Brno, którego nie było, 15-17.06.2007 r.

psyche.osx.pl / wyprawy

  Foto psyche
Foto Serwan
Foto Harp

Udział wzięli:

  • psyche vel Ruda Żmija - czyli główna prowodyrka, żeby było wiadomo, do kogo mieć pretensje ;-p
  • Serwan - tak naprawdę to wszystko przez niego, bo to on zaproponował mi przyjazd...:)
  • Asia - czyli moja siostra pogoriowa, akurat słomiana wdowa, wzięta dla towarzystwa :)
  • Harp - czyli mężczyzna zabrany jako support Asi (i dlatego, że robi dobre kanapki :)
  • Blond Wiedźma - czyli wreszcie owiana tajemnicą postać od przecinków pojawia się jako bohater opowieści :)
  • Ania i Bosman - czyli gospodarze jednej nocy, którzy użyczyli nam nie tylko podłogi, ale też materacy :)


  • Skąd ćmundy wracały?
    Z czeskiej wracały wycieczki...

    Kiedy już poukładałyśmy w malowniczy, rozciągnięty nieco po podłodze w pociągu na korytarzu stosik 48 sztuk bagażu, klapnęłyśmy bez sił na "krzesełka" korytarzowe, spojrzałyśmy na siebie i obie pomyślałyśmy to samo mniej więcej, ale cenzura tego nie przepuści. Po czym zaczęłyśmy tworzyć, a efekt tej twórczości macie poniżej... Miłej lektury ;-p

    Nigdzie nie jadę!...

    - Napiłabyś się czeskiego piwa? - zapytałam podstępnie któregoś pięknego popołudnia (a może i przedpołudnia) Blond Wiedźmę, przechodząc od niechcenia obok jej stanowiska pracy.
    - Piwa bym się napiła - odpowiedziała Wiedźma, ignorując kwestię przynależności narodowej trunku.
    - Ale czeskiego.
    - A bo co?... Masz?...
    - Nie, ale jadę. Możesz pojechać ze mną...
    Przyuważyłam błysk w oku, natychmiast stłumiony.
    - Dokąd niby jedziesz?...
    - Brno. Niedaleko - kusiłam.
    - Nie no, nie jadę nigdzie.
    - Oni robią naprawdę dobre piwo - upierdliwie mamrotałam w okolicach Wiedźmy, która jednakowoż usiłowała nie zwracać na mnie uwagi.
    Tego typu konwersacje odbywałyśmy średnio co 2 dni, każda kończyła się kategorycznym stwierdzeniem ze strony Wiedźmy, że nigdzie nie jedzie. Jako argumenty koronne występowały: "Nie mogę, mam mleko na gazie", "Nie mogę, zupę gotuję", "Nie mogę, myję głowę", "Nie mogę, jadę do Kambodży w misji charytatywnej"...:-) Aż do przedwyjazdowej środy, kiedy to Blond Wiedźma zadzwoniła do mnie w okolicach 23.00 i powiedziała:
    - No dobra, to może ja jednak pojadę...
    Zaniemówiłam, bo przekonana byłam, że jaja sobie robi i nie chciałam jej płoszyć. Ale okazało się, że nie, że ona tak naprawdę, że pojedzie!...
    ...następnego dnia w pracy:
    - Już nigdy więcej nie zadzwonię do ciebie po piwie!...
    W ten sposób Wiedźma pojechała do Brna.

