprzyjaźniła się z Michałem, z racji płci - z Magdą, niezastąpiona w kambuzie :)
• Magda - osobista narzeczona Pawła (nie mylić z Pawełkiem ;-p), zajmowali razem figlownik, dzięki niej i Monice mieliśmy fajne jedzonko przez cały rejs :)
• Paweł - osobisty narzeczony Magdy, czasem sterował, czasem ciągnął za różne sznurki (nawet jeden mu pomagałam ciągnąć i okazało się, że to nie ten, bo ani drgnął), generalnie dobry człowiek :)
• Pawełek - mówiliśmy do niego per "panie rezyseze", bo kręcił filmy, będąc jednocześnie uciechą i utrapieniem reszty :) Razem z Michałem stanowili najmłodszą część załogi.
• Michał - brat Pawła, oficjalnie przebywający na praktykach w Obornikach :), z Pawełkiem znaleźli wspólny język muzyczny i pokątnie puszczali sobie mp3.

Poszliśmy w miasto. Zakupy, łazęga, szukanie bankomatów (znaleziono dwa) i czynnych banków (znaleziono zero), kolacja w knajpie. Pierwszy posiłek z oczekiwanych przez nas owoców morza. Gniady komentował głośno zawartość menu i w rezultacie na stół wjechały szampiniony, które wzbudziły nasze wielkie zdumienie, bo przecież nikt ich nie zamawiał. Podobną akcję powtórzył później Wilczy, który zamówił dwie wody mineralne zamiast jednej...:). Od razu było jasne, że owoce morza wcale nie są dla wszystkich przysmakiem. Gniady patrzył się na nas z niesmakiem, Pawełek z pewną taką nieśmiałością, a my patrzyliśmy na talerze pełne pożywienia, które z kolei patrzyło na nas. No, nie moja wina, że żarcie miało oczy!...;-p

O jedzeniu słów kilka
Można w Chorwacji zjeść smacznie. Mimo to jednak wolę kuchnię grecką...:)
Głównie jadaliśmy oczywiście owoce morza. Scampi na żaru (czyli krewetki z grilla), ryby - mnóstwo ryb, najczęściej też z grilla, pyszne. Funkcjonowało też coś takiego jak talerz owoców morza. Muszle w sosie. Sałatka krabowa. Wszystko świeżutkie i palce lizać :)
Ale nie samymi owocami morza żeglarz żyje. Były zatem dania "lądowe", którymi głównie żywili się Gniady i Pawełek, były naleśniki - podawane z czekoladą, były cevapcici - bardzo smaczne mielone mięso baranie w formie podłużnych kiełbasek. W ramach sałatki była po prostu... sałata. Zielona, na przykład świeżo zerwana z przyknajpianego ogródka...:)


Wieczorem kapitan zrobił nam szkolenie z zachowania się na jachcie.
- To są kapoki. Kapoki macie mieć na kojach podczas płynięcia. A tak się je zakłada. Nie plącz mi tych sznurków... Bardzo proszę, teraz każdy zakłada swój kapok... Nieee, nie tak, to masz mieć z przodu... Dla Moniki kapok dziecięcy?... A w ogóle to ile mamy tych kapoków?...
Na pokładzie się zaroiło, bo każdy nagle zaczął się miotać i szamotać z kapokiem. Kapok niby prosta rzecz, a jednak założyć poprawnie trudno. W końcu każdemu się udało i wszyscy toczyliśmy dumnym wzrokiem wokół. Ale to nie koniec atrakcji...
- Zdejmujemy kapoki - oznajmił kapitan - i zakładamy szelki...
Krótki jęk rozczarowania i po chwili wszyscy zaczęli szamotać się w paskach z klamerkami.
- Jak ja mam to założyć?... Ale to nie działa!... Coś mnie tu uwiera... Poplątało mi się!... Rany boskie, kto to wymyślił???...
W końcu i to zostało opanowane. Gniady i Wilczy cierpliwie tłumaczyli, w którą stronę te paski należy trzymać, żeby działało, nie uwierało i nie plątało się i wreszcie uznaliśmy szkolenie za zakończone. A imprezę za rozpoczętą...:))
Kiedy na stole pojawiła się flaszka, to nie wiem. Wiem, że towarzystwo było mało pijące, zmęczone trochę podróżą i dniem pełnym atrakcji, ustalono pobudkę na 7.15 (bo czyjś budzik w telefonie tak był ustawiony i nie wiadomo było, jak go przestawić...:) i poszliśmy spać. Wreszcie na płaskim terenie, a nie w lodowatym autobusie...

Niedziela, Zadar - Soline

Jeszcze szybkie zakupy, śniadanko i wypływamy. Na moją nieśmiałą sugestię, że może by tak się ubrać w koszulki firmowe, Gniady odpowiedział:
- No co ty, lepiej nie, bo jak się okaże, że w coś przyp..., to będzie wstyd, a tak to nikt nas nie pozna...:)
Pomimo obaw i ciasnego przejścia między kejami wyszliśmy z mariny bez problemu. Potem pokręciliśmy kółeczka po porcie, bo jakiś wielki prom wpływał (a może wykręcał) i trzeba było go przepuścić (chociażby z tego względu, że on większy i nawet by nas nie poczuł...), a potem to... "Już znikają główki portu, w którym stary został dom...".
Poczuliśmy wiatr w żaglach (bo wiało, z południa), Jacek powiedział, że płyniemy do Soliny ("Co?... W Bieszczady?... Trochę mamy daleko...;-p"), Gniady za sterem przyglądał się z pewną taką nieśmiałością wielkiemu GPS-owi, a my zrozumieliśmy wreszcie - są wakacje!...

O wiatrach na Adriatyku
Głównie mówi się o dwóch: bora i sirocco. Obydwa potrafią narobić bałaganu na morzu. Bora to wiatr wiejący - uogólniając - od lądu w stronę morza. Zimne, ciężkie powietrze, spadające z gór. Przychodzi dość niespodziewanie, w ciągu kilku minut osiąga prędkość do 45-55 węzłów.
Sirocco, zwane też jugo, to suchy, gorący wiatr wiejący z Afryki, czyli z południowego wschodu. Jego prędkość to 16-20 węzłów. Podnosi jednak bardzo wysoką falę.
Prognoza pogody dla żeglarzy jest co rano wywieszana w marinach i zwykle się sprawdza. Panie obsługujące marinę od strony biurowej ściągają ją z Internetu, ale niestety nie podejrzałam, z jakiej strony :)


