Budapeszt kontrastowy, 11-13.09.2009 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Miasto w obiektywie
Trudny język węgierski
Budapeszt opanowany przez słonie!

Jak psyche chciała się ukulturalnić

"Po 55 latach od śmierci Roberta Capy jego zdjęcia można wreszcie oglądać w rodzinnym Budapeszcie. Mistrzowską kolekcję fotografii kupił węgierski rząd" - przeczytałam w Wyborczej któregoś pięknego poranka i jeśli nawet świadomość nie była jeszcze obudzona, to podświadomość już wiedziała: rezerwujemy bilety do Budapesztu!...
Robert Capa to jeden z największych światowych fotoreporterów. Najpierw nazywał się Andre Friedmann i był węgierskim Żydem, potem uciekał przed Niemcami i stał się Amerykaninem. Zginął w Wietnamie - pracując na kolejnej wojnie. Jak tylko zobaczyłam zajawkę artykułu, wiedziałam, że chcę obejrzeć tę wystawę!
Wyprawę zaczęłam przygotowywać metodycznie, zmuszając Wilczego do zarezerwowania biletów lotniczych (dopiero potem się zorientowałam, że wylot ustaliłam na znaczącą datę 11 września, a powrót na 13 ;-p), oraz wczytując się w przewodnik po mieście. Po przeczytaniu połowy wiedziałam już, że Budapeszt to duże miasto, pełne interesujących obiektów do oglądania. I że te trzy dni to może być mało, ale na pewno będą to dni intensywnego zwiedzania.

Ludwig Muzeum, Wodne Miasto, Góra Zamkowa, Miasto Leopolda

W piątek, 11 września, o 7.35 rano wsiadaliśmy półprzytomni do Embraera ERJ 145, witani przez wyspane stewardesy. Jak one to robią, że są przytomne o tej porze? My musieliśmy wstać o 4.20, żeby w ogóle tu dotrzeć!... Kebab na śniadanie kupiony w pośpiechu na Dworcu Centralnym zachlapał mi spodnie, co się okazało już na lotnisku. "Trudno, szybko schną, upierze się" - pomyślałam i tylko głupio mi się zrobiło, kiedy pani z ochrony obmacywała mnie po tym sosie kebabowym w okolicach kolanek. A mogła uwierzyć na słowo, że nic nie przemycam...;-p
Lot upłynął szybko i przed 9 rano byliśmy już na Węgrzech. Nie czekając na bagaż (bo sprytnie mieliśmy tylko podręczny) wypełzliśmy ze strefy przylotów, znaleźliśmy bankomat i kupiliśmy trzydniowe bilety. Na poczcie!... Pani z okienka bardzo pieczołowicie wypisała na świstkach datę i godzinę zakupu biletów, dzięki czemu nie trzeba ich było już nigdzie kasować - od tej pory są ważne trzy doby, na wszystko. Super :)
Bilet trzydniowy na komunikację miejską w Budapeszcie Zaopatrzeni w darmowe mapki miasta odszukaliśmy przed lotniskiem autobus numer 200E, wsiedliśmy i po chwili radośnie oglądaliśmy świat zza szyby.
- Jakoś tak... swojsko tu - powiedział Wilczy.
- Aha. Tak, jak u nas.
- Przynajmniej nie będziemy się czuli zagubieni....
Wysiedliśmy na przystanku końcowym, który był chyba pętlą wielu autobusów i końcową stacją metra. Metro tutaj biegło akurat po powierzchni, poszliśmy za ludźmi, część z nich zatrzymywała się przed wejściem na zadaszoną kładkę nad torami metra, przy budce, w której prawdopodobnie kupowali bilety. Po wdrapaniu się na szczyt schodów okazało się, że stoi tam ze trzech panów, którzy sprawdzają bilety. Aha, nie ma kontroli lotnej, sprawdzają bilety przed wejściem do metra, no dobrze...
Wagoniki metra pamiętają lepsze czasy, ale chyba ważne jest to, że jeżdżą. Że pomalowane i niekoniecznie czyste? Chyba nie spędza to nikomu snu z powiek :)
Nasza stacja bazowa to Ferenc korut. Niedaleko jest hostel, w którym wynajęliśmy dwa łóżka :) Orientujemy się na mapie i docieramy przez rozkopane uliczki do hostelu, ukrytego w starej kamienicy. Młody chłopak w rejestracji melduje nas, potem stara się przyjąć pieniądze, nie ma jak wydać, więc biega po okolicy próbując rozmienić nasze 10 tysięcy forintów, w końcu wraca i robi jakąś straszliwą machloję, dzięki czemu bogacimy się o 1000 forintów. Mam wrażenie, że coś jest nie tak, ale na razie idziemy do pokoju, zastanawiać się będziemy nad tym za chwilę.
Pokój numer 5, czteroosobowy, jedno łóżko zajęte, podnosi się z niego wysoki i chudy blondyn. Zaczynamy się miotać, zajmujemy piętrowe łóżko od strony drzwi. Okno pokoju wychodzi na... korytarz, którym przechodzimy do klatki schodowej. Zasłonięte jest jakąś szmatą, coby obcy nie zaglądali... W pokoju, prócz dwóch piętrowych łóżek, są cztery zamykane na kluczyk szafki, tam pakujemy swoje plecaki. Zwiedzam łazienkę, zupełnie przyzwoita, ciepła woda jest, jest super. Zastanawiamy się, co ze sobą wziąć, chudy blondyn patrzy na nas zaspanym wzrokiem i nagle pyta:
- Jesteście z Polski?
- Tak, a ty? - reaguję natychmiast.
- Jestem Niemcem - mówi.
- O, ale mówisz po polsku?
- Uczyłem się na uniwersytecie.
- Jak to? Uczyłeś się polskiego?... - nie mogę wyjść ze zdziwienia, nie jest to chyba codzienna sytuacja, chyba, że - jak twierdzi dziadek mojej koleżanki - język wroga należy znać...