    Warszawa - Gliwice

    Uciekłam z pracy już o 17.00, zapakowałam się z tobołami w tramwaj i jadę. Dzwoni telefon. Wiedźma. W pierwszej chwili przestraszyłam się, że dzwoni, żeby mi powiedzieć, że nigdzie nie jedzie... ale zabrzęczała Dworcem Centralnym. Usłyszałam mniej więcej coś takiego:
    - ...Centralnym... Intercity... kasach... bilety... ding-dong, pociąg pospieszny... [wersja Wiedźmy: "Hej, jestem na Centralnym, czy my jedziemy Intercity o 18.10? Bo jestem przy kasach i mogę kupić bilety"]
    - Nie słyszę, co mówisz - wyjaśniłam uprzejmie.
    - ...pociągiem... bilety... kasie... [wersja Wiedźmy: "Pytałam, którym pociągiem jedziemy, bo chcę kupić bilety, jestem przy kasie, prawie nie ma kolejki..."]
    - Nie przejmuj się, w tych kasach można też kupić bilety na inne pociągi - odrzekłam, zrozumiawszy mniej więcej coś takiego: "Nie wiem, jakim pociągiem jedziemy, ale stoję do kasy Intercity i mogę kupić bilety, prawie nie ma kolejki".
    W odpowiedzi usłyszałam ciszę, zapewniłam ją zatem jeszcze raz, że naprawdę nic nie słyszę, a w ogóle zaraz się zobaczymy. Potem dostałam sms-a: "Ty głucha pałko, pytałam, którym pociągiem jedziemy, bo właśnie kupuję bilety!...". Jakaś nerwowa czy co?... A, wszystko jedno, ważne, że jednak nie zdezerterowała :-) Dorwałam ją w momencie, kiedy właśnie zamawiała te bilety, upychając na malutkiej półeczce przed kasą swój dobytek w ilości sztuk czterech. Zabrakło jej rąk, więc ją wspomogłam, w końcu to moja druga połówka (a kto nie czytał Pratchetta cyklu Świat Dysku i nie zna Babci Weatherwax, to ma pecha, bo nie rozumie, że obie razem stanowimy jedną Babcię, a to nie byle jaka Babcia jest!...:), dokończyłyśmy zakupy ("Musimy kupić coś do jedzenia!... - No musimy!...") i stoczyłyśmy się na peron. Pociąg przyjechał punktualnie, znalazłyśmy swoje miejsca, oczywiście jedno z nich było zajęte, jakaś pani pomyliła wagony, ale bez problemu zwolniła miejsce. Usadowiłyśmy się wygodnie, podyskutowałyśmy na temat umieszczenia bagażu ("Ja mam wrażenie, że on zleci przy pierwszej lepszej okazji", "E, najwyżej zleci na ciebie...") i poczułyśmy, że jest gorąco.
    Bardzo gorąco.
    Jest niesamowicie gorąco i zaraz oszalejemy. A wagon jest klimatyzowany...
    - A może da się tę klimatyzację jakoś ustawić? Czy ona jest w ogóle włączona?...
    - Jest ustawiona na 20 stopni.
    - To może zaraz zacznie działać... jak ruszymy...
    Jęk rozczarowania rozległ się w przedziale, wszyscy karnie jednak siedzieli i zdychali z upału. Wagon nie chłodził. Żeby nie zwariować, zajęłyśmy się uprzejmą konwersacją i czytaniem książki oraz "Polityki". Miłym uśmiechem powitałyśmy panią roznoszącą poczęstunek, poprosiłyśmy o wodę i dostałyśmy po ciasteczku.
    - Ej, a dlaczego ty masz zielone ciasteczko, a ja niebieskie? - zapytała Wiedźma z oburzeniem w głosie.
    - Skąd mam wiedzieć?...
    - Z tego, co wiem, ciasteczka zielone są z cynamonem - odezwał się osobnik z mojej lewej.
    Wiedźma wyrwała mi ciasteczko z ręki i zaczęła robić korektę. Czyli szukać tego cynamonu. Mamrotała pod nosem co chwila jakieś inwektywy w stylu:
    - O, tu jest zła interlinia!... Brakuje przecinka. O, podwójna spacja!...
    - Przypominam ci, że wyszłyśmy już z pracy... - powiedziałam, przyglądając się wyrwanemu jej z powrotem ciasteczku. - O, druk im się rozjechał!...
    - Przypominam ci, że wyszłyśmy już z pracy... - zemściła się Wiedźma :-)
    Zdaje się, że przedział miał z nas niezły ubaw.
    W pewnym momencie korytarzem przeszła bomba jakaś w postaci pani konduktor, która z trzaskiem zamykała pootwierane przez duszących się pasażerów okna. Następnie przystąpiła do sprawdzania biletów, robiąc wykład w każdym przedziale na temat otwierania okien w wagonach klimatyzowanych. Nie dała dojść do słowa, powiedziała, że wagon będzie chłodzić, zamknęła szczelnie drzwi od przedziału i poszła dalej. Zapanowało pełne zgrozy milczenie...
    W Katowicach zostałyśmy w przedziale same. Obok stała fajna lokomotywa, o którą opierał się pracownik kolei.
    - Mógłby sobie pójść w cholerę - wymamrotałam, ściskając w ręku aparat.
    - Istotnie, mógłby - zgodziła się Wiedźma. - Mogę odwrócić jego uwagę.
    - Jak?...
    - Będę sobie podciągać koszulkę...
    Pracownik jednak poszedł w cholerę sam i mogłam cyknąć fotkę. Potem zamieniłyśmy przedział w salon kosmetyczny. Wyciągnęłam cienie do powiek i zaczęłam poprawiać makijaż, wielkie lustro przez cały przedział aż kusiło. Wiedźma spojrzała na mnie, a po chwili namysłu zaczęła robić to samo.
    - Dlaczego się malujesz? - zapytałam inteligentnie.
    - Bo ty się malujesz!... - odpowiedziała rezolutnie. Aha.
    Po kolejnym rzucie okiem za okno okazało się, że generalnie to jest mokro. Znaczy: pada. Za to wagon rzeczywiście zaczął chłodzić, tyle że my do stacji końcowej miałyśmy jeszcze jakieś 10 minut...
    - O nie, ja się ubieram - rzekła Wiedźma i zaczęła grzebać sobie w torbie w poszukiwaniu bluzy. Spojrzałam na nią z zastanowieniem. Chyba ma skubana rację... Zaczęłam grzebać w swoim plecaku, wygrzebałam kryte buty, zastanowiłam się jeszcze raz.
    - Skoro ty wyjęłaś bluzę, to ja też powinnam?... Ciekawe, jak jest na dworze...
    - Nie mam zamiaru marznąć!...
    W rezultacie też wyjęłam bluzę, a potem okazało się, że było ciepło. W dodatku w Gliwicach nie padało!...
    Na peronie czekał na nas Bosman, wywlókł nas przed dworzec, oddałyśmy się nałogowi, a Bosman opowiadał o pogodzie.
    - W którą stronę jest do ciebie? - zapytałam z zainteresowaniem, albowiem martwiły mnie chmury widoczne nad nami.
    - Tam, gdzie najciemniej... O, ta chmura to cumulonimbus. Wygląda jak grzyb.
    - Jaki grzyb?...
    - Kurka.
    - Ja myślałam raczej, że muchomor...
    - A ja pomyślałam, że po prostu grzyb...
    - Jak wygląda po prostu grzyb?!?...
    - No tak jak cumulonimbus...
    Bosman popatrzył na nas ze zgrozą i zmienił temat na swój samochód.
    - Rozwaliłem auto - pochwalił się z dumą. Popatrzyłyśmy na auto, stojące obok w dobrym całkiem stanie i zastanowiłyśmy się, o czym on mówi.
    - No, przywaliłem w spowalniacz. Czymś. Potem zaczęło cos strasznie brzęczeć i klekotać i aż się zatrzymałem, żeby sprawdzić, czy nic nie odpadło... Ale okazało się, że to obudowa od wiatraka od chłodnicy. Plastik... Na szczęście nic poważniejszego. Ale klekocze, no!...
    Dojechaliśmy do domu Bosmanów, wyściskaliśmy się z Anią, Asią i Harpem, którzy przyjechali chwilę wcześniej, i można było zasiąść do kolacji. Na stole zaczęły pojawiać się różne specjały: pasta jajeczna, pomidory z fetą i oliwkami, sałatka... I wino, rzecz jasna :-) Podczas kolacji popłynęły wspomnienia z Chorwacji. Ktoś rzucił hasło "mooring", Wiedźma, chcąc być uprzejma zapewne, zapytała, cóż to jest takiego. Pozostałe pięć osób nagle zaczęło naraz tłumaczyć, Bosman jednak poszedł po rozum do głowy i zaprezentował na monitorze mooring nawinięty na naszą śrubę.
    - To jest mooring!... - powiedział z dumą, prezentując własnoręcznie zrobione zdjęcie.
    - Aha - odrzekła Wiedźma inteligentnie, zapewne postanawiając sobie w duchu nigdy więcej nie zadawać trudnych pytań.
    Biorąc pod uwagę pogodę, która zmienna jest, doszliśmy do wniosku, że na pewno będzie padać.
    - Najwyżej kupimy sobie buty - powiedziała Asia do Harpa, prezentując nam śliczne sandały.
    - No najwyżej - odpowiedział Harp, prezentując swoje sandały.
    - O, właśnie, ja bym chciała plecak - przypomniało mi się, bo skoro już o zakupach mowa, to mój plecak dużo przeszedł i emerytura by mu się przydała.
    - Matko!... - skomentowała Wiedźma. - A ja myślałam, że jedziemy zwiedzać, a nie na zakupy!...
    Zajęliśmy się jedzeniem, ktoś zapytał, jak się robi taką pastę jajeczną. Tym razem głos zabrała Ania:
    - No bierzemy jajka, gotujemy je, mielimy, dodajemy sera, mielimy, dodajemy cebulkę pokrojoną...
    - Mielimy...
    - No tak, mielimy, dodajemy pieprz...
    - Zmielony...
    - I mielimy!...
    Po kolacji przenieśliśmy się do pokoju obok razem z winem i miodem, Bosman wyciągnął instrumenty i chłopaki zaczęli rzępolić: najpierw na koncertinie, potem na fleciku. Ania przyznała się, że tu obok jest lotnisko, dosłownie 3 minuty spacerkiem zatem natychmiast zapragnęłam owo lotnisko zobaczyć. W końcu cóż to jest 3 minuty!... Tym sposobem panowie zostali i mieli pompować materace, a panie poszły na spacer.
    ...Dwadzieścia minut później dotarłyśmy do lotniska. No, kawał ciemności generalnie, więc się nie naoglądałyśmy. Nagle padło pytanie:
    - A Serwan to ma jakichś fajnych czeskich kolegów?
    - A ja, głupia, myślałam, że jedziemy zwiedzać miasto, było powiedzieć, to wzięłabym buty na obcasach!...
    Jak po godzinie wróciłyśmy, to panów zastałyśmy w takich pozycjach, w jakich ich opuszczałyśmy, a materace oczywiście nienapompowane. Podniosłyśmy więc raban, Bosman na moje pytanie: "Kiedy?!?..." odpowiedział: "Za półtorej historii" i nadawał do Harpa dalej. Yhm.
    W trakcie rozmowy pojawiły się trudne wyrazy typu "Gibraltar" albo "kaloryfer". Ania natychmiast temat podjęła:
    - Ale jaki kaloryfer?
    - Grzejnik, mów grzejnik!...
    - Ale jaki ten kaloryfer? Indukcyjny? Konwekcyjny?...
    - Ratunku!...
    Po myciu układam się na materacu obok Wiedźmy, wiercę się, wstaję jeszcze po coś, ona komentuje moje ruchy:
    - Wolę, jak leżysz obok, bo wtedy całe powietrze w materacu jest pode mną!...
    Zabić, nic innego!...;-p
    W końcu jednak udało się położyć spać, zgrozę wzbudziłam tylko stwierdzeniem, że pobudka o 6. Nie chcieli mi uwierzyć, he, he, he ;-p