Wilczy z Gniadym zaczęli omawiać funkcje GPS-a. Instrukcja obsługi, jasne, była, po włosku. Włoski piękny język, ale...:))) Do końca rejsu odkrywali codziennie jakieś nowe ciekawe zalety tego ślicznego skądinąd urządzenia... Dla reszty załogi najważniejszą funkcją było pokazywanie temperatury wody...
- Co?... Szesnaście stopni??? I ja mam się w tym kąpać???...
- Nieee, nie musisz - nie ma przymusu kąpieli...
- Poza tym nie szesnaście, tylko szesnaście przecinek cztery!...
- No tak, to faktycznie gigantyczna różnica...
Płynęliśmy za Jackiem, który w sumie namówił nas na tę Solinę. Pierwsze przejście między wyspami, pierwsze testy GPS-a i echosondy, ciekawe, ile mamy do dna... Locja mówi, że kilkanaście metrów, o ile nic się nie zmieniło, przejdziemy z palcem w nosie...
Opłynęliśmy wyspę Ugljan i zmieniliśmy kurs na południowo-zachodni. W kokpicie łódki był mały rysunek, pokazujący, że pod most łączący Ugljan z Pašmanem mamy się nie pchać, bo się nie zmieścimy...:) Do steru pchali się póki co wszyscy, to początek, każdy chce poczuć Moc...:)

Z smsów
Nasza pozycja: 44° 08' 16" N, 15° 03' 55" E. Prędkość 2 węzły. Kierunek SW. I pogoda jak drut!


Dopłynęliśmy do Soline. Zatoczka na wyspie Pašman, osłonięta od morza wysuniętym cyplem. Kotwicowisko. Większość bojek zajęta, sporo jachtów przypłynęło na tą noc. Między nimi krążył pontonik z ludźmi zbierającymi opłaty. Podpłynęli do nas.
- Długość jachtu? - zapytała pani, uśmiechając się przyjaźnie.
Gniady kucnął na rufie i rozpoczął konwersację.
- Dziesięć metrów.
- Acha!... - kiwnęła pani z szerszym uśmiechem. - Jedenaście!...
- No dobra, niech będzie jedenaście - odpowiedział Gniady.
- A ile osób?
- Osiem.
Pani pobazgrała po kartce, skasowała 87 kun i radośnie uśmiechnięta kiwnęła na mężczyznę, pomachali nam i odpłynęli do następnego jachtu.

O języku
Dogadywaliśmy się głównie po polsku. Gniady powiedział, że nie chce rozmawiać po niemiecku, żebyśmy się nie kojarzyli z Niemcami. W zanadrzu mieliśmy więc angielski, ale okazało się, że właściwie prawie nie był nam potrzebny - my rozumieliśmy ich, oni nas, a każdy mówił w swoim języku.
Najśmieszniej jednak było ostatniego dnia, kiedy na moście w Zadarze Gniady zderzył się z jakąś kobietą, odruchowo powiedział "przepraszam" i otrzymał odpowiedź "nic nie szkodzi". Polka?...:)


Do brzegu dopłynęliśmy mało stabilnym - moim zdaniem - pontonem, na trzy raty. Na lądzie dwa czy trzy budynki - knajpy. Stoliki pod słomianymi dachami. Grill a na nim rybki. I ani jednego wolnego miejsca...
Jacek miał stolik, znajomi mu przytrzymali, dla nas jednak miejsce się nie znalazło, zajrzeliśmy zatem obok, pod wiatę przy drugim budynku.
- Chcielibyśmy zjeść kolację - zaczęliśmy nieśmiało.
- Ryba - oznajmił nam pan.
- A jaka ryba?
- Ryba.
- Może być i ryba, tylko usiąść nie ma gdzie...
- Zaraz będą wolne stoliki.
Faktycznie, Niemcy, którzy siedzieli pod wiatą przenieśli się pod drugą ścianę domu, stoliki zostały przetarte i mogliśmy usiąść. Pan poszedł na keję, wyciągnął z wody 8 ryb, wrzucił je do plastikowego pojemnika i przytrzasnął wieko kamieniem. Nie ruszając się z miejsca, słyszeliśmy, jak ryby tłuką się i rzucają. Dziewczyny spojrzały po sobie z dziwnym wyrazem twarzy:
- Ja już chyba nie mam ochoty na jedzenie...
Na stół tymczasem wjechało wino, woda i... przystawka. Anchovies!... Niezamówione, ale smakowały wyśmienicie. Zastanawialiśmy się, ile sobie potem państwo policzą za przystawkę i ciekawe, czy płaci się "za chleb"... Rozleźliśmy się trochę po okolicy, przy malutkiej kei od strony kotwicowiska - kilkanaście pontonów, przy kejach z drugiej strony - kilka kutrów i łódek. Powoli zachodziło słońce, nasze ryby, już oskrobane i wypatroszone, skwierczały na patelni, z otwartych drzwi domu zapachy drażniły nasze żołądki, wino pobudzało apetyt. Wreszcie - wjechały na stół: ryby, ziemniaki (a kto je zamawiał?...) i sałata. Pyszne!... Nie tylko dlatego, że głodni byliśmy potężnie, ale po prostu ryba była smaczna. Prawdopodobnie nazywała się zubatac, ale pewności nie mamy...:)
Po pysznej kolacji przyszedł czas zapłacić. Na typową knajpę to to nie wyglądało, kart żadnych nie widzieliśmy, o cenę nie pytaliśmy, zatem z duszą na ramieniu przekroczyłam próg chaty. Dyskretnie rozejrzałam się po wnętrzu. Z lewej - łóżko, typowe wiejskie łoże przykryte jakąś narzutą, na ścianie krzyż, na środku duży drewniany stół przykryty ceratą, po prawej kredens, za stołem normalna kuchnia. Na ścianach obrazki, wokół krzesła, poduszki, szmatki, typowe wnętrze wiejskiego domu, w którym mieszka dwoje starszych ludzi. Kolacja wyniosła nas 680 kun, co daje po 85 na osobę (w przeliczeniu około 46 zł).
Tego wieczoru już nie balowaliśmy, dzień trochę nas zmęczył, więc szybko poszliśmy spać.

Poniedziałek, Solina - Skradin

To miał być długi przelot. Gniady z Pawłem i Wilczym mierzyli, zastanawiali się, myśleli, kombinowali, ale w końcu postanowili zaryzykować :) Pobudka znów nastąpiła o jakiejś barbarzyńskiej godzinie (ja do pracy tak wcześnie nie wstaję, jak wstawałam na rejsie...;-p), wypłynęliśmy czym prędzej i śniadanie robiliśmy już na wodzie. Muszę sprawiedliwie przyznać, że gdyby nie dziewczyny, to jedlibyśmy byle co, bo ja mam nastawienie do przygotowywania posiłków raczej negatywne, a one starały się, aby było i smacznie, i ładnie...:)))
Po drodze mijaliśmy mnóstwo malowniczych latarni morskich i różnych znaków, które chłopaki omawiali ze znawstwem. Reszta bez skrępowania korzystała ze słońca, co całkiem niedługo zaczęło się czuć. Krem z filtrem 40 wcale nie był taką przesadą...