- Trzy miesiące - mówi Niemiec. - Trudny język - uśmiecha się.
No tak, polska język, trudna język. Ale gość mówi zupełnie nieźle, chociaż oczywiście słychać, że Polakiem nie jest. Czasem brakuje mu słowa, zastanawia się wtedy dłużej. A rozumie całkiem sporo.
Przepakowaliśmy się do torebki, zabraliśmy aparaty, przewodnik, mapy i w drogę. Idziemy do muzeum na tę wystawę, na którą tu przyjechaliśmy, potem będziemy zwiedzać. Najpierw obowiązki, potem przyjemności ;)
Najpierw trafiliśmy na interesujący pomnik kilku wyrostków, najwyraźniej coś usiłujących narozrabiać. Nad nimi, na ścianie czegoś, co mogło być szkołą lub podobną instytucją, wisiała tablica z dużą ilością tekstu po węgiersku. Wilczy się wczytał, ja gapiłam się na chłopaków.
- Ej... czy to nie są przypadkiem chłopcy z Placu Broni?...
- Hy? - pytam inteligentnie, zastanawiając się, jak on to tam wyczytał.
- No bo tu jest Nemeczek! On przecież był w "Chłopcach z Placu Broni"!...
No tak...;) Czyli tuż przy hostelu mamy pomnik bohaterów literackich ;)
Docieramy do stacji metra, ulicą przejeżdża tramwaj karykaturalnej długości, gąsienica o długości co najmniej naszych 4 wagonów. Wilczy patrzy zafascynowany.
- Widzisz? - wytyka mi. - Patrzę na tramwaj!... Nie na jakąś babę na przystanku, tylko na tramwaj!...
- E tam, pewnie w tramwaju jakaś ponętna blondynka siedzi i tyle...;) - odgryzam się. Postanawiamy przejechać się takim wynalazkiem cały jeden przystanek. Wsiadamy i okazuje się, że tramwaj jest dwustronny - ma drzwi z obu stron. Pewnie ma tez z obu stron przystanki czasami, jak metro.
Wysiadamy i idziemy nad rzekę. Przejście podziemne wyrzuca nas na promenadę, ale podjeżdża kolejka podmiejska HEV, tutaj właśnie ma stację końcową. Muzeum jest tak strasznie daleko, przy następnym przystanku kolejki, może byśmy nią podjechali? Proponuję to Wilczemu, on się zgadza, zatem startuję. W start włożyłam mnóstwo energii, bo przecież kolejka może uciec. Wilczy zaczął otwierać usta, żeby zaproponować dojście do kolejki statecznym krokiem starszych państwa, ale nie zdążył. Wypadki potoczyły się bardzo szybko. Moja prawa noga trafiła na pręt w kolorze chodnika, zdradziecko wystający z niego na jakieś 15 cm, reszta ciała poleciała do przodu, pręt wyhamował nogę i nagle okazało się, że lecę lotem koszącym w dół. Chwilę później łomotnęłam o podłogę, myśląc intensywnie, żeby upaść nie na aparat, najwyżej na ten drugi obiektyw, już trudno...
Wilczy ze zgrozą na obliczu stanął nade mną.
- Właśnie miałem powiedzieć, żebyśmy nie biegli...
- Za wolno mówiłeś - mamrotnęłam, czując pieczenie w kolanie i oglądając zdartą skórę na prawej dłoni.
- Porwałam sobie spodnie!... - zauważyłam ułamek sekundy później. - To moje jedyne spodnie, w które się mieszczę. No i jedyne, które tu mam ze sobą!... Musimy mi kupić nowe spodnie - stwierdziłam.
Okazało się jednak, że najpierw trzeba się zająć kolanem, które bardzo malowniczo nabrało koloru czerwonego. Krew co prawda nie leciała ciurkiem, tylko się sączyła, ale kolano wyglądało na takie, co to zebrało z budapesztańskiego bruku mnóstwo bakterii i syfu i właśnie sobie zaczyna zakładać hodowlę.
- Nie wzięłam wody utlenionej!... - wyjęczałam patrząc na to ze zgrozą. - Przecież nie miałam jej w co wsadzić... Nie ma siły, musimy znaleźć aptekę.
Apteka na szczęście była całkiem niedaleko, weszliśmy, pokazałam pani za ladą kolano, pani w swoim języku powiedziała zapewne coś w rodzaju: "O mój Boże!" i po chwili na ladzie stały specyfiki oraz plastry. Wybrałam sobie specyfik odkażający w sprayu i największe plastry, jakie pani miała, Wilczy zapłacił (2354 forinty), pani z własnej woli przyniosła mi kawał waty nasączonej wodą i - korzystając z krzesełka obok - mogłam zrobić porządek z nogą. A ten bandyta, Wilczy, zaczął skakać dookoła mnie z aparatem. Obrzydliwiec!...
Wreszcie na nodze zawisł plaster i mogliśmy pójść znów w miasto.
- To co? Kolejką? - zapytał niewinnie Wilczy.
Ta, niewinnie, akurat!... ;-p
- Żadnych kolejek!... Nie ma mowy! Idziemy! Tylko patrz pod nogi! - zażądałam od niego i pomaszerowałam promenadą w kierunku muzeum.
Jakiś tysiąc kilometrów dalej, gdzieś w połowie drogi, kiedy minęła nas trzecia kolejka, a plaster zaczął odklejać się od kolana z częstotliwością trzy razy na trzy kroki, zrobiłam się naprawdę zła. Wilczy szedł obok, ścierając pot z czoła. Grzało niemiłosiernie i nawet sąsiedztwo rzeki nie dawało żadnej bryzy.
- Spodni nie mam! - warczałam wściekle. - Plaster mi się odkleja!... Trzeba było kupić taki, jak taśma klejąca i owinąć sobie nim nogę dookoła!... Przecież zaraz zgubię ten kawałek plastra!... Znajdź mi w tym muzeum kawałek taśmy!... Sznurka!... Czegokolwiek!...