    Gliwice - Brno

    O 6 rano przestawiłam litościwie budzik na 6.30, ale i tak miałam kłopoty ze ściągnięciem towarzystwa z łóżek. Niemniej jednak operacja "Pobudka" została zakończona sukcesem i już przed 8 rano udało nam się ruszyć.
    - Nie umyłam głowy - jęknęła Wiedźma po raz pierwszy tuż po wyjściu z domu. Potem jęczała tak z częstotliwością raz na godzinę, chociaż następnej nocy ustąpiła miejsca kogutowi, ale o tym pózniej :-)
    Pierwszy postój na stacji benzynowej na kawę. Towarzystwo w ilości sztuk 4 rozlazło się po sklepie i wybierało towary. W końcu we trzy dotarłyśmy pod ladę, gdzie krzątał się miły pan.
    - Trzy kawy latte - zadysponowałam.
    - I może jeszcze ciasteczko...
    - O, tu mają takie fajne buły...
    - No właśnie. I może jeszcze taką bułę...
    Pan poszedł po mleko, ignorując trzy baby, kręcące się dookoła i wybierające produkty na zasadzie: "A może jeszcze...". W końcu udało się dokończyć zakupy i towarzystwo z bułami i kawami wypełzło na zewnątrz, z bagażnika astry robiąc sobie stół. Niestety, okazało się, że jest niezły wiatr i talerzyki nam zwiewa, więc połowę energii poświęciliśmy na konsumpcję, a drugą połowę na ganianie talerzyków po okolicy. Po śniadaniu i kawie czas na toaletę, wróciłyśmy więc na stację. Obsługa zareagowała:
    - O, patrz, panie do ciebie wróciły!...
    Miły pan spiekł raka, Wiedźma wysyczała mi do ucha: "A nie mówiłam?!?...", odebrałyśmy kluczyk od toalety, potem oddałyśmy go pani, bo pan znikł był i można było jechać dalej. Minęło tylko 45 minut...;-p
    W miłych nastrojach dojechaliśmy do granicy, pan w okienku otrzymał trzy paszporty i jeden stary dowód, przyjrzał się Wiedźmie bardzo uważnie (pomachała mu łapką w odpowiedzi), granicę przejechaliśmy i zaraz potem skręciliśmy na stację w celu nabycia winietki na autostradę.
    - Serwan mówił, że pierwszy raz, jak kupował winietkę, to zajęło mu to 15 minut, bo nie dało się wytłumaczyć, czego chce... Teraz już wie i powiedział, że winietka nazywa się "dalniczni listek" - poinformowałam towarzystwo i uroczo uśmiechając się do pani na stacji, poprosiłam o dalniczni listek. Pani zaświergotała coś, więc odpowiedziałam uprzejmie: "Na siedem dni", pani skasowała 200 koron, powiedziała, że toalety tutaj nie ma i pożegnała nas.
    Skoro toalety nie ma, trzeba sobie jakoś poradzić. Powędrowałyśmy z Wiedźmą w krzaki, do toalety ekologicznej, przyklejanie winietki zostawiając Harpowi i Asi. W krzakach rzucił się na nas czeski pająk, ale dałyśmy radę, tym razem postój nie trwał dłużej niż 15 minut i pojechaliśmy dalej.
    Droga była podrzędnej jakości. Viamichelin.com twierdził, że jest to najkrótsza trasa, więc nią jechaliśmy, a trzeba było jednak pojechać przez Cieszyn, dłuższą, ale autostradą. Za to były piękne widoczki ;-p
    - O, jakie ładne habry!... - powiedziała nagle Asia. Wiedźma zdarła głowę do góry. - Jakie niebieskie!... - zachwycała się dalej Asia. Wiedźma bardzo intensywnie wpatrywała się w niebo. W końcu nie wytrzymała:
    - Jakie, na bogów, kable?!?... W dodatku niebieskie?!?...
    Wybuch śmiechu, kurtyna.
    Potem pojawiły się jeszcze białe maki (zmutowane genetycznie), potem pojawiła się wreszcie autostrada, a potem pojawił się problem ze światłami. Zjechaliśmy na stację...
    - No i co się świeci? - pytała Asia, z ręką na przełączniku świateł.
    - Długie... - odpowiadał niezmiennie Harp, kucając przed autem. Asia manipulowała przełącznikiem, Harp mówił: "Długie", Asia manipulowała, Harp mówił, my oddawałyśmy się nałogowi, stwierdzając, że i tak niczemu nie jesteśmy w stanie już pomóc i w ogóle dobrze, że mamy światła. Do tego samego wniosku doszli i oni, więc pojechaliśmy dalej, z Harpem za kierownicą tym razem. Asia, nie tak skupiona już na drodze, przypomniała sobie o naszej umowie:
    - Psyche, wzięłaś bluzeczkę?...
    - Wzięłam!... A ty?
    - Ja też :-)
    - Jaką bluzeczkę?...
    - Bo my mamy takie same bluzeczki :-)
    - I majtki też...
    - Ale majtek nie wzięłam...
    - Ja też nie...
    - W ogóle?!?...
    Z Serwanem umówiliśmy się na stacji benzynowej zaraz za zjazdem z autostrady. Zjechaliśmy, ale jego jeszcze nie było (a tak się śmiał, że przyjedziemy w ogóle wieczorem!...;-p), zdzwoniliśmy się, że spotkamy się kawałeczek dalej, dojechaliśmy, przywitaliśmy się, Serwan zapytał uprzejmie, czy nam nie ciasno, stwierdziliśmy zgodnie, że nie i pojechaliśmy dalej za nim. Na obiad.
    - A może jemu chodziło o to, żeby ktoś się do niego przesiadł towarzysko, a pytanie o ciasnotę było tylko dyplomatyczne?...
    Tia...