Z smsów
Dobrze mi tu, słońce jest, woda też, kalmary. Luksusy niepoważne, GPS i autopilot. Wino i ryby. Tylko wiatr słaby. Nasza pozycja: 43° 49' 32" N, 15° 28' 92" E.


W planach mieliśmy wpłynięcie w rzekę Krka, dopłynięcie do ostatniej możliwej mariny i obejrzenie wodospadów. Ale najpierw, rzecz jasna, kąpiel w morzu. Dla mnie pierwsza, dla innych już druga, niektórzy kąpali się poprzedniego dnia i jakoś tak kłopoty mieli z wejściem do wody. Raz kozie śmierć - pomyślałam starym polskim przysłowiem i zlazłam szybko z jachtu pierwsza, żeby mieć to już za sobą. Woda... hmmm... orzeźwiająca :))) Pierwszy moment oczywiście jest koszmarny, potem jednak robi się już przyjemnie, nawet pomimo tych 17 stopni. Dno nie jest tak piękne jak w Morzu Czerwonym, ale trzeba uważać, głównie na jeżowce, których tu pełno. Po kąpieli ciało nie jest tak koszmarnie rozgrzane, a wręcz jest chłodne... Prysznic na rufie pozwala zmyć z siebie obrzydliwą sól, można płynąć dalej! :)
Obiad gotowany na wodzie smakował nam wspaniale, chociaż kłopoty mieliśmy z kuchenką. Nie chciała się zapalić i Paweł, walcząc z nią, poparzył sobie palce, ale w końcu wygrał. Największy garnek, jaki mieliśmy, ledwo pomieścił makaron dla 8 osób, a jak ten makaron zaczął rosnąć, to już w ogóle zrobiło się śmiesznie. Potem doszliśmy do wniosku, że należy gotować go na dwie tury...:)
Wpłynęliśmy w rzekę. Dziwne uczucie, płynąć jachtem morskim między brzegami, ale na szczęście nie byliśmy jedyni. Ruch jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu - jedni tam, drudzy z powrotem.
Tymczasem na horyzoncie pojawił się most.
- O, ciekawe, czy się pod nim zmieścimy...
- No pewnie, że się zmieścimy!...
- Ale zobaczcie, jak to wygląda, jak tamten jacht dopływa... Zupełnie jakby miał zaraz masztem zahaczyć...
Pełna skupienia cisza...
- Przepłynął i jeszcze ile miał do mostu!... - westchnienie ulgi.
Jeszcze kilka zakrętów, kanion zrobił się węższy i dopłynęliśmy (mijając kolejny most, który - chociaż wyższy - nie zrobił na nas tak wielkiego wrażenia) do Skradina. Spora marina - ACI Skradin, ale z dużym obłożeniem - jachtów była cała masa, niemniej jednak zostało jeszcze kilka wolnych miejsc. Potem okazało się, że głębiej wolnych miejsc było więcej.
Po zacumowaniu szybkie zakupy (przydały się krótkofalówki, hehe) i ruszyliśmy do wodospadów. Najpierw dookoła mariny (jakoś tak wszędzie miasteczko jest po drugiej stronie zatoki niż marina...), ślicznymi mostkami nad przesmykiem, przez miasteczko, w którym właśnie odbywał się plener malarski i mnóstwo ludzi siedziało w cieniu i malowało domki, potem wzdłuż rzeki; powoli zabudowania stały się coraz rzadsze. W końcu weszliśmy do Parku Narodowego Wodospadów Krka.

Do wodospadów prowadzi polna droga. Można iść na piechotę, jechać rowerem lub popłynąć rzeką - wodną taksówką :) Motorówki - albo stateczki - odpływają ze Skradina co pół godziny i podobno podróż nimi jest bezpłatna. My nie załapaliśmy się na taką wycieczkę, nawet o niej nie myśleliśmy, dlatego poszliśmy na piechotę. Droga jest dosyć długa... Ale są wyznaczone miejsca odpoczynku - ławeczki :)

Szliśmy i szliśmy, a celu nie widać ani nie słychać. W pewnym momencie z naprzeciwka mijała nas grupa osób.
- Daleko jeszcze do wodospadów?
- Będzie z pół godziny...
- Z godzina...
Dwie sprzeczne odpowiedzi trochę nas podłamały. Doszliśmy jednak sprytnie do wniosku, że oni szli pod górkę, dlatego wydawało im się, że idzie się dłużej... Zmęczeni ale uparci szliśmy dalej i w końcu... Tak!... Usłyszeliśmy szum!...
Za chwilę też wyłoniło się wejście na teren wodospadów. Obok budki, w której normalnie sprzedaje się bilety, stał strażnik i z uśmiechem powstrzymał nasz zapał:
- Ale już zamknięte...
- Co?... - nie mogliśmy uwierzyć. - Jak to zamknięte, to myśmy taki kawał szli, a tutaj zamknięte??? Może chociaż zobaczymy kawałeczek?...
Strażnik uległ naszym pięknym oczom i powiedział:
- Macie piętnaście minut!...
Podziękowaliśmy już w biegu i pognaliśmy oglądać cuda natury. Szkoda było cennego czasu na oglądanie się za siebie :)
Pierwsze, co nas zatrzymało, to śnieg.
Całe połacie ziemi były pod śniegiem.
Dopiero po chwili dotarło do nas, że to nie może być śnieg, bo jest maj i jest ciepło. Na ziemi leżał biały puch i wyglądał dokładnie jak świeży śnieg...:)
Zaraz potem dotarliśmy do ruinek domku, które całkowicie zarosły bluszczem. Przez okienko wpadał do ruinki strumyk - nasz pierwszy miniwodospad :) A za chwilę wodospady pojawiły się w całej swojej krasie.
Widok nie do opisania, tym bardziej, że połączony z atrakcjami słuchowymi. Kilkanaście - a może raczej kilkadziesiąt wodospadów, zielone wyspy i szum wody. Raj dla fotoreportera, ale mającego więcej czasu i statyw. No i lepsze światło, bo powoli zaczynał zapadać zmrok...
Wracając, zahaczyliśmy o sklep i o prognozę pogody. Na noc i następne przedpołudnie zapowiadali burzę, opady i w ogóle pogorszenie pogody. Niezdecydowani zatrzymaliśmy się przy restauracji i w końcu weszliśmy do środka. To znaczy pod wiatę :) Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość, bo okazało się, że kelner jest jeden, a jeść chcą wszyscy. Po złożeniu zamówienia co jakiś czas przechodziliśmy koło grilla, patrząc, czy to może wreszcie nasze jedzonko się już piecze...:) Wreszcie, najedzeni, ruszyliśmy do łódki. Poszliśmy spać, patrząc, jak niebo zasnuwają chmury. Most, zbudowany dla potrzeb autostrady, świecił w ciemnościach równym rządkiem latarni. Księżyc schował się za chmury.