Karnet na inne wystawy do Ludwig Muzeum Dotarliśmy wreszcie pod budynek Pałacu Sztuk, w którym mieści się między innymi Ludwig Muzeum - cel naszej wizyty :) Wkuśtykałam do środka, zażyczyłam sobie pić, Wilczy kupił zatem najpierw bilety na wystawę (1900 forintów jeden, ważny także na inne wystawy), a potem wodę w czymś w rodzaju kawiarenki. Usiedliśmy przy stoliku i temat rozmowy pochłonął plaster, taśma klejąca oraz ich substytuty. Wilczy odmówił kategorycznie włażenia za bar i sprawdzania, czy nie mają przypadkiem taśmy klejącej między kieliszkami. Bandyta, nie inaczej!...;-p
Wreszcie wczłapaliśmy się na 2 piętro, na wystawę właściwą. I utknęliśmy zaraz przy ścianach, oglądając zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia...
Trochę poczułam się w pewnym momencie rozczarowana - oczekiwałam wielkich zdjęć, porządnie oprawionych, jakoś uporządkowanych, tymczasem zastałam zdjęcia wiszące, leżące obok siebie, w gablotach, w tłumie, razem z magazynami, w których były wydrukowane. Minęła chwila, zanim dotarło do mnie, że to jest świetny sposób na pokazanie tych zdjęć, tych prawdziwych odbitek, na których ludzie kiedyś pracowali, a nie - zrobionych specjalnie na tę wystawę. Bo przecież ta kolekcja to zestaw faktycznie używanych niegdyś odbitek z prawdziwymi magazynami, z zaznaczonym kadrowaniem, notatkami itd.
Na wystawie były też zdjęcia z Warszawy, co było bardzo miłym akcentem.
Jeszcze milsze było to, że kompletnie zapomniałam o plastrze, który - nie niepokojony przez machanie nogami - przykleił się wreszcie porządnie i nie musiałam go pilnować co krok ;)
Wreszcie opuściliśmy wystawę i powędrowaliśmy do szatni, odebrać ubrania wierzchnie. Obok szatni stały przenośne sypialnie... Jesteś zmęczony? Masz wolne dwie godzinki? Wynajmujesz kabinę z łóżkiem (to chyba na wzór japoński...) - klocek z otworem, w środku zapewne jest łóżko, nie oglądaliśmy tego, wystarczyły nam napisy i rysunki na zewnątrz... Nieźle ;)
Potem poszliśmy do księgarni muzealnej, bo Wilczy przypomniał sobie, że obiecał mi książkę ze zdjęciami Capy. Wynalazł największą, najcięższą i najdroższą książkę, nabył ją (i potem nosił ;-p) i mogliśmy zacząć wracać :)
Wróciliśmy zatem do hostelu. Korzystając z własnych plastrów przykleiłam porządniej ten węgierski, zostawiliśmy album w szafce i poszliśmy dalej. Oczywiście - do metra, z planem dojazdu do centrum handlowego Mamut 1-2 po drugiej stronie rzeki. W wejściu do metra, zamiast polskich kołowrotków, były normalne bramki nie zagrodzone niczym, prócz czterech kontrolerów. Na ich widok stanęłam na środku i zaczęłam wygrzebywać z torebki portfel, a z portfela - bilety. Wreszcie operacja gmerania zakończyła się sukcesem i podeszliśmy do nich uśmiechając się promiennie i prezentując bileciki. Na to pierwszy kontroler z lewej, również uśmiechając się promiennie, wręczył mi to, co trzymał w ręku - batonika! Tak z +3 do szczęścia ;) Zjeżdżając niewiarygodnie długimi i szybko jadącymi schodami na peron, upychałam portfel z biletami w torebce i machałam Wilczemu przed nosem batonikiem. Zaraz potem go pożarliśmy kolektywnie. Był w czekoladzie, trochę już rozpuszczonej...;)
- No... - mamrotał Wilczy. - Żeby ot tak dostać batonika od kontrolera w metrze!...
- No co - odpowiadałam. - Widać, że jestem nieszczęśliwa i połamana, przynajmniej chciał złagodzić ten bruk!... Złe chodniki, dobrzy kontrolerzy...
Z niebieskiej linii w czerwoną przesiadamy się na jedynej stacji centralnej metra - spotykają się tu 3 linie (jest jeszcze pomarańczowa, najstarsza linia metra w Europie kontynentalnej, starsza jest tylko w Londynie, ale to się nie liczy, bo to wyspy ;). W budowie mają czwartą linię - zieloną, bardzo by nam się przydała, ale niestety - nie skończyli jej jeszcze, no doprawdy!...;)
Wysiadamy na placu Moszkva Ter i rozglądamy się w poszukiwaniu tego handlu. W rezultacie idziemy w ciemno i docieramy na tyły jednego z dwóch budynków Mamuta. Wchodzimy do środka, pytam panią w informacji, czy mają tu może C&A, pani kręci głową, nie ma. Trudno. Idziemy w ciemno, spodnie są pożądane.
Zaglądam do jakichś sklepów, w jednym z nich nawet przymierzam spodnie, ostatecznie, jeśli nic nie znajdę, to mogą być - boję się tylko o to, że będzie padać w niedzielę (nie wiem, skąd ten pomysł ;-p), w międzyczasie Wilczemu wymyka się mój polar, na szczęście zaraz się znajduje. Mam dość sklepów, jestem głodna, kierunek - food court. Przechodzimy obok kilku restauracji, znajdujemy nawet Sphinxa, ale w nim to sobie możemy zjeść w domu, chcemy kuchni węgierskiej!... Wchodzimy w końcu do Leroy Cafe, jak się później okazuje - sieciówki ze smacznym jedzeniem i porządnymi manierami.