    Brno, dzień pierwszy

    Zaparkowaliśmy gdzieś w mieście i poszliśmy do gospody "U hodneho psa". Jak tylko dostaliśmy karty, przyplątał się do nas pies, z rozpaczliwym wyrazem twarzy usiłował wyślinić wszystko, co się dało, nie zdążyłam się obronić i wlazł mi na kolana, usiłując poza spodniami wyślinić mi twarz. Udało mi się jednak go pozbyć i wówczas kelner powiedział, że to, proszę państwa, to jest właściciel... Aha...;-)
    Serwan obiecał nam na kolejny posiłek żeberka - najlepsze w mieście. Mnie i Harpowi natychmiast zaświeciły się oczka, reszta pozostała doskonale obojętna na zalety żeberek (dziwne jakieś te kobiety, no!...;-p)
    Podczas obiadu zaczęłam maglować Serwana:
    - A co ty tu w ogóle robisz?... A dlaczego?... A gdzie pracujesz?... A ile czasu już tu siedzisz?... A masz jakichś fajnych czeskich kolegów? ;-)
    Serwan zniósł dzielnie moje męczenie (wyglądał na zaprawionego w bojach), od wszelakich kolegów się odciął (a przecież pytałam nie tylko we własnym imieniu ;-p), powiedział, że przejedziemy obok jego pracy i w końcu pojechaliśmy do domu. Tym razem ja z Serwanem.
    No i przejechaliśmy... Astra zatrąbiła, dając znać, że już wszystko wiedzą, panowie - co było do przewidzenia - znaleźli wspólny język, ja wzruszyłam ramionami: "Wszyscy moi znajomi to albo informatycy, albo fotograficy...", dotarliśmy wreszcie do domu i Harp rozjaśnił się cały na widok sprzętu komputerowego.
    - No, nareszcie będę mógł spać w nocy bez problemu!... - powiedział. - Wreszcie coś znajomo szumi!...
    Popatrzyłyśmy na niego z obrzydzeniem, ale kompletnie się nie przejął. Typowy informatyk?... Taki od dowcipu: - Porozmawiajmy o dupach. - Mój komputer jest do dupy...
    - No dobrze - oznajmiłam, poczuwszy się natychmiast jak u siebie w domu. - Bo myśmy tu na piwo z Wiedźmą przyjechały...
    - Właśnie, bo od dwóch lat nie jesteśmy w stanie umówić się na piwo w Warszawie...
    - Nie mamy na to czasu, więc przyjechałyśmy tutaj!...
    - Nie ma to jak umówić się na piwo w Brnie!...
    - Następnym razem umówimy się na Mauritiusie...:-)
    - A w ogóle to ty masz fajne duże łóżko :-) To ja śpię na łóżku - stwierdziłam radośnie.
    - Nie ma takiej opcji - wymamrotał Serwan, kompletnie nieprzejęty. Potwór, nic innego!...;-p Pozachwycaliśmy się widokiem z okna (4 piętro i miasto w oddali, za dużą ilością zielonego), pośmialiśmy się z windy, która gadała do nas, że już jesteśmy na czwartym piętrze, Wiedźma tradycyjnie poszła umyć włosy (zgodnie z hasłem "Nie mogę, myję głowę"), opracowaliśmy trasę wycieczki i pojechaliśmy zwiedzać okolicę. Czyli do jaskiń. W końcu jesteśmy tuż przy Morawskim Krasie, trzeba coś zobaczyć, nie?...
    Jedziemy.
    - Nigdy tam nie byłem - zwierzył się Serwan. W związku z tym, że dookoła było mnóstwo fajnych rzeczy do oglądania, żle go pokierowałam i pojechaliśmy opłotkami. Za to po drodze był piękny kościółek, ale aparat miałam oczywiście w bagażniku. Dojechaliśmy w końcu na parking przy jaskiniach i poszliśmy spacerkiem w dół.
    - No bardzo tu pięknie - warknęła Wiedźma - ale nikt nie mówił, że to będzie szkoła przetrwania!...
    - A potem trzeba będzie jeszcze wejść pod górę...
    - Surwiwal pieprzony!... Nigdzie nie idę!... Ja tu przyjechałam miasto zwiedzać!...

    Autorem zdjęć jest Serwan, niestety ;-p Tak, to wszystko nas ominęło!... Ale co się odwlecze...;-)