Wtorek, Skradin - Trogir

Rano poszliśmy z Gniadym zapłacić za marinę. Kosztowała nas 299 kun i właściwie prawie wszędzie płaciliśmy coś w tych granicach. Zatankowaliśmy wodę, uzupełniliśmy zaopatrzenie (na przykład nabyliśmy pięciolitrową butelkę wina :) i wyruszyliśmy do Trogiru. Tego dnia też czekała nas długa droga, a pogoda była nieciekawa. W nocy padało, teraz na szczęście nie, ale było pochmurno, chociaż gorąco. Poubierani w sztormiaczki popłynęliśmy do wyjścia z rzeki.

Toalety
To mój ulubiony temat :) Muszę przyznać, że stanem toalet w Chorwacji jestem mile zaskoczona. Wszędzie jest czysto i przyjemnie, nic nie śmierdzi, nic nie pływa, nie ma włosów w umywalkach - w toaletach w marinach non stop ktoś sprząta. Poza tym wszystko jest naprawdę na wysokim poziomie. Nowe - albo świetnie utrzymane - sedesy, umywalki, lustra, dozowniki na mydło. Nigdzie nie zabrakło ani mydła, ani ręczniczków papierowych, ani papieru toaletowego, który zresztą w większości przypadków nie był normalnie nawinięty na rolkę, a składał się z oddzielnych płatków. Czasami zdarzało się, że w jednej z kabin był popsuty zamek, któryś kran ciężej chodził itd. - ale generalnie toalety naprawdę mają w świetnym stanie. Duże brawa - bo takiej cywilizacji w innych krajach unijnych to ze świecą szukać...


Na morzu okazuje się, że wieje bardziej niż wczoraj, stawiamy więc wszystkie żagle i idziemy w delikatnym przechyle. Morze jest jednak rozbujane, jacht wznosi się i opada na falach, trochę nami rzuca. Robi się za gorąco na sztormiaki, ale ciągle za zimno na kąpielówki. Pawełek siada na dziobie i "czuje wolność", potem go na chwilę zmieniam. To fantastyczne uczucie - bujanie dziobem. Zawsze lubiłam huśtawki :)))
W pewnym momencie słyszę jakieś stłumione uderzenie i wrzaski z rufy. Paweł za sterem, Magda na podłodze w kokpicie... No Paweł, jak mogłeś???:))) Bujnęło mocniej i biedna Magda, starając się ocalić napój w szklance, wylądowała na podłodze. Napój hmmm... prawie ocaliła... reszta wyschnie :)
Tego dnia osiągnęliśmy maksymalną prędkość - ponad 8 węzłów, jesteśmy z siebie - a raczej z łajby - dumni szalenie :)
Tradycyjnie zatrzymujemy się w zatoczce na kąpiel i obiad. Pcham się do wody pierwsza, jakbym popatrzyła na szczękanie zębami innych, toby mi się odechciało :) Monika z Wilczym nurkują, Pawełek ściąga ponton i płynie do brzegu. Lato...:)
Po obiedzie obieramy kurs na Trogir, dopływamy i cumujemy w sporej, ale zapchanej marinie ACI Trogir naprzeciwko starówki. Luksusowe jak zwykle toalety. Idziemy w miasto...:)
Włóczymy się uliczkami przepięknej starówki, domy zbudowane z kamienia, widać, że wiekowe, drewniane okiennice z żaluzjami, balkoniki, kwiaty. Uśmiechnięci ludzie. Co krok jakaś knajpka, szczególnie rozczulające są te w wąskich przejściach między domami, wprost na chodniku. Na starówce tego nie widać, ale na zwykłych domach owszem: ślady po kulach, po niedawnej przecież wojnie. Odłupane kawałki tynków.

Lody
Z tymi lodami to jest w ogóle dziwna sprawa. Generalnie lodów w Chorwacji NIE MA. U nas idziesz do byle sklepu, na osiedlu, na wsi, na stacji benzynowej, na okrągło cały rok, wszędzie są lody. Tam nie... Na pytania w knajpach o lody kelnerzy patrzyli na nas jak na dziwolągi i odpowiadali, że nie ma, nie ma, będą, ale w lipcu... Teraz, panie, nie sezon na lody!... W sklepach wcale nie było lepiej: lady chłodnicze stały, owszem, w większości przypadków puste... Lody w knajpie widzieliśmy dwa razy: w Trogirze na starówce i w Zadarze w restauracji Marko Polo. Doprawdy, dziwny kraj.


Siadamy w knajpce na ryneczku i zamawiamy lody. Lody są wielkie i kolorowe, kawa pyszna. Włócząc się po okolicy, trafiamy do rozlewni wina. Gdyby tak przyjść tu z naszą pustą flaszką pięciolitrową?... Pomysł zakwitł i zaowocował i tym sposobem zaopatrzyliśmy się w wino na następny dzień.
Wieczorem część z nas poniosło na starówkę z powrotem. Chcieliśmy wejść na wieżę widokową, ale oczywiście okazała się być już zamknięta. Poszliśmy zatem w wąskie uliczki. Kolację mieliśmy jeść co prawda na jachcie, ale tak się złożyło, że jednak weszliśmy do knajpki i już tam zostaliśmy. Knajpka w formie długiej kiszki między dwoma wysokimi budynkami, miejsca akurat tyle, że zmieścił się stolik i przejście. Po ścianie naprzeciwko naszego stolika biegał sobie gekon...:)
Usiłowaliśmy się skomunikować z resztą załogi, która wcale nie była jakoś specjalnie daleko, ale wysokie mury tłumiły zasięg krótkofalówek. Jednak udało się połączyć z Gniadym, który potem opowiadał, że musiał wejść na dek i dopiero nas złapał. Zażyczył sobie fajki i uprzejmie się rozłączył, lekko trzeszcząc.
Orgia fotograficzna - szaleństwo świateł i cieni było zbyt piękne, by mu się oprzeć :)
Kiedy skruszeni wróciliśmy na jacht, powitały nas pełne wyrzutu spojrzenia reszty załogi. Na stole - flaszka i resztki kolacji.
- Mieliśmy jeść na jachcie, tak?...
- Noooo... ale ta knajpa nas sama wciągnęła!...
- Jassssne....