- Piwo? - pyta mnie Wilczy. Waham się, ale krótko - na wino przyjdzie jeszcze czas, a teraz chce się pić.
- Piwo - odpowiadam zdecydowanie. Kelner przynosi dwa kufle, zupełnie smaczny trunek, a my wybieramy dania z karty. Dania są skomplikowane, w końcu wybieramy coś, co jest w miarę bezpieczne i nie bardzo drogie, tylko trochę (dwa obiady i dwa piwa: 7400 forintów). Po jedzeniu dochodzę do wniosku, że nie mam ochoty już dalej szukać spodni, za to absolutnie niezbędna mi jest torebka - w aktualnej urwało się było ucho i muszę ją nosić w garści, co nie jest wygodne, bo ona dosyć ciężka ;) Pamiętam, że zachwyciło mnie coś na wystawie mijanego sklepu w drodze do centrum handlowego, zatem odnajdujemy sklep, pani ćwierka cenę: 5990 forintów i zaczyna mnie zapewniać, że torebka jest ze skóry, świetnie wykonana i w ogóle genialna. Nie musi tego wszystkiego bełkotać, i tak tę torebkę kupię, bo mi się zwyczajnie podoba ;-p W drodze do metra przepakowuję się, pozbywam się starej torebki i wlokę Wilczego do Wodnego Miasta, czyli zaczynamy zwiedzanie.
W tej części Budapesztu jest jedna ciekawa rzecz - pomnik Obrońców Twierdzy Przemyśl. Jednak coś nas z tymi Węgrami łączyło... Nawet, jeśli to były walki w okresie pierwszej wojny światowej :)
Spod pomnika wędrujemy w stronę Góry Zamkowej nad Dunajem, mijając gościa, siedzącego na rowerku i gapiącego się na Parlament, w koszulce z napisem "SECURITY" ;) Obok stoi zaparkowany bus z napisem: "TVP1".
- O, a ci co tu robią? - zastanawiamy się, ale po cichu, w końcu mogą nas usłyszeć.
Mijamy pomnik Józefa Bema oraz sklep z szyldem: "IMPORT RUHA TURKALO".
- Bardzo interesujące miasto - mówi Wilczy, wyciągając aparat za każdym razem, jak ktoś kogoś "ruha" lub "cipo". - I jacy tu muszą być ludzie szczęśliwi...
Bilet na siklo, czyli funikular Idziemy dalej, mijając kaplicę świętego Floriana, królewską łaźnię (trochę zrujnowany budynek, ładny z zewnątrz, nie wiadomo jaki od wewnątrz) oraz kilka kościołów. I dochodzimy do zabytkowego funikularu, czyli kolejki, wjeżdżającej na Górę Zamkową. Bilet w jedną stronę: 840 forintów. Kupujemy bilety czym prędzej, sami je musimy skasować w maszynce, żeby wejść na peron. Wagoniki są fikuśne, składają się z trzech oddzielnych przedziałów z wejściem z zewnątrz, każdego na innym poziomie. Pakujemy się do pierwszego od kierunku jazdy, żeby móc bez skrępowania gapić się na wagonik zjeżdżający :) I po chwili jedziemy na górę. Jesteśmy tuż obok Pomnika Turula - pół-orła, pół-sokoła. I idziemy zwiedzać dalej...
Zamek i przyległości typu Muzeum Zamkowe, Galeria Narodowa czy Pałac Prezydencki odpuszczamy. Idziemy dalej, w stronę labiryntu - ciągu wapiennych jaskiń, wykorzystywanych przez ludzi od pół miliona lat. Najpierw jako magazyny i chłodnie, potem jako stanowiska obronne, schrony, szpitale polowe. Teraz stanowią atrakcję turystyczną ;) Ponieważ dotarliśmy tam po 18.00, dostaliśmy lampę oliwną, z którą wędrowaliśmy przez labirynt, co kawałek natykając się na innych :) Oświetlone było jedno pomieszczenie, w którym z czterech kurków ciekło czerwone wino. Informacja, że nie nadaje się do picia, nie była potrzebna - sam wściekle kwaśny zapach wystarczył ;)
Bilet do labiryntu Po wyjściu z podziemi poszliśmy dalej, obejrzeć wieżę kościoła Marii Magdaleny - jedyne, co pozostało z gotyckiej świątyni po walkach podczas drugiej wojny światowej. Rzuciliśmy okiem na widok z góry na drugą część miasta, obejrzeliśmy Bramę Wiedeńską i dotarliśmy do Baszty Rybackiej, która okazała się być ciągiem murów z wieloma basztami czy wieżyczkami i mnóstwem schodów - jej przeznaczenie to taras widokowy :)
Obejrzeliśmy sobie pięknie oświetlone miasto i poszukaliśmy zejścia w dół. Ostatni funikular już odjechał, więc zaczęliśmy wędrować schodami, w końcu zeszliśmy przy małym wodospadzie nieopodal Mostu Łańcuchowego. Przeszliśmy na drugą stronę Dunaju, rzuciliśmy okiem na łódź-muzeum im. Lajosa Kossutha i kilka szalenie eleganckich budynków, i tramwajo-autobusem numer 2 (kawałka torów nie ma i tam tramwaj zastępowany jest przez autobus ;) dojechaliśmy w okolice naszego hostelu.
W pokoju zastaliśmy kręcącego się niepewnie Niemca. Poszedł pod prysznic, potem zaczął się ubierać, w końcu zapytał, czy ma być cicho, jak wróci.
- No, będziemy pewnie spać. A o której wrócisz?
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Rano.
- Ok, to postaraj się nas nie budzić ;)
Niemiec powiedział nam jeszcze, że mamy czwartego gościa w pokoju, z Transylwanii i gapiąc się w plan miasta wybył.