    Dotarliśmy do jaskiń, zrobiliśmy sobie zdjęcie przed wejściem, żeby nie było, po czym okazało się, że sorry, ale jaskinie są już zamknięte. Mają określoną ilość wejść dziennie i już się skończył limit...
    - Może wejdziemy przez płot?...
    - Taki kawał wycieczki na nic?...
    - Ale jak to?!? I co teraz? Tylko nie mówcie, że mamy się wspinać pod górę?!?...
    - Ale zobaczcie, jakie te jaskinie są ładne... Może byśmy tutaj jutro przyjechali rano?...
    Faktycznie, na obrazkach jaskinie wyglądały ślicznie. Przyjrzeliśmy się w pełnym szacunku milczeniu, z pięciu piersi wyrwało się westchnienie żalu i poszliśmy do kolejki linowej. No bo przecież nie będziemy się wspinać, a kolejka też atrakcją jest.
    Dojeżdżając na górę, robiliśmy zdjęcia ludziom czekającym tam na kolejkę w przeciwną stronę, oni robili zdjęcia nam, do słów zakazanych dołączyło słowo "jaskinia". Ok, nie chcą nas tu, to nie, poszliśmy jeszcze na Dolny Mostek (czy jakoś tak), popatrzyliśmy z góry na ludzi, którzy weszli do jaskini, i wróciliśmy do auta, żeby pojechać do zamku. Po drodze był zalew, obejrzany przez szyby auta, dotarliśmy do zamku, przeszliśmy się po nim spacerkiem, gdzie nie dotarliśmy, tam natychmiast pojawiał się pan z kluczami i oznajmiał, że sorry, ale już zamykamy... Cudownie. W ten sposób wyrzucili nas z części górnej zamku, zatem poszliśmy do dolnej, skąd natychmiast wyrzucili nas również. Co za pech jakiś z tym zamykaniem?... Do słów zakazanych dołączyło słowo "zameczek" :-)
    Wracając, zatrzymaliśmy się nad zalewem na jakieś jedzonko i lody. Usiedliśmy w pełnym, pięknym słońcu ("A co będzie, jak zacznie padać?...") przy stoliku z widokiem na zalew i rozmawialiśmy o... pracy. Generalnie okazuje się, że wszędzie jest tak samo, jeśli chodzi o głupotę i organizację pracy (pocieszające, nie? ;-p). Wiedźma dłubała w kiełbasce (w zasadzie do dziś nie mogę tego zrozumieć, co ona tam starała się wydłubać, przecież nie jada mięsa?...), nagle dłubnęła bardziej i fragment kiełbaski wylądował na spodniach Serwana.
    Białych spodniach, dodajmy...
    - Ciekawe, czy mam drugie spodnie na zmianę... - skomentował filozoficznie Serwan, nie ruszając się z miejsca.
    - Yyyyy - powiedziała Wiedźma uprzejmie :-)
    W końcu wróciliśmy do domu, nastąpiło ogólne okupowanie łazienki ("Bo ja muszę zęby umyć", "A ja nogi", "A ja w ogóle muszę się odświeżyć"), Serwan wpadł do łazienki z aparatem fotograficznym i potem pojawiło się mnóstwo zdjęć do ocenzurowania, na przykład: "Rzyganie do umywalki" czy "Fetysz stóp". Po przebierankach (założyłyśmy z siostrą Asią takie same bluzeczki, z czego moja miała samorozpinający się guzik) ruszyliśmy do samochodu, sprawdzić, co z tymi światłami. Panowie powiedzieli, że dadzą sobie radę. Ok.
    Otworzyli maskę i zaczęli pod nią grzebać, jednocześnie grzebiąc przy przełączniku świateł.
    - Ale on jest gorący...
    - Tu musi być jakieś zwarcie...
    We dwie z Wiedźmą patrzyłyśmy na to z lekkim politowaniem, Asia natomiast z lekkim zdenerwowaniem biegała dookoła i załamywała ręce. A my doszłyśmy do wniosku, że idziemy na spacer.
    - Asia - zakomenderowałam - idziesz z nami.
    - Ale ja nie...
    - Idziesz - potwierdziła Wiedźma.
    - Ale nie mogę!...
    - Idziesz - powiedzieli chłopcy chórem.
    - No ale czy wy sobie dacie radę?!?...
    - Jak nie dadzą, to i tak bez znaczenia, a co im będziemy teraz zawracać głowę.
    - No ja nie wiem...
    Wzięłyśmy ją pod ręce, ja z jednej, Wiedźma z drugiej strony i ruszyłyśmy przed siebie. Usiłowała stawiać niezdecydowany opór i cały czas odwracała głowę do tyłu.
    - Nie odwracaj się, patrz, jaki ładny budynek - mamrotałam, ciągnąc ją przed siebie.
    - Ale czy oni sobie poradzą?...
    - Jak sobie nie poradzą, to trudno, póki co nie musimy im stać nad głowami.
    - A jak coś popsują?!?...
    - Nic nie popsują, co mają popsuć, Harp jest ok, Serwan też, spokojnie.
    - Nooooooo...
    Pociągnęłyśmy ją dalej, w końcu auto zniknęło z pola widzenia, Asia przestała iść tyłem, dotarłyśmy do jakichś schodków, usiadłyśmy na krawężniku w okolicach śmietnika i zaczęłyśmy rozmawiać o Życiu. Siostra każdy temat potrafiła sprowadzić do popsutych świateł...:-)
    W końcu uznałyśmy, że wystarczająco dużo czasu im dałyśmy i zaczęłyśmy wracać.
    Zastałyśmy auto wypchnięte co nieco i panów zagrzebanych po łokcie.
    - Jak tam?
    - Wiecie co? Idźcie jeszcze na jakąś wycieczkę.
    - Jak to? Jeszcze nie skończyliście?...
    - Próbujemy, próbujemy...
    - To ile jeszcze?...
    - Dziesięć minut.
    - Ale wiecie, co jest?
    - No zwarcie.
    - Idźcie sobie tutaj na dół, tam jest taka ścieżka, tam co kawałek są ławeczki i kapliczki takie, pooglądajcie sobie.
    - No nie wiem, nie chce nam się znów gdzieś łazić...
    - No idźcie jeszcze na piętnaście minut!...
    - Patrz, a chwilę temu było tych minut tylko dziesięć...
    - I będzie tak rosło, póki nie pójdziecie... Albo idźcie w ogóle do domu, dam wam klucze... - Serwan zaczął jednym czystym palcem grzebać sobie w kieszeni. Zaproponowałam, że mu pomogę pogrzebać w tej kieszeni, co się będzie biedny sam męczył, moje palce są nie tylko sprawne, ale i czyste. Niestety, nie dał się przekonać, zupełnie nie rozumiem, czemu...
    No dobra, poszłyśmy jednak na ten spacer. Ścieżką przez krzaczory zeszłyśmy na dół, do polnej drogi i ruszyłyśmy nią przed siebie, omijając nietrzeźwych spacerowiczów i podejrzanie wyglądające samochody. W nadziei na te kapliczki i ławeczki. Idziemy, idziemy, idziemy, ani kapliczek, ani ławeczek. W końcu trafiłyśmy na przewrócony pniak. Stanęłyśmy nad nim i z pewną taką nieśmiałością zastanowiłyśmy się: może to jest owa "ławeczka"?... ;-p
    Znudziło nam się spacerowanie po podejrzanie wyglądającej dróżce polnej, wróciłyśmy na górę. Panowie nadal w tej samej pozycji, ale już zadowoleni i usmarowani po łokcie. Asia stanęła nieopodal z pilniczkiem do paznokci w subtelnej pozie, Harp oparł się o auto, prężąc muskuły (;-p), Serwan się wypinał, Wiedźma klaskała, a ja robiłam zdjęcia. Zdjęcia ocenzurowano... :-)
    Panowie poprzepinali kabelki, pomajstrowali coś pod maską i światła zadziałały. Co prawda połowicznie (tylko mijania), ale jednak. Dziko szczęśliwi wróciliśmy na górę doprowadzić się do porządku i wyruszyć wreszcie w miasto!... Na obiecane żeberka :-)
    Wychodzmy, stoimy w drzwiach, Serwan spojrzał na mnie:
    - Wzięłaś aparat?
    - Wzięłam. Zawsze biorę.
    - A statyw?... - dodał Harp. Spojrzałam na niego z politowaniem.