Sierściuchy
Nie pamiętam już, w którym momencie Monika po raz pierwszy użyła tego słowa - ale rozwaliła nim wszystkich. Chyba przy okazji rybki na talerzu, kiedy to oznajmiła, że będzie spożywała sierściucha... Od tej pory sierściuchem stawało się wszystko, bez względu na faktyczny stan:) Tak więc fauna i flora, obserwowana z pokładu jachtu, była określana mianem sierściuchów, ale też gekon na ścianie i np. ludzie na innych łódkach. Kiedy nie wiadomo było, jak coś nazwać, mówiło się o nim per "sierściuch" - i wszystko jasne :)
Monika jednakże na tym nie skończyła. Któregoś wieczoru powaliła nas rymowanką: Stanęła u drzwi załoga dżi i jeż Kleofas :-)

Środa, Trogir - Rogoznica

Następnego ranka ci, co wstali wcześnie, poszli na kawę do miasta i wrócili z rozanielonymi twarzami.
- Pyyycha - oznajmili tym, którzy zostali i im zazdrościli.
Nagle na pokładzie dało się zauważyć lekkie zamieszanie. To Pawełek ze zdezorientowanym wyrazem twarzy rozglądał się dookoła. W końcu zapytał:
- Ale właściwie... czy ktoś może widział mój ręcznik???...
Wszyscy spojrzeliśmy na niego z nowym zainteresowaniem.
- Taki niebieski. W paseczki. Wczoraj go jeszcze miałem...
- Znajdzie się - zbagatelizowaliśmy sprawę.
- Obawiam się, że nie... W kabinie go nie ma... Powiesiłem go na relingu wczoraj wieczorem a dziś już go tu nie ma...
- Może spadł do wody?
Cała załoga rzuciła się na prawą burtę wyjrzeć, jachtem zabujało. Kilka par oczu spojrzało w głęboką i nieprzejrzystą wody toń. W zapadłej ciszy usłyszeliśmy głos Pawła:
- Jak wpadł do wody, to się utopił. Ręczniki toną bardzo szybko...
- Biedny ręcznik...
- Biedny to ja! - zaprotestował Pawełek. - No normalnie nie mam teraz ręcznika!...
- Mogę ci jeden dać, chcesz? - zaproponowałam wspaniałomyślnie.
- Ty co, wagon ręczników ze sobą wozisz?
- E, mam jeden zapasowy, akurat gdyby taki Pawełek zgubił, żeby mu dać!
- Może sama mu wyrzuciłaś ten ręcznik za burtę, żeby się teraz swojego pozbyć...
Przyszedł czas opuścić Trogir, powoli udawaliśmy się na północ, z powrotem. Wiatr, oczywiście, wiał przeciwko nam, więc ze stawiania żagli nic nie wyszło, szliśmy na dieselgrocie ;-p Nie spieszyliśmy się za specjalnie, bo wiadomo było, że do Zadaru zdążymy dopłynąć na piątek wieczór. No to co? No to zatoczka!...:)
Zatoczkę wybraliśmy przepiękną, z piaszczystą plażą, co się praktycznie tutaj nie zdarza. Spokojna woda, lekkie bujanie, lazur nieba i te sprawy...:) Kiedy już prawie wszyscy znaleźli się w wodzie, nagle okazało się, że łajba z Gniadym i Pawłem na pokładzie odpływa...
- Ale jak to?...
- Co oni robią?...
- Chyba nie chcą nas tu zostawić???
Lekka panika. Jednak nie, tylko przekotwiczyli łódkę kilka metrów dalej, na głębszą wodę, bo znosiło... Ufff...:)))
Ponieważ mieliśmy jeszcze sporo czasu, zatrzymaliśmy się w następnej zatoczce na kolejną radosną kąpiel. Tradycyjnie obiadek na kotwicy i ruszamy w dalszą drogę, cały czas mamy pod wiatr, więc silniczek idzie w ruch. Prędkość około 5 węzłów. Cumujemy w Rogoznicy, w marinie Frapa, marina oczywiście jest po przeciwnej stronie zatoki niż miasteczko. Stoi tu mnóstwo wielkich i luksusowych jachtów motorowych z wielkimi śrubami, przy jednej z żaglówek widzimy patent - cuma na amortyzatorze, fajna sprawa :) Toalety są na karty magnetyczne. Obok - knajpa pełna Niemców, z wielkim telewizorem, w którym leciał mecz. Krótkofalówki w dłoń, idziemy do miasta!...
Kłopot mieliśmy jak zwykle z wyborem knajpki, ale w końcu stanęliśmy przed trzema. Z jednej wyszedł szef, popatrzył na nas...
- Kto tu dowodzi? Ty? - wskazał na mnie, ja w popłochu usiłowałam pokazać Gniadego, ale mi gdzieś zniknął, okazało się jednak że niewiele miałam do gadania, bo pan już i tak podjął decyzję.
- Stolik na pięć osób - oznajmił.
- Nie!... Osiem!... W sumie osiem!...
- Dobra, szefica, ty się nie martw nic, zaraz będzie stolik. Panowie!... - huknął szef i panowie poszli za nim w głąb knajpy. Zestawiali stoliki i przysuwali krzesełka... Miejsce się zrobiło, czy tego chcieliśmy, czy nie. Powiadomiłam zatem resztę załogi, gdzie jesteśmy. Ludzie patrzyli na mnie jakoś dziwnie, jakby krótkofalówki nigdy nie widzieli...;-p
Mam wrażenie, że szeficą zostałam już do końca, bo i rachunek za kolację też jakoś tak lewitował w moim kierunku. Tiaaaa... Od razu widać, kto kasę trzyma ;-pp Byłam generalnie cenna wielce, aż się dziwię reszcie załogi, że puszczali mnie tak samopas, mógł mnie wszak ktoś napaść, na przykład inni Polacy!...;-p
Wróciliśmy do mariny w rozrywkowych humorach i postanowiliśmy się jeszcze czegoś napić. Okazało się jednak, że będzie z tym pewien kłopot... Do knajpy z Niemcami jakoś nam się nie chciało iść, znaleźliśmy jakąś inną kompletnie pustą i nieciekawą knajpkę, w końcu wróciliśmy na łódkę i ktoś wyciągnął drugą flaszkę. Rozlaliśmy do szklanek, uzupełniliśmy coca-colą. Pawełek, wytrząsając ostatnie krople z litrowej butli coli, oznajmił tragicznym tonem:
- No i litra poszło...
Przeraziliśmy się w pierwszej chwili, ale potem odetchnęliśmy, jak się okazało, że chodzi o colę. Niepotrzebnie jednak... Bo zaraz potem uzmysłowiliśmy sobie, że co prawda zakupy dziś robiliśmy, ale o coli nie pomyśleliśmy i jakby teraz nie mamy czym rozcieńczać... A sklepy są już nieczynne... Przerażenie nas ogarnęło na nowo. Gorączkowa narada.
- Może jeszcze można gdzieś coś kupić...
- Tia, na stacji benzynowej...
- Tutaj nie ma stacji benzynowej...
- Jest, ale strasznie daleko!...
- A te sklepy tam, jak się miasteczko zaczyna?
- One do ósmej tylko czynne, już dawno zamknięte...
- Szlag!... Co my teraz zrobimy?
- Tu knajpa jest... ta z Niemcami...
- Na pewno mają tam colę!
- Niech ktoś się przeleci.
- Paweł!... idź kup nam colę na wynos. Bez szklanek :)
- No właśnie, idź, bo z pragnienia padniemy!...
Pawełek poszedł. Nie było go jakiś długi czas. W końcu wrócił, niosąc cztery butelki 0,25 coli i klnąc pod nosem. Pawełek, ruszając z nami na rejs, był szalenie kulturalnym młodym człowiekiem, którego usta nie skalały się przekleństwem. Teraz klął jak szewc. Tak zupełnie na marginesie zastanawiam się, skąd on nabrał tych nawyków??? ;-p
- Ooo, masz picie! - ucieszyliśmy się natychmiast.
- No mam. Ale to najdroższa cola na świecie chyba jest!...
- Cicho, zaraz ci oddam pieniądze, nie marudź, siadaj i pij!...
- Dlaczego tak mało tej coli w ogóle?
- Bo na więcej mi pieniędzy nie starczyło!... Gość w ogóle nie rozumiał, co do niego mówię, chciał mi dać szklanki do niej, tłumaczyłem, że to na jacht. Nie chciał mi dać butelek! Musiałem obiecać, że jutro zwrócę mu butelki...
- Kaucja pewnie.
- To było straszne, więcej nie idę!
Po tym traumatycznym przeżyciu chwycił za szklankę, aby się odstresować...:) Za to zaczął Michał:
- Rany boskie. Dwie flaszki w tydzień. I to na 8 osób. Jak ja do domu wrócę? Jak ja się na oczy kolegom pokażę? Przecież to wstyd!... W dodatku niecałe dwie flaszki. I żeby chociaż dwie litrowe!... Ale też nie... Nie wracam do domu!...
Wilczy dorwał się do aparatu i zaczął robić dokumentację. Najciekawsze efekty dawało światło podwodne, umieszczone pod jednym z tych wielkich jachtów motorowych, dzięki niemu stojące obok łódki wyglądały jak zawieszone w powietrzu. Widzieliśmy też przepływające obok wielkich śrub spore ryby, na raz bym takiej nie zjadła na obiadek...:) Za dnia ta woda jest kompletnie nieprzejrzysta, ale w nocy podświetlenie robiło cuda :) W końcu, zniesmaczeni stosunkiem wódki do popitki (wódki było więcej, nie jesteśmy prawdziwymi Polakami katolikami), w obliczu skończenia się popitki, a wódki wręcz przeciwnie, poszliśmy spać.