- Tym lepiej - skomentowałam po cichu. - Nie będzie chrapał ;)
Po szybkim prysznicu padliśmy do łóżek, kombinując, gdzie by tu wetknąć sobie kluczyki od szafek, coby nam ich nikt w nocy nie wyciągnął z zaciśniętych pięści.

Śródmieście Pesztu, Aleja Andrassyego i plac Bohaterów, Lasek Miejski, budzińskie wzgórza, Góra Gellerta

Budziki łaskawie zadzwoniły między 8 a 9 rano. Nie potrzebowaliśmy dużo czasu, żeby się zebrać do wymarszu. Podjechaliśmy metrem dwa przystanki, wyleźliśmy na powierzchnię i zaczęliśmy szukać miejsca na śniadanie, wędrując przez śródmieście Pesztu i oglądając architekturę kamienic. Wyszukaliśmy naleśnikarnię w spisie knajpek, trafiliśmy do niej i po niezbyt dużym śniadaniu poszliśmy zwiedzać śródmieście dalej. I tak doszliśmy do placu z cycem :) Czyli Deak Ferenc Ter - punktu przesiadkowego trzech linii metra. To tutaj mieści się Muzeum Kolejki Podziemnej (bilety: 300 forintów), którego nie mogliśmy w pierwszej chwili znaleźć, aż okazało się, że muzeum po prostu jest pod ziemią!... Obejrzeliśmy sobie prawdziwe wagoniki, które kiedyś woziły ludzi na pierwszej trasie metra, trochę zdjęć i poszliśmy w Aleję Andrassyego, oglądać salony miasta.
Bilet do Muzeum Kolejki Podziemnej Najpierw przystopowało nas przy tabliczce z jamnikiem i tajemniczymi napisami, potem przy sypiącej się ze starości kamienicy z domofonem (też sypiącym się ze starości i od lat niedziałającym), a na końcu stanęliśmy na poważnie przy barze kanapkowym. Tego ominąć się nie dało. Witryna cała zastawiona kanapkami. Najprzeróżniejszymi. Z wędliną, z mięsem, z krewetkami, z łososiem, z jajkiem, z pastami różnego rodzaju, z salami, z ogórkami, serami, fetą... Mają 44 rodzaje kanapek! Weszliśmy do środka. Okazało się, że firma dysponuje wydrukowanym katalogiem kanapek, skorzystaliśmy natychmiast i wybraliśmy sobie po dwie na głowę oraz herbatkę (1386 forintów). Rewelacja!... ;) Bar jest instytucją sieciową i sprzedaje się tam kanapki na wynos w wielkich pudłach, niczym do pizzy. Pewnie na przyjęcia kanapkowe, jako catering. Genialne w swojej prostocie :) Dużo szczęśliwsi ruszyliśmy dalej.
Słonie opanowały Budapeszt ;) Aleja jest ulicą reprezentacyjną, zatem było na co popatrzeć. Architektura pierwsza klasa :) Pod ziemią biegnie owa słynna pierwsza linia metra, zatem co i rusz natykaliśmy się na zejście do podziemi, udekorowane - nie wiedzieć czemu - słoniami. Kolorowymi. Hę?... Przy pierwszym mnie zatrzymało, wyciągnęłam aparat, pstryknęłam. Potem okazało się, że są tu ich całe stada!...
Dużo później zorientowałam się, że to po prostu reklama jakiejś firmy od nieruchomości...;)
Obejrzeliśmy - z zewnątrz ;) - gmach opery, pałac Dreschlera, muzeum Dom Terroru i kilka innych muzeów, aż dotarliśmy na plac Bohaterów, na którym stoi wielki pomnik Milenium w towarzystwie Muzeum Sztuk Pięknych i Sali Wystawowej Sztuk Pięknych. Na pomniku archanioł Gabriel trzyma koronę i krzyż apostolski - według legendy te insygnia władzy miały przypaść Bolesławowi Chrobremu, a dostały się Węgrom. Niestety, kiepsko je widać, bo nie dość, że archanioł jakiś wysoki urósł, to jeszcze postawili go na 36 metrowej kolumnie ;-p
Przeszliśmy przez środek pomnika i w miejscu kompletnie niedozwolonym przebiegliśmy przez ulicę, prosto do tak zwanego lasku miejskiego. Bardziej bym to nazwała parkiem, bo dużo zielonych, płaskich przestrzeni z drzewami od przypadku do przypadku ciężko nazwać laskiem, no ale niech im będzie.
Najpierw trafiliśmy na "fotkę pe el", w dodatku musieliśmy komentować półgłosem i półgębkiem, bo tę fotkę strzelali Polacy. No cóż... Potem trafiliśmy do zamku.
Zamek został zbudowany z dykty i gipsu z okazji Wystawy Milenijnej, każdy jego fragment był w innym stylu i z innej bajki. Tak bardzo się spodobał wszystkim, że po imprezie postanowiono go zbudować z trwalszych materiałów... W tej chwili mieści się tam Muzeum Rolnictwa.
Zignorowawszy Zoo, cyrk oraz wesołe miasteczko, skupiliśmy się na prawej części lasku - ciągnęło nas do Muzeum Komunikacji. Wędrowałam przez lasek z nosem w mapie, Wilczy obok człapał bezmyślnie, gorąco było. Dotarliśmy do jakiegoś budynku, obeszliśmy go w kółko, po drugiej stronie utknęliśmy.
- Nie wiem, gdzie jesteśmy - westchnęłam, porównując mapę z przewodnika z topografią terenu.
Wilczy zerknął w wyświechtany świstek, będący niegdyś mapką miasta, zabraną z lotniska. Po czym rozejrzał się dookoła.
- Za tymi krzakami nic nie widać - zaczęłam narzekać. - Nie ma tu żadnej tabliczki z nazwą ulicy. W ogóle nie wiem, gdzie jesteśmy i plaster mi się odkleja.