    - Nie mam statywu, jest za ciężki, nie będę tachać trzech kilogramów złomu!...
    - Jakich trzech kilogramów? Mój waży pół kilo!... - wtrącił Serwan.
    - Pół kilo? To jakieś aluminiowe badziewie... - mruknął pod nosem Harp.
    - Właśnie - dodałam z godnością i zwróciłam się do Harpa: - Jak będziesz go nosił, to możemy go wziąć :-)
    Harp wzruszył ramionami, zarzucił sobie pół kilo na ramię i poszliśmy...
    Jakiś czas później dotarliśmy do przystanku tramwajowego (drugiego z kolei, bo dopiero tam był automat z biletami) i rozpoczęliśmy skomplikowany proces nabywania biletów. Stukało się w różne klawisze, wrzucało się pieniążek i automat powinien wydać bilet. Udało się dwa razy, potem do automatu podeszła Wiedźma, wrzuciła pieniążek, stuknęła w klawisz i automat zaświecił czerwoną lampkę.
    - Ej, no!... Co jest?...
    - Nie wiem, a co on mówi?...
    - Nic nie mówi, świeci na czerwono!...
    - A co zrobiłaś?
    - Popsuła automat!...
    - Oj tam od razu popsuła, sam się popsuł!... Nie chce mi dać biletu!...
    - Hmmm...
    Do automatu podszedł Harp, coś wcisnął, automat się odblokował i wydał jeden bilet. No dobrze, ale nadal brakuje nam dwóch... Przy kolejnej próbie automat zablokował się na amen i w dodatku ukradł Harpowi ze 20 koron. No dobra, odpuściliśmy, postanowiliśmy pójść na następny przystanek, może tam będzie drugi automat...
    Zaraz na początku kolejnej - acz nie ostatniej - części spaceru Wiedźma usiłowała popsuć włącznik świateł dla pieszych na przejściu przez ulicę...
    Na kolejnym przystanku automatu nie było. Jeden przystanek podjechaliśmy tramwajem, potem znów na piechotę, przechodząc przez ulice w miejscach niedozwolonych, acz krótszych. W końcu doszliśmy do rogu i padło sakramentalne pytanie:
    - Przez park czy dookoła?...
    - A co? - zainteresowałam się zachłannie, bo pytanie sugerowało jakąś ewentualną sensację.
    - No, w parku może być niebezpiecznie...
    - Ale przecież nas jest pięć sztuk, a w dodatku mamy dwóch silnych facetów...
    - Ha, ha, ha - zaśmiali się silni faceci na stronie.
    - I jedną rudą żmiję...
    - Ja mam pilniczek i nożyczki :-)
    - A ja nóż do tapet - odezwała się subtelna niewiasta Asia.
    - A ja tylko wodę w aerozolu do twarzy...
    - Woda... i to jeszcze w aerozolu!...
    - I do twarzy!...
    - Woda to kiedyś była w kranie...
    - I do picia...
    - Mam pierścionek zaczepno-obronny...
    - U faceta to się nazywa kastet...
    Doszliśmy do końca parku i Serwan oznajmił radośnie:
    - O, tam już widać światła miasta...
    - Ale gdzie? W prawo czy w lewo? - zapytała wycieczka, rozglądając się po okolicy niczym nieprzypominającej tego oczekiwanego centrum miasta.
    - No tam - powiedział zniecierpliwiony Serwan, pokazując odległe o jakieś 40 km światła. Jęk zawodu wyrwał się z czterech piersi i pomaszerował dalej. A my podążyliśmy w ślad za nim...
    - Zjadłabym coś - wymamrotałam, bo wycieczka trwała już chyba z piąty miesiąc, a do żarcia jak było daleko, tak było...
    - Żeberka... - westchnął Harp.
    - Golonka... - wymamrotał Serwan...
    - Dupa - oznajmiła Wiedźma pod nosem, myśląc, że nikt nie usłyszy ;-p
    Po kolejnych miesiącach wędrówki dotarliśmy do centrum. Ryneczek. Uliczki. Wyciągnęłam mapkę i Serwan zaczął się według niej orientować, żeby zaprowadzić nas do tej knajpy z żeberkami. Idziemy obok ratusza, obie z Wiedźmą zadzieramy głowy, szukając skóry krokodyla, która - według przewodnika - wisi nad wejściem do budynku.
    - A gdzie jest ten fucking krokodyl?!...
    - Jaki fucking krokodyl?!...
    - No ten... w przewodniku było napisane...
    - Może sołtys go zwija na noc?...
    - Krokodyla to może i nie ma, ale jest nietoperz!...
    - Jaki znów nietoperz???...
    - No tu, widzicie?...
    - O, odleciał ;-p Bo to gołąb był...
    Tysiące lat świetlnych później doszliśmy do knajpy. W nadziei na pyszne żarcie zeszliśmy na dół, gdzie oznajmiono nam, że... ZAMYKAJĄ.
    Biorąc pod uwagę wypadki dnia dzisiejszego, nie zdziwiło nas to już kompletnie, wszak zamykano nam wszystko przed nosem, zawróciliśmy na pięcie i poszliśmy dalej. W ten sposób, szlakiem turystyczno-knajpianym, przeszliśmy jeszcze fragment starówki, aż wylądowaliśmy we włoskiej knajpie przy ryneczku i zamówiliśmy jedzonko. Oraz piwo!...
    - Wreszcie!... - oznajmiła Wiedźma z radosnym uśmiechem.
    - Właśnie!... - zawtórowałam jej, przysysając się do swojego kufelka jasnego pełnego.
    - Dwa lata!... Dwa lata nie mogłyśmy sie umówić na piwo!...
    W oczekiwaniu na żarcie dopadł nas nałóg. Musiałyśmy wyjść przed knajpę, bo w środku palić nie nada. Ok. Spacerkiem, paląc papieroski i dyskutując o czymś zawzięcie, dotarłyśmy do... latarni!... Pod latarnią stwierdziłyśmy, że może jednak wrócimy do jedzenia, co było generalnie doskonałym pomysłem, bo jedzenie już na nas czekało. Nie były to, co prawda, żeberka, ale zawsze coś na ząb...;-p
    - Jedno piwo!... Jedno!... - narzekała Wiedźma z rozgoryczeniem, kiedy wychodziliśmy z knajpy. - Jak to wpłynie na moją reputację?!?...
    Po wyjściu z knajpy jakoś tak obraliśmy kierunek: dom, zupełnie nie wiedzieć, czemu. Asia była trochę śpiąca, Harp małomówny, my z Wiedźmą dopiero zaczynałyśmy się rozkręcać i usiłowałyśmy przekonać towarzystwo do jakiejś knajpki w drodze powrotnej, pytając co jakiś czas upierdliwie:
    - Ale... mamy jakiś plan?...
    Towarzystwo jednakowoż ignorowało nas kompletnie. Jakiś zalążek planu zaczął się powoli krystalizować ("demokratycznie ustalony plan" - "do dupy z demokracją!..."), ale chyba nam się nie spodobał, bo polegał na wracaniu do domu. Akurat stanowiłyśmy straż tylną, więc reszta towarzystwa mogła usłyszeć wymamrotane przez zęby:
    - Ch***y ten plan...
    - Nie widzę tu tego elementu - odpowiedział, jak zwykle uprzejmie, Harp. Aha! ;-p
    - Nie ma bata, ja śpię w łóżku - powiedziałam w związku z brakiem planu.
    - Nie, to ja śpię w łóżku - powiedziała Wiedźma.
    - Duże jest, zmieścimy się - stwierdziłam wspaniałomyślnie.
    - Śpicie, ale na balkonie - odparł Serwan z niezmąconym spokojem.
    - No dobra, jakoś to łóżko na ten balkon wytaszczymy...
    Weszliśmy we fragment parku - szeroką alejkę z mnóstwem ławeczek po obu stronach. Zmęczeni życiem, z perspektywą długiego powrotu do domu. Wiedźma poddała się bez walki ponuremu nastrojowi i stwierdziła:
    - Nie idę dalej. No fucking way. Zostaję tutaj.
    - I co zrobisz? - spytałam z zainteresowaniem, bo ani piwa, ani żarcia, ani łóżka tu nie było.