Czwartek, Rogoznica - Murter

Zwyczaj porannej kawy pitej w miejscowych knajpkach zakorzenił się na amen, tym razem wybrałam się i ja. Szybkie zakupy, szybka kawa i wypływamy. Śniadanie, jak zwykle, już na morzu. Pogoda cały czas taka sama, czyli słońce i wmordewind. Spaleni już cokolwiek, kombinujemy, co zrobić, żeby się nie poparzyć, tylko Gniademu to nie przeszkadza kompletnie. Opalił się w koszulkę :)))
Zatoczka, kotwica, kąpiel... Pawełek jak zwykle wsiadł na ponton i popłynął na brzeg, a potem zniknął w chaszczach, szukając drogi na wzgórze. W końcu tą drogę znalazł i relacjonował nam, co widzi - a to piękne zatoczki, a to sarenki, a to kwiatuszki, a to po prostu "tu jest pięęęęęknie!..." :))) Po czym zniknął na drugiej stronie górki.
- Paweł, Paweł, zgłoś się!
- Tu jest pięęęknie!...
- Tak, to już wiemy, ale obiad jest. Wracaj na obiad. Gdzie jesteś?
- Jestem na drugiej stronie wyspy i piję zimne piwko.
- COOOOOO????? - rozległo się nagle dookoła i kto żyw przyleciał posłuchać krótkofalówki.
- Obrzydliwiec!...
- Jak on może!...
- Łże parszywie!...
- No właśnie, żadnego piwa tam nie ma!...
- Ty kłamco!...
- Zrobię sobie zdjęcie - zaskrzeczała krótkofalówka - i wam pokażę!...
- Rób, rób! Jak tak można...
- W takim razie obiad zjemy bez ciebie!
- Dooobra, już dobra, zaraz wracam...
Pokazał potem zdjęcie. Faktycznie pił piwo. Po drugiej stronie wyspy była knajpka...
Po obiedzie płyniemy dalej, panowie odważnie postanawiają przejść bardzo płytkim przejściem między wyspami. Głębokość według locji - 2,8 metra. Teoretycznie powinniśmy przejść bez problemu, ale na wszelki wypadek płyniemy powolusieńku, cały czas pilnując echosondy. Cała załoga skupiona. Na pokładzie cisza. Tylko co chwila słychać, jak ktoś odczytuje dane z echosondy. Kiedy głębokość stawała się mniejsza niż 3 metry, echosonda piszczała i w końcu wyłączyliśmy jej sygnały dźwiękowe, bo oszaleć można było...
Ucieszyliśmy się, jak zaczęła pokazywać coraz większe liczby i dumni z siebie dopłynęliśmy do mariny Hramina w miasteczku Murter, na wyspie Murter. Oczywiście ruszyliśmy w miasto :)
Okazało się, że wybór knajpy to nie lada problem - jakoś tak z każdą jest coś nie tak, a kiszki marsza grają wojennego. W końcu usiedliśmy w chyba ostatniej knajpie w mieście, ale okazało się, że to był doskonały wybór :) Pawełek z Gniadym zamówili prażony ser, ja cevapcici, Wilczy oczywiście talerz owoców morza. Jedzenie było wyśmienite...:)) Pawełek do końca wyjazdu wspominał ten ser... Na do widzenia dostaliśmy jeszcze flaszkę z rakiją. Tiaaa - wino i woda się skończyły i nie było czym popić, a rakija to bimber pierwyj sort jest :) W każdym razie mężnie spróbowaliśmy umoczyć w tym usta i... wystarczy :)))
Nie dane nam było jednak pójść spać. Pawełek zaczął swoją litanię.
- Napiłbym się "sex on the beach".
- Seksu ci brakuje?
- Bo piłem w Bułgarii i tutaj też chcę spróbować.
- No możemy zajrzeć do jakiejś knajpy...
I tym sposobem Murter oglądał stadko ubranych w firmowe koszulki ludzi, chodzących od knajpy do knajpy i przeglądających karty drinków. Gdzie karty nie było, pytaliśmy wprost, czy dostaniemy sex. On the beach :) Kelnerzy patrzyli na nas jak na ufoludki i odpowiadali, kręcąc przecząco głową. Sexu nie było nigdzie...
Ostatnie możliwe miejsce, jakiś miejscowy klub z bardzo głośną muzyką i fioletowym światełkiem, JEST!... Jest sex on the beach, więc weszliśmy, żeby już mieć ten problem z głowy, ulokowaliśmy się na tarasiku na pięterku i tylko dziewczyny się wyłamały z sexu. Coś w tym jest, chociaż żadna nie mówiła, że ją głowa boli...:))) Kelner przyniósł sex i dwie mineralne, które zdziwiły Wilczego, bo był przekonany, że zamawiał jedną. Błogość rozlała się po twarzy Pawełka. Po reszcie twarzy też, dobrze było popić czymś tę rakiję...:))) Więcej szaleństw na dziś nie przewidziano, wróciliśmy zatem grzecznie spać...