- Pokaż, gdzie ma być to muzeum? - zainteresował się Wilczy i zabrał mi przewodnik. Po czym znów zamilkł na dłużej. Pomajstrowałam sobie przy plastrze, pomamrotałam, w końcu zasugerowałam:
- Może byś się tak zapytał tych gości, to ochrona jakaś jest zapewne, oni powinni wiedzieć, gdzie to cholerne muzeum jest...
- Nie muszę - odpowiedział z wyniosłą miną. Zainteresowałam się. Coś się zmieniło przez ten czas, kiedy ja gmerałam przy kolanku?
- Bo co? - spytałam nieufnie.
- Bo muzeum jest tu - powiedział Wilczy i pokazał mi samolocik nad wejściem do budynku. No tak!... Najciemniej pod latarnią!...
Wleźliśmy do środka, nabyliśmy po bileciku (200 forintów), wzgardliwie omijając fotobilet i poszliśmy oglądać.
Samoloty...
Lotnie...
Szybowce...
Inne samoloty...
Więcej samolotów...
Jeszcze więcej samolotów...
- Hmmm - mruknęłam, siadając na krzesełku obitym czerwonym suknem. - Nie całkiem jestem pewna, czy to jest to muzeum. Miało być komunikacji, a nie tylko komunikacji lotniczej!...
- No to może trafiliśmy do innego...
- Ale o tym nic nie pisali!... A może to jest oddział? Bo o oddziałach coś pisali...
W końcu wyszliśmy z budynku, przeszliśmy 100 metrów przez krzaki i... trafiliśmy do właściwego muzeum komunikacji!...
- No tak - skomentował Wilczy. - Wystarczyło wyjść zza krzaków... A i bilet byśmy sobie kupili jeden na wszystko...
Co było robić, wleźliśmy zwiedzać dalej (bilecik: 1000 forintów), na pierwszy rzut poszły pociągi, wagony i generalnie pojazdy szynowe. Potem dotarliśmy do statków, skończyliśmy na motocyklach :)
- Chodź szybciej - mamrotałam złym głosem do Wilczego przy statkach, bo utknął. - Ja zmęczona jestem!... Nogi mnie bolą!... Poza tym głodna jestem, czas na obiad, ty wiesz, która jest godzina?...
Wilczy zgodnie z moimi zaleceniami przyspieszał w przejściu między jedną gablotką, a drugą.
- Tego tu jest za dużo!... Zaraz będziesz mnie niósł!... Nogi mnie bolą, jeść mi się chce!...
- Zobacz, jakie to fajne - przerwał mi Wilczy, pokazując na jakiś eksponat. Przyjrzałam się, rzeczywiście fajne. I zatkało mnie na moment.
- Ej, ty nie przerywaj mi, jak marudzę, bo nie pamiętam, na jaki temat marudziłam!...
Wreszcie wyszliśmy z muzeum, które zajmowało chyba z tysiąc kilometrów kwadratowych powierzchni i powlekliśmy się do metra. Wszak trzeba się przejechać tą najstarszą linią kontynentalną, nie?...
Pokłóciłam się z Wilczym natychmiast, przed pierwszymi schodami w dół. Naprawdę byłam już mocno zmęczona, a ten bandyta stwierdził, że musimy dojść do zupełnie innych schodów, w zupełnie inną stronę, bo te schody są złe.
- Nigdzie nie idę!... To są bardzo dobre schody!... One idą do metra!...
- Ale nie na ten peron - cierpliwie tłumaczył Wilczy, ciągnąc moje zwłoki dalej. - Tutaj nie wsiądziemy do metra, tu moglibyśmy z niego tylko wysiąść...
- Nieprawda, wsiądziemy, wszystkie perony są dwustronne!...
- Nie wszystkie, ten nie jest...
Zleźliśmy wreszcie pod ziemię, okazało się, że skubany miał rację.
- Skąd wiedziałeś? - zapytałam podejrzliwie.
- Bo tam było napisane takie coś, co jest napisane przy wyjściach... - przyznał się wreszcie. Bandyta!...
Jedna z najstarszych stacji metra Stacyjka malutka, na trzy krótkie wagoniki. Za to wypieszczona ze szczegółami. Obłożone kafelkami ściany, ceramiczne nazwy stacji, rzeźbione drewniane szafy na nie wiadomo, co. I - nieodłączni kontrolerzy.
Dojechaliśmy do stacji przesiadkowej, wsiedliśmy w linię niebieską i wysiedliśmy dwie stacje dalej - przy dworcu kolejowym. Tym razem naszym celem było centrum handlowe West End City Centerben, gdzie postanowiliśmy zjeść obiad. Akurat moment wybierania jednej z mnóstwa knajpek wybrał sobie Wilczy, żeby ratować telefonicznie swoją firmę od zagłady, zatem tylko ciągałam go od jednej wystawy z żarciem do drugiej i wybierałam, co wygląda rozsądnie i kosztuje rozsądnie. Potem po prostu zaakceptował mój wybór - tym razem pochłonęliśmy pierś z kurczaka z frytkami i colą, szybko, prosto i tanio. I opracowaliśmy plan dalszego zwiedzania.
- O, zobacz, zostało nam to, to i to - pokazywałam Wilczemu mapkę w przewodniku. - Tu nie pojedziemy, bo za daleko. To sobie możemy zostawić na jutro. Dziś proponuję spróbować przejechać się zębatką i może kolejką dziecięcą, jak wystarczy czasu. No i fajnie by było obejrzeć jeszcze Górę Gellerta, ale mamy ją niejako po drodze do domu...