    - Usiądę na ławce i będę tak siedzieć, kiedyś po mnie wrócicie...
    W odpowiedzi usłyszała wypowiedziane niemal jednocześnie:
    - Taaaaak?...
    - Naprawdę?...
    - Myślisz?...
    - Tak sądzisz?...
    Nie skomentowała. Spojrzała na nas spode łba i poszła dalej...;-p
    Po drodze zrobiliśmy sobie przystanek na fotografowanie pięknych schodków, bo skoro już wzięliśmy ten statyw, to trzeba go chociaż raz wykorzystać. W czasie, kiedy ja robiłam zdjęcia na 25 sekund, towarzystwo okupowało murek, patrzyli na mnie z niecierpliwością, politowaniem i lekkim zniecierpliwieniem - no ja nie rozumiem, a czego się spodziewali, że co?...;-p Idąc dalej, natknęliśmy się na zaparkowane auto z namiętnie całującą się parką w środku.
    - A gdyby tak im zastukać teraz w szybkę, stuk, stuk, stuk...
    - No, podnoszą głowy...
    - A tu cztery osoby z aparatami fotograficznymi wycelowanymi w nich...
    - I przed maską statyw...
    Tia. Minęliśmy ich jednak litościwie bokiem, co będziemy biednych ludzi stresować ;-p
    - E... - wymamrotałam. - Ja to mam już większe wymagania niż jakiś tam fotel w samochodzie...
    Wiedźmiszcze zaczęło się nagle ze mnie strasznie śmiać (paskuda jedna, no!...), wspominając moje własne doświadczenia, które kiedyś nieopatrznie jej opowiedziałam.
    - Świetny nieprzetłumaczalny dowcip!... Ha, ha, ha!...
    - Dobra, dobra... Jeden - jeden, tak?... A kto sobie kiedyś przyciął nogę szybą w Golfie?...;-p
    Tia.
    Jakieś siedem milionów lat świetlnych później, w czasie których udawaliśmy tramwaj, wędrując po torach gęsiego, dotarliśmy do domu. Winda tym razem zignorowała naszą obecność i nie poinformowała nas o piętrze, wredna. Pierwszy wysiadał z niej Harp, Serwan powiedział do niego:
    - Po lewej...
    Harp zignorował informację. Serwan powtórzył ją jeszcze cztery razy, przy każdej wysiadającej z windy osobie. Wszyscy zignorowaliśmy owo tajemnicze "Po lewej..." i staliśmy w ciemnym korytarzu, przepuszczając uprzejmie gospodarza przodem. Na końcu z windy wysiadł Serwan, westchnął i oznajmił z rezygnacją:
    - No dobra, sam zapalę to światło...
    Po lewej był włącznik!...;-)
    W domu ustabilizowałam się przy piwniczce z winami, czyli przy szafce w okolicach zlewu. I zaczęłam penetrować jej zawartość.
    - Od czego zaczynamy? - spytałam inteligentnie.
    - Od czego chcecie - powiedział Serwan.
    Chwilę potem stałam obstawiona winami, nie mogąc się zdecydować. W rezultacie schowałam wszystkie z powrotem.
    - To co, pijemy coś czy idziemy spać?...
    - No po JEDNYM piwie to tak trochę głupio iść spać...
    - Wybierzcie coś wreszcie. Tam jest korkociąg...
    - Ale co?...
    - Ja bym chciała czerwone - oznajmiła Wiedźma.
    - Ja wolę białe - dodała Asia.
    - Weźmy po prostu pierwsze z prawej z górnej półki... - mruknęłam ja.
    - Tak, właśnie, a potem lećmy po kolei - rozpromieniła się Wiedźma.
    Proces wyboru był długi, ale faktycznie skończył się na "pierwszym z prawej z górnej półki" i białe wino mołdawskie Muscat zostało rozlane do kieliszków.
    - Może przyjedziemy tutaj jeszcze w październiku... na złotą POLSKĄ jesień... - rozmarzyłam się, wzbudzając - nie wiedzieć czemu - głupi rechot wśród zebranych. No co? To w Czechach nie może być polskiej jesieni? ;-p
    W trakcie rozmowy Wiedźma rozlała wino na łóżko, koc i Serwana. Nie wiem, ale musi coś być z tym upapraniem kulinarnym... fetysz taki czy co?...;-p
    - Zgubiłam agrafkę we Wrocławiu - przypomniało mi się nie wiedzieć czemu. - Agrafka była z czachą...
    - Bolesna sprawa...
    - Aha, szczególnie dla znalazcy...
    ...jedną butelkę wina później okazało się, że Asia śpi, Harp śpi, a ja, Wiedźma i Serwan siedzimy na łóżku i dyskutujemy zawzięcie na różne poważne i niepoważne tematy.
    - A propos czach, moja droga, chciałam ci powiedzieć, że mam majtki z czachą - oznajmiła Wiedźma około 2 w nocy, grzebiąc zawzięcie w swojej torbie w poszukiwaniu owych majtek. Wydobyła je wreszcie i prezentuje mi z dumą czaszkę. Mnie jednak, jak zwykle, zainteresowała nie czaszka, a plączące się z tyłu różne sznurki, więc zaczęłam ciągnąć w swoją stronę te sznurki, Wiedźma upierała się przy czaszce, więc ciągnęła w swoją stronę, powstało niebezpieczeństwo, że rozerwiemy te majtki na strzępki... jednak nie, w końcu odczepiłyśmy się od nich bez większej szkody dla zdrowia.
    Koło 3 w nocy Wiedźmie zaczął wariować płatek zastawki mitralnej. Starała się go jakoś opanować, ale był silniejszy od niej i w końcu zerwała się i poleciała do łazienki. Głośno się o nią martwiłam, mamrocząc coś o tym płatku zastawki mitralnej i wyrażając nadzieję, że się nie zamknęła w tej łazience, bo jak tam zemdleje, to trzeba ją będzie reanimować, a ciężko się to robi przez zamknięte drzwi. Serwan, grzebiący się w laptopie, uwierzyć w ten płatek zastawki nie chciał, dopóki sama mu nie powiedziała, jak wróciła. Potem ona nie chciała mi uwierzyć, że NAPRAWDĘ powiedziałam "płatek zastawki mitralnej" po pijaku ;-p No i co, "Gibraltar" też potrafię powiedzieć!...;-p
    Kiedy dopadał nas nałóg, wychodziłyśmy na balkon, podziwiając najpierw Brno nocą, potem Brno o świcie, następnie Brno o poranku i coraz bardziej marznąc.
    - Zimno - szczękałam zębami.
    - Chodź, mogę cię objąć - szczękała zębami Wiedźma.
    - No, z tej strony mi już ciepło...
    - Bo owinęłam cię cyckiem...
    No owszem, było czym ;-p
    Równo co godzinę piał kogut pod balkonem.
    - A mówiłeś, że pociągi nam będą przeszkadzać... - wytknęłam Serwanowi z wyrzutem. - Ja tych pociągów wcale nie słyszę, za to koguta co godzinę...
    - Mam zielony lakier do paznokci - oznajmiłam w okolicach 4 w nocy. - Może byś mi pomalowała paznokcie...
    - Dobra, dawaj - powiedziała Wiedźma. Lakier został wyjęty, acz nieużyty, ale chyba wyłącznie ze względu na wyraźny protest Serwana, żeby mu spadać z łóżka z tym lakierem, bo już dość narozrabiałyśmy. No ja nie wiem, o co mu chodzi...;-p
    Jako czwarta butelka wina wystąpiło owe wino czerwone, które po spróbowaniu zostało kolektywnie wylane do zlewu, a Serwan wymamrotał kilka inwektyw pod nosem pod adresem jakiegoś bliżej nam nieznanego człowieka. Ok. Następne wino...
    O piątej rano stwierdziłam, że po pierwsze jest zimno (bo to już piąta, a o piątej zawsze się robi zimno), a po drugie trzeba rano wstać (nastawiłam budzik na ósmą), więc czas spać. Na łóżku zostać się jednak nie dało, wyemigrowałam więc na karimatę i resztę nocy znam z opowieści, podobno Wiedźma z Serwanem skończyli o 7 rano...;-)