Piątek, Murter - Zadar

Ostatni dzień rejsu. Dziś musimy dopłynąć do Zadaru, żeby jutro rano zdać łódkę. Zakupy, tankowanie wody, wiadomo. Obok stoi łódka z Polakami, prosimy ich o zrobienie nam zbiorowego zdjęcia. Chłopak bardzo się stara - mówi np., czyja twarz jest w cieniu :) Mamy fotkę na płytkę.
Opuszczamy marinę pierwszej klasy, o czym świadczy na przykład stan toalet - pomijam już suszarki do włosów, ale muzyka?... Siedzę sobie na sedesie i słucham muzyki, pod prysznicem gra mi radio, no szał ciał i uprzęży!... Zastanawiamy się, ile nas wyniosą te luksusy, ale nie jest strasznie źle, 357 kun, drożej niż gdzie indziej, to prawda, ale ta pierwsza klasa!...:)))
Płyniemy na północ, na leniwca, czyli na autopilocie. To, że stoję za sterem, to taka ściema, bo on i tak robi swoje bez mojego udziału. Płyniemy teraz między stałym lądem a wyspami. Spieszy nam się do domu... Musimy jeszcze zatankować.
- A ciekawe, co by było, gdyby zabrakło dla nas miejsca w Zadarze?...
- Nie może zabraknąć... To jest port macierzysty tej łódki...
Obowiązkowa kąpiel w zatoczce. Ostatnia kąpiel. Podwójna - przed- i poobiednia :) Czujemy, że to już koniec wakacji, więc staramy się na maxa wykorzystać te ostatnie chwile. Wyciągamy wino i robimy imprezę na jachcie - radio włączone, szaleństwo, Pawełek filmuje :) Obok stoją jacyś Niemcy, ale Niemcy to mogą nas pocałować w rufę! ;-p
- No, miśki, ściągajcie majtki! - woła Michał do kąpiących się Magdy, Moniki i Pawła i proszę - skutek jest - Paweł macha nad głową kąpielówkami :))) Nie jest zresztą jedyny, po jachtach w zatoczkach szwendają się całkiem nadzy ludzie.
Obiad z resztek jedzenia, jakoś tak wystarczyło na styk tych porcji obiadowych. Do obiadu winko, jakoś tak mało go zostało, chociaż kupione było dziś rano...:) Naprawdę ostatnia kąpiel, Monika i Wilczy wyławiali muszelki i skorupy po jeżowcach, płyniemy dalej. Na silniku, cały czas pod wiatr, Gniady nie chce zgodzić się na postawienie żagli, bo bardzo zwolnimy. A dopłynąć dziś musimy...
Mijamy Sukošan i robimy się coraz bardziej milczący. Widać już Zadar. Wpływamy, trzeba zatankować jacht. Za nami ustawia się kolejka... Mieliśmy farta, bo przed nami tylko jeden jacht się tankuje. Normalna stacja benzynowa dla samochodów, z dwoma dystrybutorkami dla jachtów. A właściwie z jednym, bo ten drugi to ściema...
Tankowanie idzie tak sobie, w końcu wlewa się trochę ponad 50 litrów. Jedziemy zacumować przy macierzystej kei. Wąsko jak diabli, Gniady manewruje z uwagą, reszta miota się z odbijaczami po pokładzie. Paweł miota się z bosakiem :) Udaje się, stoimy, szklanka wina dla kapitana! Ale za chwilę wpływa kolejny jacht i okazuje się, że będzie cumował obok nas, więc musimy się przytulić do łajby stojącej obok, żeby mu zrobić miejsce. Powoli robimy klar na łódce, tamci się wpasowują przy naszej prawej burcie, na rufie stoi chudy jegomość i nogą odpycha się od naszego jachtu, nagle jest już w wodzie, wisi na rękach, zsunął się po mokrym pokładzie. Wilczy i Paweł pomagają mu wyjść na łódkę z powrotem, gdyby tam został, jachty zmiażdżyłyby go... Nawet na nas nie spojrzał. Jeden z dwóch pozostałych na pokładzie Niemców - bo to Niemcy byli, jak się okazało - mruknął tylko, że to wspaniały uczynek. Przestaliśmy czekać na podziękowania, porządkowaliśmy jacht, oni zacumowali i też robili klar. Dopiero jak skończyli, przebrali się i wychodzili z łódki, ten sam, co wcześniej mruczał, głośno nam podziękował za pomoc. Sądzę, że to był kapitan...

Inne nacje
Polacy, jadący na łódkę ośmioosobową, zbierają komplet załogi. Wiadomo, będzie taniej, poza tym weselej, no i w razie czego więcej rąk do pracy. Jesteśmy chyba jedynym takim narodem, cała reszta świata pływa w mniej osób niż może. Najczęściej pływają właśnie w 3 osoby. No cóż, ich na to, jak widać, stać. Nas stać rzadziej... :)
Poza tym najczęściej spotykaliśmy w Chorwacji właśnie Niemców, rzadziej Słowaków, raz tylko Włochów - a Włosi muszą być tam stałymi gośćmi, bo jeśli gdzieś były napisy w obcym języku (np. menu w knajpie, materiały na łódce) - były na pewno po włosku, a dopiero potem ewentualnie w innych językach. Ze dwa razy widzieliśmy też menu w języku polskim :)

Klar na łódce zrobiony, Gniady nie wiadomo kiedy skoczył po kolejny pięciolitrowy baniak wina, pijemy za rejs i idziemy na kolację do poleconej przez Jacka restauracji Marko Polo. Jest bardzo miło i ładnie - pomarańczowe ściany, pani, która wchodzi z nami w dyskusję po chorwacku (a my oczywiście po polsku), wino. Zamawiamy oczywiście ser prażony, Pawełek od pierwszgo kęsu mówi:
- Ale tam ten ser był lepszy...
Hasło zostaje, powtarzane potem przez wszystkich przy każdej okazji :) Potem idziemy w miasto, zwiedzać Zadar, szczególnie starówkę, wcześniej tego nie zrobiliśmy... Spacerujemy wąskimi uliczkami, zaglądamy do sklepów, Pawełek kupuje muzykę etniczną - znaczy, miejscową, dziewczyny oglądają buty, ja robię zdjęcia. Szkoda, że to już ostatni wieczór. Szukamy lodów, oczywiście bezskutecznie, bo lodów nie ma nigdzie...:) Z drinkami też jest kłopot...
Wracamy do mariny, kończymy wino, tak zupełnie przypadkiem liczę, poszło dziś 12 litrów... na 8 osób i cały dzień, ale to nasz zdecydowany rekord! :)) Z pakowania się i porządkowania nici, idziemy spać, budziki nastawione znów na barbarzyńską godzinę 7 rano...