- Kolejką, tak, przejedźmy się kolejką - Wilczemu zaświeciły się oczka mimo zmęczenia. No to jedziemy :)
Znów metrem przejeżdżamy pod Dunajem, na Moszkva Ter, tam przesiadamy się w tramwaj i dwa przystanki dalej jesteśmy już przy stacji końcowej kolejki zębatki. Nazwa wzięła się od trzeciej szyny, zębatej. Dzięki niej kolejka może pokonywać trasy o sporych nachyleniach. Wsiadamy do wagonika i odpoczywamy - przynajmniej przez chwilę nie trzeba nigdzie iść ;) Kolejka mozolnie pnie się pod górkę, przejeżdża wiaduktami nad ulicami, czeka na stacyjkach na mijankę z kolejką z powrotem. Wreszcie dojeżdżamy do końcowej stacji i idziemy obejrzeć Kolejkę Dziecięcą.
Niestety, okazuje się, że właśnie odjechała, następna będzie za ponad 40 minut i to będzie już ta ostatnia. I jak my potem wrócimy?... Z bólem serca rezygnujemy z Kolejki Dziecięcej i wracamy zębatką w dół, do miasta. Na pocieszenie została nam Góra Gellerta, pod którą uparcie wchodzimy na piechotę, zaczynając zwiedzanie od kościoła skalnego. Robi wrażenie - właściwie mieści się w kilku jaskiniach. W jednej z odnóg trafiamy na polski akcent - ołtarz z orłem w koronie oraz Matką Boską Częstochowską. To na pamiątkę polskich zakonników Paulinów, którzy z Jasnej Góry przenieśli się do Budapesztu w 1934 roku.
Widok z Gory Gellerta Nie ma siły, trzeba wędrować dalej, pod górkę. W przewodniku napisali, że na sam szczyt to nic nie dojeżdża, bo nie i już, można dojechać gdzieś obok autobusami co najwyżej. Ale to z drugiej strony, a ładny widok jest z tej strony!... Wdrapujemy się więc coraz wyżej, w końcu docieramy pod Cytadelę i Pomnik Wolności. Widok na miasto jest zachwycający, tym bardziej, że w zapadającym zmroku już ładnie widać oświetlone budynki i mosty. Idziemy dookoła cytadeli, mijamy armaty, chowające się już stragany ze śmieciami dla turystów, wreszcie możemy podziwiać Górę Zamkową i Zamek Królewski od niewidzianej dotąd strony. Ciemnymi alejkami schodzimy w dół, do mostu Elżbiety obok Pomnika św. Gellerta. Kompletnie zmarnowani wracamy do hostelu - nawet nie mamy się siły kłócić ;) Zatrzymuje nas jeszcze jednak knajpka na deptaku Vaci, siadamy przy stoliku głównie ze względu na wino, dostajemy półlitrową butelkę i zamawiamy jedzenie. Nie da się tak po prostu wrócić do hostelu ;)
Wilczy podsłuchuje stoliki obok. Tuż przy nas - Hiszpanie, dalej - Rosjanie, Anglicy, generalnie tygiel. Odpoczywamy, jemy gulasz soup, pijemy wino (6963 forintów) i w końcu ruszamy spać.
W hostelu ten sam obrazek: Niemiec szykujący się do baletów i nasz nowy współspacz - Rumun z Transylwanii. Rozmawiamy dość swobodnie z Wilczym, Rumun się wtrąca:
- Jesteście z Polski?...
- Tak, a ty? - pada sakramentalne pytanie. Kurcze, co jest, że ten polski język zrobił się taki popularny?!?... Nagle wszyscy go znają?... Przecież podobno jest trudny i w ogóle?
Nasz nowy znajomy mówi 7 językami, to znaczy: dogaduje się w 7 językach. Jak mówi, miesza te języki niemożebnie, zaczyna po polsku, przechodzi na rosyjski, kończy po angielsku, wciska słówka po węgiersku. Zwierza mi się:
- Jestem Rumunem. Ale mieszkam w Transylwanii. Ja nacjonalista. My nie lubimy ich, oni nie lubią nas. Oni, Rumuni. Ja czuję się Węgrem. Jestem Węgrem. Tu jest mój kraj.
Transylwańczyk jest samozwańczym przewodnikiem po Budapeszcie, robi też zdjęcia i pewnie milion innych rzeczy. Wygląda na mocno energicznego gościa. Odmawiamy jednak nocnych rozmów, po prysznicu padamy na łóżka i nawet nie wiem, kiedy zasypiam...

Wyspa Małgorzaty, Obuda

Rano dogadujemy się, gdzie możemy zostawić nasze rzeczy do godziny mniej więcej 17.00. I jedziemy w miasto, najpierw na śniadanie - oczywiście do baru kanapkowego :)
- Słuchaj - mówię zmartwiona do Wilczego. - A jak on będzie nieczynny?
Śniadanko ;) Faktycznie, te wszystkie knajpki wczoraj zamknęli koło 14-15. A dziś jest niedziela. Dochodząc do baru trochę się denerwujemy, wszak chodzi o nasze śniadanie! Ale na szczęście bar jest otwarty, zamawiamy po 4 kanapki i herbatę na łebka (1828 forintów w sumie), to się nazywa dobrze zacząć dzień ;)
Potem jedziemy na Wyspę Małgorzaty. Wysiadamy z tramwaju na środku remontowanego Mostu Małgorzaty i ruszamy na wycieczkę. Mnóstwo ludzi z rowerami, psami, dziećmi... Oglądamy pomnik Stulecia Miasta, przy którym Wilczy zastanawia się, czy to pomnik przemocy, bo w jego wnętrzu są hełmy i takie tam. Dalej działa fontanna, której towarzyszy muzyka, mijamy wylegujące się na trawie w słońcu ciała i idziemy dalej, szukać tych słynnych ruin: kościoła Franciszkanów i kościoła i klasztoru Dominikanek. Zanim jednak do nich dotrzemy, okazuje się, że na wyspie właśnie odbywają się obchody jakiegoś tajemniczego święta, które mieszkańcy miasta postanowili uczcić ogólnonarodowym biegiem przez wyspę. Cudownie. Usuwamy się z drogi biegaczom, którzy niekoniecznie patrzą, co depczą, przeczekujemy nawałnicę i dopiero jak dociera do nas grupa nie traktująca tego jako wyzwanie, udaje nam się przebić przez ciżbę na drugą stronę, do tych ruin. Teraz już zdecydowanie idziemy dalej bokiem, bo w biegu uczestniczy chyba kilka tysięcy ludzi i - nie daj Boże - będą zawracać, stratują, jak nic!... Idziemy dróżką między drzewami, docieramy na mały, okrągły placyk, padam na ławkę i zarządzam odpoczynek. Po chwili na placyk wjeżdża, bardzo niepewnie, mała ciężarówka, zatrzymuje się na środku, po czym - równie niepewnie odjeżdża w alejkę w prawo. Za kilka chwil... wraca i przejeżdża placyk na wprost.