    Brno, dzień drugi

    Obudziłam się. Patrzę: jasno. Patrzę: Harp z aparatem. Myślę sobie: nie jest dobrze (faktycznie, zdjęcia do ocenzurowania ;-p). Patrzę: Asia. No dobra, ale kogoś mi tu jeszcze brakuje...
    - Ej... gdzie jest Wiedźma?...
    - W łazience. Głowę myje...
    - Aha - przynajmniej jedno się wyjaśniło. Ale zaraz, zaraz...
    - A gdzie jest Serwan?!?
    - W toalecie...
    Ufff. Już zaczynałam się bać :-) Przez głowę przemknęła mi myśl, że może na przykład Wiedźma z Serwanem zabrali nasze pieniądze i odjechali w siną dal (bo mieli od dwóch lat ukryty romans ;-p) albo, co gorsza, siedzą razem w tej łazience i bogowie wiedzą, co tam robią...;-p
    Biorąc pod uwagę godzinę - dziesiąta rano - ambitny plan oglądania jaskiń szlag trafił. W takim razie jedziemy na śniadanie z zakupami :-)
    Wylądowaliśmy w centrum handlowym. We dwie - ja i Wiedźma - w okularach przeciwsłonecznych :-)
    - Na śniadanie w lewo - zakomenderował Serwan. Obie skręciłyśmy w... prawo, do sklepu z winami...:-) Po obejrzeniu asortymentu poszłyśmy do McDonalda (przynajmniej wiadomo, co tam jest) i usiadłyśmy nad sałatką z colą i wodą. Pogmerałyśmy w talerzykach niemrawo, patrząc z niedowierzaniem, jak Harp - po daniu obiadowym drugim - wsuwa zupkę. My nie czułyśmy się na siłach pochłaniać aż takich ilości jedzenia...
    Po śniadanku Serwan nie zlitował się nad nami i poprowadził nas w miasto - do zamku!... Znów było pod górę. Jednak jakoś dotarliśmy, pot płynął po nas strumieniami (gorąco było ;-p), obejrzeliśmy dziedziniec zamku i - zanim weszliśmy do środka - okazało się, że generalnie to już jest późno, a my musimy wracać. Serwan z niekłamanym żalem odpuścił wnętrze zamku, wróciliśmy przez knajpkę z kawą i innymi atrakcjami, Serwan coś mruknął o sprzątnięciu z jego łazienki tubki z podejrzaną chemiczną substancją (zwykły szampon z algami, nie wiem, czego on się tam spodziewał :), dotarliśmy w końcu do domu.
    Wychodzimy z garażu, Serwan mówi:
    - Uwaga, myszka...
    - Gdzie? - pyta Asia, wychodząc tuż za nim.
    - A o tu... - pokazuje Serwan w miejsce, gdzie postawiła właśnie stopę...
    Asia się odsunęła czym prędzej, a Serwan dodał:
    - Od dziesięciu dni zastanawiam się, czy ktoś ją posprząta...
    Wróciliśmy do domu, spakowaliśmy się, pożegnaliśmy gościnną podłogę i zapakowaliśmy się do auta. Ustaliliśmy, że jedziemy na zakupy za Serwanem. Serwan zatem ruszył i zatrzymał się na wyjeździe z parkingu. Asia, nie zastanawiając się długo, ruszyła za nim...
    - Aaaaa!... Zaraz!... - wrzasnęła Wiedźma, z jedną nogą wewnątrz auta, z drugą na zewnątrz, usiłując wsiąść w biegu :-) Nawet prawie jej to wyszło, ale Asia litościwie się zatrzymała jednak...:-)
    Zakupy. Ustabilizowaliśmy się przy półkach z alkoholem. Wino mołdawskie... Jedno... A może jeszcze jedno... Absynt... Piwo!...:-) Gambrinus w ilości sztuk 5 zawędrował do koszyka.
    Więcej po prostu nie było...;-p
    Harp wziął zgrzewkę Kofoli (obrzydliwy napój podobny do coca-coli, jemu to smakuje, dziwny człowiek z tego Harpa ;-p), generalnie trochę nam te zakupy zajęły miejsca w bagażniku...:) Pojechaliśmy jeszcze na stację benzynową, gdzie zrobiliśmy szybkie rozliczenie.
    - Wyskakuj z kasy, laska!!!... - zakomenderował Harp, radośnie przyłapawszy Wiedźmę na gorącym uczynku nieoddawania swojej działki za winietkę. Radość biła z niego na kilometr. Wiedźma zdębiała i wyrosły jej małe, zielone listki. Patrzyła oniemiała na zadowolonego z siebie Harpa, aż mnie odblokowało.
    - Ale przecież oddała ci przy śniadaniu - powiedziałam do Harpa. Minęła jeszcze chwila, zanim dotarło do niego, co mówię, Wiedźma potwierdziła, radość zaczęła złazić stopniowo z twarzy Harpa.
    - Naprawdę?... - zapytał w końcu żałośnie, aż zrobiło nam się przykro i gotowe byłyśmy poświęcić jednak te 50 koron, żeby mu zrobić przyjemność, ale jednak tego nie zrobiłyśmy. Biedny Harp!...;-p
    Poprosiliśmy Serwana, żeby nas dopilotował do zjazdu na autostradę. Jechał dość dynamicznie, co zaowocowało żółtą falą - niemal każde światła przelatywaliśmy za nim na żółtym...:) W końcu pomigał nam na do widzenia i pojechał sobie, a my wyskoczyliśmy na autostradę...

    Brno - Katowice

    Przysypiałyśmy lekko na tylnym siedzeniu, ocknęłyśmy się dopiero na granicy, którą przejechaliśmy prawie bez zatrzymywania, nikt nic od nas nie chciał. Chwilę później utknęliśmy w rozkopach i w ogóle remontach, krótki postój na przepakowanie bagaży i dalej w drogę. Robiło się coraz później, a my musimy zdążyć na pociąg do Katowic. Ale po drodze są korki...
    Stoimy, gorąco, przed nami sznur samochodów. Za nami też, ale ci za nami to nic nas nie obchodzą.
    - O, McDonald - mówi Asia, wskazując logo widniejące na horyzoncie.
    - O, może tam pójdziemy, kupimy coś do jedzenia, akurat podjedziesz, jak wyjdziemy z zakupami...
    - No, dokładnie...
    - A daleko jeszcze do niego?...
    - A z kilometr...
    - E, nie chce mi sie iść taki kawał, poczekam, aż będziemy bliżej.
    - Właśnie, nałaziliśmy się przez ostatnie dwa dni...
    Posuwamy się, turlamy, stoimy, jedziemy... stoimy.
    - No jedziemy i jedziemy, a ten McDonald wcale się nie przybliża!...
    - Pewnie ucieka, jak nas widzi. My podjeżdżamy, on się odsuwa...
    - Aaaa, to na tym polega McDrive?!?... Chodzi o to, że się za nim tak jeździ?...
    Dotarliśmy do Katowic, ale właśnie uciekł nam pociąg. Pożegnaliśmy się z Asią i Harpem pod dworcem, zarzuciłyśmy te 48 sztuk bagażu na plecy i powędrowałyśmy do kasy, potem do toalety (napis nad wejściem: "Uwaga, bramka automatyczna", w środku: wielka, gruba baba, powtarzająca, że papier jest na prawo od wejścia...), potem coś zjeść, potem na peron i w końcu całkiem odpadły nam ręce. Mnie się przyblokowało słownictwo, ale ze względu na publiczną formę tej wypowiedzi nie będę przytaczać jedynych dwóch słów, jakie cisnęły mi się na usta. Wiedźma miała podobnie, szczególnie w momencie, kiedy poszła rzucić okiem na horyzont torów.
    - No jedzie ten p... p... p!... pociąg?!...

    Katowice - Warszawa

    W końcu jednak pociąg nadjechał, ustabilizowałyśmy się w korytarzu na siedzonkach. Wiedźma ogląda swoje ramiona:
    - Ale mam ślady na rękach...
    - To po upojnej nocy? ;-p
    - Raczej po upojnym bagażu...
    - Noc też była upojna, biorąc pod uwagę owych pięć win...
    Korytarzem naszego wagonu chyba prowadził szlak turystyczny, bo pętały się tłumy w tę i z powrotem, łącznie z jakąś mamusią z dzieckiem, spacerującym i zwiedzającym pociąg. W związku z tym szlag trafił mnie. A do Wiedźmy zadzwonił Kermit i nagle słyszę, jak moja druga połówka podnosi głos i powtarza z niedowierzaniem:
    - Kermit?!?... Wyjechałam z domu na 2,5 dnia, a ty w tym czasie zepsułeś umywalkę i prawie zalałeś sąsiadów?!?...
    Yhm, zostawić faceta samego na chwilę... Tiaaaa....

    Podsumowując:

    • Najpierw była wycieczka objazdowa, potem wędrówka piesza, potem obóz przetrwania (szczególnie ten kawałek po torach tramwajowych...)
    • Pojechałyśmy tam zwiedzać Brno. Zamiast Brna były jaskinie, które nam zamknęli, zameczek na wzgórzu, ktory nam zamknęli, knajpa z żeberkami, którą nam zamknęli, czyli w sumie nie było ani jaskiń, ani zameczku, ani knajpy. Nie było też knedlików ani krokodyla. Ani, rzecz jasna, Brna!...
    • Powstała nowa lista słów zakazanych: jaskinia, zameczek, pod górkę, tramwaj...:-)
    • ...ale my tam jeszcze wrócimy, żeby jednak obejrzeć i Brno, i jaskinie, i krokodyla!...;-p
    • ...i na piwo, więcej niż jedno, i na knedliki!...:-)

    ***
    Gdyby ktoś jeszcze miał ochotę coś skomentować...;-p
    Skomentuj | Pokaż komentarze



    Wyszperane w Sieci:

    Brno: http://brno.cz/index.php?lan=en
    Przewodnik: http://przewodnik.onet.pl/
    Viamichelin: http://www.viamichelin.com/


    psyche