Wracamy...:(

Gorączkowe ruchy na łódce, pakowanie, wynoszenie rzeczy na keję, osobistych, wspólnych, czyszczenie łódki, mycie naczyń, lodówki, wszystkiego... Tak, to prawda, oni ją i tak będą sprzątać, ale nie chcemy być fleje i świntuchy i chcemy oddać łódkę czystą. Żeby o nas dobrze myśleli :) W końcu "Lunga" gotowa jest do przekazania, Gniady ją zdaje, a my czekamy na werdykt na kei, powoli przenosząc bagaże pod biuro mariny. Wszystko jest ok, dostajemy z powrotem swoją kaucję, w dokładnie tych samych banknotach, jakie oddaliśmy :) To już definitywny koniec - teraz możemy tylko pójść na zakupy, w miasto... Idziemy zatem najpierw na śniadanie do Marko Polo, stoliki, które wczoraj zestawiliśmy, nadal stoją tak samo, mamy swoją miejscówkę...:) Potem z powrotem na starówkę, może za dnia będzie dla nas przyjaźniejsza, ale nie - ciągle nigdzie nie ma lodów :( Żegnamy się z Magdą i Pawłem, z Michałem się nie udało, bo jeździł autem dookoła starówki, nie mogli znaleźć miejsca do zaparkowania...:)
Pozostałą piątką włóczymy się trochę po mieście, wracamy do supermarketu niedaleko mariny, robimy zakupy - już takie do domu, wiadomo, to wino czy tamto, a może jeszcze inne, a w ogóle to ile tego wina i komu mamy je przywieźć?:))) Pršut, czekoladki...
Zamawiamy taksówkę przy pomocy pani z mariny (żeby przewieźć bagaże i jedną czy dwie osoby), ostatnie pieniądze na nią przeznaczając, ostatnia kąpiel pod prysznicem, przebieramy się w ciuchy podróżnicze, ostatnia wizyta w Marko Polo (obiad trzeba zjeść, nie?... stoliki nadal stoją specjalnie dla nas, w dodatku okazuje się, że tu są LODY!...) i ruszamy na dworzec. Podzieliliśmy się jeszcze krótkofalówkami, okazuje się, że dobrze zrobiliśmy, bo taksówka przyjechała bagażowa i zwinęła nas - idących na piechotę. Dotarliśmy zatem na dworzec, korzystając z uroków cywilizacji, czyli w klimatyzowanym wnętrzu :) Ceny za przewóz umowne, w dodatku płatne w euro...:)
Toaleta dworcowa przestała być taka fajna jak tydzień temu, bo teraz w wejściu stała typowa baba klozetowa i skrzeczącym głosem żądała pieniędzy za skorzystanie. Pieniędzy nie mieliśmy już wcale, bo udało nam się wydać wszystkie, ale pani zrozumieć tego nie chciała... Zyskała na tym tyle, że skorzystaliśmy z okolicznych krzaczków ;-p Autokar oczywiście się spóźnił, zajęliśmy swoje miejsca, znów okazało się, że Globtourist skorzystał z okazji i nasze wykupione a niewykorzystane miejsca sprzedał ponownie, przez co bagaże podręczne musieliśmy trzymać pod nogami. Niewygodnie było szalenie...
Wracamy. Tym razem bez postoju na obiad. Na Słowacji zatrzymujemy się na stacji benzynowej na poranną toaletę - ale Słowacy generalnie nie lubią takich autokarów, co to nie tankują się, a ludzi do kibelków wypuszczają tylko, Słowacy potrafią na przykład zamknąć toaletę albo zażądać za nią pieniędzy, których, rzecz jasna, my nie mamy, bo niby skąd mamy mieć słowackie korony jadąc tranzytem?...
W Polsce część pasażerów wpada na genialny pomysł, żeby autokar pojechał prosto do Warszawy, mijając Łódź, gdzie mają wysiąść dwie osoby. Przecież te osoby dojadą sobie potem pociągiem z Centralnego, nie? A wszyscy mamy już dość tej podróży... - No szczerze powiem, że takiego chamstwa to ja już dawno nie widziałam, i gdyby nie to, że Wilczy sam tę sprawę załatwił, to przecież bym tych ludzi poupychała chyba na półkach na bagaż podręczny. W kawałkach!...
Wysiadamy w Warszawie pod Kongresową zmaltretowani koszmarnie, żywi, ale nieszczęśliwi. W Warszawie... upał.

Chorwacja - podsumowanie subiektywne :)
Chorwacja to piękny kraj. Rzeczywiście warto było pojechać. Ludzie sympatyczni - ani razu nie spotkaliśmy się z nieuprzejmością. Nie ma tego obłędnego pędu i pośpiechu. Klimat środziemnomorski jest przyjazny człowiekowi :) Nam był bardzo przyjazny - pogodę mieliśmy wspaniałą. O turystów się dba i to widać na - prawie - każdym kroku :) Wszędzie czysto i porządnie, żadnego graffitti na ścianach. Ceny - wyższe niż w Polsce, ale niższe niż w innych południowych krajach (np. Włochy...). Widoki wspaniałe. Gorąco polecam :)


Od Wilczego: psychuś... Jeśli rekreacyjna jednostka żaglowa ma 11,65 m długości, jak nasza "Lunga", to śmiało możemy nazwać ją JACHTEM! A nie ciągle "łódka" i "łódka"... A może jeszcze... ż... żaglówka??? Ech... ;)


***
Drodzy moi! Ponieważ możecie mieć własne wspomnienia z wyjazdu, własną wersję wydarzeń lub coś do dodania, jako żem człek o wielkim sercu, niniejszym Wam to umożliwiam. Ekhm... krytyka niemile widziana ;-p
Skomentuj | Pokaż komentarze



Wyszperane w Sieci:

Chorwacja: http://www.croatia.hr/home/Default.aspx
Nasz port w Zadarze: bardzo_długi_link :)
Czarter jachtu: http://www.punt.pl/
Takim jachtem pływaliśmy: http://www.punt.pl/index2.php?typ_id=84&go=typ
Firma przewozowa: http://www.globtourist.pl/
Tu robiliśmy koszulki: http://www.orfi.pl/
Strona podróżnicza Pawełka (a na niej - jego relacja z rejsu): http://zalewski.net.pl/


psyche