- A ci co? Zgubili się?...
Idziemy dalej, wychodzimy na jakiś ogród, wypielęgnowane rabatki, ławeczki dookoła, leniwie wleczemy się wzdłuż kwiatków, docieramy do końca placu, kiedy za nami pojawia się znajoma już ciężarówka... Poczuliśmy się cokolwiek niepewnie :)
Przed nami ruiny całego bogactwa Dominikanek. Podobnież swego czasu niemal rządziły na wyspie. Oglądamy tu grób świętej Małgorzaty oraz faceta, drzemiącego w ruinkach i idziemy dalej, obejrzeć wieżę ciśnień z komunistycznymi znaczkami w wejściach typu: "zakaz fotografowania". Nie zauważając tego oczywiście zrobiłam zdjęcie. Wilczy na znak protestu zrobił zdjęcie znaczkom ;) A potem zjedliśmy po lodzie :)
Przez ogród japoński docieramy do przystanku autobusowego, przeczekujemy autobus jadący na lewy brzeg, bo chcemy koniecznie jeszcze zwiedzić Obudę. Wreszcie przyjeżdża nasz autobus, wsiadamy, zajmujemy cudownie miękkie siedzenia i... autobus utyka po przejechaniu 100 metrów. W uliczce wyjazdowej z wyspy, na zakazie zatrzymywania, stały sobie samochody. Osobówka to jeszcze by się między nimi przemknęła, autobus miejski nie miał żadnych szans. Po jakimś czasie, spędzonym na staniu i kontemplowaniu sytuacji, przetykanym stwierdzeniami w stylu: "na piechotę byśmy doszli", "mogliśmy wsiąść w tamten autobus, pojechać na niewłaściwy brzeg, przesiąść się w cokolwiek, co jedzie na drugą stronę Dunaju i dawno bylibyśmy na miejscu", autobus ruszył. Do tyłu. Po czym pojechał naokoło, czyli na zły brzeg, zawrócił i dopiero dojechał na dobry brzeg. Przynajmniej leniwie siedzieliśmy przez ten czas...;)
Wysiedliśmy przy pałacu rodziny Zichy, takim porządniejszym baraku. Na pałac to toto nie wyglądało w żaden sposób, ale to podobno ze względu na skromność właścicieli. Może mieli na przykład złote klamki w środku ;)
W oczekiwaniu na tramwaj - Obuda Na placu Fo ter akurat odbywała się jakaś impreza z hałasującym zespołem, obejrzeliśmy sobie zatem pomnik z kobietami pod parasolami - Oczekujące i poleźliśmy dalej w poszukiwaniu obiadu. W rezultacie obeszliśmy kawałek miasta i wróciliśmy na plac, zakotwiczywszy w knajpce, która wyglądała dość porządnie. Jednak nie doczekaliśmy się na obsługę, zatem znów nas wywiało. Po obejrzeniu z zewnątrz dawnej przędzalni jedwabiu i ruin rzymskich term wojskowych przejechaliśmy się autobusem do kolejnych ruin - rzymskiego amfiteatru wojskowego, po czym trafiliśmy na Leroy Cafe, z czego bardzo się ucieszyliśmy, bo znaliśmy już tę markę. Zamówiliśmy jedzonko, dostaliśmy piwko i powoli zaczęliśmy odżywać. Potem - kawałek tramwajem, kawałek metrem, wróciliśmy do hostelu po bagaże. W hostelu okazało się, że nie ma obsługi. Pan z okienka zniknął, nie ma go i już. W końcu, zniecierpliwieni, sami zabraliśmy nasze bagaże i zaczęliśmy się przemieszczać na lotnisko. Najpierw metrem, potem autobusem. W autobusie Wilczy zaczął marudzić, więc na wszelki wypadek zrobiłam mu awanturę, a potem się okazało, że on się naprawdę źle czuje. Na lotnisku jakoś siłą woli przetrwał w kolejce do bramek, po czym padł i zostawił mnie ze świadomością, że mamy jeszcze forinty do wydania a on jest półprzytomny!... Jakoś w końcu ogarnęłam tę kuwetę, zmusiłam na pokładzie samolotu stewardesę, żeby mu dała herbatę i coś przeciwbólowego i takim anty-zdrowotnym akcentem zakończyliśmy tę podróż.
Budapeszt - piękne miasto, ale jakby cokolwiek nieprzyjazne?... ;)
Strup z kolana zszedł mi po miesiącu...;)
Wilczy czuje się już dobrze ;)

Epilog

Epilog będzie również z Gazety Wyborczej:
"Podejrzewam, że mogę dostać w zęby jak "Gulasz z turula" ukaże się na Węgrzech - mówi Krzysztof Varga, finalista Nike"
"W Budapeszcie czy na Węgrzech, gdy świeci słońce, to ono też jest takie zamglone i melancholijne i smutne."


Wyszperane w sieci:

PLL Lot
Lotnisko w Budapeszcie
Mandarin Hostel
Ludwig Muzeum
Transport miejski w Budapeszcie
Leroy Cafe
Labirynty na Górze Zamkowej
Bar kanapkowy - Duran Szendvics


psyche